Archiwa tagu: historia kultury

Odkryto pochówek z „welonem” z konopi w północno-zachodnich Chinach!

Po raz pierwszy w historii archeolodzy odkryli pochówek zawierający w całości zachowane żeńskie rośliny konopi, które przysłaniały ciało mężczyzny w średnim wieku, tworząc rodzaj „welonu”. Wiek grobu został wstępnie ustalony metodami laboratoryjnymi na 400-800 lat p.n.e.

Znalezisko potwierdza to, co archeolodzy i historycy kultury zaczynają w ostatnich latach coraz szerzej akceptować: marihuana pełniła od dawna ważną funkcję rytualno-religijną.

Mężczyzna, który zmarł w wieku 35 lat, spoczywał na drewnianym łożu z trzcinową poduszką pod głową i był w całości pokryty 13 roślinami konopi o długości 90 cm, na których szczytach wciąż było widać charakterystyczne trichomy. Rośliny zostały wyrwane z korzeniami i ułożone na skos ciała zmarłego.

Pochówek jest jednym z 240 odkrytych przez chińskich archeologów na cmentarzu w Turfanie i związany jest z tzw. kulturą Subeixi (znaną także jako Królestwo Gushi), mówiącą najprawdopodobniej po tochariańsku, która zamieszkiwała ten teren w okresie 1000 lat p.n.e. do roku zerowego. W tym czasie oaza turfańska pełniła ważną funkcję handlową w ramach Jedwabnego Szlaku.

turpan_burial_cannabis
Pochówek z Turfanu

Nowe znalezisko potwierdza hipotezę o uprawie konopi przez ludność związaną z kulturą Subeixi, jako że rośliny zostały świeżo zerwane przed pochówkiem, choć większość z kwiatostanów została odcięta z łodyg.

Te, które zostały złożone do grobu w całości, były jednak niemal w pełni dojrzałe i częściowo zapylone, co wskazuje na to, iż pogrzeb miał miejsce późnym latem lub wczesną jesienią, kiedy kwiatostany konopi osiagają dojrzałość.

Znalezisko sugeruje ponadto, iż kultura Subeixi dobrze znała medyczne i rekreacyjne właściwości konopi, które mogły być znacznie ważniejsze od celów użytkowych, jako że w turfańskich grobach nie znaleziono dotychczas żadnych sznurów, tkanin czy łuskanych nasion, czyli produktów codziennego użytku, które archeolodzy często znajdują w grobach na obszarze Europy.

W okolicach Turfanu archeologowie znajdowali już wcześniej pochówki zawierające kwiatostany, liście i łodygi konopne. Do jednego z najważniejszych znalezisk ostatnich lat należy pochówek mężczyzny w wieku 45 lat na pustyni Gobi, okrzykniętego szamanem ze względu na przedmioty takie jak harfa, które wyróżniały jego funkcję społeczną.

Przy boku zmarłego znaleziono prawie kilogram szczytów marihuany wciąż zawierających THC. Ponadto, nasiona konopi znajdowano bardzo często na zachód od Turfanu, na terenie południowej Syberii, w grobach Scytów, datowanych na 1 tys. lat p.n.e.

Źródło: National Geographic

Początki handlu marihuaną datowane na 9 tys. lat p.n.e. w nowym badaniu!

Jak piszą na łamach Vegetation History and Archaeobotany Tengwen Long i Pavel Tarasow z Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego, używanie konopi przez społeczności zamieszkujące dzisiejszą Azję i Europę sięga 11,5 tys. lat wstecz. Badacze w swoim artykule posiłkują się bogatą literaturą archeologiczną, stawiając hipotezę o bezpośrednich związkach pomiędzy handlem marihuaną, a rozwojem cywilizacji.

Konopie wg naukowców stały się popularne w Eurazji około 11,5 tys. lub 10,2 tys. lat temu dzięki nomadom rozpoznawanym przez archeologów jako kultura grobów jamowych, która obfituje w pyłek, kwiatostany i włókno rośliny.

Wcześniej przyjmowano, że konopie rozprzestrzeniły się po raz pierwszy na obszarze Centralnej Syberii lub Chin około 5 tys. lat temu, ale nowa analiza tę tezę obala, wskazując na Japonię i Europę Wschodnią jako ich kolebkę.

Jak mówi Long: Historia dystrybucji konopi sięga wstecz przynajmniej 10 tys. lat. Razem ze swoim kolegą jest on zdania, iż konopie stały się w tym samym czasie rośliną popularną wśród wielu plemion zamieszkujących zachodnią Eurazję ze względu na właściwości psychoaktywne i medyczne czy użytkowe (sznury, włókna), co potwierdzają znaleziska archeologiczne z całego obszaru.

Kultura konopna nabrała tempa 5 tys. lat temu, u zarania Epoki Brązu, kiedy marihuanę wykorzystywać zaczęto na całym obszarze wschodniej Azji.

Naukowcy tłumaczą to kontaktami handlowymi pomiędzy azjatyckimi nomadami, a wielkimi społecznościami rolniczymi, które ułatwiło udomowienie koni. Był to początek sieci handlowej na linii wschód-zachód, który z czasem doprowadził do powstania słynnego Jedwabnego Szlaku.

Jest to oczywiście hipoteza, która wymaga dalszych badań, ale Long wskazuje, iż nie da się przecenić wartości marihuany jako wczesnej waluty, która pojawiła się w Chinach w tym samym czasie co pszenica, importowana najprawdopodobniej z Bliskiego Wschodu.

Te wnioski nie zaskakują Roberta Clarke’a z Międzynarodowego Stowarzyszenia Konopi w Amsterdamie, który już wcześniej przyjmował, że konopie zostały udomowione w wielu miejscach naraz i że odegrały ważną rolę cywilizacyjną w Epoce Brązu, szczególnie ze względu na swoje właściwości psychoaktywne.

Jak mówi David Anthony z Hartwick College w Oneonta, specjalista od kultury grobów jamowych: Ekspansja konopi jako środka psychoaktywnego wydaje się być związana z mobilnością stepową. Konopie mogły być zarezerwowane do świąt i rytuałów. To potwierdzają z kolei znaleziska fajek i kwiatostanów konopi w grobach należących do chińskich szamanów lub kapłanów oraz scytyjskiej arystokracji.

Conradino Beb

Źródło: New Scientist / Vegetation History and Archaeobotany

Nowy raport naukowy tłumaczy jak konopie rozprzestrzeniły się na cały świat!

Konopie były wykorzystywane przez człowieka już 12 tys. lat temu, jak wynika z ostatnich znalezisk archeologicznych. Marihuana była również ważną częścią kultury starożytnych Chin oraz dobrze znana przez Wikingów. W raporcie podsumowującym swoje badania naukowe, profesor geografii Barney Warf z Uniwersytetu w Kansas tłumaczy, w jaki sposób roślina rozprzestrzeniła się na cały świat.

Konopie były przez długi czas wykorzystywane w celach medycznych i duchowych. W Średniowieczu używali jej jako leku przeciwbólowego zarówno Wikingowie, jak i plemiona germańskie, szczególnie aby ulżyć w bólach porodowych i bólach zębów. – tłumaczy Warf i dodaje, że: Wyklęcie marihuany jako złego narkotyku jest bardzo współczesnym pomysłem, pewnego rodzaju historyczną anomalią.

Konopie dzielą się na dwa główne podgatunki, obydwa posiadające właściwości psychoaktywne. Pierwszym jest cannabis sativa, a drugim cannabis indica. Konopie przemysłowe o bardzo niskim poziomie THC są przy tym chemotypem cannabis sativa, a nie odrębnym podgatunkiem, który został wyizolowany już w starożytności do produkcji ubrań, sznurów i bardzo wyrzymałego papieru, który posłużył m.in. do napisania pierwszej wersji amerykańskiej konstytucji.

highland_thai
Highland Thai / fioletowy fenotyp

Warf potwierdza to, co naukowcy wiedzieli już od pewnego czasu. Kolebką konopi pozostaje Azja Centralna, a konkretnie obszar dzisiejszej Mongolii i południowej Syberii, skąd roślina rozprzestrzeniła się stopniowo na terytorium całej Azji ponad 6 tys. lat temu. Jak twierdzi Warf: Bardzo prawdopodobne, że konopie rosły obficie na bogatych w składniki pokarmowe miejscach, gdzie plemiona łowców-zbieraczy wyrzucały odpadki.

Na wpół spalone ziarna konopi zostały odkryte przez archeologów w syberyjskich kurhanach, datowanych na 3 tys. lat p.n.e., a wciąż psychoaktywna marihuana w grobach arystokracji, odkrytych w chińskiej prowincji Xinjiang, których wiek szacuje się na 2,5 tys. lat p.n.e. W Chinach tego okresu używano zarówno konopi w swojej psychoaktywnej, co i przemysłowej formie – pisze  Warf.

Pierwsze pisemne świadectwo stosowania konopi w medycynie datowane jest na 4 tys. lat p.n.e., kiedy były one używane jako środek znieczulający podczas operacji chirurgicznych, być może nawet przez mitycznego cesarza Shen Nunga, żyjącego wg chińskich źródeł około 2737 r. p.n.e. Z Chin konopie przedostały się do Korei około 2 tys. lat p.n.e., a stamtąd rozprzestrzeniły się na resztę kontynentu azjatyckiego w ciągu następnego tysiąclecia, docierając do Wietnamu, Tajlandii i Japonii.

world map_MarijuanaHistory_Draft
Jak konopie rozprzestrzeniły się na cały świat

Do Indii konopie dotarły w tym czasie za sprawą kupców chińskich lub kontaktów z Arjami (hipotetycznym plemionem indoeuropejskim), gdzie marihuana zyskała szybko status rośliny świętej, stając się jednym z „pięciu kardynalnych ziół uwalniających nas od strachu”, jak czytamy w jednym z poematów wedycznych, którego tytuł można przetlumaczyć jako „Nauka uroków”. Konopie stały się tam elementem kultu boga Sziwy, który znany jest jako władca bhang – psychoaktywnego wywaru mlecznego z marihuaną.

Z centralnej Azji konopie przedostały się na terytorium dzisiejszego Pakistanu, Afganistanu i Tadżykistanu, gdzie zostały najprawdopodobniej przyniesione przez Scytów pomiędzy 2 tys., a 1.4 tys. rokiem p.n.e. To Scytowie rozprzestrzenili także uprawę rośliny na obszar dzisiejszej Rosj, Ukrainy i Polski, ponieważ okupowali te terytoria przez wieki. Plemiona słowiańskie zastały podczas swojej emigracji ze wschodu konopie dziko rosnące na obszarach, które stały się ich domem pomiędzy I i VII w. n.e.

Z Europy Wschodniej konopie poniosły dalej na zachód plemiona germańskie. W istocie, na obszarze Wysp Brytyjskich roślina zadomowiła się już w 5 w. n.e. podczas inwazji anglo-saskiej. Jak twierdzi również Warf: Nasiona konopi zostały znalezione we wrakach statków Wikingów, datowanych na połowę 9 w.

Następnie roślina powędrowała w stronę Afryki, a także Ameryki Pd. i Ameryki Pn. na początku XIX w. W tym samym czasie konopie zadomowiły się również na Karaibach, gdzie marihuana szybko stały się ulubioną używką czarnych niewolników. W tym mniej więcej okresie rozpoczęła ona również karierę jako środka rozluźniającego w Meksyku, skąd emigrujący na północ rolnicy i robotnicy kolejowi rozpowszechnili ją w USA na początku XX wieku, szczególnie w okresie rewolucji meksykańskiej, 1910-1911.

Cała ta wczesna fobia przed marihuaną zasadzała się na bardzo niezręcznie maskowanych pobudkach rasistowskich, bardzo często podsycanych przez konserwatywne gazety. Meksykanie byli często obwiniani o palenie marihuany, rabowanie domów, uwodzenie dzieci i angażowanie się w brutalne zbrodnie. – pisze Warf. W efekcie konopie zostały najpierw zdelegalizowane w konserwatywnym Utah w 1915 , by w 1931 stać się nielegalne w 29 stanach.

Higland Oaxaca
Oaxaca Highland / legendarna odmiana meksykańskich konopi

Po objęciu urzędu głównego komisarza Federalnego Biura ds. Narkotyków (Federal Bureau of Narcotics) przez Harry’ego Anslingera w 1930, konopie stały się kozłem ofiarnym i przedmiotem manipulacyjnej kampanii medialnej, co doprowadziło do ostatecznej delegalizacji rośliny i produktów z niej wytwarzanych w 1937 na mocy niesławnego Marijuana Tax Act. W skrócie, penalizował on posiadanie nawet odrobiny konopi bez specjalnego znaczka skarbowego… którego jednak Departament Skarbu w ogóle nie wydawał!

Jak dodaje Warf: Dzisiaj rząd federalny wciąż klasyfikuje marihuanę jako substancję kategorii I, czyli będącą pod ścisłym nadzorem razem z heroiną i LSD, podtrzymując opinię, iż ma ona wysoki potencjał uzależniający, nie ma żadnego zastosowania ani w medycynie, ani w innych dziedzinach życia.

Conradino Beb 

 

Źródło: LiveScience

Prorocy i tricksterzy, czyli kręte ścieżki kultury psychedelicznej

adic_test_graduation
Kwasowa matura, 1966

I get high in the morning
I get high in the afternoon
And in the evening time
Ooo I am high

In The Morning, The Fraternity Of Man

 

Badacze burzliwych lat ’60 powszechnie przyjmują dwie definicje tego okresu. Pierwsza z nich to definicja kalendarzowa, która otwiera okres w 1961, a zamyka w grudniu 1970. Druga mówi o długich latach ’60, czyli o całym okresie przemian społeczno-kulturowych z pierwszymi wstrząsami w 1958 i zakończeniem rewolucji około 1974. Historia ruchu psychedelicznego posiada jednak swoje własne ramy i zaczęła się w 1959, kiedy aspirujący pisarz Ken Kesy zgłosił się ochotniczo – za namową swojego przyjaciela Vica Lovella – na serię testów z użyciem środków psychedelicznych, prowadzonych w Veterans Administration Hospital, w kalifornijskim Menlo Park.

Kesey nie miał o tym wówczas najmniejszego pojęcia, ale doświadczenia były sponsorowane przez CIA w ramach projektu MK-Ultra, który miał dać agencji do ręki nową broń w wojnie wywiadowczej ze Związkiem Radzieckim. LSD-25, LSD-6, psylocybina, meskalina, STP, IT-290 (AMT) oraz wiele innych środków przetestowanych zostało pod kątem praniu mózgu jeńcom wojennym lub obezwładniania oddziałów wojskowych.

Był to pierwszy z niefortunnych wypadków przy pracy CIA, która przypadkowo sama dała sobie wyjąć broń z dłoni. Uczestnictwo w testach stało się punktem zwrotnym w życiu Keseya, pozwalając mu podjąć proces uwalniania się ze społecznych kompleksów winy i wstydu, które nabył w procesie socjalizacji oraz doprowadziło do przełomu twórczego, którego wyrazem stał się genialny Lot nad kukułczym gniazdem (1962)

Studiujący w tym czasie na Uniwerystecie Stanforda i mieszkajacy w pobliskim Palo Alto, Kesey szybko zdobył prywatny dostęp do środka, którego efekt najbardziej mu się spodobał: LSD-25. Serwując swojemu najbliższemu otoczeniu koktajle przyprawione kwasem czuł, że trafił na trop czegoś zupełnie wyjątkowego, ale nie potrafił temu wówczas nadać formy… to jeszcze nie ten czas, nie to miejsce.

Mniej więcej w tym samym momencie, w którym w głowie Keseya powstawała nowa powieść, młody psycholog z Harvardu, Timothy Leary, udał się na wakacje do Meksyku i łyknął pięć podejrzanie wyglądających grzybów Psilocybe mexicana na brzegu basenu w Cuernavaca, które wprowadziły go w nieznany wcześniej, nieziemski stan. Trwający cztery godziny trip zakończyć miał grę w doktora, naukowca i marionetkę systemu, otwierając irlandzkiego trickstera na znacznie większą perspektywę.

Sześć lat później, znający już doskonale potęgę kwasu, Leary oświadczył w wywiadzie dla Playboya, że: Istnieje pewien problem odpadnięcia związany z LSD, ale to nic czym należałoby się martwić. To raczej powód do radości. Lekcję, którą wyniosłem z ponad 300 sesji LSD i którą przekazuję innym można streścić w 6 sylabach: TURN ON (podłącz się), TUNE IN (dostrój się), DROP OUT (odpadnij). „Podłączyć się” to być w kontakcie ze starożytną energią i wiedzą, które są wbudowane w twój układ nerwowy. Dostarczają one niewysłowionej radości i odkryć. „Dostroić się” to zaprząc i porozumieć się z tymi nowymi perspektywami w harmonijnym tańcu ze światem zewnętrznym. „Odpaść” oznacza odłączyć się od plemiennych rozgrywek.

leary_millbrook
Timothy Leary w Millbrook

Pomimo swoich deklaracji prasowych, w których nazywał kwas najważniejszym narzędziem badań ludzkiego umysłu, z jakim kiedykolwiek przyszło mieć do czynienia psychologii, dr Leary miał już wkrótce przejść ważny test swoich relacji z systemem administracyjno-prawnym, który pod naciskiem CIA, polityków i nagonki prasowej, zdecydował się na wypowiedzenie LSD oficjalnej wojny. Jesienią 1965 Leary został złapany w Laredo przez teksaską policję podczas podróży rodzinnej i skazany za „przemyt marihuany z Meksyku” (dwóch jointów wartych $10).

Doktor nie zdecydował się jednak na pełną odsiadkę i w spektakularny sposób uciekł z więzienia w styczniu 1970 dzięki pomocy Bractwa Wieczystej Miłości, po czym wymknął się z USA do Algierii. Niemal bliźniaczy los podzielił Ken Kesey, który oskarżony o posiadanie marihuany, wyszedł za poręczeniem i uciekł w 1966 do Meksyku, zanim proces zdążył się na dobre zacząć, przekraczając granicę w bagażniku swojego przyjaciela. Te dwie osobowości nie tylko były jednak prześladowane w podobny spósb, ale nadały również ton i styl ruchowi psychedelicznemu lat ’60 oraz zdominowały kwasową ideologię na następną dekadę. Obydwie z nich połączył kwas, ale ich pomysły na wprowadzenie środka do obiegu społecznego były całkowicie rozbieżne, co w efekcie rozdzieliło psychedeliczną rzekę na dwie odnogi.

Gdy Timothy Leary, Richard Alpert i Ralph Metzner opuszczali Harvard w 1963 dźwigając brzemię kontrowersyjnych badań na studentach, pomimo rewolucyjności swoich idei głosili w zasadzie zliberalizowaną wersję psychologii humanistycznej Maslowa. Ich największym krokiem do przodu było w tym punkcie przekonanie, że psycholog który wykorzystuje LSD do terapii, powinien je brać razem ze swoimi pacjentami.

Tego środowisko psychologiczne nie mogło oczywiście zaakceptować wychowane na psychiatrycznym dyskursie, który oddzielał doktora od pacjenta jak dwie połówki różnych owoców. W tym czasie obiektywizm w psychologii klinicznej był najwyższą świętością, a metodologia była nie tyle nakierowana na dobro pacjenta, co na podtrzymywanie status quo doktora i reprezentowanej przez niego dyscypliny.

Wkrótce zagadnienie leczenia zeszło jednak na bok, gdy Leary doszedł do wniosku, że LSD oferuje coś niezwykłego ludziom pozornie zdrowym, a na miejscu idei psychiatrycznej zakiełkowała idea przeżycia duchowego, co postawiło całą trójkę w pozycji apostołów środka chemicznego i reprezentowanego przez niego przeżycia miastycznego.

Konsekwentnym wynikiem doświadczenia przez trójkę psychologów potęgi LSD było odwrócenie się od instytucji naukowych, a zwrócenie w stronę biochemii, neuropsychologii i religii – pola badań, które znane jest dzisiaj jako neuroteologia i przeżywa swój rozkwit… co nie znaczy że nie pozostaje kontrowersyjne dla religijnych fundamentalistów. Co może bowiem wydawać się większą herezją dla społeczeństwa wychowanego na dogmatach religijnych niż twierdzenie, że każdy może spotkać się z Bogiem, gdzie chce i kiedy tylko chce pod warunkiem, że zażyje syntetyczny związek chemiczny? Lata budowania kontroli nad duchowością swoich wiernych przez instytucje religijne idą w zasadzie na śmietnik!

Mistyka instant, jak nazywał ją Aldous Huxley, której zwolennikami stała się po opuszczeniu Harvardu trójka buntowniczych psychologów, dotykała mimowolnie bardzo delikatnej sprawy… zweryfikowanie i potwierdzenie tego, co głosił Leary, oznaczałoby logicznie brak potrzeby istnienia hierarchii religijnej! Nic więc dziwnego, że sprzeciw wobec rodzacej się kultury psychedelicznej przyszedł głównie ze strony prawicowych polityków.

Empiryczne udowodnienie istnienia wiecznej rzeczywistości przy społecznej akceptacji samej metody wykluczyłoby ich natychmiast z gry parlamentarnej – politycy byli więc zmuszeni grać agresywnie pod swój chrześcijański segment wyborczy i tak zrobili doprowadzając do przesłuchań senackich i delegalizując LSD w 1970 (jednym z największych rzeczników delegalizacji środka był sam Robert Kennedy).

To nie zmienia jednak faktu, że poszukiwaniom duchowym niemal od zawsze towarzyszyły środki enteogenne, co staje się aż nadto oczywiste gdy przyjrzymy się zdaniu wielkiego mistyka i okultysty Georgija Gurdżijewa, cytowanego przez P.D. Uspienskiego: Są szkoły, który robią użytek z narkotyków we właściwy sposób. W szkołach tych ludzie przyjmują je by badać siebie, by spojrzeć przed siebie, by lepiej ocenić możliwości, by zobaczyć coś zanim to nastąpi, a co może być później osiągnięte dzięki wytężonej pracy. Kiedy człowiek to dostrzega i przekonuje się, że to czego nauczył się w teorii naprawdę istnieje, pracuje wtedy świadomie, bo wie gdzie zmierza. Czasem jest to najłatwiejsza ścieżka wiodąca ku przekonaniu się, że możliwości, które człowiek podejrzewa w sobie, naprawdę istnieją.

georgij_gurdzijew
Georgij Gurdżijew

Mimo słów Gurdżijewa– mistrz traktował środki psychedeliczne jako ważny składnik swojej Czwartej Drogi – Chrześcijaństwo od swojego zarania tolerowało zaledwie jeden narkotyk… alkohol, który obok heroiny jest dzisiaj uznawany przez medycynę za najbardziej uzależniającą używkę w kulturze Zachodu. Ten wpływ można bez zbytniej przesady złożyć na barki symbolicznego znaczenia wina jako krwi Jezusa w Kościele Katolickim, które nie tylko było od samego początku podstawą rytuału mszy u pierwotnych chrześcijan, ale uzależniło od swojego znaczenia całą kulturę europejską, gdy rytuał stał się fundamentalnym obrzędem i hodowla winogron na terenach dzisiejszych Francji, Włoch i Hiszpanii automatycznie zyskała usprawiedliwienie moralne.

Gdy Zachodnie Cesarstwo legło w gruzach, a antyczne teksty były bądź niszczone przez zakonników i kler, bądź reintrepretowane na chwałę nowej religii, której dogmaty ustalono raz na zawsze podczas brutalnej rzezi w Konstantynopolu – jedyną opoką kultury pozostała Biblia, którą czytać potrafiło niewielu. I mimo, że na pierwszej stronie Tory wyraźnie czytamy, iż WSZYSTKO co ujrzał po stworzeniu Bóg było DOBRE – rośliny, zwierzęta, góry i lasy – wkrótce pewne elementy natury zostały przez kler wyklęte jako sprzymierzeńcy Szatana.

W mojej opinii wiele roślin (korzeni, grzybów, krzaków) celowo obarczono w Średniowieczu pejoratywnym ładunkiem emocjonalnym, gdyż długi czas były one wykorzystywane przez rodzimowierców w celach magicznych i religijnych. Religia i polityka podały sobie rękę w akcie zwalczania starych wierzeń, przyzwyczajeń i praktyk ludowych, a kler rozprzestrzenił strach przed tym, co rosło w lesie (było to od teraz bardzo ryzykowne). Za przyjazne człowiekowi zostały uznane jedynie rośliny, które rosły na polu i w przydomowym ogródku.

Nadając tej długiej, absurdalnej wojnie myśl przewodnią można użyć prostego sylogizmu: palenie trawy jest pogańskie, a picie alkoholu chrześcijańskie! Czyż nie to na końcu języka mają nasi politycy protestując przed legalizacją konopi?

Jednak nawet to podświadome założenie po stronie fundamentalistów jest z gruntu fałszywe, jako że uprawę winorośli odziedziczyliśmy od starożytnych Rzymian, w kulturze których miała ona wyjątkowo pogański charakter, lecz przystosowana została bez żadnych problemów do wymagań nowych czasów. Paradoksalnie także pogańskie konopie przetrwały wieki Chrześcijaństwa jako roślina tkacka! Walka z szatańskimi roślinami wzmocniła jednak instytucję Kościoła, jak też instytucję władzy monarchicznej, silnie sprzęgając religię z władzą.

Dzisiaj możemy się w końcu zastanowić co straciliśmy i co zyskaliśmy w efekcie tej wielowiekowej krucjaty? Dlaczego od V w. n.e. tak silnie polegamy na hierarchicznych monolitach religijno-politycznych? Jakiego rodzaju wpływ na nas wywierają i co pozostaje głównym celem ich istnienia? Ich agresywność w dużej mierze wskazuje przecież, że legitymizują one od zawsze same siebie!

Pomocą niech posłuży nam tu Wilhelm Reich, który w swojej książce The Mass Psychology Of Fascism interpretował znaczenie organizmów religijnych, jak też państwowych, w kontekście tłumienia naturalnej seksualności (za Freudem) i wspierania mechanizmów represyjnych, z których jednym miał być „mistycyzm”. W rozumieniu Reicha mistycyzm nie miał jednak żadnego związku z doświadczeniem duchowym, a był bardziej aberracją mentalną i społeczną, stanem psycho-biologicznej apatii, której podtrzymywaniem zajmowała się religia chrześcijańska – najważniejsza wg niego kulturowa figura ojca.

Reich, będąc lewakiem, widział oczywiście w religii narzędzie kontroli klasowej – społeczna władza Kościoła Katolickiego była wg niego zakorzeniona w ignorancji i braku edukacji mas pracujących, które odrzucały sprawowanie władzy nad własną seksualnością oddając ją w zamian na usługi tej instytucji. Idee te były chwytliwe i wróciły później w filozofii Szkoły Frankfurckiej na początku lat ’60 wraz z książkami Adorno i Marcusego, którzy udowadniali, że religia i państwo całkowicie wykluczają się z wolnością i swobodną seksualnością jednostki.

Tu zaś wracamy ponownie do kwasowej teologii Leary’ego, który doświadczenie boskości niemal zawsze łączył z przeżyciem seksualnej ekstazy… i wyzwoleniem się z sideł społecznych represji – co stało się ostatecznie zgrabnym elementem eksploatacji medialnej i krytyki ze strony konserwatystów. Sesja z LSD nie tylko pozwalała wg doktora stanąć twarzą w twarz z najgłębszą z tajemnic śmiejąc się do rozpku, ale doprowadzała też do duchowego skoku – inicjacji, która miała bardzo wymierne skutki społeczne.

Nieprzypadkowe były wśród headów antykonsumeryzm, niechęć do kariery, antyestablishmentowe nastawienie, porzucanie dogmatów religijnych, zmiana sposobu ubierania się i tworzenie małych społeczności, złożonych z innych headów. Nie bez powodu Leary nazwał także LSD „bombą atomową przestrzeni wewnętrznej” i wskazał na jungowską synchroniczność w pierwszym użyciu obydwóch technologii (pierwszy trip Alberta Hofmanna miał miejsce w 1943, a zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę w 1945). Taniec pikseli, molekuł i kolorów na kwasie był dla niego w istocie symbolem nuklearnej przemiany duchowej.

Jeśli Leary ze swoimi poglądami stał się w oczach Lyndona B. Johnsona „najgroźniejszym człowiekiem w Ameryce”, to Kena Keseya należy nazwać jego bardziej wykręconym bratem. Odyseja kultowego pisarza w świat psychedelii była znacznie dziksza, a zaczęła się na na dobre, gdy ten kupił swoją legendarną Hog Farm w La Honda (okolice San Francisco) za pieniądze, które otrzymał za Lot nad kukułczym gniazdem.

Jego najbliżsi przyjaciele z Palo Alto przeprowadzili się tam razem z nim, a do nich dołączyli wkrótce inni, zarówno okolic, jak i z dalszych stron Ameryki. Rok później brygada ta przemianowała się spontanicznie na The Merry Pranksters – komunę , która jak trzeba podkreślić, wyrosła symultanicznie z grupą Leary’ego, Metznera i Alperta. Hunter S. Thompson miał farmę Keseya nazwać później „stolicą światowego szaleństwa”. Kwas, trawa, amfetamina, a także DMT i STP były normalną dietą, traktowaną jako styl życia. Na Hog Farm spało się mało, a tripowało dużo. Kesey czuł, że statek kosmiczny Ziemia szybuje pod nim z dużą prędkością – lata ’60 znalazły się w kluczowym punkcie około 1964!

W przeciwieństwie do Leary’ego, The Merry Pranksters i ich nie-nawigator nie mieli naukowego backgroundu. Ken Kesey wychował się na farmie mlecznej w Oregonie z pulp fiction i komiksami za pan brat. Był również Kesey byłym zapaśnikiem i futbolistą o potężnej konstytucji fizycznej, tak więc w sferze mentalnej stanowił absolutne przeciwieństwo Leary’ego, który pochodził z dobrze usytuowanej, burżuazyjnej rodziny o irlandzkich korzeniach, nienagannych manierach i licznych powiązaniach społecznych.

Ken_kesey_Neal_Cassady
Ken Kesey i Neal Cassady podczas Próby Kwasu

Droga kwasu dla Keseya była drogą chaosu – ścieżką eksperymentu totalnego. Nie staraj się, nie przygotowuj, nie oczekuj i nie rozpaczaj – chłoń wszystko teraz. Kwas jako elektryczne doświadczenie totalności, rozkładu, współczucia i przeznaczenia, w którym ruch naprzód liczy się najbardziej, gdziekolwiek! Jak pisarz przyznał wiele lat później w wywiadzie dla Paris Review: W swojej pracy odkrywam dzicz. Lubię powiedzenie Thoreau, że „dzicz zachowuje świat.” Osadnicy na tym kontynencie od samego początku szukali dziczy i dzikości. Eksploratorzy i osadnicy doszli do samej krawędzi szukając tej dzikości, gdyż w Europie została ona stracona przez przeludnienie. Rzeczy były we władaniu ciągle tych samych ludzi, a wszystkie drogi prowadziły zawsze w tym samym kierunku.

W tym stwierdzeniu można bez problemu znaleźć interpretację doświadczenia kwasowego przez Keseya. Warto również zwrócić uwagę na to, co pisze Tom Wolfe w klasycznej Próbie kwasu w elektrycznej oranżadzie: Leary i Alpert głosili zasadę „wystroju i nastroju”. Wszystko, co dotyczy brania LSD, owocnego, wolnego od paranoi doświadczenia, zależy od nastroju i wystroju. Powinno się brać kwas we wnętrzu o pogodnym i atrakcyjnym wystroju, w domu lub mieszkaniu urządzonym przedmiotami o rzetelnej jakości, z turkomańskimi gobelinami, greckimi dywanami z koźlich skór, błękitną ceramiką ze sklepu Cost Plus, łagodnym światłem – ale nie w japońskich papierowych kulach, lecz w chińskich abażurach z bawełnianej surówki – krótko mówiąc, w wiejskim odludziu Cyganerii Z Dzielnicy Willowej, najlepiej takim za $60 tys. rocznie, z Requiem Mozarta sączącym się ze stereo z liturgiczną powagą.

„Nastrój” to stan umysłu. Należy przygotować się do tego doświadczenia medytując nad własną kondycją i zastanawiając się, co ma się nadzieję odkryć lub osiągnąć podczas podróży do własnej jaźni. Należy mieć także przewodnika, który brał wcześniej LSD i orientuje się w różnych stadiach tego doświadczenia, kogoś, kogo zna się i darzy zaufaniem… lecz pieprzyć to wszystko! Zatwardza to tylko zatwardzenie z przeszłości, odwieczne opóźnienie czegoś, co powinno zdarzyć się Teraz. Niech wystrój będzie tak niespokojny i niesamowity, jak jest to możliwe za sprawą sztuk pranksterskich, niech twój nastrój będzie tylko taki, jak to, co masz w swoim… mózgu, stary i niech twoim przewodnikiem będzie, niech cię w zaufaniu trzyma za rączkę i niech ci zmienia pieluszki na główce banda szaleńców w Day-Glo, mających za motto: „Nigdy nie ufaj Prankstersowi”.

Ta bezkompromisowość Keseya i The Merry Pranksters nie została chyba wyrażona lepiej niż przez sympatię grupy do Hells Angels MC – właśnie tu leży prawdopodobnie tajemnica mistyki pisarza. Bardzo niebezpieczna zgraja już w latach ’60, która kochała bawić się swoją reputacją społeczną i często wystawiała swieżo spotkanych ludzi na wredne próby, nie tylko nie miała nic przeciwko Keseyowi, ale szybko stała się jednym z jego najbliższych sojuszników.

Klub został w 1965 powitany z otwartymi ramionami na Hog Farm, na skutek czego szybko stał się częścią szeroko pojętej kontrkultury, choć nigdy nie wchodził w dyskusje polityczne i nie zluzował wobec ruchu pokojowego zatrzymując z łańcuchami w rękach wszystkie manifestacje, które przechodziły przez Oakland w okresie 1964-68.

Agresywni i wybuchowi, często jadący na koktajlu seconalu, piwa i trawy, Hellsi zupełnie nie byli zabawni dla większości amerykańskiego społeczeństwa, które widziało w klubie współczesną wersję hord Dżyngis Chana. Przyciąganie najdziwniejszych osobowości było jednak darem Keseya, którego z Hellsami poznał sam Hunter S. Thompson. Słynne hardkorowe podejście doktora gonzo do tematu dragów było zresztą w prostej linii kontynuacją ścieżki Keseya i The Merry Pranksters, który na dodatek przez wiele lat nie cierpiał Leary’ego nazywając go wprost „wychowawcą duchowych kalek”.

Tu ponownie wracamy do rozbieżności w podejściu do tripu kwasowego obydwóch osobowości. Jeśli doświadczenie LSD wg Leary’ego było muzyką klasyczną, trip wg Keseya był free jazzem. Podczas gdy Leary preferował łagodne i oszczędne wnętrza, prowadzące do osiągnięcia konkretnej jakości, Kesey był zwolennikiem jaskrawych farb Day-Glo, elektronicznej technologii i psychedelicznej muzyki – wszystko mogło być katalizatorem doświadczenia, które nie miało żadnego konkretnego celu.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Leary wykreował na podstawie swoich licznych doświadczeń dokładny system teoretyczny, zaś Kesey poświęcił się całkowicie praktycznemu rozwiązaniu zagadnień tripowania na kwasie i wykształcił całą paletę partyzanckich chwytów, pomagających osiągnąć najlepsze doświadczenie kwasowe bez ograniczania się zasadą nastawienia i otoczenia.

Jak piszą Martin A. Lee oraz Bruce Shlain w swoim genialnym studium historii kwasu, Acid Dreams: Kesey, będący psychedelicznym populistą, próbował poszerzyć samą naturę tripowania poprzez włączenie tak wielu różnych scen i punktów widzenia, jak to tylko było możliwe. Fraza „tak wielu, jak to tylko możliwe” jest tu kluczowa dla zrozumienia podejścia Keseya, szczególnie w opozycji do elitarnego podejścia Leary’ego (które byłoby z kolei populistycznym dla Aldousa Huxleya, co pokazuje jak bardzo skomplikowana była wówczas sama tematyka LSD).

Leary bazował na małym obozie, poprzez który rozprzestrzeniał doświadczenie, zaś Kesey nawiązywał sojusze i zapraszał wszystkich bez wyjątku. Oczywiście obydwoje lecieli na tej samej fali i po słynnym spotkaniu w Millbrook, w 1964, szybko doszli do porozumienia w zasadniczych kwestiach, co nie zmienia jednak faktu, że ich metodologie i sposoby działania pozostawały całowicie różne.

Jeśli chodzi o ścisłość, kwas z Keseyem był z pewnością o wiele bardziej „niebezpiecznym” doświadczeniem niż kwas z Learym, który unikał wkraczania na mroczną ścieżkę (co byłoby dodatkowo bardzo niepoprawne politycznie przy jego pozycji publicznego adwokata środka w latach ’60). Kesey nie miał za to nic przeciwko, a jego Próby Kwasu organizowane w okresie 1964-67, w Kalifornii, stawały całkowicie poza całą dyskusją na temat wad i zalet obywając się faktycznie bez teorii.

Zadaniem Keseya było niczym u Gurdżijewa przekazanie doświadczenia, a nie jego objaśnienie. Warto przy tym wspomnieć, że Timothy Leary po kilku latach zażywania LSD zdeklarował się jako hinduista, podczas gdy Kesey pozostał kimś w rodzaju mnicha, praktykującego psychedeliczne ZEN. Jak pisarz miał powiedzieć przed śmiercią: Uważam się za normalnego członka społeczeństwa, tyle tylko że lubię od czasu do czasu zarzucić kwasa.

psy_trance_paaty
Kwasowe dekoracje do imprezy psy trance’owej

Jak pokazała przyszłość, scena acid house’owa z Manchesteru i londyńska scena rave, której wielką siłą stał się w połowie lat ’80 Genesis P-Orridge, skierowała się szybko w te same rejony, w które Kesey wprowadzał kulturę psychedeliczną lat ’60, kierowana zresztą bezpośrednią inspiracją. Dragiem wyboru było wprawdzie MDMA, ale LSD powróciło ze zdwojoną siłą w postaci sceny psy trance’owej, która wyodrębniła się z komercjalizującego się powoli ruchu rave na początku lat ’90 jako forma powrotu do korzeni.

Ciężko w zasadzie wskazać na lepszy przykład połączenia technologii, muzyki i tańca jako formy integrującej doświadczenie psychedeliczne niż imprezy psy trance’owe. Stroboskopy, ultrafiolety i psychedeliczne dekoracje dominujące te imprezy nie są jedak niczym nowym – Próby Kwasu dominowało podobne otoczenie – zmieniła się tylko muzyka. Teraz skwaszonemu tłumowi nie przygrywają już The Grateful Dead, ale didżeje transowi. Ta sama pozostaje jednak natura doświadczenia: odnaleźć czy też zgubić się w chaosie, by w końcu dojść do źródła wszelkiego życia.

Idee Leary’ego są tu praktycznie nieobecne, za to głośne NAPRZÓÓÓD Keseya przenika wszystkie kości w postaci ciężkiego, szybkiego bitu! W tym kontekście szalony doktor ze swoimi teoriami pozostaje dzisiaj bardziej symbolem buntu świata akademickiego wobec własnych ograniczeń paradygmatycznych niż przewodnikiem kultury psychedelicznej – jego idee paradoksalnie wróciły do punktu wyjścia w momencie kiedy rząd szwajcarski zezwolił na ponowne badania nad LSD w 2008 ograniczając je do prób klinicznych z ludźmi, cierpiącymi na schorzenia psychiczne. To nie zaprowadzi jednak postkeseyowskich technoszamanów z powrotem do szpitala, którzy pożądają wolności doświadczenia, stworzenia sobie własnych warunków do tripu wg doświadczeń, które sami nabyli ze środkiem.

Nawet jeśli ruch trance’owy wydaje się obecnie duchowo martwy ze względu na niszczący wpływ ketaminy, która w Wielkiej Brytanii jest obecnie bardziej popularna niż kokaina i przesadne zaabsorbowanie rynkowych reguł gry, tylko kwestią czasu jest znalezienie przez kontrkulturową energię kolejnego tunelu kreacji i skierowanie doświadczenia LSD na tory pierwotnej, plemiennej dzikości. Środek wraca w wielkim stylu co 20 lat, tak więc pewnie szybko zobaczymy jego nowe wcielenie. Czy będzie to forma sztuki, muzyki, imprezy, happeningu, terapii, nie ma w zasadzie żadnego znaczenia, gdyż jeśli kwas będzie się dział naprawdę, stanie się to właśnie TERAZ!

Conradino Beb

 

Źródło: Trans/Wizje, nr 3, wiosna 2013 (jako Konrad Szlendak)

Pierwsza recepta na medyczną marihuanę w historii!

Papirus Ebersa to staroegipski papirus medyczny datowany najpóźniej na około 1550 r. p.n.e., który został zakupiony od anonimowego Araba przez niemieckiego egiptologa Georga Ebersa – skąd nazwa – w 1873. Sprzedający twierdził, że znalazł ten zwój w 1862 r. między nogami dobrze zachowanej mumii w Tebach.

Papirus ma postać zwoju długości 20,23 m i zawiera 108 rozdziałów, z których każdy składa się z 20-22 wierszy. Dokument zawiera informacje z zakresu chorób wewnętrznych, chirurgii, stosowania minerałów i licznych roślin leczniczych do celów medycznych. Niektóre fragmenty to przy tym odpisy z o wiele starszych źródeł.

Ten starożytny poradnik medyczny zaopatrzony jest w przybliżony spis treści i komentarze oraz zawiera szereg nieznanych nawet archeologom określeń, najprawdopodobniej fachowych terminów medycznych oraz nazw leków. Wymieniono w nim około 700 lekarstw i podano 800 sposobów ich przyrządzania. Na odwrocie papirusu zawarte są notatki kalendarzowe, dzięki czemu można było ustalić przybliżoną datę jego powstania.

papirus_ebersa
Papirus Ebersa / strona z przepisem na zastosowanie marihuany

Dużo z substancji wymienionych w manuskrypcie pozostawało zagadką dla egiptologów aż do połowy XX wieku, kiedy wraz ze wzrostem wiedzy na temat życia starożytnych Egipcjan niektóre z nich zaczęły odsłaniać swoję tożsamość… a jedną z nich są konopie.

Jak twierdzi Lise Manniche, recepta nr 821 odnosi się do wykorzystania marihuany, którą w staroegispkim nazywano shm-shm-tu lub sm-sm-t. Recepta brzmi zaś nastepująco: Utrzeć konopie z miodem i wprowadzić do pochwy… tak, jest to sposob na pozbycie sie zapalenia ścianki pochwy. Recepta nr 618 odnosi się z kolei do zapalenia lub grzybicy paznokcia i zaleca wymieszanie ochry z miodem, konopiami i dwoma innymi nieznanymi składnikami.

Conradino Beb

Wywiad z Patrickiem Lundborgiem, winylowym guru, specjalistą od kultury psychedelicznej, autorem książek „Acid Archives” i „Psychedelia”

Conradino Beb: Czy to prawda, że do napisania twojej ostatniej książki Psychedelia: An Ancient Culture, A Modern Way Of Life przygotowywałeś się przez ostatnie 20 lat? Jak to się zaczęło?

Patrick Lundborg: Tak, absolutnie. 20 lat może być nawet liczbą zbyt niską, gdyż moje najwcześniejsze notatki pochodzą z 1988. Jednak dopiero na początku lat ’90 opublikowałem swoją pierwszą książkę i mogłem sobie wyobrazić, że w przyszłości opublikuję także książkę o kulturze psychedelicznej, więc 20 lat wydaje się dokładną miarą. Zaczęło się to wszystko od tego, że byłem częścią psychedelicznego kolektywu artystycznego w Sztokholmie o nazwie Lumber Island Acid Crew (nazwałem go Lumber Island, ponieważ jest to dosłowne tłumaczenie nazwy Sztokholm), który został utworzony pod koniec lat ’80.

W tym czasie spora liczba młodych mężczyzn i kobiet zaczęła tu zarzucać LSD, i płynąć razem z prądem doświadczenia, a z tego przyszło mnóstwo kreatywności i zabawy. To była głównie scena muzyczna, ale działali na niej także różnego rodzaju artyści i załoganci. Jako członek tej grupy naturalnie skierowałem się w stronę pisania, co zawsze sprawiało mi przyjemność. Zacząłem od pisania psychedelicznej poezji i nawet udało mi się ją opublikować w największym szwedzkim magazynie literackim, ale ostatecznie zdałem sobie sprawę, że poezja nie była dla mnie idealnym kanałem, a zainteresowanie czytelników współczesną poezją kurczyło się do tego w szybkim tempie.

Przedyskutowałem moją sytuację z przyjacielem, który miał już na koncie sukcesy jako pisarz. Zasugerował on, żebym spróbował pisać po angielsku, jako że prawie wszystko co czytaliśmy było po angielsku i nawet nasze rozmowy były naszpikowane anglicyzmami. W tym punkcie miałem już na koncie dwie książki, jedną na temat rocka garażowego i psychedelicznego lat ’60 (The Age Of Madness, 1992), a drugą na temat The 13th Floor Elevators (The Complete Reference File, 1998), ale żadna z nich nie zawierała dużo prawdziwego pisania. To były bardziej podziemne prace naukowe. W ten sposób na początku lat ’00 zacząłem pisać recenzje i artykuły dla różnych magazynów, stopniowo rozwijając angielski jako główny język pisany.

Napisałem Acid Archives w 2006 i książka odniosła wielki sukces, po czym w końcu przyszedł czas na podsumowanie wszystkich psychedelicznych informacji, które zebrałem kolekcjonując wycinki z gazet, notatki, rzadkie książki, raporty z tripów etc. Problemem było to, że nie mogłem znaleźć odpowiedniego ujęcia dla tego materiału, a wiedziałem, że na potrzeby książki będę musiał znaleźć perspektywę zarówno mocną, jak i świeżą. Dalej pisałem więc o muzyce publikując drugą edycję Acid Archives (2010), która ponownie dobrze się sprzedała, czekając aż ostatni element układanki wskoczy wreszcie na swoje miejsce.

Ujęcie dla mojej następnej książki przyszło do mnie w 2010 – chodzi o proces, który opisałem w przedmowie do Psychedelii. Zdałem sobie sprawę, że prawdziwa kultura psychedeliczna nigdy nie została konkretnie zbadana ani zidentyfikowana i to właśnie stało się moją misją – opisanie psychedelii jako swoistej kultury i stylu życia. Ten nowy paradygmat pomógł mi odsłonić wzory, zarówno starożytne jak też współczesne, które wcześniej nie zostały zbadane i zachęcił mnie do reinterpretacji współczesnej historii psychodelików, która zaczęła się od eksperymentów pejotlowych pod koniec XIX wieku i osiągnęła swój szczyt wraz z odkryciem LSD przez Alberta Hofmanna. Napisanie Psychedelii zajęło mi dwa lata intensywnej pracy, na którą przygotowywałem się jednak przez 20 lat albo więcej.

CB: Istnieje pewien generalny problem dotyczący wielkich narracji – tradycyjnie były one zwykle wynikiem abstrakcyjnej refleksji, a nie krytycznej analizy faktów. A żeby stworzyć nową musisz dotrzeć do korzeni, które zazwyczaj są bardziej wyobrażeniowe niż konsensualne. Jak silna jest twoim zdaniem teoria psychedelii jako podziemnego strumienia kultury Zachodu w świetle znanych faktów?

PL: Było to coś, co pojawiło się podczas pisania, co ma swoje korzenie w moich studiach filozofii i historii religii. Oczywiście, Wielkie Misteria Eleuzis był niezwykle ważnym punktem wyjścia dla zachodniej psychedelii i mimo że większość badaczy zgadza się, iż w użyciu podczas tych gigantycznych ceremonii była jakaś substancja psychedeliczna (prawdopodobnie LSA), znaczenie tego faktu nie zostało jeszcze wchłonięte przez lustro naszej kultury. W miarę gdy czytałem o Eleuzis i o tym, jak przedchrześcijańska kultura basenu Morza Śródziemnego opanowała Europę, stałem się świadomy tego, że „światło Eleuzis” – jak nazywał je Ezra Pound – świeciło jeszcze długo po tym, jak Wielka Świątynia została zniszczona przez chrześcijańskich najeźdźców.

swiatynia_demeter_eleuzis
Świątynia Demeter w Eleuzis

W swojej książce demonstruję w jaki sposób eleuzyjska perspektywa przetrwała w ciągu wieków wśród mistyków i badaczy religijnych, nawet jeśli teoretycznie byli oni chrześcijanami. Przez Europę przelewał się strumień holizmu, panteizmu i hedonizmu aż do późnego Średniowiecza, kiedy Kościół Rzymsko-Katolicki rozpoczął oczyszczanie kanonu i wyklinanie heretyków. Platon został wyklęty, a razem z nim całe duchowe podziemie, które przechowywało tradycję Eleuzis. Był to jednak zaledwie mały wybój na drodze, jako że wkrótce we Włoszech narodził się Renesans, który oczywiście zrewitalizował wszystkie wielkie wierzenia i filozofie przedchrześcijańskie z neoplatonizmem na czele, który jest systemem filozoficznym o zdecydowanie psychedelicznej naturze.

Od Renesansu duchowe podziemie na Zachodzie nigdy tak naprawdę nie przestało istnieć, mimo że jednostki były od czasu do czasu zmuszane do ukrywania lub porzucania swoich „pogańskich” zainteresowań. W skrócie, kultura psychedeliczna narodziła się w połączeniu z halucynogennymi ceremoniami w Eleuzis, a wierzenia, które wyrosły z Eleuzis i antycznej kultury basenu Morza Śródziemnego przetrwały generalnie jako alternatywna filozofia duchowa i styl życia aż do XX wieku, kiedy człowiek zyskał wreszcie możliwość, by odkryć doświadczenia halucynogenne na wielką skalę.

Ten punkt widzenia na temat duchowego podziemia nie jest w mojej opinii bardzo radykalny. Także inni badacze, jak Ezra Pound, zbadali nasze europejskie dziedzictwo i znaleźli jasne świadectwa wolnomyślicielskich naukowców i filozofów natury, sięgające aż do Platona. Formalne użycie środków psychedelicznych otwiera i zamyka 2,500-letni cykl, ale w międzyczasie zdołało także przetrwać przesłanie panteizmu, holizmu, hedonizmu i neoplatonizmu.

CB: Wskazałeś w swojej książce – bardzo zresztą słusznie w mojej opinii – że kontrkultura Bitników i freaków/headów poza odkryciem mocy środków psychedelicznych symultanicznie zaraziła kulturę wirusem wschodniego mistycyzmu, a to dokonało wdruku, czy też stworzyło pewien styl lub nawet alejkę myślenia o samym doświadczeniu psychedelicznym. Dzisiaj jednak połączenie to wydaje się bardzo powierzchowne, zawdzięczając wiele „duchowi czasów”. Mógłbyś to nieco rozwinąć?

patrick_lundborg_promo
Patrick Lundborg w latach ’90

PL: Spytano mnie dokładnie o to samo w innym wywiadzie, więc jest to chyba interesująca kwestia. To będzie długa odpowiedź. Tak naprawdę były dwa specyficzne punkty wspólne pomiędzy psychedelią i wschodnim mistycyzmem, które przyszły z różnych stron. Pierwszy z nich był rozszerzeniem badań nad buddyzmem i hinduizmem, które zaczęli Bitnicy na początku lat ’50, przejmując akademicki dorobek Oxfordu i Harvardu i pytając, czy na Zachodzie istnieje wiarygodny styl życia, który odzwierciedlałby te wschodnie modele. Niektórzy z nich podróżowali także na Wschód, mimo że to zrobiło się popularne dopiero w erze hipisów. Włóczędzy Dharmy Kerouaka to wspaniały przykład szczerego eksperymentowania, które miało miejsce w latach ’50.

Paralelny był z tym Alan Watts, który stworzył swoją własną wersję profesora z Dalekiego Wschodu i starał się przybliżyć laikom podstawowe wschodnie idee: hinduizm, buddyzm i taoizm. Oczywiście, także Aldous Huxley i Gerald Heard byli mocno zamoczeni w studiowaniu myśli Wschodu. Już w latach ’50 istniało więc intelektualne zainteresowanie zamianą tych ezoterycznych technik w użyteczny styl życia. Ten impuls dotarł to Timothy Leary’ego i spółki z Millbrook, którzy otrzymali prawdziwą naukę od Huxleya, Wattsa, Ginsberga i innych guru czy lamów, którzy ich odwiedzali. Pojawiło się odczucie, że trip na kwasie był w jakiś sposób buddyjski, tak więc naturalny dla kręgu z Millbrook stał się skok w odmęty wschodniej duchowości, w ramach badań nad doświadczeniem psychedelicznym.

To zaskutkowało książką Doświadczenie psychodeliczne, którą czyta się dzisiaj z prawdziwym zażenowaniem, ale która wpłynęła na wielu acidheadów i kazała im utożsamić swoje tripy z buddyzmem, a potem (gdy Leary napisał swoją książkę Tao Prayers) z taoizmem. Ten cały łańcuch wpływów jest łatwy do prześledzenia od późnych lat ’60 do początku lat ’50 i niemal wszyscy w to zaangażowani byli także zaangażowani w środki psychedeliczne. Jeśli chodzi o wschodnią ścieżkę nie dragową, która została spopularyzowana na Zachodzie, był to głównie japoński wariant buddyzmu ZEN, który stał się bardzo popularny już w latach ’50 ze względu na wpływowych nauczycieli. Poświęciłem kilka stron w Psychedelii wyjaśniając w jaki sposób amerykański ZEN odciął się od psychedelicznych wpływów i pozostaje taki w dużej mierze do dzisiaj.

leary_millbrook
Timothy Leary w Millbrook

Jednym z powodów jest to, że spośród wielu wschodnich szkół ZEN ma prawdopodobnie najmniej wspólnego z doświadczeniem psychedelicznym. Gary Snyder, pisarz związany z Beat Generation, wolał trzymać się tradycyjnej praktyki ZEN niż włączać w eksperymenty swojego przyjaciela Allena Ginsberga. Innym ważnym momentem skrzyżowania środków psychedelicznych z systemami wierzeń Wschodu jest schyłek kontrkultury lat ’60. W tym czasie – mam na myśli pierwszą połowę lat ’70 – strumień został zawrócony w przeciwnym kierunku. Ludzie chcieli religii raczej żeby uciec od psychedelicznego stylu życia, a nie żeby je zrozumieć.

Z tego exodusu wypalonych hipisów narodził się jeden z najbardziej irytujących mitów ruchu psychedelicznego, którego kwestię poruszam również w swojej książce. Zaczęto wierzyć, że doświadczenia duchowe oferowane przez buddyzm czy hinduizm w jakiś sposób zastępują czy też odbierają siłę doświadczeniu psychedelicznemu. Ludzie zaczęli mówić coś w tym stylu: „Możesz dotrzeć do tego samego miejsca bez dragów za pomocą medytacji”. To oczywiście kompletna bzdura. Nie ma sposobu na dojście do absolutnej rzeźni sensorycznej, charakterystycznej dla pełnego tripu na halucynogenach bez użycia dragów. Medytacja nie sprawia, że zaczynasz widzieć muzykę w postaci czerwonych i zielonych promieni z głośników i nie daje ci kontaktu z kosmitą-tricksterem, który tłumaczy ci tajemnice podróży w czasoprzestrzeni, a w tym samym czasie żongluje dziwnymi, kolorowymi przedmiotami tuż przed twoimi oczami.

Medytacja, a konkretnie tantryczne techniki, które kiedyś były trzymane w tajemnicy, mogą być bardzo potężne i z pewnością przybliżają cię do nirvany – jeśli jest to twój cel. Medytacja, w swoich różnych formach, jest jedną z umiejętnych form osiągania duchowego oświecenia. Ale poza mało istotnymi podobieństwami nie ma ona żadnego związku z doświadczeniem środków psychedelicznych w kwestii techniki, zawartości czy pożądanego rozwiązania. Sądzę, że jest to jeden z najważniejszych rozdziałów mojej książki, w którym wyjaśniam, że są to dwa całkowicie odrębne modele duchowe. Pierwszą rzeczą, której powinien podjąć się student, to ustalić cel swojej praktyki. Czy chce osiągnąć nirvanę, mokszę, czy inny typ klasycznej iluminacji? Jeśli tak, czas zacząć pracę z dhyaną, vipassaną i tantrą, by oczyścić swój umysł na iluminację gdzieś w przyszłości.

Ale jeśli celem jest odkrycie miejsc, emocji i idei, na które wpadasz podczas psychedelicznej podróży, wtedy buddyzm i hinduizm nie ma nic do zaoferowania. Żeby przedsięwziąć psychedeliczną eksplorację przestrzeni wewnętrznej używasz środków psychedelicznych. To brzmi jak oczywistość, ale przez dekady ludzie sądzili co innego, sugerując iż możesz ominąć LSD czy tryptaminy i wciąż mieć te niesamowite podróże przez przestrzeń wewnętrzną. Ale nie możesz. Musisz wybrać.

W latach ’70 wielu wybrało wschodnią ścieżkę bez dragów (poza trawą), co było pewnie dla nich dobre, ale zgadzam się tu z Terencem McKenną, który powiedział że cały ten new age’owy burdel, ukłony przed guru i odosobnienia w górach były w tym czasie sposobem na ucieczkę przed doświadczeniem psychedelicznym, ponieważ ludzie nie mogli sobie już z nim poradzić i chcieli czegoś mniej wymagającego. To zaś, ponownie, jest dobrą sprawą, tyle że na skutek racjonalizacji zrodziło te mity. Dzisiaj, w 2013, ludzie są znacznie mądrzejsi i potrafią odróżnić trip na kwasie od stanu medytacji.

CB: W kwestii muzyki psychedelicznej w swojej książce pojechałeś konkretnie. Zdołałeś na przykład odróżnić nie psychedeliczne eksperymenty od eksperymentów psychedelicznych. A to musiało zostać zrobione, by oczyścić wodę, szczególnie dla czytelnika, który ma bardzo mgliste pojęcie co jest czym. Koniec końców stwierdziłeś nawet, że muzyka psychedeliczna może być nawet grana bez zaangażowania w proces psychodelików. O co w tym wszystkim chodzi?

PL: Jeśli wyjdzie kiedyś druga edycja Psychedelii, być może dołączę jakąś tabelę, żeby sklaryfikować sytuację, ponieważ to dość skomplikowana sprawa. Im więcej dowiedziałem się o muzyce psychedelicznej lat ’60, tym mniej jasny zyskałem jej obraz. Istnieje fundamentalna definicja, którą zapożyczyłem z książki o sztuce psychedelicznej, a która mówi, że: „Muzyka psychedeliczna jest w jakiś sposób związana z doświadczeniem psychedelicznym”. Sądzę, że to dobry punkt wyjścia, ale pozostawia on dużo pytań bez odpowiedzi. Aby w pełni zrozumieć jak szeroki jest to temat, trzeba sobie wyobrazić długą i kolorową wstęge muzyki psychedelicznej.

Na jednym końcu mamy „czystą psychedelię”, która jest muzyką tworzoną przez użytkowników środków psychedelicznych będących pod wpływem środków psychedelicznych. Jak na albumie Spacemen 3 – branie dragów, żeby robić muzykę dla ludzi, którzy biorą dragi. To jest czysta psychedelia; wszystko jest tu związane z doświadczeniem psychedelicznym. Dwie najważniejsze, prawdziwie psychedeliczne grupy to The 13th Floor Elevators oraz (wcześni) The Grateful Dead – obydwie tworzyły czystą psychedelię. To maksymalne przypadki muzyki psychedelicznej. Na drugim krańcu wstęgi mamy muzykę, która nie została stworzona z żadną myślą psychedeliczną, ale którą w pewien sposób lubią ludzie biorący dragi.

the_grateful_dead
The Grateful Dead / 1967

Ale żeby zakwalifikować ją jako muzykę psychedeliczną musisz mieć mnóstwo acidheadów twierdzących, że była czymś szczególnym. Najlepszym przykładem, który mogę wyciągnąć z rękawa, jest exotica lat ’50, ale lubi ją oczywiście także wiele ludzi, którzy nigdy nie brali psychodelików. Istnieje kolejny przykład z krańca wstęgi muzyki psychedelicznej, chodzi o „fakedelię”, która wciąż działa dobrze na dragach. Ta była powszechna w latach ’60, kiedy zespoły chciały być hipsterskie, a ich labele chciały zarabiać na psychedelicznym „trendzie”. Zespoły bez żadnej prawdziwej wiedzy na temat muzyki psychedelicznej słuchały The Beatles, The Byrds i grup z San Francisco, a potem próbowały robić coś podobnego z dodatkiem kosmicznych tekstów.

Część tej fałszywej psychedelii jest okropna, ale z powodu ogólnej kreatywności lat ’60 wielu z tych rzeczy bardzo przyjemnie się słucha i acidheadzi będą je doceniać nawet wiedząc, że grupy te nie były prawdzie psychedeliczne. Ten szczególny „gatunek” nie zjedna sobie jednak purystów. Sam byłem dość sceptyczny w stosunku do „fakedelii”, ale z czasem zrozumiałem, że mnóstwo z psychedelicznej muzyki lat ’60, która mi się podobała, była w istocie fałszywą psychedelią i nie mogłem zrobić nic tylko przyznać, że działała.

Ostatecznym wnioskiem jest to, iż prawie niemożliwe jest, nawet na dobrym kwasie, odróżnić psychedelię fałszywą od prawdziwej, słuchając muzyki. Nie możesz być dogmatykiem, ponieważ zwyczajnie nie wiesz. W 1967-68 cała popkultura była tak zanurzona w psychedelicznych wibracjach, że ludzie którzy udawali zdawali się brzmieć jak prawdziwi przedstawiciele sceny. I dlaczego nie? Im więcej dobrej muzyki, tym lepiej. Można powiedzieć o tym znacznie więcej, ale odsyłam do swojej książki.

CB: Jeśli chodzi o psychedeliczne grupy lat ’60, co powiedziałbyś o psychedelicznym okresie The Beatles? Prawdziwa kreatywność czy kopiowanie innych? Revolver i Sgt. Pepper’s wywołały znacznie większy sztorm od Psychedelic Sounds w swoim czasie, ale obydwie płyty posługiwały się głównie językiem pop rockowym praktycznie nie wchodząc w kwasowe improwizacje. To one jednak zdefiniowały trend.

PL: Nie sądzę, żeby Bitlesi byli mniej psychedeliczni niż The 13th Floor Elevators w kwestii twórczości muzycznej. Kawałki tj. Tomorrow Never Knows czy Strawberry Fields są arcydziełami wczesnej psychedelii i pomogły popchnąć granice rocka w stronę nieznanych lądów. Nic takiego, jak te kawałki, nigdy wcześniej nie zostało nagrane. Bitlesi byli tak ważni dla całej popkultury lat ’60, że w żaden sposób nie mogą być nazwani kopistami – pytaniem było bardziej czy Bitlesi będą zainteresowani jakimś nowym stylem czy kierunkiem. Jeśli byli, wtedy ten styl czy kierunek uważano za prawdziwy, po czym przychodzili kopiści. Stonesi mogą być bardziej uważani za kopistów, gdyż nagrali Satanic Majesties; ale to wciąż bardzo dobry album. Bitlesi z drugiej strony zainteresowali się muzyką psychedeliczną tak wcześnie (wiosna 1966), że mogą być uważani za pionierów stylu.

CB: Czy sądzisz, że doświadczenie psychedeliczne może być zastosowane jedynie do sztuki (muzyka, malarstwo, film etc.), ponieważ jest tak niespecyficzne, czy też po prostu nie nastał jeszcze czas, jak mówią starzy utopiści? Co o tym sądzisz?

PL: Doświadczenie psychedeliczne jest bardzo potężnym modyfikatorem świadomości i osobowości. Niemal wszyscy ludzie, którzy przeszli je przynajmniej kilka razy z pozytywnym, przełomowym skutkiem, zmieniają swoje życie, to jak postrzegają świat i to co chcą robić. Niektóre z tych zmian są nagłe i łatwe do zauważenia, inne są bardzo subtelne i mogą nie zostać odkryte aż nie spojrzysz na swoje życie z oddali i nie zobaczysz jak zmieniłeś swoje zachowanie i z jakiego powodu. Te zmiany nie są przypadkowe, nie do końca indywidualne – istnieje wzór tego co staje się z człowiekiem po wzięciu środka psychedelicznego.

Ten temat był studiowany w latach ’60 i był jedną z rzeczy, którą zainteresowała się banda z Harvardu/Millbrook, zanim cały projekt zamienił się w wielką dragową imprezę. Ludzie, którzy wzięli środki psychedeliczne wystarczającą ilość razy mają tendencję do luzowania się, otwierania na nowe doświadczenia, większej akceptacji wad świata lub siebie samych i są bardziej przygotowani na sytuacje z niejasnymi granicami i regułami lub które wzajemnie się wykluczają. Jednym z klasycznych objawów psychedelizacji, które lubię przytaczać, jest to, że człowiek przestaje mieć problemy z ambiwalencjami i przeciwnościami, których pełen jest świat współczesny.

lsd_photo_1
Świat zewnętrzny na kwasie

Dzieje się tak oczywiście dlatego, iż trip psychedeliczny rozdziera fałszywe dychotomie i dualizmy tak jakby były papierem ozdobnym, a zamiast tego pokazuje ci świat przestrzeni wewnętrznej, w którym wszystko jest trzema rzeczami naraz w tym samym czasie i znajduje się w stanie przepływu, jak w „panta rei” u Heraklita lub „nic nie trwa wiecznie” Merry Pranksters. Spędź wystarczającą ilość czasu w przestrzeni wewnętrznej, odczuj radość i magię, która z tym przychodzi, a wszystko to, co kiedyś było sztywne i spięte odejdzie, i zostanie zastąpione przez osobę, która jest zarówno bardziej dojrzała, jak też paradoksalnie bardziej dziecięca. To właśnie przydarza się większości ludzi, którzy biorą środki psychedeliczne, kiedy są młodzi, ale nie zbyt młodzi (powinieneś mieć za sobą szkołę średnią).

Doświadczenie psychedeliczne ma także do zaoferowania wiele ludziom, którzy pracują w zawodach kreatywnych, nie ma znaczenia czy są aktorami, czy rzeźbiarzami, czy architektami. Jeśli chodzi jednak o najbardziej konwencjonalne części społeczeństwa – filary stabilności finansowej, sektor rządowy, przedsiębiorców, inżynierów i wszystko to, co zbudowało współczesny Zachód – mam trudności ze wskazaniem na natychmiastowe korzyści środków psychedelicznych, poza zrelaksowaniem się i osiągnięciem szczęścia przez białe kołnierzyki. Nie istnieje alternatywna giełda, na której acidheadzi handlowaliby według innego systemu, jeśli rozumiesz o co mi chodzi.

Te funkcje społeczne zostały wyrzeźbione w ciągu wieków, aby zadowolić ambicje i żądania członków społeczeństwa. Są one skrajnie skomplikowanymi, zbilansowanymi funkcjami. Wątpię, żeby można je było ulepszyć w jakiś kontrolowany sposób. Alternatywne społeczeństwo psychedeliczne musiałoby zaczynać od zera i budować swój własny system na bazie wiejskiego życia, wypasu zwierząt, rolnictwa etc. To oczywiście zrobiło mnóstwo hipisów, którzy zdecydowali się na zużytkowanie kwasowych pomysłów. Mój tok myślenia jest więc taki, że społeczeństwo „zgredów”, które naprawdę jest zgredowate, urosło w niemal organicznym stylu w ciągu wieków do swojej dzisiejszej postaci.

Możemy go nie lubić, ale istnieje ono dla jakiegoś powodu, którym jest zapewnianie komfortu zgredom. W tym społeczeństwie zgredów wciąż istnieje jednak przestrzeń kreatywna, czy też pewna doza anarchii i zabawy, a w niektórych krajach ludzie, którzy używają psychodelików, mogą to robić z małym ryzykiem i stwierdzają, że ich rodzinne miasta wraz z mieszkańcami są w porządku, zgredowate czy nie. W innych krajach tj. USA zgredy są przerażone ludźmi, którzy chcą być wolni, jednak nie dlatego, że są zagrożeniem, ale ponieważ wierzą, iż całe społeczeństwo i pewien styl życia upadnie jeśli zbyt wiele jednostek uwolni swoje umysły i osobowości z pomocą środków psychedelicznych. A najśmiejszniejsze jest to, że mają rację.

Milion Amerykanów wziął wystarczającą ilość LSD, by zmienić się całkowicie, a to stworzyło duchową kontrkulturę, która wpływała na całe społeczeństwo przez wiele lat. Wyobraź sobie co by się stało, gdyby 100 mln Amerykanów wzięło LSD? Te finansowe filary, wielkie korporacje i agencje rządowe nagle wypełniłyby się ludźmi, którzy zakwestionowaliby wszystko, którzy zdecydowaliby, że nie chcą pławić się w gównie i odeszli z pracy zostawiając cały ten młyn. Ci w USA, którzy widzielli w LSD zagrożenie dla amerykańskiego modelu „szczytu/nagrody”, przedsiębiorczości, ciężkiej pracy i kapitalizmu mieli rację.

W czym mogli się jednak mylić, to że nowe społeczeństwo, które zastąpiłoby stary kołowrotek, wyścig szczurów i piramidową grę, byłoby koniecznie gorsze od starego. W perspektywie tego, co robią ze zdrowymi, dorosłymi ludźmi psychodeliki, sądzę że istnieją spore szanse na to, iż społeczeństwo zbudowane przez psychedelistów byłoby znacznie lepsze od tego, które mamy obecnie na Zachodzie. Sądzę jednak również, iż to może zostać osiągnięte jedynie poprzez totalne zawalenie się starego systemu, który stworzy miejsce na nowy. To nie jest przedsięwzięcie, które może zostać osiągnięte przez prostowanie i wygładzanie.

Widząc jak wygląda dzisiaj świat Zachodu, najbardziej przewidywalnym rezultatem wydaje mi się współistnienie psychedelicznych enklaw ze starym systemem – model, z którym już eksperymentowano i który rośnie w wiarygodność. Wierzę, że taką właśnie przyszłość musimy uwzględnić i z tego powodu napisałem też cały rozdział w Psychedelii, który traktuje o psychedelicznych kongregacjach i komunach, o budowaniu utopii na małą skalę.

CB: Naprawdę podobał mi się ustęp w Psychedelii na temat psychedelicznych wątków w Czasie apokalipsy. Co byś powiedział o narkotycznym kinie Nowego Hollywood w kontekście rzucenia tego na ekrany? Lata ’70 były okresem, w którym dragi naprawdę wkroczyły do mainstreamu. Z drugiej strony uważasz Bliskie spotkania Spielberga za przykład kina psychedelicznego, mimo że ten był zawsze znany jako nerd trzymajacy się z dala od dragów.

PL: W książce wspominam o tym, że Nowe Hollywood pomimo całej swojej kreatywności i pomysłów nieszczęśliwie skierowało się na tory realizmu i naturalizmu. Podczas gdy psychedelia trzymała w garści popkulturę przez wiele lat, przebudzone Hollywood odsunęło się od rzeczy duchowych i halucynogennych kierując w stronę filmów o zwykłych ludziach zmagających się z życiem. W Easy Riderze wciąż mamy element psychedeliczny, ale w Pięciu łatwych utworach nie pojawia się on w ogóle. Jeśli chodzi zaś o Spielberga, to nie skupiam się tyle na nim samym, co na Bliskich spotkaniach, które mają ten specyficzny, dziecięcy zachwyt łatwy w odczycie dla acidheadów.

Easy_Rider_Hopper_fuck
Scena z „Easy Ridera” (1969)

W filmie tym świat został przedstawiony jako lekko nierealna tajemnica, która czaruje ludzi. W przeciwieństwie do innych obrazów Spielberga jest on również pozytywny i ma magiczną atmosferę. Sposób, w jaki sfotografowano ten film, chodzi mi głównie o nocne sceny, przypomina psychedeliczne pejzaże w tripową noc – duże otwarte niebo i poczucie bycia zaangażowanym w coś ważnego. Spielberg nigdy nie stworzył już potem niczego psychedelicznego, a nawet to wyszło mu być może przez przypadek, ale Bliskie spotkania posiadają specyficzny psychedeliczny klimat, o który trudno w filmach. To nie jest ta sama wibracja, którą znajdziemy na przykład w 2001 Kubricka.

CB: Going Up The Country Canned Heat – singiel wydany w 1968 – to numer, który dla wielu symbolizuje konkretny moment, kiedy headzi w końcu wyprowadzili się z miast, by założyć wiejskie społeczeności i poszukać bardziej zielonej trawy. Ale dla mnie jest to także początek drugiej rundy, gdyż w ruch poszło sadzenie marihuany, a Szmaragdowy Trójkąt stał się prawdziwym centrum nowego biznesu. 30-40 lat później wziął on w końcu Amerykę szturmem – ganja jest bardziej popularna niż była kiedykolwiek. Co sądzisz na ten temat?

PL: Marihuana i cała kultura konopna Zachodu jest ogromnym fenomenem kulturowym, który powinien zostać zbadany i skomentowany przez wyspecjalizowanych ekspertów. Istnieje pewien punkt zaczepienia pomiędzy sceną marihuanową i sceną kwasową, konkretnie w erze świetności kontrkultury, ale jeśli mamy oddać szacunek obydwóm gigantycznym fenomenom, nie można ich zgarniać do jednego worka. Zgadzam się jednak, że marihuanowa scena growerska stała się dużym hobby (i biznesem) w latach ’70 i zrodziła takie magazyny jak High Times, który także zajmuje się środkami psychedelicznymi. Najbliższym połączeniem jest tu hodowla magicznych grzybów, którą opisałem szczegółowo w Psychedelii.

CB: Dlaczego nie wspomniałeś w książce, że konopie, jeśli wzięte doustnie, wywołują efekt tak samo silny jak LSD (przy dużych dawkach)? Osobiście, uważam mit lekkiej psychedeliczności konopi za zabawną sprawę. Hinduska soma mogła być równie dobrze potężnym ekstraktem z konopi, ale jakoś nikt nigdy nie poszedł tą drogą.

PL: Zgadzam się, że haszysz przyjęty doustnie może być bardzo mocny – faktycznie, jeden z moich najpotężniejszych tripów przeżyłem jedząc omlet z haszyszem, który przygotowała grupa moich przyjaciół. Być może trochę przesadziliśmy (na patelnię poszło kilka gramów), bo wyssało całą naszą trójkę na kilka godzin. Opanowało mnie euforyczne uczucie i nie mogłem przestać się śmiać, a kiedy w końcu wyluzowałem się na tyle, że byłem w stanie leżeć, każda komórka mojego ciała zdawała mi się elektryczna. Interesująca rzecz i bardzo fajna, muszę przyznać. Ale jak wspomniałem wcześniej, musiałem dokonać świadomego wyboru i zostawić kulturę konopną innym, gdyż jest ona tak bardzo popularna i na pewno bardziej rozpowszechniona od psychodelików.

CB: Czy sądzisz, że kultura zachodnia jest w stanie wyprodukować swoją własną ścieżkę mistyczną bez romansów z buddyzmem, hinduizmem, taoizmem czy chrześcijaństwem, która opierałaby się bardziej na pierwotnym rdzeniu, jak w neopogaństwie czy niektórych gałęziach filozofii transgresji?

PL: Jest to jedno z najważniejszych pytań, które porusza moja książka. W mojej opinii musimy sobie przede wszystkim zdać sprawę, że psychedelia jest osobną ścieżką, a nie częścią już istniejących ścieżek duchowych czy psychologicznych. Znajdziemy wprawdzie punkty styczne, ale różnice są znacznie większe od podobieństw, szczególnie jeśli spojrzysz na treść doświadczenia psychedelicznego, które jest oczywiście rdzeniem całej sprawy. Uważam za przedziwne mówienie o tym, że wschodnia medytacja zastępuje lub zabiera ludzi do „tego samego miejsca”, co środki psychedeliczne, ponieważ to nieprawda.

Ci ludzie albo przeżyli bardzo łagodne tripy na kwasie, albo zwyczajnie przekonali się, że nie potrzebują unikalnych przeżyć oferowanych przez środki psychedeliczne. To ich strata, ale chciałbym, żeby stare mity z lat ’60-’70 o „naturalnych hajach” całkowicie wyparowały. Medytacja i inne praktyczne metody (jak nazywają je buddyści) są oczywiście bardzo efektywnymi ścieżkami, które zostały udoskonalone w ciągu setek lat i każdy, kto wybierze podążanie za jedną z tych szkół ze szczerym oddaniem, na pewno wiele zyska, a być może nawet osiągnie pewien wyższy stan świadomości. Wschodnie ścieżki są piękne i działają – co jednak jest mylną koncepcją, to przekonanie, że są one w jakiś sposób porównywalne z doświadczeniami środków psychedelicznych. To są różne ścieżki posługujące się różnymi narzędziami, różnymi treściami doświadczenia i różnymi stanami końcowymi.

vipassana
Mali mnisi buddyjscy w trakcie praktyki vipassany

Zrozumienie, że psychedelia reprezentuje osobną, specyficzną ścieżkę treningu duchowego, jest więc pierwszym krokiem. Idąc krok dalej sądzę, że istnieją inne szkoły i tradycje, z którymi warto się zaznajomić, gdyż mogą one pomóc w nawigacji poprzez psychedeliczny trip. Wcześniejsze poznanie wschodniej medytacji będzie pomocne, nawet jeśli treści są kompletnie różne, jako że umiejętność kontroli i eksternalizowania strumienia własnego umysłu, której uczysz się w trakcie medytacji, jest bardzo przydatna w psychedelicznej przestrzeni wewnętrznej.

Podobnie, wartościowe przy zażywaniu psychodelików są także doświadczenia z tradycyjną psychoterapią, jako że trenują one w identyfikowaniu własnych mechanizmów obronnych, zawiech i odruchów. Konkretnie, podczas pierwszych tripów, kiedy dochodzi do intensywnego czyszczenia wewnętrznej garderoby, naprawdę przydaje się zrozumienie własnego ego. Nawet gdy jesteś konkretnie naładowany, wcześniejszy trening pomoże ci opatrzyć etykietką momenty, kiedy reagujesz ze względu na strach lub inne negatywne wdruki, a to zarówno obniży ryzyko doświadczenia psychedelicznego, jak też popchnie cię szybciej do przodu na psychedelicznej ścieżce.

W dodatku do wschodniej medytacji i zachodniej psychoterapii, dwóch najważniejszych sprzymierzeńców dla ścieżki psychedelicznej widzę w filozofii neoplatońskiej i rdzennym szamanizmie wykorzystującym rośliny psychoaktywne. Neoplatonizm jest użyteczny, ponieważ jest to gałąź klasycznej filozofii pozostająca najbliżej psychedelicznego doświadczenia wszechświata, prezentująca go w formie warstw różnych poziomów zrozumienia, przez które można się przedrzeć dzięki „kontemplacji”, a w naszym przypadku dzięki dragom halucynogennnym.

shaman_3
Szaman z bebnem

Można się kłócić, że Platon, którego filozofia jest przecież podstawą tego systemu, może zaoferować znacznie bogatszy i lepszy model myślowy umysłu i wszechświata, ale Platon interesował się także wieloma rzeczami, które nie miały żadnego związku z doświadczeniem psychedelicznym i dopiero w niektórych pracach (szczególnie w Fedonie) wyczuwamy jasną obecność inicjacji w Eleuzis i pogląd na egzystencję, który ma silny duchowy ton. Na poziomie technicznym wielopoziomowa struktura metafizyczna neoplatonizmu wydaje się lepiej rozwiniętym modelem od dualistycznego poczucia form i idei Platona.

Jeśli chodzi o tradycje szamańskie, pokrywają one witalną przestrzeń, której nie pokrywa żadna z innych szkół czy tradycji, a chodzi o konkretną nawigację w przestrzeni wewnętrznej, kiedy odbywasz swój psychedeliczny trip. Szamani są mistrzami tej domeny, a przestrzeń wewnętrzna (zaświaty) jest dla nich tak samo lub nawet bardziej rzeczywista od otaczającego nas, fizycznego świata. Otrzymują oni swój szamański trening poprzez przyjęcie gigantycznej dawki środków enteogennych aż nie przemierzą wszystkich zakątków tamtego świata, który opisuje tradycja szamańska.

Mistrz szamański zna pejzaż przestrzeni wewnętrznej, jej mieszkańców, zarówno tych dobrych, jak i złych, gry w które grają, swoje powinności i wie jak poradzić sobie z różnymi specyficznymi sytuacjami. Doświadczony acidhead otrzymuje mniej więcej tę samą wiedzę, zakładając że przyjmie wystarczająco duże dawki, tak więc staje się w efekcie szamanem tradycji wcześniej nieznanej na Zachodzie – on lub ona staje się szamanem/ką przestrzeni wewnętrznej. A na tej ścieżce psychedelicznej Zachodu, czy to z użyciem LSD, grzybów, DMT/ayahuaski, czy czegoś innego, można się wiele nauczyć od rdzennych i mieszanych szamanów, czy ayahuasqueros, którzy przemierzyli przestrzeń wewnętrzną z punktu widzenia swojej własnej tradycji.

Jako że dragi są takie same lub podobne, nie powinno dziwić, że to co opisuje szaman z Amazonii, ofituje w podobieństwa dla zachodniego fana enteogenów. Wizje członka społeczności plemiennej będą zaowoalowane przez ikony i język jego własnej tradycji, więc nie zawsze będzie łatwo odróżnić folklor od bezpośredniego doświadczenia psychedelicznego, ale siłą rzeczy setki szamańskich tradycji Centralnej i Południowej Ameryki mają do zaoferowania dużo wiedzy i praktycznych pomysłów.

ayahuasca-vine
Ayahuasca w naturalnym środowisku

Podsumowując powiedziałbym, że ścieżka psychedeliczna Zachodu powinna być najpierw zrozumiana i zdefiniowana jako osobna tradycja duchowa posiadająca swoje własne narzędzia, treść wizyjną, język, strukturę stopniowego rozwoju i potencjalne stany końcowe. Zdefiniowanie tych rzeczy może zostać dokonane wyłącznie dzięki studiowaniu i dyskutowaniu doświadczeń psychedelicznych, zarówno w formie natychmiastowych impresji oraz dalekoterminowych nauk, co doprowadzi do zbudowania pełnego modelu duchowej tradycji. To trochę jak u zarania chrześcijaństwa, kiedy Ojcowie Kościoła stopniowo definiowali kanon tego, co stało się religią chrześcijańską. To szeroko zakrojony wysiłek angażujący mózgi, serca i duchy tysięcy jednostek pracujących aż tradycja otrzyma w końcu względnie stabilną, konsensualną forme, spajającą i łączącą wszystkie fundamentalne doktryny i rytuały.

Po uzgodnieniu, że psychedelia jest osobną duchową tradycją, drugim krokiem byłoby stworzenie mapy przestrzeni wewnętrznej, co szeroko omawiam w swojej książce. To zadanie, które postępuje od dekad, ale przybiera formy ad hoc, w jakiś sposób rozproszone, jakby treść tripu nie była tak ważna jak coś innego, cokolwiek to miałoby być. Dla doświadczonego psychedelisty, który wystarczająco oczyścił swój niechciany bagaż, wyzwanie powinno być oczywiste: wejście w przestrzeń wewnętrzną i sprawdzenie czego można się dowiedzieć. Trzeba uczynić fundamenty z wartościowych rzeczy i udokumentować je w celu dalszej analizy. To właśnie powinno zostać zrobione i zgrupowane w postaci dużej pomocy naukowej, podobnie jako praca Ojców Kościoła.

Te dwa kroki są wystarczająco wyzywające dla zachodnich psychedelistów i dają im pracę na kilka następnych dekad. A dopóki nie będzie znaku postępu, nie ma nawet sensu patrzeć dalej w przyszłość. I nawet jeśli opisuję to w ogólnych zarysach jako szeroko zakrojony fenomen, nie istnieje oczywiście żadna przeszkoda dla plemion acidheadów czy miłośników grzybów, by wystartować z własnymi projektami mającymi na celu stworzenie kanonu nauk psychedelicznych i map przestrzeni wewnętrznej. Ja sam byłby wielce szczęśliwy dowiadując się, że tego typu przedsięwzięcie jest w toku.

CB: My także, dzięki za rozmowę!

<<< Odwiedźcie stronę Patricka i sprawdźcie gdzie można kupić jego książkę>>>

„Poganie” z Richardem Rudgleyem

Poganie to świeży dokument telewizyjny, wyprodukowany przez kanał Discovery Historia, zajmujący się pogańską historią Europy. W pierwszym odcinku jego gospodarz, antropolog kultury i profesor Oxford University: Richard Rudgley – znany w Polsce z Alchemii kultury: od opium do kawy – śledzi odkrycia archeologiczne na Wyspach Brytyjskich starając się odpowiedzieć na pytanie, jak daleko w w czasach przedchrześcijańskich sięgała więź pomiędzy człowiekiem, a zwierzęciem. Godnymi uwagi wątkami są m.in. rytualny sex ze zwierzętami i wilcze stowarzyszenia tajemne, będące jednym ze źródeł legend o wilkołakach.

Józef ‚Joujou’ Boruwłaski – wybitny polski… karzeł

W XVIII-wiecznej Europie, jak i wcześniej, karły były traktowane w dużej mierze jako modne obiekty kolekcjonerskie, ostentacyjna manifestacja bogactwa, egzotyczny zbytek, a przy tym źródło rozrywki. Nie wspominając już o rosnącym wówczas zainteresowaniu karłami przez uczonych, którzy bacznie studiowali ich anatomię próbując ustalić przyczyny ich choroby.

W owym czasie na Starym Kontynencie szczególną sławę zyskało sobie dwóch karłów: Francuz  Nicolas Ferry, znany jako Bébé (1741 – 1764), bawiący na dworze Stanisława Leszczyńskiego, oraz Polak Józef  Boruwłaski (1739 – 1837), zwany Joujou (fr. jouer–  grać, bawić). Joujou podobnie jak Bébé, był karłem harmonijnej budowy, a oznacza to tyle, że wyglądał jak miniaturka dorosłego człowieka, gdyż jego proporcje pozostały niezakłócone. Znany i podziwiany w całej Europie Joujou, wszechstronnie utalentowany, władał kilkoma językami i zachwycał błyskotliwym poczuciem humoru.

Zachwycał tak bardzo, że pod hasłem nain (karzeł) w Wielkiej Encyklopedii Francuskiej (Encyclopédie, ou dictionnaire raisonné des sciences, des arts et des métiers) hrabia de Tressan najwięcej uwagi poświęcił właśnie jemu, przy okazji szczodrze go zachwalając. Zdarzyło mu się również gościć na kolanach (i dworze, rzecz jasna) cesarzowej Marii Teresy. Polak wzbudzał nieopisaną zazdrość Ferry’ego, który to pewnego razu, w ataku szału próbował wrzucić go w ogień (po szczególnie niepochlebnym dla niego porównaniu z Polakiem dokonanym przez Leszczyńskiego).

Szkielet Nicolas'a Ferry
Szkielet Nicolas’a Ferry w Musée de l’Homme w Paryżu

Swą pozycję w ówczesnym świecie Boruwłaski przypieczętował wydanymi w 1788 roku pamiętnikami, spisanymi w języku francuskim pt. Mémoires du célèbre nain Joseph Boruwlaski gentilhomme polonais. Dowiedzieć się z nich można o odbytych przez Joujou podróżach, napotkanych wówczas osobistościach, oraz wydarzeniach w których miał okazję brać udział. Zainteresowani lekturą mogą skorzystać z elektronicznej wersji memuarów, wydanej w języku angielskim:

Memoirs of Count Boruwlaski

Bycie pupilkiem dworów europejskich mogłoby zdawać się sprawą przyjemną i zapewne w dużym stopniu dla Boruwłaskiego taką było. Jednak nie może być łatwym do zaakceptowania fakt, iż mimo niebywałej elokwencji, umiejętności tańca nabytej u mistrzów wiedeńskich, gry na gitarze czy znajomości pięciu języków, w oczach swojego otoczenia wciąż plasujesz się na pozycji tylko nieco wyższej niż ulubiony piesek cesarzowej. Z takim losem niestety musiał się zmagać Boruwłaski.

Z tego powodu głośna i szeroko komentowana w Warszawie była sprawa jego miłości do niejakiej Izaliny Barboutan, o której względy starał się długo, pisząc jej w listach płomienne wyznania. Piękna Izalina, francuska emigrantka, stała się obiektem drwin w towarzystwie, a w swych listach do Boruwłaskiego pisała: Cóż ci zrobiłam Joujou?(…) Odwołaj pan to wszystko, każ zamilknąć ludziom, zwróć mi moją wesołość..  Koniec końców, sprawę w swoje ręce wziął król Stanisław August Poniatowski, wyznaczając karłowi roczną pensję w wysokości 120 dukatów, co pozwoliło matce Izaliny spojrzeć na Joujou przychylnym okiem i zgodzić się na jego z jej córką zaślubiny.

Józef „Joujou” Boruwłaski dokonał żywota w ukochanym przez siebie hrabstwie Durham, w Północnej Anglii, osiągając prawdziwie matuzalemowy wiek 98 lat.

Borusławski i O'Brien
Olbrzym O’Brien i Józef Boruwłaski

Nowa książka Patricka Lundborga na temat kultury psychedelicznej

psychedelia_lundborg

Patrick Lundborg – znany kolekcjoner winyli, guru muzyczny i autor genialnej monografii rocka psychedelicznego Acid Archives – wydał kolejną książkę pt. Psychedelia: An Ancient Culture, A Modern Way Of Life, do której zbierał materiały przez ostatnie dwadzieścia lat.

Książka opisuje kulturę psychedeliczną jako podziemny fenomen z 3,5-tysiącletnią historią, a jej bohaterami są m.in. Sokrates, Apoloniusz z Tiany, Philip K. Dick, Ken Kesey, William Blake, Timothy Leary oraz wielu innych magów, artystów, rewolucjonistów i działaczy kontrkulturowych. Książka opisuje również skutki wywoływane przez DMT, ayahuaskę, LSD i wiele innych środków psychedelicznych.

Podążamy przez starożytną Grecję z jej misteriami religijnymi, średniowieczne sekty manichejskie, renesansową alchemię, oświeceniową naukę, XIX-wieczny romantyzm i podróże po Bliskim Wschodzie, aż po kontrkulturę drugiej połowy XX wieku z Bitnikami, Red Dog Saloon, Haight-Ashbury, londyńskim klabingiem, The 13th Floor Elevators, neoszamanami i zdobyczami chemicznymi Laboratorium Sandoza, oraz współczesne odrodzenie zainteresowania halucynogenami w nauce i medycynie.

Książka kosztuje obecnie £27,63 w brytyjskim Amazonie. Jej indeks można znaleźć na oficjalnej stronie Lundborga.

Źródło: Lysergia