Archiwa tagu: horror

Uciekaj! (2017)

Nakręcone przez Jordana Peele’a Uciekaj! to dziecko specjalizującej się w lukratywnych, acz niskobudżetowych horrorach, wytwórni Blumhouse Productions (Paranormal Activity). To właśnie stojący na jej czele producent Jason Blum dostrzegł potencjał w napisanej przez Peele’a historii, która z dzisiejszej perspektywy idealnie wpisuje się burzliwą sytuację społeczną Stanów Zjednoczonych. Co więcej, o filmie mówi się w kontekście pierwszego czarnoskórego horroru z oficjalnym wsparciem finansowym Hollywood.

Fabularnie Uciekaj! to krytyka amerykańskiego rasizmu, delikatnie tylko przykrytego okleiną z białego liberalizmu. Młody, czarnoskóry fotograf, Chris (Daniel Kaluuya), spędza weekend w podmiejskiej posiadłości swojej białej dziewczyny. Jej przekonywania jakoby rodzice nie są uprzedzeni rasowo – czego potwierdzeniem ma być to, że głowa rodziny zagłosowałaby trzeci raz na Obamę, gdyby tylko była taka możliwość – pozornie koją niepokój chłopaka, podsycany przez telefony jego przyjaciela, pracownika służby granicznej.

Szerszy opis fabuły nie uniknąłby niestety spoilerów, a to właśnie wglądem w tajemniczą rodzinę Armitage i odkrywaniem jej tajemnic Uciekaj! stoi. To klasyczna historia ze zręcznym zawiązaniem akcji, która szybko epatować zaczyna jednak oparami absurdu.

Specjalizujący się w komediach Peele zaskakująco dobrze radzi sobie z wyczuciem tempa, rozsądnie umieszczając na fabularnej osi wszystkie wolty, jump scare’y czy sceny emanujące brutalnością. Stąd pod względem grozy Uciekaj! najbliżej do Dziecka Rosemary Polańskiego, ozdobionego psychodelicznymi rzutami, które jakby żywcem wyrwane zostały z Pod Skórą.

Ale by widz nie czuł się zaszczuty, jak główny bohater wśród białych na wykwintnym przyjęciu organizowanym przez domowników (czyżby wkradła się tu inspiacja klasycznym Zgadnij kto przyjdzie na obiad?), Peele podszywa całość sporą ilością humoru.

Głównym elementem wytchnienia jest ziomek Chrisa, grany przez amerykańskiego komika Lila Rela Howery’ego. Jego żarty, choć niezbyt wyszukane, idealnie nadają się jako wentyl pozwalający widzowi na łyk świeżego powietrza w gęstniejącej atmosferze, a sama postać jest kluczowa i idealnie dopasowana do fabuły.

Warto wspomnieć, że klimat filmu buduje nie tylko historia, ale również scenografia, przepełniona ogromnymi, pokazywanymi najczęściej w dziennym świetle, przestrzeniami. Potrafi ona wciągnąć widza w klimat bezlitosnej klaustrofobii, w której uwięziony jest bohater. Wrażenie to potęguje dodatkowo otaczający go panteon różnych postaci, od arystokratycznych rodziców po zachowującą się jak zombie z wuduistycznych rytuałów, czarnoskórą służbę.

Nieszczęśliwie jednak, Uciekaj! mimo ciekawego skryptu, solidnej realizacji czy gry aktorskiej grzęźnie w końcówce. Finał historii wprawny widz przewidzi już gdzieś w połowie seansu, a sam jego przebieg trąci sztampą – dobrze nakręconą, aczkolwiek sztampą. Jordan Peele pokierował kontrowersyjny temat przewodni trochę zbyt zachowawczo – w rękach bardziej odważnego reżysera dostalibyśmy z pewnością jeden z najlepszych horrorów XXI wieku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Get Out
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

Bodom (2016)

W czerwcu 1960 roku fińskie jezioro Bodom stało się świadkiem przerażającej zbrodni dokonanej na trójce z czwórki biwakujących u jego brzegów nastolatków. Przez lata główne podejrzenia padały na jedynego ocalałego z masakry, osiemnastoletniego wówczas Nilsa Gustafssona, a nieścisłości związane z całym zajściem do dziś elektryzują internetowych kryminologów, którzy nadbudowali wokół incydentu paranormalny aneks.

Taneli Mustonen w swoim drugim pełnometrażowym obrazie próbuje opowiedzieć autorską wersję wydarzeń sprzed pół wieku, kultywując przy tym tradycję skandynawskiego kina grozy. A przez tradycję tę rozumiem przeszczepienie znanego, zachodniego schematu filmu w surowe, fińskie plenery.

Bodom zaczyna się jak schematyczny, sztampowy slasher, który klimatem przypomina najlepsze odsłony z okresu renesansu tego podgatunku, by w ostatecznym rozrachunku, przez nagromadzenie fabularnych zwrotów, stanąć obok francuskiego Bladego Strachu (2003).

Film łączy popularną, obecną w warstwie audiowizualnej retro stylistykę oraz sprawdzone schematy kina siekanego. Niestety, twórcy podeszli do swojego dzieła bardzo na serio, przez co film może trącić w finale lekką pretensjonalnością. Brak autoironii zastępuje jednak sugestywny, zbrodniczy klimat, który niczym mgła wisi nad głowami naszych bohaterów oraz między otaczającymi ich zewsząd drzewami.

Jednak choć gęsty, bywa on często nierówny – winą jest wielomodułowy schemat budowania fabuły, na którą składają się różne, nie całkiem do siebie pasujące sekwencje. Bo jak inaczej nazwać sytuację w której oglądamy świetnie nagraną, zalaną mrokiem próbę wyciągnięcia kluczyków z zatopionego w jeziorze ciała, by chwilę później ogarniać wzrokiem chaotycznie nakręconą scenę z holownikiem.

Na ekranie widzimy młodych, w głównej mierze debiutujących aktorów, którzy bez żadnych wyjątków przypominają żywe schematy kina grozy. Od wytatuowanego osiłka przez nerda po zamkniętą, cichą dziewczynę – czy można zebrać bardziej ikoniczną dla gatunku ekipę? W opozycji do nich stoi oczywiście morderca, ale jest on niestety nader nudny i pozbawiony jakiegokolwiek atrybutu zapadającego w pamięć.

Twórca znany głównie z produkcji komediowych starał się w Bodom ująć szerszy aspekt filmowej grozy, równocześnie nie poświęcając żadnej z płaszczyzn odpowiedniej uwagi. Widz spodziewający się suspensu znajdzie go więc tu w prostej postaci… niestety niedziałającej. Ostatecznie jest to zaledwie solidny, rzemieślniczy twór, będący mirażem tego co znane i lubiane.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Bodom
Produkcja: Finlandia, 2016
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 3/5

„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” nie zostałby nigdy zrealizowany bez „Gwiezdnych wojen” i „Diuny” Jodorowsky’ego

Kto wie ile filmów science-fiction nie ujrzałoby nigdy światła dziennego (czy raczej ciemności kin), gdyby nie Gwiezdne wojny George’a Lucasa? Efektem kasowego sukcesu jednego z pierwszych blockbusterów w historii był dziki pęd hollywodzkich wytwórni do realizacji wszelkiej maści spin-offów i obrazów pokrewnych estetycznie… i tylko dzięki temu na ekrany wszedł Obcy – ósmy pasażer Nostromo!

Pierwsza część gwiezdnej sagi mocno pobudziła wyobraźnię niejakiego Dana O’Bannona, znanego w tym czasie tylko i wyłącznie ze scenariusza do niszowego dzieła Johna Carpentera – Ciemna gwiazda (1974), który szybko wpadł na pomysł horroru sci-fi, nazwanego przez niego roboczo They Bite. O’Bannon odpłynął jednak wkrótce w stronę realizacji Diuny razem z Alejandro Jodorowskym, która nigdy nie doszła do skutku.

Ale praca u boku Jodorowsky’ego nie poszła na marne, gdyż O’Bannon zapłodniony twórczo mrocznym konceptem graficznym H.R. Gigera, który zgodził się pracować nad Diuną, postanowił wykorzystać go w swoim własnym projekcie. Napisany przez niego w 1975 scenariusz nazwany został Star Beast (czyli Gwiezdna bestia), by niedługo później zmienić tytuł na Obcy.

Rok później scenariusz niemal wszedł w fazę produkcji, gdy jego reżyserii podjąć chciał się sam Roger Corman. W międzyczasie scenariuszem zainteresowała się jednak mała filia studia filmowego Fox, którego zarząd miał wielką ambicję zrealizowania własnych Gwiezdnych wojen i zlecił reżyserię Obcego brytyjskiemu reżyserowi Ridleyowi Scottowi. Ten postanowił zaś wejść w świat science-fiction, gdy tylko zobaczył Gwiezdne wojny w Chińskim Teatrze w Los Angeles.

Nigdy w życiu nie widziałem i nie czułem takiego uczestnictwa publiczności. Kino drżało w posadach. Kiedy na samym początku pojawiła się Gwiazda Śmierci, mój plan realizacji Tristana i Izoldy legł w gruzach, postanowiłem znaleźć coś innego. Zanim film skończył się na dobre, byłem zdruzgotany do tego stopnia, że czułem się beznadziejnie.

To największy komplement, jaki mogę dać; czułem się beznadziejnie przez tydzień. Nie znałem wtedy jeszcze George’a, ale myślałem sobie: „Kurwa, George”. I wtedy ktoś przysłał mi scenariusz pt. Obcy, więc powiedziałem „wow”, podejmę się tego – wspomina Scott w wywiadzie dla Deadline.

Dzieło Scotta weszło na amerykańskie ekrany 25.05.1979 i zarobiło $104 mln, pewnym krokiem wchodząc do kanonu filmów kultowych. Jak skomentował film jego producent, David Giler: Obcy jest dla Gwiezdnych wojen tym, czym The Rolling Stones dla The Beatles.

Conradino Beb

„The Birth Of Body Horror” objaśnia korzenie kultowego gatunku filmowego

Body horror zaczyna się upowszechniać w połowie lat ’70 wraz z pierwszymi dziełami Davida Cronenberga takimi jak Dreszcze czy Wściekłość, do czego wkrótce dochodzi Obcy w reż. Ridleya Scotta, który zapoczątkował jedną z najdłużej eksploatowanych franczyz w historii przemysłu filmowego.

The Birth of Body Horror tłumaczy korzenie i losy gatunku, który efektownie straszy widzów mutacjami, chorobami i pasożytami ludzkiego ciała!

(Materiał z angielskimi napisami)

Nie oddychaj (2016)

dont-breathe-poster_2016

Pogrążone w bankructwie Detroit coraz częściej inspiruje twórców kina gatunkowego. Wymarła metropolia była już domem dla introwertycznego wampira (Tylko kochankowie przeżyją), placem zabaw dla wenerycznego demona (Coś za mną chodzi), a w końcu sam Ryan Gosling umieścił akcję swojego debiutu w mieście inspirowanym stolicą amerykańskiej recesji.

Teraz reżyser Fede Alvarez, twórca dobrze przyjętego remake’u Martwego zła, w pejzaż postapokaliptycznych przedmieść Detroit wpisuje jeszcze jedną mroczną historię.

Filmowi trudno nie zarzucić bycia banałem. Ot historyjka o trójce dzieciaków, która starając się wyrwać z dotychczasowego życia, para się rabunkami. Ale pewnego razu za cel obiera sobie ona stojący na uboczu dom niewidomego weterana wojny w Iraku, mieszkającego ze swoim psem odludka. Reszta to czysto gatunkowa, trzymająca za gardło, poetyka kina grozy, wyraźnie odrzucająca przegięty styl Martwego zła (2013).

Jednak ta prostota w przypadku Nie oddychaj działa tylko i wyłącznie na plus, bo produkcja posiada w rękawie kilka fabularnych asów, przyprawiających widza o przyjemne doznania. Duża w tym zasługa wcielającego się w rolę Ślepca Stephena Langa. Aktor znany głównie z drugoplanowych ról wykreował wręcz idealny czarny charakter, posiadający wszystkie, nawet te przerysowane cechy nemesis dla naszej młodzieży.

Śrubę napięcia podkręca także scenografia i sposób, w jaki operator Pedro Luque nam ją przedstawia. Sekwencja wtargnięcia złodziejaszków do posępnego domostwa sugeruje nam, że Alvarez wykorzystuje wszystkie narzędzia filmowego rzemiosła w pełni świadomie. Kamera, która płynnie krąży po ciasnych, zagraconych korytarzach, rysuje nam topografię miejsca akcji.

Daje nam to przewagę nad trójką bohaterów, dla których dom Ślepca stanie się istnym labiryntem minotaura. Wszystko to okraszone hitchcockowskim motywem zawieszonej na ścianie broni. Jeśli kamera zatrzymuje się na jakimś przedmiocie, bądźcie pewni że zostanie on w filmie mniej lub bardziej efektownie wykorzystany.

Wszystko to sprawiło, że Alvarez, trochę niespodziewanie, wydał na świat jeden z najlepszych horrorów 2016 roku, podkreślając przy tym, że piękno tkwi w prostocie. Jest to spore ułaskawienie wobec kilku rzucających się w oczy gatunkowych klisz i rozwiązań, do przesady kameralnego charakteru, czy nieco naiwnego zakończenia.

Wyobraźcie sobie klasyczny kryminał Doczekać zmroku (1967), w którym zamiast śliczniutkiej Audrey Hepburn, mamy brodatego Stephena Langa, a całość nakręcono pośród niegdysiejszej dumy gospodarczej USA. Takie właśnie jest Nie oddychaj!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Don’t Breathe
Produkcja: USA/2016
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 3,5/5

Demony wyobraźni (1972)

demons_of_the_mind_poster_1972

Demony wyobraźni w reż. Petera Sykesa były jedną z prób ratowania wytwórni Hammer przed ziszczającą się wizją bankructwa. Ostatecznie okazały się eksperymentem stojącym w opozycji do tego wszystkiego, czym dotychczas studio karmiło widownię.

Z jednej strony, wciąż utrzymany w kochanej przez Brytyjczyków gotyckiej estetyce, film eksperymentuje na płaszczyźnie narracji, choć ta kluczy naprzemiennie przez szaleńczy marazm i zduszoną przez represyjnych rodziców rzeczywistość XVIII wiecznych dzieci kwiatów.

Scenarzysta Christopher Wicking miał okazję rok wcześniej współpracować z Sykesem przy jego debiutanckim obrazie Venom. Jednak postanowił on zerwać z hammerowskim kanonem pokazywania nauki i religii w charakterze dobra zwalczającego zło vide zawsze racjonalny Peter Cushing w roli Van Helsinga.

W historii domniemanej klątwy ciążącej na głowie patriarchalnej rodziny, Zornie – w tej roli znany brytyjski aktor Robert Hardy – nie da się postawić nikogo po jasno określonej stronie barykady. Modły reprezentującego kler Michaela Horderna okazują się bezużytecznym bełkotem, a nauka staje się narzędziem w rękach szarlatana.

W środku tej opresyjnej sytuacji znajduje się rodzeństwo, Elizabeth (Gillian Hills) i Emil (Shane Briant), które razem próbuje się wyrwać z rąk pogrążającego się w coraz większym obłędzie ojca, stosującego wobec nich formę psychicznej tortury. Z tak patologicznego źródła bierze się także dość jednoznacznie zaakcentowana przez film relacja kazirodcza między bratem, a siostrą.

Mimo dość odważnej próby połączenia głębokiego kina psychologicznego z pełną krwi i nagości eksploatacją, obraz ten nie przyniósł Hammerowi oczekiwanego sukcesu. Duet Sykes i Wicking na ponowną pracę w brytyjskim studio zdecydowali się dopiero 4 lata później przy produkcji Córki dla diabła, filmu który okazał się ostatnim gwoździem do trumny wytwórni.

Jednak dzisiaj pozostaje on jedną z najciekawszych pozycji w katalogu studia Hammer. Nawet jeśli zrealizowany został w mocno przejaskrawionej optyce, kulminacja historii jest dość sztampowa, a zawiązanie akcji grzęźnie w montażowym chaosie.

Gęsta atmosfera paranoi wypełnia każdy, nieraz ocierający się o artyzm kadr, a fanom czerwonej farby reżyser serwuje ponadto kilka krwawych sekwencji. To dzieło ekscentryczne i niecodzienne, stąd też potraktowane przez brytyjską wytwórnię po macoszemu, jednak całkowicie niesłusznie.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Demons of the Mind
Produkcja: Wielka Brytania, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Nucleus Films zbiera fundusze na restaurację klasyków włoskiego kina gatunkowego!

Powstały w 2003 roku z inicjatywy reżysera Jake’a Westa (Dyniogłowy: w proch się obrócisz) i producenta Marca Morrisa, Nucleus Films rozpoczął interesującą kampanię crowdfundingową. Panowie chcą tchnąć nowego ducha w europejskie kino grozy przy pomocy Indiegogo.

Nucleus ma zamiar zremasterować oryginalne negatywy Śmierć zniosła jajo (1968) oraz Lady Frankenstein (1971). Oferowane w jakości Blu-Ray, okraszone stylową grafiką i posiadające swój własny, limitowany numer seryjny, te dwa filmy są prologiem akcji pod wszystko mówiącym tytułem Euro-Cult Restoration Project!

Do akcji można się włączyć na Indiegogo

Jak mówi Jake West: Chcemy stworzyć wyjątkową edycję kolekcjonerską, będącą dumą dla każdego jej posiadacza. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, planujemy wygrzebać więcej kultowych, europejskich tytułów, na które fani wciąż czekają z niecierpliwością. Jeśli macie jakieś sugestie i pomysły dotyczące nadchodzących produkcji, to śmiało zaangażujcie się w Euro-Cult Restoration Project. To dopiero początek!

Akcję promuje także znany krytyk, pisarz i dyrektor festiwalu FrightFest, Alan Jones, oraz jego kolega po fachu, Kim Newman. Ten drugi skwitował firmę Westa i Morrisa słowami: Nucleus Films to firma, której można zaufać. Skupia ona uwagę na tytułach, które inne wytwórnie wolałyby produkować na uboczu.

Projekt póki co zebrał $16 tys. przy zakładanym progu $10 tys, więc można już dzisiaj powiedzieć że Śmierć zniosła jajo i Lady Frankenstein na pewno wzbogacą ofertę Nucleusa.

Zajrzyj na stronę Nucleus Films

31 (2016)

31_poster

Po finansowej klapie Lords of Salem – film w dystrybucji kinowej nie zwrócił nawet 2 milionowego budżetu – wielu fanów zwątpiło w dalszą karierę Roba Zombiego, muzyka w branży filmowej. Płomykiem, który na nowo rozpalił serca widowni, okazał się jednak tajemniczy projekt zatytułowany 31.

Zombie, dysponując mniejszymi funduszami, niż przy poprzednim filmie, wsparł się Internetem i zorganizował dwie kampanie crowdfundingowe, które pozwoliły mu na sfinalizowanie  projektu. Ostatecznie produkcja trafiła do szerszej widowni za pośrednictwem platform VOD 16 września tego roku, a specjalne pokazy kinowe wystartowały 21 października.

31 od początku budziło kontrowersje. Wspomnieć należy choćby o tym, że mimo wielu cięć filmowi ciągle nakładano kategorię R, klasyfikując go jako wyjątkowo brutalny. I cała ta otoczka znajduje sens w kontekście fabuły, jaką Rob Zombie raczył obdarzyć swoje dzieło.

To historia grupy wypaczonych pracowników parku rozrywki, którzy na dzień przed Halloween zostają pojmani przez grupę jeszcze większych zwyrodnialców i zmuszeni do przerażającej zabawy na ich regułach. To gra o przeżycie, w której nasi bohaterowie, niczym w komputerowej strzelance, zmagają się z nadciągającymi falami coraz bardziej cudacznych psycholi, których celem jest pozbawienie ich życia.

Zombie próbuje tu jakby skondensować swoją dotychczasową twórczość filmową do postaci pigułki, którą jego fani chętnie łykną. Stylistycznie najwięcej artysta czerpie tu z Domu 1000 trupów i wspomnianych Lords of Salem. Groteska i psychodeliczny klimat łączą się z typowym dla kina grindhouse kurzem czy wszechobecnym brudem.

Trudno też nie dostrzec teledyskowego zacięcia Roba, ten wszak własnoręcznie reżyseruje klipy dla swojej kapeli White Zombie. Jego najnowszy film jest taki, jak on sam, jego wizja kina lub muzyka – szalony, zadziorny, eskalujący przesadną brutalnością, zlewającą się ze smoliście czarnym humorem.

Nie zabrakło oczywiście ulubionych aktorów reżysera. Prócz obecnej w każdym jego filmie małżonki Sheri Moon Zombie, obsadę zasilił między innymi Jeff Daniel Phillips (stylizowany tutaj na Sida Haiga), Lew Temple, czy znany i powszechnie lubiany Malcolm McDowell, który występuje w peruce rodem z czasów Rewolucji Francuskiej.

Paleta postaci, w jakie wcielają się aktorzy, to prawdziwy pokaz rozbuchanej fantazji Roba. Od klaunów-rednecków z piłami łańcuchowymi, przez nazistowskie karły, po okultystycznych arystokratów. Gdyby film powstawał w okolicach 2007 roku, z pewnością podpięty byłby pod neoeksploatacyjny szyld Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez.

Cała produkcja zresztą pogrążona jest w kwaśnych latach 70-tych, przyozdobiona o zagrania montażowe tamtych lat czy soundtrack. Wszakże Zombie wielokrotnie udowodnił, że potrafi doskonale dobierać muzykę do swojego obrazka. Filmowi ujmuje jednak pod względem realizacji uboga scenografia. Oczywiście, stoi za tym niski budżet, przez co większość akcji dzieje się na korytarzach jakiejś zatęchłej fabryki.

Z wyżej wymienionych powodów, jeśli polecić miałbym komuś 31, to tylko i wyłącznie wiernym fanom Roba Zombiego oraz przeżywającego rozkwit nurtu explotation revival, bo mimo całej swojej „fajności”, film nie daje emocji, które zostałyby z nami dłużej niż 2 godziny po seansie.

Kolejny trip wypchanej pomysłami głowy Roba okazuje się jednorazową wycieczką, w dodatku nie oferującą niczego nowego, serwującą kolejny raz talerz pełen krwawej, soczystej pulpy. Trudno szukać tutaj ciekawych postaci pokroju rodzinki Firefly, nie znajdziemy również głębi remake’u Halloween. Realizacyjnie dużo brakuje mu zaś do debiutanckiego Domu 1000 trupów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: 31
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Ewolucja (2015)

evolution_original_poster_2015

Drugi film Lucile Hadžihalilović powstawał aż jedenaście lat. Francuska reżyserka przyznaje, że na początku projekt wiele czerpał ze stylu kina science fiction, jednak z biegiem lat pierwotny pomysł coraz bardziej się przeobrażał.

Ostatecznie powstała historia, która stanowi lustrzane odbicie debiutanckiej Niewinności – swoistej bajki inicjacyjnej, osadzonej w świecie dziewczynek. Ale Hadžihalilović postanowiła się teraz przyjrzeć dorastaniu chłopców.

Akcja Ewolucji rozgrywa się w nadmorskim miasteczku, zamieszkałym jedynie przez dorosłe kobiety i małych chłopców. 10-letni Nicolas znajduje zwłoki utopionego kilkulatka. Ale choć matka zapewnia go, że nikogo tam nie było, chłopiec nie potrafi zapomnieć o niepokojącej sytuacji. Niedługo potem trafia do szpitala, w którym pielęgniarki dokonują nietypowych zabiegów na jego rówieśnikach

Punktów wspólnych pomiędzy Niewinnością, a Ewolucją, znajdziemy bardzo wiele. Każdy trop interpretacyjny, pojawiający się przy okazji rozważań nad pierwszym filmem, jest równie uprawniony w analizie drugiego tytułu. Ale ta powtarzalność nie jest wywołana brakiem pomysłów, gdyż możemy tu mówić o konsekwentnie budowanym, unikalnym i bardzo wyrazistym, stylu autorskim.

Ważnym aspektem opowiadanych przez Hadžihalilović historii jest umieranie, otwierające w mniej lub bardziej dosłowny sposób obie opowieści. Pierwszym etapem pokwitania jest doświadczenie śmierci. Drugi to wdrożenie jednostki w działanie systemu. Trzecim jest zaś dorastanie, wymuszany na dziecku przemocą proces, który pozbawia je indywidualności.

W Ewolucji ten aspekt dojrzewania jest szczególnie widoczny, gdyż odbywa się w szpitalu, instytucji totalnej, doskonale opisanej choćby przez Ervinga Goffmana.

Ewolucja jest kinem artystycznym, które garściami czerpie z konwencji kina gatunków. Reżyserka wykorzystuje sposoby kreowania świata przedstawionego, znane z filmowych horrorów i powieści grozy, aby wyrazić dezorientację i niepokój dziecięcego bohatera. Hadžihalilović pokazuje rzeczywistość, która sama w sobie może nie być tak przerażająca, jednak z perspektywy 10-latka, który nie rozumie wielu zjawisk, przypomina senny koszmar.

Oprócz kina gatunkowego reżyserka odwołuje się także do tradycji kina eksperymentalnego i chętnie wykorzystuje symbole znane z surrealistycznego uniwersum. Najważniejszymi metaforami w Ewolucji są morze (wg Sigmunda Freuda oznaczające podświadomość) oraz rozgwiazda, tytułowa bohaterka filmu Man Raya z 1928 roku.

Rozgwiazda jest uważana za nieśmiertelny gatunek. Co ciekawe, umiejętność klonowania i regeneracji obumarłych komórek zapewnia im stały powrót do formy niedojrzałej płciowo. Trudno o symbol, który w bardziej spójny sposób połączyłby temat dojrzewania i (nie)śmiertelności.

Hadžihalilović chętnie odwraca również genderowe stereotypy. W jej filmie rolę dominującą odgrywają kobiety. Inwersja dokonuje się nie tylko w psychice, ale też w biologii – tytułowa Ewolucja każe młodym chłopcom wydawać na świat potomstwo. Przeobrażeniu poddany jest też popularny motyw nimfetki. Relację dorosłego mężczyzny z dziewczynką zastępuje tu jednak kobieta zafascynowana małym chłopcem.

Ewolucja to film-sen, który można interpretować na wielu płaszczyznach. Najbardziej zachwyca tu forma, przede wszystkim rewelacyjne zdjęcia nagrodzonego za nie w San Sebastian Manu Dacosse’a. Na tak estetycznie wysmakowane i niebanalne filmy warto czekać ponad dekadę, jednak mam nadzieję, że trzecia odsłona mrocznej krainy czarów Hadžihalilović nastąpi znacznie szybciej.

Sara Nowicka

Oryginalny tytuł: Évolution
Produkcja: Francja/Belgia/Hiszpania, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Blair Witch (2016)

blair-witch-2016-poster

Adam Wingard (Gość, Następny jesteś ty) miał trudne zadanie, bo musiał odświeżyć film, którego siła drzemała w internetowej (wtedy nowatorskiej) kampanii reklamowej. Mało który film spolaryzował tak widownię, jak mający swoją premierę w 1999 roku The Blair With Project.

Ten nakręcony zaledwie za $60 tys. film Daniela Myricka i Eduarda Sancheza wprowadził na salony kina grozy świeży powiew found footage – fikcji udającej rzeczywisty film. Warto przy tym wspomnieć, że twórcy, kręcąc oryginalne BWP, inspirowali się mocno drugą połową niesłynnego Cannibal Holocaust (1980) w reżyserii Ruggera Deodata.

Drugi sequel oryginalnego filmu przywdziewa modny ostatnimi czasy styl sequelo-remake’u. Mimo że fabularnie odnosi się do pierwowzoru, jest niczym innym jak próbą przeniesienia znanej historii w bardziej nowoczesne czasy.

Brat zaginionej dwa filmy wcześniej Heather odnajduje na YouTubie krótkie nagranie, sugerujące że jego siostra może przebywać dalej na terenie osławionego Black Hill Forest. Nie zastanawiając się długo zabiera ze sobą swojego najlepszego kumpla i wraz z dziewczynami rusza do Burkittsville w stanie Maryland.

Brzmi znajomo? Zapewniam was, że im dalej w las, tym większe deja vu! Niektóre sceny są wręcz kalką tych sprzed 17 lat, inne to typowe zagrania dla kina kręconego z ręki. Wingard nie bawi się w subtelne budowanie napięcia, przechodząc od razu do konkretów.

Mimo że przez lwią część filmu gra na schemacie „straszy nas to czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć”, to pod koniec obdziera całą tajemnicę wiedźmy z Blair. Czy jest to zabieg usprawiedliwiony? W pewnym sensie tak, wszak nakręcenie dzisiaj filmu tak minimalistycznego, jakim był oryginał i próba sprzedania go jako horror, byłyby zwykłym strzałem w stopę.

Czas odcisnął niestety piętno nie tylko na stylu prowadzenia fabuły, zmianie uległa cała realizacja. Jest to rzecz naturalna, zamiast kamery video i 8mm nasi bohaterowie zabierają ze sobą drona, krótkofalówki, kamery za ucho z GPS czy telefony komórkowe. Pozwala to Wingardowi uchwycić obraz z wielu perspektyw. W rezultacie owocuje to częstymi cięciami i szybkim, rwanym montażem.

Aby dorównać obrazowi, na maksa podkręcono więc dźwięk. Można powiedzieć, że w tej kwestii nikt się nie pierdolił. Cisza na planie to rzecz tak rzadka, jak mięso w parówkach. Wszystkie te zabiegi sprawiają, że Blair Witch przypomina jazdę kolejką strachu, odhaczając po drodze kolejne, przewidywalne do bólu jumpscreamy.

Film przez większą połowę jest odtwórczy, by w niepotrzebnie przedłużonej końcówce popaść w totalną nijakość. Dla wielu dorastających na przełomie XX i XXI wieku The Blair With Project był najstraszniejszym filmem do momentu, w którym go nie obejrzeli. Wingard wraz ze swoją produkcją wpadł do bezdennego wiadra nijakości, podczepionego do (choć te słowa są lekkim nadużyciem) znanej franczyzy.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Blair Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5