Archiwa tagu: indie pop

Green Is Gold (2016)

Green Is Gold (czyli „Zielone złoto”) to mały, intymny obraz o dojrzewaniu oraz ciekawy komentarz na temat życia growerów konopi w północnej Kalifornii. Gdy 13-letni Mason zostaje odesłany pod opiekę starszego brata po tym, jak jego ojciec zostaje wsadzony za kratki, odkrywa on że życie nie musi się toczyć pod dyktando szkolnego rytmu. Paląc trawę i olewając naukę idzie tym samym w ślady swojego rodzica oraz brata, który szybko tłumaczy mu, że tylko dzięki uprawie konopi był w stanie awansować ze społecznych nizin.

Film w dosyć ciekawy sposób podejmuje dialog wydobywania się z międzypokoleniowej nędzy, wskazując na uprawę konopi jako na jedyną dla wielu drogę godnego zarabiania na życie (która pozostawała w Kalifornii półlegalna aż do ostatniego referendum).

Wątkiem naczelnym pozostaje jednak historia Masona, który uczy się fachu od swojego brata, jednocześnie szukając swojej własnej drogi w życiu. A że losy obydwóch splatają się bardzo przypadkowo (bracia żyli daleko od siebie), łuk dramatyczny (choć bardzo subtelny) wyznacza powolne przełamywanie lodów.

Film został w całości nakręcony w hrabstwie Sonoma (leżącym na północ od San Francisco), który słynny jest z uprawy winorośli, ale gdzie z roku na rok ze względu na ciepły klimat przybywa upraw konopi, która dla wielu pozostaje jedynym zajęciem. Wraz z upływem czasu widz poznaje więc wiele z tajników profesjonalnego procederu, którego celem jest spieniężenie plonów za gruby hajc, gdy nadejdzie jesień.

Charaktery obydwóch braci zostały napisane/odegrane z wyczuciem i wrażliwością, które nie oddalają ich za bardzo od inych portretów znanych z klasycznego amerykańskiego kina niezależnego. To obraz walki z systemem społecznym, w którym biedni i osieroceni mają niewielkie szane, chyba że zagryzą zęby i zaczną walczyć o swoje, co widzimy na załączonym obrazku.

Narracja jest powolna, ale tempo jest pewne, stabilne i działa na korzyść filmu. Sceny prawie nigdy nie zostają przeciągnięte bez powodu i często kończą się puentą w postaci osobistego podsumowania przez jednego z bohaterów lub mały gest, który wyraża jednak prawdziwe spektrum emocji. Wszystkiemu towarzyszy zaś indie popowy soundtrack z okazjonalnym numerem hip-hopowym, jak kultowy Don’t Gimme No Bammer Weed RBL Posse.

Jedną z najbardziej dramatycznych scen są odwiedziny ojca w więzieniu, który dostał 6 lat i musi odsiedzieć 3. Dialog z postacią graną przez Davida Fine’a staje się swoistym podsumowaniem losu obydwóch protagonistów. Błędy ojca zamieniają się w oczywiste oskarżenie pod jego adresem, ale świadomość tego, jak skończył staje się przestrogą, która służy za drogowskaz na przyszłość dla obydwóch mężczyzn.

Innym ciekawym momentem jest sekwencja scen, która pokazuje, że sprzedaż dużej ilości świeżych szczytów nawet w Kalifornii niesie ze sobą pewne ryzyko. Wschodnie Wybrzeże żąda Sour Diesela – mówi w pewnym momencie starszy brat i to właśnie uprawia i sprzedaje. Ale gdy przed domem marihuanowego brokera w trakcie transakcji wartej $150 tys. pojawiają się psy, wszystkie strony tracą luz i wpadają w panikę. To dobry komentarz na temat marihuanowego podziemia, który nie popada w absurd.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Green is Gold
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 3,5/5

Młodzi przebojowi (2016)

sing-street-poster-2016

John Carney znany jest przede wszystkim z Once (2007), romantycznej dramedii muzycznej, która zrealizowana w jego ojczystej Irlandii za $150 tys., zarobiła na całym świecie ponad $23 mln, zgarniając przy okazji Oscara za najlepszą piosenkę oryginalną (Falling Slowly). Późniejsze obrazy Carneya kontynuują dramedyczny ton, który wydaje się do pewnego stopnia wyznacznikiem stylu reżysera, uwielbiajacego opowiadanie historii z silnymi wątkami muzycznymi.

Sing Street (po polsku Młodzi przebojowi) nie odbiega zanadto od tej stylistyki, łącząc klasyczny scenariusz o dorastaniu wrażliwego, choć obdarzonego sporą pewnością siebie nastolatka, z portretem przeżywającej kryzys drobnomieszczańskiej rodziny, obrazem irlandzkiego społeczeństwa drugiej połowy lat ’80 i nostalgiczną podróżą muzyczną, w której rządzi New Romantic. Nie brakuje również gładkich akcentów komediowych i elementów musicalu, co czyni z niego prawdziwą hybrydę.

Podstawą tworu Carneya jest bardzo zgrabna muzyka tytułowego zespołu Sing Street, skomponowana przez weterana synth popu, Gary’ego Clarka, który pod koniec lata ’80 pogrywał wraz z zespołem Danny Wilson (sprawdźcie ich największy hit Mary’s Prayer) oraz członków indie popowego zespołu Relish (sprawdźcie ich album Karma Calling). Fanów tego okresu ucieszą również klasyczne tune’y z repertuaru Motörhead, The Cure, Duran Duran czy The Jam, które okraszają ważne sceny.

O ile przed scenariuszem Carneya – mniej lub bardziej stereotypowym – trudno paść na kolana, docenić można z pewnością starania, by film uczynić jak najbardziej autentycznym poprzez wprowadzenie częściowo amatorskiej obsady. I tak, grający protagonistę, Conora, Ferdia Walsh-Peelo emanuje naturalnym młodzieńczym romantyzmem, który wprowadza znajome zamieszanie, jakże bliskie gorzko-słodkim romansom wieku dorastania.

Jego obiekt westchnień, Raphina, grana przez nieco bardziej doświadczoną Lucy Boynton, posiada znacznie więcej wyrachowania, czy aktorka była w po prostu stanie wlać w swoją postać więcej odcieni, co na pewno pomaga chemii pomiędzy obydwojgiem, która z kolei pomaga samemu obrazowi. Bardzo dobrze ogląda się zbliżenia na jej twarz, choć styl kręcenia Yarona Orbacha pozostaje raczej konserwatywny, zdecydowanie statyczny, który tylko dzięki wizjom młodości Carneya staje się bardziej pokręcony.

A te są w dużej mierze autobiograficzne, bo autor faktycznie grał w zespole, wychowywał się w latach ’80 i stykał często ze szkolnymi sadystami, co znalazło swoją drogę do filmu, w którym Conor musi walczyć z „okrucieństwem świata”. Ale nie dajmy się za bardzo ponieść, bo to nie jest Kieślowski, jako że Carney z upływem czasu ekranowego coraz bardziej zaczyna słodzić.

Sceny rozwodu, przez który przechodzą rodzice Conora, są dramatyczne, ale łagodzone przez VHSowo-musicalowe sceny. Są też wprawdzie inne „tragedie osobiste”, jak zajeżdzający go klecha katolicki pełniący funkcję dyrektora szkoły średniej, ale że wszystko podbudowane jest młodzieńczym „hura!”, nadzieja pozostaje głównym przesłaniem, a ta rzecz jasna nie jest wartością deprymującą, więc ciężko z takim ładunkiem być prawdziwie nihilistycznym.

Bardzo ciekawe są jednak „dyskusje muzyczne” autora z klasykami lat ’80. Muzyka The Cure zostaje określona w tekście brata Conora (jednej z ciekawszych postaci drugoplanowych) jako smutno-radosna (niejako autodefiniując film), a miłość do Phila Collinsa jako wokalisty Genesis (pamiętajmy, że wielu fanów nasra z góry na wszelkie wcielenie bandu bez Petera Gabriela) jako umniejszająca męskość.

Sing Street błyszczy zresztą świetnymi dialogami, które często unoszą go nieco wyżej. Gdyby tych małych konkluzji nie było, akcja wydawałaby się pewnie nieco monotonna i widz cierpiałby na silny ból lewego nadgarstka, a tak daje radę i nawet wyczekuje tego zakończenia, odsłaniającego Conora w próbie przechytrzenia przeznaczenia. W wolnej chwili warto sprawdzić, czy mu się uda i pokombinować, jak to się ma do największych dzieł z tej samej półki.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sing Street
Produkcja: Irlandia/Wielka Brytania/USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films/Cineman.pl
Ocena MGV: 3,5/5

Mechanicznej, szybciej i ciągle groovy – garść danych o muzyce pop z ostatniego półwiecza

Ravegirls
Dzieci tanecznej kultury rave

Wydaje się pozornie, że pewne aspekty muzyki pozostają zawszę w sferze subiektywnych odrzuć słuchacza. Jednak nic bardziej mylnego, gdyż amerykańska firma The Echo Nest, zajmująca się dostarczaniem analiz dla firm z branży muzycznej, postanowiła sprawdzić, jak pop rozwijał się od lat ‘50 do dnia dzisiejszego. Zastosowano pryzmat 5000 najgorętszych hitów!

Pracownicy The Echo Nest wzięli pod lupę takie cechy utworów muzycznych, jak taneczność, organiczność czy pogodność. Poziom tej ostatniej w piosenkach utrzymuje się wg nich od lat 50-tych na podobnym poziome. A jest to niezwykle interesujące stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że od lat 80-tych dużą popularnością cieszą się depresyjne gatunki rocka, czy wszelakie odmiany muzyki metalowej.

Również taneczność muzyki pozostaje wg badaczy na tym samym, niezmienionym od lat poziomie. Jednak tańczy się coraz bardziej ekstatycznie, co można zauważyć patrząc na wykres dotyczący energii drzemiącej w słuchanych przez nas przebojach. O dziwo jednak, muzyka staje się coraz mniej rytmiczna, połamana.

Niestety nie wszystkie wnioski, do jakich doszli badacze The Echo Nest w swoich badaniach, są równie zajmujące. Aby dostrzec, że muzyka stała się bardziej mechaniczna, mniej organiczna i akustyczna, nie trzeba przecież szczegółowych badań. Wystarczy posłuchać dowolnej, popularnej stacji radiowej, aby przekonać się, że dominują dźwięki elektroniczne.

Mimo uznania, jakim cieszą się takie gwiazdy indie folku czy alt-country, jak Bon Iver, Fleet Foxes czy David Eugeny, największą część rynku stanowi i będzie stanowić nadal muzyka elektroniczna. Z raportu wynika również, że w świecie muzyki nie było “milenijnej pluskwy”, gdyż trendy, które powstały przed rokiem 2000, są nadal dominującymi siłami na rynku. A że nie widać żadnej rewolucji na horyzoncie, pozostać ma tak jeszcze teoretycznie przez długi czas!

Link to The Echo Nest

Źródło:The Guardian

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes (2012)

mature_themes_2012

Gwiazda sypialnianego proroka glo-fi: Ariela Pinka, wzeszła kilka lat temu, gdy jego nagrywane na czteroślad i wydawane głównie w formie kaset dźwięki, objawiły zjadającej własny ogon scenie indie, że w powietrzu pojawiła się „zupełnie nowa wibracja retro”. W odróżnieniu od bezwstydnie filtrującej Black Sabbath, Hawkwind i Blue Öyster Cult sceny hard-stoner-space, Ariel Pink inspiruje się jednak radosnymi dniami początków MTV: syntezatorowym popem, yuppie rockiem i new age’owymi taśmami z życia delfinów. Jego muzyka to ucho wciśnięte w tani głośnik telewizora z plakatami Ruperta Holmesa i 10cc wiszącymi nad łóżkiem.

55-ty album (tak tylko żartuję) nagrany pod szyldem Ariel Pink’s Haunted Graffiti to realna faza na komponowanie pod wpływem muzyki z tanich winyli, znalezionych w dyskontowych piwnicach sklepów muzycznych Los Angeles i tematów z oscarowych filmów epoki Reagana w stylu „feel good America”. Całość zapiera jednak dech muzycznym impresjonizmem, gdyż Ariel Pink kreuje zupełnie nową jakość z prywatnych strzępów pop kultury – pop na Mature Themes zjada własny ogon, ale to zaledwie punkt wyjścia do rewitalizacji epoki, opartej na magicznej wrażliwości dziecka.

Songi Ala Greena zostają odświeżone w syntezatorowej konwencji – Baby, wspomnienie gitar Steinbergera ożywione w plastikowym miksie – Driftwood, a David Bowie z okresu yuppie beat nagle okazuje się posiadać niewykorzystany wcześniej potencjał – Is This The Best Spot. Naiwny optymizm, wylewający się z Mature Themes idealnie podkreśla hipnagogiczna balladka Only In My Dreams, w której plumkające ćwierćnuty klawiszy wprowadzają słuchacza w utopijny, senny nastrój kalifornijskich centrów handlowych o 5 nad ranem. Ale numery na Mature Themes rzadko uderzają w podobny ton, gdyż na Love Everyone Ariel Pink wchodzi nawet w klimaty garage revival czerpiąc ze stylu The Music Machine i Paul Revere & The Raiders.

Absurdalnym, ale genialnym przykładem geniuszu Pinka pozostaje Symphony of the Nymph, w której mimimalny z początku chillwave nagle zostaje doładowany po kilku taktach tematem z Chariots of Fire Vangelisa kreując jedyny w swoim rodzaju, subpompatyczny efekt, do czego dokłada się jeszcze absurdalny tekst o rock’n’rollerze z Beverly Hills, obcującym z lesbijkami i psychiatrami. To zaś dobrze pokazuje wyobrażeniowe uniwersum Pinka, zbudowane na fascynacji popem w najbardziej żenującej wersji, który dzięki talentowi artysty staje się jednak eskapistycznym wehikułem – idealnym narkotykiem dla pokolenia 00.

Conradino Beb

Foxygen – We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic (2013)

comedysoundtrack.11183v9

Problem z obecnym wylewem hipsterskich zespołów, „radośnie” eksploatujących muzykę końca lat ’60 / początku lat ’70, mam taki, że wiele z nich to retro jaskiniowcy przerysowani w PaintBrushu, których koncepcja tworzenia dźwięków opiera się nie tyle na kopiowaniu, co na specyficznie pojętej zabawie w kopiowanie. Wynikiem jest często muzyka zbyt błaha, żebym bez żadnych problemów mógł oddać jej we władanie swój mózg – progi umiarkowanego geniuszu nie zostają niestety osiągnięte.

W przypadku nowego materiału Foxygen naturalne emocje zastąpione zostają konceptualnym celofanem, a twórczość klasyków sklonowana i obrócona w gruby, marketingowy dym, który jednak idealnie wpasowuje się we współczesną indie wrażliwość. W efekcie We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic słucha się jak zestawu grymasów muzycznych, intelektualnych spustów na mózgownicę, 4-minutowych romansów z fajową ideą wkładania peruki Micka Jaggera w podróż żółtym samolotem Donovana, pilotowanym przez The Bonzo Dog Band.

I choć jestem szczerze przekonany, że płyta może się spodobać nie tylko młodym hipsterom, którzy nigdy w życiu nie słyszeli kawałka The Fugs, The Mothers Of Invention czy nawet jednej płyty Boba Dylana, dla koneserów psychedelii i klasycznej awangardy nowy materiał Foxygen pozostanie raczej zmanierowaną pop archeologią, która grzebie raz w mniej, raz w bardziej znanych dokonaniach powyższych artystów, a także: The Rolling Stones, The Beatles, The Kinks, The Zombies, The Flower Pot Men, Davida Bowiego, Pink Floyd, Serge’a Gainsbourga, Wings, Buffalo Springfield, Neila Younga i pewnie setki innych. Ale oddając płycie sprawiedliwość, nie wszystkie kawałki są do dupy. Niektórych da się słuchać, jak np. hipstersko zaaranżowanej, syntezatorowej balladki Shuggie, która zdradza cave’owskie inspiracje, surrealistyczne ciągotki i promuje album.

Czy nam się to jednak podoba, czy nie, muzyka Foxygen reprezentuje znak naszych czasów, w których skok z kwiatka na kwiatek nie jest wyborem, ale staje się wręcz obowiązkiem! Trzy ostatnie lata to prawdziwa powódź retro bandów, które na różne sposoby starają się odgrzebywać mistrzów złotego okresu muzyki gitarowej. Oczywiście, jedne robią to lepiej, drugie gorzej, ale zaledwie garstka posiada na tyle silną osobowość muzyczną, by jednocześnie odnaleźć się w ramach trendu i przekroczyć go dzięki indywidualnym, poszukiwaniom muzycznym – dobrym przykładem byłby szwedzki band Goat ze swoim debiutanckim krążkiem. I choć duetowi Foxygen dużo jeszcze brakuje do wyjścia z szufladki sypialnianego hipsterstwa, trzeba zaznaczyć że muzycy są wciąż młodzi i niewykluczone, że w przyszłości nabiorą bardziej wyrazistego charakteru. Ich nowy album to mimo wszystko dobry punkt wyjścia.

Tym co naprawdę osłabia We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic w moich oczach nie są braki w warsztacie muzycznym czy produkcja, która jest poprawna, a w niektórych kawałkach niemal wzorowa. Jako dobry przykład przychodzi na myśl słodki kawałek San Francisco, gdzie amerykańska pop psychedelia lat ’60 spotyka się z wrażliwością pokolenia Windowsa. Numer ma wystylizowaną, naiwną barwę, która nawet do mnie w jakiś sposób przemawia, tyle że jest to barwa zgodna ze standardami ISO.

Nienajgorszy jest także tytułowy, cwaniacki numer We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic, który tańczy sobie swobodnie z różnymi stylami odtwarzając riffy Pink Floydów do wokalu Jaggera. Większość kawałków – mimo że werwy kompozycyjnej im nie brakuje – grzęźnie jednak w kompulsywnym dialogu z klasykami stając się po dwóch-trzech słuchaniach prawdziwą udręką z poważnym pytaniem cisnącym się na usta: Po chuj tego w ogóle słucham?

Conradino Beb

Sprzedaż winyli osiąga szczyt, ale trend dopiero się rozwija

Zgodnie z danymi Nielsen Soundscan, 2012 był rekordowym rokiem dla nośnika winylowego w USA, gdzie sprzedało się 4,6 mln kopii, co oznacza 17,7% wzrost wobec roku 2011, kiedy sprzedało się 3,9 mln kopii. Wyraźny trend wzrostowy widoczny jest od 2008, kiedy sprzedaż po raz pierwszy od ponad dekady osiągnęła prawie 2 mln jednostek. Winyl jest górą pomimo kryzysu ekonomicznego!

Najlepiej sprzedającym się albumem winylowym 2012 w USA został Blunderbuss Jacka White’a (byłego frontmana White Stripes). Wydany wspólnie przez Third Man Records i Columbię album sprzedał się wg Nielsen Soundscan w ponad 33 tys. kopii strącając ze szczytu Abbey Road The Beatles. Klasyczny album brytyjskich gwiazd pop rocka królował na amerykańskiej liście sprzedaży przez ostatnie trzy lata.

W Wielkiej Brytanii trend jest taki sam, tyle że wartości totalne są nieco inne. W 2012 sprzedano tam 389 tys. kopii albumów winylowych, co oznacza wzrost o 15,3% w stosunku do 2011, kiedy poszło 337 tys. kopii. Najlepszym produktem muzycznym zeszłego roku na rynku brytyjskim okazał się w tym segmencie album Coexist indie popowego zespołu The xx.

Na miejscu drugim uplasowała się z kolei reedycja klasycznego albumu The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars Davida Bowiego. Blunderbuss Jacka White’a był na Wyspach dopiero trzeci. Jak powiedział Geoff Taylor, CEO grupy BPI: Mając na koncie 60 lat wiernej służby, album winylowy jest dzięki pewnemu marginesowi najbardziej wytrzymałym formatem naszych czasów.

W Polsce nie prowadzi się niestety żadnych statystyk dotyczących rynku winylowego, choć z pewnością można zauważyć duży wzrost zainteresowania medium. Wartość tortu jest na razie mała, gdyż koszty nośnika w przeliczeniu na zarobki przeciętego Polaka są znacznie wyższe niż w Europie Zachodniej, a do tego dokładają się zaporowe koszty sprzętu hi-fi (gramofonu, wzmacniacza i kolumn), który jest coraz bardziej dominowany przez komputer i tanie, plastikowe głośniki. W wyścigu o dominację wyobraźni Polaków odpadł jednak na pewno nośnik CD, który został wyprzedzony przez popularny format mp3. W tym kontekście winyl może szybko zająć drugą pozycję także u nas.

 

Źródło: Digital Music News / Music Week

Tame Impala – Lonerism (2012)

Młodzi Australijczycy z Tame Impala reprezentują najnowszą falę neopsychedelii, która od połowy lat ’90 nieśmiało przetacza się przez świat, ale dopiero teraz osiąga – jak się zdaje – swój punkt kulminacyjny. Ich drugi album to majstersztyk muzycznego eklektyzmu, który został twórczo wzniesiony na inspiracjach psychedelicznym popem końcówki lat ’60 oraz syntezatorowym progiem początku lat ’70. Wiele mówi sam fakt, że muzycy wskazują na A Wizard, A True Star Todda Rundgrena (który wcześniej stał się inspiracją brytyjskiej grupy Hot Chip) jako na główne źródło swoich obecnych idei kompozycyjnych.

Lonerism to niezwykłe doświadczenie nawet dla tak zaprawionego w bojach z psychedelią wojownika, jak moja skromna osoba. „John Lennon, kurwa?” – spytałem sam siebie, jak tylko przeleciał otwierający płytę Be Above It, gdyż wokal jest niemal lustrzanym odbiciem głosu Lennona z okresu Revolver i Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. I zupełnie nie chodzi o to czy jestem fanem The Beatles – gdyż nie jestem – ale o to, że ta specyficzna barwa z miejsca ustawia doświadczenie płyty… jak pierwsze uderzenie MDMA. Australijczycy postawili bowiem na brzmienie i melodykę odkurzając nawet antyczny syntezator analogowy Sequential Circuits Pro One (z tej samej bajki, co Roland SH-101 czy Moog Prodigy), który jest podstawą niemal wszystkich nowych kawałków. Te zaś przechodzą jeden w drugi mieszając się, jak w kociołku kwaśnego Pokemona.

A Melodie Tame Impala są – trzeba przyznać – totalne obmywając nas ze wszystkich stron i kojąc demony. Ich klimat przywodzi na myśl narkotyczne właściwości francuskiego elektro popu z lat ’90 o wiele bardziej niż lizergiczne sny lat ’60, ale to w moim mniemaniu dodaje Lonerism naturalnego uroku, który jest częścią wypracowanego stylu. Ten materiał to prawdziwa bomba – jest niezwykle oryginalny, choć niemal pozbawiony ciężaru poza okazyjnym fuzzem w pięknym zresztą kawałku Elephant, gdzie czuć klasyczny garaż i psychedelię. Tame Impala stąpają tu wyjątkowo nieco ciężej wchodząc na pole stonera, ale robią to bardzo oszczędnie i z wielką gracją. Czuje się, że celem grupy było delikatne zarażenie ludzi dźwiękiem, a nie zabicie wszystkich szarych komórek.

Jeśli większość grup neopsychedelicznych (The Black Angels, Dead Skeletons) obiera dzisiaj twardy kurs w stronę cold wave’owych cz nawet dronowych eksperymentów z brzmieniem całkowicie ograbiając je ze słodkiej niewinności, Tame Impala idą w przeciwną stronę. Cukierkowo-euforyczny nastrój Lonerism jest idealnym lekiem na depresję i zimne dni. I choć warstwa liryczna sugeruje wątki samotności i konfuzji, w połączeniu z popową estetyką nabierają one transgresyjnego wymiaru. Pięknym przykładem jest Why Won’t They Talk To Me?, w którym połączenie przejmujących wokali, bulgotania syntezatora i prostego rytmu perkusyjnego daje prawdziwie mesmeryzujący efekt. Gorąco zachęcam do zainteresowania się tą płytką, gdyż są to być może najlepsze z tegorocznych lekkich gitar!

Conradino Beb