Archiwa tagu: indie

Green Is Gold (2016)

Green Is Gold (czyli „Zielone złoto”) to mały, intymny obraz o dojrzewaniu oraz ciekawy komentarz na temat życia growerów konopi w północnej Kalifornii. Gdy 13-letni Mason zostaje odesłany pod opiekę starszego brata po tym, jak jego ojciec zostaje wsadzony za kratki, odkrywa on że życie nie musi się toczyć pod dyktando szkolnego rytmu. Paląc trawę i olewając naukę idzie tym samym w ślady swojego rodzica oraz brata, który szybko tłumaczy mu, że tylko dzięki uprawie konopi był w stanie awansować ze społecznych nizin.

Film w dosyć ciekawy sposób podejmuje dialog wydobywania się z międzypokoleniowej nędzy, wskazując na uprawę konopi jako na jedyną dla wielu drogę godnego zarabiania na życie (która pozostawała w Kalifornii półlegalna aż do ostatniego referendum).

Wątkiem naczelnym pozostaje jednak historia Masona, który uczy się fachu od swojego brata, jednocześnie szukając swojej własnej drogi w życiu. A że losy obydwóch splatają się bardzo przypadkowo (bracia żyli daleko od siebie), łuk dramatyczny (choć bardzo subtelny) wyznacza powolne przełamywanie lodów.

Film został w całości nakręcony w hrabstwie Sonoma (leżącym na północ od San Francisco), który słynny jest z uprawy winorośli, ale gdzie z roku na rok ze względu na ciepły klimat przybywa upraw konopi, która dla wielu pozostaje jedynym zajęciem. Wraz z upływem czasu widz poznaje więc wiele z tajników profesjonalnego procederu, którego celem jest spieniężenie plonów za gruby hajc, gdy nadejdzie jesień.

Charaktery obydwóch braci zostały napisane/odegrane z wyczuciem i wrażliwością, które nie oddalają ich za bardzo od inych portretów znanych z klasycznego amerykańskiego kina niezależnego. To obraz walki z systemem społecznym, w którym biedni i osieroceni mają niewielkie szane, chyba że zagryzą zęby i zaczną walczyć o swoje, co widzimy na załączonym obrazku.

Narracja jest powolna, ale tempo jest pewne, stabilne i działa na korzyść filmu. Sceny prawie nigdy nie zostają przeciągnięte bez powodu i często kończą się puentą w postaci osobistego podsumowania przez jednego z bohaterów lub mały gest, który wyraża jednak prawdziwe spektrum emocji. Wszystkiemu towarzyszy zaś indie popowy soundtrack z okazjonalnym numerem hip-hopowym, jak kultowy Don’t Gimme No Bammer Weed RBL Posse.

Jedną z najbardziej dramatycznych scen są odwiedziny ojca w więzieniu, który dostał 6 lat i musi odsiedzieć 3. Dialog z postacią graną przez Davida Fine’a staje się swoistym podsumowaniem losu obydwóch protagonistów. Błędy ojca zamieniają się w oczywiste oskarżenie pod jego adresem, ale świadomość tego, jak skończył staje się przestrogą, która służy za drogowskaz na przyszłość dla obydwóch mężczyzn.

Innym ciekawym momentem jest sekwencja scen, która pokazuje, że sprzedaż dużej ilości świeżych szczytów nawet w Kalifornii niesie ze sobą pewne ryzyko. Wschodnie Wybrzeże żąda Sour Diesela – mówi w pewnym momencie starszy brat i to właśnie uprawia i sprzedaje. Ale gdy przed domem marihuanowego brokera w trakcie transakcji wartej $150 tys. pojawiają się psy, wszystkie strony tracą luz i wpadają w panikę. To dobry komentarz na temat marihuanowego podziemia, który nie popada w absurd.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Green is Gold
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Netflix
Ocena MGV: 3,5/5

Redakcja MGV wybiera 11 najbardziej ulubionych płyt 2013!

turntable

2013 nie przejdzie pewnie do historii muzyki jako rok przełomowy, ale czy przełomowy był 2012 lub 2011? Z perspektywy zaledwie kilku lat druga dekada nowego milenium wydaje się przede wszystkim okresem retro rockowej podróży w złotą przeszłość muzyki gitarowej, ekstremalnego eklektyzmu stylistycznego, który zbliża gatunki tak pozornie przeciwstawne, jak krautrock i afrobeat, a także kurczowego poszukiwania nowych dróg w tanecznej elektronice, co czasem doprowadza do bardzo ciekawych efektów.

Jednak prawdziwe talenty, które mają szansę zostać zapamiętane przez następne pokolenia, można policzyć na palcach dwóch rąk. Większość tego, co zostało stworzone w kończącym się roku to zjadanie własnego ogona lub niezdarne próby emulowania niszowych gatunków muzycznych, które nigdy nie dotarły do przeciętnego odbiorcy muzyki, a więc mogą zostać wyeksploatowane przez hipsterskich muzyków… rzadko z jajami, a jeszcze rzadziej z artystyczną iskrą.

Z kilkunastu tysięcy nagranych w 2013 płyt przesłuchaliśmy w dwójkę zaledwie garstkę – nie miejcie do nas o to pretensji – by sklasyfikować jako najbardziej ulubione 11 z nich. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

The Growlers – Hung At Heart

Atak fuzji retro gatunków w wykonaniu kalifornijskich szczurów plażowych zakończony został tu pełnym sukcesem. Surfowa gitara przeplata się na płycie z chwytającym za serce, zręcznie dawkowanym smutkiem i country rockowymi harmoniami, czasem odkrywając garażową prostotę, a czasem brudny honky tonk. Muzykę The Growlers bardzo ciężko określić w dwóch słowach i choć nad stylem grupy zawisła etykietka gotyckiego surfu, dźwięki z Hung At Heart to coś znacznie bardziej nieuchwytnego, głęboko przemyślanego, ale naturalnie pięknego.

Beastmilk – Climax

Climax to bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów ze smutnymi piosenkami, jaki został wydany w 2013. Przywołanie atmosfery nuklearnego holocaustu w zimnych rytmach post-punku okazało się strzałem w dziesiątkę.  Niezależnie od tego, czy smucą na modłę The Cure, czy pędzą jak wierni wyznawcy Misfits, Beastmilk pokazują niebywały kunszt pisania nieprzyzwoicie przebojowych numerów.  Genocidal Crush  czy Nuclear Winter mają potencjał, by zostać czymś więcej niż hitami jednej jesieni.

Corrections House – Last City Zero

Militarystyczna supergrupa złożona z członków Neuerosis, Eyehategod, Minsk i Yakuza zajebała jeden z najcięższych strzałów tego roku. Dystopijny debiut Correction House rozpierdala noise’owym szumem, industrialnym ciężarem, crustową  agresją, free jazzowymi wkrętami czy neofolkową deprechą, idealnie pokazując to, z czego znani są członkowie projektu oraz bogatą paletę ich inspiracji. Last Ciy Zero brzmi niezwykle aktualnie i świeżo,  idealnie oddając wszystkie paranoje, które nawiedzały nas w bieżącym roku, pokazując, że w następnym wcale nie musi być lepiej, a wręcz przeciwnie, będzie jeszcze gorzej.

Fat White Family – Champagne Holocaust  

Fat White Family przebyli niezwykle szybko długa drogę ze skłotów wschodniego Londynu na łamy Guardiana. Champagne Holocaust  to lewacko-neopsychedeliczny bękart The Fall i The Gun Club trawiony szaleństwem Charlesa Mansona i epicką poetyką spaghetti westernów. Członkowi FWF nie tylko zasysają morze koksu, lecz również większość konkurencji na indie rockowej scenie, plując przy tym w twarz   przymilającym się zespołowi mainstremowym mediom i kalectwu muzycznej branży. Nie wiem czy to jest tylko poza, czy na serio są tak zjebani, ale Champagne Holocaust biorę w ciemno!

Chelsea Wolfe – Pain is Beauty

Od nawiedzonego spotkania Neurosis i Portishead na debiucie, przez neofolkowe ballady, po anarcho-punkowe covery, na każdym ze swoich wydawnictw Chelsea przemycała black metalową atmosferę. Nie inaczej jest i tym razem. Pain is Beuaty jest albumem, na którym najwyraźniej widać ciężkie, elektroniczne oblicze opętanej Amerykanki, które zostało zbalansowane dream popową łagodnością w stylu 4AD. Z płyty na płytę Chelsea pisze zdecydowanie coraz lepsze piosenki pełne coraz szlachetniejszego smutku.

Obliteration Black Death Horizon

To zdecydowanie najlepszy metalowy LP, jaki było mi dane usłyszeć w tym roku, bo wszystko i tak zostało zmiecione przez EP-kę szwajcarskiego Bölzer. Młodzi Norwedzy coraz bardziej oddalają się od necrosound Autopsy, czy debiutu Darkthorne, prezentując coraz bardziej indywidualna wizję black i death metalowej fuzji. Oprócz potężnych numerów, przepełnionych wręcz noise rockową agresją, głównym atutem Black Death Horizon jest jego produkcja. Album zabija brzmieniem, które jest głębokie, pięknie przegniłe, bez plastikowego trykania stopek, które zabija większość albumów metalowych.

Daft Punk – Random Access Memories

Ośmioletnia przerwa Francuzów w nagrywaniu posłużyła im wyjątkowo dobrze, bo Random Access Memories to płyta wyjątkowa! Przykład perfekcyjnie zrealizowanej koncepcji artystycznej – rekonstrukcji  oryginalnego brzmienie electro i disco funkowego późnych lat ’70. Album zręcznie lawiruje pomiędzy elektronicznym chill outem a là Touch i popowymi smasherami w stylu Get Lucky czy Lose Yourself To Dance, które przywołują słodko-ekstatyczną energię didżejskich setów Larry’ego Levana. Wszystko zaś tonie w sosie fantastycznej produkcji i genialnych aranżacji! Hipsterzy spod znaku nu disco mogą tylko topić zazdrość w kieliszku szampana.

Death Grips – Government Plates

Amerykański duet drugi rok z rzędu rozpierdolił stawkę w elektroniczno-eksperymentalnym światku. Podczas gdy wszyscy płakali nad końcem muzyki złożonej z bitów zjadając własny ogon, Death Grips dokonali prawdziwego szturmu, biorąc to co najlepsze z rapu, dubstepu, mashupu, postindustrialu, post-techno i filtrując to przez maszynkę mrocznych free jazzowych harmonii. A cały materiał wylądował w sieci w postaci empetrójek. W momencie, kiedy eksperyment w muzyce staje się w zasadzie swoim zaprzeczeniem, zaledwie utrwalając zdobycze dekad minionych, terroryści z Miasta Aniołów pokazują pazur wstrzykując do obiegu adrenalinowo-cybernetyczny koktajl, któremu w żaden sposób nie można zarzucić pretensjonalności.

The Black Heart Rebellion – Har Nevo

Już pierwsze dźwięki tego mrocznego albumu belgijskich post hard core’owców zwiastują niecodzienny klimat. Ciężko wyprodukowana perkusja spotyka się z agresywnym wokalem noszącym ślady inspiracji klasycznym screamo. Dalej zaś neofolk wpada w minimalnie potraktowany gotyk i to, co zostało z hard core’owej tradycji, gdy spotkała się ona ze światem etniczno-inicjacyjnych inspiracji. Har Nevo to płyta słodko-gorzka, przywołująca bestię w ludzkiej postaci oraz duchowe światło na końcu drogi. Zbalansowana, transowa, a jednocześnie żywa i emocjonalna.

The Knife – Shaking The Habitual

Dwupłytowy album The Knife świetnie pokazuje, w jakim kieruku zmierza muzyka w Skandynawii. Na początek dostajemy etno-elektroniczny A Tooth For An Eye, niemal w stylu Goat, by za chwilę dostać po głowie porcją ciężkiego breakbeatu, zapętlonymi dronami, a w końcu wylądować na dark ambientowym pustkowiu, które eksplorował kiedyś zawodnik z pierwszej ligi znany jako Lustmord. The Knife preferują szamańskie sample i neoprymitywistyczne rytmy, ale nie zapominają o dobrym wyprodukowaniu wokalu Shannon Funchess (prawdziwe odkrycie!), która pojawia się w dwóch numerach. Idealnie wykonany miks najmodniejszych inspiracji na rynku!

Stara Rzeka – Cień chmury nad ukrytym polem

Debiut Starej Rzeki stanowi najlepszy przykład, że polska scena w tym roku pokazała klasę, wypluwając wiele świetnych albumów. Kuba Ziołek odwołując się do uniwersalnych dźwięków prymitywnego folku, black metalu spod znaku Leviathan i legend krautrockowej sceny stworzył monumentalna narrację muzyczną przetkaną nicią słowiańskiej melancholii. Niepowtarzalna atmosfera Cienia chmury nad ukrytym polem pozostaje na długo, po tym gdy wybrzmi ostatni akord My Only Child.

Conradino Beb / Jakub Gleń

Trupa Trupa – ++ (2013)

trupa_trupa_2013

Dawno nie słyszałem albumu tak pozbawionego koncepcji, co druga płyta trójmiejskiego bandu Trupa Trupa. Kompletny brak charakteru, ubogie aranżacje – no może miejscami sięgające kolan – i wszechobecna grafomania wylewającą się z tekstów tworzą obraz nędzy i rozpaczy. Ale to nie koniec, gdyż zespół zdecydował się nieszczęśliwie na śpiewanie po angielsku i drażniący akcent dołożył się jeszcze do estetycznej katastrofy. A w muzyce, w której głos jest instrumentem równie ważnym, co bas, gitara i perkusja, seplenienie wokalisty praktycznie zabija wszelkie szanse na sukces, czego Trupa Trupa nie wzięła sobie niestety do serca.

Zespół nie prezentuje przy tym niczego przełomowego ani nawet na tyle ciekawego, by wstrząsnąć słuchaczem i zmusić go do zapętlenia CD. W istocie, materiał na krążku wskazuje na muzyków, którzy nie zdążyli sobie wypracować własnego stylu i po wejściu do studia oddali się intelektualnym fantazjom. A może tutaj organki, a może saksofon, a może jeden akord gitarowy na cztery takty, a może chuj wie co. Nie dajmy się porwać komercyjnym trendom, skorzystajmy z doświadczeń awangardy, ale nie odstając przy tym od znanych nam prądów muzycznych, a wszystko z poetyckim muśnięciem w policzek, żeby chorzy na depresję nie użalali się, że za wesoło.

Ale tak naprawdę, to nie potrafię sobie nawet wyobrazić kto miałby być odbiorcą tej płyty. Udział Mikołaja Trzaski jest chwalebny, ale włączenie jego partii saksofonowych do Dei – numeru, który jest skrajnie toporny i nie ma koniecznego dla minimalizmu feelingu – zwiększa tylko frustrację słuchacza. Koniec końców, płyta nie ma praktycznie żadnego punktu zaczepienia: melancholijne balladki, elektroakustyczne masturbacje, noise’owo-organowe marsze, brzdękaniem na gitarze ilustrowane przyśpiewki, a nawet fuzzowo-noise’owe rockery zabijają się wzajemnie, kreując irytujący pejzaż chaotycznych pomysłów, bardzo niestety przeciętnych.

Jeśli Trupa Trupa udowadnia nowym materiałem cokolwiek, to że styl jest czymś więcej niż sumą abstrakcyjnych pomysłów studyjnych, a prawdziwą muzykę kreuje indywidualny pęd do poszukiwań. Zanim coś się nagra – nawet z wybitnym producentem – trzeba mieć to w głowie i w sercu. Często pomaga też dobry tekściarz, jeśli zespół sam nie potrafi pisać piosenek, którego pomoc zasugerowałbym jak najszybciej, gdyż tego co zostało tu zaśpiewane nie chciałbym nawet słuchać po piątym piwie, a tym bardziej na koncercie. Album, któremu nie grozi żaden sukces, ale będący doskonałą przestrogą dla młodych muzyków.

Conradino Beb

Thee Oh Sees – Floating Coffin (2013)

thee-oh-sees_floating_coffin

Po mało frapującej EP-ce Putrifiers II neopsychedeliści z San Francisco przeszli do stajni Castle Face i efekt jest natychmiastowy. Floating Coffin to bardzo dobry krążek, na którym Thee Oh Sees powracają do wypracowanej wcześniej formuły, ale z większą lekkością i polotem. Nie brakuje tu jednak przesteru i zmyślnych gitarowych overdubów, które w połączeniu z nastrojowym wokalem Brigid Dawson i garażową produkcją tworzą równy i przebojowy materiał. Zespół ponownie nabrał skrzydeł i zanurzył się w sosie, w którym czuje się najlepiej.

Buzujące, dynamiczne rockery w stylu I Come From The Mountain czy Tunnel Time zostają uzupełnione o bardziej wyszukane numery tj. Strawberries One & Two czy tytułowy Floating Coffin, gdzie tempo nieco zwalnia, a Thee Oh Sees poświęcają się tworzeniu nastroju, co wychodzi im zresztą rewelacyjnie. Na płycie znajdziemy także odskoki w stronę klasycznego indie/noise’u – Maze Fancier przypomina dokonania Pavement czy Shellac, a w opartym na modulowanym brzmieniu gitary Night Crawler Talking Heads spotykają się z Teenage Jesus & The Jerks.

Kombinacje studyjne wychodzą Floating Coffin na zdecydowany plus. Płyta oprócz zwartej całości, nastrojonej pod klasyczny garaż, oferuje nieco dziwnych smaczków zainspirowanych klasykami lat ’80. Gdzieś w miksie od czasu do czasu pojawia się także wiola czy klawesyn, jak w kończącym płytę zapychaczu Minotaur. Największym hiciorem jest jednak Toe Cutter / Thumb Buster, bardzo ciekawy kawałek z hipnotycznym przesterem w przejściach, który milknie jednak, gdy wchodzą partie wokalne. Materiał nie zabija, ale też nie rozczarowuje.

Conradino Beb

Cherry Red Records świętuje sukces dzięki reedycjom kultowych płyt

cherry_red_logo
Logo Cherry Red Records

Cherry Red Records to jedna z najprężniejższych wytwórni na rynku reedycji płytowych, która w tym roku świętuje swoje 35-lecie. Każdego miesiąca wypuszcza ona 40-60 albumów o bardzo dużej rozpiętości gatunkowej. Ale pod koniec lat ’70 label uskuteczniał zupełnie inną politykę, skupiając się głównie na wydawania nowych płyt punk rockowych.

Cherry Red Records to niezależna brytyjska wytwórnia utworzona w 1978 – nazwa została wzięta z kawałka Groundhogs, pochodzącego z albumu Split. Pierwszym wydawnictwem był singiel Bad Hearts zespołu The Tights, który zapoczątkował drogę do sukcesu. Ten nadszedł w 1982 wraz z kompilacją Pillows and Prayers – koszt tłoczenia i druku wynosił 99p, a krążek rozszedł się w 120 tys. kopii. W międzyczasie label wydał również takie kultowe płyty, jak Fresh Fruit For Rotting Vegetables Dead Kennedys. Z czasem zaczął jednak zmniejszać zainteresowania wydawaniem nowych albumów na rzecz reedycji płytowych.

Jak mówi głowa Cherry Red, Adam Velasco: Zmienialiśmy oblicza wiele razy w ciągu lat, ale prawdziwym punktem zwrotnym była decyzja o zaprzestaniu wydawania nowych albumów studyjnych debiutujących zespołów. Trudno było nam konkurować finansowo z gigantami, naprawdę nie dawaliśmy rady. Ale w ciągu lat nabyliśmy wiele różnych katalogów, więc zaczęliśmy się skupiać na reedycjach.

Jeśli spojrzeć na dzisiejszy katalog Cherry Red, ujawnia od absolutny ekletyzm muzyczny. Wydawane są zarówno płyty reggae i ska takich tuzów sceny, jak Keith Hudson czy Laurel Aitken, pop z lat ’60 w stylu Gene’a Pitneya, klasyczny soul: O’Jays czy Gwen McRae, a także kultowe płyty Hawkwind z lat ’70, które ponownie ujrzały światło dzienne dzięki wysiłkom Velasco. Największym wyzwaniem była reedycja Warrior on The Edge Of Time z 1975 – z powodu odwlekania podpisania licenzji przez Lemmy’ego Kilmistera (dzisiaj Motörhead) proces zajął aż pięć lat.

hawkwind_warrior_cherry_red
„Warrior on The Edge Of Time” – tegoroczna reedycja Cherry Red

Velasco podkreśla, że na wypełnienie misji Hawkwind wytwórnia poświęciła wiele czasu i energii: Wydaliśmy spory kawał katalogu Hawkwind, ale że zaangażowanych w proces było 24 członków zespołu, musieliśmy dostać podpis od każdego z nich. Dużo czasu zajęło ustalenie miejsca pobytu każdego z nich. To jak zabawa w prywatnego detektywa – czasem musisz ścigać ich po całym świecie. W tym wypadku największą przeszkodą okazał się Lemmy, który został jednak w końcu przyskrzyniony w Bristolu. Ale poztywny odzew fanów Hawkwind pokazał, że efekt był warty wysiłku.

Label po konkretnej restrukturyzacji zatrudnia obecnie 30 osób, a większość z wydawanego katalogu należy do Cherry Red. Tylko mała część znajduje się na licencji od dużych wytwórni, ale jako że Cherry Red to mała firma z niskimi kosztami, jest ona w stanie zarobić nawet na licencjonowanych albumach, gdy sami giganci nie są tego w stanie zrobić nawet mając pełne prawa do nagrań. Płyty Cherry Red lądują na półkach sklepów muzycznych w Japonii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych, a liczy się każda mała sprzedaż.

Dzisiaj wytwórnia zamyka jednak koło. Po zbudowaniu solidnej reputacji wśród sprzedawców i kolekcjonerów muzyki dzięki hiciorskim wydawnictwom, stanęła ona przed fenomenem renesansu popularności promowanych przez siebie grup tj. Blow Monkeys czy House of Love. Wiele z nich zaczęło nagrywać nowe albumy, które Cherry Red naturalnie zgodziła się wydawać ze względu na wcześniejszą popularność reedycji ich wcześniejszych dokonań. Do znanych artystów należą m.in. Todd Rundgren czy post punkowi The Fall, których nowy krążek Re-Mit szybko wskoczył do pierwszej 40-tki najlepiej sprzedających się albumów na Wyspach.

Obecnie w planach jest bliższa współpraca z managerem Oasis, Alanem McGee, którego nowy label 359 Music już wywołał gorączkę wśród głodnych sukcesu artystów. W ciągu trzech dni od ogłoszenia, że powstaje nowy label, skontaktowało się z nami ponad tysiąc artystów, którzy chcieli w nim zaistnieć. – mówi Velasco – Obecnie ta liczba sięga dwóch tysięcy. Alan osobiście przesłuchuje wszystko. To będzie prawdziwa przygoda. Jak twierdzi głowa Cherry Red, sukces labela ugruntowały głównie: bliska współpraca z artystami i terminowe wypłacanie tantiemów.

 

Źródło: BBC

Kilka słów o muzycznej pasji Ryana Goslinga

dead_man's_bones_ryan_gosling
Ryan Gosling podczas koncertu Dead Man’s Bones

Ryan Gosling to kanadyjski aktor (rocznik 1980), który wyszedł z odmętów undegroundu wraz z romantycznym wyciskaczem łez Pamiętnik (2004), ale powszechnie rozpoznawaną twarzą stał się dopiero po spektakularnym sukcesie Drive (2011). Ten zapewnił mu niemal natychmiastowe zakotwiczenie w popkulturze i blogosferze z takimi smaczkami, jak wygenerowane przez nowojorską copywriterkę Jennę Livingston, polowanie na jajka świąteczne z jego własnymi notatkami rozsianymi po całym obszarze Manhattanu… co oczywiście okazało się picem na wodę.

A że na dniach będzie już można zobaczyć kolejny film z Goslingiem w roli głównej, Tylko Bóg wybacza, ponownie w reżyserii Nicolasa Windiga Refna, boom na wszystkie memy związane z aktorem przybiera na sile. Do tego, kilka miesięcy temu Gosling dał się poznać jako fan Black Flag, schwytany podczas robienia zakupów w koszulce legendy HC/punk, co sprowokowało kolejną dyskusję w Internecie o jego domniemanym hipsterstwie i hipsterach eksploatujących teraz historię HC. Ale ciężko mi sobie wyobrazić POZERÓW odstawiających na bok płyty The Black Keys i zagłębiających się teraz w Damaged i My War.

ryan_gosling_black_flag
Ryan Gosling w koszulce Black Flag

Jednak ma to tak naprawdę znaczenie jedynie dla ortodoksów, gdyż po zainteresowaniu się nieco bardziej żywotem Goslinga, na jaw wychodzi fakt, że od 2008 gra on na gitarze i śpiewa w indie-folkowym duecie Dead Man’s Bones, przejawiając także prawdziwą miłość do punk rocka w życiu osobistym. Zespół wydał, jak na razie, jedną płytę Dead Man’s Bones w 2009 nakładem ANTI-Records (sublabel Epitaph), ale dużo koncertuje w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, gdzie złapany został miesiąc temu przez Pitchfork.

Muzyka i teksty Dead Man’s Bones osadzone są w klimatach tanich horrorów i pogrzebowego gospel – przypomina się Roky Erickson – ale repertuar jest na tyle oryginalny, że da się go słuchać poza ramą ciekawostki, wygenerowanej przez celebrytę. Tom Waits miesza się w tej muzyce z Woodym Guthriem i Robertem Johnsonem, a efekt jest bardzo naturalny i korzenny, a czasem nawet nieco odrealniony. Sprawdźcie zresztą sami…

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes (2012)

mature_themes_2012

Gwiazda sypialnianego proroka glo-fi: Ariela Pinka, wzeszła kilka lat temu, gdy jego nagrywane na czteroślad i wydawane głównie w formie kaset dźwięki, objawiły zjadającej własny ogon scenie indie, że w powietrzu pojawiła się „zupełnie nowa wibracja retro”. W odróżnieniu od bezwstydnie filtrującej Black Sabbath, Hawkwind i Blue Öyster Cult sceny hard-stoner-space, Ariel Pink inspiruje się jednak radosnymi dniami początków MTV: syntezatorowym popem, yuppie rockiem i new age’owymi taśmami z życia delfinów. Jego muzyka to ucho wciśnięte w tani głośnik telewizora z plakatami Ruperta Holmesa i 10cc wiszącymi nad łóżkiem.

55-ty album (tak tylko żartuję) nagrany pod szyldem Ariel Pink’s Haunted Graffiti to realna faza na komponowanie pod wpływem muzyki z tanich winyli, znalezionych w dyskontowych piwnicach sklepów muzycznych Los Angeles i tematów z oscarowych filmów epoki Reagana w stylu „feel good America”. Całość zapiera jednak dech muzycznym impresjonizmem, gdyż Ariel Pink kreuje zupełnie nową jakość z prywatnych strzępów pop kultury – pop na Mature Themes zjada własny ogon, ale to zaledwie punkt wyjścia do rewitalizacji epoki, opartej na magicznej wrażliwości dziecka.

Songi Ala Greena zostają odświeżone w syntezatorowej konwencji – Baby, wspomnienie gitar Steinbergera ożywione w plastikowym miksie – Driftwood, a David Bowie z okresu yuppie beat nagle okazuje się posiadać niewykorzystany wcześniej potencjał – Is This The Best Spot. Naiwny optymizm, wylewający się z Mature Themes idealnie podkreśla hipnagogiczna balladka Only In My Dreams, w której plumkające ćwierćnuty klawiszy wprowadzają słuchacza w utopijny, senny nastrój kalifornijskich centrów handlowych o 5 nad ranem. Ale numery na Mature Themes rzadko uderzają w podobny ton, gdyż na Love Everyone Ariel Pink wchodzi nawet w klimaty garage revival czerpiąc ze stylu The Music Machine i Paul Revere & The Raiders.

Absurdalnym, ale genialnym przykładem geniuszu Pinka pozostaje Symphony of the Nymph, w której mimimalny z początku chillwave nagle zostaje doładowany po kilku taktach tematem z Chariots of Fire Vangelisa kreując jedyny w swoim rodzaju, subpompatyczny efekt, do czego dokłada się jeszcze absurdalny tekst o rock’n’rollerze z Beverly Hills, obcującym z lesbijkami i psychiatrami. To zaś dobrze pokazuje wyobrażeniowe uniwersum Pinka, zbudowane na fascynacji popem w najbardziej żenującej wersji, który dzięki talentowi artysty staje się jednak eskapistycznym wehikułem – idealnym narkotykiem dla pokolenia 00.

Conradino Beb

Chelsea Light Moving – Chelsea Light Moving (2013)

Chelsea_Light_Moving_cover

I wziął się w końcu Thurstone Moore za siebie, i nagrał długo oczekiwany album ze swoim nowym składem, do którego weszli: Keith Wood, Samara Lubelski i John Moloney – muzycy związani na co dzień z Sunburned Hand of the Man i Hush Arbors. Chelsea Light Moving zasygnalizowali swoje istnienie już w zeszłym roku, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze mp3, które wywołały prawdziwą gorączkę oczekiwania. A nie ma się czemu dziwić, gdyż w obliczu ostatecznego końca Sonic Youth, którze praktycznie przestali nagrywać po rozpadzie 27-letniego związku Moore’a z Kim Gordon, Chelsea Light Moving mogą stać się dobrym zapychaczem.

Muzyka kwartetu Moore’a nie odwołuje się jednak bezpośrednio do stylistyki królów nowojorskiego indie zwracając się bardziej w stronę punkowo-noise’owych korzeni, od których Sonic Youth zaczęli coraz bardziej odchodzić po nagraniu legendarnego Daydream Nation. Tak jest, Chelsea Light Moving w dużej mierze zawracają falę czasu! Na debiutanckiej płycie grupy mało jest miejsca na podskórne, eksperymentalne pejzaże, którymi wypełnione są kultowe już dzisiaj Goo (1990) czy Dirty (1992), co wprowadziło w końcu Sonic Youth na drogę post-noise’owego folku. To zaś w pewnym momencie zaczęło być męczące i z czasem okazało się ślepą uliczką, gdyż kolejne płyty nie wyrastały ponad poziom klonów.

A Chelsea Light Moving rzucają na tacę głównie energiczne kompozycje z punkowym pazurem i masą hałasu w tle – doskonałe audiofoniczne mięso. Nie brakuje tu jednak sludge core’owych odlotów w stylu The Melvins, jak znakomity kawałek Alighted, zagrany na mocno przesterowanych gitarach i dudniącym od echa basie, który po mocnym intrze nagle zamienia się w typowe dla kompozycji Moore’a, minimalistyczne piłowanie na trzy akordy. Możemy również odfrunąć przy nastrojowym spoken word. Heavenmetal to piękna melodeklamacja z zapętlonym riffem gitarowym na temat duchowej podróży ku gwiazdom – kolejny ukłon w stronę ulubionej formy audio Beat Generation, przywołujący nastrój Zachodnich widnokręgów. Czystym punk rockiem jest za to bardzo dobry cover Communist Eyes – klasyka The Germs!

Całości dopełniają krótkie nastrojowe kompozycje, jak otwierająca album Lip, w której Moore daje nam do zrozumienia, że jeszcze nie chce strzelić sobie w łeb i namawia do pokochania życia. Innym powrotem do dobrze znanej, postnoise’owej stylistyki jest Frank O’Hara Hit. Ale hitem na płycie jest przede wszystkim Burroughs – Moore wypowiadał się przed premierą, że zespół ma być spełnieniem idei Burroughs rocka i proszę bardzo, kolejny hołd. Dużo hałasu + dużo przesteru + chwytliwy refren tworzą jeden z bardziej sonicyouthowych numerów na płycie. Wypisz, wymaluj, jak klasyczne hymny z Washing Machine. Drugim ukłonem w stronę list przebojów jest Groovy + Linda, klasyczny noisik z prowokacyjnym tekstem: Don’t shoot, we are your children. Bardzo wyważona, nawet jeśli minimalnie eksperymentalna płyta, która zapowiada muzyczne odrodzenie Thurstona Moore’a.

Conradino Beb

Parquet Courts – Light Up Gold (2012)

Parquet Courts to teksaski duet, który w Nowym Jorku przeszedł transformację w kwartet, choć to wciąż energia dwóch gości podających się za A. i M. Savage’ów. Ich drugi album to kokietowanie cowpunkiem spod znaku Meat Puppets, filtrowanym przez indie-wersję alternatywnego piłowania w stylu Pavement czy późnych Sonic Youth. Jakby nie było, Parquet Courts grają materiał ze szczerym stylem dwóch potheadów, którzy ujarali się w trzy dupy i zgłodniali zapragnęli wykrzyczeć światu kilka pokręconych tekstów, do których dorzucili trzy – czasem cztery akordy – i całkiem miłą melodykę, która dobrze wchodzi, gdy leży się na kanapie.

Przyjemne dla ucha riffy zostają podane z punkowym pazurem – czasem wpadającym w garaż, a czasem w lekki noise – bądź też z indie rockowym kremem. Krótkie, zwarte kompozycje, intencjonalnie niedopieszczone, układają się w pejzaż, na którym rządzi marihuanowe rodeo I DON’T GIVE A SHIT. Ale te kpiące, bezpretensjonalne liryki o niczym zręcznie odsłaniają muzyczną fantazję muzyków, która potrafi czasem dobrze przeczesać nam fryzurkę (jeśli ktoś ją ma). Zaletą płyty jest także to, że całkowicie stapia się z tłem pozwalając robić cokolwiek. Do tego produkcja jest raczej lekka, choć bardzo ładnie wypompowano dynamikę gitar i harmonię wokali.

Jako całość Light Up Gold wchodzi bez smarowania z udanym miksem recesyjnego humoru, który dobrze łapie olewackiego ducha czasów, jak też odświeża dobre wzory z przeszłości (pomyślcie o bardziej lajtowej stronie SST Records). Tych 15 numerów można słuchać bez końca albo przynajmniej do momentu aż wskoczy nam właściwy nastrój, który w tym wypadku oscyluje wokół idealnie nieambicjonalnych czynności tj. bezcelowe przeglądanie kolorowych magazynów, zaspokajanie pacmana i palenie kolejnego bonga. Bardzo dobry materiał, który unika hipsterskich mielizn indie tworząc w miarę interesującą jakość artystyczną.

Conradino Beb  

Foxygen – We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic (2013)

comedysoundtrack.11183v9

Problem z obecnym wylewem hipsterskich zespołów, „radośnie” eksploatujących muzykę końca lat ’60 / początku lat ’70, mam taki, że wiele z nich to retro jaskiniowcy przerysowani w PaintBrushu, których koncepcja tworzenia dźwięków opiera się nie tyle na kopiowaniu, co na specyficznie pojętej zabawie w kopiowanie. Wynikiem jest często muzyka zbyt błaha, żebym bez żadnych problemów mógł oddać jej we władanie swój mózg – progi umiarkowanego geniuszu nie zostają niestety osiągnięte.

W przypadku nowego materiału Foxygen naturalne emocje zastąpione zostają konceptualnym celofanem, a twórczość klasyków sklonowana i obrócona w gruby, marketingowy dym, który jednak idealnie wpasowuje się we współczesną indie wrażliwość. W efekcie We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic słucha się jak zestawu grymasów muzycznych, intelektualnych spustów na mózgownicę, 4-minutowych romansów z fajową ideą wkładania peruki Micka Jaggera w podróż żółtym samolotem Donovana, pilotowanym przez The Bonzo Dog Band.

I choć jestem szczerze przekonany, że płyta może się spodobać nie tylko młodym hipsterom, którzy nigdy w życiu nie słyszeli kawałka The Fugs, The Mothers Of Invention czy nawet jednej płyty Boba Dylana, dla koneserów psychedelii i klasycznej awangardy nowy materiał Foxygen pozostanie raczej zmanierowaną pop archeologią, która grzebie raz w mniej, raz w bardziej znanych dokonaniach powyższych artystów, a także: The Rolling Stones, The Beatles, The Kinks, The Zombies, The Flower Pot Men, Davida Bowiego, Pink Floyd, Serge’a Gainsbourga, Wings, Buffalo Springfield, Neila Younga i pewnie setki innych. Ale oddając płycie sprawiedliwość, nie wszystkie kawałki są do dupy. Niektórych da się słuchać, jak np. hipstersko zaaranżowanej, syntezatorowej balladki Shuggie, która zdradza cave’owskie inspiracje, surrealistyczne ciągotki i promuje album.

Czy nam się to jednak podoba, czy nie, muzyka Foxygen reprezentuje znak naszych czasów, w których skok z kwiatka na kwiatek nie jest wyborem, ale staje się wręcz obowiązkiem! Trzy ostatnie lata to prawdziwa powódź retro bandów, które na różne sposoby starają się odgrzebywać mistrzów złotego okresu muzyki gitarowej. Oczywiście, jedne robią to lepiej, drugie gorzej, ale zaledwie garstka posiada na tyle silną osobowość muzyczną, by jednocześnie odnaleźć się w ramach trendu i przekroczyć go dzięki indywidualnym, poszukiwaniom muzycznym – dobrym przykładem byłby szwedzki band Goat ze swoim debiutanckim krążkiem. I choć duetowi Foxygen dużo jeszcze brakuje do wyjścia z szufladki sypialnianego hipsterstwa, trzeba zaznaczyć że muzycy są wciąż młodzi i niewykluczone, że w przyszłości nabiorą bardziej wyrazistego charakteru. Ich nowy album to mimo wszystko dobry punkt wyjścia.

Tym co naprawdę osłabia We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic w moich oczach nie są braki w warsztacie muzycznym czy produkcja, która jest poprawna, a w niektórych kawałkach niemal wzorowa. Jako dobry przykład przychodzi na myśl słodki kawałek San Francisco, gdzie amerykańska pop psychedelia lat ’60 spotyka się z wrażliwością pokolenia Windowsa. Numer ma wystylizowaną, naiwną barwę, która nawet do mnie w jakiś sposób przemawia, tyle że jest to barwa zgodna ze standardami ISO.

Nienajgorszy jest także tytułowy, cwaniacki numer We Are The 21st Century Ambassadors of Peace & Magic, który tańczy sobie swobodnie z różnymi stylami odtwarzając riffy Pink Floydów do wokalu Jaggera. Większość kawałków – mimo że werwy kompozycyjnej im nie brakuje – grzęźnie jednak w kompulsywnym dialogu z klasykami stając się po dwóch-trzech słuchaniach prawdziwą udręką z poważnym pytaniem cisnącym się na usta: Po chuj tego w ogóle słucham?

Conradino Beb