Archiwa tagu: Jean Louis Trintignant

Giallo w czasach rewolucji seksualnej – żółta trylogia Umberta Lenziego

Umberto Lenzi urodził 8 czerwca 1931 roku w małym miasteczku Massa Marittima w środkowych Włoszech. Entuzjasta kina od najmłodszych lat, na studiach prawniczych – które w końcu poniechał – prowadził liczne koła dla zainteresowanych filmem. W 1956 roku przeniósł się na rzymską filmówkę, którą ukończył filmem I ragazzi di Trastevere, krótkim metrażem inspirowanym jednym z opowiadań Paola Pasoliniego.

Jego nazwisko jako reżysera stało się znane szerzej w 1961 roku za sprawą nakręconego w Grecji filmu Le Avventure di Mary Read. Lenzi szybko złapał wiatr w żagle i już rok później stworzył dwa filmy: Duello nella sila oraz całkiem niezły Il Trionfo di Robin Hood. Ale jego postać jest dzisiaj znana głównie z kiczowatych horrorów i „żółtych filmów”, czyli kina giallo, które szczyty popularności święciło w latach ’70.

Sławę przyniósł mu prekursorski dla gatunku kina kanibalistycznego film Il paese del sesso selvaggio (1972) oraz legendarny Cannibal Ferox (1981). I mimo że Lenzi pozostał w cieniu swoich rodzimych kolegów po fachu takich jak Dario Argento czy Mario Bava, zebrał wokół siebie niemałą grupę fanów, w tym samego Quentina Tarantino.

Lata 60-te upłynęły Lenziemu na przebijaniu się przy produkcji szalenie popularnych w tamtym okresie filmów euro-spy, takich jak Kriminal (1966) i A 008, operazione Sterminio (1965).

Przełom nastąpił w 1969, kiedy zainspirowany twórczością Alfreda Hitchcocka i zdobywającym coraz większy poklask kinem giallo, Lenzi nakręcił Orgasmo. Jest to pierwszy, składający się na luźną trylogię film, w którym reżyser zmierzył się z pulpowym kryminałem.

umberto_lenzi
Umberto Lenzi za kamerą

Trylogia ta składa się z filmów: Orgasmo (1969), Così dolce… così perversa (1969) oraz Paranoia (1970). Wszystkie trzy łączy motyw morderczych knowań, zdrady i pożądania. W każdym z filmów pojawiła się także amerykańska piękność Carroll Baker, znana choćby z Jesieni Czejenów (1964) Johna Forda.

Orgasmo aka. Paranoia / Orgazm (1969)

Piękna Kathryn West (Carroll Baker), była pop gwiazdka i od niedawna wdowa po bogatym mężu, przybywa na włoską prowincję, by uciec od fleszy tabloidów. Robi to na zaproszenie swojego zaufanego prawnika, Briona (Tino Carraro), właściciela pełnej luksusu i podejrzliwej służby posiadłości.

Wkrótce po przeprowadzce u bram posiadłości zjawia się bezczelny dzieciak, który od razu zaczyna flirt z Kathryn. Znajomość ta wprowadzi kobietę w dekadencki świat pełen narkotyków, dyskotek i rozwiązłego seksu.

Cały film nakręcony został w spójnej, pulpowej stylistyce, podsycanej psychodelicznymi wstawkami. Te drugie idealnie komponują się z fabułą, najczęściej widzimy je bowiem wtedy, kiedy wirujemy razem z naćpaną Kathryn w rytm gitarowej muzyki. Środki psychoaktywne w produkcji Lenziego sprawdzają się także jako wspomagacz dla knującego, niestroniącego od erotycznej dominacji rodzeństwa.

paranoia-lenzi
Kadr z filmu

Odurzona lekarstwami główna bohaterka staje się czymś w rodzaju trzymanej w zamknięciu seks zabawki. Wytwarza to bardzo przyjemny, wręcz klaustrofobiczny klimat, który kamera skrzętnie łapie w ciasnych korytarzach bogatej posesji.

Niepokój, psychodela i marazm Lenzi doprawia, jak sugeruje sam tytuł, erotyzmem. Jednak nie jest to produkcja pod tym względem tak obsceniczna, jak inne B-klasowe, włoskie kryminały. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzeniem, że seks w Orgasmo jest ukazywany ze smakiem.

W ostatecznym rozrachunku, debiut giallo Lenziego można uznać za jak najbardziej udany. Wpisująca się w pre-argentowską – film wyszedł w 1969, rok przed słynnym Ptakiem o kryształowym upierzeniu Argenta – falę żółtego kryminału produkcja, to nie lada gratka dla każdego fana filmowego makaronu.

Choć nie trudno zarzucić Orgasmo przewidywalnej fabuły, niezbyt subtelnych czerwonych śledzi (fałszywych tropów), czy do przesady zapętlonego kawałka grupy Wess & The Airedales pt. Just Tell Me, Lenzi pokazuje że na stołku reżysera potrafi odwalić kawał przyzwoitej, stylowej roboty.

Così dolce… così perversa / Taka słodka… taka perwersyjna (1969)

Umberto Lenzi nie próżnował i już kilka miesięcy po premierze Orgasmo na podbój rodzimego kina gotowy był drugi film trylogii, Taka słodka… taka perwersyjna (Così dolce… così perversa). Powszechnie krążąca plotka głosi, że scenariusz do filmu Lenziego został przepisany z francuskiego Widma (1955) w reż. Henri’ego-Georgesa Clouzota w taki sposób, by trafić to rządnej pulpy włoskiej widowni.

Przerobiony materiał idealnie wpisał się w szalejącą pod koniec lat 60-tych rewolucję seksualną, jaka zawładnęła Zachodnią Europą. Jako że skrypt fabularny pochodził z Francji, Lenzi umieścił akcję swojego filmu właśnie w Paryżu i osnuł ją wokół Carroll Baker.

cosi-dolce-cosi-perversa_2
Kadr z filmu

W popadające w kryzys małżeństwo Danielle (Erika Blanc) z Jeanem (Jean-Louis Trintignant) wchodzi nowoprzybyła sąsiadka, Nicole – w tej roli Carroll Baker.

W urządzonym piętro wyżej gniazdku urocza blondynka przechowuje bogate zaplecze przyrządów do BDSM, które chętnie wykorzystuje do zabaw z nieokrzesanym Klausem (Horst Frank). Gdy zadurzony w Nicole Jean postanawia bronić jej przed apodyktycznym partnerem, pada ofiarą większej intrygi.

Tak jak w przypadku Orgasmo, tak i tutaj Lenzi kontynuuje swoją lustrację dekadenckiego stylu życia klasy zamożnej. Mimo że seks per se występuje tutaj w roli estetycznego dodatku, sztuki wyzwolonej, specyficzne napięcie erotyczne wyczuwalne jest przez większość seansu.

Zastosowanie różnokolorowych filtrów i szkieł na obiektyw skutkuje nieco halucynogennym klimatem, znakiem szczególnym kryminałów maestra Maria Bavy. Kolorowe i nasycone kadry potrafią idealnie uchwycić barwną strukturę rewolucji seksualnej.

Rewolta ta to także fabularny fundament pierwszej, nieco dłuższej połowy filmu. Ta, z dekadenckiego kina obyczajowego, poprzez niespodziewany twist, skręca w stronę klasycznego, żółtego kryminału.

Choć Lenzi nie staje na przekór gatunkowym konwenansom, scenariusz wyraźnie ustępuje miejsca wysublimowanemu stylowi. Jednak Taka słodka… taka perwersyjna to wciąż przykład solidnie zrealizowanego giallo. A wszystko to w iście międzynarodowej oprawie aktorskiej.

Ciche miejsce na zabójstwo aka. Paranoja / A Quiet Place To Kill (1970)

Pierwotnie tytuł trzeciego giallo Lenziego brzmiał Paranoia, identycznie jak ten z amerykańskiego wydania Orgasmo. By nie popaść w chaos przy tytułowaniu, reżyser postanowił zmienić go więc na bardziej wymowny: Ciche miejsce na zabójstwo.

Ale amerykański dystrybutor wykorzystał go później jako podtytuł kolejnego filmu Lenziego, Oasis of Fear (1971). Stąd pod hasłem Paranoia i Orgasmo można znaleźć naprzemiennie oba filmy, ot taka dewiza włoskiego kina.

paranoia_a_beautiful_place_to_kill_1970_poster
Paranoia (1970) / oryginalny plakat

Helen (Carroll Baker) poznajemy, gdy ta, pochłonięta wspomnieniami o swoim byłym mężu, rozbija się wyścigówką. Po udanej rekonwalescencji Helen popada w finansowy ambaras, z którego wybawieniem okazuje się telegraf od wspomnianego wcześniej męża (Jean Sorel).

Ten proponuje jej pozostanie u jego boku, oraz boku nowej żony Konstancji (Anna Proclemer). Nasza bohaterka początkowo przystaje na propozycję zamieszkania z ciągle powracającym w jej myślach mężem. Mimo początkowych turbulencji, między dwojgiem odradza się uczucie sprzed lat, które grać na nerwach zaczyna Konstancji.

Co odróżnia Ciche miejsce na zabójstwo od poprzednich dwóch filmów Lenziego, to próba uchwycenia charakteru filmów Hitchcocka. Mniej więcej w połowie filmu scenariusz odwraca wszystko do góry nogami, a z planowanej ofiary robi mordercę starającego się zatrzeć wszelki ślad po dokonanej na luksusowym jachcie zbrodni.

Niestety, wypada to jednak wszystko na jego niekorzyść. Skrypt przypomina absurdalne wątki z oper mydlanych pozornie prowadzące do psychicznego krachu głównej bohaterki.

Droga od silnej kobiety ścigającej się na torach samochodowych do znerwicowanej alkoholiczki prowadzi nie tyle na skróty, co jest maksymalnie wręcz spłycona.

I choć wydawać by się mogło, że Lenzi podejmuje tutaj na swój dziwny sposób temat równouprawnienia płciowego, wszak zbrodni winna jest zarówno kobieta jak i mężczyzna zmuszeni ze sobą współpracować, to brakuje mu jednak tak trafnej lustracji dekadenckiego pokłosia rewolucji seksualnej jego poprzednich filmów.

quietplacetokill_lenzi
Kadr z filmu

I choć jest to relatywnie najsłabszy segment luźno spiętej trylogii, Umberto Lenzi umiejętnie wpycha między rozwleczone sceny momenty autentycznego napięcia lub popadającej w schizmę urojenia Helen.

Całość grzebie jednak mało oryginalna historia, która od wspomnianego wyżej twistu okazuje się przewidywalna i zbyt mało oferująca widzom pochłoniętym przez kino giallo. Z drugiej strony czyni to film bardziej przystępnym i lekkim dla kogoś, kto dopiero zaczyna swój lot przez meandra włoskiego kina gatunkowego.

Na zakończenie

Ciche miejsce na zabójstwo nie zamknęło Lenziemu rozdziału z napisem giallo na dobre, nakręcił on bowiem w przyszłości jeszcze kilka mniej lub bardziej udanych kryminałów, by finalnie odlecieć w kierunku szalonych horrorów i akcyjniaków.

Jednak to właśnie te trzy filmy wprowadziły do świata kina autorski styl reżysera zafascynowanego wyrzucaniem na wierzch wszelki grzechów ludzi zamożnych taplających się w bogactwie czy cielesnej rozpuście.

W odniesieniu także do jego późniejszych dokonań, trylogia ta wydaje się subtelna i dużo bardziej wysmakowana, tworząc coś na zasadzie mostu łączącego pulpę z wizualnym pietyzmem, jaki przyświecał Lenziemu już na poziomie wyboru pięknej Carroll Baker na swoją muzę.

Filmy te czarownie obrazują kino giallo przed reformacjami gatunkowymi, jakie wprowadził w nim Dario Argento, zbliżając go do krwawego horroru. I jako właśnie pocztówkę z Włoch tamtego okresu należy je dzisiaj oglądać.

Oskar „Dziku” Dziki

Taka słodka… taka perwersyjna (1969)

So_Sweet_So_Perverse-poster

To rzadkie giallo z Jeanem-Louisem Trintignantem (Trzy kolory: Czerwony, Miłość) i Carrol Baker (Jak zdobyto Dziki Zachód, Baba Jaga) bywa często traktowane jako druga część „trylogii”, którą Umberto Lenzi zaczął od Paranoi kilka miesięcy wcześniej, by zwieńczyć Cichym miejscem do zabicia rok później – najgorszym zresztą filmem cyklu. Wszystkie z tych dzieł w centralnym miejscu stawiają dekadencję wyższej klasy średniej i erozję związku małżeńskiego spowodowaną wygaśnięciem wszelkich uczuć. To daje zaś reżyserowi okazję do utkania mniej lub bardziej standardowej intrygi, w której środek wrzuca widzów.

We Włoszech panuje generalny konsensus, że scenariusz Takiej słodkiej… został przepisany z Widma, kultowego dreszczowca Henri’ego-Georgesa Clouzota, by po drobnych poprawkach stać się thrillerem bardziej pulpowym, ale też bardziej współczesnym. Takim, który mógłby dobrze obrazować zmiany społeczne, jakie przechodziła pod koniec lat ’60 Europa Zachodnia. Sama akcja filmu została przy tym osadzona nie we Włoszech, ale w Paryżu, a że obsada jest jak zwykle międzynarodowa, film można obejrzeć tylko i wyłącznie z dubingiem. W istocie, nie wydano go nigdy na DVD i fani muszą sięgać po bootlegi.

Mimo że Taka słodka… nie jest klasycznym giallo erotycznym, bo temu nurtowi drogę otwierają dopiero Jedna na drugiej (1969) i Dziwny nałóg pani Wardh (1971), film Lenziego wyraźnie eksploatuje nagość i dekadencję, przez co można na niego dzisiaj patrzeć, jak na swoistą próbę schwytania nastrojów rewolucji seksualnej. Tym klimatom towarzyszy zaś halucynogenne imaginarium z masą kolorowych filtrów w stylu Bavy, z ktorych jeden staje się nawet rekwizytem w bardzo miłej scenie erotycznej imprezy.

== Obejrzyj cały film ==

Psychedeliczne kolaże sennych wizji, typowy dla epoki décor i przepiękne kostiumy, które na pewno docenią dizajnerzy i ludzie mody, składają się zresztą na lepszą część filmu. Choć nie można też zapomnieć o bardzo dobrze zagranych przez Trintignata i Baker rolach głównych, oraz o fantastycznych, sielankowych tematach muzycznych Riza Ortolaniego, które nadają temu obrazowi dużo klasy. Jeśli chodzi jednak o scenariusz i reżyserię, to jak zwykle mamy do czynienia z przedziwnym misz-maszem – styl, w typowy dla gatunku sposób, całkowicie przejmuje wodze nad fabułą.

I tak bogaty przemysłowiec Jean (Trintignant) przeżywa ciężki kryzys w swoim małżeństwie z Danielle (Erika Blanc). Piętro wyżej pojawia się jednak nowy obiekt uczuć – piękna blondynka Nicole (Carroll Baker), z którą ten nawiązuje gorący romans i wkrótce przedstawia ją nawet swojej żonie. Ta okazuje się jednak uwikłana w sado-masochistyczny związek z Klausem, brutalem i człowiekiem nieobliczalnym. Jean bohatersko zobowiązuje się ją chronić, ale w efekcie pada ofiarą intrygi zawiązanej przez…

Ze względu na dbałość o detale, film Lenziego bardzo dobrze się ogląda w pierwszej połowie, kiedy przypomina on bardziej kino obyczajowe niż włoski thriller. W drugiej, ze względu na drastyczne rozwiązanie naracyjne i brak sensu, staje się on zaś nudnawy i przewidywalny, nie wspominając nawet o dość absurdalnym i mało satysfakcjonującym zakończeniu. Ale w ogólnym rozrachunku jest to obraz naprawdę ciekawy, szczególnie od strony zdjęć i scenografii. Do mocnych stron Takiej słodkiej… należy też wyjątkowo piękna, żeńska obsada drugoplanowa, od której oko nie chce się oderwać. Pozycja, która zainteresuje głównie fanów gatunku!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: So sweet… So Perverse / Così dolce… così perversa / Si douces, si perverses /Die Susse Sunderin
Produkcja: Włochy/Francja/RFN, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Miłość (2012)

milosc_haneke_2012

Michael Haneke jest prawdopodobnie ostatnim aktywnym przedstawicielem pokolenia bezkompromisowych filmowców europejskich, którzy swoją karierę zaczynali w burzliwych lat ’70. Mimo że światu dał się poznać dopiero przy okazji Pianistki (2001), artysta ujawnił swój talent znacznie wcześniej przytłaczającym Siódmym kontynentem (1989) i kontrowersyjnym Benny’s Video (1992).

Od tego czasu reżyser praktycznie nie przestał realizować dzieł nieprzeciętnych, z których część to filmy wybitne, które już zdążyły wejść do kanonu kina. Z ostatnich należy przede wszystkim wymienić metafizyczny „thriller” postapokaliptyczny – Czas wilka (2003), oraz niepokojący dramat psychologiczny – Ukryte (2005).

W Miłości, która szturmem zdobyła Cannes oraz 30 innych festiwali filmowych na całym świecie, Haneke zdecydował się poruszyć tabuizowany i zazwyczaj odsuwany w kulturze Zachodu na margines, temat umierania. Biorąc na pokład emerytowanego Jeana-Louisa Trintignanta (legendę francuskiego kina lat ’60/’70, znanego m.in. z Konformisty) oraz niemal równie zapomnianą Emmanuelle Rivę, która do historii przeszła rolą w kluczowej dla kina Nowej Fali – Hiroszimie, mojej miłości (1959), a powróciła na ekrany w Trzech kolorach: niebieskim (1993) Krzysztofa Kieślowskiego, reżyser nie tylko ukłonił się tradycji, ale dał aktorom okazję do konfrontacji z tematem, który jest im osobiście bliski.

Film równie dobrze mógłby się nazywać Starość i ciężko nie zauważyć, że Haneke – jak zwykle – użył tytułu przewrotnie, prezentując romantyczny ideał, który sam pod koniec obala. Starsza para muzyków: Georges i Anne – on jest emerytowanym pianistą, ona pozostaje do końca niezidentyfikowana – przeżywa w spokoju jesień swego życia, ale do czasu gdy Anne nie dostanie wylewu, który praktycznie obezwładnia ją fizycznie i każe mężowi wynająć całodobową opiekę medyczną.

Od tego momentu obserwujemy dramatyczne i niezwykle przygnębiające rozerwanie tkanki związku między dwojgiem ludzi, który Georges podtrzymuje jeszcze przez pewien czas ciepłem i troską, ale przez pogarszający się stan zdrowia żony i to zaczyna się w końcu ulatniać.

Całokształt tworzą kreacje Trintignanta i Rivy, które Haneke zamknął „perfidnie” w murach paryskiego mieszkania odtwarzając klasyczne warunki greckiej tragedii – z jednym wyjątkiem: krótkiej sceny koncertu fortepianowego. Pojawia się tu wprawdzie kilka charakterów epizodycznych, w pewnym sensie kluczowych dla nadania akcji szerszego kontekstu.

Bezczelna i prostacka opiekunka przypomina, że mamy XXI wiek i rozwarstwienie społeczne, a wieża z kosci słoniowej kultury wysokiej jest mitem. Sąsiadki i sąsiedzi, robiący zakupy za pieniądze, przypominają o wysokim statusie społecznym starszej pary. Zaś wizyta młodego pianisty, byłego ucznia Gerogesa, utrwala w umyśle widza znaczenie obydwojga dla rozwoju francuskiej muzyki klasycznej.

Oczywiście, Haneke zawsze przejawiał obsesję śledzenia życia, a raczej rozpadu życia klasy średniej – upadku samoznaczenia, zaniku społecznych rytuałów i w końcu czeluści pomiędzy wyznawanymi wartościami, a irracjonalnymi impulsami, które bezlitośnie zmiatają kulturową patynę.

I w Miłości zrobił to po raz kolejny – przeciągnął widza pod chropowatym kilem emocji, przypomniał że nie ma łatwych odpowiedzi na wyjątkowo trudne pytania, a także dostarczył kolejnego głosu w dyskusji o tym, co składa się na nieuchronność umierania. Ponadto, wszystkie składniki Miłości: reżyseria, zdjęcia i montaż, to realizacja złotego standardu. W filmie nie ma momentu, który nie pozostawałby ważny czy znaczący dla obrazu całości – szczególnie dzięki aktorom.

A oparcie tak elektryzującego dramatu jedynie na duecie było prawdziwą sztuką! Haneke bez wątpienia miał jednak wizję filmu, który byłby skrajnym pokazem metody, a pisząc scenariusz dla Trintignanta kolejny raz się nie pomylił. Legenda, przywołana z emerytury, gra swoją rolę tak prawdziwie, jak to tylko możliwe. Uczucia są pokazywane z osobistym przekonaniem, a dylematy oddawane z cichą, choć zabójczą desperacją.

Nie gorsza jest również Emmanuelle Riva, której rola pokazuje rozpoznanie wielkiego wyzwania i opętańczy, mrożący niemal krew w żyłach realizm. Horror ciężkiej choroby staje się u niej prawdziwie wstrząsającym manifestem aktorskim. Ze wszystkich wielkich filmów, które nakręcił Haneke, Miłość jest jednym z najlepszych, który będzie prawdopodobnie pamiętany jeszcze długo po śmierci artysty.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Amour
Produkcja: Francja/Niemcy, 2012
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Śmierć zniosła jajo (1968)

smierc_zniosla_jajo_1968

Tytuł tego mało znanego giallo pochodzi od fermy kurzej, która staje się centrum dramatycznej akcji filmu. Od jej mechanizacji wszystko się zaczyna, by pośród kur też się skończyć. Reżyser filmu, Giulio Questi, pozostaje przy tym twórcą raczej słabo kojarzonym przez publiczność na całym świecie – choć we Włoszech jest podziemną legendą – a z pewnością jednym z najmniej rozpoznawanych filmowców, którzy na przełomie lat ’60 i ’70 zaangażowali się w eksplorowanie uwielbianego dzisiaj przez fanów na całym świecie, żółtego gatunku filmowego. Nie pomaga temu niska osiągalność filmów Questiego, z których Śmierć zniosła jajo została oficjalnie wydana na DVD jedynie w Japonii.

Pomimo tego, że Questi zaczął swoją karierę filmową na początku lat ’60 kręcąc z początku krótkie metraże i odcinki seriali telewizyjnych, jego pełnometrażowy debiut został wyreżyserowany dopiero w 1967 i – co zupełnie nie dziwi zważając na kontekst tamtych czasów – był jednym z wielu klonów Django Sergia Corbucciego pod wszystkomówiącym tytułem: Django Kill… If You Live, Shoot!

Film, w którym główną rolę zagrał Tomas Milian, stał się z miejsca najbardziej kontrowersyjnym spaghetti westernem tamtych czasów z powodu opływania w krwawe sceny przemocy, a włoska cenzura filmowa srogo się z nim rozprawiła. Był to pierwszy i jedyny spag-west Questiego.

Także Śmierć zniosła jajo pozostaje jedynym giallo, jakie reżyser kiedykolwiek zrealizował, gdyż w latach późniejszych Questi poszedł ostro w horory parapsychologiczne tj. kultowy szoker Arcana (1972). Zrealizowana w konwencji europejskiej Nowej Fali, Śmierć zniosła jajo jest w mojej opinii jednym z ciekawszych filmów o żółtej barwie, które pomimo tego że nie dorównują rozmachem historii i dbałością o szczegóły największym klasykom Bavy, Argenta i Fulciego, oferują za to awangardowe podejście do zdjęć, narracji i montażu.

Cichymi bohaterami filmu są dyrektor zdjęć Dario Di Palma oraz genialny montażysta Franco Arcalli – do dzisiaj kultowa postać we Włoszech – który współpracował z Questim przy wszystkich jego filmach. Filmografia Arcalliego jest rzadko wyciągana na wierzch, niemniej może przyprawić o ból głowy, zmontował on bowiem tak wybitne filmy, jak: Zabriskie Point, Ostatnie tango w Paryżu, Konformista czy Zawód: Reporter.

Już sam początek, w którym widzimy głównego bohatera Marco (Jean Louis Trintignant) zabijającego prostytutkę w motelu z szybkimi cięciami pomiędzy śmiejącym się charakterem w pokoju obok, a dzwoniącym z budki przystojniaczkiem, zwiastuje nietypowy sposób prowadzenia narracji. Liniowość w filmie jest często łamana przez błyskawiczne ujęcia, które wprowadzają elementy introspekcji i onirycznej prezentacji wyobrażeń bohaterów.

Głównym popychaczem akcji w Śmierci są perwersja i pieniądze. Marco może kiedyś był biedny, ale gdy ożenił się ze swoją żoną Anną (Gina Lollobrigida) stał się natychmiast wspólnikiem w firmie produkującej drób i zamieszkał w przestronnej willi. Oprócz nich mieszka w niej także kuzynka-sierota Anny – Gabrielle (grana przez cukierkowo piękną Ewę Aulin, znaną z Candy), z którą Marco romansuje od dłuższego czasu na boku.

Tę idyllę psuje obywatelskie nieposłuszeństwo robotników, którzy właśnie zostali zwolnieni z fermy na skutek jej mechanizacji. Wkrótce montuje sobie w niej laboratorium świeżo zatrudniony genetyk, który ma popchnąć gramaturę kurczaków swoimi eksperymentami z promieniowaniem, a firma zatrudnia również dizajnera marketingowego Mondainiego, który ma uczynić biznes bardziej ludzkim.

Wszystko to wywołuje paranoję u Marca, szczególnie że zaczyna on podejrzewać Mondainiego i Gabrielle o zawiązanie własnej konspiracji, a jego zabawy z prostytutkami zostają zgłoszone policji. Na fermie tymczasem udaje się wyhodować gigantyczne kurczaki bez głów, czego Marco nie ma zamiaru tolerować…

Śmierć zniosła jajo jest jednym z tych gialli, opierających swoją fabułę bardziej na dziwności ludzkiej natury, a nie na eksponowaniu erotyki i przemocy, która w filmie jest bardziej symboliczna niż dosłowna. Kobieca uroda, męska perwersja, zazdrość i krytyka bezduszności wielkiego przemysłu mieszają się tutaj, jak w kotle, wspomagane przez niezwykle eksperymentalne, jak na koniec lat ’60 rozwiązania narracyjne i szybki montaż w kluczowych momentach.

Warte uwagi są także dizajnerskie kostiumy, szczególnie sukienki Gabrielle, oraz freak jazzowy soundtrack, który nie przypomina żadnej ścieżki z innych filmów giallo. Muzyka zwiastuje tu bardziej chaos ludzkiej duszy niż napięcie – w pewnym sensie przypisywany wszystkim bohaterom. Z powodu tych kilku atutów i ogólnej wyjątkowości film ten gorąco polecam koneserom włoskiego kina!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Death Laid an Egg / La morte ha fatto l’uovo / Plucked / Blodige Haender
Produkcja: Włochy, 1968
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV:
3,5/5