Archiwa tagu: John Carpenter

„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” nie zostałby nigdy zrealizowany bez „Gwiezdnych wojen” i „Diuny” Jodorowsky’ego

Kto wie ile filmów science-fiction nie ujrzałoby nigdy światła dziennego (czy raczej ciemności kin), gdyby nie Gwiezdne wojny George’a Lucasa? Efektem kasowego sukcesu jednego z pierwszych blockbusterów w historii był dziki pęd hollywodzkich wytwórni do realizacji wszelkiej maści spin-offów i obrazów pokrewnych estetycznie… i tylko dzięki temu na ekrany wszedł Obcy – ósmy pasażer Nostromo!

Pierwsza część gwiezdnej sagi mocno pobudziła wyobraźnię niejakiego Dana O’Bannona, znanego w tym czasie tylko i wyłącznie ze scenariusza do niszowego dzieła Johna Carpentera – Ciemna gwiazda (1974), który szybko wpadł na pomysł horroru sci-fi, nazwanego przez niego roboczo They Bite. O’Bannon odpłynął jednak wkrótce w stronę realizacji Diuny razem z Alejandro Jodorowskym, która nigdy nie doszła do skutku.

Ale praca u boku Jodorowsky’ego nie poszła na marne, gdyż O’Bannon zapłodniony twórczo mrocznym konceptem graficznym H.R. Gigera, który zgodził się pracować nad Diuną, postanowił wykorzystać go w swoim własnym projekcie. Napisany przez niego w 1975 scenariusz nazwany został Star Beast (czyli Gwiezdna bestia), by niedługo później zmienić tytuł na Obcy.

Rok później scenariusz niemal wszedł w fazę produkcji, gdy jego reżyserii podjąć chciał się sam Roger Corman. W międzyczasie scenariuszem zainteresowała się jednak mała filia studia filmowego Fox, którego zarząd miał wielką ambicję zrealizowania własnych Gwiezdnych wojen i zlecił reżyserię Obcego brytyjskiemu reżyserowi Ridleyowi Scottowi. Ten postanowił zaś wejść w świat science-fiction, gdy tylko zobaczył Gwiezdne wojny w Chińskim Teatrze w Los Angeles.

Nigdy w życiu nie widziałem i nie czułem takiego uczestnictwa publiczności. Kino drżało w posadach. Kiedy na samym początku pojawiła się Gwiazda Śmierci, mój plan realizacji Tristana i Izoldy legł w gruzach, postanowiłem znaleźć coś innego. Zanim film skończył się na dobre, byłem zdruzgotany do tego stopnia, że czułem się beznadziejnie.

To największy komplement, jaki mogę dać; czułem się beznadziejnie przez tydzień. Nie znałem wtedy jeszcze George’a, ale myślałem sobie: „Kurwa, George”. I wtedy ktoś przysłał mi scenariusz pt. Obcy, więc powiedziałem „wow”, podejmę się tego – wspomina Scott w wywiadzie dla Deadline.

Dzieło Scotta weszło na amerykańskie ekrany 25.05.1979 i zarobiło $104 mln, pewnym krokiem wchodząc do kanonu filmów kultowych. Jak skomentował film jego producent, David Giler: Obcy jest dla Gwiezdnych wojen tym, czym The Rolling Stones dla The Beatles.

Conradino Beb

11 być może najlepszych soundtracków Ennia Morricone!

Ennio Morricone skomponował ponad 500 ścieżek dźwiękowych do filmów, których rozpiętość sięga niemal wszystkich gatunków znanych człowiekowi. Wśród nich znajdziemy spaghetti westerny, gialli, hollywoodzkie blockbustery, filmy niezależne, filmy wojenne, filmy gangsterskie, autorskie dramaty, komedie, dokumenty, horrory, filmy krótkometrażowe, a także programy telewizyjne.

Morricone to przy tym jeden z najbardziej wszechstronnych kompozytorów filmowych w historii. Jego muzyka jest bardzo charakterystyczna poprzez swój eklektyzm, który nigdy nie wchodzi w drogę indywidualnej wizji. Artysta znany jest z eksperymentów z wokalami żeńskimi i męskimi (zwykle przedziwnie zaaranżowanymi), chórami, organami kościelnymi, meksykańskimi gitarami, harmonijkami, pianinem, arabskimi instrumentami etnicznymi czy dźwiękami syntezatorowymi, ale jego znakiem firmowym są oczywiście partie orkiestrowe.

Jego ścieżki dźwiękowe bardzo często wykorzystują elementy muzyki poważnej, której coraz więcej pojawia się w późnym okresie twórczości artysty, ale w latach ’60-’70 kompozytor nie bał się łączyć jazzu z bossa novą, czy easy listening z inspiracjami psychedelicznymi. Okazyjnie zanurzał się nawet w sferę ambientu, muzyki konkretnej, elektroniki (która nigdy nie była jednak jego ulubioną formą muzyczną), a nawet surfu i innych odmian muzyki gitarowej.

Oto 11 prawdopodobnie najsłynniejszych, najlepszych czy najbardziej kultowych z jego dokonań. Kolejność jest przypadkowa!

1. 1900: Człowiek legenda (1998)

Do tej opowieści o tajemniczym muzyku, który nigdy nie opuścił statku, na którym się urodził (granym przez Tima Rotha), Morricone stworzył niezwykle emocjonalny soundtrack akcentujący nostalgiczne partie smyczkowe, miejscami wspomagane chórami ewokującymi osobisty dramat głównego bohatera, a miejscami napięcie towarzyszące jego życiu. Oczywiście, to opowieść o pianiście, więc pojawiają się także nuty pianina, które z powodzeniem mogłyby ozdobić jakieś nastrojowe giallo czy nawet slasher. W numerze Lost Boys Calling możemy także usłyszeć partie Rogera Watersa i Eddiego Van Halena.

2. Ptak o kryształowym upierzeniu (1970)

Słynny debiut Daria Argenta z pewnością dużo zawdzięcza ścieżce dźwiękowej Morricone, która swoim tonem zaczarowała widzów. Połączenie nieziemskich głosów z dzwoneczkami i gitarą akustyczną, kiedy akcja zwalnia i staje się bardziej introwertyczna, czy z perkusyjnymi rytmami i free jazzową trąbką, kiedy napięcie sięga zenitu, a morderca w czarnych rękawiczkach ponownie wypruwa komuś flaki, pozostaje do dziś dowodem, że giallo nigdy nie osiągnęłoby tak wielkiego sukcesu jako gatunek, gdyby nie włoscy kompozytorzy największego kalibru.

3. Egzorcysta II: Heretyk (1977)

Po sukcesie Egzorcysty Williama Friedkina za sequel wziął się sam John Boorman, którego wizja bywa dziś raczej wyśmiewana za masę bzdurnych motywów typu hipnotyzujące komputery. Z pewnością nie można się jednak przyczepić do muzyki, która łączy partie orkiestrowe z przesterowanymi gitarami i dzikimi nutami syntezatorowymi, oddając atmosferę szaleństwa, której nie udało się niestety stworzyć reżyserowi. Część z użytych tu motywów można usłyszeć w Nienawistnej ósemce.

4. Coś (1982)

Nie da się rzecz jasna rozmawiać o najlepszych soundtrackach Morricone nie rozmawiając o muzyce zamówionej przez Johna Carpentera na potrzeby legendarnego horroru Coś. Maestro dostał od niego zlecenie, gdyż reżyser (który sam ją zwykle komponował) nie miał wtedy czasu, pochłonięty pracą na planie, ale udzielił mu bardzo wyraźnych wskazówek. W efekcie Morricone skomponował jedną ze swoich najbardziej minimalistycznych ścieżek, wspomagając się zarówno żywymi instrumentami, jak i syntezatorami. Przerażająca i upiorna, idealnie odzwierciedla ona akcję filmu!

5. Misja (1986)

Jedno z największych osiągnięć kompozytora. Soundtrack do tego dramatu o spotkaniu chrześcijańskiej cywilizacji z plemienną kulturą Indian Guarani, w której brutalność hiszpańskich konkwistadorów spotyka się z jezuicką łagodnością, by nie dać tej drugiej żadnej szansy, łączy nastrojowość i melancholię, muzykę Zachodu z dźwiękami Nowego Świata. Chóry, smyczki, oboje, bębny i hiszpańskie gitary tworzą osnowę długich suit, które na zawsze zapadają w pamięć widza. Morricone został za swoją muzykę nominowany do Oscara, ale przegrał ostatecznie z Herbiem Hancockiem, co uważa się za jedną z najbardziej niesprawiedliwych decyzji Akademii Filmowej w historii!

6. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968)

Morricone skomponował tak wiele rzeczy w swoim życiu, że nikt nie jest chyba tego w stanie ogarnąć, ale jedno jest pewne, do historii z pewnością przejdzie dzięki swojej pracy nad spaghetti westernami Sergia Leone, z których jednym z najważniejszych jest Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Tę przepiękna opowieść o chciwości, zemście i nieuchronności losu z Charlesem Bronsonem i Henrym Fondą w roli głównej ogląda się w takim samym stopniu co słucha. Przesterowana gitara, smyczki czy harmonijka zawsze uderzają we właściwy ton, gdy na ekranie dzieje się coś, co ma wyjątkowe znaczenie dla akcji, jednocześnie akcentując chwilowość ludzkiego życia.

7. Jaszczurka w kobiecej skórze (1971)

Jeden z najmniej docenianych soundtracków artysty, a jednocześnie jeden z najbardziej przejmujących i halucynogennych. W tym samym zresztą stopniu, co obraz wykreowany na niskim budżecie przez wielkiego Lucia Fulciego. Niesamowity wokal Eddy Dell’Orso, przypominający głos Urszuli Dudziak, w połączeniu z psychedelicznymi loopami syntezatorowymi, jazzową trąbką i niemal folkowymi partiami gitary w temacie La Lucertola, to prawdziwa muzyczna uczta. To także doskonały przykład tego, jak maestro potrafił bywać lizergiczny i nastrojowy zarazem.

8. Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem (1970)

Kolejne dzieło Morricone, w którym ten całkowicie puścił wodze fantazji, bo gdzie jeszcze znajdziemy muzykę skomponowaną na oud (arabski instrument strunowy), drumlę, wiolonczelę i obój? Muzyka towarzyszy nam w szukaniu klucza do społeczeństwa czasów kryzysu, w którym pewien wysoko postawiony policjant (grany brawurowo przez Gian Marię Volontè) popełnia zbrodnię tylko po to, by udowodnić, że znajduje się ponad prawem. Obraz i muzyka uzupełniają się tu do tego stopnia, że jedno nie może istnieć bez drugiego, a my z zapartym tchem śledzimy, czy flesze, na których zbudowany jest film, doprowadzą do jakiegoś rozstrzygającego zakończenia?

9. Bitwa o Algier (1966)

Bitwa o Algier bywa często nazywana najważniejszym filmem wojennym w historii kina poprzez swój bezdenny tragizm. Neorealista Gillo Pontecorvo zdaje się wskazywać, że żadna ze stron konfliktu nie może mieć moralnej racji, chociaż często sympatyzuje z algierskimi powstańcami, ukazując z niezwykłym realizmem okrucieństwo wojny. Ścieżka dźwiękowa Morricone z czasem stała się dodatkowym atutem filmu nagrodzonego na Festiwalu w Wenecji w 1967, dając arabskim instrumentom etnicznym niesamowity wydźwięk dzięki symfonicznej podbudowie i mistrzowskiej aranżacji. Każdy z kawałków posiada niesamowitą aurę!

10. Dobry, zły i brzydki (1966)

Nie da się w żadnym wypadku pisać o muzyce Morricone bez wspomnienia o „trylogii dolarowej”, w ramach której mistrz stworzył swoje najbardziej niezapomniane utwory. Do nich należy oczywiście kultowy The Good, the Bad and the Ugly Theme, jednocześnie dziki i harmoniczny, kultowy i zeżarty przez popkulturę, ale z niemożliwym do podrobienia feelingiem. To że artysta mógł pracować z Sergiem Leone przy wielu jego filmach z całą pewnością pomogło mu wykrystalizować specyficzny westernowy styl. Fantazja kompozytorska połączyła się tu z wielkim talentem do ujawniania emocji w formie muzycznej. W efekcie, niesamowity film całkowicie stopił się z niesamowitą muzą!

11. Klan Sycylijczyków (1969)

Jednym z rzadkich przypadków muzyki do filmu gangsterskiego jest ścieżka dźwiękowa do Klanu Sycylijczyków w reż. Henriego Verneuila. Bardzo ciekawa, gdyż główny temat oparty został na surfowej gitarze i wibrafonie. Morricone ponownie wykorzystuje tu także jeden ze swoich głównych atutów, talent Alessandra Alessandroniego, który bądź gwiżdże, bądź gra na drumli, jak robił to wcześniej w Dobrym, złym i brzydkim, zawsze wprowadzając nieco oniryczny klimat do tego czasem bardzo powolnego, a czasem bardzo absurdalnego filmu o zbrodni i męskim szowinizmie.

Conradino Beb

Daczego synthwave?

Skąd wyrasta magia synthwave? Z nostalgicznego fetyszyzmu, który ewokuje ostatnią prostą Zimnej Wojny? Z elektronicznego pulsu stylizowanego na archaiczne syntezatory Rolanda? Czy też może z hipnotycznego eskapizmu, przypominającego starszym Milenialsom słodkie lata dzieciństwa przeżyte – zależnie od miejsca urodzenia – w cieniu Muru Berlińskiego, czołgów i kartek na mięso, lub na fali napędzanej reaganomiką i kokainą, na której surfowała nowa klasa japiszonów.

W ostatnich latach synthwave, znany też jako retrowave lub futuresynth, zrewolucjonizował pożerającą własny ogon muzykę elektroniczną. Korzystając z Internetu, młodzi artyści rozprzestrzenili muzycznego wirusa na cały świat. Duże znaczenie miała tu sieć NewRetroWave, która została założona w listopadzie 2011 i święci obecnie 4-tą rocznicę działalności.

Jak czytamy na oficjalnej stronie NRW: Retrowave to gatunek muzyczny, który poskramia brzmienie, pęd i czystą pasję do lat ’80. To najbardziej pobudzające brzmienie, które pojawiło się na scenie muzycznej, a które było już od dawna oczekiwane. Ludzie, rodzi się coś niesamowitego. Ruch muzyczny, który przywraca muzyce pasję i słuch, za którymi zdążyliśmy zatęsknić.

Podstawy kodu tego imponującego wirusa zostały napisane w połowie poprzedniej dekady przez graczy komputerowych i nerdów, zainspirowanych francuskimi artystami grającymi electro/tech house tj. Kavinsky (Teddy Boy EP), Justice (Water of Nazareth EP) czy College (Teenage Color EP), którzy z kolei zainspirowani zostali przez soundtracki filmowe Johna Carpentera, grupy Goblin czy Brada Fiedela (twórcy muzyki do Terminatora).

Ruch dostał pierwszy poważny zastrzyk energii po sukcesie Drive Nicolasa Windinga Refna, do którego muzykę napisał Cliff Martinez, były perkusista Captaina Beefhearta, The Dickies, The Weirdos, a także Red Hot Chili Peppers. Był to pierwszy komercyjny sukces rozwijającego się stylu, który stał się zauważalny głównie dzięki pięknie zaaranżowanym, wokalnym hitom tj. Under Your Spell grupy Desire, idealnie akcentującym znaną powszechnie retromanię NWR.

To słodkie uczucie nostalgii, które uderza w nas, gdy przypominamy sobie, jak oglądaliśmy po raz pierwszy Gliniarza z Beverly Hills, Akademię policyjną czy Terminatora na zdartej kasecie VHS, zostaje idealnie wyrażone przez synthwave’owe dźwięki, co potwierdza jedna z największych sław sceny, Mega Drive: Cały ten czas był bardzo magiczny, bo wszystko wciąż było wielkie i nowe.

Nasze uczucia potwierdza przy tym współczesna psychologia, która wskazuje na efekt czystej ekspozycji jako kluczowy dla odbioru muzyki. Emocje, które przechowywane są w centrum naszej pamięci długoterminowej, zostają na krótką chwilę uwolnione, gdy wyzwala je bodziec bezpośrednio z nimi powiązany, podświadomie kojarzony jako ich nośnik.

Ale to nie wszystko, bo artyści tj. Mitch Murder twierdzą, że lata ’80 reprezentują także dziwną mieszankę optymizmu i pesymizmu, fascynację latającymi samochodami i robotami, połączoną ze strachem przed III Wojną Światową, czy zagładą atomową: Z jednej strony kultura była pełna pozytywnego myślenia o najbliższej przyszłości, czego uosobieniem były filmy w stylu Powrotu do przyszłości, a z drugiej wszyscy obawiali się masowej zagłady na skutek wojny atomowej. Skutkiem tego ludzie żyli chwilą.

Ta dychotomia jest zdecydowanie obecna w synthwave’owych dźwiękach, które łączą technologiczne ciepło i futurystyczny magnetyzm ze strachem przed nieubłaganą apokalipsą, przeplatając syntezatorowe podkłady – bardzo często przesterowane – w średnich tempach i niskich tonacjach, słodkimi, eskapistycznymi samplami, które jednak ostatecznie zawsze znikają na rzecz monotonnego bitu. Sama muzyka ma przy tym bardzo maksymalistyczny charakter, odrzucając minimalistyczne samoograniczenie, pojmowane często przez artystów jako swoistego rodzaju estetyczny ascetyzm.

Synthwave w ostatnich latach stał się prawdziwie międzynarodowym fenomenem. Obecnie na scenie mamy m.in. Dynatron (Dania), Mitch Murder (Szwecja), Night Runner (Brazylia), Perturbator (Francja), Lazerhawk (USA), Power Glove (Australia), Miami Nights 1984 (Kanada), FutureCop (Wielka Brytania) czy Timecop1983 (Holandia). Żaden z tych twórców nie nagrywa jednak dla dużego labelu, a większość nie wypuszcza swoich EP-ek i abumów na żadnym innym nośniku poza mp3. Największym narzędziem promocyjnym jest oczywiście YouTube z takimi kanałami, jak New Retro Wave, Luigi Donatello i Maniac Synth (ostatnio zablokowany), które subskrybowane są przez 160 tys. użytkowników.

Conradino Beb

Halloween (1978)

halloween_1978_original_poster

John Carpenter to jeden z tych twórców, który przecierał szlaki kina gatunkowego w drugiej połowie XX w. To spod jego ręki wyszły takie klasyki, jak nieśmiertelna Ucieczka z Nowego Jorku, czy trzymający w napięciu Atak na posterunek 13. Zapoznając się z jego filmografią nie można jednak ominąć Halloween – produkcji, która zdefiniowała slasher!

Niskim nakładem budżetu Carpenter stworzył film, na który można wskazywać jako podręcznikowy przykład dreszczowca nowej fali szalejącej w latach 70-tych. Produkcja ta dała światu postać Michaela Myersa, który straszył nas potem w sześciu sequelach, dwóch remake’ach Roba Zombiego i całej masie fanowskich spin-offów. Choć seria przeżywała zdecydowanie więcej upadków niż wzlotów – można rzec, że podniosła się z pierwszym filmem Roba – oryginalne Halloween należy do tych filmów, które zwyczajnie należy znać.

Film zaczyna się klasycznie, od „trzęsienia ziemi”. Sześcioletni chłopak podczas święta Halloween morduje brutalnie swoją starszą siostrę, w wyniku czego zostaje skazany na pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych. Badaniami nad nim zajmuje się dr. Loomis (Donald Pleasence), twierdząc że Michael jest wyzbytym z uczuć wcieleniem samego Szatana.

Po 15 latach dorosłemu już mordercy udaje się zbiec z zakładu i powrócić w rodzinne strony, do sennego amerykańskiego miasteczka Haddonfield. Rzecz oczywiście dzieje się w Halloween, a ubrany w sterylnie białą maskę Myers za cel obiera sobie młodziutką Laurie Strode (Jamie Lee Curtis) oraz jej znajomych.

Carpenter cały czas gra na nerwach widza, budując napięcie w takich sposób, że w każdej chwili może ono eksplodować. Michael, niczym zjawa, snuje się między białymi domkami amerykańskiego przedmieścia, raz po raz dając się zauważyć kątem oka naszym bohaterom. Mimo że film rozkręca się powoli, takie zabiegi nie dają nam chwili na popuszczenie nerwów, bo zagrożenie cały czas jest wokoło.

Za dnia bohaterowie chodzą do szkoły lub palą jointa w samochodzie, słuchając (Don’t Fear) The Reaper Blue Öyster Cult. Poczucie grozy potęguje także pojawienie się dr. Loomisa, który przybywając do Haddonfield, stara się przekonać lokalne władze o zagrożeniu, jakie spłynęło na miasteczko.

Gdy zapada noc, na oświetlone wydrążonymi dyniami ulice wychodzą dzieci w wymyślnych przebraniach, a Michael rusza na łowy. Wizyta w rodzinnym domu kończy się morderstwem pary kochanków, bo seks w opuszczonym, posępnym domostwie, to zawsze zły pomysł. Chłopak zostaje przybity do drzwi nożem kuchennym, a dziewczyna zaszlachtowana. Dalej jest jeszcze mocniej! Kolejne trupy ściągają uwagę policji, lecz wydaje się że tylko Loomis jest w stanie powstrzymać psychopatę.

Halloween oferuje widzowi całą paletę barwnych i ciekawych postaci. Sam Myers jest zdecydowanie człowiekiem czynu, a słowa zastępuje dźganiem ogromnym nożem. Ten dorodnej postury maniak w przerażająco bladej, gumowej masce, zasłużenie zasiada w panteonie gwiazd pokroju Freedy’ego Krugera, Jasona Voorheesa czy Leatherface’a z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Jego motywy nie są do końca znane, jednak każdy kto stanie mu na drodze, służy do nabicia większego bodycountu.

Jego nemesis staje się Donald Pleasence, który w roli dr. Loomisa stara się powstrzymać niepowstrzymane. Jego wnioski są demonicznej natury, jest on przekonany jakoby za Michaelem stała zła i nieczysta siła. Pośrodku tego starcia znajduje się zaś charakter grany przez młodziutką Jamie Lee Curtis, królową krzyku i najbardziej rozchwytywaną final girl ubiegłego wieku.

I choć do roli Pleasence’a można się trochę przyczepić, w końcu gra tutaj z widocznie teatralną manierą, Jamie Lee Curtis spisała się na medal. Wystarczy wspomnieć słynną scenę, w której skryta w garderobie Laurie odpiera atak zamaskowanego mordercy.

Filmy Carpentera słynną do tego z oryginalnych ścieżek dźwiękowych, tworzonych przez samego reżysera. Tutaj pojawia się zaś chyba najbardziej kultowy soundtrack w świecie horroru. Syntetyczna, pozbawiona wokalu, elektroniczna muzyka, przyprawia o dreszcze, nawet jako samodzielny twór. Spróbujcie udać się do kibla nocą w rytm Halloween Theme, emocje gwarantowane.

Ten klasyczny obraz z czystym sercem można nazwać horrorem kompletnym! Wielu twórców starało się dosięgnąć poziom Carpentera i po upływie lat możemy stwierdzić, że udało się to naprawdę nielicznym. Wraz z sequelem i większym budżetem przyszło bardzo dobre Halloween 2, kończąc przy tym niepodzielną władzę Michaela Myersa. Jednak oryginał Carpentera to jedno z największych osiągnięć amerykańskiego kina gatunkowego i absolutny klasyk, który powinien znać każdy. Wytnijcie więc swoje dynie, zasiądźcie przed telewizorem, bo „Here comes the Boogeyman”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Halloween
Produkcja: USA, 1978
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

10 najbardziej przerażających filmów wg Bena Wheatleya

Idź i patrz (1985) / reż. Elem Klimov

Jeśli spytasz kogoś, czy widzieli Idź i patrz, od razu jesteś w stanie stwierdzić, czy tak. Osoba ta wzdryga się, a jej oczy natychmiast się rozszerzają. Idź i patrz to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Chwyta cię on za kark i wciąga w wojenny horror. Nie chcesz patrzeć na ekran, ale jesteś zmuszony. Końcowa sekwencja w wiosce jest jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie widziałem. Gdybym zobaczył ten film mając 10 lat, spędziłbym mniej czasu na zabawie z żołnierzykami i pistoletami. Faktycznie rzecz biorąc, gdybym zobaczył go mając 10 lat, prawdopodobnie nigdy nie doszedłbym do siebie.

Nici (1984) / reż. Mick Jackson

Nici to doskonały dokument telewizyjny zrealizowany przez BBC, mówiący o tym, co stałoby się z Wielką Brytanią podczas wojny atomowej. Możesz tkwić przy swoich wampirach i seryjnych mordercach, ale ten film to konkretny strzał. Obejrzałem go, kiedy byłem dzieckiem i wystraszyłem się nie na żarty. Wojna atomowa została w nim przedstawiona nie tak, jakby mogło do niej dojść, ale tak, jakby miała zdarzyć się na pewno.

W tym czasie byłem przyzwyczajony do myśli, że zapuszczę irokeza i będę strzelał z kuszy, siedząc na motocyklu gdy przyjdzie apokalipsa, ale okazało się, że to co szykował dla Wielkiej Brytanii Armageddon (szczególnie dla Sheffield), było o wiele mniej fantazyjne. Później obejrzałem Gry wojenne – suchy blueprint dla Nici – i jest to film równie niepokojący: Eksplodująca czteromegatonowa bomba brzmi, jak walenie drzwiami piekieł.

Fantastyczne. Kilka dni temu myślałem o tym, co przeraża mnie najbardziej i doszedłem do wniosku, że ostrzeżenia publiczne o zabójstwach dzieci na placach budowy i w stawach przez obcych z późnych lat ’70 i wczesnych lat ’80. Niedawno obejrzałem Nici ponownie i stwierdziłem, że są równie przerażające.

Ghosts… Of The Civil Dead (1988) / reż. John Hillcoat

Atmosfera tego filmu jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Oglądając go czułem się tak, jak gdyby jakiś ciężar wciskał mnie w siedzenie – byłem do tego stopnia pełen strachu i przerażenia. Przed seansem myślałem chyba, że więzienie może być tak przyjemnym miejscem jak Porridge, z przyjacielskimi typami w stylu Ronny’ego Barkera pokazującymi ci o co biega. Ale nie. Okazuje się, że więzienie jest żywym piekłem doprowadzonej do ekstremum przemocy, korupcji i gwałtu. Opuściłem kino (to była The Scala na King’s Cross w Londynie – teraz nieistniejąca, ale co za kino) wstrząśnięty i bardzo nieszczęśliwy.

Cannibal Holocaust (1980) / reż. Ruggero Deodato

Czułem się brudny po obejrzeniu tego filmu za pierwszym razem. To perwersyjna mieszanka eksploatacji, nagości, rzeczywistego zabijania zwierząt, bezpretensjonalnego rasizmu i gwałtu. I naprawdę przerażająca. Cannibal Holocaust jest jak ryzykowny wujek podgatunku fałszywego dokumentu w stylu Culloden, 84 Charlie MoPic, Blair Witch Project, Człowiek pogryzł psa czy Cloverfield. Obejrzałem to na trzeciej kopii VHS, co jeszcze bardziej dołożyło się do realizmu. Nigdy nie widziałem nic podobnego. Jeśli coś definiuje video nasties… to właśnie to.

Biedroneczko, biedroneczko (1994) / reż. Ken Loach

Pamiętam, że obejrzałem to z Amy, moją żoną, na Channel 4. To był potworny film. Podczas każdej przerwy reklamowej kręciliśmy głowami i patrzeliśmy się na siebie. Nigdy wcześniej nie oglądałem filmu, podczas którego z ulgą witałbym reklamy. Scena, w której Rock próbuje zdjąć dziecku bandaże, które przywarły do skóry, jest nie do zniesienia. To emocjonalny horror. Nie muszą cię gonić duchy (nie chodzi o to, że jest w tym coś złego), żebyś skończył zryty i straumatyzowany.

Nie oglądaj się teraz (1973) / reż. Nicolas Roeg

Nie sądzę, żebym mógł obejrzeć Nie oglądaj się teraz jeszcze raz. Nie od czasu, gdy zostałem tatą. Nie mogę strawić pierwszej sceny. To dla mnie pierwotny strach, który idzie za daleko. Ale dawno temu, kiedy byłem beztroskim cielęciem, bardzo kochałem ten film. Montaż Roega oraz jego kruszenie i modelowanie czasu jest dokładnie tym, o co chodzi w filmie.

Coś (1982) / reż. John Carpenter

Halloween, Atak na posterunek 13, Dark Star, Oni żyją… jestem wielkim fanem Carpentera. Oglądam Coś kilka razy rocznie. Efekty specjalne kreatury są ciągle rewelacyjne i odpychające. Oko Roba Bottina do szczegółów jest niesamowite: pies opluwający dziwnym płynem inne psy, długie kosmyki wypływające z serca ofiary ataku, pajęcza głowa. Oryginał Hawksa to też as. Naprawdę kocham filmy, które podejmują tematykę profesjonalistów próbujących się uporać z kryzysem (na przykład filmy Hawksa i Michaela Manna). Kocham też filmy oblężeniowe (Atak na posterunek 13, Zulu, Nędzne psy), a ten daje nam elementy obydwóch.

Full Metal Jacket (1987) / reż. Stanley Kubrick

Sądzę, że wiele z flmów Kubricka, to horrory. Full Metal Jacket wchodzi na moją listę ze względu na sekwencję snajperską, która jest absolutnie przerażająca. Pamiętam, jak oglądałem ją w kinie z sercem w żołądku. Chcesz uciec, chcesz się wymknąć, ale nie możesz przestać oglądać. To jak prosty slasher, żołnierze jak grupa nastolatków i snajper jak seryjny zabójca odstrzelający każdego z nich, jednego po drugim.

Świt żywych trupów (1978) / reż. George A. Romero

Kocham zombie movies. Widziałem ich mnóstwo i przeczytałem The Walking Dead (przekształcony w serial telewizyjny) obowiązkowo. Ze wszystkich potworów kinowych zombie to moi faworyci. Piekło to inni ludzie (a jeszcze bardziej, gdy są martwi i chcą cię zjeść). Jest coś słodkiego w Świcie żywych trupów George’a A. Romera. Wciąż góruje on nad wszystkimi współczesnymi horrorami.

Sądzę, że dzieje się tak dlatego, iż jest on tak inteligentny i że mówi wszystko, co należy powiedzieć (konsumenci to zombie, zostaliśmy zdefiniowani przez rzeczy, współczesny świat niekoniecznie jest warty ratowania, zawsze wal w mózg). Remake Snydera jest dobry i straszny, ale pozostaje on mimo wszystko w cieniu oryginału. Uważam, że to zasługa klimatów Nici, faktu że Romero i jego współpracownicy mieli faktycznie nad głową potencjalną apokalipsę nuklearną. W Świcie żywych trupów nie igrają sobie wcale z tymi wątkami, ale pokazują prawdę.

Wideodrom (1983) / reż. David Cronenberg

Istnieje tona fantastycznych horrorów Cronenberga, w których można przebierać. Co jednak bardzo podoba mi się w Wideodromie to fakt, że w radosny sposób przekracza on gatunek (Spectacular Opticals ma nawet numer muzyczny). Jako dzieciak oglądałem ten film i dosłownie urwało mi głowę.

Ben Wheatley

Źródło: Film4.com

Atak na posterunek 13 (1976)

assault-on-precinct-13-poster

Ten kultowy film Johna Carpentera nie świeci być może brawurową obsadą, ale dzięki swojemu elektryzującemu scenariuszowi, wartkiej akcji i chwytliwemu soundtrackowi z miejsca podbił serca europejskiej publiczności na Festiwalu w Cannes, gdzie został pokazany w 1977 i gdzie zaczęła się jego wielka kariera… w swojej ojczyźnie Carpenter miał mniej szczęścia i dopiero kolejna dekada miała utrwalić status jego dzieła w środowisku nerdów filmowych, którzy ślinili się podczas ogladania Posterunku na VHS.

Carpenter zrealizował ten klasyczny thriller policyjno-gangsterski niedługo po sukcesie swojego debiutu Dark Star – niskobudżetowego śmiecia science-fiction – zwerbowany przez znajomego producenta J. Steina Kaplana, przyjaciela z czasów studiów na USC. Warunkiem dania projektowi zielonego światła było utrzymanie budżetu w granicach $100 tys., co twórca zrobił realizując film w 20 dni na planie Producers Studio i na lokacji – opuszczonej stacji policyjnej w Venice Beach. Oprócz napisania scenariusza – początkowano ochrzczonego The Anderson Alamo – i wyreżyserowania obrazu, Carpenter skomponował również do filmu fantastyczną muzykę (killerski temat główny)!

Scenariusz był bezpośrednim hołdem dla Rio Bravo Howarda Hawksa, gdyż Carpenter miał początkowo zamiar wyreżyserować western, ale ze $100 tys. w ręku młody filmowiec musiał dokonać szybkiej rewizji i przenieść akcję w czasy współczesne. Nawiązania jednak pozostały i nawet przy braku wiedzy dotyczącej preprodukcji filmu są one uderzające, Carpenter nigdy nie odżegnywał się jednak od swoich inspiracji, którymi oprócz Rio Bravo była jeszcze Noc żywych trupów George’a A. Romera. Ten obejrzał zresztą Posterunek podczas premiery w Cannes, by stwierdzić, że zabije on konkurencję.

Sceny prowadzące do zawiązania akcji Posterunku są dosyć ciekawe, obserwujemy bowiem kilka paralelnych wątkow: przywodców gangu Street Thunder, którzy składają przysięgę krwi po masakrze kilku swoich braci z rąk policji, niewinne przekierowania porucznika Ethana Bishopa do zamykającego się posterunku nr 9 w Anderson oraz zastrzelenie funkcjonariusza (policji, FBI?) pod przykrywką lodziarza razem z małą dziewczynką – która właśnie kupiła od niego loda – przez tych samych młodocianych gangsterów, którzy pojawili się na ekranie w symbolicznej scenie kilka minut wcześniej.

Nota bene, scena mordu dziecka stała się przedmiotem dużych kontrowersji w czasie premiery i została nawet oficjalnie ocenzurowana – Carpenter przedstawił MPAA kopię z wyciętą sceną uzyskując rating R, ale oddał film do dystrybucji w pierwotnej wersji. Widok zakrwawionej dziewczynki padającej na chodnik nie budzi jednak dzisiaj tych samych emocji co w latach ’70, a że reszta filmu jest pozbawiona w zasadzie drastycznych scen, motyw pozostaje tak naprawdę pewną ciekawostką. Co ciekawe, reżyser stwierdził po latach, ze żrobil błąd inscenizując scenę w tak krwawym stylu, ale był młody…

Sam atak na posterunek to prawie godzina trzymającej w napięciu akcji, która łączy we wspólnym celu naturalnych na codzień wrogów: przestępców i policjantów. Ci pierwsi trafiają do placówki przez przypadek, w kajdankach i ubrankach z numerami, w trakcie transportu do innego więzienia, ale już wkrótce będą zmuszeni walczyć o życie ramię w ramię z porucznikiem Bishopem i policyjną sekretarką przeciwko armii zmobilizowanej przez Rolling Thunder, chcącej dopaść starszego osobnika, który godzinę wcześniej wpadł na posterunek nie potrafiąc wykrztusić ani słowa i będzie przebywał w szoku aż do końca filmu!

Atak na posterunek 13 to obok słynnych horrorów Halloween i Coś najsłynniejsze dzieło Carpentera, które stało się inspiracją dla wielu innych filmów gatunkowych. Najsłynniejszym z nich pozostaje oczywiście kultowy dla dzieci lat ‘90 Od zmierzchu do świtu w reżyserii Roberta Rodrigueza, ze scenariuszem Quentina Tarantino. Warto dodać, że oryginalny tytuł filmu brzmiał The Siege (Oblężenie), ale został zmieniony na Atak na posterunek 13 przez amerykańskiego dystrybutora, który stwierdził, ze w ten sposob lepiej go sprzeda. Posterunek był również jednym z pierwszych akcyjniaków w historii, jako że w połowie lat ’70 gatunek ten był dopiero tworzony, ale łączy w sobie elementy kina gangsterskiego, dramatu policyjnego i thrillera. Wielki klasyk!

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Assault on Precinct 13 / The Siege / The End
Produkcja: USA, 1976
Dystrybucja w Polsce: TIM Film Studio
Ocena MGV: 4/5