Archiwa tagu: kino artystyczne

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

„Filmmaker”: wczesny dokument George’a Lucasa o Francisie Fordzie Coppoli

W 1968 Francis Ford Coppola oddał Warner Bros Tęczę Finiana, pierwszą wysokobudżetową produkcję w swojej karierze, z udziałem takich gwiazd Starego Hollywood, jak Fred Astaire czy Petula Clark. Reżyser był jednak skrajnie niezadowolony z efektu swojej pracy i wkrótce przystąpił do realizacji o wiele bardziej osobistego projektu, który nazwał Ludzie z deszczu.

Jak artysta wspomina w wywiadzie dla BBC: Byłem bardzo nieszczęśliwy w trakcie produkcji, ponieważ nie mogłem wybrać obsady, nie mogłem wybrać scenografa i nie mogłem zmontować filmu tak jak chciałem. Jednym z jasnych punktów produkcji był jednak chudy dzieciak, który był mniej więcej w moim wieku i który nazywał się George Lucas.

Zawiązaliśmy spisek w celu opuszczenia studia. Władowaliśmy nasze kamery na ciężarówkę i pojechaliśmy na drugi koniec kraju, by wyreżyserować film bardziej osobisty, artystyczny. Dałem sobie więc spokój z robieniem czegoś w stylu Tęczy Finiana i zacząłem realizację Ludzi z deszczu razem z Georgem.

Film, zrealizowany na podstawie szybkiego scenariusza FFC, oscyluje wokół nieszczęśliwej kury domowej, Natalie Ravenny, która rzuca wszystko i rusza w drogę po tym, jak dowiaduje się, że jest w ciąży (co dało krytykom podstawę do porównywania go do Easy Ridera).

W obsadzie znaleźli się: James Caan jako Jimmy Kilgannon (Zabójca), Shirley Knight jako Natalie Ravenna, Robert Duvall jako Gordon, Marya Zimmet jako Rosalie oraz Tom Aldredge jako pan Alfred.

Towarzyszący Francisowi na planie George Lucas nie miał w tym czasie żadnego doświadczenia z filmami długometrażowymi, ale miał pomysł na film dokumentalny w stylu vérité o kulisach Ludzi z deszczu, który zostałby nakręcony na kamerze 16 mm.

Rezultat pt. Filmmaker: A diary by George Lucas, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących dokumentów na temat procesu twórczego FFC. Widzimy w nim artystę użerajacego się z Warner Bros przez telefon, rzucającego słynnym tekstem: System zawali się pod swoim własnym ciężarem! Nie może mu się nie udać!, czy krzyczącego na głos o Shirley Knight: Nie mogę jej rozpieszczać, to byłoby dla niej destruktywne!

Obserwujemy też Jamesa Caana walczącego z grypą żołądkową, próbującego grać pomimo choroby i kumulację twórczego chaosu, tak wielbionego przez Coppolę.

Ten rok później miał założyć American Zoetrope – legendarną wytwórnię, która sfinansowała w 1971 kultowy dzisiaj debiut Lucasa: THX 1138, a osiem lat później także Czas apokalipsy. Lucas scenariusz do swojego pierwszego filmu długometrażowego napisał zresztą kręcąc właśnie ten dokument.

Conradino Beb

Alejandro Jodorowsky zostanie nagrodzony za całokształt twórczości na Festiwalu w Locarno

Alejandro Jodorowsky, kultowy filmowiec, którego Kret i Święta góra w dużym stopnia zdefiniowały odlotowe kino autorskie lat ’70, zostanie nagrodzony Pardo d’onore na Festiwalu Filmowym w Locarno, słynnym z promowania filmów skrajnie artystycznych.

Alejandro Jodorowsky jest bez wątpienia znany najbardziej ze swoich surrealistycznych filmów, ale 87-letni Chilijczyk żydowskiego pochodzenia to także pisarz, scenarzysta komiksów, poeta, mim, lalkarz, tarocista i psychoterapeuta.

W ostatnich latach Jodorowsky zaliczył comeback dzięki Tańcowi rzeczywistości, który został wyświetlony w Cannes w 2013 i otrzymał wiele pozytywnych recenzji. Artysta nakręcił w 2015 sequel Endless Poetry, który ponownie miał swoją premierę w Cannes.

Dyrektor Artystyczny Festiwalu w Locarno, Carlo Chatrian, nazwał Jodorowsky’ego „artystą, którego praca przekracza granice filmu i w tradycji awangardy nie rozdziela życia od tworzenia sztuki”. Nagrodę za całokształt twórczości odbierze on 12 sierpnia, w przedostatnim dniu szwajcarskiego festiwalu.

Wcześniej tę samą nagrodę w Locarno odebrali: Samuel Fuller, Jean-Luc Godard, Ken Loach, Sidney Pollack, Abbas Kiarostami, William Friedkin, Jia Zhang-ke, Werner Herzog, Agnes Warda, Michael Cimino oraz Marco Bellocchio.

Źródło: Variety

„Brothers”, rzadki szort Roberta Eggersa, teraz dostępny online!

Robert Eggers jest być może najważniejszym debiutantem ostatniej dekady, ale zanim artysta podjął się wyreżyserowania The Witch, nakręcił kilka szortów, wśród których prym wiedzie Brothers (2014).

Tematem pozostaje tu rodzina. Starszy brat znęca się nad młodszym, ale ostatecznie dostaje za swoje, a wszystko w mrocznej atmosferze pogańskich lasów pełnych zwierza, ewokujących atmosferę pierwotnego strachu.

Film możecie obejrzeć za darmo online dzięki uprzejmości Le Cinema Club.

Darling (2015)

darling_2015_poster
Nieznanej młodej kobiecie (Lauren Ashley Carter) zostaje powierzony pod opiekę stary, opustoszały apartament w jednej z kamienic Nowego Jorku. Dziewczyna słyszy od właścicielki niepokojące historie które przytrafiły się jej poprzedniczce, ale zapewniana jest przez nią, że jej nic złego się nie stanie. Jednak gdy tylko klamka zapadnie, w domu zaczynają się dziać coraz to dziwniejsze rzeczy.

Mający swoją premierę na zeszłorocznym Fantastic Fest, film Mickeya Keatinga idealnie wpisuje się w nową falę kina artystyczno-gatunkowego. Można go porównać do młodszej o rok Dziewczyny, która wraca nocą sama do domu, bo i w tym, i w tamtym przypadku twórca postawił na hipnotyczny horror, nakręcony w mocno kontrastującej czerni i bieli.

Keating, podobnie jak Amirpour, stara się uchwycić samotność i wycofanie, w tym przypadku wyalienowanej bohaterki, przytłoczonej przez mury wielkiego miasta. Jednak inspiracji szuka zupełnie gdzie indzie – Darling czerpie pełnymi garściami z dorobku Romana Polańskiego (lub wręcz reżyser swój film na niego stylizuje), szczególnie Wstrętu oraz Dziecka Rosemary.

Fabularnie, jego scenariusz stawia na minimalizm. Nie mamy więc żadnego backgroundu postaci, historia posępnego domostwa jest dość enigmatyczna, a wiele rzeczy musimy sobie po prostu sami dopowiedzieć.

Młoda dziewczyna skutecznie opiera się grasującym w mieszkaniu siłom, ale w końcu staje przed wyborem, którego dokonała poprzednia dozorczyni… pęka i od tego momentu film staje się nieco przewidywalnym, choć wciąż hipnotyzującym horrorem okultystycznym.

Produkcja daje nam klucz, ale drzwi przez które przejdziemy wybieramy sami, choć twórcy pchają nas raczej w stronę tych najbardziej odlotowo pomalowanych. Bo Darling to przede wszystkim styl, obraz i dźwięk, choć dla wychowanych w dobie wszechobecnych jumpscare’ów może być to po prostu podróż w objęcia snu.

Za zdjęcia odpowiada stały współpracownik reżysera, Mac Fisken. Jego kamera raz wlecze się powoli przez pełne przepychu korytarze nowojorskiego apartamentu, by w kolejnej scenie zaserwować nam serię makabrycznych, sekundowych obrazów. Długie ujęcia kontrastują tutaj z szarpanym montażem w rytm kakofonicznych zgrzytów. I choć sama muzyka jest w zasadzie nieobecna, sprawne ucho wychwyci nawiązujący do klasyki włoskiego horroru, mrożący krew w żyłach ambient.

Film trudno polecić komukolwiek oprócz fanów kina eksperymentalnego, bo trwająca zaledwie 78 minut produkcja nie poraża fabularną głębią czy wyjątkową narracją. To bardziej autorska wizja tego, jak powinien wyglądać horror i albo tę kreację kupicie, albo nie. Mi osobiście film Keatinga się podobał – jest czymś, czego wciąż brakuje we współczesnym kinie grozy.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Darling
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Przekraczając gatunek, czyli wokół „The Witch” i innych hybryd filmowych

Jak powiedział kiedyś w wywiadzie dla brytyjskiego magazynu Time Out William Friedkin: Rozumiem, że ludzie uważają Egzorcystę za horror. Totalnie to kumam. Nie musisz się o nic martwić, bo to tylko horror. Ale sądzę, że porusza on znacznie głębsze problemy, niż robi to przeciętny horror. Jeśli mam być z tobą szczery, ani Bill Blatty (mój scenarzysta), ani ja, nie planowaliśmy robienia żadnego horroru. Nie przyszło nam to nawet na myśl.

Hybrydy filmowe w perspektywie historycznej

Powyższa wypowiedź Friedkina pozostaje znacząca nie tylko w kontekście interpretacji jego najsłynniejszego dzieła, ale daje nam również klucz do zrozumienia dość świeżego fenomenu tzw. artystycznego kina gatunkowego, które określane również przez krytyków „artystycznym kinem akcji” bądź „hybrydą artyzmu i gatunku”, bądź „nową falą gatunkową”, reprezentuje zatarcie granic pomiędzy tradycyjnymi gatunkami takimi jak: horror, thriller, kino gangsterskie, science-fiction czy film akcji, a wizjami stricte autorskimi.

To wprawdzie duża zmiana na poziomie konceptualnym i marketingowym, ale oparta na solidnych precedensach, które możemy namierzyć u samego zarania kina. Faktycznie, jeden z kamieni milowych kinematografii, Podróż na Księżyc Georgesa Méliès, jest określany przez współczesnych krytyków zarówno jako film science-fiction oraz film eksperymentalny, bo ani pojęcie gatunku, ani pojęcie sztuki filmowej w 1902 roku nie były jeszcze znane – nie istniały więc standardy produkcji, do których stosować miał się twórca.

W retrospekcji to także Méliès miał wyreżyserować w 1896 pierwszy horror wszech czasów, znany jako Rezydencja diabła (Le Manoir du diable aka. The Haunted Castle aka. The Devil’s Castle), po którym przyszedł czas na japońskie Bake Jizo oraz Shinin no Sosei w 1898. Do innych pionierów gatunku zalicza się też Frankensteina (J. Searle Dawley, 1910), a w dalszej kolejności cztery dzieła niemieckiego ekspresjonizmu: Golema (Paul Wegener, 1920), Gabinet Dr. Caligari (Robert Wiene, 1920), Nosferatu (F. W. Murnau, 1922) i Człowieka, który się śmieje (Paul Leni, 1928).

MurnauNosferatuSchreck
„Nosferatu” / F. W. Murnau, 1922

Samo słowo horror pojawiło się jednak po raz pierwszy w dyskursie filmowym dopiero w 1931, kiedy wytwórnia Universal Pictures wypuściła Draculę z Belą Lugosim (po sukcesie sztuki teatralnej o tym samym tytule) i Frankensteina z Borisem Karloffem, używając go w kampanii promocyjnej.

Znaczący jest oczywiście fakt, iż dobrze znana szufladka literacka (horrory popularne już były w Europie w XVIII wieku), została przeniesiona na ekran przez przemysł filmowy z pragmatycznych powodów i nie była pochodną żadnej idei intelektualno-filozoficznej.

Geneza horroru, jak więc widzimy, związana jest przede wszystkim z marketingiem, a nie z krytyką filmową, która była przed drugą wojną światową w powijakach, chociaż już w 1908 pierwszą rubrykę filmową zaczął prowadzić na łamach amerykańskiego dziennika The New York Dramatic Mirror niejaki Frank E. Wood, a w 1912 dla brytyjskiego dziennika London Evening News recenzować filmy zaczął niejaki WG Faulkner.

Także Polacy nie byli z tyłu, gdyż w 1913 swój pierwszy artykuł na temat kina, zatytułowany nomen omen Śmierć kina, opublikował literat i poeta Karol Irzykowski. W 1924 wydał on również pionierską książkę Dziesiąta muza, w której przedstawił filozoficzną tezę, że „kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią”.

Ale mimo działalności Irzykowskiego na polu krytyki literackiej za znacznie ważniejszego na rodzimym podwórku uznaje się Antoniego Słonimskiego, którego inauguracyjny felieton pt. Kinematograf, ukazał się w październiku 1922 roku na łamach Kuriera Polskiego. To Słonimski jako pierwszy intelektualista w Polsce zaczął także interpretować kino nie tylko jako rozrywkę, ale przede wszystkim jako zjawisko kulturowe.

bela_lugosi_dracula_sztuka_teatralna
Plakat z występu Beli Lugosiego w Vista Theatre / 8.12.1947

To nie zmienia jednak faktu, że horror, thriller i kino gangsterskie były w dwudziestoleciu międzywojennym traktowane jako formy wyłącznie rozrywkowe, służące zabawianiu publiczności i zarabianiu pieniędzy, szczególnie od momentu, kiedy amerykański przemysł filmowy zaczął je traktować jako masowy produkt i wynalazł powtarzalną „formułę” – słowo kluczowe dla zrozumienia, czym w ogóle jest gatunek filmowy, jak pisze w The Shifting Definitions of Genre: Essays on Labeling Films, Television Shows and Media Marc Jancovich.

W ramach formuły przemysł filmowy kopiował skuteczne rozwiązania z filmów, które osiągały sukces kasowy i powielał je w kolejnych, aż do całkowitego wyczerpania danego tematu, co prowadziło do szukania nowego i powtarzania całego cyklu od początku.

Warto przy tym dodać, że tzw. system studyjny nie pozwalał w tym okresie ani aktorom, ani reżyserom, ani scenarzystom, na zajmowanie kreatywnych czy artystycznych postaw – wszyscy oni byli jedynie najemnikami przy kolektywnym projekcie, a do tego na długich kontraktach, co miało się sypnąć na dobre w latach ’60 i zainicjować Nowe Hollywood.

Z tego zresztą powodu klasyczne horrory nawet dziś rzadko bywają przez krytyków analizowane pod kątem treści artystycznych, które zgodnie z podstarzałą, ale bardzo w swoim czasie modną „teorią autora”, zapoczątkowaną przez francuski magazyn Cahiers du Cinéma we wczesnych latach ’50, są oznaką kina ambitnego. To musi zaś posiadać indywidualne piętno, którego znakiem rozpoznawczym jest często własnoręcznie napisany przez reżysera scenariusz, ale absolutną podstawą zaangażowanie duchowe we własne dzieło.

Zgodnie z tą teorią dzieło autorskie nie może być w żadnym wypadku częścią masowego systemu produkcji i dystrybucji, w ramach którego Hollywood wypluwa kolejne filmy gatunkowe. Może ono powstać jedynie poza nim… czy może jednak nie? Na styku teorii i praktyki filmowej w latach ’50 pojawiają się pierwsze problemy, które dręczą wielu filmoznawców po dziś dzień. Czy przykładowo Psychoza Hitchcocka, wyprodukowana w 1960 przez Paramount, a więc duże studio, jest produktem masowym czy dziełem sztuki?

pyscho_hitchcock
Scena z „Psychozy” Hitchcocka

A sprawa nie jest oczywista, bo z jednej strony mamy tu mały budżet (jak na film studyjny) i dużą kontrolę reżysera nad filmowany materiałem, a z drugiej strony pełną wytrychów, prawie że eksploatacyjną, kampanię reklamową, nakierowaną na masowego widza. Z jednej strony mamy veto studia (Hitchcock sam sfinansował swój film) i kontrowersje ratingowe, a z drugiej ostateczny sukces finansowy na całym świecie i masową popularność.

Z jednej strony mamy szok, grozę i mroki ludzkiej jaźni, a więc standardowe chwyty dla klasycznego thrillera, a z drugiej eksperymentalną kinematografię z bardzo nowatorskim jak na swoje czasy montażem i niejasne zakończenie bez żadnego przesłania moralnego. Czym jest więc ostatecznie Psychoza, filmem gatunkowym czy autorskim?

Kinomani piszący dla Cahiers du Cinéma nie mieli oczywiście wątpliwości, Psychoza była filmem autorskim, jak nie miał też wątpliwości amerykański krytyk Andrew Sarris, który na łamach Village Voice nazwał Hitchcocka po premierze „najodważniejszym filmowcem awangardowym w Ameryce”… co nie zmienia faktu, że dzisiaj Psychoza jest traktowana przez fanów kina jako klasyka thrillera/horroru z podkreślanym do znudzenia zdaniem „jak zmieniła gatunek”, a więc najrozsądniej byłoby ją nazwać filmem hybrydowym.

alfred_hitchcock_cahiers_du_cinema
Alfred Hitchcock na okładce „Cahiers du Cinéma”

Z perspektywy historycznej przełomowe dzieło mistrza suspensu nie było jednak pierwsze w hybrydowym świecie. Do najwcześniejszych z nich należą film edukacyjny, paradokument i horror w jednym, Czarownice (1922) Benjamina Christensena, a także Vampyr (1932), mało znany horror ekspresjonistyczny, operujący głównie sugestią i światłocieniem, wyreżyserowany przez legendarnego filmowca duńskiego, Carla Theodora Dreyera, który do historii kina przeszedł swoim niemym dziełem Męczeństwo Joanny D’Arc (1928), zrealizowanym we Francji… który nieprzypadkowo pozostaje jednym z ulubionych filmów Roberta Eggersa, twórcy The Witch, a także Larsa von Triera, twórcy Antychrysta.

Kultowe „horrory”, a teoria aktora-sieci

Jak mówi Eggers w wywiadzie dla RogerEbert.com: Carl Theodor Dreyer jest dla mnie gigantem. Lubię ten cały kanon artystyczny. Oprócz tego reżyser przypomina przy każdej okazji o swojej miłości do Ingmara Bergmana i Stanleya Kubricka, ale nie zapomina nazwać w tym samym wywiadzie kreacji ze Lśnienia „gównianymi”, „przesadzonymi” i „nieprawdziwymi”.

Dość ciekawe stanowisko człowieka, który miałby być nową nadzieją horroru, a w innym wywiadzie dodaje: Zawsze przyciągały mnie rzeczy mroczne i nieziemskie, ale horrory były dla mnie za dzieciaka wiecznie zbyt straszne.

Faktycznie, Eggers nie darzy horrorów jakimś szczególnie ciepłym uczuciem, a pracę przy The Witch określa nawet jako „daleką od widma wpadnięcia w pułapkę horroru”, co prowadzi nas do jedynego, choć być może kontrowersyjnego wniosku: jego debiut nie jest horrorem, tak jak nie jest nim Egzorcysta Friedkina, Opętanie Żuławskiego, Lśnienie Kubricka, czy żeby nie sięgać daleko ostatni film Jarmuscha: Tylko kochankowie przeżyją.

the-exorcist-1973-kadr
Słynna scena z „Egzorcysty” Williama Friedkina

Czy te dzieła zrealizowane zostały bowiem wg formuły horroru? Udowodnienie tego będzie bardzo ciężkie z wyżej wymienionego powodu. Pojęcie horroru w kinie nie jest dyskursywne (nie ma mocnej podstawy teoretycznej), ale marketingowo-ekonomiczne, tak więc nie można wobec niego zastosować logicznego wnioskowania, a tym bardziej dokonać semiotycznej analizy.

Horror w żadnym wypadku nie należy też do idei filozoficznych, a jako pojęcie filmowe jest zaledwie aktantem (to piękne słowo należy do teorii aktora-sieci, w skrócie ANT), który tworzy część sieci ekonomiczno-marketingowej, sieci odbiorców, sieci twórców, z wieloma silnymi aktorami (ponownie, w sensie przyjętym w ANT), z których każdy wywiera pewien wpływ na kształtowanie się idei horroru, ale także na ostateczny kształt fizycznego produktu w postaci DCP (Digital Cinema Package), krążka DVD czy Blu-ray, a wcześniej negatywu i odbitki filmowej, a ostatecznie także na ciągłą zmianę w pojmowaniu przyjętego znaczenia horroru jako gatunku, co odpowiada potrzebie ewolucji samego medium filmu.

To stwarza niestety problemy wielu fanom, którzy pod pojęciem horroru rozumieją zestaw pewnych klisz (nomen omen rozpropagowanych przez przemysł filmowy) i nierozumieniem, krytyką, a czasem nawet z oburzeniem czy wściekłością przyjmują filmy, które im się wymykają, ale wciąż są promowane i reklamowane jako horror, nie rozróżniając pomiędzy zabiegami producentów i dystrybutorów, a treścią tego co widzą na ekranie, do czego może dochodzić także frustracja finansowa, jako że za obejrzenie tego filmu przecież zapłacili.

To zamieszanie tłumaczy nam jednak całkiem sprawnie Bruno Latour, który pisze w Reassembling the Social: Nie ma bezpośredniego związku pomiędzy czymś realnym i niezaprzeczalnym, co można zastosować także do filmowego horroru, który jest zjawiskiem kulturowym (jako przedmiot zainteresowania i inspiracji), realnym (poprzez proces produkcji), a przy okazji zmysłowo-estetycznym (odbieramy go poprzez zmysł wzroku i słuchu) i finansowym, czyli jest idealnym zjawiskiem hybrydowym, jednak w żadnym wypadku nie jest zjawiskiem niezaprzeczalnym!

I faktycznie, bardzo surowe mapowanie kontrowersji horroru, czyli badanie sieci tworzącej horror i przez horror tworzonej (bo jako aktant horror swoją sieć dynamicznie podtrzymuje), ujawnia że wiele z największych osiągnięć gatunku nie było przez ich twórców określane jako horror, a zostały tak sklasyfikowane głównie na skutek zabiegów dystrybutorów i opinii krytyków, którzy rozpoznali w nich pewne elementy (nie zawsze te same), a następnie utrwalili swoje opinie w ramach książek i artykułów prasowych.

acta-mapping
Mapowanie kontrowersji na przykładzie sprawy ACTA

Nie zmienia to jednak faktu, że Kubrick nigdy nie stawiał w Lśnieniu na nadnaturalne przyczyny wydarzeń, używając ich jedynie jako rodzaju fałszywej sugestii, co wyjaśnił następująco w wywiadzie z 1980: Stephen Crane napisał historię pt. The Blue Hotel. Czytając ją dowiadujesz się szybko, że głównym charakterem jest paranoik. Bierze on udział w grze w pokera, decyduje że ktoś go oszukuje, rzuca oskarżenie, wszczyna walkę i zostaje zabity.

Sądzisz, że przesłaniem tej opowieści jest nieuchronność śmierci pokerzysty, który ostatecznie traci życie w fatalnym pojedynku rewolwerowym. Ale na końcu dowiadujesz się, że człowiek oskarżony o oszukiwanie naprawdę go oszukiwał. Sądzę, że Lśnienie używa podobnego rodzaju fałszywej sugestii psychologicznej w celu uprzedzenia wniosku, że paranormalne wydarzenia naprawdę mają miejsce.

Oczywiście, Lśnienie zostało oparte na książce-horrorze Stephena Kinga, który jednak z miejsca znienawidził scenariusz Kubricka napisany wspólnie z pisarką Diane Johnson głównie za to, że odarł on książkę z najbardziej wyrazistych elementów horroru, a aktorom kazał grać w sposób niezwykle nienaturalny, przez co jego film bywa przez część filmoznawców traktowany jako parodia gatunku (sic!), a więc w istocie jego przekroczenie. Stephen King pozostaje w tym kontekście rozdrażnionym fanem horroru, a wielu innych miłośników filmu pozostaje ślepych na wątki, które w żaden sposób nie nawiązują do gatunku, widząc tylko to co chcą widzieć!

shining_kubrick_kadr
Scena ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka

Na granicy gatunku/nie-gatunku z czasem pojawiło się jednak pojęcie artystycznego kina gatunkowego (wyśledzone przeze mnie jako precedens w recenzji Matrixa z 1999 roku), które nie reprezentuje gatunku przez to, że jest artystyczne i nie reprezentuje sztuki przez to, że jest gatunkowe, ale jako hybryda reprezentuje obydwa, czego idealnym przykładem są współczesne filmy takie jak: The Witch, Drive, Sicario, Pole w Anglii, Wolny strzelec czy Berberian Studio Sound, zrealizowane przez filmowców, którzy obejrzeli tyle samo filmów autorskich, co i filmów eksploatacji, ale już używane w retrospekcji do zdefiniowania bardzo dużej liczby filmów takich jak Lśnienie, a nawet Siedmiu samurajów.

Ale wprowadźmy na wokandę sprawę The Witch, która ma tę zaletę, że jest wciąż świeża, co pozwala na sprawne mapowanie kontrowersji. Oto Jason Coffman pisze na łamach Medium, że wiele z fanów horroru nie polubiło ani trochę Babadooka, Coś za mną chodzi i The Witch, stawiając tezę: Ci widzowie mieli wrażenie, że filmy te miały za dużo hajpu i że nie dostarczyły wcale treści, które obiecywała publiczność oglądająca je w obiegu festiwalowym.

Idąc dalej, niektórzy z niezadowolonych twierdzili nawet, że filmy te nie są wcale horrorami, że są „nudne”, „niestraszne” i że „prawdziwi fani horroru” przejrzą tę całą maskaradę na wylot i tylko dyletanci czy „pozerzy” mogą je w ogóle podziwiać. Bez zaskoczenia jest przy tym, że The Witch spotkał się z takimi samymi reakcjami wielu widzów.

Głosy te są jednak zaledwie kontynuacją dyskusji, która toczy się w środowisku kinomanów od wielu lat, co wynika ponownie z tego, że horror nie posiada żadnej definicji, a więc nie można go umieścić w granicach pewnego pola, w zamkniętej sieci. Faktycznie, wymienione przez Coffmana filmy są najczęściej określane mianem hybrydy (lub meta filmu), co oznacza że funkcjonują w ramach otwartej, żywej sieci i ze względu na aktywność można by je było określić aktorami w sensie przyjętym w ANT.

Żeby wytłumaczyć szybko to pojęcie, można ponownie przytoczyć słowa Latoura, który pisze: Aktor w zespolonej, charakteryzowanej przez ekspresję teorii aktora-sieci, nie jest źródłem akcji, ale ruchomym celem szerokiej gamy jednostek rojących się wokół. Przykładowo, The Witch jest celem zarówno widzów, krytyków, samego twórcy, dystrybutorów, plakacistów, grafików komputerowych i wielu innych jednostek, które mają ten film na celowniku, czyli krążą blisko wokół niego z różnych powodów, które także można wymapować (na co tutaj nie ma jednak miejsca). Czy taka (tu wyłożona w dużym uproszczeniu) sieć może funkcjonować bez kontrowersji? Jest to w zasadzie niemożliwe.

The-Witch-2015
Scena z „The Witch”

Uchwycenie tej sieci komplikuje przede wszystkim dynamiczna wymiana informacji w Internecie, która w dużej mierze zdominowała dość mechaniczną w przeszłości dystrybucję hierarchiczną, związaną z mediami papierowymi, radiem i telewizją – dzisiaj uznawanymi za tradycyjne ośrodki kreowania opinii na ich temat.

W efekcie, dzisiaj mamy do czynienia z tym, co Mark Pesce wiele już lat temu nazwał hiper dystrybucją, czyli dystrybucją informacji opartą o wymianę poziomą, która ma znacznie więcej punktów wejścia/wyjścia i sposobów rozprzestrzeniania informacji takich jak media społecznościowe, fora, blogi i magazyny filmowe.

Sztuka to przemoc, gatunek to tożsamość

Jednym z efektów tej dynamicznej wymiany informacji, a także wzrostu jej natychmiastowej dostępności, jest nieustanne ścieranie się różnych interpretacji zjawisk kulturowych, definicji, recepcji, punktów widzenia etc., wśród których pojęcia filmowe tj. nazwy gatunków zajmują dziś ważne miejsce, gdyż pozostają w dużej mierze składnikami naszej tożsamości.

W dużym uproszczeniu mamy dzisiaj sytuację, w której określenia takie jak „fan horroru”, „fan filmów gangsterskich” lub „fan giallo” nie są tylko pojęciami filmowymi, ale stały się również pojęciami wybitnie tożsamościowymi (a więc otwartymi dla badań antropologicznych), z czym łączy się walka o zachowanie tej tożsamości, łączenie się w grupy, tworzenie przymierzy i rozwijanie samoświadomości.

Centralne miejsce w tej dynamicznej sieci (w sensie ANT) zajmuje zaś opozycja fanów wobec krytyków lub też publiczności festiwalowej wobec publiczności masowego obiegu, czy też fanów kina gatunkowego wobec fanów kina artystycznego, która bardzo często zamienia się w werbalną wojnę i wcale niekoniecznie na argumenty!

basic_controversy_mapping
Podstawowy schemat mapowania kontrowersji

Na poziomie informacyjno-ekonomicznym widzimy z jednej strony potrzebę klasyfikacji gatunkowej, związaną z tworzeniem homogenicznych form znaczeniowych takich jak listy najlepszych horrorów (lub thrillerów, lub filmów wojennych, lub filmów science-fiction), które apelują do określonej grupy odbiorczej, ale z drugiej widzimy tej klasyfikacji ograniczenia, które wyrażone zostają przez krytyczne komentarze sceptyków. Innymi słowy, mamy do czynienia z dynamiczną siecią, której aktorzy na bieżąco tworzą kontrowersje, tak więc żaden statyczny model interpretacyjny nie wchodzi dłużej w grę.

To wynika przynajmniej częściowo z dynamiki medium filmu, a więc z interakcji reżyserów, dziennikarzy, widzów i producentów z filmem, z pewnej można by rzecz polifonii, która nie posiada jednak centrum tak jak powiedzmy posiada ją kwadratowy pokój, przestrzeń fizycznie statyczna, choć emocjonalnie już nie, ale która może zostać przynajmniej zdefiniowana geometrycznie (ma takie, a nie inne wymiary) czy estetycznie (ma taki, a nie inny kolor).

Ta dynamika nie może być jednak interpretowana abstrakcyjnie jako „sieć niewidzialnych więzów symbolicznych” czy „zestaw determinant kulturowych”, rozprzestrzeniających się w ramach równie niewidzialnego „systemu społecznego”, gdyż jesteśmy w stanie przebadać kształt sieci tworzonych przez film dzięki ich aktorom (konkretnym dziełom filmowym, reżyserom, producentom, krytykom, książkom) i aktantom (akcjom, mediom i związkom, które kreują aktorzy).

A jesteśmy tego w stanie dokonać dlatego iż film, w przeciwieństwie do przestrzeni statycznych, jest przestrzenią hybrydową, która łączy ekonomię, psychologię, emocje, estetykę, strategie polityczne, historię, technologię, sztukę, organizację pracy, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste. Do tego dochodzą zaś zabiegi interpretacyjne tj. ciągłe podważanie przyjętych założeń zarówno przez twórców filmowych, co i publiczność, które także byłyby aktantami.

reservoir_dogs_scene
Scena z „Wściekłych psów” Quentina Tarantino

W taki właśnie sposób ewoluują ramy gatunków filmowych, a razem z nim samo pojęcie gatunku. Przykładowo, w 1992 publiczność na Festiwalu w Sundance obejrzała film, który miał zmienić historię kina niezależnego. Filmem tym były Wściekłe psy Quentina Tarantino, który przyjęty został ze świętym oburzeniem i skrytykowany za „bycie społecznie nieodpowiedzialnym”, jak pisze Peter Biskind w Down and Dirty Pictures. Problemem dla publiczności były agresja i brutalność, bo ludzie w filmach niezależnych umierali do tej pory niezmiernie rzadko, a jak już to na AIDS przy melancholijnej muzyce.

Jednak 21 lat później Nicolas Winding Refn, w tym punkcie uznany już filmowiec, wyznał w wywiadzie dla RogerEbert.com: Hmm, użycie przemocy jest… wydaje mi się, że sztuka jest aktem przemocy w pewien sposób. To emocjonalny wylew i naprawdę nie wiem… sądzę, że przemoc w kinie jest potrzebnym fetyszem. Emocjonalnie, nasza ekspresja artystyczna składa się z seksu i przemocy. Wszystko sprowadza się do tych dwóch prostych emocji, które posiadamy. Ale podczas gdy erotyka i seksualność nie są fantazjami, ponieważ większość z nas je uprawia, przemoc pozostaje fetyszem, fantazją. Przemoc posiada swoją seksualność, którą uważam za bardzo narkotyczną. I to mnie jak sądzę nakręca.

Wypowiedź NWR oprócz bezpośredniego powiązania seksu i przemocy zdradza tajniki przemiany, do jakiej doszło w kinie w ostatnich latach za sprawą twórców takich jak on sam, którzy dorastając na filmach niskobudżetowych, ale doceniając także uroki kanonu artystycznego, w swojej twórczości od początku dawali ujście fascynacji obydwoma, tylko formalnie nie mającymi ze sobą związku, gałęziami kina.

nicolas_winding_refn_valhalla_rising
NWR na planie „Valhalla Rising”

Te w praktyce, jak w przypadku Hitchcocka, zawsze były podatne na hybrydyzację. Kino autorskie zasilane było bowiem od dawna inspiracjami gatunkowymi w stopniu, którego krytycy nigdy nie chcieli przyznać, gdyż to obnażyłoby słabość, a nawet absurdalność hołubionych teorii filmowych, rozpowszechnianych przede wszystkim w ramach festiwali filmowych, które od lat ’80 wykreowały powoli zjawisko tzw. kina festiwalowego, traktowanego przez bardziej liberalnych krytyków jako synonim współczesnego kina artystycznego, a które było odpowiedzią na szybko się popularyzujące (zarówno dzięki kasetom VHS, co i telewizji kablowej) kino akcji, będące tak naprawdę zreformowaną wersją kina eksploatacji, które dystrybuowane było od lat ’40 w drive-inach i grindhouse’ach w formie pakietów znanych jako double features.

Kino to miało się zaś znakomicie do późnych lat ’70, kiedy wielkie wytwórnie zupełnie przypadkowo rzuciły na rynek trzy filmy: Rocky, Gwiezdne wojny i Szczęki, które przyniosły wcześniej niewyobrażalne wpływy i na skutek tego całkowicie zmieniły strategię finansowania nowych produkcji w Hollywood.

W trakcie tego procesu wielkie wytwórnie ostatecznie przejęły rynek dotychczas zagospodarowany przez eksploatatorów takich jak New World Pictures pod wodzą Rogera Cormana, który stwierdził zresztą w American Grindhouse, że jak tylko zobaczył Szczęki, natychmiast wiedział że ma nowy problem, z którym nie jest w stanie konkurować finansowo.

Co jednak ciekawe, to że właśnie papież kina niskobudżetowego w latach ’70 upowszechnił w Stanach Zjednoczonych filmy Kurosawy, Bergmana i Felliniego, a więc wzorcowe dzieła autorskie, a spod jego skrzydeł wyszła grupa legendarnych nazwisk, która zapoczątkowała tzw. Nowe Hollywood, z których praktycznie wszyscy jako swoje debiuty nakręcili filmy w konwencji eksploatacji lub thrillera/horroru, a w swoich najsłynniejszych dziełach autorskich nieustannie prezentowali odniesienia do brutalnego kina gatunkowego, zarówno pośrednie jak i bezpośrednie.

roger_Corman_silence_of_the_lambs_kadr
Roger Corman w „Milczeniu owiec”

Dlaczego więc dalej upieramy się przy opozycji gatunek-sztuka, kino rozrywkowe-kino ambitne, filmy z przesłaniem-filmy bez przesłania? Nasze mini mapowanie kontrowersji związanej z horrorem pokazuje, że głównym powodem takiego stanu rzeczy są motywy ekonomiczne i tożsamościowe, które kreują sieć wzajemnych wpływów, działających na zasadzie feedbacku, a aktorzy którzy zmieniają jej kształt są często przyjmowani z rezerwą, niechęcią, a nawet otwartą krytyką.

W tym samym czasie horror pozostaje jednak medium wysoce plastycznym (aktantem), które z braku rdzennej definicji może być definiowane na wiele możliwych sposobów i z łatwością może być zawłaszczane przez różnych aktorów, a także włączane do „konkurencyjnych” sieci w ramach autorskiej decyzji o przekroczeniu gatunku, ale także zwykłej akcji promocyjnej lub obydwóch naraz (czy innych akcji, zarówno o charakterze artystycznym co ekonomicznym).

Ponadto, forma ta jest podatna na manipulację, parodię, a nawet łączenie z innymi formami kinowej ekspresji, czyli wtórną hybrydyzację, która pomaga w jej dalszym rozprzestrzenianiu się zarówno kanałami kinowymi, ale także internetowymi, papierowymi i w bezpośrednim zetknięciu dwóch aktorów w ramach sieci lub w trakcie procesu jej rozszerzania.

Pojawienia się nowego aktora w formie medium, jak mamy to okazję obserwować w przypadku The Witch, daje więc faktycznie okazję do podważenia zasadności wielu przekonań, które w innym wypadku ograniczyłyby wzrost sieci lub nadały jej zbyt uporządkowany kształt w stosunku do faktycznych związków pomiędzy jej poszczególnymi aktorami i aktantami.

Pojęcie sztuki w tym przypadku, jak też kina autorskiego, nadaje więc horrorowi większej wiarygodności w oczach wyrobionej publiczności filmowej niezainteresowanej gatunkiem, choć obnaża słabość definicyjną samej szufladki, jednocześnie kreując kryzys tożsamości wśród jej wielbicieli niezainteresowanych transgresją gatunku.

Conradino Beb

Wyznania nastolatki (2015)

The-Diary-of-a-Teenage-Girl-2015-movie-poster

Wyznania nastolatki to film, który bardzo spodobał się zarówno kinomanom, krytykom, jak i dystrybutorom na zeszłorocznym Festiwalu Sundance, gdzie obwołano go „dziełem oryginalnym, intensywnym i przezabawnym”, co nie jest w tym wypadku przesadą.

Zrealizowany przez debiutantkę Marielle Heller na podstawie kontrowersyjnej powieści graficznej The Diary of a Teenage Girl: An Account in Words and Pictures autorstwa Phoebe Gloeckner, obraz łączy opowieść o budzącej się seksualności młodej Minnie z przypomnieniem narkotykowego ekscesu liberalnych lat ’70.

Z ciekawostek warto dodać, że główną inspiracją dla reżyserki było arcydzieło Hala Ashby’ego, Harold i Maude, którego kultowy impresjonizm można bez trudu odnaleźć w Wyznaniach nastolatki.

To również film retro, co przypomina mi o tym, że obecna dekada ma szansę przejść do historii kina jako eksplozja zainteresowania stylami przeszłości, pewnego rodzaju trend, w którym można odnaleźć tęsknotę za czasami, kiedy ludzie marzyli wciąż o lepszym jutrze, a kultura to odzwierciedlała.

A co może być lepsze od wyrażenia tej tęsknoty, niż osadzenie akcji w pozbawionym wszelkich trosk okresie, charakteryzowanym przez wyzwolenie z więzów religijnego konserwatyzmu, wolność seksualną (jeszcze bez widma AIDS wiszącego nad głową), czy tony marihuany, kokainy i LSD przewalające się przez USA w ilościach wcześniej niespotykanych.

Faktycznie, to w latach ’70 Amerykanie mogli się po raz pierwszy rozkoszować wolnością wywalczoną dekadę wcześniej, a imprezkę rozkręciło na dobre zakończenie Wojny w Wietnamie, które ostatecznie obaliło widmo poboru.

W tych czasach żyje właśnie bohaterka filmu, 15-letnia Minnie, której artystyczna dusza domaga się oprócz osobistego uznania przez jej idolkę, rysowniczkę komiksową Aline Kominsky (faktyczną żonę Roberta Crumba, której duch cały czas unosi się nad filmem), DUŻEJ ilości seksu i pierwszych doświadczeń z dragami.

Hormony robią swoje i wkrótce Minnie wskakuje do łóżka z chłopakiem swojej matki-rozwódki, Monroe, z którym traci dziewictwo i kontynuuje pierwszy w swoim życiu romans przez kilka miesięcy.

To, jak możemy się domyślać, pomysł dość ryzykowny, który będzie miał swoje poważne konsekwencje, jednak stanowiący oś akcji filmu i zapewniający widzowi obfitość absolutnie zabawnych momentów (dokładnie jak w kultowym komediodramacie Hala Ashby’ego).

Ale to nie wszystko, bo Minnie będzie również przeżywała przygody ze swoją przyjaciółką Kimmie, z którą m.in. będzie obciągać pały młodym chłopcom w toalecie, a także z „potrzaskaną duszą” Tabathą, która zapozna ją z erotycznymi właściwościami lude’ów (chemiczna nazwa: metakwalon) i marihuany, a także wprowadzi w świat lesbijskiego seksu.

Do silnych stron tego zachwycającego filmu należy również bardzo dobra obsada – Bel Powley jest fantastyczna jako Minnie, Alexander Skarsgård jako Monroe, a Kristen Wiig jako Charlotte (fruwająca na koksie matka naszej nastolatki) i nawet epizodyczna rola Christophera Meloniego jako Pascala, tradycjonalistycznego ojca Minnie, zasługuje na uwagę – która w połączeniu z osobistą narracją w pierwszej osobie, ładnym oświetleniem nadającym obrazowi pastelowych barw, naturalnym językiem i świetną muzyką kreują wysokiej klasy widowisko audiowizualne.

Wyznania nastolatki posiadają ponadto równe tempo, które jest bardzo komfortowe dla widza, ale reżyserka i tak raz na jakiś czas przyciska pedał gazu, wprowadzając pięknie zrealizowaną animację, która pokazuje bogactwo wyobraźni Minnie.

Przykładowo, w bardzo zręcznie wyreżyserowanej scenie tripu kwasowego Minnie dostaje skrzydeł i wzlatuje ponad łóżko, by zostać sprowadzona na ziemię przez swojego partnera, który przeżywa ciężki bad trip. Jedna z tych fenomenalnych scen, których jest tu naprawdę sporo, a które sprawiają, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem od początku do końca.

Oczywiście, duże znaczenie dla wymowy debiutu Heller ma również fakt, że to kobieta gra tu pierwsze skrzypce, gdyż portetów zbuntowanych nastolatków, szukających pierwszych doświadczeń seksualnych i imprezujących do pierwszego pawia, mamy w kinie na pęczki (zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do Dzieciaków, wciąż żywego dzieła Larry’ego Clarka)… kobieta, która nie waha się eksplorować swojej seksualności, nawet jeśli jej wybory posiadają wszystkie cechy wieku dorastania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Diary of a Teenage Girl
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP (United International Pictures)
Ocena MGV: 4/5

Denis Villeneuve: Od artystycznego rekluza do wybrańca Hollywood

Jeszcze dwa lata temu, poza najbardziej zapalonymi kinomanami, nikt nie miał pojęcia kim jest Denis Villeneuve. Mimo że kanadyjski artysta zadebiutował w 1998 francuskojęzycznym dramatem 32. sierpnia na Ziemi, do masowej świadomości przebił się dopiero zeszłorocznym Sicario, swoim pierwszym wysokobudżetowym filmem, który został nominowany do Oscara w trzech kategoriach i zjednał mu sympatię Hollywood.

Villeneuve przeszedł długą drogę od kręcenia niezależnych filmów w kanadyjskim Québecu do współpracy z Ridleyem Scottem przy drugiej części Łowcy androidów.

Jak twierdzi 47-letni reżyser, zupełnie niespodziewanie: Po pierwsze, nie planuję swojej kariery. Nie sądziłem, że będę robił filmy w Los Angeles. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Nie była to dla mnie żadna fantazja. Powtarzałem sobie, że jeśli się tam pojawię, to każą mi nakręcić Legalną blondynkę 5. Wolę robić swoje filmy w domu z małym budżetem, być wolny, by robić je tak jak mi się podoba. – wyznaje w wywiadzie dla The Independent.

I nie jest to bynajmniej kokietowanie garstki intelektualistów, bo jego wczesne filmy tj. Maelström (2000), którego bohaterką jest alkoholiczka z depresją, czy Politechnika (2009), oparta na prawdziwej historii strzelaniny w Montrealu, której ofiarą padło 28 osób, byłyby raczej ciężkie do sprzedania masowej widowni.

Ale potem przyszedł sukces Pogorzeliska (2010), które zostało nominowane do Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny i zwróciło na reżysera uwagę amerykańskiego przemysłu filmowego, jak i międzynarodowej krytyki.

Film opowiada historię dwójki bliźniaków, które testamentem swojej matki zmuszone zostają do podróży na Bliski Wschód, by odkryć jej zaskakującą przeszłość. Dzieło to jest nieco bardziej komercyjne od wcześniejszych obrazów Villeneuve’a, a ozdobione zostało nawet dwoma numerami Radiohead.

Film został pokazany na wszystkich najważniejszych festiwalach niezależnych w USA i Kanadzie, skąd strumieniem szerokiej dystrybucji popłynął w świat, co z kolei pozwoliło reżyserowi dokopać się do umieszczonego na czarnej liście scenariusza Aarona Guzikowskiego, traktującego o porwaniu dwójki dzieci w małym miasteczku w Pennsylvanii i pozyskać do współpracy nad jego ekranizacją znanego hollywoodzkiego dyrektora zdjęć, Rogera Deakinsa (Big Lebowski, Piękny umysł).

Labirynt miał swoją premierę w 2010 i stał się z miejsca beniaminkiem wielu krytyków, którzy umieścili go na swoich listach najlepszych filmów roku. Ze względu na wyjątkową brutalność ten mroczny thriller dostał rating R, co znaczy że jego oglądalność została ograniczona do widzów dorosłych, ale i tak okazał się hitem roku, czemu pomogła doskonała obsada z Jakiem Gyllenhaalem, Hugh Jackmanem, Paulem Dano i Marią Bello.

W Labiryncie Villeneuve objawił się jako mistrz thrillera w stylu Hitchcocka czy Polańskiego. Jego dzieło posiada suspense, mrok i ładunek emocjonalny, które stawiają go na równi z takimi klasykami kina o psychopatach jak Milczenie owiec.

To studium ludzkich zachowań sprowokowanych traumą i dziwnych dróg, jakie obiera sprawiedliwość, umiejętnie grające tajemnicą, a jednocześnie zadające pytania o źródło okrucieństwa, perwersji, nieszczęścia i ich związków z autorytetem czy pędem do władzy.

Udana kolaboracja reżysera z Gyllenhaalem na planie Labiryntu doprowadziła do kolejnej współpracy obydwóch przy Wrogu, jednym z najoryginalniejszych mystery thrillerów ostatniej dekady.

To film, który niezwykle wciąga widza dzięki bardzo oryginalnemu scenariuszowi, starannej reżyserii i odrealnionym zdjęciom Nicolasa Bolduca. Atmosfera snu stapia się tu z codzienną rzeczywistością, dając w efekcie teksturę pokrewną pierwotnemu, prawie że lovecraftowskiemu strachowi, co zbliża go bardzo do kina Davida Cronenberga.

Sukces Pogorzeliska i jego anglojęzycznych filmów ostatecznie doprowadził artystę do wyreżyserowania kasowego hitu Sicario ($84 mln wpływów) z Emily Blunt, Joshem Brolinem i Benicio Del Toro, do którego zdjęcia ponownie zapewnił Roger Deakins. Ten, myśląc o konkretnym stylu wizualnym, który pasowałby do historii, zaproponował reżyserowi posłużenie się bardzo specyficznym wzorcem, dziełami francuskiego mistrza kina gangsterskiego, Jean-Pierre’a Melville’a.

Film został dość dobrze przyjęty przez fanów i krytyków, choć nie wszyscy dają mu wysokie noty, ale nie ulega wątpliwości, że ma on bardzo dopieszczoną warstwę wizualną, a jego mocną stroną jest też stopniowanie przemocy poprzez odwołanie się do suspensu, a nie do akcji.

Mamy tu do czynienia z dwiema rzeczami. Po pierwsze, taki był scenariusz. Kiedy czytasz scenariusz, na końcu jesteś wykończony. Pamiętam, że kiedy oglądałem Siedmiu samurajów Kurosawy, były tam sceny, w których czekałem na przemoc. Ale nic się nie dzieje, wszystko jest spokojne.

Jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której samuraje czekają na przechodzących złodziei. Czekają, wiedzą że złodzieje nadchodzą, ale nic nie robią, tylko czekają. Przemoc wkrótce się pojawi. To uczucie czekania na nadchodzący moment było bardzo silne. Był to dla mnie wzór przy robieniu Sicario.

Presja czasu, rozciągnięcie go do tego stopnia, że tworzysz potrzebne napięcie. Rzecz, która bardzo mi się podoba, to że jak popatrzysz na ludzi oglądających Sicario z pewnego kąta, to widzisz jak przesuwają się na krawędź fotela, chociaż nic się nie dzieje! – wyjaśnia Villeneuve w wywiadzie dla Den of Geek.

Na chwilę obecną Villeneuve zakończył zdjęcia do swojego nowego filmu Story Of Your Life, thrillera science-fiction o lądowaniu obcych z Amy Adams i Jeremy Rennerem w rolach głównych, do którego zwiastun jest już gotowy, ale jeszcze nie został udostępniony publicznie.

Jego następnym projektem jest zaś sequel do Łowcy androidów z Harrisonem Fordem, Ryanem Goslingiem i Robin Wright, do którego scenariusz napisali Hampton Fancher oraz Michael Green. Reżyser twierdzi, że ma błogosławieństwo Ridleya Scotta, ale zrobi film całkowicie po swojemu.

Conradino Beb

Krótkometrażowy debiut Davida Bowiego wypływa po latach

The Image, krótkometrażowy horror sfilmowany w ciągu trzech dni przez partyzancką ekipę filmową pod reżyserską egidą Michaela Armstronga (Znak diabła, Dom długich cieni, Siła witalna), to pierwszy film, w którym wystąpił David Bowie. Pokazany światu został po latach przez The Wall Street Journal za pozwoleniem David Bowie Archive, które jest w posiadaniu oryginału.

The Image był wyświetlany krótko w 1967 na londyńskim Piccadilly Circus, po czym zasilił półki Border Film Productions, małej wytwórni która sfinansowała jego produkcję. Certyfikowany jako X (dzisiaj nikt by się nawet nie domyślił), zawierał kilka scen poetyckiej przemocy.

Głównym bohaterem tego szortu jest malarz, którego pewnej nocy nawiedza duch z obrazu, a którego ten uśmierca w desperackim akcie samoobrony.

Jak mówi Armstrong, Bowie był dla niego od początku idealnym kandydatem, na castingu wykonał zabawną personifikację Elvisa, a za swoją pracę dostał £30 (mniej więcej). W tym czasie piosenkarz miał 20 lat i właśnie wydał swój debiut dla Deram Records, który nie został jednak dobrze przyjęty przez publikę, więc musiał dorabiać na boku.

Reżyser określił na łamach WSJ The Image jako swój „film artystyczny” i przypomniał, że Bowie musiał przejść m.in. polewanie zimną wodą w środku listopada.

Źródło: The Wall Street Journal