Archiwa tagu: kino campowe

Dziedzictwo Szatana (1974)

Nakręcone w 1974 roku przez twórcę legendarnego Głębokiego gardła (1972), Gerarda Damiano, Dziedzictwo Szatana otwiera długa scena okultystycznego obrządku, w ramach którego bezimienna kapłanka wraz z liderem kultu, dr. Muldavo (John Francis), musi dokonać wyboru nowej Królowej (rytuał ma miejsce raz na 1000 lat). Obiektem ich zainteresowania jest młoda i piękna Maya (Lisa Christian), która zaniedbywana przez męża wydaje się podatna na wspomagane halucynogennymi środkami przejście na ciemną stronę.

Choć nie ma żadnych konkretnych dowodów, plotka głosi, że film początkowo został nakręcony w konwencji XXX, jednak zmontowano go tak, że wszystkie pikantne sceny poszły do kosza. Wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na renomę Damiano, ale dlatego iż cały film jest mocno pocięty i wybrakowany. To co się ostało przypomina dziwaczną retro-ekstazę, uderzającą w widza przejaskrawionymi kolorami i elektroniczną muzyką.

Niestety, ostatecznie dostajemy niebywale mdły straszak, w którym reżyser aspirując do bycia prawdziwym artystą stara się nam wcisnąć halucynogenną historyjkę z kultem w tle. Cały ten artystyczny mariaż sprawił, że na planie panował jeden wielki bałagan. W kontraście do mocnego światłocienia, uwydatniającego kolorową scenografię, stoją naprawdę okropne charakteryzacje opętanych i przypominające operę mydlaną przestoje między chwilami grozy.

A te można policzyć na palcach jednej ręki – sprowadzają się one głównie do majaków głównej bohaterki. Pozbawione gore czy seksualności nie szokują, a jedynie irytują kakofoniczną elektroniką w tle. Całość okraszona jest wyjątkowo źle napisanymi dialogami, których sztuki sprawnego tworzenia Damiano nie potrafi ogarnąć.

Jeśli jednak doszukiwać się w Dziedzictwie Szatana jakiś dobrych stron, byłaby to z pewnością strona wizualna. Operator zrobił naprawdę świetną robotę i przy ograniczonym budżecie nasycił film krwistymi kolorami i pustoszącym umysł widza oświetleniem. Na uwagę zasługuje psychodeliczna sekwencja w której biegnąca po ogrodzie Maya wpada w oniryczny wir niczym w Alicji w Krainie Czarów.

I to właśnie estetyka jest tym, czym film Damiano jest w stanie kogokolwiek zainteresować. Z dzisiejszej perspektywy jest to kino bardziej pocieszne niż straszące, bo jak inaczej patrzyć na wampira noszącego różową, obcisłą koszulkę z różą dopełnioną przez falującą fryzurę modną w latach 70-tych? Film nakręcono w tym samym roku co słynniejsze Głębokie gardło i naprawdę ciężko mi zrozumieć decyzję wycięcia erotycznych sekwencji, gdyż to one mogły być najciekawszym momentem tego rozczarowującego seansu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Legacy of Satan
Produkcja: USA, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 1,5/5

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Blair Witch (2016)

blair-witch-2016-poster

Adam Wingard (Gość, Następny jesteś ty) miał trudne zadanie, bo musiał odświeżyć film, którego siła drzemała w internetowej (wtedy nowatorskiej) kampanii reklamowej. Mało który film spolaryzował tak widownię, jak mający swoją premierę w 1999 roku The Blair With Project.

Ten nakręcony zaledwie za $60 tys. film Daniela Myricka i Eduarda Sancheza wprowadził na salony kina grozy świeży powiew found footage – fikcji udającej rzeczywisty film. Warto przy tym wspomnieć, że twórcy, kręcąc oryginalne BWP, inspirowali się mocno drugą połową niesłynnego Cannibal Holocaust (1980) w reżyserii Ruggera Deodata.

Drugi sequel oryginalnego filmu przywdziewa modny ostatnimi czasy styl sequelo-remake’u. Mimo że fabularnie odnosi się do pierwowzoru, jest niczym innym jak próbą przeniesienia znanej historii w bardziej nowoczesne czasy.

Brat zaginionej dwa filmy wcześniej Heather odnajduje na YouTubie krótkie nagranie, sugerujące że jego siostra może przebywać dalej na terenie osławionego Black Hill Forest. Nie zastanawiając się długo zabiera ze sobą swojego najlepszego kumpla i wraz z dziewczynami rusza do Burkittsville w stanie Maryland.

Brzmi znajomo? Zapewniam was, że im dalej w las, tym większe deja vu! Niektóre sceny są wręcz kalką tych sprzed 17 lat, inne to typowe zagrania dla kina kręconego z ręki. Wingard nie bawi się w subtelne budowanie napięcia, przechodząc od razu do konkretów.

Mimo że przez lwią część filmu gra na schemacie „straszy nas to czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć”, to pod koniec obdziera całą tajemnicę wiedźmy z Blair. Czy jest to zabieg usprawiedliwiony? W pewnym sensie tak, wszak nakręcenie dzisiaj filmu tak minimalistycznego, jakim był oryginał i próba sprzedania go jako horror, byłyby zwykłym strzałem w stopę.

Czas odcisnął niestety piętno nie tylko na stylu prowadzenia fabuły, zmianie uległa cała realizacja. Jest to rzecz naturalna, zamiast kamery video i 8mm nasi bohaterowie zabierają ze sobą drona, krótkofalówki, kamery za ucho z GPS czy telefony komórkowe. Pozwala to Wingardowi uchwycić obraz z wielu perspektyw. W rezultacie owocuje to częstymi cięciami i szybkim, rwanym montażem.

Aby dorównać obrazowi, na maksa podkręcono więc dźwięk. Można powiedzieć, że w tej kwestii nikt się nie pierdolił. Cisza na planie to rzecz tak rzadka, jak mięso w parówkach. Wszystkie te zabiegi sprawiają, że Blair Witch przypomina jazdę kolejką strachu, odhaczając po drodze kolejne, przewidywalne do bólu jumpscreamy.

Film przez większą połowę jest odtwórczy, by w niepotrzebnie przedłużonej końcówce popaść w totalną nijakość. Dla wielu dorastających na przełomie XX i XXI wieku The Blair With Project był najstraszniejszym filmem do momentu, w którym go nie obejrzeli. Wingard wraz ze swoją produkcją wpadł do bezdennego wiadra nijakości, podczepionego do (choć te słowa są lekkim nadużyciem) znanej franczyzy.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Blair Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Pięć zakazanych twarzy kina eksploatacji!

O kinie eksploatacji powiedziano wiele, jednak wciąż nie udało się go zamknąć w gatunkowe ramy. Przyjęło się mówić, że to nurt mający u podstaw przekraczanie granic moralnych czy też estetycznych. To kino brudne, opowiadające o brudzie, a w następnej kolejności w brudzie emitowane (patrz drive-iny). Jednak eksploatacja to nie tylko dziewczyna z dwururką i czerwony cadillac, to także cała sieć podgatunków, nurtów i schematów prowadzenia fabuły. Oto pięć wyjątkowo ohydnych wymiarów filmowej eksploatacji, o których być może nie mieliście pojęcia!

Ozploitation

Ten popularny w latach ’70/’80 nurt ze spalonej słońcem Australii uczył nas jednego: australijskie bezdroża zawsze pełne są zmotoryzowanych bandytów. Na czerwonym pustkowiu spotykały się najczęściej filmy motocyklowe, horrory i kino survivalowe.

Ozploitation zrodził nam takie klasyki, jak Mad Max czy Polowanie na indyka. Gatunek ten przeżywa dzisiaj swojego rodzaju renesans i właśnie do niego śmiało możemy zaliczyć takie hity jak Mad Max: Na drodze gniewu, Wolf Creek, czy odjechane do granic Wyrmwood.

Charakterystyczną cechą tych filmów jest niewątpliwie scenografia, w jej różnorodności Australia na pewno nie wiedzie prymu. 99% filmów kręcone było albo na pustynnych bezdrożach lub w gęstym buszu.

Australijscy twórcy nie patyczkowali się także z obśmiewaniem przywar i stereotypów dotyczących swojego narodu. Za przykład niech posłuży pełny humoru film Bruce’a Beresforda pt. The Adventures of Barry Mckenzie, opowiadający historię typowego Australiczyka na wycieczce w Wielkiej Brytanii.

Warte obejrzenia: Forteca (1986) / reż. Arch Nicholson

Oparty na faktach film Nicholsona skupia się na grupie dzieciaków porwanych i przetrzymywanych dla okupu w jednej z jaskiń gdzieś w australijskim buszu. Młodzi pod wodzą wychowawczyni Sally (w tej roli Rachel Ward) wydostają się z kamiennej pułapki i postanawiają zaserwować swoim oprawcom danie najlepiej smakujące na zimno.

fortress_1986_kadr
Forteca / 1986

Niezwykle klimatyczna, duszna wręcz produkcja o zemście i sztuce przetrwania, oferująca widzowi spory ładunek emocjonalny. Mimo że film z początku całkiem zgrabnie sprawia pozory realistycznego, kotara ta opada w fantastycznej końcówce, która niejednego przyprawi o szeroki uśmiech. Film jak najbardziej wart obejrzenia, polecany nie tylko fanom australijskiej eksploatacji.

Sasquatchploitation

Wierzycie w to że po lasach Północnej Ameryki biega wielka, człekokształtna małpa, której do dzisiaj nie udało się nawet porządnie sfilmować? Jeśli tak, ta kategoria jest specjalnie dla Was! Trudno wyznaczyć jakiś konkretny moment, w którym narodził się ten nurt.

Za jeden z pierwszych uznaje się film The Legend of Bigfoot z 1976 roku. To w nim nieustraszony traper Ivan Marx rusza śladem legendarnej istoty, ucząc nas przy tym godowych rytuałów bobrów, diety łosi i opowiadając o trudach życia w leśnej głuszy.

Od czasu do czasu w kadrze pojawia się facet w naprawdę źle skrojonym kostiumie goryla, pomacha łapami i poryczy, na czym jego robota się kończy. Streszczając ten film, streściłem zarazem esencję tego zapomnianego nurtu. Filmy te sprawdzają się bowiem bardziej jako kino przyrodnicze, niż rasowy horror z tajemniczym hominidem.

Osobiście, cenię sobie kino Sasquatchploitation za przepiękne, ręcznie malowane plakaty i nierzadko wspaniałe plenery, w których oglądamy sielskie łapanie piżmaków we wnyki. Reszta istnieje tylko na papierze.

Warte obejrzenia: Noc demona (1980) / reż. James C. Wasson

Legenda video nasties, mokry sen każdego fana chałupniczego gore i w końcu niechlubna cegiełka dla kina grozy. Ten film można spokojnie włożyć do szuflady z etykietą „tak złe że aż dobre!”. Fabuła? Grupa studentów wraz z profesorem antropologii rusza w puszczę by udowodnić bla bla bla.

night-of-the-demon-1980
Noc demona / 1980

Jednak kogo to obchodzi? Wielka Stopa tnie w tym filmie siekierą, rzuca śpiworami z zawartością w środku, czy odrywa kutasa sikającemu motocykliście, wyglądającemu jak Dennis Hopper z Easy Ridera. Absolutny must-have każdego fana obskury i złego kina.

Ale jeśli nadal czujecie się nieprzekonani, to dodam że w filmie pojawia się też wątek okultystyczny z bandą rednecków w roli głównej. Noc demona to idealny przykład tego, że kiedyś robiło się filmy naprawdę z potrzeby serca, a to jak ostatecznie wyglądały, było w tym wszystkim mało ważne.

Hixploitation

Gatunek będący mokrym snem wszystkich fajnych dziewczyn jarających się brodatymi, dobrze zbudowanymi facetami w koszulach w kratę. To filmy, które jadą na mieszkańcach amerykańskich prowincji, szczególnie lesistych Appalachów i południowych równin.

Trudno powiedzieć, kiedy nurt ten się wykrystalizował, ale największy boom osiągnął w latach 70-tych i 80-tych, kiedy powstały takie dzieła, jak Uwolnienie Johna Boormana czy znana i kochana Teksańska masakra piłą mechaniczną. Nurt ten najczęściej ocierał się o slasher czy kino survivalowe, choć nie bał się podejmować także trudniejszych tematów, vide Mississippi w ogniu Alana Parkera.

Filmy kręcono często niskim nakładem kosztów. Wystarczyło pojechać za miasto i namówić kilku bywalców lokalnej speluny, by za setkę Danielsa postraszyli swoimi zarośniętymi gębami przed kamerą, a za scenariusze przyjmowały się najczęściej bliźniaczo podobne schematy.

Ot, grupa mieszczuchów zachodzi za skórę bytującej na odludzi społeczności, dochodzi do dysonansu kulturowego czy obcy pojawiają się po prostu w złym miejscu i czasie.

Warte obejrzenia: Myśliwska krew (1986) reż. Robert C. Hughes

Historia jest prosta: piątka bogatych facetów rusza za miasto, by upolować największego byka w lesie. Po obowiązkowej scenie w przydrożnej knajpie, gdzie bohaterowie przeżywają pierwszy kontakt z lokalsami, uzbrojeni w sprzęt i broń ruszają w głuszę. Jednak widz wie, że to oni sami staną się zwierzyną łowną dla bandy rezydujących w lesie, na wpół zdziczałych kłusowników. Zasada jest jedna, my albo oni.

Hunter's_Blood_1986
Myśliwska krew / 1986

Film Hugesa nie sili się na nic więcej, niż dostarczenie widzowi rozrywki i garści napięcia, choć mamy tutaj postacie nie będące tylko mięsem armatnim dla łaknących krwi rednecków. Co prawda film posiada lekko mroczny, brudnawy klimat, ale niknie on szybko gdzieś między ciągła wymianą ognia, pościgami po leśnych bezdrożach, czy najbardziej „z dupy wziętym” wątkiem ratowania kobiety.

Produkcja nie należy przy tym do najłagodniejszych, znajdziemy tutaj bardzo fajnie pokazane przebicie korpusu wielkim porożem jelenia czy obdzieranie ze skóry pewnego natrętnego strażnika leśnego.

Canuxploitation

Pewnie nie wiecie jak dużo Waszych ulubionych dzieł można wrzucić do worka z napisem Canuxploitation! Znacie Czarne Święta? Lubicie Bal maturalny, studniówkowy slasher z młodą Jamie Lee Curtis? A może zdziwi Was fakt że Elza – Syberyjska tygrysica wolała śniegi prowincji Quebec niż te spod Uralu?

Ten nurt to nic innego, jak niskobudżetowe filmy z Kanady. Wśród nich królują oczywiście horrory, bo jakże by inaczej? Nie zaskoczy was pewnie też fakt, że większość z nich kręcona była w kanadyjskiej głuszy. Filmy te łączy dość mroczna, zimna atmosfera, kojarząca się głównie z pogrążoną w wiecznej zmarzlinie, dziką północą Ameryki.

Trudno jednak uchwycić Canuxploitation w jakieś ramy czasowe, bo Kanadyjczycy niewyczerpanie dokładają do niego cegiełki od lat 20-tych XX wieku. Z ostatnich szalonych produkcji ludzi północy można wymienić choćby wypuszczonego w 2001 roku Jezusa Chrystusa – Łowcę wampirów, w której sam Cieśla z Nazaretu wraz z meksykańskim zapaśnikiem stają do walki z wampirom lesbijko bójcom.

Warte obejrzenia: Moja krwawa walentynka (1981) / reż. George Mihalka

Naprawdę nie wiem, kto wpadł na genialny pomysł skojarzenia Walentynek z kopalnią, ale cholera, udało mu się! Ten film to kolejna próba zmierzenia się z tematem slasherów. Nie jest to wprawdzie produkt tak unikatowy, jak Czarne Święta Boba Clarka, czy wciąż niedoceniane a genialne Rytuały Petera Cartera. To raczej solidny przedstawiciel kina stalk&slash ze swoją atmosferą i całkiem fajnie wyglądającym killerem.

my-bloody-valentine-killer-hot-dog-boiling-water-1981
Moja krwawa walentynka / 1981

Nic tak przecież nie uprzykrza życia zakochanych w ich święto, jak szaleniec w pełnym stroju górniczym wymachujący wielkim kilofem. Jeśli już sięgnięcie po Moją krwawą walentynkę, warto zaopatrzyć się w niepociętą wersję z dogranymi scenami zabójstw. Na to, z jaką łatwością kilof przechodzi przez ciała młodych ludzi, warto popatrzeć.

Film Mihalki zapisał się na stałe w moim filmowym kalendarzu pod datą 14 lutego. Przykro mi wobec innych slasherów, ale ta data już jest zarezerwowana, więc mogą poszukać gdzie indziej.

Nazisploitation

Gatunek tak obskurny w swojej definicji, posiada pierwiastek, który naturalnie odtrąca od siebie wielu ludzi. Żyjąc w społeczeństwie, które tak mocno zostało dotknięte piętnem Holocaustu, filmy próbujące przekuć go na szokujący, acz wciąż komercyjny produkt traktowane są z odpowiednią rezerwą.

Pionierami eksploatacji nazistowskich zbrodni byli Włosi – no bo kto inny? Inspiracji dla tego niechlubnego nurtu można się doszukiwać w słynnym neorealistycznym dramacie Rzym, miasto otwarte Roberta Rosselliniego. To właśnie ten i kolejne filmy Rosselliniego pokazywały że Niemcy to nie tylko komory gazowe i masowe egzekucje, ale także okropne tortury seksualne, często z osobnikami tej samej płci.

ilsa_she_she_wolf_ss_1975
Elza – Wilczyca z SS / 1975

Największą popularnością do dzisiaj cieszy się seria filmów o ponętnej Elzie (historyczna kreacja Dyanne Thorne), bardzo swobodnie inspirowanej postacią Ilsy Koch, zwanej pieszczotliwie bestią z Buchenwaldu.

Za produkcję kina okrzykniętego przez publiczność „najbardziej niegodziwym z niegodziwych” brali się tacy twórcy, jak słynny rzeźnik filmowy Bruno Mattei czy Sergio Garrone. Ten drugi nakręcił takie głośne produkcje, jak Eksperymentalny obóz SS czy SS Camp 5: Women’s Hell.

Warte obejrzenia: Dziewczyny SS (1977) / reż. Bruno Mattei

Nie bierzcie tego akapitu jako zwykłej polecanki! Choć sama tematyka jest mi zupełnie nie po drodze, Dziewczyny SS, znany szerzej pod nazwą Private House of the SS, były dla mnie naprawdę pozytywnym zaskoczeniem!

Zamiast wychudzonych, ludzkich szkieletów w pasiastych piżamach, przeżywających kaźnie za kolczastym drutem, otrzymałem stylowy erotyk z naprawdę fajnymi kobietami w pełnych przepychu apartamentach.

Co prawda Mattei stworzył później S.S. Extermination Love Camp – kino wyjątkowo odrażające, brudne i złe, ale lepiej zacząć od Dziewczyn SS.

Mamy tu nie tylko odważne sceny seksu, z jak zawsze gustownie ubranymi oficerami Gestapo, ale również kilka scen batalistycznych (podkradzionych cichutko z innych filmów) oraz zapadających w pamięć obrazków tj. kopulujący karzeł oraz grana przez papieża Toccata i Fuga Sebastiana Bacha.

Oskar „Dziku” Dziki

Gliniarz samuraj (1991)

samurai_cop_1991_poster

Akcja tego reliktu z czasów panowania kaset VHS zabiera nas w samo serce rozgrzanego letnim słońcem zachodniego wybrzeża USA. Bezradna policja w konfrontacji z lokalnym kartelem narkotykowym zostaje zmuszona do wezwania biegłego w sztukach walki wschodu Joe Marshalla.

Zanim tytułowy gliniarz-samuraj uratuje jednak miłość swojego życia z paszczy smoka, zmuszony będzie do krwawej konfrontacji z nasłanymi na niego bandziorami oraz zadowalania w łóżku napotkanych kobiet.

Film w reż. Amira Shervana jest tym dla kina policyjnego, czym dla filmów wojennych jest niesławny Żywy cel. To produkcja na wskroś zła, na którą składają się wszelkie błędy, jakie tylko może popełnić ekipa filmowa na planie. Fabularnie, twórca czerpie pełnymi garściami z nurtu kung-fu, kina policyjnego oraz pełnych testosteronu akcyjniaków, masowo kręconych w drugiej połowie lat 80-tych.

Mamy zatem twardego komisarza, w którego wcielił się Jimmy Williams. Soczysty słowotok przerywa on zawsze kolejnym machem z cygara. Za pomagiera głównego bohatera robi zaś czarnoskóry Washington (Mark Frazer). Jego rola sprowadza się z kolei do oddania ostatniego strzału ratującego życie Marshalla.

Jednak to protagonista napędza to kuriozum pełne trafionych i nietrafionych pomysłów. Popisy aktorskie Mathew Karedasa, których określenie jako słabych byłoby jak porównywanie przydworcowej budy do restauracji z gwiazdką Michelin, są tu główną atrakcją. Facet albo stara się o status najbardziej drewnianego aktora na świecie, albo cierpi na zaawansowaną chorobę maskowatej twarzy.

Kiedy strzela z karabinu, uprawia seks z panią pilot helikoptera, czy poddaje się bezwzględnemu bossowi Okumura, wygląda zawsze jak podróbka. Po drugiej stronie barykady stoi z kolei Yamashita, którego gra tutaj znany choćby z trylogii o Maniakalnym glinie Robert Z’Dar (sic!) Koleś oprócz swojej dość pokaźnej żuchwy nie ma jednak nic innego do zaoferowania, co widać w każdej scenie z jego udziałem.

W całym tym chaosie, gdzie sceny mimo kilkusekundowej różnicy czasu wyglądają jakby nagrywane były w kilkugodzinnych odstępach, kryją się jednak pokłady czystej zabawy. To kino tak złe, że w niektórych kręgach osiągnęło już status kultowego, siadając obok takich dzieł jak The Room Tommy’ego Wiseau czy niesławnym Birdemic: Shock and Terror.

Film jest odpowiednio krwawy w swoim tandetnym sensie i przepełniony walkami kung-fu. Przez spłycenie fabuły seans mija zaskakująco szybko, bo zamiast zagłębiać się w zdegenerowane środowisko przestępcze USA, od razu kopiemy mu dupsko.

Z czystym sercem można polecić to dzieło wszystkim kinematograficznym masochistom, którzy w wyszukiwaniu takich „perełek” znajdują przyjemność. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądałoby Kung Fury nakręcone w latach 90-tych i (chyba) z dużo mniejszym budżetem, to śmiało odpal sobie Gliniarza samuraja, ale pamiętaj, by seans wszedł gładko pomoże tylko dobrze nabite bongo.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Samurai Cop
Produkcja: USA, 1991
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

2020: Gladiatorzy przyszłości (1982)

2020_texas_gladiators_vhs_cover
W lata 80-te Joe D’Amato wkroczył z pokaźnym dorobkiem filmowym na swoim koncie, na który składały się niskobudżetowe horrory i dziwne filmy erotyczno-przygodowe. Ale Włoch chciał również dołożyć cegiełkę do szalejącego wówczas kina post apokaliptycznego. Zanim jednak umoczył palce w dwóch podróbkach Mad Maxa: Wojownika szos – są to: W martwej strefie oraz Końcowa rozgrywka – nakręcił trashową produkcję o pięknym tytule 2020: Gladiatorzy przyszłości aka. Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020.

Maczał palce to swoją drogą dobre określenie, bo jeśli wierzyć samemu D’Amato, za dzieło to odpowiedzialny jest w większości George Eastman. Joe miał tylko nadzorować poczynania swojego kolegi, lecz ze względu na zaskakująco dobrą pracę Eastmana, spędził na planie filmu tylko kilka dni.

Ta pokręcona wizja przyszłości przenosi nas na zrujnowane południe USA, gdzie miarą wartości człowieka jest jego siła fizyczna. Poznajemy mieszkańców pewnej rafinerii, którzy pod wodzą Nisusa (Al Cliver) oraz jego małżonki, blond piękności Maidy (Sabrina Siani), wiodą spokojne życie pośród zgliszczy cywilizacji. Ta sielanka jednak nie trwa długo, gdyż osada zostaje najechana przez wojska faszyzującego łysego Donala (Donald O’Brien), współpracującego z najemnikami pod wodzą Catch Doga (Daniel Stephen).

Już sceny tego ataku są doskonałym pretekstem, aby wyłączyć mózg i rzucić się w wir szalonej wyobraźni scenarzystów. Uzbrojeni w karabiny najemnicy szarżują na swoich ryczących motorach, ubrani w skóry, futra i obwieszeni pasami naboi, z obowiązkowym okrzykiem na ustach.  Z drugiej strony mamy prujących do nich z karabinów obrotowych facetów w koszulach i białych kaskach. Myślicie że to szaleństwo? To poczekajcie jeszcze chwilę!

Choć pierwsza fala napastników zostaje odparta, rafineria zostaje ostatecznie podbita, w wyniku czego ginie jej zarządca, Nisus. Kobiety zostają przetransportowane do post apokaliptycznych burdeli i kasyn, a faceci do ciężkich robót w kopalniach. Z pozostałych przy życiu i na wolności tworzy się ruch oporu pod przywództwem Maidy, która za wszelką cenę chce odzyskać porwaną córkę.


I tutaj zaczyna się właściwa akcja filmu. Razem z grupą bohaterów będziemy uciekać przed zmotoryzowanymi oddziałami najemników, zwiejemy z kopalni, której zarządcą jest psychopatyczny szeryf, a także trafimy do lasu zamieszkanego przez Indian, którzy pomogą naszym towarzyszom w wygraniu nierównej wojny!

W kategorii kina śmieciowego film broni się całkiem dobrze! Fani kiczowatej rozrywki spod znaku Tromy, czy wszelakiego kina klasy D lub niżej, będą mieli dużo radochy. Wartka akcja co prawda bardziej śmieszy, niż trzyma w napięciu, ale nie ukrywajmy, kto dzisiaj bierze te filmy na poważnie? Widok strzelających z łuków Indian do zasłaniającej się plastikowymi tarczami gwardii Donala niejednego rozbawi do łez.

Największą wadą filmu jest słaby scenariusz, który niezbyt starannie łączy wątki, zmienia perspektywę z bohatera na bohatera, dzięki czemu czasami trudno się w tym wszystkim połapać. Ale kiedy wykrystalizują się już najważniejsze postaci, film nie będzie wymagał od nas niczego ponad pogodzenie się z obraną przez twórców konwencją.

Subiektywnie rzecz biorąc, Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020 to jeden z lepszych filmów w dorobku D’Amato, a na pewno najlepszy spaghetti western, którego znamion łatwo się jest tu doszukać. Mikroskopijny budżet, czerstwi aktorzy i praca kamery, wołająca czasami o pomstę do nieba, to nic w porównaniu z tym, ile rozrywki dostarcza nam ta szalona produkcja. Po seansie na usta ciśnie się tylko jedna fraza: „I jak tu nie kochać lat 80-tych?”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: 2020 Texas Gladiators / Anno 2020 – I gladiatori del futuro / One Eye Force / 2020: Freedom Fighters / Gladiatorzy z Teksasu roku 2020 / 2020: The Rangers of Texas / Sudden Death
Produkcja: Włochy, 1982
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Ramon Film Productions, czyli takiego kina akcji jeszcze nie widzieliście!

Wakaliwood, bo tak właśnie ochrzczone zostało małe miasteczko Wakaliga w Ugandzie, wynurzyło się ostatnio z mroków afrykańskiego undergroundu i po raz pierwszy posmakowało międzynarodowej sławy dzięki dwóm niezwykłym dziełom filmowym: Who Killed Captain Alex i Tebaatusasula! Obydwa to arcydzieła campu z ostrą jak brzytwa akcją, oryginalnymi gagami i uniwersalnym przesłaniem.

Obydwa zostały wyreżyserowane przez lokalnego czarodzieja kina akcji, Nabwanę IGG, który ma na koncie aż 40 filmów niskobudżetowych i dowodzi w Wakalidze armią mistrzów kung-fu, kaskaderów i speców od CGI, którzy kochają kino do tego stopnia, że przenieśli się tam z różnych części Ugandy.

Nabwana realizuje swoje filmy za pieniądze, za które w Europie czy USA nie dałoby się zrealizować minuty teledysku muzycznego. Jego filmy nie są wyświetlane w kinach, a dystrybuowane przez samych aktorów na DVD, sprzedawane na ulicach, którzy potem dzielą się zyskami z Nabwaną. Kosztują one w granicach 2-3 tys. ugandyjskich szylingów (około 3,5-4 PLN), ale zysk wynosi niecałe 5-15%, co ledwo pokrywa koszty operowania wytwórni.

Z tego powodu Nabwana rozpoczął kampanię crowdfundingową apelującą do fanów sztuki filmowej z całego świata, którzy mogą rozpoznać w jego dziełach prawdziwy geniusz!

Trailer do jego nowego dzieła, Operation Kakongoliro! The Ugandan Expendables, już zdążył wywołać huragan na JuTjubie (cud, miód i malina). Budżet wyniósł $2 tys. (około 8 tys. PLN), więc teoretycznie film powinien być 10 razy lepszy od Who Killed Captain Alex, który został zrobiony za $200 i może być przy nim uważany niemal za wypadek przy pracy!

Conradino Beb

„Dünyayı Kurtaran Adam”, czyli „Tureckie gwiezdne wojny”

turkish_star_wars_poster

Turecki rynek filmowy lat ’80 nie cierpiał na nadmiar zachodnich produkcji science-fiction, a że popyt rodzi podaż, w 1982 za kamerę chwycił niejaki Çetin Inanç, który z pomocą supergwiazdy kina akcji, Cüneyta Arkina, nakręcił legendarne w środowisku fanów campu dzieło, Dünyayı Kurtaran Adam, czyli Człowiek, który uratował świat.

Ten majstersztyk chorej wyobraźni był mockbusterem, tanią zrzynką z Gwiezdnych wojen George’a Lucasa i do historii przeszedł jako Tureckie gwiezdne wojny. Absurd, z którym mamy w tym filmie do czynienia, sięga zenitu i z tego powodu film przerasta do pewnego stopnia oryginał. W jednej ze scen główny bohater, Murat, wyglądający jak skrzyżowanie Rambo z He-Manem, walczy na przykład z pluszowym dywanem za pomocą miecza wyciętego z kartonu, używając przy tym mnóstwo ciosów karate (albo kung fu).

Co ciekawe, film posiłkuje się oryginalnymi scenami z Gwiezdnych wojen, a także materiałami radzieckich i amerykańskich programów kosmicznych, żeby ukryć niedostatki budżetu (jak to wychodzi możecie się sami domyślić). W filmie poza tym można oglądać: 1000-letniego czarnoksiężnika, który uciekł z Ziemi i jest posiadaczem złotego mózgu, krwiożercze zombiaki, potworki z czerwonego pluszu, roboty, a także szkielet jeżdżący konno.

W tym wszystkim znalazło się nawet miejsce dla religii, bo gdy Murat zakochuje się bezgranicznie w pięknej blondynce Bilgin’in Kizi, ta przedstawia go lokalnemu przywódcy religijnemu, który oprowadza go po meczecie i wygłasza przemowę na cześć Islamu. W efekcie Murat zostaje wysłany na poszukiwanie magicznego miecza (tak, tego samego) przechowywanego w ukrytym na pustyni kościele chrześcijańskim.

Całości dopełnia soundtrack, który został w pełni zajumany z popularnych produkcji początku lat ’80. Głównym tematem jest The Raiders March z Poszukiwaczy zaginionej arki, a reszta muzyki pochodzi z Moonrakera, Ben-Hura, Flasha Gordona, Planety małp czy Niemego wyścigu.

Turecki krytyk filmowy Evrim Ersoy tak podsumowuje tę legendarną produkcję: Próba stworzenia najwspanialszego filmu science-fiction w historii tureckiej kinematografii przez reżysera Çetina İnança posiada wszystkie obowiązkowe cechy gatunku. To mash-up amerykańskiej tradycji filmowej z turecką mitologią, połączony szalonym pragnieniem stworzenia dzieła wiekopomnego pomimo mikroskopijnego budżetu. Sam nie mógłbym tego lepiej ująć!

(Cały film z angielskimi napisami)

Conradino Beb

Nail Gun Massacre (1985)

nail_gun_massacre_1985_vhs_poster

Horror to gatunek, w którym dosłownie każdy przedmiot może przyczynić się do czyjejś śmierci, zwłaszcza patrząc na niego przez pryzmat kina stalk & slash. Widzieliśmy już w użyciu piły mechaniczne, maczety, sekatory, a nawet trafił się puzon (The Town That Dreaded Sundown). Sięgnięcie po pistolet na gwoździe wydaje się więc być naturalnym odruchem dla slasherowego mordercy.

Pomysł ten podłapała dwójka reżyserów, Bill Leslie oraz Terry Lofton, kręcąc niskobudżetowy dreszczowiec o wszystko mówiącym tytule The Nail Gun Massacre. Choć film ten jednak ukazał się w złotych dla gatunku latach 80-tych, nie miał okazji zapisać się w panteonie gwiazd pokroju Piątek trzynastego czy znany wszystkim Koszmar z ulicy Wiązów.

Prolog otwiera scena gwałtu grupy robotników na młodej kobiecie gdzieś na odludnym placu budowy. Wstęp jest krótki i treściwy, a zaraz po nim przenosimy się w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której pracownicy budowlani stają się celem zamaskowanego mordercy, uzbrojonego w tytułowy pistolet na gwoździe.

Fabuła to charakterystyczna, gatunkowa sztampa, która jest niczym więcej, jak motorem napędowym do nabijania pokaźnego bodycountu. A ten jest dość pokaźny, bo pod nóż, czy raczej gwóźdź, idą nie tylko winni zbrodni sprzed lat, lecz także przypadkowo napotkane osoby na krwawym szlaku maniaka. Giną zarówno kobiety jak i mężczyźni, a wszystkie zabójstwa dokonywane są za pomocą wystrzeliwanych z noszonej na plecach sprężarki gwoździ.

Niestety, jest to jedyny powód, dla którego ktokolwiek mógłby po ten tytuł sięgnąć, gdyż oprócz całkiem krwistych scen uboju, nie ma on nic innego do zaoferowania. Wszystko jest tutaj do bólu wtórne, a film oprócz narzędzia zbrodni nie sili się nawet na szczyptę innowacyjności. Fabuła, jak po sznurku, zmierza ku przewidywalnemu finałowi, który notabene wygląda wręcz żałośnie, nie oferując widzowi żadnych twistów czy fałszywych poszlak.

Oprócz tego film cierpi również na wszystkie wady niskobudżetowego kina grozy. Aktorzy grają z wysoce amatorską manierą, a zaangażowanie na ich twarzy widzimy głównie w licznych scenach erotycznych przewijających się przez seans. Wydawać by się mogło, że większość budżetu przeznaczona była na sceny gore, które wypadają zaskakująco nieźle.

Duży procent w tworzeniu kultu i marki slasherów mają oczywiście motywy przewodnie – tutaj mamy przykładowo dziwne, syntetyczne dźwięki, które w połączeniu ze zmodulowanym głosem mordercy dają iście kosmiczny efekt. Ale gdybym komuś miał z czystym sercem polecić The Nail Gun Massacre, byliby to tylko fani starych, zapomnianych przez resztę świata, slasherów.

Widok nagich ciał, przebijanych ochoczo metalowymi kołkami to rozrywka przeznaczona dla nielicznych, można rzec kultura elitarna. Ta elita zapewne prędzej czy później po ten film sięgnie, a cała reszta prawdopodobnie nie dowie się nigdy o jego istnieniu.

Oskar “Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Nail Gun Massacre
Produkcja: USA, 1985
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

“The Act of Seeing”: album Nicolasa Windinga Refna z 300 rzadkimi plakatami filmowymi

Reżyser, scenarzysta i wizjoner kina, Nicolas Winding Refn, już na dniach doda do swojego dorobku kolejną pozycję, tym razem książkową. Album The Act of Seeing, którego stworzenie zajęło mu ostatnich kilka lat, zostanie wydany przez brytyjską oficynę Fab Press pod koniec września. Będzie on zawierał ponad 300 reprodukcji rzadkich plakatów do filmów niskobudżetowych z jego własnej kolekcji. Komentarze do każdego z nich napisał znany brytyjski krytyk filmowy i ekspert od horroru, Alan Jones.

W wywiadzie dla Entertainment Weekly NWR wyjaśnia, że pomysł na książkę pojawił się pięć lat temu przy okazji zagłębiania się w twórczość znanego tylko nielicznym fanom kina, nowojorskiego reżysera Andy’ego Milligana, specjalizującego się w campowych horrorach tj. The Ghastly Ones (1968). Filmy Milligana popchnęły artystę w kierunku jego biografa, Jimmy’ego McDonaugha, który pewnego dnia zaproponował, że sprzeda mu swoją kolekcję tysiąca rzadkich plakatów filmowych, na co NWR bez wahania przystał.

nicolas_winding_refn_valhalla_rising
Nicolas Winding Refn na planie „Valhalla Rising”

Jak twierdzi reżyser: Nie za bardzo wiedziałem co mam z tym cholera zrobić. Nie znałem także 90% z tych filmów. Zacząłem przeglądać tę kolekcję i wtedy wpadłem na pomysł „Hej, dlaczego nie wydać najdroższego albumu z plakatami do filmów, których nikt nigdy nie widział?”

Kiedy byłem znacznie młodszy bardzo interesowałem się skrajnym i mało znanym kinem, co naturalnie definiowało wtedy kino eksploatacji. Zacząłem interesować się tym gatunkiem jeszcze w czasach VHS, kiedy słyszało się wiele miejskich legend o filmach dostępnych na rynku i tych wygrzebywanych w najdziwniejszych miejscach. W tym czasie kwitło jeszcze zainteresowanie kolekcjonowaniem, ponieważ coś mogło zniknąć bez szansy na ponowne obejrzenie.

THE_ACT_OF_SEEING_FRONT
„The Act of Seeing” / okładka

NWR nie mógł trafić lepiej, bo zainteresowanie niskobudżetowym kinem lat ‘60, ’70 i ’80 sięga obecnie zenitu, podsycane przez wiele lat przez Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, a ostatnio idealnie podsumowane przez Kung Fury. Fab Press zdradza, że The Act of Seeing będzie zawierał plakaty do takich filmów jak Spiked Heels and Black Nylons, Obscene House, Alice in Acidland, The Twisted Sex,Torture Me Kiss Me oraz Zero In and Scream.

Książka będzie miała swoją premierę na Fantastic Fest w Austin (USA), odbywającym się od 24 września do 1 października. Towarzyszyć jej będzie specjalny pokaz trzech filmów reprezentowanych w książce oraz wystawa 15 reprodukcji w oryginalnym rozmiarze. Czytelnicy mogą zamówić w przedsprzedaży specjalną edycję albumu, zawierającą grindhouse’owy plakat z autografem NWR, przez stronę Fab Press za £52.50.

Źródło: Entertainment Weekly