Archiwa tagu: kino gatunkowe

Droga „Wściekłych psów” do kanonu zaczęła się od bolesnej krytyki!

Wściekłe psy Quentina Tarantino pojawiły się po raz pierwszy na ekranie 21 stycznia 1992 na Festiwalu Sundance, by z miejsca wywołać kontrowersje w niezależnym światku filmowym, od połowy lat ’80 nabierającym siły dzięki inicjatywom prężnego Sundance Institute, którego współzałożycielem był m.in. Robert Redford.

Można powiedzieć, że Tarantino miał na starcie dużo szczęścia, bo jego 80-stronnicowy scenariusz, napisany głównie w wypożyczalni kaset VHS, przekazany producentowi i aktorowi Lawrence’owi Benderowi, trafił do żony jego nauczyciela aktorstwa… która była przypadkowo znajomą Harveya Keitela.

Keitel uznał materiał za wybuchowy, wspominając nawet w jednym z wywiadów, że „tak dobrze napisane charaktery widział po raz pierwszy od lat ’70”, co dało możliwość Benderowi na podpisanie kontraktu z małą wytwórnią Live Home Video, która ostatecznie sfinansowała projekt na sumę $1,2 mln dzięki wstawiennictwu samego Monte Hellmana (Two-Lane Blacktop), który stał się nieoficjalnym rzecznikiem filmu.

Scena ucinania ucha

To pozwoliło na casting w Nowym Jorku, gdzie zatrudniono Steve’a Buscemiego i Tima Rotha, do których dołączyli później Michael Madsen, Chris Penn oraz Lawrence Tierney (do filmu przesłuchiwano jednak wielu innych znanych aktorów).

Film znalazał się w fazie preprodukcji w połowie 1991, kiedy reżyser doszlifował swój materiał w ramach dwutygodniowego Director’s Lab, sztandarowego projektu Sundance Institute, pozwalającego młodym twórcom na pracę pod okiem największych mistrzów kina.

To tam Wściekłe psy nabrały kolorów pod okiem Monte Hellmana, Terry’ego Gilliama, a także Stephena Goldblatta (operatora The Cotton Club, Zabójczej broni czy Bliżej), który kazał nowicjuszowi pociąć wszystkie długie ujęcia (reżyser był w tym punkcie pod wpływem Godarda).

quentin-tarantino-and-steve-buscemi-1991-lab
Quentin Tarantino i Steve Buscemi w trakcie Director’s Lab / czerwiec 1991

Kilka tygodni później film był już w trakcie kręcenia, a jego scenariusz robił furorę wśród niezależniaków takich jak Allison Anders, z którą 3 lata później Tarantino zrealizował Cztery pokoje.

Pokazany w Sundance, obraz wywołał jednak szok i niedowierzenie graniczące z potępieniem, co zgrabnie tłumaczy Peter Biskind w swojej książce Down and Dirty Pictures:

Oglądanie gości ze spluwami było grzeszną przyjemnością w Sundance, raczej też rzadką. Kierownictwo festiwalu bez końca dyskutowało o tym, czy filmy gatunkowe mogą być też filmami artystycznymi. Psy zgrabnie odzwierciedlały ten dylemat. Był to w dużym stopniu film gatunkowy i jednocześnie jego zaprzeczenie. Celowo napisany pod tanią produkcję, z akcją dostosowaną do budżetu.

Psy to przykład estetyki minimalnej, film rabunkowy bez rabunku, tylko wydarzenia przed i po. Psy to wyłącznie przedakcja, dużo dialogów i kilka miejsc. Koncept jest konwencjonalny, ale już nie wykonanie czy skoki czasowe, zawadiackie przemieszanie płaszczyzny literackiej z uliczną – gangsterzy omawiający stylowe wątki kultury popularnej niczym absolwenci uniwersytetów – podbite bezwzględnym, drapieżnym kopniakiem.

Szok festiwalowej publiczności był efektem scen takich jak słynne obcinanie ucha w takt Stuck In The Middle With You Stealer’s Wheel, czy krwawej rzezi podczas ucieczki gangsterów przed policją.

W efekcie film został obwołany „społecznie nieodpowiedzialnym” (sic!), ale Tarantino nie ustąpił nawet na milimetr, by na pytanie dziennikarza „jak usprawiedliwia przemoc w swoim filmie?” odpowiedzieć: Nie wiem jak ty, ale ja kocham drapieżne filmy. Mnie obraża to gówno z Merchant-Ivory. Przemoc jest jedną z najpiękniejszych spraw w filmie. Edison wynalazł kamerę, by filmować przemoc, ok?

Tarantino omawia film

To odstraszyło wszystkich potencjalnych dystrybutorów (początkowo nikt nie kupił filmu) i sprawiło, że Wściekłe psy nie dostały ani jednej nagrody na Sundance, choć talent reżysera i świeżość jego dzieła były bezsprzeczne dla prawdziwych miłośników kina.

Tarantino miał się także długo użerać o drastyczność słynnej sceny z Harveyem Weinsteinem z Miramax, który po wielu dyskusjach ostatecznie kupił jego dzieło i zabrał je do Cannes, gdzie film stał się europejską sensacją… a reszta jest historią!

Conradino Beb

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

Zobacz jak cyfrowo wykreowano twarze Petera Cushinga i Carrie Fisher w „Łotrze 1”

Jako że akcja Łotra 1 rozgrywa się pomiędzy Zemstą Sithów (częścią III), a Nową nadzieją (częścią IV), pewne postaci mogły zostać bezstresowo wciągnięte do „nowego epizodu”. Problem był jednak w tym przypadku innej natury, bo jeden z aktorów był już martwy. Ale dzięki cyfrowemu renderingowi na ekranie możemy ostatecznie podziwiać 19-letnią Carrie Fisher i 64-letniego Petera Cushinga, którzy zostali odtworzeni dzięki klatkom z 1977 roku.

Cushing grał w Nowej nadziei Wilhuffa Tarkina, komandora Gwiazdy Śmierci, a Carrie Fisher księżniczkę Leię – postaci, których wskrzeszenie okazało się bardzo dobrym krokiem dla fabuły Łotra 1.

Dzięki animatorom z Industrial Light & Magic obydwoje odegrało pośmiertny epizod (Carrie Fisher zmarła krótko po premierze światowej), który dał starym fanom dużo radości dzięki niemalże perfekcyjnemu odtworzeniu mimiki twarzy.

Jednak nie wystarczył sam program komputerowy, bo w nowym filmie pod postać graną przez Cushinga podłożona została kreacja innego angielskiego aktora, Guya Henry’ego, któremu nałożono na głowę specjalny materiał plastyczny, dzięki czemu w postprodukcji specjaliści od technologii motion capture wygenerowali w tym miejscu wersję cyfrową.

Odpowiedzialny za efekty specjalne w Łotrze 1, John Knoll, tłumaczy, że był to bardzo trudny, wymagający proces, który można by porównać do żmudnego nakładania makijażu.

Trzeba było dokonać zmian tak, by cyfrowy Tarkin nie odróżniał się od pozostałych bohaterów w najmniejszych szczegółach. Ale najpierw na odtworzenie charakteru granego przez Cushinga zgodę musiała wyrazić rodzina aktora.

W jednej z ostatnich scen Łotra 1 występuje ponadto księżniczka Leia – dokładnie taka, jaką pamiętamy z Nowej nadziei, w charakterystycznej białej szacie, ze swoją firmową fryzurą.

Epizod ten stanowi swoisty prequel do pierwszych scen starych Gwiezdnych Wojen, zaczynających się abordażem oddziału dowodzonego przez Dartha Vadera na statek kosmiczny, którym podróżuje księżniczka, dzięki czemu nowy film zgrabnie wiąże się z resztą sagi.

Zobacz dokument ABC (angielskie napisy)

Nie oddychaj (2016)

dont-breathe-poster_2016

Pogrążone w bankructwie Detroit coraz częściej inspiruje twórców kina gatunkowego. Wymarła metropolia była już domem dla introwertycznego wampira (Tylko kochankowie przeżyją), placem zabaw dla wenerycznego demona (Coś za mną chodzi), a w końcu sam Ryan Gosling umieścił akcję swojego debiutu w mieście inspirowanym stolicą amerykańskiej recesji.

Teraz reżyser Fede Alvarez, twórca dobrze przyjętego remake’u Martwego zła, w pejzaż postapokaliptycznych przedmieść Detroit wpisuje jeszcze jedną mroczną historię.

Filmowi trudno nie zarzucić bycia banałem. Ot historyjka o trójce dzieciaków, która starając się wyrwać z dotychczasowego życia, para się rabunkami. Ale pewnego razu za cel obiera sobie ona stojący na uboczu dom niewidomego weterana wojny w Iraku, mieszkającego ze swoim psem odludka. Reszta to czysto gatunkowa, trzymająca za gardło, poetyka kina grozy, wyraźnie odrzucająca przegięty styl Martwego zła (2013).

Jednak ta prostota w przypadku Nie oddychaj działa tylko i wyłącznie na plus, bo produkcja posiada w rękawie kilka fabularnych asów, przyprawiających widza o przyjemne doznania. Duża w tym zasługa wcielającego się w rolę Ślepca Stephena Langa. Aktor znany głównie z drugoplanowych ról wykreował wręcz idealny czarny charakter, posiadający wszystkie, nawet te przerysowane cechy nemesis dla naszej młodzieży.

Śrubę napięcia podkręca także scenografia i sposób, w jaki operator Pedro Luque nam ją przedstawia. Sekwencja wtargnięcia złodziejaszków do posępnego domostwa sugeruje nam, że Alvarez wykorzystuje wszystkie narzędzia filmowego rzemiosła w pełni świadomie. Kamera, która płynnie krąży po ciasnych, zagraconych korytarzach, rysuje nam topografię miejsca akcji.

Daje nam to przewagę nad trójką bohaterów, dla których dom Ślepca stanie się istnym labiryntem minotaura. Wszystko to okraszone hitchcockowskim motywem zawieszonej na ścianie broni. Jeśli kamera zatrzymuje się na jakimś przedmiocie, bądźcie pewni że zostanie on w filmie mniej lub bardziej efektownie wykorzystany.

Wszystko to sprawiło, że Alvarez, trochę niespodziewanie, wydał na świat jeden z najlepszych horrorów 2016 roku, podkreślając przy tym, że piękno tkwi w prostocie. Jest to spore ułaskawienie wobec kilku rzucających się w oczy gatunkowych klisz i rozwiązań, do przesady kameralnego charakteru, czy nieco naiwnego zakończenia.

Wyobraźcie sobie klasyczny kryminał Doczekać zmroku (1967), w którym zamiast śliczniutkiej Audrey Hepburn, mamy brodatego Stephena Langa, a całość nakręcono pośród niegdysiejszej dumy gospodarczej USA. Takie właśnie jest Nie oddychaj!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Don’t Breathe
Produkcja: USA/2016
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 3,5/5

„Egzystencjalne gwiezdne wojny”, czyli Darth Vader cytuje Sartre’a!

W Egzystencjalnych gwiezdnych wojnach Darth Vader, Luke Skywalker, Obi Wan Kenobi, C3PO i R2D2 rzucają znanymi cytatami z Sartre’a typu: Bóg jest nieobecnością, Bóg jest samotnością ludzką albo Życie zaczyna się po drugiej stronie rozpaczy.

Ten zabawny klip bazuje na klasycznej technice sytuacjonistów znanej jako détournement, która buduje nowe treści poprzez integrację popularnej zwykle formy ekspresji, ale wykorzystywanej pierwotnie w zupełnie innym celu, w tym przypadku kultowego filmu science-fiction.

Jeśli pamiętacie Czy dialektyka może kruszyć cegły? (1973), macie tu godnego spadkobiercę, który całe szczęście zamyka się w nieco ponad 3 minutach i daje natychmiastową satysfakcję.

Demony wyobraźni (1972)

demons_of_the_mind_poster_1972

Demony wyobraźni w reż. Petera Sykesa były jedną z prób ratowania wytwórni Hammer przed ziszczającą się wizją bankructwa. Ostatecznie okazały się eksperymentem stojącym w opozycji do tego wszystkiego, czym dotychczas studio karmiło widownię.

Z jednej strony, wciąż utrzymany w kochanej przez Brytyjczyków gotyckiej estetyce, film eksperymentuje na płaszczyźnie narracji, choć ta kluczy naprzemiennie przez szaleńczy marazm i zduszoną przez represyjnych rodziców rzeczywistość XVIII wiecznych dzieci kwiatów.

Scenarzysta Christopher Wicking miał okazję rok wcześniej współpracować z Sykesem przy jego debiutanckim obrazie Venom. Jednak postanowił on zerwać z hammerowskim kanonem pokazywania nauki i religii w charakterze dobra zwalczającego zło vide zawsze racjonalny Peter Cushing w roli Van Helsinga.

W historii domniemanej klątwy ciążącej na głowie patriarchalnej rodziny, Zornie – w tej roli znany brytyjski aktor Robert Hardy – nie da się postawić nikogo po jasno określonej stronie barykady. Modły reprezentującego kler Michaela Horderna okazują się bezużytecznym bełkotem, a nauka staje się narzędziem w rękach szarlatana.

W środku tej opresyjnej sytuacji znajduje się rodzeństwo, Elizabeth (Gillian Hills) i Emil (Shane Briant), które razem próbuje się wyrwać z rąk pogrążającego się w coraz większym obłędzie ojca, stosującego wobec nich formę psychicznej tortury. Z tak patologicznego źródła bierze się także dość jednoznacznie zaakcentowana przez film relacja kazirodcza między bratem, a siostrą.

Mimo dość odważnej próby połączenia głębokiego kina psychologicznego z pełną krwi i nagości eksploatacją, obraz ten nie przyniósł Hammerowi oczekiwanego sukcesu. Duet Sykes i Wicking na ponowną pracę w brytyjskim studio zdecydowali się dopiero 4 lata później przy produkcji Córki dla diabła, filmu który okazał się ostatnim gwoździem do trumny wytwórni.

Jednak dzisiaj pozostaje on jedną z najciekawszych pozycji w katalogu studia Hammer. Nawet jeśli zrealizowany został w mocno przejaskrawionej optyce, kulminacja historii jest dość sztampowa, a zawiązanie akcji grzęźnie w montażowym chaosie.

Gęsta atmosfera paranoi wypełnia każdy, nieraz ocierający się o artyzm kadr, a fanom czerwonej farby reżyser serwuje ponadto kilka krwawych sekwencji. To dzieło ekscentryczne i niecodzienne, stąd też potraktowane przez brytyjską wytwórnię po macoszemu, jednak całkowicie niesłusznie.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Demons of the Mind
Produkcja: Wielka Brytania, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

W dolinie przemocy (2016)

in-a-valley-of-violence-poster

Najnowszy film Ti Westa ogląda się najlepiej w momentach kulminacji oraz rozluźnienia napięcia. Druga, nie będąca horrorem produkcja, wyreżyserowana przez Amerykanina, bardzo naturalnie i gładko operuje skrajnie różnymi odcieniami swojej narracji, od przemyślanych gagów sytuacyjnych po cytowanie Biblii przez kaznodzieję-alkoholika.

Dzięki tej płynności widz nie zwraca uwagi na prostotę scenariusza, czy budowanie postaci w oparciu o banalne stereotypy gatunkowe. Scenariusz napisany został zreszta przez samego Westa, który jak wiemy, uwielbia docierać znane i sprawdzone klisze.

Tajemniczy wędrowiec Paul (grany przez Ethana Hawke’a) przemierza spalone słońcem południe Stanów Zjednoczonych jedynie w towarzystwie swojego psa. Zmuszony zostaje on do odwiedzenia zabitego dechami, pogrążonego w bezrobociu, miasteczka Denton. A tam szybko popada w konflikt z lokalną bandą dowodzoną przez syna szeryfa, Gilly’ego (James Ransone).

Z opresji ratuje go właśnie szeryf, do roli którego Ti West wywołał z aktorskiego grobu samego Johna Travoltę, sugerując bohaterowi jak najszybsze opuszczenie mieściny. Jednak decyzja o powrocie do miasta, grubo podszyta chęcią krwawej zemsty, zapadnie gdy życia pozbawiony zostanie jedyny przyjaciel Paula, pies Abby.

Nakręcony na taśmie 35mm In a Valley of Violence to nic innego, jak hołd dla spaghetti westernu, zwłaszcza tego spod znaku Sergia Leone i Sergia Corbucciego. Widać to choćby po reprezentującym drugą stronę konfliktu duecie Travolta-Hawke. Swoją grą panowie podkręcają w zasadzie B-klasowość produkcji.

Czuć między nimi pewien subtelny luz, mimo że ich filmowy spór ma podłoże w obowiązkach i funkcjach, jakie pełnią. Całość, zapewne ze względów budżetowych, zamknięta została w dość kameralnym opakowaniu, na które składa się miasteczko i niewielka liczba bohaterów je zamieszkujących.

Nieliczna obsada oznacza także mniejszą ilość trupów, ale jak na rasowe kino zemsty przystało West nie patyczkuje się przynajmniej w wymierzaniu sprawiedliwości. Mimo że naprawdę brutalna egzekucja na ekranie pojawia się tylko raz, to i tak robi wrażenie.

Jak sama nazwa wskazuje, film pełen jest przemocy, która niczym sęp krąży nad głowami ekranowych postaci. Wszystko to ma oczywiście ujście w finale, ten jednak obiera bardziej bezpieczną drogę gatunkowej sztampy, niż odwrócenie etosu końskiej opery, tak bardzo kultywowane przez Włochów.

Film największą aprobatę znajdzie oczywiście u fanów krwawych spaghetti westernów, dla których film Westa będzie nieskrępowaną, postmodernistyczną przyjemnością. Docenią oni świetną muzykę autorstwa Jeffa Grace’a, który odpowiedzialny był za świetny soundtrack do Domu Diabła (2009), niesamowicie klimatyczne zdjęcia, czy silną obsadę aktorską.

Całą resztę odrzucić może dwuwymiarowość tej kreacji, przypominająca nomen omen typową scenografię westernową. Mamy tu do czynienia ze stylowym, nakręconyn z miłością obrazem, za którego fasadą nie kryją się jednak żadne głębsze wartości.

Jeśli szukacie kina egzystencjonalnego, stawiającego na szali moralności czyny pokroju morderstwa czy ucieczki od obowiązków, to źle traficie. In a Valley of Violence dowodzi wprawdzie, że dobrze podana zemsta smakuje zawsze tak samo dobrze, ale nie znajdziemy tu nic więcej. I całe szczęście, że to tylko tyle.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: In a Valley of Violence
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Nucleus Films zbiera fundusze na restaurację klasyków włoskiego kina gatunkowego!

Powstały w 2003 roku z inicjatywy reżysera Jake’a Westa (Dyniogłowy: w proch się obrócisz) i producenta Marca Morrisa, Nucleus Films rozpoczął interesującą kampanię crowdfundingową. Panowie chcą tchnąć nowego ducha w europejskie kino grozy przy pomocy Indiegogo.

Nucleus ma zamiar zremasterować oryginalne negatywy Śmierć zniosła jajo (1968) oraz Lady Frankenstein (1971). Oferowane w jakości Blu-Ray, okraszone stylową grafiką i posiadające swój własny, limitowany numer seryjny, te dwa filmy są prologiem akcji pod wszystko mówiącym tytułem Euro-Cult Restoration Project!

Do akcji można się włączyć na Indiegogo

Jak mówi Jake West: Chcemy stworzyć wyjątkową edycję kolekcjonerską, będącą dumą dla każdego jej posiadacza. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, planujemy wygrzebać więcej kultowych, europejskich tytułów, na które fani wciąż czekają z niecierpliwością. Jeśli macie jakieś sugestie i pomysły dotyczące nadchodzących produkcji, to śmiało zaangażujcie się w Euro-Cult Restoration Project. To dopiero początek!

Akcję promuje także znany krytyk, pisarz i dyrektor festiwalu FrightFest, Alan Jones, oraz jego kolega po fachu, Kim Newman. Ten drugi skwitował firmę Westa i Morrisa słowami: Nucleus Films to firma, której można zaufać. Skupia ona uwagę na tytułach, które inne wytwórnie wolałyby produkować na uboczu.

Projekt póki co zebrał $16 tys. przy zakładanym progu $10 tys, więc można już dzisiaj powiedzieć że Śmierć zniosła jajo i Lady Frankenstein na pewno wzbogacą ofertę Nucleusa.

Zajrzyj na stronę Nucleus Films

31 (2016)

31_poster

Po finansowej klapie Lords of Salem – film w dystrybucji kinowej nie zwrócił nawet 2 milionowego budżetu – wielu fanów zwątpiło w dalszą karierę Roba Zombiego, muzyka w branży filmowej. Płomykiem, który na nowo rozpalił serca widowni, okazał się jednak tajemniczy projekt zatytułowany 31.

Zombie, dysponując mniejszymi funduszami, niż przy poprzednim filmie, wsparł się Internetem i zorganizował dwie kampanie crowdfundingowe, które pozwoliły mu na sfinalizowanie  projektu. Ostatecznie produkcja trafiła do szerszej widowni za pośrednictwem platform VOD 16 września tego roku, a specjalne pokazy kinowe wystartowały 21 października.

31 od początku budziło kontrowersje. Wspomnieć należy choćby o tym, że mimo wielu cięć filmowi ciągle nakładano kategorię R, klasyfikując go jako wyjątkowo brutalny. I cała ta otoczka znajduje sens w kontekście fabuły, jaką Rob Zombie raczył obdarzyć swoje dzieło.

To historia grupy wypaczonych pracowników parku rozrywki, którzy na dzień przed Halloween zostają pojmani przez grupę jeszcze większych zwyrodnialców i zmuszeni do przerażającej zabawy na ich regułach. To gra o przeżycie, w której nasi bohaterowie, niczym w komputerowej strzelance, zmagają się z nadciągającymi falami coraz bardziej cudacznych psycholi, których celem jest pozbawienie ich życia.

Zombie próbuje tu jakby skondensować swoją dotychczasową twórczość filmową do postaci pigułki, którą jego fani chętnie łykną. Stylistycznie najwięcej artysta czerpie tu z Domu 1000 trupów i wspomnianych Lords of Salem. Groteska i psychodeliczny klimat łączą się z typowym dla kina grindhouse kurzem czy wszechobecnym brudem.

Trudno też nie dostrzec teledyskowego zacięcia Roba, ten wszak własnoręcznie reżyseruje klipy dla swojej kapeli White Zombie. Jego najnowszy film jest taki, jak on sam, jego wizja kina lub muzyka – szalony, zadziorny, eskalujący przesadną brutalnością, zlewającą się ze smoliście czarnym humorem.

Nie zabrakło oczywiście ulubionych aktorów reżysera. Prócz obecnej w każdym jego filmie małżonki Sheri Moon Zombie, obsadę zasilił między innymi Jeff Daniel Phillips (stylizowany tutaj na Sida Haiga), Lew Temple, czy znany i powszechnie lubiany Malcolm McDowell, który występuje w peruce rodem z czasów Rewolucji Francuskiej.

Paleta postaci, w jakie wcielają się aktorzy, to prawdziwy pokaz rozbuchanej fantazji Roba. Od klaunów-rednecków z piłami łańcuchowymi, przez nazistowskie karły, po okultystycznych arystokratów. Gdyby film powstawał w okolicach 2007 roku, z pewnością podpięty byłby pod neoeksploatacyjny szyld Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez.

Cała produkcja zresztą pogrążona jest w kwaśnych latach 70-tych, przyozdobiona o zagrania montażowe tamtych lat czy soundtrack. Wszakże Zombie wielokrotnie udowodnił, że potrafi doskonale dobierać muzykę do swojego obrazka. Filmowi ujmuje jednak pod względem realizacji uboga scenografia. Oczywiście, stoi za tym niski budżet, przez co większość akcji dzieje się na korytarzach jakiejś zatęchłej fabryki.

Z wyżej wymienionych powodów, jeśli polecić miałbym komuś 31, to tylko i wyłącznie wiernym fanom Roba Zombiego oraz przeżywającego rozkwit nurtu explotation revival, bo mimo całej swojej „fajności”, film nie daje emocji, które zostałyby z nami dłużej niż 2 godziny po seansie.

Kolejny trip wypchanej pomysłami głowy Roba okazuje się jednorazową wycieczką, w dodatku nie oferującą niczego nowego, serwującą kolejny raz talerz pełen krwawej, soczystej pulpy. Trudno szukać tutaj ciekawych postaci pokroju rodzinki Firefly, nie znajdziemy również głębi remake’u Halloween. Realizacyjnie dużo brakuje mu zaś do debiutanckiego Domu 1000 trupów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: 31
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5