Archiwa tagu: kino narkotykowe

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

American Honey (2016)

american-honey-poster

Czasem punkt widzenia obcego może rzucić całkowicie nowe światło na kulturę, która pozostaje ograniczona przez własną samoświadomość. Nie inaczej jest w kinie, które zdominowane przez lubujący się w wystawnych produkcjach amerykański przemysł filmowy, zawsze przeżywa szok, gdy ogromne amerykańskie przestrzenie weźmie pod lupę ktoś inny, niż hollywoodzki insajder.

Z Ameryką w istocie mierzyło się w przeszłości wielu europejskich czy azjatyckich twórców i niemało z tych filmów należy dzisiaj do żelaznej klasyki kina. Wystarczy wspomnieć Zabriskie Point (Antonioni), Nocnego kowboja (Schlesinger), Chinatown (Polański), Atlantic City (Malle), czy żeby nie sięgać daleko Las Vegas Parano (Gilliam) i już mamy pewien obraz, który ciężko wymazać z pamięci.

Jestem przekonany, że do tego szeregu można teraz dodać American Honey wyreżyserowany przez brytyjską gwiazdę kina autorskiego, Andreę Arnold, która za swój Fish Tank otrzymała w 2009 Nagrodę Jury na Festiwalu w Cannes, żeby odebrać tę samą nagrodę za swoje najnowsze dzieło, pozostające w mojej skromnej opinii jednym z najlepszych filmów roku!

Andrea Arnold często mówi, że rzadko inspirują ją inne filmy, a znacznie częściej samo życie, co wypisz, wymaluj idealnie definiuje styl American Honey – naturalistycznej, surowej i szczerej opowieści o życiu amerykańskich nastolatków, którzy nigdy nie zaznali szczęścia troskliwej rodziny, dobrej edukacji i trzech posiłków dziennie, balansując przez większość swojego młodego życia na granicy nędzy, rozpaczy i szaleństwa.

Star (Sasha Lane), protagonistka tego niezależnego dramatu, zrealizowanego w dużej mierze z udziałem amatorów zhaltowanych z supermarketowych parkingów, którzy dostali od Arnold ogromne pole do improwizacji, wyprodukowanego za niecałe $3,5 mln, nakręconego kamerą z ręki w trakcie objazdu południa USA, to młoda dreadziara opiekująca się dwójką dzieciaków pozostawionych na lodzie przez rodziców grzejących crystal meth.

Jej sytuacja życiowa jest widoczna od pierwszej sceny, w której dziewczyna skipuje wysyp lokalnego Kmartu, wyciągając z niego zafoliowanego kurczaka i kilka ziemniaków, co ma zapewnić pożywienie dla całej rodziny na kilka kolejnych dni. Ale kilka chwil później na parking obok zawija Ford Minivan z bandą nastolatków, które wyglądają, jakby kończyły weekendowy rave, a Star wpada w oko przystojny Jake (Shia LaBeouf), który zachęca ją, żeby uderzyła nazajutrz razem z nimi do Kansas City.

W ten prosty sposób zawiązuje się akcja dzieła Arnold, łączącego klasyczne kino drogi z filmem o dorastaniu, w którym nie brakuje dymiących bongów, butelek taniej whisky i namiętnych scen seksu (to wszystko podcięło masową dystrybucję), co automatycznie przypomina o innych wielkich dokonaniach gatunku takich jak River’s Edge, Dzieciaki czy Spring Breakers – szokerach o trudnej młodzieży, które skutecznie niszczą idealistyczny obraz dorastania.

Jake wkrótce weźmie Star pod opiekę, żeby pokazać jej kulisy pracy, którą cała załoga wykonuje do znudzenia. A jest to sprzedaż papierowych magazynów w formie abonamentu, czy raczej wyciąganie siana od kogo się da poprzez sprzedaż siebie (swojego wizerunku, swojej osobowości, swojego ciała), w celu zaspokojenia nieograniczonego apetytu na pieniądze Krystal (Danielle Riley Keough) – szefowej tego amerykańskiego przedsięwzięcia.

I tak widzimy jak w kalejdoskopie miasta zmieniające się w wioski, dzielnice nędzy, pola naftowe, kaniony i motele, w których zatrzymuje się załoga, składająca się wyłącznie z nastoletnich wyrzutków, białych śmieci, dzieci osieroconych przez rodziców i los, nie bawiących się w subtelności… które podśpiewują We Found Love Rihanny.

Szefujący im Jake wydaje się starszy i bardziej doświadczony, ale jego kontrola szybko pęka w obliczu miłości do Star, która ujawnia wybuchowy temperament i uliczną mentalność. Ale nawet jeśli mamy do czynienia z kilkoma brutalnymi akcjami, reżyserka oparła się pokusie przerobienia tego wątku na modłę Bonnie i Clyde, oferując rodzaj przedziwnej konsolacji wraz z zakończeniem, które pozostaje tajemnicze i otwarte na interpretację!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: American Honey
Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4,5/5

Miles Davis i ja (2015)

miles_ahead_poster

Don Cheadle chyba za bardzo popłynął w swoim reżyserskim debiucie, żeby można go było oglądać jak biografię z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej jednak strony mamy tu przepiękne momenty milesowskie, które artysta wyczarował dzięki swojej pracy aktorskiej. A że Cheadle znany jest z mierzenia wysoko swoimi kreacjami – wystarczy wspomnieć takie kultowe filmy, jak Boogie Nights czy Traffic – warto mu ten pierwszy raz po drugiej stronie kamery wybaczyć.

Miles Davis i ja byłby rewelacyjnym stadium osobowości boga jazzu, który ustami Cheadle’a określa go jako „muzykę społeczną” (tak moi mili, Miles nienawidził szufladek), gdyby Cheadle nie nadmuchał go niepotrzebnie sensacyjno-kryminalną intrygą, sprowadzającą wszystko w rejony Across 110th Street z machającym zza rogu Shaftem.

Z tego prującego ogniem i ścigającego się furami po nowojorskich ulicach muzyka ciężko się nie uśmiać, choć mniej tu chodzi o zgodność z faktami (biografie są interpretacjami faktów), ale o wybór twórcy, który w pewnym momencie rozciąga psychologiczno-emocjonalną strunę do tego stopnia, że oczekuje się zakończenia przynajmniej na miarę Bound for Glory, a ta zostaje zwinięta wraz z pojawieniem się alternatywnego Milesa, zamieniającego wszystko w gangsterską fantazję.

Wspomnijmy jednak o największych zaletach filmu, którymi są oprócz wspomnianej kreacji Cheadle’a, rola Ewana McGregora, wcielającego się w wyrachowanego reportera Rolling Stone, doskonałe dialogi, wyśmienity, zdegenerowany klimat oraz bardzo ciekawie wyreżyserowane momenty biograficzne. O muzyce nie ma nawet co wspomniać, bo ciężko żeby była słaba w filmie o Milesie Davisie – dostajemy pełno tune’ów z Agharty, Sketches of Spain czy Kind of Blue.

Akcja filmu rozgrywa się w 1980, w trakcie Wielkiej Ciszy, w której Miles przestał nagrywać studyjnie, zaszywając się w swoim nowojorskim domu, gdzie ćpał koks i imprezował z dziwkami, co pokazane jest bardzo dosłownie (w jednej ze scen muzyk pokrywa nawet różnicę za ćwierć uncji swoim autografem). Cheadle dokonuje ponadto introspekcji, która pokazuje Milesa w latach ’50/’60, kiedy ten został pobity przez policję, a także ożenił się i rozwiódł z Frances Taylor.

Czy to dużo, czy to mało? Mi to wystarczyło, żeby z zainteresowaniem oglądać film do połowy i z nieco mniejszym czekać na zakończenie, kiedy przed oczami miałem głównie stracony potencjał, co nie znaczy jednak, że należy sobie ten seans odpuścić. Należy się raczej skupić na najmocniejszych stronach filmu, szczególnie milesowskich tekstach i manieryzmach, które gwarantują dobrą zabawę wszystkim fanom muzyka, a zapomnieć o artystycznym oberwaniu chmury.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Miles Ahead
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP
Ocena MGV: 3/5

Paul Thomas Anderson o „Boogie Nights”: „Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy”

1997 by dobrym rokiem dla młodego Paula Thomasa Andersona, który po raz pierwszy poczuł smak międzynarodowego sukcesu dzięki Boogie Nights, brawurowo wyreżyserowanej rozprawie z przemysłem pornograficznym, który w latach ’70 królował w San Fernando Valley – krainie wyrzutków, narkomanów i biedaków, w której artysta się wychował i z której do dziś czerpie inspirację.

Boogie Nights pojawiło się na horyzoncie po pełnometrażowym debiucie PTA, Hard Eight (oryginalnie Sydney), który mimo że zaklasyfikował się do głównego konkursu na Festiwalu w Cannes, został kompletnie olany przez dystrybutora, Rysher Entertainment i szybko przepadł w morzu innych produkcji.

300-stronicowy scenariusz Boogie Nights miał swoje korzenie w pierwszym szorcie PTA, The Dirk Diggler Story, który został przez niego nakręcony w wieku 17 lat. Film zaliczył premierę na Festiwalu w Toronto w 1997, zyskując super pozytywne recenzje krytyków, którzy porównywali styl młodego reżysera do Roberta Altmana i Martina Scorsese, nie szczędząc zachwytu nad brutalnym realizmem jego dzieła. Ukoronowaniem sukcesu Boogie Nights stała się nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz.

Obraz szybko stał się kultowy ze względu na unikalny klimat narkotykowego i seksualnego ekscesu, który uważany jest za bardzo realistyczny portret Kalifornii przełomu lat ’70 i ’80.

Dramatyczne sekwencje, pokazujące coraz większe uzależnienie bohaterów od białego proszku, nie byłyby jednak tak sugestywne, gdyby reżyser sam nie przeżył kilku kokainowych ciągów, do czego przyznał się w wywiadzie dla Creative Screenwriting, który oryginalnie został opublikowany w 1998 i właśnie pojawił się online.

Zapytany o to, skąd wie, jak rozmawiają ludzie nawciągani koksem, PTA odpowiada bez ogródek: Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy.

Zaskakujące jest przy tym to, że reżyser w tym samym wywiadzie uznaje swój film za bardzo krytyczny, co rzadko akcentowane jest przez fanów czy krytyków, którzy kochają go najczęściej za to, iż opowiada on historię, która wydaje się nie ferować żadnych wyroków.

Jak twierdzi jednak PTA: Sądzę, że to właśnie jest w tym wszystkim najśmieszniejsze i może być powodem, dla którego Boogie Nights nie osiągnął sukcesu kasowego – ten film jest do pewnego stopnia osądem. Kocham te charaktery i kocham pornografię z tego samego powodu, dla którego jej nienawidzę, czy dla którego wpędza mnie w depresję.

Pierwsza połowa to gry i zabawy, ale w drugiej pojawia się za nie kara. To moje własne poczucie winy za pornografię. W pewien sposób jest to więc rozprawa nad pornografią i jej bohaterami. Ale zostało to wykonane w łagodny i szczery sposób, ponieważ nie miałem żadnego pojęcia co robię.

PTA przyznaje również otwarcie, że… filmy powodują przemoc, a sam śmieje się z argumentów przeciwników razem z Johnem C. Reillym.

Filmy powodują przemoc. Filmy absolutnie promują przemoc. Wiem to, bo za dzieciaka po obejrzeniu filmów chciałem być taki jak filmowe charaktery. Chciałem się ubierać jak one i mówić jak one. Szczęśliwie, skanalizowałem to ostatecznie w pracę przy filmach – mówi artysta.

Conradino Beb

 

Źródło: Creative Screenwriting

Wyznania nastolatki (2015)

The-Diary-of-a-Teenage-Girl-2015-movie-poster

Wyznania nastolatki to film, który bardzo spodobał się zarówno kinomanom, krytykom, jak i dystrybutorom na zeszłorocznym Festiwalu Sundance, gdzie obwołano go „dziełem oryginalnym, intensywnym i przezabawnym”, co nie jest w tym wypadku przesadą.

Zrealizowany przez debiutantkę Marielle Heller na podstawie kontrowersyjnej powieści graficznej The Diary of a Teenage Girl: An Account in Words and Pictures autorstwa Phoebe Gloeckner, obraz łączy opowieść o budzącej się seksualności młodej Minnie z przypomnieniem narkotykowego ekscesu liberalnych lat ’70.

Z ciekawostek warto dodać, że główną inspiracją dla reżyserki było arcydzieło Hala Ashby’ego, Harold i Maude, którego kultowy impresjonizm można bez trudu odnaleźć w Wyznaniach nastolatki.

To również film retro, co przypomina mi o tym, że obecna dekada ma szansę przejść do historii kina jako eksplozja zainteresowania stylami przeszłości, pewnego rodzaju trend, w którym można odnaleźć tęsknotę za czasami, kiedy ludzie marzyli wciąż o lepszym jutrze, a kultura to odzwierciedlała.

A co może być lepsze od wyrażenia tej tęsknoty, niż osadzenie akcji w pozbawionym wszelkich trosk okresie, charakteryzowanym przez wyzwolenie z więzów religijnego konserwatyzmu, wolność seksualną (jeszcze bez widma AIDS wiszącego nad głową), czy tony marihuany, kokainy i LSD przewalające się przez USA w ilościach wcześniej niespotykanych.

Faktycznie, to w latach ’70 Amerykanie mogli się po raz pierwszy rozkoszować wolnością wywalczoną dekadę wcześniej, a imprezkę rozkręciło na dobre zakończenie Wojny w Wietnamie, które ostatecznie obaliło widmo poboru.

W tych czasach żyje właśnie bohaterka filmu, 15-letnia Minnie, której artystyczna dusza domaga się oprócz osobistego uznania przez jej idolkę, rysowniczkę komiksową Aline Kominsky (faktyczną żonę Roberta Crumba, której duch cały czas unosi się nad filmem), DUŻEJ ilości seksu i pierwszych doświadczeń z dragami.

Hormony robią swoje i wkrótce Minnie wskakuje do łóżka z chłopakiem swojej matki-rozwódki, Monroe, z którym traci dziewictwo i kontynuuje pierwszy w swoim życiu romans przez kilka miesięcy.

To, jak możemy się domyślać, pomysł dość ryzykowny, który będzie miał swoje poważne konsekwencje, jednak stanowiący oś akcji filmu i zapewniający widzowi obfitość absolutnie zabawnych momentów (dokładnie jak w kultowym komediodramacie Hala Ashby’ego).

Ale to nie wszystko, bo Minnie będzie również przeżywała przygody ze swoją przyjaciółką Kimmie, z którą m.in. będzie obciągać pały młodym chłopcom w toalecie, a także z „potrzaskaną duszą” Tabathą, która zapozna ją z erotycznymi właściwościami lude’ów (chemiczna nazwa: metakwalon) i marihuany, a także wprowadzi w świat lesbijskiego seksu.

Do silnych stron tego zachwycającego filmu należy również bardzo dobra obsada – Bel Powley jest fantastyczna jako Minnie, Alexander Skarsgård jako Monroe, a Kristen Wiig jako Charlotte (fruwająca na koksie matka naszej nastolatki) i nawet epizodyczna rola Christophera Meloniego jako Pascala, tradycjonalistycznego ojca Minnie, zasługuje na uwagę – która w połączeniu z osobistą narracją w pierwszej osobie, ładnym oświetleniem nadającym obrazowi pastelowych barw, naturalnym językiem i świetną muzyką kreują wysokiej klasy widowisko audiowizualne.

Wyznania nastolatki posiadają ponadto równe tempo, które jest bardzo komfortowe dla widza, ale reżyserka i tak raz na jakiś czas przyciska pedał gazu, wprowadzając pięknie zrealizowaną animację, która pokazuje bogactwo wyobraźni Minnie.

Przykładowo, w bardzo zręcznie wyreżyserowanej scenie tripu kwasowego Minnie dostaje skrzydeł i wzlatuje ponad łóżko, by zostać sprowadzona na ziemię przez swojego partnera, który przeżywa ciężki bad trip. Jedna z tych fenomenalnych scen, których jest tu naprawdę sporo, a które sprawiają, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem od początku do końca.

Oczywiście, duże znaczenie dla wymowy debiutu Heller ma również fakt, że to kobieta gra tu pierwsze skrzypce, gdyż portetów zbuntowanych nastolatków, szukających pierwszych doświadczeń seksualnych i imprezujących do pierwszego pawia, mamy w kinie na pęczki (zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do Dzieciaków, wciąż żywego dzieła Larry’ego Clarka)… kobieta, która nie waha się eksplorować swojej seksualności, nawet jeśli jej wybory posiadają wszystkie cechy wieku dorastania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Diary of a Teenage Girl
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP (United International Pictures)
Ocena MGV: 4/5

Bryan Cranston tajną bronią w Wojnie z Narkotykami w „The Infiltrator”

Bryan Cranston (Breaking Bad, Drive) wciela się w agenta DEA Roberta Mazura w The Infiltrator, nowym filmie Brada Furmana (Prawnik z Lincolna, Ślepy traf).

Akcja filmu została oparta o prawdziwą historię Roberta Mazura, który pod pseudonimem Bob Musella zinfiltrował na rozkaz DEA szczyty hierachii Kartelu z Medellín pod koniec lat ’80, neutralizując system dystrybucji kokainy i prania pieniędzy w USA przez organizację Pabla Escobara.

Międzynarodowa premiera jest zapowiadana na 15 lipca tego roku.

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Bóg wie co (2014)

heaven_knows_what_2014_poster

Filmy o dragach można w zasadzie podzielić na trzy typy. Pierwszy to domena psychedelicznych eksperymentów, które stawiają przede wszystkim na emulację doświadczenia narkotycznego (patrz Enter the Void).

Drugi to różnego rodzaju psychologiczno-społeczne portrety użytkowników, narkomanów, dilerów i całej reszty związanej z produkcją i handlem narkotykami (patrz Panika w parku sztywnych). Trzeci to z kolei hybryda dwóch powyższych stylów (patrz Requiem dla snu).

Bóg wie co braci Bena i Joshuy Safdie należy do tego drugiego, twardo osadzony w tradycji ulicznego realizmu, nowojorskiego cinema vérité, niezależnego ducha spod znaku Lionela Rogosina, czy żeby daleko nie sięgać Johna Cassavetesa.

I faktycznie, oglądając to zaskakujące dzieło nie można się oprzeć myślom w stylu „spotkanie Twarzy i Paniki w parku sztywnych”, bo akcja kręcona obsesyjnie w zbliżeniach, niemal wyłącznie długimi obiektywami, takie właśnie wrażenia prowokuje.

W duchu Cassavetesa i Schatzberga, który dał nawet filmowcom radę: „Nie zatrudniajcie żadnych ćpunów” – jest więc bezpośrednie połączenie – bracia Safdie wymieszali konkretnie obsadę, kręcąc z udziałem narkomanów i dilerów zhaltowanych z nowojorskiej ulicy oraz kilku profesjonalnych aktorów, swój scenariusz opierając na dramatycznym pamiętniku Arielle Holmes, narkomanki odnalezionej żebrzącej na Manhattanie, która zagrała główną rolę w filmie, po tym jak przeszła terapię odwykową.

I to podejście naprawdę działa, pomimo tego że temat daleki jest od świeżości. Być może dlatego, iż amatorzy nie są przyzwyczajeni do grania. A może dlatego, że odgrywają własne życie.

Ale tutaj nie tylko casting robi halo, bo mamy również obskurne meliny i uliczne lokacje, które dopełniają obrazu rozpaczy i beznadziei w połączeniu z fantastycznymi zdjęciami – kamera z ręki przypomina wczesne filmy Aronofsky’ego, szczególnie Pi – oraz wyjątkową muzyką Ariela Pinka.

To film, który prawdziwie oddaje ducha amerykańskiego kina niezależnego, rezygnując z taniego efekciarstwa i rzadko robiąc wypady w stronę odrealnionego impresjonizmu, jak w scenie ćpuńskiego rave’u, która jednak działa idealnie.

Sama historia również odbiega od hollywoodzkich łuków narracyjnych, oferując serię małych tragedii, ludzkich momentów, nie próbując ani gloryfikować życia narkomana, ani go potępiać.

Jasne, końcowa scena jest dosyć jasna do odczytania, ale głównie dlatego, że życie ćpuna jest do bólu przewidywalne i są tylko dwa sposoby na przerwanie tej egzystencji: odwyk albo śmierć.

Ta egzystencja nie jest przy tym pozbawiona głębokich uczuć, a konkretnie miłości, którą w filmie główna bohaterka Harley żywi do Ilyi, zdegenerowanego śmiecia, wystawiającego ją na wszelkiego rodzaju upokorzenia, bo jego człowieczeństwo zostało sprowadzone zaledwie do kręcenia hajcu na następnego rzuta.

To że heroina zastępuje wszystkie potrzeby życiowe, wiemy zaś dobrze od ojca heroinowej gnozy, Williama S. Burroughsa, który swoim krótkim mottem: „Nigdy nie odwracaj się plecami do ćpuna” uzmysłowił swoim czytelnikom, że narkotykowy głód likwiduje wszelkie skrupuły u człowieka.

Można też przypomnieć słowa innego miłośnika makowego soku, Jerry’ego Garcii, który u szczytu swojego nałogu i swojej sławy stwierdził, że heroina pakuje wszystkie problemy człowieka do małego woreczka, którego interesuje tylko jedna sprawa: „Gdzie jest jego następny strzał?”

Czy ten film (który miał swoją polską premierę na Festiwalu Nowe Horyzonty) będzie się podobał wszystkim? Bardzo wątpię. Dla jednych będzie zbyt romantyczny, dla innych zbyt obskurny, a jeszcze dla innych mało koherentny.

Fanom Paniki w parku sztywnych powinien jednak podejść… jak też fanom Burzum, którego muzy namiętnie słucha Harley. Warto dodać, że to film pokrewny stylem Mandarynce, który jednak nie oferuje żadnych akcentów humorystycznych, jak też żadnych konkretnych odpowiedzi.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Heaven Knows What
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Pilot „Vinyl” to najlepszy „film” Scorsese od lat!

Kokaina, rock’n’roll, testosteron, szaleństwo i brutalne kulisy przemysłu muzycznego przełomu lat ’60/’70 składają się na Vinyl, serial przy tworzeniu którego połączyli siły Mick Jagger, Terence Winter i Martin Scorsese. Trwający niemal dwie godziny pilot został własnoręcznie wyreżyserowany przez Scorsese, który chyba dawno nie miał już tyle zabawy przy pracy, bo ostateczny efekt eksploduje od energii (dosłownie i w przenośni), która sama w sobie jest wystarczającym powodem, żeby dać serialowi szansę!

Vinyl to 8-odcinkowa antologia wyprodukowana przez HBO, która szuka nowej Rodziny Soprano, The Wire czy True Detective i nie przebiera w środkach. Serial został oparty na sztuce telewizyjnej autorstwa Terence’a Wintera i George’a Mastrasa ze scenariuszem Micka Jaggera, Richa Cohena i Martina Scorsese, który eksploruje transformację niezależnego przemysłu muzycznego w złotej epoce muzyki gitarowej oraz lajfstajl ludzi związanych z nim na co dzień.

Pierwsze wrażenie to EKSCES! Scorsese jedzie po bandzie, jakby chciał wrócić do swoich najlepszych lat i jeszcze raz nakręcić Ulice nędzy (nie, to wciąż nie ten poziom, ale dajmy się trochę oszukać), tyle że w międzyczasie zrobił wiele innych rzeczy… czasem lepszych, czasem gorszych. Artysta w jakimś sensie kontynuuje też stylistykę znaną z Wilka z Wolf Street, tyle że HBO dało mu znacznie więcej swobody i w efekcie widzimy tu nawet inspiracje cormanowskie (o tak!)

Z tego zresztą powodu serialu nie da się traktować całkowicie poważnie, a kto będzie próbował racjonalizacji w stylu „Mad Men na dragach”, może się mocno zawieść, bo twórcy mimo wszystko mocno lecą w stronę rock’n’rollowej rozrywki (tak, szczególnie dla fanów okresu) i interpretują temat raczej via licentia poetica, niż posługując się jakimś konkretnym, historiograficznym filtrem.

To może czasem denerwować zagorzałych fanów muzyki, ale większość widzów nawet się nie zorientuje, że „skłamano” im w żywe oczy, a scenografia i kostiumy są mimo wszystko fantastyczne! Szerokie kołnierze, szerokie spodnie, wszystko nabiera kokainowego stylu, który był bardzo elegancki, ale jednocześnie bardzo rozpasany i szczerze mówiąc, miejscami graniczył z kiczem.

new_york_dolls_vinyl
Koncert The New York Dolls w „Vinyl”

Oczywiście, te granice są cienkie i Vinyl to rozumie, więc nie mamy tu jakiejś obsesyjnej dbałości o szczegóły, choć nie sądzę, żeby w tym względzie serial odbiegał od standardu w stylu American Hustle (swoją drogą, naprawdę dobrego filmu), który stał się beniaminkiem Akademii Filmowej kochającej obrazy retro… w dużej mierze dlatego, że jej członkowie to banda białych kolesi na szczycie, którzy częściej patrzą za siebie niż przed siebie.

Ale muza jak muza w Vinyl uderza konkretnie w palnik z glamem, proto-punkiem, punk rockiem (mylnie umieszczonym w 1973), hip hopem, bluesem, soulem… heavy metalem. Tak, ucieszą się fani Black Sabbath z Iron Mana, który idealnie rozpędza scenę z nawciąganym jak stodoła właścicielem pewnej stacji radiowej, grającym numer na perkusji po dwóch dniach maratonu narkotykowego z Frankensteinem Jamesa Whale’a lecącym w tle!

Zresztą nie ma tu nawet co zgadywać, bo Scorsese kocha horrory i thrillery. Wychował się przecież… tak, zgadliście u Rogera Cormana, który w jego filmach dostaje często hołd. Piękne dla niektórych, a dla innych obrazoburcze, Ostatnie kuszenie Chrystusa, zostało przez niego przecież nazwane filmem cormanowskim, bo reżyser chciał przywrócić świeżość produkowania filmu w dwa tygodnie!

Vinyl wydaje się nieco przywracać tę energię, szczególnie że Bobby Cannavale (mąż wielce utalentowanej Rose Byrne), który w serialu gra Richiego Finestrę, CEO niezależnej wytwórni American Century Records (wzorowanej bądź na Capitolu, bądź na Atlantic) ma konkretny styl gry, którego nie powstydziłby się młody De Niro. A że odkrywa hip-hop w południowym Bronxie, to już zupełnie inna sprawa.

Mick Jagger i Martin Scorsese na premierze „Vinyl”

Jasne, można narzekać, że to kolejna epopeja białego biznesmena, ale jest ona przedstawiona tak barwnie, że po zakończeniu seansu człowiek ma ochotę od razu wrzucić następny odcinek. Jasne, nie wszystkie kawałki są oryginalne i w soundtracku można usłyszeć dużo coverów, ale gdy widzimy rekreację koncertu The New York Dolls grających Personality Crisis, to człowiek ma ochotę wstać i śpiewać!

Scorsese upchnął w pilocie więcej takich smaczków, które mimo że czasem wydają się wymuszone, w swojej naiwności dają dużo radochy. A o radość z oglądania tu przede wszystkim chodzi, bo i lata ’70 w amerykańskiej mitologii popularnej należą do najbardziej wspominanych ze względu na niekończące się pasmo imprez, koncertów i wydarzeń połączonych kokainową kreską długości kilometra.

Kokaina, którą Scorsese, w swoim czasie konkretny ćpun, dobrze pamięta, jest oczywiście jednym z głównych tematów Vinyl. Koks napędza przemysł, koks daje więcej czasu, koks podkręca zabawę, koks wreszcie doprowadza do szaleństwa i to jest w serialu mocno podkreślone! Ale trzeba pamiętać, że koks w tym okresie był dostępny wszędzie, gdzie pracowała bądź imprezowała klasa średnia, był synonimem czasów, dragiem wyboru, którego efekty uboczne były PRAKTYCZNIE NIEZNANE!

Cieszy także, że Scorsese mógł bez żadnych przeszkód eksponować wątki erotyczne, bo dragi, seks i rock’n’roll to trójkąt, który stanowi osobną kulturę i który tylko ze wszystkimi końcami ma jakiś sens. Tu popisał się zresztą Jagger, którego syn James gra w serialu lidera punk rockowego bandu The Nasty Bits, wzorowanego częściowo na punkowej legendzie, Richardzie Hellu.

W jednej ze scen młoda agentka A&R wspomina nawet jego pierwszy zespół The Neon Boys, który w tym okresie był jednak kompletnie nieznany i dopiero później okazał się ciekawostką. To jedna z kobiecych kreacji, która ma szansę na rozwój w stylu Peggy Olson z Mad Men. Inną jest żona Richiego Finestry, Devon, która pilnuje żeby jej mąż nie poleciał na dno. Parytetu może nie ma, ale jest to już coś.

vinyl-juno-temple
James Jagger i Juno Temple

Vinyl powinien idealnie trafić w gusta widzów, którym w żyłach tańczy rock’n’roll lub którzy przynajmniej mogą dać mu szansę. Inni mogą mieć z tym serialem problem, bo za dużo tego, za mało tego i w obsadzie nie ma gwiazd. Wszystkich jednak zachęcam do wcześniejszego obejrzenia pilota, który sam w sobie jest ciekawym przykładem do czego jest zdolna autorska telewizja z dużym budżetem.

Conradino Beb

To już oficjalne, Danny Boyle nakręci „Trainspotting 2”

Grube ryby w Tri-Star wybrały życie, wybrała pracę… i zatwierdziły do produkcji Trainspotting 2, który wyreżyseruje ponownie Danny Boyle. Wytwórnia zarządzana przez Sony dała zielone światło na sequel do kultowego filmu z lat ’90, w którym pojawi się oryginalna obsada: Ewan McGregor, Jonny Lee Miller, Ewen Bremner i Robert Carlyle. Scenariusz napisze ponadto oryginalny scenarzysta, John Hodge.

Umowa doszła do skutku, gdyż Tom Rothman (jeden z członków zarządu Sony) jest długoletnim znajomym Danny’ego Boyle’a i wspierał jego Życie mniej zwyczajne (1997), kiedy wciąż piastował pozycję producenta wykonawczego w Fox.

Zasilający dzisiaj szeregi filmów kultowych, Trainspotting (1996) był adaptacją powieści Irvine’a Welsha, opowiadającej historię szkockich heroinistów z klasy robotniczej, którzy próbują w pokręcony sposób poukładać sobie życie. Ewan McGregor został narratorem filmu, wcielając się również w główną rolę Rentona, mając u swojego boku legendarnego Sick Boya (Jonny Lee Miller) i Spuda (Ewen Bremner).

Boyle ujawnił po raz pierwszy, że zamierza nakręcić kontynuację na swojej trasie poświęconej Steve’owi Jobsowi. Zdjęcia mają się zacząć na wiosnę 2016, a film ujrzałby światło dzienne w 2017. Media z kontaktami w Hollywood twierdzą, że umowa ma dużą szansę stać się faktem. Produkcją mają się zająć: Figment Films, Decibel Films, Cloud Eight Films oraz Film4.

Minęło 20 lat od kiedy oglądaliśmy te charaktery na ekranie, a John Hodge napisał scenariusz, który w fantastyczny sposób ciągnie dalej ich – i naszą – historię. Jesteśmy wdzięczni Tomowi i Hannah za ich wsparcie i nie możemy się doczekać przystąpienia do pracy. – podsumował Boyle.

Źródło: Hollywood Reporter