Archiwa tagu: kokaina

1980: porobiony crackiem Richard Pryor podpala się i wybiega na ulicę!

Znany komik i aktor, Richard Pryor, wychowywał się w burdelu, w którym jako prostytutka pracowała jego matka. Porzucony w wieku 10 lat, stał się pociechą babci, właścicielki wspomnianego przybytku, która w kwestii edukacji stosowała głównie lanie. Ale dalej też nie było lekko, bo w wieku 14 lat Richard był molestowany przez katolickiego księdza z lokalnej parafii, by następnie zostać wyrzucony ze szkoły.

Ten mało rozrywkowy los miał uczynić z Pryora jednego z największych artystów w historii amerykańskiej komedii stand-up, który został nazwany przez Jerry’ego Seinfelda „Picassem naszego zawodu” i był podziwiany przez wielu amerykańskich krytyków jako największy talent od czasów Lenny’ego Bruce’a.

Demony nie oszczędzały jednak ani na chwilę komika po tym, jak ten przebił się do masowej swiadomości niezwykle kontrowersyjnym jak na swoje czasy albumem komediowym That Nigger’s Crazy w 1974.

Pryor wkrótce nie mógł wyhamować ze swoim pociągiem do dragów, seksu i alkoholu, które trzy lata później doprowadziły do pierwszego w jego karierze ataku serca.

To doprowadziło go do słynnego epizodu z czerwca 1980, kiedy będący u szczytu sławy artysta podpalił się po wcześniejszym oblaniu alkoholem we własnym domu, a następnie wybiegł na ulicę – skutek nadużywania cracku (kokainy typu freebase), który przerobił mu mózg na budyń waniliowy.

Jak Pryor przyznaje się w swojej autobiografii Pryor Convictions and Other Life Sentences: Po paleniu freebase’u bez przerwy przez kilka dni nie byłem w stanie rozróżnić pomiędzy jednym, a drugim… wyobrażając sobie nadchodzącą ulgę sięgnąłem po butelkę koniaku na stole i cały się nim oblałem.

Bardzo naturalne. Metodyczne… odpaliłem zapalniczkę… i byłem skąpany w płomieniach. Byłem w miejscu, które nie było ani niebem, ani ziemią. Musiałem być w szoku, bo nic nie czułem.

Historia została opisana przez magazyn People, którego archiwa są dzisiaj dostępne online, dzięki czemu jesteśmy w stanie prześledzić, co stało się gdy Pryor w końcu trafił do szpitala.

Jego walka była heroiczna i dręcząca. Kilka razy dziennie lekarze i pielęgniarki ze Szpitala w Sherman Oaks w Los Angeles wsadzali Richarda do kąpieli wirowej (rodzaj hydromasażu – przyp. red.), gdzie ciepła woda i środki antyseptyczne obmywały jego ciało.

Po tej kąpieli poparzenia trzeciego stopnia smarowane były srebrną maścią z sulfadiazyną, która miała walczyć z infekcją. Następnie, dwa razy dziennie, nawet przez dwie godziny, lekarze wsadzali komika do komory hiperbarycznej – cylindra, w którym można potroić normalne ciśnienie atmosferyczne, wymusić przyswajanie tlenu i przyśpieszyć proces leczenia. W ostatni wtorek operowano, by usunąć martwą tkankę z jego ciała i płyn z płuc – czytamy w numerze z 30.06.1980.

Pryorowi ostatecznie udało się uniknąć śmierci, z czego ten potem nawet żartował: Nauczyłem się jednej rzeczy, jak się palisz możesz biec naprawdę szybko, choć w swoich skeczach zamienił koks i alkohol na mleko i ciasteczka.

Do legendy dostała się też Parthenia Street, na której miało miejsce całe zajście. Pryor zmarł ostatecznie 10.12.2005 po trzecim ataku serca.

Richard Pryor żartujący na temat swojego wypadku

Conradino Beb

Beat na piątek: Neo-Londyn

Nie bez przyczyny Londyn to miasto, które nigdy nie śpi. Kokainowa dieta jest dla każdego – białych śmieci, imigrantów, nauczycieli, aż po kurwy. 3 dychy, szybka ściecha, pojawia się energia i uśmiech, masz wyjebane na cały świat. Rzeczywistość dogoniła cyberpunkowe wizje z kart Métal Hurlant lub Neuromancera.

Z jednej strony istnieje świat cyfrowych bilboardów, świetlistych drapaczy chmur, modnych klubów i wielkich korporacji. Ale parę pięter niżej, w zaszczurzonych uliczkach, wiecznie podłączeni do sieci ludzie dobijają narkotykowe deale, sprzedawane są ciała, rodzi się buntownicza sztuka.

Jednym z buntowników jest Gaika, urodzony w Brixton potomek karaibskich imigrantów. Jego pierwszym językiem wypowiedzi były sztuki wizualne. Muzykiem został po jednej pijackiej nocy, w trakcie której chwycił za mikrofon i zaczął freestylować.

Silny nacisk na aspekty wizualne przebija się w jego twórczości po dziś dzień. W swoich teledyskach Gaika jawi się jako wkurwiony, ostro ujarany szaman cyfrowej ery, ale jego muzyka ma również bardzo obrazowy charakter. Ostatni mixtape rapera – Security, to dźwiękowy, interaktywny przewodnik po współczesnym Londynie.

Do jego stworzenia artysta użył szerokiej palety stylów, które składają się na muzyczny pejzaż Zjednoczonego Królestwa – dancehall, grime, gotycki industrial, hip-hop. Nie brakuje też aspektów podkreślających jego kosmopolityczny charakter.

W Buta gruby dubowy wokal Seroce spotyka się z bliskowschodnią barwą Miss Red, znanej ze współpracy z The Bug. Security, tak jak Neo-Londyn, tworzy dychotomia. Pełen sacharozy, popowy autotune, łamią industrialne zgrzyty, eteryczne kaskady elektroniki – brutalny rap chuligana z centrum.

Futurystyczna, ciągle mutująca tekstura, wyłącza album z ram wszelkiej klasyfikacji (to rejony genreless). Z dancehallowego transu przepływamy do niskich basowych ciosów.

Obrazy zmieniają się w jak w kalejdoskopie: kreska – upadły klub – kreska – Gaika sieje spustoszenie na dzielni – dalsze kreski – centrum – Gaika wzywa do buntu – kreska-taniec-kreska-zwał. Security nie jest melodią przyszłości, to cyberpunkowy koszmar, który obudził Cię z krzykiem już dziś.

Jakub Gleń

Paul Thomas Anderson o „Boogie Nights”: „Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy”

1997 by dobrym rokiem dla młodego Paula Thomasa Andersona, który po raz pierwszy poczuł smak międzynarodowego sukcesu dzięki Boogie Nights, brawurowo wyreżyserowanej rozprawie z przemysłem pornograficznym, który w latach ’70 królował w San Fernando Valley – krainie wyrzutków, narkomanów i biedaków, w której artysta się wychował i z której do dziś czerpie inspirację.

Boogie Nights pojawiło się na horyzoncie po pełnometrażowym debiucie PTA, Hard Eight (oryginalnie Sydney), który mimo że zaklasyfikował się do głównego konkursu na Festiwalu w Cannes, został kompletnie olany przez dystrybutora, Rysher Entertainment i szybko przepadł w morzu innych produkcji.

300-stronicowy scenariusz Boogie Nights miał swoje korzenie w pierwszym szorcie PTA, The Dirk Diggler Story, który został przez niego nakręcony w wieku 17 lat. Film zaliczył premierę na Festiwalu w Toronto w 1997, zyskując super pozytywne recenzje krytyków, którzy porównywali styl młodego reżysera do Roberta Altmana i Martina Scorsese, nie szczędząc zachwytu nad brutalnym realizmem jego dzieła. Ukoronowaniem sukcesu Boogie Nights stała się nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz.

Obraz szybko stał się kultowy ze względu na unikalny klimat narkotykowego i seksualnego ekscesu, który uważany jest za bardzo realistyczny portret Kalifornii przełomu lat ’70 i ’80.

Dramatyczne sekwencje, pokazujące coraz większe uzależnienie bohaterów od białego proszku, nie byłyby jednak tak sugestywne, gdyby reżyser sam nie przeżył kilku kokainowych ciągów, do czego przyznał się w wywiadzie dla Creative Screenwriting, który oryginalnie został opublikowany w 1998 i właśnie pojawił się online.

Zapytany o to, skąd wie, jak rozmawiają ludzie nawciągani koksem, PTA odpowiada bez ogródek: Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy.

Zaskakujące jest przy tym to, że reżyser w tym samym wywiadzie uznaje swój film za bardzo krytyczny, co rzadko akcentowane jest przez fanów czy krytyków, którzy kochają go najczęściej za to, iż opowiada on historię, która wydaje się nie ferować żadnych wyroków.

Jak twierdzi jednak PTA: Sądzę, że to właśnie jest w tym wszystkim najśmieszniejsze i może być powodem, dla którego Boogie Nights nie osiągnął sukcesu kasowego – ten film jest do pewnego stopnia osądem. Kocham te charaktery i kocham pornografię z tego samego powodu, dla którego jej nienawidzę, czy dla którego wpędza mnie w depresję.

Pierwsza połowa to gry i zabawy, ale w drugiej pojawia się za nie kara. To moje własne poczucie winy za pornografię. W pewien sposób jest to więc rozprawa nad pornografią i jej bohaterami. Ale zostało to wykonane w łagodny i szczery sposób, ponieważ nie miałem żadnego pojęcia co robię.

PTA przyznaje również otwarcie, że… filmy powodują przemoc, a sam śmieje się z argumentów przeciwników razem z Johnem C. Reillym.

Filmy powodują przemoc. Filmy absolutnie promują przemoc. Wiem to, bo za dzieciaka po obejrzeniu filmów chciałem być taki jak filmowe charaktery. Chciałem się ubierać jak one i mówić jak one. Szczęśliwie, skanalizowałem to ostatecznie w pracę przy filmach – mówi artysta.

Conradino Beb

 

Źródło: Creative Screenwriting

Wyznania nastolatki (2015)

The-Diary-of-a-Teenage-Girl-2015-movie-poster

Wyznania nastolatki to film, który bardzo spodobał się zarówno kinomanom, krytykom, jak i dystrybutorom na zeszłorocznym Festiwalu Sundance, gdzie obwołano go „dziełem oryginalnym, intensywnym i przezabawnym”, co nie jest w tym wypadku przesadą.

Zrealizowany przez debiutantkę Marielle Heller na podstawie kontrowersyjnej powieści graficznej The Diary of a Teenage Girl: An Account in Words and Pictures autorstwa Phoebe Gloeckner, obraz łączy opowieść o budzącej się seksualności młodej Minnie z przypomnieniem narkotykowego ekscesu liberalnych lat ’70.

Z ciekawostek warto dodać, że główną inspiracją dla reżyserki było arcydzieło Hala Ashby’ego, Harold i Maude, którego kultowy impresjonizm można bez trudu odnaleźć w Wyznaniach nastolatki.

To również film retro, co przypomina mi o tym, że obecna dekada ma szansę przejść do historii kina jako eksplozja zainteresowania stylami przeszłości, pewnego rodzaju trend, w którym można odnaleźć tęsknotę za czasami, kiedy ludzie marzyli wciąż o lepszym jutrze, a kultura to odzwierciedlała.

A co może być lepsze od wyrażenia tej tęsknoty, niż osadzenie akcji w pozbawionym wszelkich trosk okresie, charakteryzowanym przez wyzwolenie z więzów religijnego konserwatyzmu, wolność seksualną (jeszcze bez widma AIDS wiszącego nad głową), czy tony marihuany, kokainy i LSD przewalające się przez USA w ilościach wcześniej niespotykanych.

Faktycznie, to w latach ’70 Amerykanie mogli się po raz pierwszy rozkoszować wolnością wywalczoną dekadę wcześniej, a imprezkę rozkręciło na dobre zakończenie Wojny w Wietnamie, które ostatecznie obaliło widmo poboru.

W tych czasach żyje właśnie bohaterka filmu, 15-letnia Minnie, której artystyczna dusza domaga się oprócz osobistego uznania przez jej idolkę, rysowniczkę komiksową Aline Kominsky (faktyczną żonę Roberta Crumba, której duch cały czas unosi się nad filmem), DUŻEJ ilości seksu i pierwszych doświadczeń z dragami.

Hormony robią swoje i wkrótce Minnie wskakuje do łóżka z chłopakiem swojej matki-rozwódki, Monroe, z którym traci dziewictwo i kontynuuje pierwszy w swoim życiu romans przez kilka miesięcy.

To, jak możemy się domyślać, pomysł dość ryzykowny, który będzie miał swoje poważne konsekwencje, jednak stanowiący oś akcji filmu i zapewniający widzowi obfitość absolutnie zabawnych momentów (dokładnie jak w kultowym komediodramacie Hala Ashby’ego).

Ale to nie wszystko, bo Minnie będzie również przeżywała przygody ze swoją przyjaciółką Kimmie, z którą m.in. będzie obciągać pały młodym chłopcom w toalecie, a także z „potrzaskaną duszą” Tabathą, która zapozna ją z erotycznymi właściwościami lude’ów (chemiczna nazwa: metakwalon) i marihuany, a także wprowadzi w świat lesbijskiego seksu.

Do silnych stron tego zachwycającego filmu należy również bardzo dobra obsada – Bel Powley jest fantastyczna jako Minnie, Alexander Skarsgård jako Monroe, a Kristen Wiig jako Charlotte (fruwająca na koksie matka naszej nastolatki) i nawet epizodyczna rola Christophera Meloniego jako Pascala, tradycjonalistycznego ojca Minnie, zasługuje na uwagę – która w połączeniu z osobistą narracją w pierwszej osobie, ładnym oświetleniem nadającym obrazowi pastelowych barw, naturalnym językiem i świetną muzyką kreują wysokiej klasy widowisko audiowizualne.

Wyznania nastolatki posiadają ponadto równe tempo, które jest bardzo komfortowe dla widza, ale reżyserka i tak raz na jakiś czas przyciska pedał gazu, wprowadzając pięknie zrealizowaną animację, która pokazuje bogactwo wyobraźni Minnie.

Przykładowo, w bardzo zręcznie wyreżyserowanej scenie tripu kwasowego Minnie dostaje skrzydeł i wzlatuje ponad łóżko, by zostać sprowadzona na ziemię przez swojego partnera, który przeżywa ciężki bad trip. Jedna z tych fenomenalnych scen, których jest tu naprawdę sporo, a które sprawiają, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem od początku do końca.

Oczywiście, duże znaczenie dla wymowy debiutu Heller ma również fakt, że to kobieta gra tu pierwsze skrzypce, gdyż portetów zbuntowanych nastolatków, szukających pierwszych doświadczeń seksualnych i imprezujących do pierwszego pawia, mamy w kinie na pęczki (zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do Dzieciaków, wciąż żywego dzieła Larry’ego Clarka)… kobieta, która nie waha się eksplorować swojej seksualności, nawet jeśli jej wybory posiadają wszystkie cechy wieku dorastania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Diary of a Teenage Girl
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP (United International Pictures)
Ocena MGV: 4/5

Bryan Cranston tajną bronią w Wojnie z Narkotykami w „The Infiltrator”

Bryan Cranston (Breaking Bad, Drive) wciela się w agenta DEA Roberta Mazura w The Infiltrator, nowym filmie Brada Furmana (Prawnik z Lincolna, Ślepy traf).

Akcja filmu została oparta o prawdziwą historię Roberta Mazura, który pod pseudonimem Bob Musella zinfiltrował na rozkaz DEA szczyty hierachii Kartelu z Medellín pod koniec lat ’80, neutralizując system dystrybucji kokainy i prania pieniędzy w USA przez organizację Pabla Escobara.

Międzynarodowa premiera jest zapowiadana na 15 lipca tego roku.

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Brak zgody ekspertów na kontynuowanie Wojny z Narkotykami w przeddzień Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ!

Specjalna Sesja Zgromadzenia Generalnego ONZ, której głównym tematem będzie Wojna z Narkotykami, odbędzie się w dniach 19-21 kwietnia w Nowym Jorku. Ale hasła o świecie wolnym od narkotyków będą tym razem grać znacznie mniejszą rolę od głosów wołających otwarcie o zmianę polityki międzynarodowej w sprawie substancji psychoaktywnych. Czy jednak zmiana stanowiska ONZ jest nieunikniona? Co do tego można mieć poważne wątpliwości...

Jeszcze w 1998 przedstawiciele państw biorących udział w Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ (UNGASS) deklarowali, iż trzeba prowadzić twardy kurs wobec producentów, przemytników, handlarzy i użytkowników nielegalnych substancji psychoaktywnych, które niszczą zdrową tkankę społeczną, zagrażają rozwojowi ekonomicznemu, a ostatnio wspierają też terroryzm (patrz deklaracja z 2008)!

W preambule do Deklaracji Politycznej, przyjętej w 1998 przez Zgromadzenie czytamy: Narkotyki niszczą istnienia ludzkie i społeczności, podminowują zrównoważony rozwój i generują przestępczość. Narkotyki wpływają na wszystkie sektory społeczne we wszystkich krajach, nadużywanie narkotyków w szczególności wpływa na wolność i rozwój młodych ludzi, nasze najcenniejsze dobro. Narkotyki są śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zdrowia i dobrobytu ludzkości, niezależności państwowej, demokracji, stabilności narodów, struktury wszystkich społeczeństw, a także godności i nadziei milionów ludzi oraz ich rodzin.

Jednym słowem, nie ma na świecie gorszego zła niż narkotyki, nawet jeśli porównać je z otyłością, smogiem, bezrobociem, alkoholizmem, stresem, deforestacją i globalnym ociepleniem. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości sprzedają nam wszystkie reżimy polityczne, dla których narkotyki są idealnym wrogiem poprzez uosobienie cech „obcego” lub „niewidzialnego obcego”, który nie daje żadnych szans racjonalności i względnej obiektywności badań naukowych, pokazujących zupełnie inną wersję rzeczywistości.

Czym jest obcy? Pojęcie to wywodzi się z antropologii kultury (a konkretnie z prac Ruth Benedict i antropologów społecznych), w której używa się go często do zobrazowania kolektywnych fobii, najgłębszych lęków wspólnoty. Obcy symbolizuje grozę rozpadu pierwotnych więzi, utraty kontroli, powrotu do stanu zwierzęcego i chaosu. Konotuje również przy okazji wszelkie negatywne cechy, wobec których grupa może się postawić w opozycji, homogenizując swoje struktury wyobrażeniowe, czyli „zwierając szyki” na poziomie politycznym czy społecznym.

Problem w tym, że społeczeństwa na całym świecie zgodnie przestają wierzyć w mity i domagają się empirycznych dowodów, które potwierdzałyby zasadność Wojny z Narkotykami, kosztującej obecnie amerykańskich podatników $51 mld rocznie, brytyjskich £3,355 mld, australijskich $1,3 mld, a meksykańskich $9 mld, co równa się na poziomie międzynarodowym $100-150 mld rocznie wg raportu watchdoga Count The Costs.

Ale nawet gdyby budżet ten zwiększyć dwukrotnie, nie wystarczy on do zlikwidowania międzynarodowego rynku narkotykowego wartego $321 mld (który ten poziom osiągnął w 2005 zgodnie z raportem ONZ, bo od tego czasu na pewno się powiększył), z którego korzysta bardzo dużo obywateli Unii Europejskiej. Ci wydali w 2015 na narkotyki ponad €24 mld – głównie na marihuanę, która stanowi także najpopularniejszą nielegalną używkę na świecie – co ujawnił kilka dni temu raport EMCDDA.

A nie da się tego zrobić, gdyż jak trąbią dzisiaj na alarm wszystkie szanujące się media, agencje informacyjne i organizacje pozarządowe, nie udało się tego zrobić do tej pory… a mieliśmy czas od 1961, kiedy z inicjatywy Harry’ego J. Anslingera sygnowano pierwsze porozumienie międzynarodowe, wprowadzające globalną prohibicję, którego kolejne ratyfikacje ani na chwilę nie doprowadziły do zmniejszenia dostępności substancji uznanych za nielegalne! Nie, w ostatnich latach dostępność ta nawet się zwiększyła, Wojna z Narkotykami okazała się więc bardzo drogą porażką!

Udało się za to zapełnić więzienia, doprowadzić do niespotykanej wcześniej eskalacji przemocy, epidemii chorób zakaźnych i do minimum obniżyć zaufanie do organów ścigania, które zmuszone zostały do egzekucji absurdalnego prawa! W efekcie, w każdym kraju Zachodu, w tym w Polsce, znajdziemy dzisiaj grupy tworzone przez doświadczonych policjantów, domagające się zmiany prawa antynarkotykowego, których opinii również należy słuchać!

Nic również dziwnego w tym, że największymi wrogami kontynuowania Wojny z Narkotykami są dzisiaj Kolumbia, Ekwador, Wenezuela, Meksyk, Gwatemala i Urugwaj – kraje Ameryki Południowej, których narkotykowa prohibicja dotknęła najgłębiej, gdzie kartele narkotykowe stały się silniejsze niż demokratycznie wybrane rządy… tylko dlatego, że przez 40 lat miały do dyspozycji rynek nielegalnych substancji psychoaktywnych. Można nawet postawić śmiałą hipotezę, że nigdy nie mielibyśmy takiej epidemii kokainizmu i heroinizmu oraz korupcji, gdyby obrót tymi substancjami był legalny!

Potwierdza to bardzo obrazowo Maricio Rodriguez, dyplomata i ekonomista, który na nadchodzącym szczycie będzie reprezentował Kolumbię, mówiąc Los Angeles Times: Wojna narkotykowa w Cartagenie to największa tragedia, którą przeżyliśmy w Kolumbii i prawdopodobnie w całej Ameryce Łacińskiej. Całkowita liczba ofiar w tej wojnie przebija nawet liczbę ofiar wojennych w Syrii. Każdy dzień to strata kolejnych ludzi i setek milionów dolarów.

Rodriguez tłumaczy ten stan rzeczy odwołuje się do słów laureata Nagrody Nobla w ekonomii, Miltona Friedmana, który dorastał podczas prohibicji alkoholowej w Chicago, by zrozumieć wyraźnie, że gdy rząd zabrania sprzedaży jakiejkolwiek substancji (alkoholu, marihuany, MDMA czy kokainy), otwiera drzwi dla czarnego rynku i uzbrojonych gangów, które natychmiast zaczynają walczyć o kontrolę nad nim. Jednak gdy kończy się prohibicja, kończy się też przemoc.

I właśnie z tego powodu przed nadchodzącym szczytem z prohibicyjnego konsensusu wyłamują się także kraje bogate tj. Norwegia, Szwajcaria czy Australia, której sens uczestnictwa w UNGASS zakwestionował kilka dni temu dr Alex Wodak z Australian Drug Law Reform Foundation, mówiąc w wywiadzie dla Guardiana:

Nie sądzę, że Australia zostanie wysłuchana podczas UNGASS. Nie zobaczymy nic z tego, co Australia chciałaby zobaczyć. Co powinniśmy zaś zobaczyć w idealnym świecie, to jasne i wyraźne oświadczenie, że ścieżka obrana przez społeczność międzynarodową kilka dekad temu w ramach przeciwdziałania nielegalnym substancjom, nie doprowadziła do realizacji celów. Faktycznie, strategia kontroli narkotyków okazała się nieproduktywna i doprowadziła do bardzo poważnych, niezamierzonych konsekwencji.

To również potwierdzenie wątpliwości, iż nadchodzący szczyt zakończy się oficjalnym odwrotem od prohibicyjnej strategii narkotykowej. Jak pisze bowiem The Economist: Problem w tym, że na zmianę konwencji ONZ, które wprowadziły globalną prohibicję, potrzebna jest zgoda 193 państw członkowskich, z których wiele wciąż jest przeciwnych choćby minimalnym reformom. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, iż samo zebranie skupi się na ględzeniu, konwencje ONZ wcale nie zostaną zreformowane, ale wiele krajów je zwyczajnie zignoruje.

W praktyce jest to bardzo realna możliwość, bo ONZ jako ciało ustawodawcze i kontrolne staje się z roku na rok coraz bardziej niewydolne i zwyczajnie nie jest w stanie powstrzymać reform prawa antynarkotykowego w wielu krajach, które tj. Urugwaj, już się z nich wyłamały, legalizując produkcję i obrót marihuaną. Paradoksalnie, od ONZ grubo dostaje się w ostatnich latach samym pionierom prohibicji, Stanom Zjednoczonym, za postępującą legalizację marihuany na szczeblu stanowym, których rząd mało sobie z tego jednak robi.

Conradino Beb

Pilot „Vinyl” to najlepszy „film” Scorsese od lat!

Kokaina, rock’n’roll, testosteron, szaleństwo i brutalne kulisy przemysłu muzycznego przełomu lat ’60/’70 składają się na Vinyl, serial przy tworzeniu którego połączyli siły Mick Jagger, Terence Winter i Martin Scorsese. Trwający niemal dwie godziny pilot został własnoręcznie wyreżyserowany przez Scorsese, który chyba dawno nie miał już tyle zabawy przy pracy, bo ostateczny efekt eksploduje od energii (dosłownie i w przenośni), która sama w sobie jest wystarczającym powodem, żeby dać serialowi szansę!

Vinyl to 8-odcinkowa antologia wyprodukowana przez HBO, która szuka nowej Rodziny Soprano, The Wire czy True Detective i nie przebiera w środkach. Serial został oparty na sztuce telewizyjnej autorstwa Terence’a Wintera i George’a Mastrasa ze scenariuszem Micka Jaggera, Richa Cohena i Martina Scorsese, który eksploruje transformację niezależnego przemysłu muzycznego w złotej epoce muzyki gitarowej oraz lajfstajl ludzi związanych z nim na co dzień.

Pierwsze wrażenie to EKSCES! Scorsese jedzie po bandzie, jakby chciał wrócić do swoich najlepszych lat i jeszcze raz nakręcić Ulice nędzy (nie, to wciąż nie ten poziom, ale dajmy się trochę oszukać), tyle że w międzyczasie zrobił wiele innych rzeczy… czasem lepszych, czasem gorszych. Artysta w jakimś sensie kontynuuje też stylistykę znaną z Wilka z Wolf Street, tyle że HBO dało mu znacznie więcej swobody i w efekcie widzimy tu nawet inspiracje cormanowskie (o tak!)

Z tego zresztą powodu serialu nie da się traktować całkowicie poważnie, a kto będzie próbował racjonalizacji w stylu „Mad Men na dragach”, może się mocno zawieść, bo twórcy mimo wszystko mocno lecą w stronę rock’n’rollowej rozrywki (tak, szczególnie dla fanów okresu) i interpretują temat raczej via licentia poetica, niż posługując się jakimś konkretnym, historiograficznym filtrem.

To może czasem denerwować zagorzałych fanów muzyki, ale większość widzów nawet się nie zorientuje, że „skłamano” im w żywe oczy, a scenografia i kostiumy są mimo wszystko fantastyczne! Szerokie kołnierze, szerokie spodnie, wszystko nabiera kokainowego stylu, który był bardzo elegancki, ale jednocześnie bardzo rozpasany i szczerze mówiąc, miejscami graniczył z kiczem.

new_york_dolls_vinyl
Koncert The New York Dolls w „Vinyl”

Oczywiście, te granice są cienkie i Vinyl to rozumie, więc nie mamy tu jakiejś obsesyjnej dbałości o szczegóły, choć nie sądzę, żeby w tym względzie serial odbiegał od standardu w stylu American Hustle (swoją drogą, naprawdę dobrego filmu), który stał się beniaminkiem Akademii Filmowej kochającej obrazy retro… w dużej mierze dlatego, że jej członkowie to banda białych kolesi na szczycie, którzy częściej patrzą za siebie niż przed siebie.

Ale muza jak muza w Vinyl uderza konkretnie w palnik z glamem, proto-punkiem, punk rockiem (mylnie umieszczonym w 1973), hip hopem, bluesem, soulem… heavy metalem. Tak, ucieszą się fani Black Sabbath z Iron Mana, który idealnie rozpędza scenę z nawciąganym jak stodoła właścicielem pewnej stacji radiowej, grającym numer na perkusji po dwóch dniach maratonu narkotykowego z Frankensteinem Jamesa Whale’a lecącym w tle!

Zresztą nie ma tu nawet co zgadywać, bo Scorsese kocha horrory i thrillery. Wychował się przecież… tak, zgadliście u Rogera Cormana, który w jego filmach dostaje często hołd. Piękne dla niektórych, a dla innych obrazoburcze, Ostatnie kuszenie Chrystusa, zostało przez niego przecież nazwane filmem cormanowskim, bo reżyser chciał przywrócić świeżość produkowania filmu w dwa tygodnie!

Vinyl wydaje się nieco przywracać tę energię, szczególnie że Bobby Cannavale (mąż wielce utalentowanej Rose Byrne), który w serialu gra Richiego Finestrę, CEO niezależnej wytwórni American Century Records (wzorowanej bądź na Capitolu, bądź na Atlantic) ma konkretny styl gry, którego nie powstydziłby się młody De Niro. A że odkrywa hip-hop w południowym Bronxie, to już zupełnie inna sprawa.

Mick Jagger i Martin Scorsese na premierze „Vinyl”

Jasne, można narzekać, że to kolejna epopeja białego biznesmena, ale jest ona przedstawiona tak barwnie, że po zakończeniu seansu człowiek ma ochotę od razu wrzucić następny odcinek. Jasne, nie wszystkie kawałki są oryginalne i w soundtracku można usłyszeć dużo coverów, ale gdy widzimy rekreację koncertu The New York Dolls grających Personality Crisis, to człowiek ma ochotę wstać i śpiewać!

Scorsese upchnął w pilocie więcej takich smaczków, które mimo że czasem wydają się wymuszone, w swojej naiwności dają dużo radochy. A o radość z oglądania tu przede wszystkim chodzi, bo i lata ’70 w amerykańskiej mitologii popularnej należą do najbardziej wspominanych ze względu na niekończące się pasmo imprez, koncertów i wydarzeń połączonych kokainową kreską długości kilometra.

Kokaina, którą Scorsese, w swoim czasie konkretny ćpun, dobrze pamięta, jest oczywiście jednym z głównych tematów Vinyl. Koks napędza przemysł, koks daje więcej czasu, koks podkręca zabawę, koks wreszcie doprowadza do szaleństwa i to jest w serialu mocno podkreślone! Ale trzeba pamiętać, że koks w tym okresie był dostępny wszędzie, gdzie pracowała bądź imprezowała klasa średnia, był synonimem czasów, dragiem wyboru, którego efekty uboczne były PRAKTYCZNIE NIEZNANE!

Cieszy także, że Scorsese mógł bez żadnych przeszkód eksponować wątki erotyczne, bo dragi, seks i rock’n’roll to trójkąt, który stanowi osobną kulturę i który tylko ze wszystkimi końcami ma jakiś sens. Tu popisał się zresztą Jagger, którego syn James gra w serialu lidera punk rockowego bandu The Nasty Bits, wzorowanego częściowo na punkowej legendzie, Richardzie Hellu.

W jednej ze scen młoda agentka A&R wspomina nawet jego pierwszy zespół The Neon Boys, który w tym okresie był jednak kompletnie nieznany i dopiero później okazał się ciekawostką. To jedna z kobiecych kreacji, która ma szansę na rozwój w stylu Peggy Olson z Mad Men. Inną jest żona Richiego Finestry, Devon, która pilnuje żeby jej mąż nie poleciał na dno. Parytetu może nie ma, ale jest to już coś.

vinyl-juno-temple
James Jagger i Juno Temple

Vinyl powinien idealnie trafić w gusta widzów, którym w żyłach tańczy rock’n’roll lub którzy przynajmniej mogą dać mu szansę. Inni mogą mieć z tym serialem problem, bo za dużo tego, za mało tego i w obsadzie nie ma gwiazd. Wszystkich jednak zachęcam do wcześniejszego obejrzenia pilota, który sam w sobie jest ciekawym przykładem do czego jest zdolna autorska telewizja z dużym budżetem.

Conradino Beb

„The Side Effects of the Cocaine”: komiks o Chudym Białym Księciu

W sierpniu 2010 pisarz Sean T. Collins oraz rysownik komiksowy Isaac Moylan wrzucili na Tumblr krótki komiks zatytułowany The Side Effects of the Cocaine z podtytułem David Bowie 01 April 1975 – 02 February 1976. Umieszcza to akcję na samym początku okresu Chudego Białego Księcia, który Bowie zasygnalizował wypuszczeniem płyty Station to Station. Ta została przez niego zrealizowana w permanentnym, kokainowym ciągu, który doprowadził go do takiego stanu, iż artysta nie był sobie nawet później w stanie przypomnieć, gdzie i jak ją nagrał.

Jak twierdzi Peter Bebergal w swojej książce Season of the Witch: How the Occult Saved Rock and Roll: Kiedy dziewiętnastoletni Cameron Crowe odwiedził Bowiego w 1975, żeby przeprowadzić wywiad dla Rolling Stone, znalazł go w narkotykowym delirium, w którym ten palił czarne świece w celu ochrony przed niewidzialnymi mocami za oknem.

Należy dodać, że dieta Bowiego w tym czasie składała się wyłącznie z czerwonej papryki, mleka i kokainy, co doprowadziło go do paranoicznych urojeń i halucynacji. W tym samym czasie jego koncerty przybrały bardziej minimalistyczną formę, co było odwrotem od wcześniejszych, muzyczno-wizualnych orgii.

Zmienił się także jego styl, który eksponował teraz garderobę z lat ’40 (co było początkiem jego fascynacji retro) i francuskie fajki marki Gitanes poetycko wystające z kieszeni… a poza tym Bowie coraz częściej zapominał teksty piosenek podczas występów na żywo.

W tym samym roku piosenkarz udzielił wywiadu Playboyowi, w którym czytamy: Telewizja jest najskuteczniejszym faszystą, nie ma co dodawać. Gwiazdy rocka to też faszyści. Adolf Hitler był jedną z pierwszych gwiazd rocka… popatrz na jego filmy i zobacz jak się ruszał. Sądzę, że był tak dobry jak Jagger.

To niesamowite. A kiedy wszedł na scenę, kręcił publiką na wszystkie strony. Dobry Boże! Nie był politykiem. Był artystą medialnym. Używał polityki i ekspresji teatralnej, co pozwoliło mu stworzyć technikę, dzięki której kontrolował i rządził spektaklem przez 12 lat. Świat nigdy już nie zobaczy mu podobnego. Urządził z kraju scenę.

Komiks bardzo ciekawie łapie ten cały nastrój…

bowie_comics1 bowie_comics2 bowie_comics3 bowie_comics4 bowie_comics5
Przeczytaj cały komiks

Gdy Carrie Fisher wciągała koks na planie „Imperium kontratakuje”

Jak zdradziła kilka lat temu Carrie Fisher, która w gwiezdnej sadze zagrała księżniczkę Leię: Wciągaliśmy kokainę na planie Imperium kontratakuje, na lodowej planecie. Nie przepadałam jednak aż tak bardzo za koksem. Chodziło bardziej o to, żeby naćpać się czymkolwiek.

Aktorka po raz pierwszy przyznała się do problemów z narkotykami w quasi biograficznej powieści Postcards From The Edge w 1987 (zekranizowanej trzy lata później przez samego Mike’a Nicholsa), która opisuje m.in. przedawkowanie kokainy przez jej alter ego, Suzanne Vale.

Dragi, które lubiłam, były zawsze ciężkie do załatwienia. Gdybym uzależniła się od alkoholu, byłabym już martwa, bo możesz go kupić wszędzie. A że były one nielegalne, czy ilość, której potrzebowałam, była nielegalna, sprawiało to, że trudniej było mi wpaść w kłopoty. – powiedziała bez żadnych ogródek Fisher.

Aktorka dostała się do obsady Gwiezdnych wojen w wieku 19 lat, które z miejsca uczyniły ją dużą gwiazdą, ale pogorszyły tylko jej zaburzenia dwubiegunowe, które ta od młodego wieku leczyła elektrowstrząsami, gdyż nie pomagały jej żadne środki farmakologiczne.

Wkrótce Fisher zaczęła również przesadzać z różnymi nielegalnymi substancjami (heroiną, kokainą), jak również z psychotropami i alkoholem, ze względu na nowo zdobytą sławę i presję ze strony przemysłu filmowego, aby w końcu wylądować w klinice odwykowej w 1984.

Źródło: The Sydney Morning Herald