Archiwa tagu: komedia

Jay i Cichy Bob zaatakują ponownie!

Kevin Smith ujawnił na swoim profilu instagramowym, że rozpoczął pracę nad scenariuszem do nowego filmu z Jayem i Cichym Bobem w rolach głównych po tym, jak nie udało mu się zrealizować Sprzedawców 3.

Jak mówi Smith: Niestety, nie będzie Sprzedawców 3 (jedna z naszych gwiazd zrezygnowała z udziału w filmie). Zamiast tego pracowałem nad kolejną częścią Szczurów z supermarketu… która też nie wypaliła, bo zamieniła się w serial (…) Tak więc miesiąc temu miałem najlepszy czas mojego życia pisząc nową część Jaya i Cichego Boba, rozrywkowego filmiku, w którym chłopcy z Jersey muszą wrócić do Hollywood, żeby zastopować reboot znienawidzonego filmu o Bluntmanie i Chronicu.

To ironiczna, głupawa satyra, która naśmiewa się z aktualnej obsesji przemysłu filmowego na punkcie remake’ów, z udziałem wszystkich gwiazd i znajomych twarzy! Spotkałem się już nawet z dobrymi ludźmi z Miramax, którym pomysł się spodobał, więc mam nadzieję na pierwsze zdjęcia latem tego roku!

Źródło: Instagram

1980: porobiony crackiem Richard Pryor podpala się i wybiega na ulicę!

Znany komik i aktor, Richard Pryor, wychowywał się w burdelu, w którym jako prostytutka pracowała jego matka. Porzucony w wieku 10 lat, stał się pociechą babci, właścicielki wspomnianego przybytku, która w kwestii edukacji stosowała głównie lanie. Ale dalej też nie było lekko, bo w wieku 14 lat Richard był molestowany przez katolickiego księdza z lokalnej parafii, by następnie zostać wyrzucony ze szkoły.

Ten mało rozrywkowy los miał uczynić z Pryora jednego z największych artystów w historii amerykańskiej komedii stand-up, który został nazwany przez Jerry’ego Seinfelda „Picassem naszego zawodu” i był podziwiany przez wielu amerykańskich krytyków jako największy talent od czasów Lenny’ego Bruce’a.

Demony nie oszczędzały jednak ani na chwilę komika po tym, jak ten przebił się do masowej swiadomości niezwykle kontrowersyjnym jak na swoje czasy albumem komediowym That Nigger’s Crazy w 1974.

Pryor wkrótce nie mógł wyhamować ze swoim pociągiem do dragów, seksu i alkoholu, które trzy lata później doprowadziły do pierwszego w jego karierze ataku serca.

To doprowadziło go do słynnego epizodu z czerwca 1980, kiedy będący u szczytu sławy artysta podpalił się po wcześniejszym oblaniu alkoholem we własnym domu, a następnie wybiegł na ulicę – skutek nadużywania cracku (kokainy typu freebase), który przerobił mu mózg na budyń waniliowy.

Jak Pryor przyznaje się w swojej autobiografii Pryor Convictions and Other Life Sentences: Po paleniu freebase’u bez przerwy przez kilka dni nie byłem w stanie rozróżnić pomiędzy jednym, a drugim… wyobrażając sobie nadchodzącą ulgę sięgnąłem po butelkę koniaku na stole i cały się nim oblałem.

Bardzo naturalne. Metodyczne… odpaliłem zapalniczkę… i byłem skąpany w płomieniach. Byłem w miejscu, które nie było ani niebem, ani ziemią. Musiałem być w szoku, bo nic nie czułem.

Historia została opisana przez magazyn People, którego archiwa są dzisiaj dostępne online, dzięki czemu jesteśmy w stanie prześledzić, co stało się gdy Pryor w końcu trafił do szpitala.

Jego walka była heroiczna i dręcząca. Kilka razy dziennie lekarze i pielęgniarki ze Szpitala w Sherman Oaks w Los Angeles wsadzali Richarda do kąpieli wirowej (rodzaj hydromasażu – przyp. red.), gdzie ciepła woda i środki antyseptyczne obmywały jego ciało.

Po tej kąpieli poparzenia trzeciego stopnia smarowane były srebrną maścią z sulfadiazyną, która miała walczyć z infekcją. Następnie, dwa razy dziennie, nawet przez dwie godziny, lekarze wsadzali komika do komory hiperbarycznej – cylindra, w którym można potroić normalne ciśnienie atmosferyczne, wymusić przyswajanie tlenu i przyśpieszyć proces leczenia. W ostatni wtorek operowano, by usunąć martwą tkankę z jego ciała i płyn z płuc – czytamy w numerze z 30.06.1980.

Pryorowi ostatecznie udało się uniknąć śmierci, z czego ten potem nawet żartował: Nauczyłem się jednej rzeczy, jak się palisz możesz biec naprawdę szybko, choć w swoich skeczach zamienił koks i alkohol na mleko i ciasteczka.

Do legendy dostała się też Parthenia Street, na której miało miejsce całe zajście. Pryor zmarł ostatecznie 10.12.2005 po trzecim ataku serca.

Richard Pryor żartujący na temat swojego wypadku

Conradino Beb

Każdy by chciał!! (2016)

everybody-wants-some-poster

Linklater twierdzi, że Każdy by chciał!! to praktycznie kontynuacja Boyhood, a także swoisty sequel do kultowego Dazed and Confused.

To również film maksymalnie imprezowy, absolutnie bezpretensjonalny, z fantastyczną muzą, doskonałą obsadą i miodnymi dialogami, które puentowane są zawsze jakimś dobrym tekstem (sporo z nich spokojnie można cytować).

Król amerykańskiego kina niezależnego kontynuuje piękną passę, oferując prawdziwy powrót do korzeni w formie studenckiej komedii o drużynie baseballowej, która jeszcze nie zaczęła roku akademickiego, ale już uskutecznia nowe podboje łóżkowe.

Hormonalna gorączka, sex, imprezki, treningi, chlanie do upadłego i jaranie do ostatniego nabicia, to wszystko widzimy w jednym długim pasażu, który dla jednych jest wprowadzeniem w świat hedonizmu, a dla drugich powrotem do normy.

Doskonale dobrana obsada odgrywa swoje role z dobrze zwąchanym dystansem i humorem, czemu na pewno pomagają pieczołowicie wyhodowane przez aktorów wąsy, które tak samo jak szerokie spodnie, w 1980 nie wyszły jeszcze z mody.

Historia, co warto zaznaczyć, ponownie osadzona zostaje w Texasie, gdzie Linklater urodził się i wychował, a nic tak nie inspiruje prawdziwego mistrza kina, jak opowiadanie o swoim własnym podwórku.

Akcja jest szybka i nieskomplikowana, a zostaje zawiązana, kiedy mający w kieszeni stypendium sportowe Jake (Blake Jenner) wprowadza się do domu studenckiego trzy dni przed rozpoczęciem roku akademickiego, gdzie poznaje członków swojej studenckiej drużyny baseballowej.

A że jest to zasadniczo zbieranina gości ze wszystkich stanów, można w niej znaleźć świrów, przygłupów, pijaków, sportowców z temperamentem oraz dobrze wykręconych erudytów i autsajderów.

Mamy więc konfrontacyjnie nastawionych do świata McReynoldsa (Tyler Hoechlin) i Ropera (Ryan Guzman), którzy nie są zainteresowani okazywaniem Jake’owi sympatii.

Inaczej traktują go jednak sportowiec-intelektualista Finnegan (Glen Powell), pothead-Kalifornijczyk Willoughby (Wyatt Russell), czarnoskóry dowcipniś Dale (J. Quinton Johnson) i przygłup-żółtodziób Plummer (Temple Baker), którzy stają się jego ziomkami w świecie wypełnionym wszystkimi przyjemnościami, na które może liczyć dwudziestolatek.

I tak chłopcy ruszają na miasto, w jedną noc prawie podbijając klub disco, w drugą zamieniając się w kowbojów na imprezie country, a w trzecią uczestnicząc w wyrafinowanym melanżu artystyczno-teatralnym… bo wszyscy chcą jak najszybciej zaznać rozkoszy swieżej cipki, choć w większości marnują pierwsze okazje z różnych nieprzewidzianych powodów. Nie dają jednak nigdy popuścić hektolitrom alkoholu i kilogramom trawy, które dumnie przyjmują do płuc lub do żołądka! Brzmi dobrze?

Być może najlepszym składnikiem Każdy by chciał!! jest perfekcyjny rytm, który Linklater w dużej mierze ustawia do muzyki The Knack, Blondie, ZZ Top, Cheap Trick, The Cars, Chic, Stiff Little Fingers i wielu innych. A wspomniałem o dialogach? Może warto przypomnieć, bo są rewelacyjne.

Fajne są też kostiumy, choć styl skręca nieco w stronę American Hustle, co sprawia że film się robi miejscami bardzo odrealniony. To może być jednak zaletą, bo jeśli czegoś w trakcie tego seansu robić nie wolno, to traktować tego co się widzi na poważnie.

Z drugiej jednak strony pod płaszczykiem grubej imprezy Linklater stawia kilka mądrych pytań o wchodzenie mężczyzny w dorosłość i kształtowanie się osobistości pod wpływem środowiska, bo na ekranie szybko pojawia się też postać silnej kobiety, Beverly (Zoey Deutch), która męski testosteron potrafi trzymać w ryzach i roznieca ogień poezji, zmieniający najdzikszego ogiera w romantycznego marzyciela.

Temat transformacji to zresztą naczelny temat w twórczości artysty, który poruszał go na wiele różnych sposobów. Ale to już pewnie zabawa dla fanów reżysera, którzy nie mają się co zastanawiać, szczególnie jeśli pamiętają Dazed and Confused i nie obce są im seanse filmów w stylu Menażerii (1978).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Everybody Wants Some
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Annapurna International
Ocena MGV: 4/5

Młodzi przebojowi (2016)

sing-street-poster-2016

John Carney znany jest przede wszystkim z Once (2007), romantycznej dramedii muzycznej, która zrealizowana w jego ojczystej Irlandii za $150 tys., zarobiła na całym świecie ponad $23 mln, zgarniając przy okazji Oscara za najlepszą piosenkę oryginalną (Falling Slowly). Późniejsze obrazy Carneya kontynuują dramedyczny ton, który wydaje się do pewnego stopnia wyznacznikiem stylu reżysera, uwielbiajacego opowiadanie historii z silnymi wątkami muzycznymi.

Sing Street (po polsku Młodzi przebojowi) nie odbiega zanadto od tej stylistyki, łącząc klasyczny scenariusz o dorastaniu wrażliwego, choć obdarzonego sporą pewnością siebie nastolatka, z portretem przeżywającej kryzys drobnomieszczańskiej rodziny, obrazem irlandzkiego społeczeństwa drugiej połowy lat ’80 i nostalgiczną podróżą muzyczną, w której rządzi New Romantic. Nie brakuje również gładkich akcentów komediowych i elementów musicalu, co czyni z niego prawdziwą hybrydę.

Podstawą tworu Carneya jest bardzo zgrabna muzyka tytułowego zespołu Sing Street, skomponowana przez weterana synth popu, Gary’ego Clarka, który pod koniec lata ’80 pogrywał wraz z zespołem Danny Wilson (sprawdźcie ich największy hit Mary’s Prayer) oraz członków indie popowego zespołu Relish (sprawdźcie ich album Karma Calling). Fanów tego okresu ucieszą również klasyczne tune’y z repertuaru Motörhead, The Cure, Duran Duran czy The Jam, które okraszają ważne sceny.

O ile przed scenariuszem Carneya – mniej lub bardziej stereotypowym – trudno paść na kolana, docenić można z pewnością starania, by film uczynić jak najbardziej autentycznym poprzez wprowadzenie częściowo amatorskiej obsady. I tak, grający protagonistę, Conora, Ferdia Walsh-Peelo emanuje naturalnym młodzieńczym romantyzmem, który wprowadza znajome zamieszanie, jakże bliskie gorzko-słodkim romansom wieku dorastania.

Jego obiekt westchnień, Raphina, grana przez nieco bardziej doświadczoną Lucy Boynton, posiada znacznie więcej wyrachowania, czy aktorka była w po prostu stanie wlać w swoją postać więcej odcieni, co na pewno pomaga chemii pomiędzy obydwojgiem, która z kolei pomaga samemu obrazowi. Bardzo dobrze ogląda się zbliżenia na jej twarz, choć styl kręcenia Yarona Orbacha pozostaje raczej konserwatywny, zdecydowanie statyczny, który tylko dzięki wizjom młodości Carneya staje się bardziej pokręcony.

A te są w dużej mierze autobiograficzne, bo autor faktycznie grał w zespole, wychowywał się w latach ’80 i stykał często ze szkolnymi sadystami, co znalazło swoją drogę do filmu, w którym Conor musi walczyć z „okrucieństwem świata”. Ale nie dajmy się za bardzo ponieść, bo to nie jest Kieślowski, jako że Carney z upływem czasu ekranowego coraz bardziej zaczyna słodzić.

Sceny rozwodu, przez który przechodzą rodzice Conora, są dramatyczne, ale łagodzone przez VHSowo-musicalowe sceny. Są też wprawdzie inne „tragedie osobiste”, jak zajeżdzający go klecha katolicki pełniący funkcję dyrektora szkoły średniej, ale że wszystko podbudowane jest młodzieńczym „hura!”, nadzieja pozostaje głównym przesłaniem, a ta rzecz jasna nie jest wartością deprymującą, więc ciężko z takim ładunkiem być prawdziwie nihilistycznym.

Bardzo ciekawe są jednak „dyskusje muzyczne” autora z klasykami lat ’80. Muzyka The Cure zostaje określona w tekście brata Conora (jednej z ciekawszych postaci drugoplanowych) jako smutno-radosna (niejako autodefiniując film), a miłość do Phila Collinsa jako wokalisty Genesis (pamiętajmy, że wielu fanów nasra z góry na wszelkie wcielenie bandu bez Petera Gabriela) jako umniejszająca męskość.

Sing Street błyszczy zresztą świetnymi dialogami, które często unoszą go nieco wyżej. Gdyby tych małych konkluzji nie było, akcja wydawałaby się pewnie nieco monotonna i widz cierpiałby na silny ból lewego nadgarstka, a tak daje radę i nawet wyczekuje tego zakończenia, odsłaniającego Conora w próbie przechytrzenia przeznaczenia. W wolnej chwili warto sprawdzić, czy mu się uda i pokombinować, jak to się ma do największych dzieł z tej samej półki.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sing Street
Produkcja: Irlandia/Wielka Brytania/USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films/Cineman.pl
Ocena MGV: 3,5/5

„High Maintenance” to serial, w którym marihuana rzadko bywa śmieszna

W High Maintenance wszystko jest nietypowe. Główny bohater prawie nigdy nie zajmuje pierwszego planu, nie ma długich łuków narracyjnych, opowiadane historie rzadko prowadzą do klasycznego rozwiązania akcji, narrator może się zmienić z minuty na minutę, a sama marihuana – umowne spoiwo serialu, od którego bierze on swoją nazwę – jest tak normalna, jak woda w kranie.

Zanim High Maintenance trafił oficjalnie do HBO we wrześniu tego roku, był undergroundowym hitem, którego sława rosła przez cztery lata, w trakcie których nowojorczycy Katja Blichfeld i Ben Sinclair rzucili na Vimeo 19 odcinków (pierwszy pojawił się w listopadzie 2012) zrealizowanych na niskim budżecie i nie przekraczających często pięciu minut.

Główna różnica pomiędzy odcinkami netowymi, a nowymi, wyprodukowanymi przez HBO (stare są dostępne na HBO GO), jest taka, że para twórców ma teraz w rękach pół godziny czasu antenowego, w trakcie którego może tworzyć dłuższe historie, co skutkuje bardziej „artystycznym” efektem końcowym.

Ale o czym jest High Maintenance? Na to pytanie dość trudno odpowiedzieć jedynym zdaniem, gdyż nawet jeśli wszystkie odcinki łaczy postać dilera marihuany (Ben Sinclair), jego imię i życie osobiste pozostają dla widza tajemnicą (przez twórców nazywany jest po prostu Kolesiem)… co sprawia, że na pierwszy plan wysuwają się jego niecodzienni czasem klienci.

Jak przyznają Sinclair i Blichfeld w wywiadzie dla IndieWire: To serial o ludziach tworzony przez ludzi. Każdy odcinek High Maintenance skupia się na jednym z członków tej zbieraniny. Mamy twardziela wymachującego mieczem, młodą studentkę-muzułmankę, ogarniętego obsesją na punkcie mediów społecznościowych miłośnika selfie i wielu innych.

W necie każdy odcinek skupiał się na jednym z klientów. W odcinkach zrealizowanych dla HBO pokazujemy wiele charakterów w ciągu pół godziny, ale skupiamy się zawsze na jednym z nich. Oznacza to, że każdy epizod jest miniaturą życia i że styl filmowania czy ton mogą się zmieniać z odcinka na odcinek.

I tak nasz Koleś krąży po Nowym Jorku, który stanowi równie ważny element High Maintenance, co on sam, doręczając najnowsze rewelacje marihuanowego rynku (z OG Kushem włącznie) swoim stałym (czasem nowym) klientom. Ich historie często jednak rozwijają się na dobre zanim ten w ogóle pojawi się na ekranie, przeplatając się z historiami innych bohaterów, które czasem biorą górę na kilka minut, żeby ustąpić początkowemu wątkowi na sam koniec.

W jednym z odcinków oglądamy na przykład historię młodej muzułmanki pakistańskiego pochodzenia, która właśnie przeprowadziła się z Texasu do Nowego Jorku i szuka nowego dilera. Jej los przeplata się opowieścią o kryzysie grupy swingerów, używającej zioła do wzmacniania intensywności swoich orgazmów, co prowadzi do zabawnego zakończenia.

W innym stajemy się świadkiem ciężkich chwil związku młodej kobiety z mężczyzną-gejem, który wystawiony zostaje na próbę, gdy ten korzysta z aplikacji sextingowej, żeby zostać słodko wyruchany przez mężczyznę-ideał, a następnie udaje uzależnionego od kryształu, by przedłużyć swój romantyczny czas na spotkaniu Anonimowych Narkomanów.

W kolejnym śledzimy zaś Nowy Jork z perspektywy psa, którego nową miłością po przeprowadzce do miasta staje się młoda dog walkerka. Los dwójki bardzo ciekawie wiąże się z losem Kolesia, który pojawia się z jointem tuż na zakończenie, ale nie ma praktycznie znaczenia dla fabuły całego odcinka.

Conradino Beb

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

On nigdy nie umarł (2015)

he-never-died-poster-2015

Czasem człowiek ma pewne oczekiwania od filmu, które próbuje podtrzymywać nawet wbrew temu co widzi na ekranie, bo czeka na nagły zwrot akcji czy cokolwiek, co ma go przekonać, że nie traci czasu. Niestety, równie często wpada on w sidła własnych oczekiwań i w efekcie dostaje czekoladkę z rzygiem w środku, parafrazując złotą myśl Forresta Gumpa.

Tak mniej więcej streściłbym seans gatunkowego niezależniaka Jasona Krawczyka z główną rolą Henry’ego Rollinsa (może dlatego tyle obiecującego), który próbuje nawiązywać romans z biblijnym mitem Kaina, kinem kanibalistycznym i miejskim thrillerem o małych ludziach, padając na pysk już gdzieś w połowie. Kilka chichów nie rekompensuje niestety chujowego scenariusza i nieskładnej reżyserii, która mogłaby zrobić lepszy użytek z tego mizernego budżetu.

Gwoli wyjaśnienia, pomysł na obsadzenie legendy HC w roli nieśmiertelnego kanibala, który dostaje pierdolca od towarzyszenia ludzkości od jej zarania, był fajny, tyle że egzekucja pozostawia wiele do życzenia. Jack śpi całymi dniami, a w wolnych chwilach chodzi po mieście, gra w bingo z lokalnymi emerytami lub przesiaduje w barze, gdzie zamawia dania wegetariańskie i to tyle… pomysł, na który mógłby wpaść student kulturoznawstwa żyjący przez tydzień na zupkach chińskich i doprowadzony w ten sposób do radykalnego obniżenia hemoglobiny.

Dziwnym trafem Jack pewnego dnia spotyka swoją córkę, bo przecież nigdy nie przestał wierzyć w sens życia małżeńskiego, więc czasem udaje mu się spłodzić potomka… choć miał przecież setki tysięcy lat, żeby nauczyć się czegoś od życia. Ale to tylko jeden z nonsensów On nigdy nie umarł, innym jest kryminalna intryga z udziałem lokalnego gangu, jego córki i pielęgniarza, od którego Jack kupuje świeżą krew – jedyną rzecz, która pozwala mu dzielnie stawiać czoła uzależnieniu od ludzkiego mięsa (czyt. Jack walczy o ludzki pierwiastek).

Całe szczęście, reżyser zdecydował się wprowadzić trochę jatki, bo w wypadku gdyby postawił tylko na psychologię charakteru, widz pewnie musiałby siedzieć przed ekranem z żyletkami gotowymi do użycia na własnych nadgarstkach. Henry Rollins gra dobrze, ale jego charakter przypomina przysłowiowego stracha na wróble, którego jedyną esencją są podkrążone oczy i blada skóra. Nie znajdziemy tu ani głębi Wywiadu z wampirem, ani akcji netfliksowego Daredevil, choć Jack w pewnych momentach wydaje się być charakterem komiksowym.

Jednak największym zarzutem jest to, że Krawczyk nie ma żadnego pomysłu na to, jak rozegrać akcję, ani jak wykorzystać ciekawy w teorii charakter. Jego film w efekcie balansuje na cienkiej granicy czarnej komedii, thrillera, filmu akcji i klasycznego monster movie. O ból głowy przyprawia do tego migająca w tle metafizyka, a gdy dochodzi do dialogu pomiędzy Jackiem, a Śmiercią, człowiek nie wie czy się śmiać czy płakać. Ale jeśli po przeczytaniu tekstu wciąż rozważacie oglądanie tego filmu, to przynajmniej zostaliście ostrzeżeni!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: He Never Died
Produkcja: USA/Kanada, 2015
Dystrybucja w Polsce: Netflix lub brak
Ocena MGV: 2,5/5

Gliniarz samuraj (1991)

samurai_cop_1991_poster

Akcja tego reliktu z czasów panowania kaset VHS zabiera nas w samo serce rozgrzanego letnim słońcem zachodniego wybrzeża USA. Bezradna policja w konfrontacji z lokalnym kartelem narkotykowym zostaje zmuszona do wezwania biegłego w sztukach walki wschodu Joe Marshalla.

Zanim tytułowy gliniarz-samuraj uratuje jednak miłość swojego życia z paszczy smoka, zmuszony będzie do krwawej konfrontacji z nasłanymi na niego bandziorami oraz zadowalania w łóżku napotkanych kobiet.

Film w reż. Amira Shervana jest tym dla kina policyjnego, czym dla filmów wojennych jest niesławny Żywy cel. To produkcja na wskroś zła, na którą składają się wszelkie błędy, jakie tylko może popełnić ekipa filmowa na planie. Fabularnie, twórca czerpie pełnymi garściami z nurtu kung-fu, kina policyjnego oraz pełnych testosteronu akcyjniaków, masowo kręconych w drugiej połowie lat 80-tych.

Mamy zatem twardego komisarza, w którego wcielił się Jimmy Williams. Soczysty słowotok przerywa on zawsze kolejnym machem z cygara. Za pomagiera głównego bohatera robi zaś czarnoskóry Washington (Mark Frazer). Jego rola sprowadza się z kolei do oddania ostatniego strzału ratującego życie Marshalla.

Jednak to protagonista napędza to kuriozum pełne trafionych i nietrafionych pomysłów. Popisy aktorskie Mathew Karedasa, których określenie jako słabych byłoby jak porównywanie przydworcowej budy do restauracji z gwiazdką Michelin, są tu główną atrakcją. Facet albo stara się o status najbardziej drewnianego aktora na świecie, albo cierpi na zaawansowaną chorobę maskowatej twarzy.

Kiedy strzela z karabinu, uprawia seks z panią pilot helikoptera, czy poddaje się bezwzględnemu bossowi Okumura, wygląda zawsze jak podróbka. Po drugiej stronie barykady stoi z kolei Yamashita, którego gra tutaj znany choćby z trylogii o Maniakalnym glinie Robert Z’Dar (sic!) Koleś oprócz swojej dość pokaźnej żuchwy nie ma jednak nic innego do zaoferowania, co widać w każdej scenie z jego udziałem.

W całym tym chaosie, gdzie sceny mimo kilkusekundowej różnicy czasu wyglądają jakby nagrywane były w kilkugodzinnych odstępach, kryją się jednak pokłady czystej zabawy. To kino tak złe, że w niektórych kręgach osiągnęło już status kultowego, siadając obok takich dzieł jak The Room Tommy’ego Wiseau czy niesławnym Birdemic: Shock and Terror.

Film jest odpowiednio krwawy w swoim tandetnym sensie i przepełniony walkami kung-fu. Przez spłycenie fabuły seans mija zaskakująco szybko, bo zamiast zagłębiać się w zdegenerowane środowisko przestępcze USA, od razu kopiemy mu dupsko.

Z czystym sercem można polecić to dzieło wszystkim kinematograficznym masochistom, którzy w wyszukiwaniu takich „perełek” znajdują przyjemność. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądałoby Kung Fury nakręcone w latach 90-tych i (chyba) z dużo mniejszym budżetem, to śmiało odpal sobie Gliniarza samuraja, ale pamiętaj, by seans wszedł gładko pomoże tylko dobrze nabite bongo.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Samurai Cop
Produkcja: USA, 1991
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Rose Byrne zdradza dlaczego podoba jej się wszechstronność

Rose Byrne to aktorka ambitna i utalentowana, która nie ustaje w szukaniu nowych wyzwań i nie daje się łatwo zaklasyfikować. Wiele lat minęło od jej debiutu w rodzimej australijskiej produkcji Bogini roku 1967, za rolę w której została uhonorowana Pucharem Volpiego na Festiwalu Filmowym w Wenecji. Od tego czasu artystka dała się poznać w znakomitym serialu Damages, w hollywoodzkich blockbusterach tj. Troja, 28 tygodni później czy horrorach tj. Naznaczony.  W ostatnim czasie można ją zaś było oglądać w Sąsiadach, The Adult Beginners oraz The Turning, za rolę w którym przyznano jej nagrodę AACTA.

Rose Byrne, oprócz występowania w produkcjach telewizyjnych i filmowych, doskonale daje sobie także radę w teatrze. Niedawna rola w broadwayowskim spektaklu You Can’t Take It With You zjednała jej uznanie bezlitosnych nowojorskich krytyków. Aktorka ogłosiła przy tym kilka tygodni temu założenie wraz z czterema innymi Australijkami niezależnej wytwórni The Doll House Collective, która będzie promować silny głos kobiecy w filmie.

Ponadto, Byrne to również wschodząca ikona haute couture. W okresie 2004-2009 artystka reprezentowała producenta kosmetyków, Max Factor, a obecnie jest oficjalną twarzą australijskiego brandu Oroton. Jej idealne poczucie stylu sprawia, że bardzo często ląduje na listach najlepiej ubranych aktorek takich magazynów jak Vogue, Glamour czy Style.com. Byrne pozostaje od 2012 związku z Bobbym Cannavale, z którym zagrała wspólnie w The Adult Beginners.

neighbours_2014_kadr
Rose Byrne w „Sąsiadach”

Jak mówi aktorka: Zagrałam dużo dramatycznych ról w takich produkcjach, jak Damages, Troja czy 28 dni później. Ale jak każdy aktor marzysz o zróżnicowaniu, więc myślę że w jakiś sposób wymusiłam tę zmianę. Nie sądzę, że jestem jakoś wyjątkowo śmieszna, ale komicy są często bardzo poważni na codzień. Osobiście, sądzę że to bardzo trudne. To jakby robienie dramatu, ale dodatkowo z humorem. A jeśli stawka nie jest wysoka, to nie jest zabawne, ponieważ nie masz nic do stracenia.

Byrne w istocie traktuje swoje role komediowe bardzo poważnie i wkłada w nie wiele pracy, co sprawia, że nawet filmy dość przeciętne dużo zyskują, gdy pojawia się w kadrze. Nawet w filmach tj. Idol z piekła rodem czy Druhny, które są komediami, wciąż masz charakter. Próbuję zawsze dawać swojej roli solidne oparcie w rzeczywistości i dużo myślę nad granym charakterem. W tych ramach mogę znaleźć więcej komedii. Zawsze jest tak, że im jesteś poważniejsza, tym jest to zabawniejsze. – dodaje Byrne.

Artystka zaczynała jednak swoją karierę od ról wysoce dramatycznych, wymagających skupienia i prawdziwego warsztatu aktorskiego. Jej talent zabłysł szczególnie w mało początkowo docenionym – głównie ze względu na eksperymentalną narrację – serialu Damages, w którym zagrała rolę młodej prawniczki Ellen Parsons u boku wielkiej Glenn Close, za którą otrzymała nominację do nagrody Emmy. Sądzę, że Damages pozostaje bardzo niedoceniony, pomimo tego że serial złamał pewną konwencję w telewizji kablowej i jest bardzo wpływowy, co szczególnie znaczące w tym renesansie antybohatera – mówi Byrne.

The Adult Beginners (trailer)

Ale w ostatnim czasie Rose obsadzona została w dwóch komediach, Sąsiedzi i The Adult Beginners, które łączy podobny temat – mierzenie się z dorosłością przez trzydziestolatków, którzy nie są na nią jeszcze gotowi. Jak komentuje aktorka: Sądzę, że istnieją ludzie, którzy rodzą się i od razu chcą być dorośli. Którzy chcą mieć trzydzieści lat, gdy mają dziesięć i całą tę odpowiedzialność. Ale są także inni, którzy reprezentują przeciwieństwo. Jednak gdy doroślejesz, ciężko to zmierzyć. Na przykład ja mam 35 lat. Ciężko mi zmierzyć to „czego się nauczyłam”, jak się zmieniłam i jak pozostałam jednocześnie taka sama.

Conradino Beb

 

Źródło: IndieWire

Jeździec czaszek (1965)

El Charro_de_las_Calaveras_poster

Tajemniczy, zamaskowany człowiek w sombrero i naszytymi na swoim czarnym traje de luces (tradycyjny ubiór matadora) symbolami czaszek, przemierza meksykańską prowincję. Nikt nie wie kim jest, skąd przybył, ale w razie potrzeby to on staje na straży nękanego ludu. Tak rysuje się fabuła wyprodukowanego w 1965 roku filmu El Charro de las Calaveras w reż. Alfredo Salazara.

Nakręcone w czerni i bieli przygody tytułowego Jeźdźca Czaszek (Dagoberto Rodríguez) to unikalna mieszanka hiszpańskojęzycznego westernu, klasycznego horroru i sytuacyjnej komedii. Nie da się ukryć, że jest to także cegiełka dla powstającego w latach 60-tych nurtu Mexploitation, niskobudżetowych filmów, łączących elementy meksykańskiej kultury i kina eksploatacji.

Już pierwsze sceny z dzieła Salazara sugerują nam, że to twór wybitnie niszowy. Na meksykańskiej prowincji, wśród hacjend i opuszczonych cmentarzy, grasują wampiry, wilkołaki i zombie, ba trafi się nawet jeździec bez głowy! Aby nie pogubić się w tej barwnej palecie koszmarnych kreatur, film ma budowę epizodyczną, tak więc każda konfrontacja ma podobny przebieg. Najpierw widzimy scenkę ataku, zapoznającą nas z przeciwnikiem, później główny bohater prowadzi śledztwo szukając i tropiąc monstrum, a na końcu dochodzi do ostatecznej walki.

Z początku poznamy historię zamożnej rodziny, żyjącej w strachu przed wilkołakiem. Z tej misji nasz tajemniczy jeździec zyskuje dwóch kompanów dalszych przygód. Młodego chłopca, łaknącego przygód Perico (Gabriel Agrasanchez) i bojącego się wszystkiego, otyłego Cleofasa (Pascual García Peña). Ci dwaj odpowiedzialni są za komediowy charakter produkcji.

O tym, że to raczej luźna produkcja, świadczą również efekty specjalne i charakteryzacja bestii, które choć są bardzo obskurne i tandetne, to twórcy nie starali się tego zbytnio maskować. Wampir zmieniający się w tekturowego nietoperza na sznurkach, czy zombie z wymazaną pianką do golenia twarzą to szczyt efekciarstwa w El Charro de las Calavera. Enigmatyczny obrońca, zamiast rewolweru bardziej uznaje prawo pięści, więc niestraszna mu solówka z wilkołakiem, a jeden celny rzut naostrzonego kija posyła do piachu niejednego krwiopijcę.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie przy głównym bohaterze. Ma on styl Bruce’a Wayne’a, który naoglądał się Scooby Doo i z soundtrackiem z Desperado na słuchawkach ruszył do Meksyku. Z jego opowieści dowiadujemy się, że kiedy był mały jego rodzice padli ofiarami bandytów, a on sam poprzysiągł być bezimienną i pozbawioną twarzy personifikacją sprawiedliwości. Kiedy jednak dane nam jest na krótką chwilę ujrzeć go w pełnej krasie, lekko się zawiedziemy, bo to zwyczajny, wąsaty facet, jakich pełno w okolicy.

Oryginalny scenariusz, unikalny klimat i kultowość to z pewnością atuty, przez które Jeździec Czaszek znajdzie swoją niszę. Przygodę z filmem Salazara na pewno zaliczyć mogę do udanych, choć otrzymałem troszkę inną dawkę emocji niż się spodziewałem przed seansem. Trudno polecić ten odjazd innej publice, niż tej lubującej się w wykopywania perełek, bo to właśnie ona potrafi czerpać przyjemność z oglądania kolejnych skamielin. Film sprawdzi się też pewnie idealnie jako pożywka dla mózgu pogrążonego w oparach THC, ale tę teorię sprawdzę przy ponownym seansie.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: El Charro de las Calaveras
Produkcja: Meksyk, 1965
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5