Archiwa tagu: kontrkultura

Czy „Doktor Strange” z Benedictem Cumberbatchem uchwycił psychedeliczny klimat komiksu?

Doktor Strange ma wielu fanów, nawet jeśli nie są oni tak liczni, jak fani innych komiksów Marvela takich jak Iron Man, Spider Man czy Kapitan Ameryka. Ale nie da się ukryć, że Disney wyciągnął Doktora z rękawa właśnie teraz, gdyż pierwszorzędni superbohaterowie Marvela zostali niemal w całości wyeksploatowani w ramach MCU.

Doktor Strange jest wyjątkowym superbohaterem z kilku powodów. Po pierwsze, zadebiutował on na łamach Strange Stories w 1963, czyli w momencie, gdy świat wkraczał w jeden z najbardziej burzliwych momentów powojennej historii Zachodu, co komiks bez wątpienia odzwierciedla.

Po drugie, Doktor Strange był pierwszym superbohaterem Marvela, który otwarcie babrał się w okultyzm, magię i projekcję astralną (żeby wymienić tylko te najważniejsze), a do tego miał bardzo antymaterialistyczne podejście do życia (z otwartą pogardą dla pieniędzy włącznie), co z miejsca uczyniło go idolem kontrkultury headów. Jednym z największych fanów komiksu był sam Ken Kesey.

Po trzecie, Doktor Strange jako pierwszy superbohater Marvela otworzył drzwi dla psychedelicznych wątków w komiksie. Doktor Strange podróżował po innych światach pełnych dziwnych efektów wizualnych, które bez wątpienia można nazwać halucynogennymi. Był pierwszym superbohaterem, który udowodnił, że komiks może iść tak daleko, jak sięga wyobraźnia twórców.

dr_strange_psychedelic
„Doctor Strange: Master of the Mystic Arts” / Marvel, 1974

Pierwsze tweety krytyków po premierze potwierdzają, że film w istocie pełen jest tripowych efektów specjalnych:

Bardzo tripowe efekty wizualne – David Ehrlich (IndieWire).

Tripowe efekty wizualne – Courtney Howard (Fresh Fiction TV)

Cudownie tripowy – Andry Signore (Screen Junkies)

Tripowy i psychedeliczny – Brandon Norwood (The Tracking Board)

Trochę jak trip na kwasie – Anna Klassen (Bustle)

Jak podkreśla także reżyser, Scott Derrickson (Zbaw nas ode złego, Egzorcyzmy Emily Rose): Duchowość pojawia się w naszej kulturze od dłuższego czasu i lata ’60 były momentem, w którym ludzie zaczęli poszukiwać czegoś ponad dobra materialne. Ale w jaki sposób można połączyć to z oczekiwaniami współczesnego świata?

Częściową odpowiedź znajdziemy w kinie, które może zabrać ludzi w podróż przekraczającą wszelkie wyobrażenia, dające się jednak przenieść na ekran dzięki efektom specjalnym, cyfrowej manipulacji, krajobrazom i widokom, które sprawią, że naprawdę odlecisz.

Conradino Beb

Archiwa „OZ”, legendarnego magazynu kontrkulturowego, teraz dostępne online!

OZ to legendarny magazyn kontrkulturowy, który był publikowany w latach 1963-1973, z pierwszym numerem wydanym w Sydney przez czwórkę australijskich studentów: Neville’a, Walsha, Sharpa i Petera Grose’a, zawierającym serię artykułów parodiujących styl tabloidowy. Magazyn stał się sławny po tym, jak jego redakcja została postawiona przed sądem za rozpowszechnianie obscenicznych materiałów.

W 1967 część redakcji przeniosła się do Londynu, gdzie OZ zmienił charakter na bardziej eksperymentalny wizualnie, będąc jednym z pierwszych mediów papierowych, które były tworzone w pop psychedelicznym stylu.

Składany w piwnicy domu na Notting Hill, OZ szybko wykształcił sobie renomę wśród headów dzięki dzikim, psychedelicznym okładkom i komiksom autorstwa takich artystów, jak Martin Sharp, Philippe Mora, Michael Leunig czy Robert Crumb, a także feministycznym manifestom Germaine Greer.

Brytyjskie archiwa zostały umieszczone w sieci przez The University of Wollongong, gdyż jak mówi kierownik biblioteki, Michael Organ: Nikt inny tego nie zrobił, a OZ był przodującym magazynem undegroundowym i 50 lat później pozostaje wciąż istotny jako wehikuł czasu, a także jako dzieło sztuki.

oz_9_cover
„Oz” no 9 / okładka
oz_dylan_cover
„Oz” no 26 / słynna okładka z Bobem Dylanem
martin_sharp_oz_zd_tarot
Reklama no 4 „Oz” w tarotowym stylu / Martin Sharp
jim_leon_oz
Ilustracja w „Oz” no 36 / Jim Leon

>>> Wszystkie numery OZ można pobrać stąd <<<

Psychedeliczna historia „Eight Miles High”

Eight Miles High to jeden z największych klasyków rocka psychedelicznego. I choć nie był to numer, który odpalił gatunek – ten zaszczyt należy bez żadnej wątpliwości do You’re Gonna Miss Me The 13th Floor Elevators – był pierwszym granym przez popularne stacje radiowe, by równie szybko zostać zdjęty ze względu na kontrowersyjne słowo „high”!

Nagrany przez The Byrds pod koniec stycznia 1966 i wypuszczony na rynek 14 marca jako singiel 7″, kawałek korzystał z bogatego brzmienia dwunastostrunowej gitary elektrycznej Rickenbackera i minorowej skali melodycznej, w zawoalowany sposób odnosząc się do doświadczenia psychedelicznego. Muzycy świadomie próbowali emulować brzmienie Ravi’ego Shankara i Johna Coltrane’a, będąc od przynajmniej roku dobrze zaznajomieni z efektami LSD.

Jak potwierdza Guardianowi Roger McGuinn: Eight Miles High bywa nazywany pierwszym psychedelicznym kawałkiem. To prawda, że eksperymentowaliśmy z LSD i że tytuł zawiera słowo „high”, więc jeśli ludzie chcą się tego trzymać, to wspaniale. Ale Eight Miles High był tak naprawdę hołdem dla Johna Coltrane’a. To była nasza próba grania jazzu.

Byliśmy w trasie po USA i ktoś puścił nam dwa albumy Coltrane’a: Africa/Brass (ósmy album w karierze solowej Coltrane’a, wypuszczony w 1961 przez Impulse! Records – przyp. red.) oraz Impressions. Właśnie kupiłem odtwarzacz kaset, a że była to absolutna nowość, nigdzie nie można było kupić do niego żadnych taśm. Ale że miałem kilka czystych kaset, nagrałem na nie obydwa albumy razem z kilkoma płytami Ravi’ego Shankara i wziąłem je w trasę. To była jedyna muzyka, którą mieliśmy w autobusie, więc pod koniec trasy Coltrane i Shankar wryli nam się kompletnie w mózg.

Był jeden kawałek Coltrane’a zatytułowany India, w którym próbował on emulować sitar na saksofonie. Zawierał ciągle powtarzaną frazę „dee da da da”, którą przełożyłem na swojego Rickenbackera i do której dołożyłem trochę jazzowych nut. Byłem zakochany w jego grze na saksofonie: tych wszystkich śmiesznych nutkach i szybkich strzałach na samym dole skali.

John Coltrane – India (Impressions, 1963)

Podstawę rytmiczno-melodyczną utworu skomponował ostatecznie Gene Clark, a tekst w dużej mierze ułożył David Crosby, który nagrał też ścieżkę wokalną. Tytuł był z drugiej strony wynikiem zbiorowej burzy mózgów, w której rozmowa o trasie po Anglii w 1965 i o tym, jak wysoko leciał samolot, połączyła się swobodnie z Eight Days a Week Beatlesów, ostatecznie dając Eight Miles High.

Rewolucyjny jak na swoje czasy kawałek bardzo szybko stał się symbolem dla raczkującej kontrkultury młodzieżowej, największą popularność zdobywając oczywiście w Kalifornii, kolebce zespołu. Niestety, został on bardzo szybko zbanowany na skutek Raportu Gavina (konserwatywnej publikacji radiowej), w którym oskarżono go o reklamowanie narkotyków… czego nawet nie próbuje dementować David Crosby.

the_byrds_eight_miles_high_flyer
Plakat Columbii reklamujący „Eight Miles High”

Jak twierdzi artysta: Oczywiście, że Eight Miles High była piosenką o dragach. Jej głównym tematem jest wysokość lotu, ale celowo zawarliśmy w niej ukrytą aluzję (…) Wiedzieliśmy, że Eight Miles High była niezwykłą piosenką i chcieliśmy ją dobrze nagrać. Podpisaliśmy kontrakt z Columbią, której studia nagraniowe były pod kontrolą związków z regularnymi przerwami etc. Byli dla nas chujami.

W tym samym czasie Jefferson Airplane nagrywali na tej samej ulicy dla RCA z Alem Schmittem, jednym z największych inżynierów dźwięku w historii. Więc powiedziałem zespołowi: „Dlaczego się nie wymknąć i nie nagrać tego z prawdziwymi zawodnikami w prawdziwym studiu?” Wymknęliśmy się więc i nagraliśmy swoją wersję.

Kiedy dowiedziała się o tym Columbia, grozili nam zerwaniem kontraktu i sprawą sądową, w zasadzie wszystkim. Rozpętała się bitwa aż nasz menedżer w końcu się poddał i nagraliśmy nową wersję dla Columbii, która stała się klasykiem. Wciąż jednak uważam, że nasza była lepsza.

Eight Miles High (pierwsza wersja)

Conradino Beb

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym

timothy_leary_golden_gate_park_1967
Timothy Leary w parku Golden Gate / 1967

Człowiek z najwyższym w USA tytułem naukowym twierdził, że LSD jest darem od Boga. Darem pozwalającym odbyć zarówno podróż w głąb siebie, jak i udać się w podróż porównywalną do międzygalaktycznej wycieczki. Podróż umożliwiającą „rozkodowanie” własnego DNA i wyrwanie się otaczającej nas rzeczywistości, a tym samym uwolnienie umysłu z rąk wszelkiej maści kreatorów panującego systemu. Dr Timothy Leary.

Dar niebios wyglądający jak zwykła woda – przeźroczysty, pozbawiony smaku, zapachu, nawet od niej tańszy w produkcji – wykorzystywał do leczenia ciała i duszy. Prowadził badania i terapie z udziałem ochotników wyłanianych wśród studentów, alkoholików, narkomanów czy więźniów zakładów karnych. Jego eksperymenty zaskakiwały wyjątkowo dużą skutecznością w resocjalizacji skazanych, walce z wszelkimi nałogami, czy … leczeniu z homoseksualnych skłonności.

Rock’n’rollowe eksperymenty

Jak wiadomo, Timothy Leary nie skupiał się jedynie na naukowych aspektach swojej pracy. Angażował się w rozwój kultury i społeczeństwa także poprzez rozrywkę, film czy muzykę. Był wielkim źródłem inspiracji. Współpracował i przyjaźnił się nie tylko z wieloma światowej klasy pisarzami – jak np. Allen Ginsberg, Aldous Huxley, William S. Burroughs czy Ken Kesey – ale także takimi artystami, jak H. R. Giger czy John Lenon. Miał też swój udział w nagrywaniu albumu Linger Ficken Good Revolting Cocks, szalonej grupy rockmanów młodszej generacji.

Pod koniec pierwszej połowy lat 90-tych (czyli u schyłku życia) przez pewien czas w jego domu w Laurel Canyon (LA) mieszkały dwie, młodsze o niemal czterdzieści lat – można śmiało rzec – zwariowane postacie: Al Jourgensen, poznany w 1992 roku dzięki Burroughsowi (założyciel zespołu Ministry, członek grupy Revolting Cocks), oraz jego kumpel Gibby Haynes (lider Butthole Surfers). Obaj przy okazji pomagali Leary’emu w jego badaniach.

Doktor dostawał pocztą od różnych firm i uczelni sporo różnych psychodelików, a jako naukowiec chciał sprawdzić jakie efekty wywołują rózne halucynogeny w połączeniu z innymi substancjami: np. kokainą, heroiną, lekiem na przeziębienie czy… mrożonkami. Zachęcał swoich współlokatorów do brania wszelkich dragów, na jakie mieli tylko ochotę.

Co dwa tygodnie „karmił” ich przeróżnymi laboratoryjnymi środkami na bazie MDA, ayahuaski czy virolii, po czym towarzyszył swoim „królikom doświadczalnym”, nieustannie notując jak dane mikstury działają na ich organizmy. Dawki były podobno tak mocne, że efekt pojawiał się w postaci silnych halucynacji już niespełna 20 minut od zażycia.

Chodząca encyklopedia amerykańskiego baseballu

Zamiłowania Tima nie kończyły się na fascynacji możliwościami ludzkiego mózgu i (wiążącymi się z tym) psychodelicznymi eksperymentami z LSD. Tim interesował się również bardziej banalnymi sprawami, np. sportem, a dokładnie amerykańskim baseballem. Jak mało kto, w tym temacie był chodzącą encyklopedią .

tim_leary_ash_ra_tempel_2
Timothy Leary w trakcie nagrywania płyty z Ash Ra Tempel / lata ’70

Potrafił recytować baseballowe statystyki dotyczące każdego pałkarza od 1967 roku. Jego ulubionym zawodnikiem był Carl „Yaz” Yastrzemski – wybitnie utalentowany, wybrany do Galerii Sław, władający rodowitym językiem baseballista polskiego pochodzenia. Tim wiedział o nim wszytko.

Obiady w wyższych sferach

To, że Timothy Leary był człowiekiem oczytanym nie powinno nikogo dziwić – potrafił recytować Szekspira, Biblię, Burroughsa i wielu innych. Swoje poglądy czerpał jednak także z rozmów ze studentami, którzy uświadomili mu, że świat jest czymś więcej niż mały ludzki mózg. Był bardzo towarzyski, interesował go każdy aspekt życia.

Raz na tydzień urządzał kolacje, zapraszając miliarderów, polityków, dziennikarzy, sportowców, astronautów (Frank Borman), aktorów czy przemysłowców, wśród których sadzał przy stole rockandrollowych „świrów” w postaci Ala Jourgensena czy Trenta Reznora (NIN). Niezupełnie więc odciął sie od establishmentu, nie był tylko nixonowskim „wrogiem publicznym numer jeden”, lecz także człowiekiem otaczającym się „zwariowanymi” ludźmi z show businessu, jak i szanowanymi ludźmi z „wyższych sfer”.

Pomimo, że utrzymywał kontakty z tak różnymi ważnymi osobistościami, powtarzał: „To nie tak, że się im sprzedałem, nadal bowiem jestem tym samym Timem, rzecz w tym, że wielu z tych ludzi inwestuje olbrzymie pieniądze w moje pomysły”. Mawiał, że „nie osiągniesz sukcesu, dopóki nie przekonasz ludzi, aby płacili ci za to kim jesteś”.

Nie była to pusta teza. Dom w Los Angeles kupił mu ojciec jego chrześnicy, znanej amerykańskiej aktorki Winony Ryder. Już w 1963 roku, gdy został wydalony z Uniwersytetu Harvarda – będące spadkobiercami ogromnej fortuny rodzeństwo Hitchcocków udostępniło mu ogromną posiadłość w Millbrook, gdzie mógł kontynuować swoje eksperymenty.

Nie zapomniano o nim także w czasach, gdy miał znacznie poważniejsze kłopoty z prawem (trzy wyroki więzienia: 30, 20 i 95 lat). Przez odpowiednie wstawiennictwo wyciągnięto go z więzienia w Teksasie, umożliwiono ucieczkę z USA, przyznano azyl w Szwajcarii, czy w końcu załatwiono akt łaski u gubernatora.

Małżeństwa, romanse, miłość i … rozczarowanie

leary_2
Timothy Leary w latach ’80

Nigdy nie był samotnikiem. Podobno w czasie studiów został usunięty z listy studentów jednej z uczelni za zbyt częste wizyty w żeńskim akademiku. Cztery razy był żonaty. Pierwsze małżeństwo zakończyło samobójstwo żony, pozostałe skończyły się rozwodem.

Timothy Leary nawet jako 70-cio latek nie był pozbawiony wigoru. Miał w zwyczaju zapraszać do siebie – oprócz przeróżnych wybitnych gości, także kochanki. Bywało, że nawet dwie na raz! Jak wspominał jego przyjaciel – były to znacznie młodsze dziewczyny, same ponętne, młodziutkie studentki.

Trwało to do czasu, gdy zakochał się w młodszej o 37 lat Aileen Getty – wnuczce miliardera, potentata naftowego J.Paule Getty’ego. Jak można się domyślić, nie interesowały jej pieniądze i snobistyczny styl życia, bo wybierając filantropię i kontrkulturę, zrezygnowała z rodzinnej, kapitalistycznej drogi.

Aileen przyczyniła się jednak do jednego z największych rozczarowań życiowych Tima. Stało się to, gdy odrzuciła jego oświadczyny podczas wspólnej wyprawy do Las Vegas. Tim był zdruzgotany tym faktem. Przekonywał, że nie zależy mu na jej pieniądzach, ona zaś odparła: „Będę twoim przyjacielem, twoją kochanką, co tylko chcesz. Tego jednak nie zrobię”. Jak powiedziała, tak zrobiła – towarzyszyła mu do śmierci na raka prostaty w 1996 roku.

Kosmiczny trip z twórcą Star Treka

Zanim umarł, zaplanował, że siedem gramów jego prochów spłonie w przestrzeni kosmicznej. 21 kwietnia 1997 zostały one umieszczone na pokładzie rakiety Pegasus, w której znajdowały się również prochy twórcy Star Treka, Gene’a Roddenberry’ego, astronoma Gerarda O’Neila i naukowca Kraffta Ehricke.

Po sześciu dniach na orbicie rakieta spłonęła w atmosferze ziemskiej. Głowa Tima nie uległa jednak kremacji – zgodnie z ostatnią wolą została odseparowana od reszty ciała i zamrożona, gdyż Leary twierdził, że w przyszłości rozwój medycyny umożliwi transplantacje ludzkiego mózgu. Kto wie, być może pewnego dnia Timothy Leary zmartwychwstanie!

drtsando23

 

Źródło: Zaginione Ewangelie Według Ala Jourgensena (oryg. Ministry – The Lost Gospels According to Al Jourgensen)

 

Magivanga przy współpracy z wydawnictwem Officyna ogłasza konkurs! Do wygrania nowa książka: „Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary” Johna Higgsa!

higgs okladka

Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary to błyskotliwa, napisana z werwą i okraszona sporą dozą humoru biografia Timothy Leary’ego, ikony kontrkultury, jednej z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem wpływowych postaci drugiej połowy XX wieku, uznanej przez prezydenta Nixona za wroga publicznego numer jeden.

Znany brytyjski dziennikarz John Higgs skupia się w książce na najważniejszych wydarzeniach z życia „szalonego naukowca”, opisując na przykład jego brawurową ucieczkę z więzienia, czy śmiałe eksperymenty na Harvardzie.

A czyta się ją, jak pełną napięcia i zwrotów akcji powieść, trochę thriller, trochę historię miłosną, trochę gawędę o wzlotach i upadkach bujającego w obłokach psychologa, który chciał się przysłużyć… no właśnie, komu? Ludzkości, własnemu ego?

Ta biografia to jednak coś znacznie więcej, niż świetna proza z arcyciekawym bohaterem w roli głównej. To także barwny obraz epoki bitników i dzieci kwiatów, a ponadto przystępny opis niezwykle inspirujących i ciągle prowokacyjnych idei Leary’ego tj. teoria wdruków czy tuneli rzeczywistości.

Słusznie kojarzony z kontrkulturą i kulturą narkotykową, Timothy Leary był w dużej mierze idealistą i utopistą, człowiekiem nieustannie poszukującym, który usiłował poszerzyć ludzką świadomość, wzmóc nasz twórczy potencjał, wyjrzeć poza „tu i teraz”.

Książkę na język polski przełożył Andrzej Appel, posłowiem opatrzył Kamil Sipowicz, a kupić ją można tu. W ramach konkursu wydawnictwo Officyna ufunduje 3 egzemplarze czytelnikom MGV, którzy napiszą krótki artykuł pt. 5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym i podeślą go na e-mail redaktora bezczelnego do 28 października. Artykuł powinien liczyć 500-1200 słów.

Conradino Beb

W poszukiwaniu inspiracji i pięknych słowiańskich chłopców, czyli trzy pielgrzymki Allena Ginsberga do Ziemi Polskiej

ginsberg praga
Allen Ginsberg w Pradze, tydzień po pierwszej wizycie w Polsce / 1965

Gdy Edward White przygotowywał się do odbycia pierwszego spaceru w przestrzeni kosmicznej, a amerykańskie śmigłowce latały masowo nad Wietnamem, biedny i szary kraj nad Wisłą oczekiwał na przybycie arcyważnego gościa z zagranicy. Zamiatano chodniki, malowano przystanki, łatano dziury w drogach i uzupełniano zapasy niezbędnego alkoholu. Na lastrykowych parapetach miały zagościć nowiuteńkie kompozycje paprotek, a obsługa hotelowa była kierowana na kursy języka obcego.

Dzieci czekały z kwiatami, a piękne niewiasty nie mogły powstrzymać się od wybuchów szaleńczej radości, gdyż już lada moment granicę Polskiej Republiki Ludowej miał przekroczyć zacny piewca pokoju, niezrównany geniusz słowa, człek wielkiego serca, orędownik biednych i pokrzywdzonych, przyszły przywódca duchowy oświeconej części świata, najrówniejszy wśród równych – Leonid Breżniew!

Dziwnym trafem, „odwiedziny” te zbiegły się z innymi, o wiele mniej spektakularnymi, kiedy mało znany (w ówczesnej Polsce) poeta z Ameryki przybył do Peerelu na zaproszenie Związku Literatów Polskich. Jedyną rzeczą, która łączyła te dwie wizyty – oprócz daty – była ukryta nadzieja obydwóch gości, że uda się im wyruchać kogoś w dupę. Różnica była taka, że jeden miał na myśli miłego, przystojnego Polaka, a drugi kraj, w którym chłopcy ci piękni mieszkali.

1965

Była wiosna roku Pańskiego 1965 i rzeczony Allen Ginsberg miał przy sobie podręczny bagaż, pojemny notes na wiersze, własnoręcznie sporządzone rozmówki angielsko-polskie i długą, starannie przyciętą brodę, dzięki której wyglądał jak żywcem zdarty z portretów Karola Marksa, zdobiących wówczas ściany niejednej warszawskiej kawiarni.

W takiej kawiarni po raz pierwszy spotkał go właśnie polski poeta Nowej Fali – Jarosław Markiewicz. Literat przez chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym onieśmielony wydukał po francusku: „To pan jest tym amerykańskim poetą? Przecież to niemożliwe!”. Allen potwierdził, że to jednak możliwe i zapytał, skąd go zna? Tamten odparł, że czytał jego wiersze w polonijnym kwartalniku literackim i ogólnie, że „łał”. Ginsberg słysząc to ucieszył się niezmiernie i powiedział, że mogą razem zorganizować kilka wypadów na miasto.

Literackich iwentów było wtedy niemało i na jednym z nich ex-Bitnik spotkał się m.in. z Herbertem, Grochowiakiem i Arturem Sandauerem – tego ostatniego odwiedził nawet osobiście w mieszkaniu, co zresztą nie było dziwne, ponieważ uchodził on wówczas za największą szychę polskiej krytyki literackiej i trzeba mu było pokazać „egzotycznego” poetę z Ameryki.

Jednak gospodarz chyba nie zapamiętał dobrze tej wizyty, bo gdy Sandauer wraz z Markiewiczem tylko na moment zostawili Ginsberga samego, po chwili musieli oglądać, jak Amerykanin odpierdala jakieś „buddyjskie hołupce” i za bardzo nie wiedzieli, czy mają wzywać pomoc, czy tylko się przyglądać. Jednak incydent zupełnie nie przeszkodził Markiewiczowi w przedstawieniu artysty jednemu z najbardziej odjechanych twórców powojennej Warszawy, czyli Mironowi Białoszewskiemu.

Drzwi otworzył chłopak Mirona, Leszek. Z początku atmosfera była dość drętwa, jeśli nie „krępująca”, bo po francusku dogadać się było trudno (po angielsku jeszcze gorzej), a wspólnych tematów literackich też poeci nie mieli za wiele. Rozkoszny Ginsberg uśmiechał się i przeglądał notatki Mirona, z których zapewne niewiele rozumiał, ale niezwykle się cieszył.

allen kielce 1986
Allen Ginsberg i Szczęsny Wroński (pierwszy z prawej) – Pałacyk Zielińskiego, Kielce / wrzesień 1986 (fot. Zbigniew A. Stefański)

Później wskoczył na biurko, przeglądał biblioteczkę, siadał, wstawał, zachowując się niczym wiejski przygłup z ADHD. Jednak Białoszewskiego po pewnym czasie ta niecodzienna sytuacja zaczęła irytować. Dopytywał, czy aby na pewno Ginsberg jest Żydem, a nawet nazwał Amerykanina kabotynem. Na usta cisnęły mu się już słowa typu: „A w coś ty mnie tu wpuścił, Leszku?”.

Chłopaki odnaleźli wspólny język dopiero, gdy Ginsberg zagaił coś o narkotykach i szybko wyszło na jaw, że Miron leci na kodeinie, a Allen na LSD. Temat okazał się istnym workiem bez dna, ponieważ obaj twórcy lubili dobrze przyjebać. Gospodarze przywołali na dodatek temat Witkacego oraz jego przygód z dragami, co rzecz jasna bardzo zainteresowało Ginsberga. Snuli już prawie plany wspólnych tripów, lecz czas naglił i trzeba było się pożegnać.

Ostatecznie poeci rozstali się w dobrych nastrojach, choć w relacji Białoszewskiego czuje się, że pozostał lekko uprzedzony w stosunku do Ginsberga. Może nie potrafił zrozumieć jego talentu, a może bariera kulturowa była w tym przypadku nie do przebrnięcia. Widać to wyraźnie, gdyż Białoszewski opowiada o świeżo napisanym przez Ginsberga wierszu, który Amerykanin przyniósł do mieszkania, a premierowo odczytał (oraz „wytłumaczył” swojemu chłopakowi) Leszek. Wszyscy byli zachwyceni, choć w opinii Mirona poemat „dupy nie urywał”. A był to wiersz o Polsce, o Warszawie, o warszawskiej kawiarni…

Warszawska kawiarnia

Te widma spoczywające na plastikowych stołkach
Widma w skórzanych rękawiczkach przez godzinę mknące wzdłuż całej kawiarni
Widma dziewczyn z okaleczonymi obliczami, czarnymi pończochami brwiami cienkimi
Widma chłopców z małymi bródkami, o blond włosach przylizanych do czaszki
Nowe widma wciągnięte w rozmowy, tłoczące się wokół czarnych stołów późnym
popołudniem
smutny sopran historii płynący z głośnika hi-fi
– perspektywa murów i okien z XVIII wieku od Nowego Świata aż po kolumnę Zygmunta III –
z podniesionym mieczem strzegącego od trzech stuleci polskiej młodzieży
O polskie widma ileście wycierpiały odkąd Chopin ronił łzy do swego
romantycznego fortepianu
zruiniałe stare budowle, wesołość całonocnych zabaw pod bombami lotniczymi,
pierwsze krzyki znikającego getta – Robotnicy kroczą przez różowo-błękitne ściany
przedwojennej sypialni, niszcząc spowite słońcem gruzy –
Teraz widma gromadzą się do całowania rąk, dziewczyny całują się wzajemnie, paryskie
włosy rudych czarownic
i szczerozłote zegarki – by usiąść pod żółtą ścianą z dużą brązową teczką –
by wypalić trzy papierosy w cienkich czarnych krawatach i kiwnąć głową na temat nowego filmu
Widma Chrystusa i wasze ciała niech będą z wami w godzinie waszej młodości
w powojennym niebie splamionym przez pot Komunizmu, wasze miłości i wasze białe
gładkie policzki delikatne we wzajemnym spojrzeniu.
O widma, jak piękne są wasze spokojne ogolone twarze, wasze szale koloru bladej szminki,
wasze liche obcasy,
jak piękne wasze nieobecne spojrzenie, z samotnie skrzyżowanymi nogami na stole, z długimi rzęsami,
jak piękna wasza cierpliwa miłość siedzących razem czytających czasopisma o sztuce –
jak pięknie wchodzicie przez drzwi zasłonięte aksamitną kotarą, ze śmiechem do
zatłoczonego pokoju
jak czekacie w kapeluszach, oceniając inne twarze, i odwracacie się i wychodzicie na godzinę
lub dumacie przy barze, czekając aż ospała kelnerka zaparzy czerwoną gorącą herbatę,
minuta po minucie
wciąż stojąc, podczas gdy godziny uderzają w kościelne dzwony, podczas gdy lata mijają, a
wy pozostaniecie na ulicy Nowy Świat
jak pięknie ściągacie wargi, wzdychając wypuszczacie dym z waszych ust, pocieracie wasze dłonie
lub ze śmiechem nachylacie się ku sobie na widok tego dzikiego kudłatego szaleńca, który
siedzi i płacze pośród was obcy.

                        10.04.1965

W stolicy Ginsberg zdążył jeszcze zwiedzić ruiny getta, po czym wyruszył koleją do Krakowa. Na samym dworcu przywitał go kontrowersyjny sytuacjonista i ówczesny „gwiazdor” krakowskiej awangardy – Krzysztof Niemczyk. Pomimo trudności komunikacyjnych, Niemczyk – wraz ze swoimi towarzyszami po artystycznym fachu – szybko dogadał się z Amerykaninem. Niemniej nawijał tylko Ginsberg, tłumaczył kumpel Niemczyka, a reszta milczała, przez co zaczęło robić się nudnawo. Ale po obaleniu kilku browarów, świeżo upieczeni koledzy udali się na domówkę u krakowskiego sytuacjonisty.

Impreza zapowiadała się wybuchowo i wszystko było ok, aż do momentu kiedy Ginsberg nagle odpłynął i przystąpił do ustawiania na środku pokoju ołtarzyka z kostek margaryny. Później przy użyciu zapałek oraz – wyciągniętych nie wiadomo skąd – dzwoneczków przekształcił margarynową konstrukcję w święty instrument.

Gdy dzieło było gotowe, zaczął odpierdalać podobne przedstawienie, co w domu Sandauera. Jednakże tutaj wszyscy byli nawaleni, więc wyczyn Ginsberga spotkał się z nieco większą aprobatą. Na sam koniec Amerykanin zaproponował jednemu z obecnych w mieszkaniu (Zbigniewowi Werpechowskiemu – poecie i performerowi) odbycie upojnego stosunku analnego, lecz ten odmówił, co wzbudziło w Ginsbergu smutek, przykrość i rozczarowanie.

Cóż, polscy chłopcy z branży chyba nie mieli wtedy tyle ognia, co ich koledzy zza żelaznej kurtyny. Hmm… nie mnie oceniać, ale Ginsberg z pewnością odczuł to dotkliwie, bo jedyną rzeczą, którą mu dano w Krakowie, była nagroda za wygraną w konkursie na najdłuższą brodę, organizowanym przez klub „Pod Jaszczurami”. Jednakże poeta pozostawił w Mieście Królów dość ważną pamiątkę – autograf na ścianie mieszkania Krzysztofa Niemczyka, gdzie po wybuchu rewolucji kontrkulturowej pielgrzymowali hipisi z całej Polski.

Po pobycie w Krakowie Ginsberg wyruszył jeszcze do Oświęcimia, a później do Wrocławia, gdzie skończyła się jego pierwsza polska pielgrzymka. Anegdot dotyczących tej wizyty jest na pęczki, choć większość z nich – niewiadomo dlaczego – wzajemnie się wyklucza. Możliwe, że dopiero po latach – gdy Ginsberg stał się jednym z najważniejszych amerykańskich poetów oraz kapłanem kontrkultury – osoby, które spotkały go wiosną 1965 roku, zrozumiały z kim miały do czynienia i puściły wodze fantazji, by owiać tamtą wizytę jeszcze donioślejszą legendą – co zrozumiałe – najpiękniej wybrzmiewającą w słowach ginsbergowskich wierszy, jak ten napisany tydzień po wizycie u Białoszewskiego:

Chwile powrotu

tysiąc zachodów słońca za sieciami trakcyjnymi w otwartej przestrzeni Warszawy
Pałac Kultury chińskie szczyty czernieją na tle zachmurzonego w pomarańcz horyzontu –
żelazny tramwaj nabierający tempa owadzie czułki skrzą błękitami znad głowy, człowiek w kapeluszu kuśtykający przez zardzewiałe ściany mieszkania –
Chrystus w kaplicach pod białą świętą poświatą – drżące palce na długim różańcu
oczekiwanie zmartwychwstania
Stary rudy spasiony Jack śmiertelny na Florydzie – łzy na czarnych rzęsach, pożegnanie
Bacha z Krzyżem –
To było 24 lata temu na trzeszczącym gramofonie Sebastian Sampas* mówiąc adieu stałemu lądowi
Zatrzymałem się na chodniku, by przypomnieć sobie Koncert warszawski**, puste smutne
fortepiany łomoczą niczym bomby, niebiańska melodia
wewnątrz kuchni w Ozon Park*** – To wszystko spełnia się podczas wschodu słońca na
opustoszałej ulicy –
I nie mam nic do roboty tego wieczoru prócz spaceru w futrzanym płaszczu w zimnej szarości
alei, lata później, melancholijny człowiek w samotności – 
muzyka przenikająca do innego kosmosu – chwile powrotu – echo taksówki podjeżdżającej
pod ławkę w parku –
Moja broda to nieszczęście, brak języka dla tych młodych oczu – w których rozpoznaję siebie
samego nagiego w moim najwcześniejszym śnie –
teraz siedzę przy skrzyżowaniu żałosny przez łysinie na przedzie mojej czaszki i szare znaki
czasu na mojej brodzie –
ból głowy lub taneczne wyczerpanie lub czerwonka w Moskwie lub wymioty w Nowym Jorku –
Och – wybudowali Metropol Hotel – tłum oczekujący na drogowej wysepce pod uliczną
latarnią – jęk tramwajów na Jerozolimskich –
Szczyty błyszczących konstrukcji olśniewających Czerwone Stany****, olbrzymia kamienna
aleja obwieszona żółtymi żarówkami – przerwane miganie świateł, długie tramwaje
szlifują aż do zatrzymania, motocykle przemijają w eksplozjach
Wiersz powrotu do tej chwili, moje przyrzeczenie do zapisu – moje zimne palce – więc trzeba
przysiąść i czekać na moją własną samotną Obecność – ten pierwszy psalm –
Również powracam do siebie, ta chwila i ja jesteśmy jedną osobą na ławce w parku na
zatłoczonym rogu ulicy w Warszawie
Oddycham i wzdycham – Nie porzucaj dążeń do rodzicielstwa kościstolicy białobrody Guru
rzekł w Benares*****  – czym ja gotów do śmierci?
czy może głos w mym kierunku na ławce, uprzejmie zapytuje – noś młodzieńczą twarz pod
perłowym szarym kapeluszem
Niestety, wszystko co mogę powiedzieć to „Nie Panamay” – Ja nie mogę mówić

                                   Niedziela Wielkanocna, 18.04.1965

[przypisy tłumacza]

* Sebastian „Sammy” Sampas – poeta, znany przede wszystkim jako przyjaciel i szwagier (został nim pośmiertnie) Jacka Kerouaca, z którym znał się od gimnazjum; pochodzący z greckiej rodziny, opisywany przez Keruaca jako towarzysz, powiernik pierwszych świtań poezji i prawdy oraz jako brat, zestawiany przez pisarza z postaciami Jezusa i Buddy; bohater kilku książek Kerouaca, w których występował jako Stavroula Savakis; Ginsberg najprawdopodobniej wspomina nagranie na płycie winylowej, które, przeżywający fascynację komunizmem, Sampas miał wysłać Kerouacowi; na nagraniu Sampas deklarował chęć wyruszenia za ocean wraz z Jackiem, przede wszystkim do Rosji; sposobem na przebycie tego dystansu okazało się zaciągnięcie do amerykańskiej marynarki po wybuchu II WŚ; jednak irytacja poglądami i zachowaniem Sammy’ego (który pałał do Jacka nie tylko przyjacielskimi uczuciami), zaważyła na decyzji, że Kerouac wyruszy w morze bez przyjaciela; niedługo po tym zdarzeniu rozczarowany Sampas zdecydował się jednak zapisać do wojska i zginął w 1944 roku pod Anizo we Włoszech podczas operacji desantowej o kryptonimie „Żwir”.

** Koncert warszawski – (org. Warsaw Concerto) popularny w USA utwór Richarda Addinsella, zawierający liczne motywy oparte na muzyce Chopina; skomponowany w 1941 do brytyjskiego filmu Niebezpieczne światło księżyca, często wyświetlanego w Anglii i USA podczas II WŚ; film opowiada historię polskiego pianisty i pilota, Stefana Radeckiego, który komponuje swój koncert, broniąc Warszawy przed bombardowaniami w 1939 r., później udaje mu się uciec do USA, gdzie odbywa swoje tournee, po którym wraca do Wielkiej Brytanii, by walczyć w bitwie o Anglię.

***Ozone Park – robotnicze osiedle w Queens (Nowy Jork) zamieszkiwane głównie przez wielokulturową mieszankę potomków imigrantów z Europy, których największa fala osiedliła się tam w pierwszej połowie XX w.

**** Red states – w amerykańskiej publicystyce terminem tym określane są stany, w których podczas wyborów zwyciężyła partia republikańska.

*****Benares (współ. Waranasi) – indyjskie miasto stanowiące ważny ośrodek kultu buddyzmu i hinduizmu. Znane m.in. z rytualnych kąpieli w świętej rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych na schodach zbudowanych na brzegu, prowadzących z miasta aż do samej rzeki. Na obrzeżach miasta mieści się Park Jeleni, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Cel wielu wypraw Ginsberga.

1986

Mijały lata i Ginsberg stał się nieformalnym duchowym przywódcą ruchu kontrkulturowego spod znaku Lata Miłości 1967. Jego wiersze tłumaczono na dziesiątki języków i było o nim głośno nawet na wschód od Łaby – oczywiście wśród osób żywo zainteresowanych literaturą, ale tych wówczas nie brakowało. Mimo tego w Polsce przekłady jego wierszy z rzadka ukazywały się na szorstkich kartach czasopism literackich, choć w zamkniętym obiegu już od dawna krążyły jego oryginalne teksty anglojęzyczne, jak i polskie tłumaczenia.

Były lata ‘80, a w Peerelu nie tak dawno zakończył się stan wojenny. Literatura polska – a przede wszystkim „młoda literatura polska” – przeżywała coś, co można nazwać „okresem przejściowym”. Nowa Fala już nie była taka nowa, a „bruLion” był dopiero gdzieś w planach. I nie wiem, czy to te pół wieku rozkurwiania ducha Polaków przez komunę zrobiło swoje, czy po prostu wzmożona cenzura skutecznie zniechęcała młodych do tworzenia dobrej literatury, ale poeci debiutujący na przełomie lat ‘70 i ‘80 (a w szczególności ci debiutujący w pierwszej połowie lat ‘80) zazwyczaj „niczego nie urywali”… co ciekawe, wśród wielu początkujących poetów pojawiło się też wtedy to specyficzne poczucie elitarności.

ginsberg teatr stu 1986
Allen Ginsberg podpisujący książki w Teatrze Stu, Kraków / 04-05.09.1986

Polityka trochę przygniotła polską literaturę, lecz pojawiło się też sporo tendencji „przemyconych” z Zachodu. Często zżynano z amerykańskich twórców, lecz o tych wpływach nie wypadało krajowemu literatowi mówić. W dobrym tonie było inspirować się Frankiem O’Harą, Johnem Ashberym, czy ogólnie „szkołą nowojorską”, ale otwarcie głosić, że przejęło się cokolwiek od Ginsberga… nie bardzo.

Oczywiście, należało znać, należało pamiętać, mówić „yhy, yhy, tak, owszem, ależ naturalnie”, lecz mimo wszystko Ginsberg był przecież popieprzonym typem, Bitnikiem, hipisem, często kosmicznie awangardowym i równie często zupełnie niezrozumiałym, a w Polsce byliśmy przecież wtedy poważnymi twórcami, palącymi męskie papierosy, pijącymi czystą, ze swoim etosem etc. Ogólna sytuacja w kraju nie dawała ponadto jakichś specjalnych powodów, by nagle młodzi literaci tłumnie urzeczywistniali swój „ginsbergowski coming out”. I w takiej atmosferze Ginsberg do Polski przybył powtórnie w 1986 roku!

Jako że wśród interesujących się kulturą literacką Polaków Ginsberg był wówczas dobrze znany, a prócz tego mienił się przybyszem z „legendarnego Zachodu”, nikt się nie martwił o audytorium podczas zaplanowanych spotkań z poetą. Ponadto wizyta Amerykanina była związana z premierą pierwszego polskiego przekładu Skowytu i organizatorzy liczyli na wielkie show.

Ginsberg rozpoczął swoje tournée po Polsce w Krakowie. Tam też wystąpił wraz z gitarzystą Stevenem Taylorem (z którym już od dłuższego czasu tworzył sceniczny duet),  Jerzym Trelą i innymi polskimi artystami w teatrze STU. Później odbywały się zaś bardziej kameralne spotkania autorskie. Niemniej małe, jak i duże pomieszczenia, pękają w szwach.

Ginsberg śpiewał, recytował, opowiadał, rozmawiał i przebywał ze swoją publiką, aż do kompletnego wyczerpania. Jedno ze spotkań zostało sfilmowanie, a z zarejestrowanego materiału powstał film dokumentalny (do którego trudno dziś dotrzeć). Każdemu występowi Amerykanina towarzyszyły też „supporty” młodych polskich poetów, które – wedle relacji ich wykonawców, oczywiście – były zajebiste.

Jednak tych relacji nie odważę się przytoczyć, ponieważ w zdecydowanej większości są napisane w tak snobistycznym tonie, że… nie. Dodatkowo, mało kto kojarzy dziś tych młodych, polskich poetów, zatem nikt na tym nie straci.

Kolejnym punktem na trasie były Kielce, gdzie Ginsberg dał wzruszający koncert, który wprost zachwycił publiczność i został obszernie skomentowany w lokalnych mediach. Później przyszedł czas na „podbój” Warszawy. Stolica przyjęła poetę zdecydowanie bardziej gościnnie niż dwie dekady temu.

Ex-Bitnik dał trzy występy, podczas których trudno było znaleźć wolne miejsce. Wejściówki na spotkania dostawali zresztą tylko wybrańcy, gdyż całe to liryczne show wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie (jak na poetycki wieczorek). Ginsberg działał niczym magnes na polskich fanów literatury, osoby związane z kontrkulturą oraz… rozwijające się wówczas polskie środowisko gejowskie.

Choć Ginsberg nie został tak bardzo dowartościowany przez teoretyków queer, gender i LGBT, jak Burroughs czy White, to jego postać już wtedy wzbudzała wielkie zainteresowanie wśród młodej homoseksualnej śmietanki Warszawy. Krótko mówiąc, geje walili na jego literackie występy niczym na nocne pikiety.

Po jednym z występów poeta poprosił swoją opiekunkę o zaprowadzenie go do jakiegoś gejowskiego disco. Na lokal znaleziono szybko namiary, choć okazało się że był on tajny. Po krążeniu przez kilka godzin warszawskimi ulicami Ginsberg musiał jednak obejść się smakiem, bo klubu ostatecznie odnaleźć się nie udało.

W końcu, po kolejnym występie, artysta został zaproszony na gejowską prywatkę. Także tu zebrała się dziesiątka chłopaków i wbiła na kwadrat! Flirty, romanse, petting, gorące pocałunki, głębokie stosunki oralne, upojne stosunki analne, najdziwniejsze pozycje gejowskiej Kamasutry, branie na dwa baty, na trzy baty, libertyńskie orgie, lateksowe przebieranki, gra w kulki i kąpiele w wazelinie… niestety, żadna z tych rzeczy nie miała miejsca.

Na imprezie toczyła się za to smutna rozmowa o życiu gejów w komunistycznym państwie, przerywana od czasu do czasu ubolewaniem Ginsberga, że już mu nie staje; zresztą podobną refleksją poeta uraczył publiczność podczas występu kolejnego dnia, choć przed widownią uczynił to zdecydowanie bardziej „z klasą”, bo zaśpiewał o tym piosenkę. Nie wszyscy byli zachwyceni…

Podczas tej wizyty Allen miał do załatwienia dwie ważne sprawy, z których jedną „załatwił” przypadkiem. Amerykanin stawił czoło polskiemu aparatowi władzy i terroru! Tłumacz Ginsberga, Tomasz Mirkowicz, miał na sumieniu ukrywanie poszukiwanego opozycjonisty (Zbigniewa Bujaka) w swym mieszkaniu. Służba Bezpieczeństwa – jako znawca wszystkich sumień – dowiedziała się o haniebnym czynie tłumacza i tłumacz poszedł siedzieć.

Ale po przyjeździe Ginsberga koledzy Mirkowicza wymyślili genialny plan, by poeta osobiście wybrał się do MSW i poprosił o wypuszczenie aresztowanego literata. Rzecz jasna ten zgodził się bez wahania i stanął twarzą w twarz z samym gen. Czesławem Kiszczakiem! Generał nie miał jednak pojęcia, kim jest Ginsberg, ale gdy poeta podał się za ważną personę w amerykańskich strukturach kulturalnych, generał jakimś cudem zmiękł i kazał uwolnić Mirkowicza!

Ważniejszą sprawę do załatwienia Ginsberg zostawił jednak na później. Podczas wieczornego spaceru warszawskimi uliczkami poeta wraz z nowymi znajomymi „buszował” po prawie pustych sklepach w poszukiwaniu specjału, którego w Polsce William S. Burroughs (jego wielki przyjaciel) kazał mu koniecznie skosztować.

Ostatecznie, ku wielkiej uciesze oraz zdziwieniu Allena, specyfik ten zapełniał regały w niemal każdym sklepie. Amerykanin wielokrotnie dopytywał Polaków, czy to na sto procent to, a oni mówili, że tak. Więc kupił tyle, ile mógł, po czym… poczuł się zawiedziony, bo szukał kompotu, kompot odnalazł , kompot wypił i nic. Dopiero później się okazało, że Burroughsowi chodziło o kompot z maku, a tego niestety w żadnych delikatesach nie sprzedawali…

Reasumując, wizyta w 1986 okazała się sukcesem. Poeta nie tylko zaspokoił własną ciekawość i wrodzoną potrzebę poznawania fascynujących, dalekich krajów, ale zyskał też wielu nowych fanów, którzy bardzo szybko wykupili cały nakład jego świeżo przełożonego tomiku. Warto również wspomnieć, że jego sławny wiersz Europe, who knows? został przez niego napisany tuż przed wylotem na warszawskim Okęciu pod wpływem polskiej aury:

(…)

Obudziłem się w Polsce, liście klonu przybierały kolor jesieni
Nie  jak chmury na niebie, niepojętnie zimne na ziemi
Dzieci bez żadnego odzienia radośnie biegały po dworze
W Europie całej ludzie mawiają, „Któż wiedzieć może?”

(…)

 1993

Po ’86 w Polsce zdarzyło się bardzo wiele. Fala strajków, Okrągły Stół, upadek PRL i powstanie III RP. Kapitalizm wkroczył jakby znienacka i nastały niespokojne, aczkolwiek szczęśliwe czasy. Polacy zachłysnęli się powszechnie Zachodem i „amerykańskim stylem życia”.

Na sklepowych półkach łatwiej było znaleźć coca-colę niż oranżadę, w kinach każdy wpierdalał popcorn, a 17 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszego McDonalda. Przez najbliższe kilkanaście lat mieliśmy bezkrytycznie przesiąknąć amerykańskim gównem i to z dumnym uśmiechem na ryju. W takiej właśnie atmosferze Allen Ginsberg ostatni raz przybył do Polski.

Wizyta w 1993 była zupełnie inna niż poprzednie. I nie chodzi tu nawet zmianę polityczną, ale o samą postać Ginsberga oraz jego odbiór wśród Polaków. Poeta nie był już tylko kontrkulturowym buntownikiem, literackim prorokiem czy szalonym artystą. Allen był teraz przede wszystkim przedstawicielem legendarnych Stanów, które od niedawna były bliżej niż kiedykolwiek.

Przeciętny obywatel, idąc na spotkanie z Ginsbergiem, szedł jak do zoo, którego klatki osobiście też chciałby zasilić. Przed wejściem szedł na burgera, którego popijał colą, palił lakistrajka i żując gumę bełkotał po angielsku, wplatając gdzie się tylko da mityczne, hiperbolizowane, retrofleksyjne r (bardzo popularne w Polsce na początku lat ‘90).

allen bydgoszcz 1993
Allen Ginsberg podczas spotkania w Kawiarni Artystycznej Węgliszek w Bydgoszczy / październik 1993 (z prywatnego archiwum Ryszarda Częstochowskiego)

Oczywiście, Ginsberg natychmiast to zauważył i podczas każdego z kilkunastu spotkań powtarzał, by Polacy nie dali się z jednej niewoli wpędzić w drugą, by rozwijali swoją duchowość, by nie ulegali molochowi cywilizacji, komercji i konsumpcji. Ile z tego faktycznie trafiło do publiki? Bardzo możliwe, że nic, ale wybuchł za to skandal, który napędził wartość rynkową Allena, co rzecz jasna niezwykle go ucieszyło.

Specjalnie z okazji jego wizyty Biblioteka NaGłosu wypuściła przez wydawnictwo Maszachaba nowy tomik wierszy Ginsberga pt. Znajomi z tego świata. Duża część nakładu rozeszła się po księgarniach, jednak po przyjeździe poety pojawiło się o nim kilka artykułów w prasie, gdzie został opisany jako skandalista, geniusz, ćpun, tudzież pedał.

Wszystko zdawało się być do przyjęcia, ale nie dla wydawnictwa Maszachaba (które obecnie nazwę Wydawnictwo M) i od zawsze było wydawnictwem katolickim. Jeśli chodzi o profil światopoglądowy redakcji, to cóż… Tygodnik Powszechny to nie był, więc pedał w gronie ich własnych autorów zdecydowanie im nie pasował. Nawet nie wspomnę o profesjonalizmie osób, którzy wypuścili książkę, nie mając pojęcia o jej autorze… lecz znacznie ważniejsze było to, że podjęto decyzję, by wycofać książkę z obiegu!

Właściciele byli jednak na tyle głupi, że zdecydowali o tym jeszcze, gdy Ginsberg był w Polsce, a twórcom Biblioteki NaGłosu (którzy wówczas organizowali spotkania z poetą) kazali milczeć. Rzecz jasna, żaden z nich nie miał zamiaru milczeć, sprawa szybko trafiła do mediów i zrobiła się wielka afera. Głos w tej sprawie zabierali artyści, redaktorzy, telewizyjne osobistości, a nawet sam Czesław Miłosz, który o poecie nierzadko wypowiadał się z ironią, lecz tutaj był po jego stronie.

Cała afera poskutkowała zwiększoną promocją – książka rozeszła się niczym świeże bułeczki, a sam Ginsberg chwalił się w zachodnich mediach, jaki to z niego „kozak”, bo w Polsce jego nazwisko widnieje w „indeksie ksiąg zakazanych”. Jednak entuzjazm związany z byciem „na czarnej liście” nie był dominującym uczuciem podczas ostatniej pielgrzymki do nadwiślańskiego kraju…

Andrzej Pietrasz (najrzetelniejszy spośród badających wpływ poezji Ginsberga na polską scenę literacką – gorąco polecam jego teksty) opisuje Ginsberga w latach ‘90 jako starzejącego się geniusza, który na scenie emanuje energią, lecz po zgaśnięciu świateł zmienia się w schorowanego starca.

Przed jednym z występów Allen wyrwał sobie jakiegoś młodzieniaszka i miał z nim gdzieś pójść tuż po zakończeniu show. Gdy opadła kurtyna Ginsberg zaczął krzątać się po sali, szukając swojego chłopca. Okazało się, że ten mu zwiał. Tego wieczoru amerykański buntownik pogrążył się w smutku i prawie nic nie mówił, bo wiedział, że jest już stary.

allen_ginsberg_poetry_reading
Allen Ginsberg czyta poezję na amerykańskim campusie / 1964

Takiego właśnie zapamiętali go polscy poeci, towarzyszący mu podczas wizyty, choć nie wszyscy, bo dla niektórych pozostał kimś w rodzaju niezwykłego twórcy, który nigdy nie wyrósł ze stanu młodzieńczej niedojrzałości – taki właśnie był dla Czesława Miłosza. Spotkanie z Ginsbergiem w 1993 roku nie było ich pierwszą „schadzką”. Wcześniej poeci widzieli się wielokrotnie w USA. Także po listach autora Ocalenia widać, że „coś było na rzeczy”. Nie chodzi tu jednak o związek erotyczny, ale o pewną skrywaną słabość Miłosza do Ginsberga.

Miłosz otwarcie nigdy nie zachwalał Ginsberga, jednak często bronił jego poezji, która przypominała mu twórczość Whitmana, czyli jednego z jego literackich autorytetów. Widać to choćby w jego korespondencji ze Zbigniewem Herbertem, gdzie autor Ocalenia wielokrotnie odpiera ataki na Ginsberga – Herbert był stuprocentowym klasykiem, trochę zadufanym w sobie i kultywującym etos intelektualisty.

Co prawda, Miłosz również przejawiał podobne cechy, ale posiadał pewien pierwiastek buntu – zamiłowania do wolności – który musiał często ukrywać. Kontakt z Ginsbergiem, a przede wszystkim z jego poezją, sprawiał, że polski literat na chwile wydobywał z siebie te „pokłady kontestacji”. I chyba o takim odbiorze własnej poezji marzył Allen… o literaturze, która daje wolność każdemu czytelnikowi – która pozwala „stanąć twarzą w twarz przed swym własnym wnętrzem” – niezależnie od tego, czy jest się Amerykaninem, Polakiem, ćpunem, gejem, artystą, robotnikiem, czy laureatem nagrody Nobla, jak np. w tym wypadku…

Czesław Miłosz

Do Allena Ginsberga

Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia
ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju
drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś
się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,
która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią
krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem
„Nie wolno”

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie
rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu
i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach
przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze
błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc
krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich
świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej
nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego
ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami
szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy
z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami
i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów
gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są
wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się
w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane
na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby
ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest
spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój
buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,
co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,
ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby
jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół
Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie
bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej
służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność
pisania wierszy.

Dezydery Barłowski

 

Tłumaczenie z języka angielskiego, Dezydery Barłowski (teksty źródłowe: Europe, Who Knows?, The Moments Return, Café in Warsaw ze zbioru: Allen Ginsberg, Collected Poems, 1947-1997, New York 2007)

 

Główne źródła:

– A. Dorobek, Beat czterdzieści lat później: Kerouac, Burroughs, Ginsberg i Kesey w Polsce, „Literatura na świecie” 1994, nr 12.

– S. Finbow, Allen Ginsberg, London 2012.

– A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011.

– A. Jarniewicz, Wielki poeta morderczego stulecia – Allen Ginsberg, „Ex Libris” 1994, nr 42.

– A. Jarniewicz, Niepotrzebna opona na skraju drogi, czyli Miłosz rozlicza się z Ginsbergiem, „Przekładaniec” 2011, vol. 25.

– J. Johnson, Własnym głosem. Samotne zwycięstwo Jacka Kerouaca, tłum. F. Łobodziński, Warszawa 2015.

– J. Kerouac, A. Ginsberg, Listy, oprac. B. Morgan, D. Stanford, tłum. K. Majer, Wołowiec 2012.

– B. Miles, Allen Ginsberg. A Biography, London 2010.

– A. Pietrasz, Allen Ginsberg w Polsce, Warszawa 2014.

– T. Sobolewski, Człowiek Miron, Kraków 2012.

Ostatnie dni The 13th Floor Elevators

Początek 1968 był trudnym okresem dla wymęczonych problemami z prawem The 13th Floor Elevators. Mimo że na rynku właśnie ukazał się drugi album grupy, Easter Everywhere, życie muzyków w Houston nie należało do najłatwiejszych, bo teksaska policja nie miała litości dla długowłosych frików chodzących po ulicy i pałowała ich bez żadnych skrupułów, a wytwórnia International Artists, dla której nagrywała grupa, zacieśniała coraz bardziej sidła kontroli. W składzie brakowało także stałego basisty. 

W zespole coraz bardziej psuły się również stosunki personalne, a muzycy grali ciągle każdy koncert na kwasie, co wychodziło raz lepiej, raz gorzej. Prawdziwym problemem był jednak stopniowy rozwój schizofrenii u Roky’ego Ericksona, który zidentyfikował się z walką sądową Lenny’ego Bruce’a do tego stopnia, iż wydawało mu się, że sam jest znanym komikiem, aż do momentu kiedy przegryzł kabel od telefonu leżąc w wannie i zaliczył kopnięcie prądem.

Nagrywając Easter Everywhere Roky był jeszcze w doskonałej formie, ale już wkrótce zaczął prezentować coraz bardziej niepokojące objawy psychozy, paranoicznie bojąc się publicznych występów.

Swój strach artysta manifestował specjalną bandaną z trzecim okiem, noszoną na czole, która wcześniej służyła mu do transmitowania kosmicznych wibracji, a teraz ochraniała go również przed mówieniem/śpiewaniem zbyt głośno, co mogłoby wg niego złamać świat na dwoje, a więc zakończyć wszelkie istnienie.

W tym samym czasie rozwijał się konflikt pomiędzy Tommym Hallem i Stacym Sutherlandem. Kością niezgody był stosunek do mainstreamowej religijności, którą Tommy, natchniony Gurdżijewem i Learym, od zawsze mocno krytykował, a Stacy, teraz nowonarodzony chrześcijanin, udzielający nawet lokalnym hipisom wykładów w swoim mieszkaniu, zaczynał po długim okresie agnostycyzmu ponownie akceptować.

stacy_sutherland
Stacy Sutherland / circa 1968-69

Ale Stacy cierpiał w tym samym czasie na poważną depresję i był wyczerpany nerwowo, co doprowadziło do tego, że gitarzysta powiedział w końcu dość odbywanym w nieskończoność tripom na kwasie. To stanęło zaś w sprzeczności z podstawowym założeniem Tommy’ego, że zespół gra koncerty, jak i nagrywa płyty, tylko i wyłącznie na LSD, żeby tworzyć muzykę prawdziwie psychedeliczną.

Ewolucji artystyczno-duchowej The 13th Floor Elevators nie pomagał również stopniowy upadek ideałów psychedelicznej kontrkultury po Lecie Miłości 1967, kiedy kultura headów stała się polem eksploatacji przez amerykański przemysł rozrywkowy i reklamowy, oraz fakt, że w kontrkulturowej społeczności pojawiało się coraz więcej amfetaminy i heroiny, które jak tłumaczy w swojej znakomitej książce dziennikarz Rolling Stone Charles Perry, zamieszkujący w tym okresie Haight Ashbury, były sposobem na radzenie sobie z coraz większą presją społeczną.

Stacy nie należał do najsilniejszych jednostek i jak wielu innych artystów w tym okresie, szybko zaczął nadużywać pigułek z szuwaksem (tzw. fasolek), co jeszcze bardziej nakręciło przeciwko niemu Tommy’ego, który mówił mu teraz prosto w twarz, że „używa narkotyku Hitlera”.

Niedługo później gitarzysta zaczął także walić herkę, co przez jakiś czas pomagało mu na depresję. Początkowo przez przypadek, bo pewnego dnia dziewczyna jego współlokatora przyniosła heroinę zamiast amfetaminy. Jednak wkrótce grzał on już zawodowo i walczył z prawdziwym nałogiem.

*****

Z początkiem lutego wytwórnia International Artists, teraz w posiadaniu większości udziałów Gold Star Studios w Houston, nakazała wszystkim zakontraktowanym przez siebie zespołom rozpoczęcie pracy nad nowym materiałem.

Ze strony The 13th Floor Elevators jedynym, który wykazał inicjatywę, był Stacy, który wspólnie z Dannym Thomasem i Earlem „Dukem” Davisem wszedł do studia, by nagrać jeden kawałek, Wait for My Love. Wkrótce jednak obydwaj zostali sprzątnięci jako muzycy sesyjni przez Lightnin’ Hopkinsa, co wstrzymało na jakiś czas nagrywanie.

Sesja została wznowiona 13 lutego, kiedy Stacy nagrał Now the Time is Autumn oraz I Still Miss My Love, a kilka dni później nigdy nie wydany It’s You. Żaden z tych numerów nigdy nie znalazł się na kolejnej płycie zespołu, Bull of the Woods, która z początku miała się nazywać Beauty and the Beast, była niemal w całości złożona z kompozycji Stacy’ego i która zaczęła się wykluwać 22 lutego z udziałem Roky’ego i Tommy’ego, zaproszonych do studia głównie w celu nagrania overdubów.

Jednak praca nad płytą została wkrótce przerwana ponownie i wznowiona dopiero w sierpniu, tym razem bez Tommy’ego i Roky’ego, którzy w międzyczasie ulotnili się do San Francisco. W efekcie, jednym z niewielu kawałków na nowej płycie, które przypominały o świetności zespołu, był napisany przez Halla i nagrany w lutym Livin’ On. Reszta z numerów (Down by The River, Til Then, Scarlet and Gold, With You) była efektem szybkiej pracy Stacy’ego z Ronniem Davisem i Dannym Thomasem.

Mimo że sielankowy, mało psychedeliczny, niedopracowany aranżacyjnie i w zasadzie bez startu do dwóch pierwszych albumów, wypuszczony ostatecznie na rynek w marcu 1969, Bull of the Woods dość dobrze reprezentował kondycję zespołu w połowie ‘68, która była w strzępach, a która pomimo wielu oddolnych i odgórnych prób, nigdy nie miała się już poprawić.

Wkrótce, gdy zespół miał zacząć kolejną serię koncertów w Teksasie, stan psychiczny Roky’ego pogorszył się do tego stopnia, że wokalista nie stawiał się w klubach albo chował za wzmacniaczami, gdy już udało się go podstępem do nich zaciągnąć. W praktyce, The 13th Floor Elevators często musieli grać w trójkę, a ich występy były mierną kopią tego, co prezentowali jeszcze rok wcześniej.

20  kwietnia Roky został ostatecznie zbadany przez lekarza na prośbę rodziny, który nafaszerował go środkami uspokajającymi i trzymał pod obserwacją przez dwa tygodnie, co doprowadziło do wstrzymania wszystkich koncertów przez grupę.

W tym samym czasie International Artists przejęli całkowitą kontrolę nad singlami, które miały promować Bull of the Woods, a wkrótce wypuścili także fałszywy album live, złożony w większości z materiału demo, nagranego dwa lata wcześniej, do którego dodano overduby z meczu bokserskiego, co wywołało furię u Halla.

Po wypuszczeniu ze szpitala Roky dostał się pod opiekę matki, która w nie radziła sobie jednak z jego stanem psychicznym. Jak pisze ona w swoim pamiętniku, Danny Thomas nafaszerował go dragami (nie wiadomo jakimi) w noc pierwszego koncertu Roky’ego po hospitalizacji, na okazję którego Tommy przyszykował mu książeczkę z tekstami, bo ten ze względu na swoją chorobę zaczynał je zapominać. Skołowany artysta wkrótce był ponownie w szpitalu.

Ostatecznie, kontrolę nad Rokym przejęła wytwórnia, która zdecydowała o umieszczeniu go w prywatnym szpitalu Hedgecroft on Montrose, gdzie opiekę nad nim roztoczył niejaki dr Crow, który zadecydował o leczeniu go elektrowstrząsami i faszerowaniu lekami psychotropowymi bez wiedzy rodziny. 21 lipca Roky został ostatecznie odbity ze szpitala przez grupę swoich przyjaciół z Tommym Hallem na czele, który otworzył śrubokrętem zamknięte drzwi awaryjne i wpakował go do czekającego za rogiem samochodu.

*****

Po kilku tygodniach chowania Roky’ego w różnych mieszkaniach Tommy otrzymał w końcu nakaz sądowy uwolnienia swojego przyjaciela ze szpitala, co zakończyło etap kitrania się po Houston. Jego osobistą decyzją była natychmiastowa przeprowadzka do San Francisco, gdzie chciał znaleźć nowego perkusistę, a później sprowadzić Stacy’ego i Gay Jones (jego kochankę od grudnia 1967).

Roky wylądował w San Francisco kilka dni później po tym, jak „ogórek” Tommy’ego rozpadł się w Big Springs w Teksasie, a wsadzony przez swojego przyjaciela, Freda Hyde’a, do samochodu złapanego na stopa, został przez kierowcę wysadzony ze strachu w Los Angeles.

tommy_hall
Tommy Hall / circa 1967-68

Na miejscu nad chorym artystą opiekę roztoczyła żona Tommy’ego, Clementine, która pamięta ten moment następująco: Przyprowadzili do mnie Roky’ego. Nie byłam znacznie starsza od niego, ale czułam się znacznie starsza, bo był tak młody psychicznie. Trzymałam go w domu razem ze swoim synem i tak go też traktowałam, z tym że Roky był od niego znacznie delikatniejszy. Smutne było to, że mówił takie rzeczy jak „Przechwytuję rosyjskie transmisje w moim zębie. Mówią mi, żebym zabił Jacqueline Kennedy”.

Mimo marzeń Tommy’ego o wznowieniu prób z nowymi muzykami, a nawet koncertowaniu w Avalon pod patronatem Cheta Helmsa, nie pozwalała na to kondycja Roky’ego, który zdążył do tego momentu utracić jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem, a poprzez dryfowanie przez dogorywające w oparach twardych dragów Haight Ashbury natknął się w końcu na heroinę.

Wkrótce z żółtaczką od zakażonych igieł, mieszkający na melinie, muzyk był cieniem samego siebie i gdy jego stara paczka z Austin postanowiła go zabrać do domu w grudniu 1968, do samochodu wsiadał bez butów, a na stacji benzynowej zapodawał sobie w kiblu amfetaminę dożylnie.

Roky pojawił się w końcu w rodzinnym domu 2 stycznia 1969 mówiący sam do siebie, pokryty skrzepami od igieł i wykończony psychicznie. Po kilku tygodniach matczynej i lekarskiej opieki artysta wrócił jednak w miarę do formy, ale tylko po to, by znowu polecieć w dragi, gdy tylko nadarzyła się do tego okazja.

Niestety, los cały czas nie oszczędzał muzyka, gdyż 23 lutego został on złapany przez policję „przy próbie wyrzucenia fiolki z marihuaną przez okno samochodu”, co do której posiadania nigdy się nie przyznał.

Bez funduszy na prawnika Roky przyjął radę obrońcy publicznego i poprosił o zwolnienie z zarzutów ze względu na chorobę psychiczną, która została przez sąd pozytywnie rozpatrzona.

W ten sposób 12 marca artysta został wysłany do Szpitala Stanowego w Austin na obserwację, celem sprawdzenia, czy może być sądzony. Diagnoza dokonana w kolejnych dniach przez dr Edwina Taboada stwierdzała, że jest on chory na schizofrenię i że powinien być hospitalizowany.

10 kwietnia Roky stanął znowu przed sądem, ale wkrótce „zbiegł” bez płacenia kaucji i 23 maja sąd wydał nakaz jego ścigania. Miesiąc później muzyk za namową International Artists sam stawił się na leczenie w swoim dawnym szpitalu, Hedgecroft on Montrose, gdzie miał być doprowadzony do normy, tylko po to, by wytwórnia mogła mu organizować solowe występy na żywo.

To trwało jednak zaledwie kilka miesięcy, bo 4 września Roky został skazany przez sąd na karę więzienia, którą miał odbywać w Więzieniu o Maksymalnym Rygorze dla Chorych Psychicznie w Rusk.

Nie lepiej wyglądała w tym samym czasie sytuacja Tommy’ego w San Francisco, który z braku swojej grupy, próbujący wiązać koniec z końcem w obliczu upadku kontrkulturowych ideałów, zaczął  rozdawać kwas dzieciom pod lokalnymi szkołami, który zatroskana Gay skrzętnie im odbierała, nie mogąc zrozumieć co stało się z jej kochankiem.

Do 1969 lider The 13th Floor Elevators opuścił w końcu miasto i zdryfował w kierunku Laguna Beach, gdzie swoją siedzibę miało w tym czasie Bractwo Wieczystej Miłości – grupa surferów, przemytników marihuany i dystrybutorów LSD. Wkrótce wpadł on jednak w ręce policji na festiwalu w Seattle z dużą ilością psychedelików, w wyniku czego spędził trzy lata w więzieniu.

roky-erickson-70s
Roky Erickson / początek lat ’70

W tym czasie Stacy zamieszkiwał w Teksasie rezydencję ochrzczoną Funky Mansions, heroinową melinę, w której przez jakiś czas ukrywał nawet dwóch przyjaciół po obrabowaniu banku w Dallas.

Do połowy 1969 próbował jeszcze grać pod starym szyldem z Dannym Thomasem, Cecilem Morrisem oraz młodym gitarzystą, Paulem Tennisonem, ale jego szczęście skończyło się we wrześniu 1969, kiedy został kolejny raz aresztowany za dragi, a po wyjściu na wolność za kaucją złamał warunki swojego zwolnienia i został wysłany do więzienia na dwa lata w styczniu 1970.

Tymczasem Roky odbywał swój wyrok w Rusk, gdzie najpierw zafundowano mu terapię elektrowstrząsową, a potem leczono codziennymi dawkami Torazyny, która permanentnie zablokowała mu mięśnie od barku w dół. Lekarz przepisał mu także Navainę, która skutkowała spazmami języka i porażeniem nerwów wzrokowych, tak więc dodatkowo aplikowano mu leki uspokajające.

Zmieniony nie do poznania przez więzienie i „terapię” były wokalista The 13th Floor Elevators wyszedł na wolność w listopadzie 1972, by wkrótce odrodzić się jako artysta solowy!

Conradino Beb

Jerry Garcia: „Wiele razy byliśmy za bardzo skwaszeni, żeby grać”

the_grateful_dead
The Grateful Dead / 1967

Ken Kesey i Jerry Garcia udzielają absolutnie zabawnych – ale także bardzo interesujących – odpowiedzi w tok szole Toma Snydera. A był to już 1981, kiedy The Grateful Dead byli jedynymi aktywnymi reprezentantami sceny acid rockowej i ciągnęli za sobą całe tabuny Deadheadów, żyjących ze sprzedaży zioła i odżywiających się tostami z serem, byle tylko zobaczyć kolejny gig!

Jak mówi w pewnym momencie Jerry Garcia, zapytany jak byli w stanie grać na kwasie, który rozkłada wielu innych muzyków (jak Snyder usłyszał nomen omen od Teda Nugenta): Proby Kwasy miały jedną fajną rzecz, mogliśmy grać albo nie. A wiele razy byliśmy po prostu zbyt skwaszeni, żeby grać. I graliśmy może minutę.

Ken Kesey opowiada z drugiej strony, w jaki sposob odkrył LSD i o tym, jak wykopywał The Grateful Dead (wtedy The Warlocks) ze swoich domówek w Palo Alto. A na inne – wyjątkowo zabawne – pytanie o to, czy mógł sobie coś uszkodzić od swoich eksperymentów – zaczyna się maniakalnie jąkać, co natychmiast podchwytuje prowadzący i publika… ale pisarz kwituje to szybko mówiąc: Nie ma nic za darmo.

Anarchia, kontrola, dragi i seks analny – koślawa hierarchia wartości Williama S. Burroughsa

Spójrzcie tylko na niego… suchy, siwy, pomarszczony i jeszcze ta wiecznie zafrasowana gęba. Ginsberg mawiał o nim: „indywiduum o przejawach duchowej inteligencji”. U Kerouaca opisywany był jako „nauczyciel”. Francuski filozof Deleuze widział w nim „niesamowitego myśliciela”. William S. Burroughs. Mędrzec? Profeta? Mistyk? Co najmniej trzy pokolenia uważały go za swojego mentora, a on sensu stricto nigdy nie należał do żadnej z duchowych generacji; do żadnego głównego prądu myślowego. Był indywidualistą, człowiekiem, który potrafi zamknąć się w celi swoich poglądów i wyjść dopiero, gdy samemu uda mu się z niej wyprowadzić.

Pomarszczeni filozofowie, siwi uczeni, wybitni ludzie wielkiego umysłu zazwyczaj posiadali jakieś systemy etyczne; normy, którymi się kierowali. Natomiast Burroughs – który wybitnym człowiekiem wielkiego umysłu niewątpliwie był – sprawę hierarchii wartości zdaje się pozostawiać otwartą.

Choćbyśmy znaleźli poszlakę w którejś z jego książek czy biografii, którymś z artykułów czy wywiadów, która nagle poukładałaby nam całą „burroughsowską etykę”, to brnąc dalej w jego twórczość, z pewnością szybko natknęlibyśmy się na coś, co niniejszy uporządkowany system bezpowrotnie burzy. Dlatego też ta hierarchia wartości Mistrza będzie koślawa, a tak naprawdę będzie to tylko plansza wybranych kwestii, których wydźwięk w całej filozofii Burroughsa wydaje się najmocniej dawać po mordzie wnikliwemu odbiorcy. Także zapraszam do chaosu. Ale zacznijmy od początku.

Etyka – próba nieudana

Z całej twórczości Burroughsa możemy wyszczególnić jeden tylko pomysł na stworzenie całościowej filozofii, która obejmowałaby w sposób kompletny wszystkie dziedziny życia. Jest poukładana, spójna, lecz jednocześnie banalnie prosta, a nazwać ją można faktualizmem. Koncepcja to dość specyficzna, bo wszelakie rozważania, analizy, filozoficzne wywody, mądre dysputy i inne tego typu teorie, określające właściwe postawy moralne, wciskała w szczęki niszczarki zapomnienia.

Nie liczy się żaden akt na papierze, liczy się tylko to, co jest w rzeczywistości – liczą się fakty. W tym zamyśle jedyną słuszną etyką miała być całkowita wolność wyboru. Sam Burroughs nigdy nie wystosował żadnego dokumentu określającego dokładnie zasady tej filozofii, gdyż – rzecz jasna – byłoby to niezgodne z duchem faktualizmu. O istnieniu tej koncepcji wiemy wyłącznie z listów.

Rozmyślając nad tą filozofią – podobnie jak nad wieloma pomysłami Burroughsa – przychodzi mi na myśl cytat z Gombrowicza: Ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna. Jednak pomysł amerykańskiego pisarza zdaje się być zdecydowanie „szerszy” i przez to dość utopijny, aczkolwiek to podobny „trop myślowy”.

Po kilku latach od powstania koncepcja ta musiała zmierzyć się z rzeczywistością, niestety sam Mistrz na własnej skórze doświadczył jej bezsensowności. Faktualizm będę więc musiał pominąć w tworzeniu niniejszej „hierarchii”. Lecz nic straconego, bowiem podobnych pomysłów Burroughs miał na pęczki.

Wolność

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w kraju – gdzie słowo freedom urosło do miana wyświechtanego sloganu, wyskrobywanego na badziewnych billboardach – mógł pominąć tę najwyższą wartość w swej życiowej filozofii, nawet gdyby takowej nie posiadał… jednak przy definiowaniu burroughsowskiej wolności należy odgrodzić ją od naszych podstawowych wyobrażeń. Bowiem wartość ta nie miała nic wspólnego z jej narodowym, czy też narodowowyzwoleńczym pojmowaniem.

Wiązało się to po części z amerykańskimi realiami społecznymi i historycznymi, a po części ze specyficzną, kosmopolityczną postawą samego Williama. Nie należy również łączyć jego postawy z typowym dla współobywateli przekonaniem, że wolność jest odgórnie dana każdemu człowiekowi i gwarantują ją wzniosłe formułki, wyryte na pamięć słowa Konstytucji.

Podobnie trzeba odciąć się od wolności firmowanej przez młodzieżowe ruchy kontrkulturowe, które wykrzykiwały piękne hasła związane z pacyfizmem, egalitaryzmem czy socjalizmem. Burroughs głównie hołdował wolności, która (przede wszystkim!) odnosiła się do jednostki i to w bardzo wąskim znaczeniu. W jego pojmowaniu ludzkiej swobody można zauważyć dość dużą dozę relatywizmu, co bezpośrednio neguje zasadę równości społecznej.

Poglądy te najlepiej ilustruje sposób, w jaki Burroughs odnosił się do kolejnych narracji społeczno-politycznych, które przyświecały Amerykanom na przestrzeni XX wieku. William urodził się 5 lutego 1914 roku w Saint Louis i jego młodość przypadła na lata dwudzieste i trzydzieste, a więc Wielki Kryzys (z lat 1929-1933), prohibicję, Nowy Ład Gospodarczy, wojny mafijne i upadek wolnorynkowego kapitalizmu, związany z ekspansją państwowego interwencjonizmu.

Były to czasy, gdy jeden ruch w gospodarce mógł cię wynieść na szczyt społecznej drabiny, a drugi zrobić z ciebie kloszarda bez centa przy dupie. Te realia, do których przyspawany został slogan „od zera do bohatera”, zakorzeniły w umysłach wszystkich obywateli USA piękny „amerykański mit”. Wedle narodowej mitologii opowiadał on przede wszystkim o wolności. Natomiast Burroughs – którego rodzina zasmakowała bycia na szczycie, jak i wielkiego upadku – widział w tym coś innego.

W jego rozumowaniu „amerykański mit” nie mówi o wolności, tylko o pieniądzach, które z kolei zniewalają człowieka. W przeciwieństwie do republikanów czy też amerykańskich konserwatystów nie uważał dobrobytu za główny czynnik bycia wolnym, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem pieniądze to gówno, które zabija w człowieku spontaniczność, kreatywność i beztroskę. Wolność istnieje dopiero po odrzuceniu konwencji społecznych, które przez wieki narzucano ludowi.

Z tych przyzwyczajeń rodziło się wg niego zniewolenie przez pieniądz, ślepa uległość wobec władz i przyjmowanie z góry narzuconych ról w demokratycznym układzie. Dojście do prawdziwej swobody miało nastąpić poprzez ukonstytuowanie się człowieka wokół własnego „ja” – dotarcie do kompletnego indywidualizmu życiowego.

A jak to uczynić? Po pierwsze odciąć się od norm społeczeństwa, zerwać z wszelakimi nawykami nabytymi w ciągu całego cyklu uspołeczniania jednostki i pozbyć się konwencji wyprodukowanych przez cywilizację. Dzięki temu człowiek miał stać się naprawdę wolny i mógł krytycznie spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość.

Sprawa z kontrkulturową ideą wolności lat ‘60 i ‘70 wyglądała nieco inaczej. Burroughs cieszył się, że młodzież nareszcie doszła do głosu, ale dostrzegał słabość kontrkultury, gdy ta była jeszcze w powijakach. Wolność wyrażana w słowach „pokój i miłość” mogła posłużyć Mistrzowi tylko jako model, na którym można pokazać naiwność człowieka. William uważał bowiem, że jeśli chce się przeprowadzić rewolucję, należy raczej mówić o wojnie, a nie o pokoju. Wojna angażuje człowieka, rozwija go, pobudza do działania i to szybkiego działania, natomiast podczas pokoju człowiek gnuśnieje.

Warto zaznaczyć, że mimo tej radykalnej politycznie perspektywy Burroughs zdecydowanie potępiał działania skrajnych bojówek lewackich, które porównywał do działań nacjonalistów, nazistów oraz faszystów. A jeśli chodzi o miłość, to miał on z nią ogromny problem (o czym szerzej jeszcze tu napiszę), bo przez większość czasu uważał, że to bezsensowny wytwór żeńskiej części cywilizacji, który dobrze się sprzedaje w społeczeństwie. A poza tym miłość widział jako nonsens, więc powoływanie się na nią w hasłach rewolucyjnych było dla niego żałosne.

Ponadto, krytykował źródła ideowe ruchu hipisowskiego. Choć sam sięgał po księgi z Dalekiego Wschodu, to nie uważał ich za dobry fundament do budowania na nich filozofii. Jego zdaniem, by przekonać się o „nieżyciowości” filozofii hinduskiej, należy spojrzeć na dzisiejsze Indie, które: nie poradziły sobie z przeludnieniem, gdzie dominuje ubóstwo, gdzie ludzie są mocno uwikłani w społeczne siatki norm i konwencji.

Ogólnie, jak to mają w swoim zwyczaju indywidualiści, Burroughs nie przepadał za ludźmi, nie lubił tłoku, ścisku, zgiełku wielkich miast, co nawet zgadzało się z jego postulatami, które miały uratować ziemię, bowiem w jego mniemaniu należało tylko pozbyć się połowy ludności i świat byłby lepszy. Prócz tego w hipisach niebotycznie wkurwiały go idee braterstwa, przyjaźni, miłości, które realizowane miały być poprzez wspólne życie w komunach.

William podawał prosty argument: komuny są bezsensowne z powodów czysto ekonomicznych, gdyby hipisów odłączyć od społeczeństwa, to zdechliby z głodu – szach, kurwa, mat! (że pozwolę sobie zażartować). Ostatnim ważnym elementem kontrkultury krytykowanym przez Burroughsa był zaś hipisowski sposób bycia w społeczeństwie. Co go tu uwierało? Przede wszystko uważał, że jako mniejszość, która chce wywołać rewolucję, zbytnio rzucali się w oczy.

Rebelia musiała wg niego przebiegać po cichu i uderzać w najbardziej wrażliwe miejsca państwowego organizmu. Natomiast hipisi – pstrokaci, wiecznie odurzeni, wykrzykujący swoje naiwne hasła – nie nadawali się na rebeliantów. Taka rewolta szybko gaśnie, a sam sposób bycia staje się nie życiowym przesłaniem, a zwykłą modą. No i chyba miał tu sporo racji; w szczególności, gdy popatrzymy na nowoczesne wytwory popkultury tj. hipster, czyli jednostka żyjąca przejściową modą.

Po całej tej krytyce chyba nie trzeba się rozpisywać zbytnio o stosunku Burroughsa do wolności, jaka była głównym celem statecznych Amerykanów w statecznych czasach. Dokładnie chodzi mi tu o „klasę średnią”, która stała się grupą najbardziej reprezentatywną. Jej dążenia do dobrobytu, który pod II wojnie światowej wyrażał się w domku z ogródkiem, żonie (lub mężu), dzieciach, kolorowym telewizorze, spokojnej pracy w firmie oraz amerykańskiej furze w garażu, były dla Williama żałosne. Co więcej uważał, że należy dla dobra ogółu zmieść całą „klasę średnią” z powierzchni ziemi – w ich życiu nie ma miejsca nawet na gram wolności!

Warto tez wspomnieć, że Burroughs nieczęsto mówi o wolności sensu stricto. Najczęściej jest to wolność od czegoś: od rządu, od terroru, od konsumpcji, od norm społecznych, od narkotyków itd. Jeśli szukalibyśmy najbardziej powszechnego obrazu wolności w twórczości Williama, to zapewne taką ideą byłaby „prawda życiowa” z Nova Mit. Wartość ta usytuowana jest w otoczeniu specyficznych ram anarchii i ozdobiona legendami z odległego świata, w którym kultura Zachodu nie mogła nigdy zakiełkować.

„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi sentencja Hasana ibn Sabbaha, którą podobno przyswoił sobie Burroughs (a tak naprawdę sam stworzył). Receptę na wyzwolenie człowieka zawartą w tym przesłaniu należy odczytywać w ten sposób: negacja rzeczywistości + rzeczywista wolność = istota człowieczeństwa.

Oczywiście, odrzucenie wszystkiego co nas otacza jest niezwykle ryzykowne, ale zgodne z nauczaniem Mistrza. Lekko abstrahując, brzmi to niczym słowa Jezusa podczas głoszenia idei apostolstwa, no ale kto w naszym współczesnym katolicyzmie o tym pamięta? Niemniej, Burroughs był bardzo odważny w swoich poglądach i twierdził stanowczo: niebezpieczeństwo jest czymś nieodzownym dla każdego człowieka; nie ma bezstresowego wychowania; nie ma bezstresowego życia; człowiek definiuje sam siebie w ciągłej styczności z niebezpieczeństwem, taka jest konieczność, którą każdemu organizmowi żywemu daje natura.

 Kontrola/władza

burroughs_3
WSB był wielkim miłośnikiem broni palnej

Jeśli połączyć wszystkie poglądy społeczno-polityczne Burroughsa można by otrzymać konstrukcję przybliżoną do anarchistycznego konserwatyzmu. Choć może brzmi to dość dziwnie, to trudno mi znaleźć trafniejsze określenie na jego złożoną planszę światopoglądową. Burroughs miał jednak pasję do badania mechanizmów władzy, która po jakimś czasie urosła u niego do rangi obsesji.

Podstawy jego rozmyślań na ten temat wyrosły ze studiów nad semiotyką ogólną. Zasady funkcjonowania społeczeństwa według tej dziedziny normują symbole, a kto rządzi symbolami, ten rządzi również społeczeństwem. Symbol ma dość szeroki kontekst i wyraża się na wielu płaszczyznach społecznych. Żeby uwolnić się od kontroli należy zniszczyć te symbole. W jaki sposób? Z pomocą przychodzi tu burroughsowska technika „cut-up” (stworzona na bazie pomysłu Briona Gysina), czyli cięcie słów, a w konsekwencji zdań, obrazów, wyobrażeń itd. W ten sposób człowiek również odcina się od zastanej rzeczywistości, czyli dąży do faktycznej wolności.

Kolejnymi narzędziami, za pomocą których Burroughs badał mechanizmy władzy, były dwie dziedziny: „psychologia kontroli” i „socjologia kontroli” (w każdym razie tak je można nazwać, choć sam William wprost nie używa takich haseł). O co w nich chodziło? Po zakończeniu ery wielkich monarchii, tyranii i despotyzmu mamy do czynienia z nowym modelem zachodniego społeczeństwa postmodernistycznego – społeczeństwem kontroli.

I nie chodzi to bynajmniej o demokrację fasadową, czy jakiekolwiek pozorne modele państwowości. Chodzi tu o normalny ład polityczny, w którym dąży się do dobrobytu, bezpieczeństwa i powszechnie wielbionego socjalu. Kontrola w tych społeczeństwach jest zewnętrzna i wewnętrzna. Władza ingeruje zarówno w materialne oblicze obywatela, jak i w jego psychikę.

Państwo działa na zasadzie mętnego organicyzmu. Wewnątrz demokracji funkcjonują przedsiębiorstwa, które wprowadzają czynniki rywalizacji motywujące konflikty miedzy jednostkami i wewnątrz samych jednostek. Są to jednak konflikty jałowe, które przynoszą tylko pozorne rozwiązania. Ale są tak absorbujące dla obywateli, że ci nawet nie myślą o zmianach na wyższych poziomach politycznych (czy ogólnie – na wyższych poziomach otaczającego ich świata).

Dzięki temu postmodernistyczna i postindustrialna kontrola doskonale radzi sobie z ludem. A jej główne idee, to: równość, stabilność, unikanie ostatecznych rozgrywek, ład, bezpieczeństwo, życie rodzinne, życie bezstresowe, dobrobyt. Zatem, czy anarchia była najlepszym sposobem do wydobycia się spod macek władzy?

Z pewnością była to jedna z możliwości, po którą – po części – można sięgnąć w procesie konstytuowania swojego ja, a przez to zmieniania również całego świata. Z tym że burroughsowskiemu anarchizmowi daleko było do koncepcji spod znaku Bakunina, a jeszcze dalej do mutualizmu, czy innych opcji lewicowo-anarchistycznych, splecionych mocno z socjalizmem/komunizmem.

Człowiek, który chce żyć w społeczeństwie, musi mimo wszystko podlegać jakiejś kontroli. Burroughs podkreślał, że jednostka na nowo ukonstytuowana zawsze sceptycznie będzie podchodziła do władzy. Jednak główna kontrola, która będzie na niej spoczywała, zawsze będzie kontrolą, jaką sama nad sobą wytworzyła. Wszystko zależy tutaj od świadomości.

Kontrola i władza na zawsze pozostały wielkimi zagadkami dla Williama. Oczywiście nie był on tylko zwykłym badaczem. Sam, tworząc niezliczone teorie i projekty, próbował nie tylko zdefiniować mechanizmy kontroli, ale również samemu je posiąść. Niestety, ale przez prawie połowę swojego życia sam znajdował się pod – jak sam twierdził – „idealnym narzędziem kontroli”.

Uzależnienie od opiatów – bo o nich mowa – było dla niego czymś bardzo pouczającym, ale jednocześnie wyniszczającym. Nałóg z pewnością dał mu wiele doświadczeń, które niejednokrotnie opisywał w książkach i artykułach, lecz prócz tego pokazał mu jak nisko można upaść. Uzależnienie doprowadziło do destrukcji jego życie towarzyskie, „moralne” i po części intelektualne.

Oczywiście, nie byłby wielkim indywiduum, gdyby nie udało mu się z tego wyjść i ze zdwojoną siła przystąpić na nowo do pracy. Ponadto był tak aktywnym człowiekiem, że niemalże do końca swych dni (przeżył ponad 8 dych!) zachował trzeźwość umysłu. Zatem, czy udało mu się osobiście posiąść mechanizmy kontroli? Jeśli tak, to maksymalnie kilka sekund przed swoja śmiercią…

 Sztuka

By stać się artystą trzeba być twórczym. Niniejszej definicji raczej nikt nie uzna za wielkie odkrycie. Jednak konsekwencje powyżej określonego artyzmu dla Burroughsa nie były już takie oczywiste. Czemuż to? Przede wszystkim ze względu na to, jak rozumiał on bycie twórczym. Bycie twórczym polega u niego na ciągłym dozowaniu sobie mocnych wstrząsów, które doprowadzają do przyjęcia zewnętrznej perspektywy w odbiorze własnego ja.

Artysta nie może być sobą(!) – artysta musi być sobą, lecz tylko w sensie metafizycznym. Z kolei lista opcji, które kryły się pod terminem „mocne wstrząsy” była dość długa. Zaczynając od lekkich dragów, przez ciężkie, cięższe, najcięższe, nie omijając przeróżnych form zboczeń, dewiacji, medytacji, aż po sceniczne improwizacje w zamkniętym gronie znajomych, podczas których delikwent wcielał się w zupełnie nowe osobowości.

Sztuka była też ważnym elementem w ponownym ukonstytuowaniu się swojego „ja”. Zrywając z konwencjami starego świata, człowiek musi na bieżąco tworzyć nową rzeczywistość. Z tym, że w owym momencie do aspektu sztuki dołącza aspekt religii. Jednak nie jest to połączenie na zasadzie „zostajemy ateistami i jest porządek ze wszystkim, bo religii już nie ma i problem z głowy”.

Zdaniem Burroughsa, jednym z największych błędów współczesnej cywilizacji jest całkowite wyzbywanie się sfery duchowej. Magia, która wchodzi w skład pola religijnej tożsamości, jest koniecznym elementem w tworzeniu nowych mitów, które na nowo tworzą wolnego człowieka. Wiara jest potrzebna, lecz nie taka, jaką proponuje np. religia katolicka, ale taka, która przywraca nadzieje, że jest coś poza tym, co tu i teraz.

Następstwem takiego rozumowania jest specyficzna rola artysty, który staje się prorokiem dla samego siebie. Pisarz powinien być „szalonym wieszczem”, który pisze to, co jego zdaniem ma się wydarzyć. I nie ma tu miejsca na modernistyczne masturbowanie się do swoich artystowskich wierszyków. Jest tu tylko miejsce na kierowanie swojej pięści w stronę własnej mordy, a jeśli „przez przypadek” komuś obok się dostanie, to dla niego lepiej. Ból działa oczyszczająco, a blizny to trofea. Jedyne o czym trzeba pamiętać to warunek, że wszystko ma odbywać się w głowie, a nie na niej.

Zamiast narcyzmu i politykowania William proponował ciągłe tworzenie. Wyśmiewał literatów, którzy częściej niż po pióro sięgali po zaangażowane slogany oraz kolorowe transparenty i z całym polityczno-ideowym bagażem wyruszali na manifesty, czy też inne tego typu imprezy. Jeśli czegoś się nie stworzy (napisze), to można krzyczeć do końca życia, a i tak nic z tego się nie zachowa. Umysł jest silniejszy od ciała, a jeśli się tak nie uważa, to może lepiej nie bawić się w sztukę.

Jeśli chodzi o formę i technikę tworzenia, to Burroughs nie był już tak radykalny. Sam praktykował niemalże wszystko, co mu się nawinęło. Próbował własnych sił w filmie undergroundowym. Strzelał do puszek z farbą, które po eksplozji rozbryzgiwały się na płótno, tworząc „niewysublimowane” grafiki w jego autorskiej konwencji „shooting art”. Pisał na haju. Pisał na trzeźwo. Miał od groma pomysłów na zagospodarowanie własnej kreatywności.

Jeśli doszukać się najważniejszej zasady w podejmowaniu kolejnych inicjatyw twórczych Mistrza, to należałoby ponownie wspomnieć o technice „cut-up”. Oczywiście, w inny sposób odnosiła się ona do filozofii, a w inny do literatury czy sztuki. Jednym z ciekawszych sposobów tworzenia literatury było spisywanie nagranych przez Burroughsa „audycji”, które uprzednio „kroił”, by stworzyć treść możliwie „odsączoną” od norm kulturowych, językowych i społecznych.

„Cut-up” świetnie współgrał z całym zamysłem filozofii Williama. Odcinanie się, cięcie, przecinanie, krojenie, to nie tylko rewelacyjne metafory w postmodernistycznej rzeczywistości, opartej na klejeniu i odtwarzaniu cytatów, ale również ostre odpowiedzi na zarzuty braku spójności jego teorii. Bowiem w jaki lepszy sposób możemy uchwycić skomplikowaną rzeczywistość, jak nie poprzez rozczłonkowanie jej na drobne skrawki?

Prócz tego z takich kawałków można stworzyć coś zupełnie nowego, w przeciwieństwie do nakładania na siebie kolejnych warstw, jak to zwykli czynić wielcy filozofowie. Zresztą… dla lepszego zilustrowania tego procesu wewnątrz sztuki Szybki strzał Burroughsa:

Nie twierdzę, że moje metody są w stu procentach ludzkie, jednak mówię,

że jeśli nie możemy myśleć o niczym cichszym i czystszym niż to…

Jesteśmy wszyscy niewiele lepsi niż nowe cierpienia ziemi.

 Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Potnij linie słów

Potnij linie muzyki

Zniszcz obrazy kontrolne

Zniszcz machinę kontrolną

 Używki/narkotyki

william_s_burroughs_smoking
WSB próbował w życiu wielu używek…

O nich można by napisać wiele. Burroughs już za młodu wmieszał się w niziny społeczne i dzięki temu zyskał dostęp do wszelakich środków odurzających, jakie tylko były „dostępne na rynku”. Na początku brał z głupoty, później stawał się coraz bardziej świadomym użytkownikiem, by skończyć jako doświadczony psychonauta. Ale co ważne, William jako dojrzały człowiek wskazywał na jedną podstawową zasadę – człowiek nie potrzebuje żadnych substancji odurzających, by wprowadzić się w wyższe stany świadomości.

W szczególności osoby młode są zdolne wywołać u siebie doświadczenia psychodeliczne bez użycia jakichkolwiek narkotyków. Burroughs zdecydowanie bardziej zalecał medytację i nienarkotyczne metody pokrewne. Jeśli chodzi o „rekreacyjne” ćpanie, to również nie był wielkim zwolennikiem. Jaranie, łykanie czy walenie w żyłę tylko dla zabawy, łatwo może doprowadzić człowieka do stanu upodlenia.

William był zwolennikiem ciągłego poszerzania swoich granic umysłowych i rozwoju wewnętrznego, dlatego też wizja człowieka, który przychodzi z pracy do domu, włącza telewizor, łyka browca, odpala skręta, idzie spać, wstaje do pracy… i tak w kółko, budziła w nim odrazę (taki osobnik staje się idealnym obiektem do kontroli). Zapewne niemniejsze zniesmaczenie wzbudzałaby w nim wizja współczesnego nastolatka, który poza graniem w gry, zrastaniem się z ekranem komputera, jaraniem zielska i waleniem konia, nie robi dokładnie nic.

Nietrudno więc chyba zrozumieć jego postulat, iż narkotyki nie są tak naprawdę potrzebne, a z pewnością nie są potrzebne wszystkim. Pamiętajmy, że Mistrz postulował ciągłe zmaganie się z przeciwnościami – bezpieczeństwo obniża potencjał jednostki. I choć takie rady mogą wyglądać dość dziwnie – szczególnie że William przez kilkanaście lat nie wychodził z opiatowego cugu, a ćpał przeróżny towar przez zdecydowaną większość swojego życia – gdy  głębiej się to przemyśli, można stwierdzić, że jest to sensowne (a może tylko dla mnie?). Bo jeśli sami nie potrafimy zmobilizować organizmu do wytężonej pracy intelektualnej, to zawsze możemy odpocząć, pomedytować itd.

Ale jeśli chcemy wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, za co gotowi jesteśmy poświecić sporo kasy oraz część swojego zdrowia i jesteśmy tego w stu procentach świadomi, to droga wolna i jebać medytację. Jak na moje oko, w takim wypadku wjebanie dwóch ścieżek fety zamiast porannej kawy jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. Natomiast jeśli mamy wjebać tę samą dawkę z nudów, bez świadomości możliwych konsekwencji, to lepiej się napierdolić czymś z akcyzą i rano włączyć telewizor lub pograć w grę. Tak by to chyba widział Mistrz.

Warto również zaznaczyć, że Burroughs w swym rozumowaniu nie traktował wszystkich używek tak samo. Rozróżniał przede wszystkim dwie grupy. Pierwszą można nazwać – „prawdziwe narkotyki”, drugą – „normalne używki”. Jego zdaniem „normalne używki” nie były groźne, nie wprowadzały człowieka w nałóg i jeśli brać je świadomie (jak to wyjaśniliśmy sobie powyżej), to można uzyskać wyłącznie pozytywne efekty.

Do tych niegroźnych specyfików zaliczał m.in.: marihuanę, hasz, meskalinę, LSD, grzybki i inne halucynogeny. Natomiast „prawdziwe narkotyki” to opiaty – wszelakie możliwe formy. Jego zdaniem jedynie one mogą zupełnie upodlić „świadomego ćpuna”. Pochodne maku działają jak państwowa władza, są idealnym narzędziem kontroli.

Opisując proces opiatowego cugu, William widzi w nim istotę zła, którą definiuje jako „algebrę głodu”. „Dealer maku nie sprzedaje produktu konsumentowi, tylko konsumenta produktowi” – pisze Burroughs. Człowiek uzależniony od opium odczuwa głód totalny; nie zna żadnych barier i nie zna żadnej kontroli, prócz tej, którą wywiera na nim narkotyk.

Sam Mistrz przerwał swój nałóg dopiero po kuracji apomorfiną, ale wkrótce do niego wrócił, by ostatecznie zdecydować się na kurację metadonową, którą kontynuował do końca życia, w trakcie którego podtrzymywał, że mak to „wirus” silniejszy od jakiejkolwiek choroby cywilizacyjnej.

Zupełnie inaczej Burroughs odnosił się do narkotyków z grupy „zwykłych używek”. Bo niby tak je tu przedstawiam, ale ich normalność odnosi się tylko do stosowania, a już same efekty i ich otoczka jest – można by rzec – niezwykła. William od zawsze interesował się tubylczymi plemionami Ameryki, ich kulturą, religią itd. Oczywiście, w sferze religijnej tych społeczności często pojawiały się dragi.

W jego artykułach możemy przeczytać o kultach peyotlu, banisteriopsis, haszyszu, świętych grzybków wśród ludów, które takowymi specyfikami się posługiwały lub posługują. Toteż wszelakie halucynogeny są przez Burroughsa opisywane pozytywnie, gdyż on – jako mędrzec-psychonauta – wiedział, w jakim celu takie „używki” należy sobie przyswajać. William tak był zainteresowany poszerzaniem swojej świadomości, że pewnego dnia wybrał się specjalnie do lasów Amazonii, by tam skosztować mistycznego wywaru yage.

Oczywiście, tenże skosztował, doświadczenia spisał, a później jego psychodeliczna korespondencja z Allenem Ginsbergiem została opublikowana. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki, gdzie niniejsza korespondencja się znajduje, czyli do The Yage Letters – dzieła sylwicznego, powieści epistolarnej, specyficznej próby „cut-up”, a może po prostu zbieraniny wysłanych i niewysłanych listów? (serio, konkretnie popierdolona książka, nawet jak na Beat Generation).

Dla zachęty wspomnę jeszcze, że fragment jednej z narkotycznych wizji po yage został wykorzystany w Nagim lunchu. Sam charakter The Yage Letters świetnie oddaje stosunek Mistrza do narkotyków, które są tutaj niczym mistyczne porty świadomości, wiążące się jednak z pewną formą twórczej odpowiedzialności.

Kończąc rozważania o narkotykach wspomnę jeszcze, że Burroughs musiał mieć bardzo dobry organizm – po prostu wygrał los na loterii – a ponadto zawsze był aktywny, zawsze się czegoś uczył, coś czytał, rozmyślał, analizował, tworzył. Ćpał niemal przez całe swoje życie. Zaczął we wczesnych latach ‘30, a skończył w późnych ’90, tuż przed wyciągnięciem kopyt.

 Miłość-seks-konsumpcja

Lepiej pójść do gejowskiego burdelu niż do supermarketu – zdaje się krzyczeć życiowa filozofia Williama. Miłość u Burroughsa jest tą wartością, z której definicją najtrudniej mi się zgodzić. I już nie chodzi o samo negowanie istnienia takowego „uczucia”, ale o sposób odnoszenia się do niego w perspektywie związku kobiety i mężczyzny.

Burroughs był biseksualny, ale z większą skłonnością do posuwania chłopców. Ponadto był mizoginem. Kobieta już jako sam archetyp odbierana jest w kulturze zachodniej jako strażniczka bezpieczeństwa domowego ogniska. Kobiety chcą stabilizacji. Przez naturę obdarzone są instynktem macierzyńskim, a przez waginę oraz cycki rządzą męskim gatunkiem, sprowadzając mężczyzn do roli statecznych grubasów z pilotami od TV w łapach.

William nienawidził bezpieczeństwa i nienawidził stabilizacji. Jego naturą była wojna, która sprawiała, że non stop się rozwijał. Kobiety nazywał „pomyłkami natury”, więc związek osobników płci żeńskiej i męskiej uważał za jeden z największych błędów naszej cywilizacji. Samą miłość nazywał natomiast „wirusem”, który wymyśliły kobiety, by lepiej kontrolować mężczyzn.

Ponadto, „romantyczna miłość” mieściła się w kręgu cywilizacyjnych konwencji, które trzeba wyrzucić ze swojego umysłu zaraz na początku konstytuowania się swojego nowego „ja”. Cóż można stwierdzić? Nic dziwnego, że 6 września 1951 William podczas pijackiej zabawy w Wilhelma Tella rozpierdolił łeb swojej konkubinie. Przypadek? Hmm… no chyba tak, bo później przeżył deprechę życia i bardzo płakał.

Kolejny aspekt nienawiści: zdaniem Burroughsa wszystko, co normowało ludzkie życie towarzyskie i seksualne pochodzi z nauczania św. Pawła, o czym szeroko pisze w Sexual Conditioning. Chrześcijańska idea trwałego związku kobiety i mężczyzny, idea miłosierdzia, idea czystości przedmałżeńskiej były dla Williama czymś kuriozalnym, co należy usunąć ze wszystkich umysłów.

Zresztą, za największe osiągnięcie kontrkultury lat ‘60 uważał „rewolucję seksualną”. Seks był dla niego idealnym środkiem odreagowania, czy też pozbycia się zbędnego napięcia w świecie kapitalizmu. Uczucia wyższe związane z tym aktem nie grały w jego pojmowaniu żadnej roli, tak więc podczas stosunku partnerzy mogą traktować się niemal jak przedmioty. Reasumując, jeśli jesteśmy w stanie permanentnego napięcia, to z opcji: naćpać się; pójść na zakupy lub poruchać – wybierzmy ostatnią możliwość.

Jak Burroughsa lubię, tak tu mnie niebotycznie wkurwia, toteż pozwolę sobie potraktować go Freudem. William nie miał łatwego dzieciństwa. W wieku 4 lat został zgwałcony przez fagasa swojej niańki. Później odkrywał swoją seksualność w konserwatywnej rzeczywistości, gdzie bycie nieheteroseksualnym równało się ze społecznym ostracyzmem.

Jeszcze później zastrzelił przez przypadek swoją konkubinę, z którą mimo wszystko łączyła go intelektualno-emocjonalna więź. Następnie, podczas przeprowadzanych na nim sesji psychoanalitycznych, okazało się, że gnieździ w sobie spory pierwiastek kobiecy. Prócz tego wolał „w anal” i zdecydowanie bardziej w swój.

Podczas analizowania… problemu romantyczności i miłości mógł mu się włączyć standardowy mechanizm wyparcia, typowy dla homofobów, którzy brzydzą się gejów czy lesbijek ze względu na własne, skrywane zainteresowanie seksualne osobami tej samej płci. William nie miał też szczęścia do związków, bo raz go ktoś nie chciał, raz kogoś musiał zostawić, a raz kogoś przez przypadek zastrzelił.

Do tego dochodzi element traumy z wczesnego dzieciństwa oraz dorastania w czasach piętnowania gejów. Dodatkowy aspekt w deprecjonowaniu miłości pochodzi z jego „filozofii wojny”, w której nie ma miejsca na tego typu ograniczające emocje. Dla uporządkowania wspomnę jeszcze, że na dzień przed swoją śmiercią pisał właśnie o miłości i chyba się do niej przekonał, częściowo… Bowiem zdefiniował ją następującymi słowami: „Najbardziej naturalny środek uśmierzający ból”. A całą notkę zamknął napisem: „L O V E”.

Rekapitulacja

Burroughs na początku swojego rozwoju miał być zupełnie kimś innym (trochę jak ten artykuł). No ale życie jakoś tak go urządziło, że skończył jako ćpun, pedał, mizogin, socjopata i niedoceniony geniusz. Choć dla wielu pokoleń młodzieży stał się idolem, to w „poważnym naukowym świecie” nigdy nie zajął godnego swoich czynów miejsca.

Jego przemyślenia w swoich projektach wykorzystywali m.in.: Gilles Deleuze, Michel Foucault, Marshall MacLuhan czy też Felix Guattari. Queer, gender, skrajny postindustrializm, posthumanizm – to Burroughs dał początek tym wszystkim „wynalazkom” na długo przed ich nazwaniem!

Dlaczego więc studenci filozofii, filologii czy socjologii nie muszą mieć najmniejszego pojęcia o Mistrzu? Niestety, odpowiedź jest prosta i udzieliłem jej powyżej… winą jest jego „koślawa hierarchia wartości”, a przede wszystkim to, że przed nikim jej nie krył.

W świecie akademickim dominuje obłuda, układy, fałszywa nieskazitelność. Więc – jako fascynaci kontrkultury czy też kulturowego buntu – chcąc oddać cześć Williamowi, dążmy zawsze do rzeczywistej wolności, nie kryjąc się z własnymi „koślawymi hierarchiami”. A na zakończenie (i zmotywowanie) wieloletni przyjaciel Burroughsa (jaki i kochanek) – Allen Ginsberg ze swoim wierszem On Burroughs’ Work.

(…) Nagi lunch to dla nas norma,
wszak zjadamy kanapki z rzeczywistością.
Jednak alegorie rozsadza od sałaty.
Nie kryj w sobie tego szaleństwa.

 

Dezydery Barłowski

 

Fragmenty, cytaty:

  1. S. Burroughs, Naked Lunch
  2. S. Burroughs, Quick Fix
  3. S. Burroughs, Queer
  4. S. Burroughs, A. Ginsberg, The Yage Letters
  5. Ginsberg, On Burroughs’ Work

i kilka innych…

Tłumaczenie z języka angielskiego: Dezydery Barłowski

Wada ukryta (2014)

inherent-vice-poster-owen-wilson

Klasyczny kontrkulturowy charakter – lub też antybohater – zaczął swoją karierę w kinie amerykańskim od kilku filmów, nakręconych pomiędzy 1966, a 1970 rokiem, które zdefiniowały nowe, gniewne pokolenie twórców. Prototypem pozostaje legendarny Heavenly Blue z Dzikich aniołów Rogera Cormana (wielkiego hitu w swoim czasie), w którego wcielił się Peter Fonda, a jego fazę dojrzewania stanowią Bonnie i Clyde z filmu Arthura Penna o tym samym tytule, Benjamin Braddock z Absolwenta, Max z Wild in The Streets, a w końcu Billy i Wyatt (postaci hołdujące westernowym legendom) z Easy Ridera, odpalający na poważnie Nowe Hollywood.

Ironicznego, humorystycznego rysu dodał jednak antybohaterowi dopiero Robert Altman, który sprawił że zaczął on prowadzić normalne życie społeczne – czasem stając się nawet jego podwaliną, jak w McCabie i pani Miller – które zostaje oczywiście obnażone jako kompletny kibel. Altmanowskie postaci z początku lat ‘70 są świadkami upadku rewolucji i wyparcia słodkich snów przez gorzki cynizm, ale nie rezygnują przy tym z walki z establishmentem, choć myślenie wspólnotowe zastąpione zostaje zasiekami indywidualizmu, bez porzucania jednak hedonizmu, który staje się teraz ucieczką przed brutalną rzeczywistością.

I właśnie ten moment próbuje w Wadzie ukrytej uchwycić Paul Thomas Anderson, który cofa wskazówki zegara do roku 1970, kiedy na ekranach pojawił się M*A*S*H, komediodramat Altmana o grupie niepokornych chirurgów polowych w Korei, tyle że w filmie przenosimy się do alternatywnej Ameryki, będącej tworem legendarnej wyobraźni Thomasa Pynchona, a zamiast po namiotach wojskowych szlajamy się po biurach, hipisowskich kwadratach, burdelach i centrach rehabilitacyjnych, w których toczy się znaczna część akcji.

I choć film PTA mało ma w zasadzie wspólnego z M*A*S*H, znajdziemy tutaj króciutki – choć przepiękny – hołd dla sceny „ostatniej wieczerzy” z udziałem moich ulubieńców: The Growlers, co nie pozostawia wątpliwości, że duch mentora reżysera znalazł sobie tutaj drogę. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Wada ukryta nie jest także kopią Długiego pożegnania, choć czuje się miejscami wyraźną inspirację, bo PTA, podobnie jak Altman, nie traktuje intrygi jako rzeczy świętej (pewne zabiegi sugerują nawet celowe jej plątanie), jednak wciąż podąża za książkową narracją, wprowadzając nawet monologi zza kadru, czego jego idol nigdy by nie zrobił.

Najlepiej chyba opisać można klimat Wady ukrytej, mówiąc o skrzyżowaniu Obrazów z Up In Smoke. Wyrafinowane kino autorskie – z ciężką, nielinearną narracją, która z miejsca zdążyła sobie znaleźć wielu krytyków – spotyka marihuanową komedię, choć zawiodą się ci, którzy będą tu szukać przede wszystkim upalonych gagów, bo nowe dzieło PTA to bardziej opowieść o niespełnieniu, chaosie i konfrontacji marzeń z rzeczywistością. I choć ten nostalgiczny klimat przypływa i odpływa (to mają chyba PTA za złe fani Pynchona), zdecydowanie mamy tu materiał na film, który może się stać kultowy, nawet jeśli do kultowości Boogie Nights mu trochę mimo wszystko brakuje.

Bohaterem tego pynchonowskiego rozrachunku z nixonowską Ameryką jest doktor Sportello (Joaquin Phoenix), prywatny detektyw i hipis w sandałach, którego głównym zajęciem oprócz odnajdywania zaginionych w dziwnych okolicznościach ludzi jest kręcenie grubych jointów i powolne rozgryzanie spisku, którego częścią stała się jego była dziewczyna Shasta Fay Hepworth (Katherine Waterston) i jej kochanek, mentor seksualny, a przy okazji milioner, Mickey Wolfmann (Eric Roberts).

Ale spisek ten – jak wszystkie spiski – okazuje się trudnym orzechem do zgryzienia, bo wmieszani są w niego zarówno muzycy z lokalnej sceny surfowej, policjanci, hollywoodzkie gwiazdy filmowe, azjatyckie prostytutki, neonaziści, importerzy heroiny, jak też dentyści tworzący tajemniczy syndykat Golden Fang, agenci COINTELPRO i Czarne Pantery. Czy doktorowi Sportello uda się ostatecznie dociec prawdy w mgle palonej namiętnie Maui Wowie, wdychanego z rozkoszą gazu rozśmieszającego i okazyjnych ścieżek koksu? Będzie to zadanie nad wyraz trudne, szczególnie że prawdziwym celem jest dla niego odzyskanie dawnej miłości, straconej bezpowrotnie razem z latami ’60!

Co trzeba przyznać, to że PTA naprawdę tu popłynął, siłując się na wszystkie strony z jedyną – jak twierdzi – książką Pynchona, która nadawała się do ekranizacji. W jej ramach reżyser dość ciekawie oddał klimat epoki, filmując akcję w oryginalnych wnętrzach, choć fajerwerków wizualnych praktycznie brak. W istocie, na zewnątrz film wygląda już gorzej, bo zdjęcia zostały zrealizowane w bliskich planach, z kątów, które chowają współczesne Los Angeles poza kadrem – skromny budżet $20 mln nie pozwolił za bardzo na budowanie wystawnych setów.

Ale PTA włożył zamiast tego dużo wysiłku w dobranie odpowiedniej obsady – prawdziwej ensemble cast – która składa się z takich tuzów jak Benicio Del Toro (Las Vegas Parano, Traffic), Josh Brolin (Planet Terror, To nie jest kraj dla starych ludzi), Martin Short (Marsjanie atakują, Trzej amigos), Owen Wilson (Genialny klan, The Grand Budapest Hotel), Michael Kenneth Williams (The Wire, Zakazane Imperium), Jena Malone (Wszystko za życie, Duma i uprzedzenia) oraz wiele innych aktorów, tworzących galerię niesamowicie pokręconych postaci.

Charaktery te są osnową opowieści, reprezentując świat, który rozsypał się w drobny mak przeczących sobie nawzajem elementów, pozbawionych jakiejkolwiek logiki, na poszukiwanie której wyrusza dopiero osamotniony i uwikłany we własne rozterki, doktor Sportello. Niestety, klimat ten często trzeba wziąć na wiarę, bo PTA czasem oddaje go bardzo dobrze, a czasem zupełnie się z nim rozmija, być może za bardzo przywiązując się do języka literatury, chcąc – mniej lub bardziej świadomie – dokonać wtórnej hybrydyzacji obydwóch mediów.

Zupełnie osobną sprawą jest to, że akcja miejscami nie ma żadnego sensu. I nawet jeśli halucynogenny klimat zostaje w miarę dobrze zachowany, film często traci płynność na rzecz artystycznej eksploracji scenariusza. Nie do końca podoba mi się też, jak pocięte zostały niektóre masterszoty, których w Wadzie ukrytej jest mało, ale tak naprawdę można by z nich zupełnie zrezygnować na rzecz pojedynczych, dłuższych ujęć, które PTA potrafi przecież kręcić jak mało kto!

Całe szczęście, film prowadzi od początku do końca Joaquin Phoenix, którego rola należy do najlepszych kreacji zeszłego roku. Innym atutem jest Benicio Del Toro, grający prawnika specjalizującego się w prawie morskim, który uwikłany jest w swoje własne śledztwo, a także Josh Brolin jako detektyw BigFoot ze swoimi absolutnie zabawnymi manieryzmami tj. dławienie się lodem. Byłbym fantastą, gdybym powiedział, że to jakieś wyjątkowe dokonanie w karierze Andersona, ale jestem przekonany, że film doceni wielu z fanów artysty.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Inherent Vice
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Warner Bros. Entertainment Polska
Ocena MGV: 4/5