Archiwa tagu: kryminał

Ludzki odruch (1974)

Dzięki tego rodzaju filmom jestem wielkim admiratorem włoszczyzny z lat 70-tych. Oto kino mroczne, brutalne i dosadne. Gdyby porównać je do pizzy, mielibyśmy do czynienia z bardzo grubym, przypalonym ciastem, mnóstwem ostrego, czerwonego sosu i obscenicznie ciągliwym serem. Ludzki odruch nie zostawia wiele miejsca na oddech. Nie łagodzi ciężkiego tonu. Albo bierzesz go w całej jego rozłożystości, albo wyłączasz.

Przed wami reprezentant poliziottesco, włoskiej odmiany kina gangsterskiego, która – w dużym uproszczeniu – kopiowała amerykańskie wzorce rodem z Brudnego Harry’ego, podrasowując je sporą dawką przemocy i nihilizmu.

Reżyserem filmu jest sam Umberto Lenzi, który kilka lat później dał światu kanibalistyczny klasyk Zjedzeni żywcem czy Nightmare city o zombie-sprinterach i wiele innych tytułów pod szyldem kostropatej, rozwichrzonej rozrywki. Włoch należał on do tych twórców, co żadnego gatunku się nie boją, ale najlepiej wychodziły mu kryminały i horrory. Obecnie na zasłużonej emeryturze, zajęty jest przyjmowaniem hołdów od Tarantino i innych smakoszy nietypowych doznań filmowych.

Fabuła filmu Lenziego jest prosta. Julio Sacchi to urodzony bandyta. Właśnie wyrzucono go z łupieżczej szajki, bo zbyt łatwo przyszło mu zastrzelenie policjanta, i nasz bohater szuka teraz dla siebie nowej roboty. Jest ambitny, więc sam staje się szefem. Znajduje dwóch pomocników, z którym postanawia porwać dla okupu córkę pewnego bogacza.

Film jest portretem prawdziwego psychopaty, istnej tykającej bomby. Julio zabije każdego, kto stanie mu na drodze, bo zabijanie uważa za nieodłączny element pracy. A praca to dla niego przyjemność. Oto facet, który chce być wyrafinowanym mistrzem zbrodni, ale potrafi zadźgać człowieka dla paru drobniaków. Julio nie jest Hannibalem Lecterem ani Jamesem Bondem kidnappingu. Nie ma klasy, inteligencji czy poczucia humoru.

To ludzki taran, mielący po drodze policjantów, kobiety, starszych ludzi czy wspólników. Nie znosi sprzeciwu. Szybko się nudzi. Pławi się w poczuciu wszechmocy i wymaga podziwu. Łatwo wpada w szał. Wywiera duże wrażenie na innych bandytach, ale tylko dlatego, że jest absolutnie wyjałowiony z uczuć wyższych i nieustannie gotów siać śmierć dookoła. Ma drażniący, głupawy głos i lubi prymitywne żarty. Przypomina pryszczatego nastolatka, który chce być zauważony i doceniony.

Jego bohater może nam się kojarzyć z Jokerem z Mrocznego rycerza Nolana. Obie postaci łączy głęboka niepoczytalność, stawiająca ich poza nawiasem społeczeństwa. Julio to chory umysł, wobec którego chcemy wnieść sprzeciw. Lepkie od samozadowolenia bydlę. Ktoś, kto całym swoim jestestwem domaga się kary.

Grający bohatera Tomas Milian to utalentowany aktor, którego można było zobaczyć u Bertolucciego czy Viscontiego, ale który w pewnym momencie zaczął celować w westerny i kino akcji. Podobno spodobała mu się możliwość, by dzięki pracy nad brutalnym kinem oswajać własne demony.

 

Na planie Ludzkiego odruchu wydarł z siebie tyle zła i ohydy, że po seansie możemy mieć ochotę na natychmiastowy prysznic. Ale cóż, przebywamy w świecie poliziottesco, gdzie twórcom nie przychodzi do głowy, by wygładzać kanty i pozwalać bohaterom na odkupienie czy pozytywną ewolucję.

Nie, tutaj pałamy czystą nienawiścią do Julia i marzymy o jego unicestwieniu – bez względu na to, jak liberalni byśmy nie byli – bo Milian zrezygnował z wszelkiego pierwiastka “cool”, w jaki wyposażono przecież setki filmowych złoczyńców, i jego Julio może być co najwyżej karykaturą wizerunku „fajnego drania”.

Po drugiej stronie barykady stoi policjant w typie doświadczonego wygi. Gość, dla którego praca także jest życiem. Jeden z tych, co mocno się angażują. Gra go Henry Silva – “zła” twarz kina włoskiego (Hitmen, The Boss), a także amerykańskiego (Nico, Ghost Dog). Ten charakterystyczny aktor, prawdziwy weteran westernów i kryminałów, który bez charakteryzacji mógłby zagrać Szkieletora z He-mana, zazwyczaj kreował role popaprańców czy zawodowych morderców.

Silva samą swoją obecnością wzbudza napięcie i zainteresowanie, ale nie da się ukryć, że aktor nieco blaknie, wcielając się w policjanta. Można odnieść wrażenie, że przypomina tu groźnego psa, którego ogranicza smycz biurokracji. Niemniej gra solidnie i dobrze wygląda w długich płaszczach.

Lenzi zrobił sporo, żebyśmy nie zapomnieli tego seansu. Akcja jest szybka i gęsta! Krwawe zabójstwa, sadyzm, przemoc psychiczna i fizyczna, brutalne starcia i atmosfera ciągłego zagrożenia – oto składowe Ludzkiego odruchu. Do tego kapitalne pościgi, których realizm nie niweluje efektowności, i spójny klimat filmu – mocny, uliczny i chropawy.

W dodatku tak zadzierżyście makaroniarski, że nie pomylicie tego tytułu z żadną jankeską rozpierduchą. Świetnie wypada też muzyka. Ennio Morricone dał nam ścieżkę dźwiękową, która nie wybiega przed obraz, ale dobrze uzupełnia nerwowy charakter filmu. Nader solidne zdjęcia wzbogacono o ciekawy element. Momenty szczególnego napięcia podkreślono falowaniem obrazu – dzięki temu widz widzi, kiedy gejzer agresji wzbiera w bohaterach.

Lenzi pcha nasze twarze w tę nihilistyczną historię, pozwalając, by pozatykała nam drogi oddechowe, i przypominając, że w panteonie włoskiego kina o zbrodni jest jeszcze wiele ciemnych pereł do odkrycia. Ta stanowi jedną z ciekawszych i bardziej dzikich, jakie widziałem.

Tomasz Bot

 

Znany pod tytułami: Milano odia: la polizia non può sparare / Almost Human / The Kidnap of Mary Lou / The Executioner / The Death Dealer / Kidnappningen
Produkcja: Włochy, 1974
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 4,5/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Miles Davis i ja (2015)

miles_ahead_poster

Don Cheadle chyba za bardzo popłynął w swoim reżyserskim debiucie, żeby można go było oglądać jak biografię z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej jednak strony mamy tu przepiękne momenty milesowskie, które artysta wyczarował dzięki swojej pracy aktorskiej. A że Cheadle znany jest z mierzenia wysoko swoimi kreacjami – wystarczy wspomnieć takie kultowe filmy, jak Boogie Nights czy Traffic – warto mu ten pierwszy raz po drugiej stronie kamery wybaczyć.

Miles Davis i ja byłby rewelacyjnym stadium osobowości boga jazzu, który ustami Cheadle’a określa go jako „muzykę społeczną” (tak moi mili, Miles nienawidził szufladek), gdyby Cheadle nie nadmuchał go niepotrzebnie sensacyjno-kryminalną intrygą, sprowadzającą wszystko w rejony Across 110th Street z machającym zza rogu Shaftem.

Z tego prującego ogniem i ścigającego się furami po nowojorskich ulicach muzyka ciężko się nie uśmiać, choć mniej tu chodzi o zgodność z faktami (biografie są interpretacjami faktów), ale o wybór twórcy, który w pewnym momencie rozciąga psychologiczno-emocjonalną strunę do tego stopnia, że oczekuje się zakończenia przynajmniej na miarę Bound for Glory, a ta zostaje zwinięta wraz z pojawieniem się alternatywnego Milesa, zamieniającego wszystko w gangsterską fantazję.

Wspomnijmy jednak o największych zaletach filmu, którymi są oprócz wspomnianej kreacji Cheadle’a, rola Ewana McGregora, wcielającego się w wyrachowanego reportera Rolling Stone, doskonałe dialogi, wyśmienity, zdegenerowany klimat oraz bardzo ciekawie wyreżyserowane momenty biograficzne. O muzyce nie ma nawet co wspomniać, bo ciężko żeby była słaba w filmie o Milesie Davisie – dostajemy pełno tune’ów z Agharty, Sketches of Spain czy Kind of Blue.

Akcja filmu rozgrywa się w 1980, w trakcie Wielkiej Ciszy, w której Miles przestał nagrywać studyjnie, zaszywając się w swoim nowojorskim domu, gdzie ćpał koks i imprezował z dziwkami, co pokazane jest bardzo dosłownie (w jednej ze scen muzyk pokrywa nawet różnicę za ćwierć uncji swoim autografem). Cheadle dokonuje ponadto introspekcji, która pokazuje Milesa w latach ’50/’60, kiedy ten został pobity przez policję, a także ożenił się i rozwiódł z Frances Taylor.

Czy to dużo, czy to mało? Mi to wystarczyło, żeby z zainteresowaniem oglądać film do połowy i z nieco mniejszym czekać na zakończenie, kiedy przed oczami miałem głównie stracony potencjał, co nie znaczy jednak, że należy sobie ten seans odpuścić. Należy się raczej skupić na najmocniejszych stronach filmu, szczególnie milesowskich tekstach i manieryzmach, które gwarantują dobrą zabawę wszystkim fanom muzyka, a zapomnieć o artystycznym oberwaniu chmury.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Miles Ahead
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP
Ocena MGV: 3/5

Skąd te dziwne krople krwi na ciele Jennifer? (1972)

Perche_Quelle_Strane_gocce_poster_1972

Jedyne giallo Giuliana Carnimea uderza prosto między oczy dzięki bardzo ciekawej historii Ernesta Gastaldiego, który był jednym z najbardziej doświadczonych scenarzystów włoskiego kina gatunkowego, swoje ostrogi zdobywając przy horrorach i filmach przygodowych jeszcze pod koniec lat ’50. Thrillery i kryminały stanowiły poważne źródło utrzymania Gastaldiego, który stworzył skrypty do wielu bardzo znanych gialli tj. Twój nałóg jest zamkniętym pokojem i tylko ja mam klucz, Słodkie ciało Deborah, Taka słodka… taka perwersyjna, Śmierć chodzi na wysokich obcasach czy wreszcie Wszystkie kolory ciemności.

Skąd te dziwne krople krwi na ciele Jennifer? aka. Sprawa krwawego irysa to tak naprawdę kolejna wersja Sześciu kobiet dla zabójcy, w których Bava nakreślił zasady giallo, osadzając akcję w środowisku mody z jednego zasadniczego powodu: obfitości pięknych kobiet. Stąd też zresztą giallo stało się szybko gatunkiem, który od logiki i wątków proceduralnych preferował styl, kostiumy i scenografię. Wątki intelektualne zostały porzucone na rzecz estetyki z mocno zazwyczaj eksploatowaną erotyką, która nie wyrzekała się fetyszyzmu, często obracając ją nawet w główny wabik.

Nie inaczej jest w filmie Carnimea, w którym główną rolę gra pierwsza dama giallo, piękna i seksowna Edwige Fenech, która na początku lat ’70 była najważniejszą dla tego nurtu aktorką. Jej kreacja Jennifer, angielskiej modelki pracującej i mieszkającej w Turynie, która przez przypadek staje się celem seryjnego mordercy, po wprowadzeniu się do budynku, w którym wcześniej zabito dwie inne kobiety, posiada absolutną siłę i charyzmę, nawet jeśli technicznie można by jej wiele zarzucić.

U jej boku możemy oglądać w równie ciekawej roli George’a Hiltona, w tym czasie wycofującego się z tracących na popularności spaghetti westernów, z których wiele wyreżyserował sam Carnimeo (przede wszystkim chodzi o serię z Sartaną), próbujący w tym okresie znaleźć nową tematykę, widząc wzór w debiucie Daria Argenta, który rozbił nim bank po obydwóch stronach oceanu. Hilton gra architekta i kochanka Jennifer, który kupuje mieszkanie we wspomnianym budynku i w trakcie dochodzenia staje się szybko głównym podejrzanym.

Ale zgadnąć, kto jest prawdziwym zabójcą, wcale nie jest łatwo, bo reżyser faszeruje akcję czerwonymi śledziami nie oszczędzając fotografa Jennifer, jej byłego kochanka i przywódcy seksualnego kultu (zgodnie z duchem czasów taka figura musiała się pojawić obowiązkowo), niedorozwiniętego lokatora wyjętego żywcem z horroru gotyckiego, jego matki-dewotki, modelki-lesbijki, a także jej ojca-profesora.

Jak można się domyślić, taka obfitość bohaterów drugoplanowych skutkuje wieloma zaskakującymi zwrotami akcji. Film utrzymuje jednak w ryzach scenariusz, który z torów wypada dopiero w końcówce, kiedy suspens i absurd biorą ostatecznie górę, a kolejne wydarzenia zostają całkowicie podporządkowane taktyce szoku. W trakcie nie zabraknie jednak bardzo ślicznych scen erotycznych, pop psychedelicznej estetyki, miejskich pejzaży i krwawych zabójstw.

Ciekawy jest także w filmie cyniczny detektyw prowadzący śledztwo, który nieraz rzuca zabawnym tekstem, dając nam wyraźnie znać, że ma swojej pracy serdecznie dosyć, co wprowadza potrzebny oddech. Fanów włoskiej muzyki filmowej zadowoli też na pewno śliczny soundtrack Bruna Nicolaiego, a kobiety będą mogły podziwiać dizajnerską garderobę Edwige Fenech, która dla męskiej widowni będzie się z drugiej strony rozbierać wiele razy.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: The Case of the Bloody Iris / Perché quelle strane gocce di sangue sul corpo di Jennifer? / What Are Those Strange Drops of Blood on Jennifer’s Body? / Erotic Blue
Produkcja: Włochy, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Zemsta Emanuelle (1975)

emanuelle_e_francoise_1975_poster

Nakręcona przez Joe D’Amato w 1975 w duecie z królem włoskiego plagiatu, Bruno Matteim, Zemsta Emanuelle to jeden z najciekawszych projektów w dorobku Włocha. Znany wcześniej z całej masy tanich spaghetti westernów, twórca miał zawsze skłonności do mieszania ostrej pornografii z krwawym horrorem, co udowodnił zresztą kręcąc słabiutki straszak La Morte ha sorriso all’assassino.

W filmie, który został przez niego wyprodukowany jeszcze przed odpaleniem serii o Czarnej Emanuelle przez Bitta Albertiniego, młoda Emanuelle, pragnąc pomścić samobójczą śmierć swojej siostry, postanawia pojmać jej sadystycznego kochanka Carla, sprawcę całego incydentu. We wnętrzu luksusowego apartamentu, w specjalnie urządzonym pokoju, mężczyzna zostaje następnie poddany szeregowi tortur fizycznych, jak i psychicznych.

Pierwsza połowa to niezwykle powolnie rozgrywający się kryminał naznaczony wątkami obyczajowymi. W ślimaczym tempie oglądamy więc zaloty Emanuelle do Carla, nakręcone przez samego D’Amato. Jednak eksploatuje się tutaj sukces oryginalnego filmu z Sylvią Kristel, który wyszedł rok wcześniej, ta więc nie uświadczymy Laury Gemser. W jej skórę wchodzi za to, znana z wielu włoskich filmów pornograficznych, Rosemarie Lindt, która wychodzi z tego zadania obronną ręką!

Dziewczyna wie jak szybko doprowadzić do wrzenia zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Erotyczne show, którego jest gospodarzem, składa się z licznych orgii z udziałem kilku osób na raz, jak i seksu w klasycznym duecie. Wszystko to ogląda zaś uzależniony od seksu Carlo (w tej roli częsty współpracownik D’Amato, George Eastman, znany m.in. z Absurdu). Przywiązany do pala ukrytego za lustrem weneckim jednej ze ścian mieszkania, zmuszony jest on obejść się smakiem, obserwując baraszkujących ludzi.

Aby ubarwić swojemu więźniowi obraz, kobieta w pewnym momencie aplikuje mu dożylnie narkotyk. I w tym momencie cały film skręca w stronę taniego, obskurnego i naprawdę ohydnego kina eksploatacji. Naćpany Carlo przestaje rozróżniać granicę między jawą, a narkotycznymi wizjami, widząc rzeczy które spokojnie trafić mogłyby do któregoś z absurdalnie tanich, włoskich horrorów.

Kulturalna uczta w oczach Eastmana jawi się jako krwawy bufet, w którym domownicy niczym zwierzęta zajadają się surowym mięsem, by po chwili odpalić swoje kanibalistyczne zapędy. A wszystko to w rytm energetycznie wygrywanej na trąbce melodii.

Filmowi można by zarzucić wiele. Efekty gore tak odważnie pokazywane w końcówce szokują tylko kontekstem, bo tanie wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo, początek jest do bólu wręcz przeciągnięty i wypełniony słabo napisanymi dialogami, które skutecznie mogą uśpić widza. Jednak druga połowa filmu okazuje się wyjątkowym tripem przez szalony styl D’Amato, będąc dowodem na to, że jeśli tylko chciał, potrafił on stworzyć coś naprawdę ciekawego!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Emanuelle’s Revenge / Emanuelle e Françoise (le sorelline) / Blood Vengeance, Demon Rage / Blood Rage / Venganza de mujer /  Emanuelle and Françoise
Produkcja: Włochy, 1975
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Sicario (2015)

sicario_poster_2015

Denis Villeneuve to jeden z tych niezależniaków, którego kolejne kroki obserwować zdecydowanie warto. Jego poprzedni film, Wróg z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej, to przykład brawurowo wyreżyserowanego mystery thrillera, który długo zapada w pamięć, pomimo że został zbudowany na bardzo rzadko eksplorowanym przez filmowców temacie. Villeneuve’a w skrócie można określić jako przedstawiciela nowej fali kina gatunkowego, coraz częściej nazywanej artystycznym kinem akcji czy kinem hybrydowym.

W Sicario artysta skompletował fantastyczną obsadę z Benicio Del Toro na czele (Las Vegas Parano, Traffic, Przekręt), Emily Blunt (Diabeł ubiera się u Prady, Looper, Gideon’s Daughter) i Joshem Brolinem (Wada ukryta, To nie jest kraj dla starych ludzi, Planet Terror), z którą stworzył film o wojnie amerykańskich agencji federalnych z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a więc o Wojnie z Narkotykami. I choć dragi pojawiają się w Sicario jedynie w tle, zdajemy sobie sprawę, że przemoc, której jesteśmy świadkami, jest skutkiem handlu nielegalnymi substancjami (marihuaną, metamfetaminą i kokainą).

Nieszczęśliwie, Villeneuve w swojej próbie eksploatacji modnego tematu zdecydował się skorzystać ze scenariusza Taylora Sheridana, znanego z roli zastępcy szeryfa w Sons of Anarchy, który doświadczenia w pisaniu nie ma żadnego, co widać w Sicario na każdym niemal kroku. Skutkiem tego, postaci ożywione przez artystę są ciekawe tylko do momentu, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad ich głębszymi motywacjami, kiedy ujawniają, że zbudowano je z wytartych klisz i kazano odgrywać ciężko ciosaną historię. Mocnymi punktami są jednak kunsztowna reżyseria i piękne zdjęcia.

Poznajemy więc Kate Macer, funkcjonariuszkę oddziału SWAT, która pomimo długiego stażu w FBI i codziennej porcji ofiar śmiertelnych, wciąż emanuje aurą idealistki i niewiniątka. Film jest opowiadany w dużej mierze z jej perspektywy – zmaskulinizowanej kobiety biorącej prysznic raz w tygodniu, wierzącej w sens własnej służby i przeżywającej ciągły szok w związku z brutalnymi realiami walki z Kartelem z Juárez (który jest tu centralnym wrogiem). I nawet jeśli Blunt gra swoją rolę idealnie, symultanicznie sygnalizuje, że została w niej uwięziona i choćby chciała pokazać więcej, nie ma na to żadnych szans.

Optyka Kate nie jest jednak jedyną zaprezentowaną w filmie, bo w pewnym momencie reżyser odsłania – dosyć naiwny tak naprawdę – wątek szukającego zemsty, płatnego zabójcy Alejandro, o którym nie dowiadujemy się prawie niczego przez cały film, poza tym że pracuje z CIA, żeby przywrócić pierwotny sens w świecie karteli poprzez zabicie meksykańskiego bossa, Fausto Alarcona (sic!) Reżyser pokazuje nam jego „głębię” tyko raz, w jednej z ostatnich scen Sicario… w której dowiadujemy się, że świat to brutalna arena walki. Truizm ten podcina niestety wszystkie artystyczne zabiegi Villeneuve’a.

Całość zostaje sprzedana widzowi jako walka tajnych służb ze zorganizowaną przestępczością, w której stawką jest przywrócenie równowagi (wyjaśnienie samo w sobie absurdalne). Mamy więc operację CIA, którą dowodzi niejaki Matt Graver, w ramach której zatrudnieni zostają zarówno Kate, jej kolega ze SWAT, Reggie, jak i Alejandro, który… pracuje zwykle dla Kartelu z Medellín, ale dał się zwerbować Graverowi, bo jest przecież najemnikiem. Nie ma chyba nawet co wyjaśniać, że dodanie wątku kartelu uśmierconego na początku lat ’90, który teraz miałby współpracować z rządem USA, brzmi jak scenariusz Rambo IV i jest kolejnym strzałem w piętę.

Ale jeśli pominąć mało wiarygodną historię, Sicario oferuje bardzo ciekawy nastrój grozy i wyczekiwania, który kulminuje w szeroko komentowanej przez media „scenie wejścia do tunelu”. Villeneuve używa w niej kolorowych filtrów i zaskakującego montażu – który w innych scenach jest poprawny, ale brakuje mu pewnej gładkości – oferując perspektywę współczesnego żołnierza podłączonego do termowizora i wykonującego swoją misję, jak w grze komputerowej, a wszystko z mrocznymi dronami w tle, skomponowanymi przez Jóhanna Jóhannssona, którego muzyka w innych momentach jest jednak bardzo przeciętna.

Ta mroczna aura została generalnie dobrze nakreślona, szczególnie że od czasu do czasu akcentuje się ją zdjęciami krwawych zwłok, a to wywlekanych z sekretnych schowków w Arizonie, a to zwisających z mostu bez głów w centrum Juárez. Sicario posiłkuje się zresztą regułą Cormana, która mówi, że w pierwszych 10 minutach filmu musi dojść do jakiegoś brutalnego wydarzenia i faktycznie mamy wybuch zaminowanego schowka – w powietrzu fruwają poszarpane kończyny, co ustanawia klimat dla całego filmu.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że pomimo kilku jasnych punktów to nie jest Traffic, True Detective ani Beasts of no Nation, bo Sicario brakuje zwyczajnie głębi tychże dzieł. Wojna w filmie Villeneuve’a nie ma żadnych odcieni szarości i nie powoduje żadnych większych komplikacji. Amerykanie wjeżdżają do Meksyku, porywają kogo trzeba, zabijając po drodze wszystkich podejrzanych i jest cacy, bo kryminalistów traktuje się bez litości, a jeśli nie my ich, to oni nas. W skrócie, mającemu potencjał filmowi nie służą liczne uproszczenia. Do obejrzenia i zapomnienia.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sicario
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Monolith
Ocena MGV: 3/5

Krwawa zatoka (1971)

reazione_a_catena_1971_poster

Ten słynny proto-slasher Maria Bavy zaczyna się sceną, w której hrabina Federica przeżywa ostatnie minuty swojego życia, bo wkrótce własny mąż arystokratki, Paolo, pozoruje jej samobójczą śmierć, by sam paść zaszlachtowany przez nieznajomego napastnika. Ta sytuacja staje się preludium do konkurowania różnych osób o wejście w posiadanie jej spadku, malowniczej zatoki, od której swój tytuł bierze film.

Jakiś czas później poznajemy też czwórkę młodych ludzi, którzy postanowili spędzić wolny czas nad wodą, oddając się różnym przyjemnościom. Dziewczyna, wpływając pod molo, odnajduje przypadkiem zwłoki małżonka hrabiny. Morderca jest więc nadal w okolicy i możemy się spodziewać większej liczby krwawych scen…

Seans tego klasyka przypomina jazdę kolejką przez tunel strachu w wesołym miasteczku. Początek zapowiada nam klimatyczne giallo z tajemniczym mordercą w skórzanych rękawiczkach, środek to typowy slasher o grupce młodzieży systematycznie eliminowanej gdzieś na odludziu przez zabójce uzbrojonego w maczetę, a końcówka idzie z kolei w stronę kryminału. Jednak takiego, gdzie intryga goni intrygę, a kolejny bohater zdejmuje maskę w której grał cały film i pokazuje swoje prawdziwe oblicze.

W tej hybrydzie środkowa część wypada moim zdaniem najlepiej. Szkoda, że nie wnosi ona praktycznie nic do fabuły i pozostaje w zasadzie wypełniaczem akcji. Początek, choć klimatyczny, jest za krótki, a końcówka za bardzo zawiła i z grubsza ciężko połapać się, o co tak naprawdę chodzi. Koniec Zatoki jest z kolei tak kuriozalny, że trudno uwierzyć, czy to co własnie obejrzeliśmy, to wciąż ten sam film.

Niewątpliwym plusem produkcji są efekty gore, które jak na rok 1971, robią wrażenie, choć nie jest ich zbyt wiele (głównie nagromadzone są one w środkowej części filmu). Widać też, jak bardzo Sean S. Cunningham inspirował się obrazem Bavy w swoim Piątku trzynastego. Niektóre sceny morderstw są wręcz kalkami tych z Zatoki, jak na przykład maczeta w głowie, czy przebicie pary kochanków dzidą podczas stosunku w łóżku.

Klimat jest zmienny, ale jakoś tam daje radę. Malownicza posiadłość, opuszczony ośrodek wypoczynkowy, czy willa jednego z bohaterów, są odpowiednio mroczne i nastrojowe. Najgorzej wypadają w filmie aktorzy, są nieciekawi i grają troszkę od niechcenia. Ponadto, obsada płci męskiej jest bardzo do siebie podobna fizycznie, przez co rozróżnienie kto jest kim czasami zajmuje parę sekund. Kolejnym strzałem w stopę jest scenariusz, za bardzo pogmatwany i sztucznie ponaciągany, aby tylko zająć te 84 minuty seansu.

Przez te mankamenty Krwawa zatoka w ostatecznym rozrachunku wydaje się strasznie infantylna i choć posiada wiele różnych wątków, główny rdzeń jest wręcz banalny. Zachowanie bohaterów jest niewiarygodnie wręcz naciągane, a niektóre postacie nadawałyby się bardziej na deski teatru, aniżeli przed kamerę (głównie chodzi o entomologa i jego małżonkę).

Z dzisiejszej perspektywy film Bavy należy traktować raczej jako ciekawostkę. Kilka dobrych scen gore i ciekawy klimat to zbyt mało, aby poświęcić tej produkcji więcej uwagu. Fani slasherów odnajdą jednak tutaj wiele smaczków, które widzieli w późniejszych produkcjach i wyłapywanie ich to największa zaleta filmu, który faktycznie stanowi pomost pomiędzy spaghetti thrillerem i amerykańskim teen slasherem.

Nie chcę przy tym mówić, że to film kompletnie zły, bo aż tak tragicznie nie jest, a jeśli jesteście ciekawi co inspirowało amerykańskich twórców kina z pod znaku „maczety i wakacji”, to obraz Bavy zdecydowanie jest do obejrzenia. Reszta widzów nie znajdzie tu jednak nic godnego uwagi, a nawet może przeżyć srogi zawód.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Reazione a catena / Ecologia del delitto / Bay of Blood / Twitch of a Dead Nerve / Krwawy obóz / Blood Bath / The Last House on the Left 2
Produkcja: Włochy, 1971
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 2,5/5

Hell’s Angels ’69 (1969)

hells_angels_sixty_nine_poster

Pierwszorzędni aktorzy trzeciorzędni, Jeremy Slate (Piękności piekieł, Straceńcy) i Tom Stern (Byt, a także Emmanuelle 3 i 4), grają główne role w tym kultowym filmidle motocyklowym, do którego stworzyli także pierwszy scenariusz, wygładzony przez Dona Taita (wcześniej telewizyjnego wyrobnika) i wyreżyserowany przez debiutanta Lee Maddena, który zasadniczo znany jest tylko z tego dzieła.

Obraz został wyprodukowany własnym sumptem, ale dystrybuowany był przez American International Pictures i na premierze w Nowym Jorku wyświetlany był częściowo – jak donosi stara recenzja w New York Times – bez należytej ostrości, jak przystało na prawdziwy eksploatacyjny śmieć. Film jest dość ciekawy przez pierwsze pół godziny, potem tonie – klasycznie – w morzu niedoklepanych dialogów, by w końcówce zrobić zwrot o 180°, kiedy akcja nagle przyśpiesza, a reżyser próbuje bawić się w artystę pokroju Dennisa Hoppera.

Ostatecznie, Hell’s Angels ’69 to dość ciekawa krzyżówka kryminalnej historii w konwencji heist movie z najlepszymi motocyklówkami swoich czasów, której klimat podtrzymuje ekranowa obecność całego oddziału Hells Angels MC z Oakland. O tak, jest Sonny Barger, Terry The Tramp, Magoo, Skip i wszyscy grają samych siebie, choć może to za dużo powiedziane, bo chłopcy po prostu przenoszą swoją codzienną energię na taśmę celuloidową. Są tacy, a nie inni i to film łapie naprawdę zajebiście!

Hellsi zostają do akcji wciągnięci przez dwóch kalifornijskich braci-playboyów, granych przez Slate’a i Sterna, którzy mają w planach obrabowanie jednego z największych kasyn w Las Vegas i chcą użyć klubu jako przykrywki, podszywając się pod członków fikcyjnego klubu Salem Witches z Bostonu. Ale wcześniej będą musieli zdobyć zaufanie Sonny’ego i reszty klubu, którzy szykują się właśnie na doroczny zjazd w północnej Kalifornii i nie zmienią tak po prostu planów.

I tu zaczyna się zabawa, bo Terry od początku szuka zaczepki i gdy tylko nadarza się okazja sprzedaje gościom strzała na imprezie w domku klubowym, co rozpętuje prawdziwe mordobicie, które jak głosi legenda zaczęło się jeszcze zanim reżyser krzyknął akcja. Bracia są okładani sztachetami, przebijają okna i barierki, a cała scena wygląda bardzo realistycznie, dokładnie tak, jak wyglądałby każdy uliczny czy koncertowy dym. Do tego są też swastyki, tańce, morze browarów i sprzedawanie mamuśek za paczkę fajek, a więc klasyczne motywy motocyklowe.

Ale najważniejsze są oczywiście sceny jazdy kastomizowanymi chopperami (Hellsi rozpoczęli cały boom) z obowiązkowymi akrobacjami i wygłupami, które należą do najlepszych w historii filmów motocyklowych. Prawdziwą ucztą jest też zakończenie, kiedy klub przesiada się na crossy, by gonić po pustyni za spierdalającymi ze strachu braćmi. Hellsi wyglądają tu jak militarny pluton zmotoryzowany, używając rac do jazdy po nocy, czy formując wzorowy szyk bojowy na nierównym terenie. Efektu dopełniają piękne ujęcia mknących po pustyni motorów z helikoptera.

Komu wejdzie jednak Hell’s Angels ’69? Przede wszystkim fanom motocyklowej eksploatacji, którzy przyzwyczajeni są do uroków konwencji, a także motocyklistom zainteresowanym zobaczeniem legendarnego odziału Hells Angels w filmie o nim samym. Z pewnością nie jest to więc propozycja na niewinny seansik z dziewczyną w nadziei, że zrozumie ona brutalny, męski świat Aniołów Piekieł, którzy trzy miesiące po premierze mieli zakończyć lata ’60 swoim „występem” w Altamont. To zabawa tylko dla miłośników gatunku!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Hell’s Angels ’69
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

The Naked Kiss (1964)

naked_kiss_poster_1964

Był taki okres w historii kinematografii, kiedy polscy artyści autentycznie imponowali Amerykanom. I nie chodzi bynajmniej o lata 60-te, burzliwe dzieje kina moralnego niepokoju, a bardziej o to, co wychodziło z umysłów naszych plakacistów. Jak wielkie są zasługi naszych rodaków w sztuce, niech poświadczy ten oto cytat z jednego serwisu: W wielu współczesnych filmach amerykańskich zdarza się, że gdy scenograf chce podkreślić walory intelektualne, wrażliwość bohaterów, to na ścianach zamieszkiwanych przez nich apartamentów umieszcza plakaty polskich twórców.

Czemu jednak piszę na wstępie o plakacie miast zabrać się do sedna? Otóż rzadko się zdarza w B-klasowych filmach, by twórca posiadał tak dobrze rozwinięty zmysł audiowizualny, a Samuell Fuller z pewnością do takich należy, gdyż jego flmy odbiegają od tandetnej reguły. Jednak film niskobudżetowy może przecież czasami zahaczać o artyzm, a artyści w nich występujący po latach mogą stać się znaczącymi nazwiskami w branży filmowej.

Tak było w przypadku gwiazd Rogera Cormana (Jack Nicholson, Peter Fonda, Bruce Dern, Dennis Hopper), Williama Castle’a (Vincent Price, Carol Ohmart), czy właśnie Samuela Fullera (Gene Evans). Low-budget movies generowały zyski oraz były szkołą dla póżniejszych gwiazd, co powinno być lekcją dla dzisiejszych młodych filmowców, jak powinni pracować i jak powinni doceniać warunki, w którym przyszło im pracować.

W noirowym The Naked Kiss znajdziemy dużo tkliwości. Scena, w której mały chłopiec próbuje dotknąć w pozycji siedzącej rękami palców u nóg przy muzyce, przypominającej największe melodramaty – w których dwoje kochanków rozpaczliwie szuka zetknięcia swych ust – poruszy każdego wytrawnego gracza (czyt. prawdziwego znawcę kina).

Samuel Fuller, weteran wojenny oraz dziecko żydowskich imigrantów (ojciec pochodził z Rosji, matka z Polski), zaczął pracować w wieku 12 lat jako żurnalista. Jego pierwsza praca w gazecie polegała na kursowaniu z artykułami z jednej sekcji gazety do drugiej. Potem Fuller stał się reporterem w dziale kryminalnym New York Evening Graphic. Do połowy lat 30-tych pisał śmieciowe powieści oraz scenariusze filmowe. Ten styl pisania bardzo widoczny jest zresztą w jego filmach, zwłaszcza w sposobie prowadzenia historii, w której bardzo mocno uwypuklone zostają czarne i dobre charaktery.

Naked kiss w wolnym tłumaczniu oznacza pocałunek perwersyjny, pozbawiony czułości. Jednak film o tym samym tytule niesie przede wszystkim ciężar doświadczeń reżysera, który zaczynał od zera i bieda, wulgarność były dla niego na porządku dziennym, a o akceptacje wśród szkolnych rówieśników nie było łatwo.

Ale determinacja i wola walki to również te cechy charakteru Fullera, które są znakiem rozpoznawczym głównej bohaterki, Kelly(Constance Towers), wywodzącej się z brudnego, stęchłego uczuciowo miejsca, gdzie walka o przetrwanie szła na noże, dotykała niebezpiecznie blisko poziomu zwierzęcego. To osoba, która wewnętrznie nie ma szans na przemianę. Mimo że szuka innego, lepszego świata, nie jest w stanie znaleźć w sobie odrobiny czułości i czegoś więcej niż wspólne śpiewanie z sierotami.

Kelly nie jest w stanie wykrzesać z siebie tych resztek człowieczeństwa po latach upokorzeń ze strony mężczyzn. Brzemię dawnego środowiska tak bardzo odcisnęło swoje piętno na psychice kobiety, że nie jest ona już w stanie zmienić swojej postawy. A to jak drapieżną jest kobietą najlepiej obrazuje scena, w której pracująca z nią koleżanka mówi, że nie jest w stanie ciągnąć tego dalej, bo nie potrafi patrzeć na cierpienie małych dzieci.

Fuller daleki jest w swoim filmie od moralizowania, stawiania tej czy innej postawy na piedestał, bądź jej potępiania. Mówi bardziej o tym, że „czarny”, brudny świat, w którym zbrodnie nie są rzadkim zjawiskiem, a pijaństwo i przemoc w rodzinie budują nasze postrzeganie życia, koduje pewne nawyki i postawy, które praktycznie nie poddają się zmianie.

Nie pomoże cytowanie Goethego, opiekowanie się dziecmi, czy bardzo dobre relacje ze starszą kobietą, która wynajmuje nam mieszkanie, ładne ciuchy, czy olśniewające pierwsze wrażenie na przyjęciu, bo pewnych spraw nie sposób ukryć, choćbyśmy stanęli na głowie. Ten kontrast kapitalnie obrazuje okładka wydania DVD Criterion Collection – na górze czarno-białe tło, na którym widać łysą głowę prostytutki szykującej się do ataku na swojego oprawcę, a na dole ciepła tonacja skromnej pani opiekującej się sierotami.

Niskobudżetowy film przemycający treści egzystencjalne na poziomie Ingmara Bergmana, przyobleczone w urokliwy blask opery mydlanej? Ja bym brał w ciemno… a jeśli nie zachęciłem, to odsyłam do rekomendacji samego Johna Watersa.

Michał Szeremeta

 

Oryginalny tytuł: The Naked Kiss
Produkcja: USA, 1964
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Czarny odwłok tarantuli (1971)

 

tarantola_dal_ventre_nero_1971_poster

Paolo Cavara zrealizował zaledwie dwa filmy giallo: Czarny odwłok tarantuli (1971) oraz …e tanta paura aka. Plot of Fear (1976), ale fanom kina ekstremalnego dał się poznać już na początku lat ’60 paraliżującym jak na tamte czasy filmem Mondo Cane – pionierem szokumentu zwanego inaczej filmem mondo, mieszanki dokumentu i czystej eksploatacji.

Co ciekawe, Cavara był przedtem wziętym operatorem podwodnym, który nakręcił ponad 40 dokumentów archeologicznych na Cejlonie, w Indonezji i innych częściach świata, a w dalszej części swojej kariery pracował m.in. jako asystent reżysera pod Jerzym Skolimowskim.

Czarny odwłok tarantuli był jednym z największych sukcesów komercyjnych Cavary i został przez włoskich krytyków postawiony na równi z wczesnymi filmami Daria Argenta tj. Ptak o kryształowym upierzeniu (1970) czy Cztery muchy na szarym aksamicie (1971).

Film zwrócił uwagę nietypowym dla giallo stylem narracji mającym więcej wspólnego z dokumentem niż z przeciętnym filmem fabularnym. Cavara niewiele się bowiem przejmuje akcentowaniem scen mordów, odrysowując je badziej w sposób przywodzący na myśl kronikę policyjną, a nie zmysłową orgię brutalności.

Na nieco odmienną konstrukcję filmu wpływ ma także wybór głównego bohatera, którym jest tym razem nie przypadkowy everyman, a komisarz policji o nazwisku Tellini. To zaś w oczywisty sposób prowadzi do przyjęcia przez reżysera żmudnej optyki prowadzonego przez niego śledztwa i pchania akcji do przodu poprzez serię odkryć z udziałem masy charakterów drugoplanowych.

Giallo Cavary, pomimo respektowania kluczowej dla gatunku atmosfery mrocznej tajemnicy, więcej ma jednak wspólnego z klasycznym kryminałem niż z surrealistycznym thrillerem Argenta, Fulciego czy Martina. Ale dzięki umiarkowanemu respektowaniu logiki Czarny odwłok ma zdumiewająco małą ilość dziur w scenariuszu.

Jednak nawet ten film stoi na ramionach Maria Bavy, dla którego Sześciu kobiet dla zabójcy Cavara inscenizuje nawet piękny hołd. Druga ofiara psychopaty zostaje zabita w sklepie z galanterią skórzaną, artystycznie padając na posadzkę w pomieszczeniu pełnym manekinów.

A wszystko zaczyna się w luksusowym spa, gdzie znudzone przedstawicielki włoskiej klasy średniej piją drinki nad basenem, biorą kąpiele błotne lub są zmysłowo masowane przez ślepego masażystę i gdzie po raz pierwszy poznajemy pierwszą ofiarę, Marię Zani (Barbara Bouchet), która kilka dni później zostaj zadźgana po kłótni ze swoim mężem.

Komisarz Tellini – grany przez znakomitego włoskiego aktora, Giancarla Gianniniego, który może być znany wytrawnym kinomanom z Lili Marleen Rainera Wernera Fassbindera – staje się naszymi oczami i uszami, a jego podejrzenia nadają filmowi ton ciągłej niepewności.

Czy chodzi o kokainę, czy o skasowanie polisy ubezpieczeniowej? Seria delikatnie wprowadzonych do fabuły czerwonych śledzi bardzo utrudnia widzowi racjonalne wnioskowanie, a reżyserowi daje szansę na odrysowanie życia codziennego głównego bohatera, jego stosunków z żoną, co daje filmowi platformę niemal dramatu obyczajowego.

Czarny odwłok obok poprawnego aktorstwa, świetnych zdjęć Marcella Gattiego, nastrojowej muzyki Ennia Morricone oraz ciekawego, suchego montażu, zawiera także duży ładunek napięcia bardzo umiejętnie przez Cavarę stopniowanego. Strategia małych akcentów w połączeniu z delikatnym prowadzeniem kilku wątków naraz i dość rozległą scenerią akcji trzyma widza w napięciu od początku aż do końca.

Wizualnie zgrabne, ale bez niepotrzebnego rozpasania i rytmiczne bez wprowadzania niepotrzebnej histerii ze strony aktorów, giallo Cavary pozostaje jednym z najsłodszych cukiereczków włoskiej odmiany thrillera, który z pewnością docenią zarówno fani gatunku, jak i ci, którzy wpadną na film przypadkowo.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: La tarantola dal ventre nero / The Black Belly of the Tarantula / Tarentule au ventre noir
Produkcja: Włochy, 1971
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5