Archiwa tagu: lata ’60

Piję Twoją krew (1970)

i_drink_your_blood_1970_poster

Scenariusz do I Drink Your Blood powstawał w najgorętszym dla Stanów Zjednoczonych okresie minionego wieku, pod koniec lat ’60. Będący u szczytu konfliktu wietnamskiego rząd USA brutalnie spacyfikował studenckie protesty antywojenne na Uniwersytecie w Kent i na Uniwersytecie Stanowym w Jackson, Charles Manson wydał słynny album LIE, a siła ruchu hipisowskiego stawała się odwrotnie proporcjonalna do siły dragów, jakich używała. Na tle tych wydarzeń reżyser David Durston umieścił historię hipisowskiej komuny czczącej Szatana.

Na swoje nieszczęście, Synowie i Córki Szatana – bo takim mianem określa się sekta – gwałcą nie tę dziewczynę co trzeba, narażając się tym samym na zemstę jej dziadka. Stetryczały starzec w swoim ferworze kończy jednak pobity i „poczęstowany” kwasem, co kończy jego zapędy do szukania sprawiedliwości.

Ale z pomocą przychodzi wnuczek, który niczym Pomysłowy Dobromir, wymyśla genialny plan uszlachetnienia ciasteczek krwią chorego na wściekliznę psa i podaniu ich niczego niespodziewającym się gówniarzom.

Jak chce tego pokrętna logika filmu, doprawione skażoną juchą placki zmieniają następnie „hipisów” w krwiożercze bestie, co prowadzi do bestialskiej, absurdalnej rzezi o wyjątkowej formie.

Sugerujący wampiryczne klimaty tytuł to przy tym jedynie marketingowy pomysł producenta Jerry’ego Grossa na sprzedawanie filmu w paczce razem z czarno białym I Eat Your Skin (1964).

Fobia, tytuł oryginalny, sugerowany przez reżysera, wydaje się bardziej adekwatny, bo film Durstona to obskurna eksploatacja wyrwana żywcem z kina samochodowego, będąca zarazem czymś w rodzaju „konserwatywnej krytyki” dla pełnej luzu i dekadencji dekady.

Nie da się ukryć, że Piję Twoją krew jest produktem swoich czasów, jednocześnie wyprzedzającym je w kwestii eskalacji brutalności, choć mowa tutaj raczej o kontekstowości w ukazywaniu śmierci, niż samej realizacji.

Obrywa się zarówno ludziom jak i zwierzętom, odcinane są ręce i nogi, a wiadra krwi radośnie ochlapują ściany pomieszczeń. Wszystko to zaś w aurze uroczej, niskobudżetowej umowności, mimo że sceny takie jak samospalenie, czy wychodzące z rany ciętej wnętrzności, naprawdę robią wrażenie!

Można powiedzieć, że Durston ciekawie połączył klimaty psychodelicznego szokera z charakterystycznym dla lat 70-tych kinem campowym. Łatwo tutaj doszukać się jawnych inspiracji kultową Nocą Żywych Trupów (1968), jednak z drugiej strony czy Romero nie podłapał co nieco z filmu Durstona, kręcąc 3 lata później swoich Szaleńców?

To kino mikro-apokalipsy, w której prym wiedzie wystylizowany na Apacza Horacy (Bhaskar Roy Chowdhury), będące świetną laurką dla jednej z najbardziej szalonych epok w historii ruchomych obrazów. Zdecydowanie warto zobaczyć, choć wspomagacze będą niezbędne, by przetrwać choćby kakofoniczną muzykę.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: I Drink Your Blood
Produkcja: USA, 1970
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

„Mansfield 66/67” łączy śmierć słynnej aktorki z satanistyczną klątwą!

Jayne Mansfield była słynną aktorką i piosenkarką, która w latach ’50 stała się hollywoodzkim symbolem seksu. Do historii przeszedł jej pin-upowy wizerunek medialny, śmiertelny wypadek samochodowy w 1967… a także przyjaźń z Antonem Szandorem LaVeyem, głową Kościoła Szatana.

W 50-tą rocznicę śmierci aktorki na ekrany wchodzi film dokumentalny Mansfield 66/67 w reż. P. Davida Ebersole’a i Todda Hughesa, spekulujący że spowodowana ona została satanistycznymi rytuałami w towarzystwie Antona LaVeya, który rzucił na aktorkę magiczną klątwę.

mansfield-6667

Film złożony jest z materiałów archiwalnych przemieszanych z animacjami, performance’ami oraz wywiadami z takimi osobistościami, jak John Waters, Kenneth Anger, Peaches Christ czy Dolly Read, co pomaga twórcom w podtrzymaniu mitu o niezwykłości ostatnich dwóch lat życia gwiazdy. Jak głosi zresztą plakat: „Historia jest oparta na plotkach i pogłoskach”.

Dokument ma swoją premierę dzisiaj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie.

Zwiastun

„Filmmaker”: wczesny dokument George’a Lucasa o Francisie Fordzie Coppoli

W 1968 Francis Ford Coppola oddał Warner Bros Tęczę Finiana, pierwszą wysokobudżetową produkcję w swojej karierze, z udziałem takich gwiazd Starego Hollywood, jak Fred Astaire czy Petula Clark. Reżyser był jednak skrajnie niezadowolony z efektu swojej pracy i wkrótce przystąpił do realizacji o wiele bardziej osobistego projektu, który nazwał Ludzie z deszczu.

Jak artysta wspomina w wywiadzie dla BBC: Byłem bardzo nieszczęśliwy w trakcie produkcji, ponieważ nie mogłem wybrać obsady, nie mogłem wybrać scenografa i nie mogłem zmontować filmu tak jak chciałem. Jednym z jasnych punktów produkcji był jednak chudy dzieciak, który był mniej więcej w moim wieku i który nazywał się George Lucas.

Zawiązaliśmy spisek w celu opuszczenia studia. Władowaliśmy nasze kamery na ciężarówkę i pojechaliśmy na drugi koniec kraju, by wyreżyserować film bardziej osobisty, artystyczny. Dałem sobie więc spokój z robieniem czegoś w stylu Tęczy Finiana i zacząłem realizację Ludzi z deszczu razem z Georgem.

Film, zrealizowany na podstawie szybkiego scenariusza FFC, oscyluje wokół nieszczęśliwej kury domowej, Natalie Ravenny, która rzuca wszystko i rusza w drogę po tym, jak dowiaduje się, że jest w ciąży (co dało krytykom podstawę do porównywania go do Easy Ridera).

W obsadzie znaleźli się: James Caan jako Jimmy Kilgannon (Zabójca), Shirley Knight jako Natalie Ravenna, Robert Duvall jako Gordon, Marya Zimmet jako Rosalie oraz Tom Aldredge jako pan Alfred.

Towarzyszący Francisowi na planie George Lucas nie miał w tym czasie żadnego doświadczenia z filmami długometrażowymi, ale miał pomysł na film dokumentalny w stylu vérité o kulisach Ludzi z deszczu, który zostałby nakręcony na kamerze 16 mm.

Rezultat pt. Filmmaker: A diary by George Lucas, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących dokumentów na temat procesu twórczego FFC. Widzimy w nim artystę użerajacego się z Warner Bros przez telefon, rzucającego słynnym tekstem: System zawali się pod swoim własnym ciężarem! Nie może mu się nie udać!, czy krzyczącego na głos o Shirley Knight: Nie mogę jej rozpieszczać, to byłoby dla niej destruktywne!

Obserwujemy też Jamesa Caana walczącego z grypą żołądkową, próbującego grać pomimo choroby i kumulację twórczego chaosu, tak wielbionego przez Coppolę.

Ten rok później miał założyć American Zoetrope – legendarną wytwórnię, która sfinansowała w 1971 kultowy dzisiaj debiut Lucasa: THX 1138, a osiem lat później także Czas apokalipsy. Lucas scenariusz do swojego pierwszego filmu długometrażowego napisał zresztą kręcąc właśnie ten dokument.

Conradino Beb

1969: Neil Young spotyka Charlesa Mansona i próbuje mu załatwić kontrakt nagraniowy

W 2012 Neil opublikował swoją pierwszą w życiu autobiografię pt. Waging Heavy Peace, która nie zawiera specjalnie dużo rock’n’rollowych szokerów z okresu Crosby, Stills, Nash & Young, zakulisowych historii z okresu Buffalo Springfield, ani żadnych tajemnic procesu twórczego. Artysta pokazuje się za to czytelnikowi jako miłośnik miniaturowych pociągów i kolekcjoner starych amerykańskich samochodów.

Jednak ta przyziemność nie jest całkowicie pozbawiona ciekawych momentów, z których najbardziej fascynującym pozostaje pewnie spotkanie Neila z Charlesem Mansonem w domu Dennisa Wilsona z The Beach Boys „mieszkającego wtedy z trzema czy czterema dziewczynami emitującymi bardzo intensywne wibracje, które były mocno odłączone”.

neil-young-1969
Neil Young / Laurel Canyon, 1969

Young opowiada o zdarzeniu w następujący sposób:

Po jakimś czasie pokazał się koleś, który chwycił za moją gitarę i zaczął grać mnóstwo piosenek. Nazywał się Charlie. Był przyjacielem dziewczyn, a teraz także Dennisa. Jego piosenki były improwizowane w trakcie grania i nigdy nie były dwa razy takie same. Jak u Dylana, ale w inny sposób, bo ciężko w nich było znaleźć jakieś prawdziwe przesłanie, lecz same w sobie były fascynujące. Był całkiem dobry.

Spytałem go, czy ma kontrakt nagraniowy. Powiedział mi, że nie, ale że chce nagrywać płyty. Powiedziałem o nim Mo Ostinowi z Reprise (wytwórni wydającej w USA m.in. płyty The Jimi Hendrix Experience – przyp. red.) i zarekomendowałem tej samej wytwórni… niedługo potem doszło do zabójstwa Sharon Tate i małżeństwa La Bianca, a imię Charlesa Mansona stało się sławne na całym świecie.

Neil Young o Charlesie Mansonie w dokumencie BBC

Ze względu na aresztowanie Charliego Reprise nigdy nie zgarnęła go na pokład, ale niedoszły muzyk miał się ostatecznie doczekać kontraktu nagraniowego rok później, który podpisał z nim Philip C. Kaufman (znany z legendarnego podpierdolenia ciała Grama Parsonsa i spalenia go w kalifornijskim Joshua Tree National Park).

Ten wydał jego trzy taśmy demo w formie kompilacji LIE: The Love and Terror Cult w marcu 1970 pod szyldem Awareness Records, która była dystrybuowana w USA przez ESP-Disk (oryginał jest obecnie warty przynajmniej €900).

Okładka była reprodukcją ikonicznego zdjęcia Mansona ze swastyką na czole, opublikowanego przez magazyn Life.

lie_the_love_and_terror_cult_cover
„LIE: The Love and Terror Cult” / Awareness Records, 1970

Jak twierdzi Kaufman w wywiadzie na The New York Times udzielonym w sierpniu 1970:

Spotkałem Charliego w więzieniu na Terminal Island w San Pedro. Siedziałem za przemycanie trawy z Meksyku, a Charlie za kradzież czeku z przesyłki pocztowej. Charlie wyszedł w 1967, a ja w 1968. Kiedy odbębniłem wyrok zamieszkałem z nim na dwa miesiące.

phil-kaufman-mug-photo-1967
Zdjęcie policyjne Philipa Kaufmana / 1967

Próbowałem go nakręcić na nagrywanie, ale zawsze był zajęty robieniem głupot na pustyni. Mógł mieć kontrakt nagraniowy, ale jak tylko pojawiał się moment podpisywania papierów, uciekał na pustynię. Nigdy nie zostawał w jednym miejscu zbyt długo. Ale każdy, kto tylko miał go okazję usłyszeć, chciał go nagrywać.

Tu warto dodać, że w połowie 1968 Manson nagrał także 10 kawałków w prywatnym studiu Briana Wilsona, które wyprodukował sam lider Beach Boysów wspólnie ze swoim bratem Carlem, a które nadzorował jako inżynier dźwięku Steve Desper (znany z pracy przy wielu albumach z początku lat ’70) dobrze pamiętający tę sesję. W jej trakcie zostały nagrane utwory, które w innych wersjach trafiły ostatecznie na LIE.

Conradino Beb

Kiedy amfetaminy były hitem dnia… reklamowano je w zasadzie wszędzie!

Amfetaminy to grupa stymulantów, które są pochodną fenylopropylanu. Pierwszą z nich, fenyloizopropyloaminę, wyizolowano już w 1887 w USA, ale zastosowanie medyczne środek znalazł dopiero w 1910, kiedy doktorzy Baker i Dale zaliczyli go do lekarstw pobudzających współczulny układ nerwowy.

Synteza amftetamin przyśpieszyła radykalnie po I Wojnie Światowej, kiedy amerykański farmakolog Alles zsyntetyzował po raz pierwszy siarczan amfetaminy, lepiej znany jako benzedryna, który trafił na masowy rynek w 1932 roku.

Pięć lat później jeszcze mocniejszy środek z tej grupy zaczęła produkować w nazistowskich Niemczech firma chemiczna Temmler-Werke Fritz Hauschild, która nadała mu nazwę pervitin. Substancją tą była metamfetamina, która ze względu na swoją wysoką skuteczność szybko dostała się pod lupę dowództwa Wehrmachtu.

pervitin
Pervitin / niemiecka metamfetamina z lat ’30

Po szeregu testów stwierdzono, że produkt podnosi na wiele godzin aktywność bojową, zwiększa męstwo, a także likwiduje zmęczenie oraz ból, co doprowadziło do zamówienia przez Wehrmacht i Luftwaffe ponad 200 mln tabletek pervitinu w okresie 1939-1945.

Sami żołnierze określali go mianem Panzerschokolade (pancerna czekolada), której siłę działania porównywali do kilku litrów kawy. O cudownej tabletce pisała nawet brytyjska prasa!

Jako że metamfetamina ma jednak silne właściwości uzależniające, żołnierze, którzy przestawali ją zażywać, przejawiali ciężki syndrom odstawienia. Cierpieli na halucynacje, oblewały ich zimne poty, a wielu popadało w stan apatii, przeradzającej się z czasem w ciężką depresję, prowadzącą do brutalnych samobójstw.

Metamfetamina stosowana była podczas II Wojny Światowej także przez żołnierzy brytyjskich i japońskich… stosowali ją m.in. polscy lotnicy uczestniczący w Bitwie o Anglię, którzy wykonywali pod jej wpływem nawet dwa loty dziennie.

Zakończenie wojny nie tylko nie zatrzymało produkcji amfetamin, ale doprowadziło do prawdziwej amfetaminomanii, która swoje największe żniwo zebrała w Japonii, gdzie do połowy lat ’50 ponad 2 mln ludzi zażywało regularnie środki z tej grupy, a około 0,5 mln była od nich uzależniona.

Także w Polsce i Związku Radzieckim środki te były po wojnie legalne, a ich użycie kwitło do późnych lat ’70 wśród studentów, robotników fabrycznych i inteligencji.

Ale prawdziwymi mistrzami w produkcji i reklamie amfetamin okazali się Amerykanie, którzy do połowy lat ’50 uczynili z nich idealne środki na wiele dolegliwości, zaczynając od niewinnego sprayu udrożniającego zapchany nos.

Środki, znane pod handlowymi nazwami takimi jak: metedryna, benzedryna i dexamyl, były przepisywane jako pigułki na zrzucenie wagi, a także psychotropy leczące objawy depresji, nieśmiałości czy stresu.

Amfetamina (siarczan amfetaminy)

amphetamine_ad1
Reklama amfetaminy / lata ’40

Jak stwierdza ta przepiękna reklama amfetaminy z lat ’40:

Ten magiczny proszek czyni znacznie więcej, niż przepędza niechciany tłuszcz, bo oczyszcza i wzbogaca krew, wzmacnia cały organizm i sprawia, że czujesz się lepiej w każdy możliwy sposób. Daje ci także energię do pracy w nocy.

Potencjalnym użytkownikom ciężko było pewnie dyskutować z taką listą zalet.

Metedryna (metamfetamina)

methedrine_ad2
Reklama metedryna / wczesne lata ’60

Ta fantastyczna reklama z lat ’60  wskazuje, że metedryna jest idealnym lekarstw na otyłość, sprawiając że „chudnący jest szczęśliwy”. Środek  był przeznaczony dla „jedzących za dużo” i „tych z depresją”.

Jak wiemy dzisiaj, taka dieta może szybko doprowadzić do wielu niezmiernie interesujących skutków ubocznych takich jak halucynacje, paranoja czy mania prześladowcza.

methedrine_ad1
Reklama metedryny / późne lata ’60

A tu inna wersja odmalowuje szczęśliwą pacjentkę, która pozbyła się depresji dzięki metedrynie… choć ciężko powiedzieć, czy udało jej się wyjść z ciągu.

Dexamyl (dekstroamfetamina)

dexamyl_ad2
Reklama dexamylu / lata ’60

Dexamyl był produktem brytyjskiej korporacji farmaceutycznej Smith, Kline and French. Spansuła zawierała dekstroamfetaminę i amobarbital. Pierwszy związek miał dodawać energii do pracy, a drugi zapewniać przyjemną relaksację.

Jak twierdzi reklama: Dexamyl zapewnia nie tylko poprawę nastroju, sprawia że opada zasłona depresji, ale powoduje również, iż pacjent staje się bardziej otwarty i komunikatywny.

Innymi słowy, cud, miód i malina.

dexamyl_ad1

W innej reklamie ten sam medykament pomaga „gospodyniom domowym z lękami i depresją, które prowadzą życie pełne monotonnej rutyny, rozczarowań i odpowiedzialności…”

I z tym ciężko się kłócić, bo taka dawka energii rozwiązywała wiele problemów. Teraz sprzątać można było całą dobę.

Benzedrynowy sztyft do nosa (dl-amfetamina)

benzedrine_ad1

benzedrine_inhaler_ad

Wprowadzony na rynek przez tę samą korporację Smith, Kline and French w 1933, benzedrynowy sztyft do nosa był mocno targetowany na personel wojskowy… oraz dzieci.

Po wojnie benzedryna stała się także dostępna w formie tabletek, na które w slangu mówiono bennies. Zażywali je z umiłowaniem poeci i pisarze związani z Beat Generation oraz headzi z Haight-Ashbury, którzy polecieli w dożylne stosowanie amfetaminy około 1968, co rozpoczęło szybki upadek psychedelicznej kontrkultury.

Adderall (dekstroamfetamina i lewoamfetamina)

adderall_ad

 

adderall_ad2

I nawet jeśli większość amfetamin dostała się w końcu na czarną listę ONZ, która skutecznie zepchnęła ich produkcję do podziemia (na czym korzysta teraz wielu niezależnych przedsiębiorców w Polsce), korporacje farmaceutyczne nie mogły tak po prostu pozbyć się dojnej krowy i wraz z 1996 na rynek wprowadzono Adderall, zawierający „dobre amfetaminy”.

Adderallem powszechnie leczy się ADHD u dzieci, których liczba na dzień dzisiejszy wynosi 3,5 mln. W ciągu trzech dekad sprzedaż Adderallu wzrosła trzykrotnie i obecnie ponad 10 korporacji farmaceutycznych oferuje jego zamienniki. Ale nie ma się co dziwić, bo wartość globalnego rynku wynosi około $13 mld.

Jedynym problemem pozostaje liczba przedawkowań!

Conradino Beb

Scenariusz Ingmara Bergmana z lat ’60 zostanie sfilmowany przez Suzanne Osten

Scenariusz Ingmara Bergmana, który słynny filmowiec stworzył przy współpracy z Akirą Kurosawą i Federico Fellinim, zatytułowany Sześćdziesiąt minut z Rebeką, zostanie sfilmowany przez szwedzką reżyserkę, Suzanne Osten.

Scenariusz został napisany oryginalnie przez Bergmana w 1969, ale produkcja nigdy nie doszła do skutku i przepadł on w szufladzie, z której wyjęto go dopiero na początku XXI wieku, gdy stał się on częścią nowo powołanej Fundacji Ingmara Bergmana.

Jego karty odmalowują niezwykle burzliwą i pełną emocji historię wyalienowanej społecznie nauczycielki w ciąży, która walczy o wyzwolenie seksualne i polityczne w napiętnowanym rewolucją społęczną roku 1968.

Bergman mocno zapożyczył się u Francuskiej Nowej Fali czy Antonioniego, ale stworzył coś całkowicie własnego. To scenariusz feministyczny, homoerotyczny i antyautorytarny. Jest również niesamowicie odważny, złożony i radykalny.

To historia kobiety eksplorującej własną seksualność, w której dominują wątki zdobywania, odkrywania i zaspokajania własnych pragnień. Nie jest „ładnie”, ale to znacznie odmienny obraz od romantycznej miłości pozbawionej skomplikowanej seksualności, która wtedy zaczęła być dyskutowana – wyjaśnia Suzanne Osten.

Sześćdziesiąt cztery minuty zostaną najpierw zaadaptowane jako słuchowisko z premierą 6. listopada na antenie szwedzkiego radia, a produkcja filmu ma się zacząć w ciągu następnych kilku miesięcy z premierą planowaną na 2018, w 100-ną rocznicę urodzin Bergmana. Fundusze na film będą pochodzić ze Szwedzkiego Instytutu Filmowego.

Jan Holmberg, CEO Fundacji Ingmara Bergmana, nazwał scenariusz „wstrząsającym” i stwierdził, że „Osten i Bergman są parą wyśnioną w niebie”.

Żródło: IndieWire

Beat Na Piątek: Piękny Egipt

Odkrywanie bliskowschodniej muzyki jest dla mnie zawsze przeżyciem odświeżającym, uruchomiającym w pełni możliwości mojej wyobraźni. Jednak z racji niewielkiej informacji na jej temat, bariery językowej, czy braku nazwisk wykonawców, jedyne co mi pozostaje to zdać się na własny instynkt i otworzyć się na strumień prawdziwie psychedelicznych dźwięków.

Nie inaczej było przy kontakcie z mixem Masr Ya Gamila!, sklejonym przez Radio Martiko wprost z oryginalnych 45. Ta blisko dwugodzinna kompilacja obejmuje lata 1960 – 1970, gdy Egipt, a dokładniej Kair, był kulturalnym centrum arabskiego świata.

Wtedy to narodziły się i rozwinęły liczne orkiestry grające easy listening czy big bandy jazzowe, a eksplodujący przemysł filmowy potrzebował coraz więcej świeżych gwiazd i przebojowych ścieżek dźwiękowych.

To co czyni tę muzykę wciąż świeżą i egzotyczną może być kwestią rodzimych tradycji muzycznych, ożenionych z zachodnim instrumentarium, rockiem, hard-bopem, oraz wciąż słyszalne, choć dalekie, echo muzyki starożytnej Grecji.

Wyobraźcie sobie potężne brzmienie Magmy osadzone w arabskiej melodyce, pełne płomiennych, seksownych wokali. Ale takich zaskakujących skojarzeń jest więcej, bo czasem usłyszysz wieczorny jazz w stylu Sketches of Spain, czasem surfową gitarę, a czasem dynamiczne przejście godne Mingus Ah Um.

Kompilację Masr Ya Gamila! można podzielić na trzy segmenty. Pierwszy ukazuje nowatorski styl wymienionych wyżej orkiestr popowych. Część ta zawiera najbardziej przebojowy materiał. pełen słodkich wejść sekcji smyczkowej czy zmysłowych wokaliz.

Nie brakuje na nim haszyszowych gitar, mglistych organów i gęstych polirytmii. Ostateczny efekt można uznać za egipską odpowiedź na barokowy pop i psychodelicznego rocka Zachodu.

Po iście dionizyjskim szaleństwie pierwszej części, Radio Martiko podrzuca nam mocno okadzone gęstymi dęciakami jazzowe interludium, którego styl w wielu aspektach wydaję się być zbliżony do etiopskiego jazzu.

W finalnym segmencie możemy się za to zaznajomić z folkowymi tradycjami Egiptu. Tu ginie nieco rozrywkowy klimat wcześniejszych fragmentów, które wypiera teraz skupiona, mistyczna atmosfera, przygniatająca ciężarem tysiącletniego dziedzictwa.

Mix jest jednym z kilkunastu, jakie możecie znaleźć na stronie Radio Martiko, które umożliwia wam podróż w muzyczną przeszłość 4 kontynentów. Mogę was zapewnić, że każdy będzie równie zaskakujący co Masr Ya Gamila!.

Jakub Gleń

Czy „Doktor Strange” z Benedictem Cumberbatchem uchwycił psychedeliczny klimat komiksu?

Doktor Strange ma wielu fanów, nawet jeśli nie są oni tak liczni, jak fani innych komiksów Marvela takich jak Iron Man, Spider Man czy Kapitan Ameryka. Ale nie da się ukryć, że Disney wyciągnął Doktora z rękawa właśnie teraz, gdyż pierwszorzędni superbohaterowie Marvela zostali niemal w całości wyeksploatowani w ramach MCU.

Doktor Strange jest wyjątkowym superbohaterem z kilku powodów. Po pierwsze, zadebiutował on na łamach Strange Stories w 1963, czyli w momencie, gdy świat wkraczał w jeden z najbardziej burzliwych momentów powojennej historii Zachodu, co komiks bez wątpienia odzwierciedla.

Po drugie, Doktor Strange był pierwszym superbohaterem Marvela, który otwarcie babrał się w okultyzm, magię i projekcję astralną (żeby wymienić tylko te najważniejsze), a do tego miał bardzo antymaterialistyczne podejście do życia (z otwartą pogardą dla pieniędzy włącznie), co z miejsca uczyniło go idolem kontrkultury headów. Jednym z największych fanów komiksu był sam Ken Kesey.

Po trzecie, Doktor Strange jako pierwszy superbohater Marvela otworzył drzwi dla psychedelicznych wątków w komiksie. Doktor Strange podróżował po innych światach pełnych dziwnych efektów wizualnych, które bez wątpienia można nazwać halucynogennymi. Był pierwszym superbohaterem, który udowodnił, że komiks może iść tak daleko, jak sięga wyobraźnia twórców.

dr_strange_psychedelic
„Doctor Strange: Master of the Mystic Arts” / Marvel, 1974

Pierwsze tweety krytyków po premierze potwierdzają, że film w istocie pełen jest tripowych efektów specjalnych:

Bardzo tripowe efekty wizualne – David Ehrlich (IndieWire).

Tripowe efekty wizualne – Courtney Howard (Fresh Fiction TV)

Cudownie tripowy – Andry Signore (Screen Junkies)

Tripowy i psychedeliczny – Brandon Norwood (The Tracking Board)

Trochę jak trip na kwasie – Anna Klassen (Bustle)

Jak podkreśla także reżyser, Scott Derrickson (Zbaw nas ode złego, Egzorcyzmy Emily Rose): Duchowość pojawia się w naszej kulturze od dłuższego czasu i lata ’60 były momentem, w którym ludzie zaczęli poszukiwać czegoś ponad dobra materialne. Ale w jaki sposób można połączyć to z oczekiwaniami współczesnego świata?

Częściową odpowiedź znajdziemy w kinie, które może zabrać ludzi w podróż przekraczającą wszelkie wyobrażenia, dające się jednak przenieść na ekran dzięki efektom specjalnym, cyfrowej manipulacji, krajobrazom i widokom, które sprawią, że naprawdę odlecisz.

Conradino Beb

Męskość i kobiecość we włoskim kinie peplum

Peplum, z łaciny strój kobiecy składający się na kawałek lekkiej tkaniny z wyciętymi rękawami, charakterystyczny ubiór popularny w starożytnej Grecji i pozostałych krajach śródziemnomorskich. Nazwa odnosi się także do szerokiego nurtu filmów historyczno-przygodowych, których akcja toczy się w okolicach Morza Śródziemnego i Starej Europy.

Po raz pierwszy termin peplum w odniesieniu do kina pojawił się w 1958 r. na łamach francuskiego czasopisma Cahiers du Cinéma wraz z premierą filmu Le fatiche di Ercole (ang. Hercules) w reż. Pietra Francisciego. Od tamtego czasu można mówić o swoistym boomie na filmy peplum, którym na Zachodzie nadano równie trafną nazwę kina „miecza i sandałów”. Z dzisiejszej perspektywy najłatwiej podpiąć je pod gatunek filmu kostiumowego, najczęściej dramatu lub produkcji przygodowej.

Włoskie kino po śmierci Benita Mussoliniego w 1945 roku odetchnęło z ulgą i zachłystnęło się Hollywood. Włosi dostali okazję, by zapoznać się z takimi zachodnimi gatunkami jak western, który z miejsca pokochali. Jednak miłość ta odnosiła się do konwencji końskiej opery samej w sobie, nie zaś do propagowanej przezeń treści.

Podobnie było z wszelakiej maści widowiskami historycznymi, te definiowały głównie wartości religijne i zgodność z faktami. Kradnąc wzorce od swoich zachodnich kolegów, włoscy twórcy przekuwali je na komercyjne kino popularne. Wśród tej masy filmów znajdzie się oczywiście dużo produkcji podchodzących do tematu nieco ambitniej od zwykłej rozrywki, jednak nie one stoją u podstaw fenomenu peplum.

To właśnie te, na ogół tanie filmy, podbijały nie tylko półwysep o kształcie buta, ale i zagraniczne kina. Stały się zatem pierwszym, popkulturowym fenomenem filmowym, jaki zrodziła światu ojczyzna pizzy i faszyzmu. Tutaj także swoje pierwsze kroki stawiali późniejsi mistrzowie spaghetti westernu czy kina giallo.

Kolos z Rodos, samodzielny debiut Sergia Leone z roku 1961, Syn Spartakusa Sergia Corbucciego, uważany po dziś dzień za jeden z lepszych filmów gatunku, czy odważne, pionierskie połączenie peplum z horrorem, Hercules in the Haunted World maestra Maria Bavy, to pierwsze produkcje peplum, które odniosły spory sukces komercyjny.

the-colossus-of-rhodes_1961_kadr
Kolos z Rodos (1961)

Ramy gatunkowe to jednak rzecz zasadniczo umowna, szczególnie we włoskim kinie, tak więc peplum u schyłku swojej popularności romansowało często i gęsto z horrorem, dramatem czy nawet filmem psychodelicznym. Wszystko to, by utrzymać starych, bądź zdobyć nowych widzów.

Początków peplum szukać należy jeszcze w kinie niemym. Wszystko zaczęło się od filmu Cabiria, nakręconego w 1914 roku. To tutaj po raz pierwszy pojawia się naczelny bohater wielu późniejszych pepli, Maciste – znany także jako Goliat – którego przygody powielało wielu późniejszych twórców.

Niepokonany heros, będący wariacją mitycznego Herkulesa, przyozdobił swoją wielką klatą takie filmy jak: Maciste w piekle w reż. Riccarda Fredy, Goliat kontra wampiry Sergia Corbucciego, Zorro contro Maciste w reż. Umberta Lenziego, czy jeden z ostatnich filmów w tej konwencji, Maciste kontra królowa Amazonek w reż. niesławnego Jesusa Franco.

Oprócz Maciste, ikony przez kino dla kina ukłutej, Włosi korzystali z całej gammy innych postaci, mitologicznych bądź historycznych. Spartakus, Herkules czy Samson czerpali całymi garściami z hiszpańskich opowieści płaszcza i szpady, w których pojawiał się Zorro.

Ten pro-społeczny bohater, stający zawsze w obronie uciemiężonych i słabszych, inspirował wymienionych wcześniej półbogów, by w końcu stać się archetypem jeźdźca znikąd, częstego protagonisty spaghetti westernu.

Trudno zatem odmówić nakręconej przez Giovanniego Pastrone i opartej na motywach powieści Gustawa Flauberta Salambo, Cabirii, miana produkcji kanonicznej. Szał, jaki zapanował później wokół omawianej postaci sprawił, że odtwórca jej roli w filmie Pastrone, Bartolomeo Pagano, zmienił oficjalnie nazwisko na Maciste.

cabiria_1914_kadr
Cabiria (1914)

Nacisk na atletyczne, przypominające antyczną rzeźbę, męskie ciało, okryte kawałkiem tkaniny stało się gatunkowym must havem. Aspekt ten przypieczętował w roku 1949 Henri Vidal swoją rolą Rhuala w filmie Fabiola w reż. Alessandra Blasettiego. Ta produkcja dołożyła kolejną cegiełkę do pnącego się ku szczytom popularności nurtu, z miejsca stając się międzynarodowym hitem.

Lata 50-te to okres ukształtowania się peplum takiego, jakie znamy dzisiaj. Wszystko za sprawą amerykańskiego twórcy Cecila B. DeMille, który postanowił odświeżyć formułę biblijnego filmu epoki niemej i w 1956 stworzyć Dziesięcioro Przykazań.

Zdobywca Oscara za najlepsze efekty specjalne w 1957 roku osiągnął taki sukces, że z miejsca zainspirował włoskiego reżysera Pietra Fancesciego do nakręcenia odpowiedzi. Skromy w budżecie film dał podwaliny pod komercyjny sukces peplum i wykreował naczelną gwiazdę kina spod znaku miecza i sandałów, Steeve’a Reevesa!

Herkules, czyli męskość Steeve’a Reevesa

„Siła Herkulesa była wieczna, jak świat, do którego należał. Ale któregoś dnia spotkał na swojej drodze zwykłych śmiertelników, gotowych poświęcić swoje krótkie życie w imię wiedzy, sprawiedliwości i miłości…”. Tymi słowami rozpoczyna się Herkules, dzieło Pietra Francesciego.

Jeśli wierzyć plotkom, za obsadzenie w tytułowej roli Steeve’a Reevesa odpowiada córka Francesciego. Zauważyła ona kulturystę w jednym z teatrów w Atenach, gdzie ten grał u boku Jane Powell i od razu pobiegła do domu, oznajmiając „Tato, myślę że znalazłam twojego Herkulesa”.

Jak przyznaje sam Reeves w wywiadzie dla The Perfect Vision Magazine z lipca 1994 roku: „Pietro Francesci, reżyser Herkulesa napisał ten scenariusz i trzymał go około pięciu lat. We Włoszech trafiał się ktoś albo przystojny i wysoki, ale bez odpowiednio wyrzeźbionego ciała, albo ktoś kto wyglądał, dobrze jednak nie posiadał odpowiedniego wzrostu. Po prostu nie mógł znaleźć dobrej kombinacji”.

Dla urodzonego w Kalifornii olbrzyma (posiadał tytuł Mr. Universe 1950) była to pierwsza, ważna rola kinowa. W 1948 roku został obsadzony przez Cecila DeMille’a w widowisku Samson i Dallia, niestety po kilku miesiącach od podpisania kontraktu odsunięto go od projektu ze względu na brak doświadczenia.

steve_reeves_hercules_1958_kadr
Steve Reeves jako Herkules w filmie o tym samym tytule / 1958

Reeves jednak z początku odrzucił propozycję zagrania rzymskiego herosa, gdyż jako człowiek odpowiedzialny za PR amerykańskiego Health Studios zarabiał nienajgorsze pieniądze. Dopiero kolejny list od Pietra, brzmiący: „Słuchaj, to poważna sprawa! Oto bilet lotniczy i zaliczka, $5000”, dał mu do zrozumieniam że reżyserowi naprawdę zależym aby znalazł się w obsadzie.

Aktor zapuścił brodę, aby odróżniać się od innych aktorów na planie i zagrał też odpowiednio, bo Hercules z miejsca stał się hitem. W samych tylko Stanach Zjednoczonych film zarobił około $40 mln przy koszcie wynoszącym jedynie pół miliona zielonych, co jest imponującym zwrotem z inwestycji. Reeves zdeklasował takich popularnych w tamtym czasie aktorów, jak Rock Hudson, Doris Day czy John Wayne.

A jak ten film się odbiera? To bardzo pocieszna, luźna i rozrywkowa produkcja, fabularnie stojąca na dwóch klasycznych mitach. Historia nadludzkiego siłacza całkiem zgrabnie łączy się tutaj z wątkami Jazona i Argonautów. Herkules pomaga zatrzymać pędzący rydwan przypadkowo napotkanej kobiecie, która zdaje się uciekać ze swojego rodzinnego miasta. Iole, bo tak na imię piękna niewiasta, okazuje się być córką króla Peliasa, władcy greckiego królestwa Iolcus.

Herkules demonstruje swoją siłę

Przypadek sprawia, że Herkules właśnie zmierza odwiedzić króla w celu szkolenia jego syna. Dziewczyna wydaje się być jednak bardzo zaniepokojona pewną rodzinną tragedią sprzed lat, która sprawiła, że tron po swoim bracie przejął właśnie jej ojciec. Reszta jest tylko wymówką, by dać widzowi przeżyć wraz z bohaterem kilka jego prac, w tym walkę z lwem nemejskim, a w końcu być świadkiem wyprawy po mityczne Złote Runo.

Film, w odróżnieniu od większości pepli, dość mocno trzyma się swoich korzeni, mimo że to druga połowa z wizytą na wyspie Amazonek i walką z godzillopodobną bestią góruje nad wolno wleczącym się początkiem. Finał utrzymany jest ponadto w lekkim tonie, konsekwentnie budowanym przez całą resztę filmu. Możemy ti również podziwiać wspaniałą pracę wciąż niedocenionego Maria Bavy, który odpowiedzialny był w Herkulesie za scenografię i światła.

Wielki sukces filmu Pietra Francesciego był zielonym światłem dla twórców, którzy chcieli się podpiąć pod wykreowany przez niego nurt i samego bohatera. Herkules i królowa Lidia to sequel oryginału w reżyserii tej samej osoby.

Wcielający się w rolę sprytnego i dobrodusznego siłacza, Steeve Reeves rzucony zostaje tym razem w środek rodzinnego sporu o tron. Intryga kręci się wokół walki dwóch braci o władzę nad Tebami oraz biednego Herkulesa, omamionego toksycznym „urokiem” podstępnej królowej Omphale.

Produkcja przejawia wszystkie prawidła rządzące udanym sequelem, od znanych i lubianych postaci po samą konstrukcję fabuły, składającą się na fuzję dwóch klasycznych mitów.

W trakcie podróży do wspomnianych Teb, znana z oryginału Iole nuci sympatyczną piosenkę The Evening Star, która w rzeczywistości dubingowana jest przez amerykańską śpiewaczkę estradową, June Valli. „Jeszcze więcej tego samego”, takie słowa wydawać by się mogło przyświecały Francesciemu i jego ekipie na planie filmu.

Wartym wspomnienia jest fakt, że za światła i scenografię znów odpowiedzialny był Mario Bava, który nie szczędził kolorowych jarzeniówek, sztucznej mgły i malowniczej wręcz scenografii. Jednak tu gdzie pomógł budżet nie zadziałała fabuła. Nie jest to oczywiście scenariusz, po którym jego twórca powinien schować się za kamieniem na kolejną dekadę.

Oglądając film odczuwa się wyraźnie „wałkowanie tematu”, a opowiedziane historie, ratowanie Teb i ucieczka z wyspy złej królowej nie kleją się ze sobą zbyt dobrze. Niestety, na pierwszy rzut oka widać też nieco wolniejsze tempo akcji, zauważalne zwłaszcza w przeciągniętym prologu. Herkules i królowa Lidia – znane szerzej jako Hercules Unchained – zaspokoją głód tych, którzy od oryginału oczekiwali epickich starć na większą skalę.

Finałowa walka o Teby robi jednak wrażenie swoim rozmachem, liczbą statystów i dekoracji w postaci wież i machin śmierci. Większą rolę dostał także kręcący się u boku Herkulesa młody Ulisses. Postać, w którą w obu filmach Francesciego wcielił się Gabriele Antonini, zasilić miał później niejeden film spod znaku miecza i sandałów.

Francesci powróci do peplum jeszcze kilkakrotnie przed swoją śmiercią w 1977 roku. Nakręci nafaszerowanego testosteronem Herkulesa, Samsona i Ulissesa (niestety już bez udziału Steeve’a Reevesa), gdzie trzej herosi walczą z morskim potworem. Przygody mitycznego półboga i jemu podobnych pociągnie także w międzyczasie wielu innych twórców, raz lepiej, raz gorzej.

Sam legendarny Reeves swoją przygodę z kinem miecza i sandałów zakończył współpracą z legendą spaghetti westernu, człowiekiem odpowiedzialnym za takie tytuły jak Django (1966) czy Człowiek zwany Ciszą (1968), Sergiem Corbuccim. Nakręcony w 1962 Syn Spartakusa aka. The Slave, to historia rzymskiego centuriona, który odkrywa prawdę o swoim pochodzeniu, jest potomkiem słynnego Spartakusa. Staje się on obrońcą uciemiężonych pośród piasków pustyni niewolników, będących pod butem okrutnego i przekupnego konsula Crassusa.

Syn Spartakusa (1962)

Patrząc na Syna Spartakusa przez pryzmat późniejszych dokonań włoskiego kina, nie sposób dostrzec w nim westernowego sznytu reżysera. Nic więc dziwnego, że jednym z jego następnych filmów jest Minnesota Clay (1964). Dysponując dość pokaźnym budżetem, owocem poprzedniej produkcji Corbucciego i Reevesa pt. Romulus i Remus (1961), stworzono jeden z najbardziej epickich filmów peplum.

Wszystko to za sprawą zapierającej dech w piersiach choreografii walk oraz dość brutalnych momentach ukazujących śmierć. Syn Spartakusa to także pewien symbol na osi czasu, gdyż można zacząć mówić o umownej śmierci kina miecza i sandałów, a także przejęciu dzierżonego przezeń lauru popularności przez spaghetti western.

Steve Reeves zagrał jeszcze w dwóch filmach Umberta Lenziego, kręcących się wokół postaci bohatera malezyjskich piratów: Sandokan, Tygrys z Malezji (1963) oraz Piraci z Malezji (1964), by następnie odrzucić główną rolę w legendarnym Za garść dolarów Sergia Leone.

sandokan_tiger_steve_reeves
Steve Reeves jako Sandokan / 1963

Angaż ten zgarnął ostatecznie Clint Eastwood, z miejsca stając się naczelną twarzą końskiej opery, a sam Reeves zawitał na Dziki Zachód wraz z Camillo Bazzonim w jego Vivo per la tua morte (1968). Po zakończonej przygodzie z kinem, Steve osiadł na ranczo w kalifornijskim Valley Center, gdzie wraz z drugą żoną, Polką, Aliną Czartjarwicz, spędził resztę życia zajmując się końmi.

Kobiecość w kinie peplum

Tam gdzie muskularni mężczyźni, tam i piękne kobiety. Twórcy kina peplum wręcz prześcigali się w napychaniu swoich filmów znanymi nazwiskami. Choć kobiety zredukowane były najczęściej do obiektu westchnięć naszego herosa, który by zaimponować swojej wybrance serca musiał pokonać zło tego świata, ich rola wcale nie była drugoplanowa.

Nierzadko, tak jak w wspomnianym Herkulesie i królowej Lidii, kobiety stawały się ucieleśnieniem zła, dominą, która za pomocą swoich szemranych sztuczek uwodziła głównego bohatera. Zawsze zjawiskowo piękne, skąpo ubrane i przyozdobione biżuterią, antybohaterki knuły w swoich przepełnionym blichtrem grotach i zamczyskach.

Z drugiej strony, w peplum pojawiały się również niewinne, wydawać by się mogło nieskalane brutalnością otaczającego świata kobiety, w których bohater odnajdywał swój kawałek nieba. W ich ubiorze dominowała biel, a wszystkie dodatki w postaci biżuterii redukowane były do minimum.

pam_grier_arena_1974
Pam Grier i Margaret Markov w „Arenie” / 1974

Każdy wielki wojownik wie, że nic tak nie rozładuje napiętych mięśni po zaciętej bitwie, jak wizyta w alkowie. Kobiet przez peplum przewinęło się wiele, średnio na jednego herosa przypadały dwie piękne niewiasty. Najlepiej, jeśli na plakacie znalazło się jakieś egzotyczne nazwisko którejś z znanych, bądź debiutujących aktorek.
Oczywiście, aktorski staż nie szedł często w parze z wyjątkową urodą.

W filmie Rok 79: Zniszczenie Herkulanum czy Stary Testament w reż. Gianfranca Paroliniego zagrała austriacko-brytyjska piękność, Mara Lane, a Podróż Sindbada do Złotej Krainy podkręciła swoim ciałem jej wyspiarska rodaczka, Caroline Munro.

79ad_destruction_of_mara_lane
Mara Lane w „Zniszczeniu Herkulanum” (1962)

Ta druga, ówcześnie mało znana aktorka, właśnie w kinie peplum odnalazła chwilę wytchnienia od kręconych taśmowo przez wytwórnie Hammer horrorów.

Tutaj też swój epizod miała Tina Louise, amerykańska modelka, piosenkarka i gwiazda serialu Wyspa Giligana, która zagrała w dobrze przyjętych Oblężeniu Syrakuz i Safonie – Wenus z Lesbos, oba spod ręki prekursora Pietra Francesciego.

Kino peplum uratowało przed bankructwem rodzime aktorki. Przykładem niech będzie Scilla Gabel, której przesyt na włoskie aktorki w Hollywood nie pozwolił na rozwinięcie skrzydeł. Właśnie niezliczona ilość filmów spod znaku miecza i sandałów (wspomnę tylko Ostatnie dni Sodomy i Gomory czy Zemstę Spartakusa) pozwoliła jej zostać gwiazdą, może nie na Nowej Ziemi, ale pewnego razu na włoskim Zachodzie.

W latach 60-tych i 70-tych, czasie rewolucji seksualnej, peplum zabłysnęło nowym blaskiem. Był to oczywiście blask nagich, hojnie przez Boga obdarzonych pań, który rozpętał szum wśród cenzorów. Będąca czymś zupełnie nie do pomyślenia jeszcze kilka lat wstecz, twarda i miękka pornografia w szatach kostiumowego filmu historycznego zyskała nazwę „peplum x”.

Połączenie tych dwóch gatunków nie było trudne, oba nadawały się wręcz idealnie do kinematograficznej symbiozy. Trend ten eksploatowany był aż do lat 80-tych, a w 1979 roku zrobiło się o nim naprawdę głośno za sprawą kontrowersyjnego filmu koprodukcji włosko-amerykańskiej.

Kaligula, bo taką nazwę nosi dość odważna wizja starożytnego Rzymu, ulepiona w głowie Tinto Brassa, z miejsca zamieszała w filmowym kociołku, dzieląc ludzi na dwa radykalne obozy. Jedni bronili filmu, podnosząc go do rangi sztuki, obrazu dekadenckiego życia władców pełnego wyzwolonego seksu i krwawej makabreski.

caligula_1979_uncut_sex_scene
Scena orgii seksualnej / „Kaligula” (1979)

Z drugiej stroni stali ci, dla których Kaligula była niczym innym, jak kiczowatą eksploatacją, pozbawioną głębi chorą ekspozycja. Trudno znaleźć tutaj nić porozumienia, wszak jedni i drudzy mają całkowitą rację. Patrząc jednak chłodnym okiem, zrobienie „kiczowatej eksploatacji” przy takim budżecie to też swego rodzaju „sztuka”.

Jak to we Włoszech bywa, film Brassa doczekał się całej masy nieoficjalnych sequeli, spin-offów czy remake’ów. Te budżetowe produkcje podchwyciły wątek kontrowersji, by pod płaszczem mieczy i sandałów sprzedawać zwyczajne kino erotyczne. Przykładowo, Kaligula i Messalina (1981) spartańskiego rzeźnika kina Bruna Mattei – facet odpowiedzialny za nieoficjalne sequele Predatora, Terminatora i Obcego – przepełniona jest wymownymi sekwencjami erotycznymi na tle tekturowej scenografii i plastikowych makiet.

Jeszcze gorzej ogląda się Kaligulę II: Prawdziwą historię, za którą odpowiedzialny jest znany i lubiany w pewnych kręgach Joe D’Amato. Ten ekscentryczny twórca w 1974 roku zebrał na jednym planie Pam Grier, Margaret Markov i Lucretie Love, kręcąc wspólnie ze Stevem Carverem film Arena. Skąpo ubrane kobiety, w tym wspomniana gwiazda kina blaxploitation, na przemian oddają się krwawym walkom w Koloseum i miłosnym igraszkom z przedstawicielami obu płci.

caligula_et_messaline_1981_kadr
Seks grupowy / „Kaligula i Messalina” (1981)

Jednak w klasycznym formacie peplum trudno szukać obrazoburczej erotyki czy jednoznacznych scen. Zrodzony w najbardziej pruderyjnej dekadzie, latach 50-tych, gatunek trzymał się z dala od przekraczenia granicy dobrego smaku w kwestii pokazywania nagiego ciała.

Mające swoją premierę w sierpniu 1960 roku Miłostki Herkulesa w reż. Carla Ludovica Bragagli, rzucają targanego chęcią zemsty bohatera wprost w objęcia pięknej królowej Dianiry. Grany przez węgierskiego kulturystę Mickeya Hargitaya, Herkules zakochuje się w pięknej królowej, w której rolę wcieliła się tragicznie zmarła Jayne Mansfield. Jednak ta odrzuca jego zaloty na rzecz innego mężczyzny.

Intryga zostaje zawiązana, kiedy sympatyczny siłacz zostaje wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił, po czym walczy z mityczną hydrą i trafia do wioski Amazonek. Jak się okazuje, kobiety wojowniczki mają zwyczaj zamieniania niepotrzebnych mężczyzn w drzewa. Kobieta w filmie Bragagli jawi się jako jako istota przenikliwie zła, apodyktyczna, bywając też antagonistką.

Nawet główny obiekt westchnień Herkulesa pozwala mu się „skonsumować” dopiero, kiedy ten wyzwoli ją z rąk włochatego troglodyty. Film zasłużenie pokrył się kurzem zapomnienia, gdyż oprócz balansującej na granicy żenady i zabawy walki z hydrą, wyglądającej jak żywcem wyrwana z objazdowego lunaparku, nie oferuje zupełnie nic. Miłostki Herkulesa nie dostały nawet dystrybucji kinowej na terenie Stanów Zjednoczonych.

Dwuznaczną kobiecą naturę, spolaryzowaną na skrajne formy dobra i zła, zgrabnie zobrazował Vittorio Cottafavi w swoim filmie Hercules and the Captive Women aka. Hercules and the Conquest of Atlantis (1961). Herkules – w tej roli Reg Park – chcąc ratować Greków przed nieuchronną zagładą, pakuje się na łajbę i płynie w poszukiwaniu ostatniej nadziei.

hercules-and-the-conquest-of-atlantis-1961
„Hercules and the Conquest of Atlantis” (1961)

Gdy jego statek ulega destrukcji, siłacz ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie z miejsca pomaga zaklętej w skałę jasnowłosej niewiaście. Po walce z facetem w kostiumie lwa, wypchanym sępem oraz facetem w kostiumie legwana, kobieta uwalnia się i prowadzi Herkulesa do swojego rodzinnego miasta. Tam jednak rządzi zła do szpiku kości Antinea, królowa Atlantydy, w której rolę wcieliła się amerykańska aktorka Fay Spain.

Nie da się ukryć, że obraz kobiety w kinie peplum bywał często kliszą – kobieta do pokonania lub kobieta do uratowania. Rzadko kiedy twórcy wychodzili poza te bezpieczne schematy, nadając bohaterkom swoich filmów raczej ograne cechy. W filmie Herkules Pietra Francesciego pojawia się na przykład plemię Amazonek, kobiet nie znających uczuć.

W ten czy inny sposób kobiety w świecie mieczy i sandałów skazane były zazwyczaj na męskie towarzystwo. Czy był to niskobudżetowy film przygodowy, czy historyczny film pornograficzny, półnaga i piękna kobieta, usadowiona po którejś ze stron barykady, była obowiązkowym elementem gatunku.

Jednak fala peplum, jaka przetoczyła się przez Półwysep Apeniński to nie tylko granie na znanych modelach męskości i kobiecości, a przede wszystkim dość obszerne pole eksperymentalne dla całej masy twórców. Od gotyckiego horroru po klasyczny spaghetti western, od wybuchowej piro-dramy po obsceniczną pornografię, peplum stało się swoistym zwierciadłem gatunkowym.

Oskar „Dziku” Dziki

Na sprzedaż zegarek z Timothym Learym i dragami zamiast godzin!

Jak twierdzi the-image-builder, sprzedawca z eBaya, zegarek na aukcji ma przynajmniej 45 lat, więc najprawdopodobniej został wyprodukowany pod koniec lat ’60. Obecny właściciel dostał go w prezencie w latach ’70, ale wsadził go do pudełka i szybko o nim zapomniał, by wyciągnąć dopiero teraz.

Zegarek jest wg właściciela w pełni funkcjonalny, choć ma lekko porysowane szkiełko i po nakręceniu spóźnia się o minutę czy dwie, ale swoją rolę spełnia idealnie.

Za 15 LSD, 20 po kokainie, 5 po trawie czy wpół do speeda to wersje czasu, które oferuje swojemu potencjalnemu użytkownikowi!

Cena wywoławcza wynosi $305, ale sprzedawca wraca z wakacji dopiero 26 września, więc sprawę można spokojnie przemyśleć. Zegarek można licytować tutaj.

timothy_leary_get_high_60s_watch_2-jpg