Archiwa tagu: literatura

Aldous Huxley w liście do George’a Orwella: „Narko-hipnoza jest bardziej wydajna”

W październiku 1949, kilka miesięcy po publikacji klasycznej dystopijnej powieści, 1984, George Orwell otrzymał list od Aldousa Huxleya, który 17 lat wcześniej wydał swoją własną książkę podejmującą temat koszmaru przyszłości, Nowy wspaniały świat. Huxley właśnie ukończył czytać 1984 i miał do powiedzenia autorowi kilka słów.

Wrightwood. Cal.
21 października, 1949

Drogi panie Orwell,

Było bardzo uprzejmie z twojej strony polecić wydawcom wysłanie mi twojej książki. Została ona doręczona w trakcie pracy wymagającej ode mnie dużo czytania i sprawdzania odniesień; a że słaby wzrok wymaga ode mnie oszczędnego czytania, musiałem czekać dłuższy czas zanim byłem w stanie porwać się na 1984.

Zgadzając się ze wszystkim co napisali krytycy, nie muszę ci powtarzać po raz kolejny, jak świetna i jak wielce ważna jest to książka. Czy mogę zamiast tego zagłębić się w materię, o której traktuje – ostateczną rewolucję? Pierwsze podrygi filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji, która leży poza polityką i ekonomią, a której celem jest totalne obalenie psychologii i fizjologii jednostki – można znaleźć u Markiza de Sade’a, który uważał się za kontynuatora i konsumatora Robespierre’a i Babeufa.

Filozofia rządzącej mniejszości w 1984 to sadyzm, który został doprowadzony do swojej logicznej konkluzji poprzez przekroczenie popędu seksualnego, a następnie jego zaprzeczenie. Wątpliwe wydaje się jednak, aby politykę buta na twarzy można było faktycznie kontynuować w nieskończoność. Osobiście wierzę w to, iż rządząca oligarchia znajdzie mniej wymagające i marnotrawne sposoby na rządzenie czy satysfakcjonowanie swojego pożądania władzy, a będą one przypominały te opisane przeze mnie w Nowym wspaniałym świecie.

Miałem ostatnio okazję zerknąć na historię zwierzęcego magnetyzmu i hipnotyzmu, i niezwykle uderzyło mnie to, jak przez 150 lat świat nie chciał brać poważnie pod uwagę odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i całej reszty. Częściowo z powodu dominującego materializmu, a częściowo z powodu dominującego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie chcieli badać dziwnych faktów psychologicznych dla ludzi praktycznych takich jak politycy, żołnierze czy policjanci, by dać im narzędzia rządzenia.

Dzięki ochotniczej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji zostało oddalone o pięć czy sześć pokoleń. Innym szczęśliwym przypadkiem była niezdolność hipnotyzowania przez Freuda z powodzeniem i jego konsekwentna dyskredytacja hipnotyzmu. To oddaliło generalne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o przynajmniej 40 lat. Ale teraz psychoanaliza jest łączona z hipnozą, która stała się łatwa, wydłużona bez ograniczeń dzięki zastosowaniu barbituranów, które indukują hipnotyczny i podatny na sugestię stan nawet u najbardziej opornych pacjentów.

Wierzę, iż następne pokolenie władców świata odkryje, iż kondycjonowanie niemowląt i narko-hipnoza są bardziej wydajne jako instrumenty sprawowania władzy od klubów i więzień, oraz że pożądanie władzy może zostać zaspokojone w takim samym stopniu poprzez zasugerowanie ludziom pokochania swojego poddaństwa, jak poprzez tortury i wymuszanie posłuszeństwa.

Innymi słowy, czuję że przeznaczeniem koszmaru 1984 jest transformacja w koszmar świata, który ma więcej wspólnego z wyobrażeniem zawartym w Nowym wspaniałym świecie. Wprowadzona zmiana zostanie spowodowana potrzebą zwiększonej wydajności. W międzyczasie możemy mieć oczywiście do czynienia z wojną atomową lub biologiczną na dużą skalę – w przypadku której będziemy mieć koszmary zupełnie innego, trudnego do wyobrażenia sobie rodzaju.

Dziękuję ci ponownie za książkę.

Twój oddany,

Aldous Huxley

tłum. Conradino Beb

Źródło: Letters of Note

Wdowa po Hunterze S. Thompsonie będzie sprzedawać gonzo marihuanę!

Anita Thompson, wdowa po legendzie dziennikarstwa gonzo, Hunterze S. Thompsonie, ma zamiar sprzedawać oryginalną marihuanę, którą za życia rozkoszował się jej mąż. W tym celu Anita rozpoczęła proces przywracania do życia prywatnej kolekcji pisarza przy współpracy z firmą konopną operującą w Colorado.

Jak mówi Anita w wywiadzie dla Aspen Times: Właśnie stałam się właścicielką domu, posiadłości, logo i poparcia Huntera. Mogę je teraz chronić, jak to zawsze czyniłam, ale dodatkowo posiadam teraz do tego wszystkie prawa.

Jednym z pierwszych projektów Anity będzie przywrócenie do życia prywatnej kolekcji marihuany HST, która była przez nią pieczołowicie przechowywana od jego śmierci.

Anita jest zaś w posiadaniu sześciu odmian namiętnie palonych przez pisarza, które mają zostać wysiane i sklonowane przez firmę operującą w Colorado, a następnie wprowadzone do sprzedaży jako brand Gonzo.

Odkąd marihuana stała się legalna byłam nagabywana przynajmniej raz w miesiącu przez growerów czy punkty sprzedaży. Miałam około 10 spotkań w ciągu ostatnich 3 lat, ale zawsze mówiłam NIE, bo była to nieustannie ta sama historia: ktoś chciał nazwać swoją odmianę imieniem Huntera – zdradza Anita.

Wdowa nie żałuje długiego wstrzymywania się ze swoją decyzją, gdyż jak twierdzi, po daniu zezwolenia na wykorzystanie imienia pisarza do sprzedawania przypadkowej odmiany marihuany, nigdy nie byłaby w stanie uczynić kroku w tył i powiedzieć: „Nie, ta jest autentyczna”.

Innym problemem było dla niej zepchnięcie literackich dokonań jej męża na boczny plan przez promocję jego narkotykowego lajfstajlu.

Przez 10 lat bardzo ostrożnie staraliśmy się sprowadzać dyskusję o Hunterze na tory jego twórczości, ponieważ nie mieliśmy żadnej gwarancji, iż będzie ona doceniana przez nowe pokolenie – mówi Anita.

Nowa umowa zapewni fundusze potrzebne na renowację siedziby legendy literatury, Owl Farm, która ma zostać zamieniona w muzeum i „pustelnię” dla młodych pisarzy.

Conradino Beb

 

Źródło: Aspen Times

Przekraczając gatunek, czyli wokół „The Witch” i innych hybryd filmowych

Jak powiedział kiedyś w wywiadzie dla brytyjskiego magazynu Time Out William Friedkin: Rozumiem, że ludzie uważają Egzorcystę za horror. Totalnie to kumam. Nie musisz się o nic martwić, bo to tylko horror. Ale sądzę, że porusza on znacznie głębsze problemy, niż robi to przeciętny horror. Jeśli mam być z tobą szczery, ani Bill Blatty (mój scenarzysta), ani ja, nie planowaliśmy robienia żadnego horroru. Nie przyszło nam to nawet na myśl.

Hybrydy filmowe w perspektywie historycznej

Powyższa wypowiedź Friedkina pozostaje znacząca nie tylko w kontekście interpretacji jego najsłynniejszego dzieła, ale daje nam również klucz do zrozumienia dość świeżego fenomenu tzw. artystycznego kina gatunkowego, które określane również przez krytyków „artystycznym kinem akcji” bądź „hybrydą artyzmu i gatunku”, bądź „nową falą gatunkową”, reprezentuje zatarcie granic pomiędzy tradycyjnymi gatunkami takimi jak: horror, thriller, kino gangsterskie, science-fiction czy film akcji, a wizjami stricte autorskimi.

To wprawdzie duża zmiana na poziomie konceptualnym i marketingowym, ale oparta na solidnych precedensach, które możemy namierzyć u samego zarania kina. Faktycznie, jeden z kamieni milowych kinematografii, Podróż na Księżyc Georgesa Méliès, jest określany przez współczesnych krytyków zarówno jako film science-fiction oraz film eksperymentalny, bo ani pojęcie gatunku, ani pojęcie sztuki filmowej w 1902 roku nie były jeszcze znane – nie istniały więc standardy produkcji, do których stosować miał się twórca.

W retrospekcji to także Méliès miał wyreżyserować w 1896 pierwszy horror wszech czasów, znany jako Rezydencja diabła (Le Manoir du diable aka. The Haunted Castle aka. The Devil’s Castle), po którym przyszedł czas na japońskie Bake Jizo oraz Shinin no Sosei w 1898. Do innych pionierów gatunku zalicza się też Frankensteina (J. Searle Dawley, 1910), a w dalszej kolejności cztery dzieła niemieckiego ekspresjonizmu: Golema (Paul Wegener, 1920), Gabinet Dr. Caligari (Robert Wiene, 1920), Nosferatu (F. W. Murnau, 1922) i Człowieka, który się śmieje (Paul Leni, 1928).

MurnauNosferatuSchreck
„Nosferatu” / F. W. Murnau, 1922

Samo słowo horror pojawiło się jednak po raz pierwszy w dyskursie filmowym dopiero w 1931, kiedy wytwórnia Universal Pictures wypuściła Draculę z Belą Lugosim (po sukcesie sztuki teatralnej o tym samym tytule) i Frankensteina z Borisem Karloffem, używając go w kampanii promocyjnej.

Znaczący jest oczywiście fakt, iż dobrze znana szufladka literacka (horrory popularne już były w Europie w XVIII wieku), została przeniesiona na ekran przez przemysł filmowy z pragmatycznych powodów i nie była pochodną żadnej idei intelektualno-filozoficznej.

Geneza horroru, jak więc widzimy, związana jest przede wszystkim z marketingiem, a nie z krytyką filmową, która była przed drugą wojną światową w powijakach, chociaż już w 1908 pierwszą rubrykę filmową zaczął prowadzić na łamach amerykańskiego dziennika The New York Dramatic Mirror niejaki Frank E. Wood, a w 1912 dla brytyjskiego dziennika London Evening News recenzować filmy zaczął niejaki WG Faulkner.

Także Polacy nie byli z tyłu, gdyż w 1913 swój pierwszy artykuł na temat kina, zatytułowany nomen omen Śmierć kina, opublikował literat i poeta Karol Irzykowski. W 1924 wydał on również pionierską książkę Dziesiąta muza, w której przedstawił filozoficzną tezę, że „kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią”.

Ale mimo działalności Irzykowskiego na polu krytyki literackiej za znacznie ważniejszego na rodzimym podwórku uznaje się Antoniego Słonimskiego, którego inauguracyjny felieton pt. Kinematograf, ukazał się w październiku 1922 roku na łamach Kuriera Polskiego. To Słonimski jako pierwszy intelektualista w Polsce zaczął także interpretować kino nie tylko jako rozrywkę, ale przede wszystkim jako zjawisko kulturowe.

bela_lugosi_dracula_sztuka_teatralna
Plakat z występu Beli Lugosiego w Vista Theatre / 8.12.1947

To nie zmienia jednak faktu, że horror, thriller i kino gangsterskie były w dwudziestoleciu międzywojennym traktowane jako formy wyłącznie rozrywkowe, służące zabawianiu publiczności i zarabianiu pieniędzy, szczególnie od momentu, kiedy amerykański przemysł filmowy zaczął je traktować jako masowy produkt i wynalazł powtarzalną „formułę” – słowo kluczowe dla zrozumienia, czym w ogóle jest gatunek filmowy, jak pisze w The Shifting Definitions of Genre: Essays on Labeling Films, Television Shows and Media Marc Jancovich.

W ramach formuły przemysł filmowy kopiował skuteczne rozwiązania z filmów, które osiągały sukces kasowy i powielał je w kolejnych, aż do całkowitego wyczerpania danego tematu, co prowadziło do szukania nowego i powtarzania całego cyklu od początku.

Warto przy tym dodać, że tzw. system studyjny nie pozwalał w tym okresie ani aktorom, ani reżyserom, ani scenarzystom, na zajmowanie kreatywnych czy artystycznych postaw – wszyscy oni byli jedynie najemnikami przy kolektywnym projekcie, a do tego na długich kontraktach, co miało się sypnąć na dobre w latach ’60 i zainicjować Nowe Hollywood.

Z tego zresztą powodu klasyczne horrory nawet dziś rzadko bywają przez krytyków analizowane pod kątem treści artystycznych, które zgodnie z podstarzałą, ale bardzo w swoim czasie modną „teorią autora”, zapoczątkowaną przez francuski magazyn Cahiers du Cinéma we wczesnych latach ’50, są oznaką kina ambitnego. To musi zaś posiadać indywidualne piętno, którego znakiem rozpoznawczym jest często własnoręcznie napisany przez reżysera scenariusz, ale absolutną podstawą zaangażowanie duchowe we własne dzieło.

Zgodnie z tą teorią dzieło autorskie nie może być w żadnym wypadku częścią masowego systemu produkcji i dystrybucji, w ramach którego Hollywood wypluwa kolejne filmy gatunkowe. Może ono powstać jedynie poza nim… czy może jednak nie? Na styku teorii i praktyki filmowej w latach ’50 pojawiają się pierwsze problemy, które dręczą wielu filmoznawców po dziś dzień. Czy przykładowo Psychoza Hitchcocka, wyprodukowana w 1960 przez Paramount, a więc duże studio, jest produktem masowym czy dziełem sztuki?

pyscho_hitchcock
Scena z „Psychozy” Hitchcocka

A sprawa nie jest oczywista, bo z jednej strony mamy tu mały budżet (jak na film studyjny) i dużą kontrolę reżysera nad filmowany materiałem, a z drugiej strony pełną wytrychów, prawie że eksploatacyjną, kampanię reklamową, nakierowaną na masowego widza. Z jednej strony mamy veto studia (Hitchcock sam sfinansował swój film) i kontrowersje ratingowe, a z drugiej ostateczny sukces finansowy na całym świecie i masową popularność.

Z jednej strony mamy szok, grozę i mroki ludzkiej jaźni, a więc standardowe chwyty dla klasycznego thrillera, a z drugiej eksperymentalną kinematografię z bardzo nowatorskim jak na swoje czasy montażem i niejasne zakończenie bez żadnego przesłania moralnego. Czym jest więc ostatecznie Psychoza, filmem gatunkowym czy autorskim?

Kinomani piszący dla Cahiers du Cinéma nie mieli oczywiście wątpliwości, Psychoza była filmem autorskim, jak nie miał też wątpliwości amerykański krytyk Andrew Sarris, który na łamach Village Voice nazwał Hitchcocka po premierze „najodważniejszym filmowcem awangardowym w Ameryce”… co nie zmienia faktu, że dzisiaj Psychoza jest traktowana przez fanów kina jako klasyka thrillera/horroru z podkreślanym do znudzenia zdaniem „jak zmieniła gatunek”, a więc najrozsądniej byłoby ją nazwać filmem hybrydowym.

alfred_hitchcock_cahiers_du_cinema
Alfred Hitchcock na okładce „Cahiers du Cinéma”

Z perspektywy historycznej przełomowe dzieło mistrza suspensu nie było jednak pierwsze w hybrydowym świecie. Do najwcześniejszych z nich należą film edukacyjny, paradokument i horror w jednym, Czarownice (1922) Benjamina Christensena, a także Vampyr (1932), mało znany horror ekspresjonistyczny, operujący głównie sugestią i światłocieniem, wyreżyserowany przez legendarnego filmowca duńskiego, Carla Theodora Dreyera, który do historii kina przeszedł swoim niemym dziełem Męczeństwo Joanny D’Arc (1928), zrealizowanym we Francji… który nieprzypadkowo pozostaje jednym z ulubionych filmów Roberta Eggersa, twórcy The Witch, a także Larsa von Triera, twórcy Antychrysta.

Kultowe „horrory”, a teoria aktora-sieci

Jak mówi Eggers w wywiadzie dla RogerEbert.com: Carl Theodor Dreyer jest dla mnie gigantem. Lubię ten cały kanon artystyczny. Oprócz tego reżyser przypomina przy każdej okazji o swojej miłości do Ingmara Bergmana i Stanleya Kubricka, ale nie zapomina nazwać w tym samym wywiadzie kreacji ze Lśnienia „gównianymi”, „przesadzonymi” i „nieprawdziwymi”.

Dość ciekawe stanowisko człowieka, który miałby być nową nadzieją horroru, a w innym wywiadzie dodaje: Zawsze przyciągały mnie rzeczy mroczne i nieziemskie, ale horrory były dla mnie za dzieciaka wiecznie zbyt straszne.

Faktycznie, Eggers nie darzy horrorów jakimś szczególnie ciepłym uczuciem, a pracę przy The Witch określa nawet jako „daleką od widma wpadnięcia w pułapkę horroru”, co prowadzi nas do jedynego, choć być może kontrowersyjnego wniosku: jego debiut nie jest horrorem, tak jak nie jest nim Egzorcysta Friedkina, Opętanie Żuławskiego, Lśnienie Kubricka, czy żeby nie sięgać daleko ostatni film Jarmuscha: Tylko kochankowie przeżyją.

the-exorcist-1973-kadr
Słynna scena z „Egzorcysty” Williama Friedkina

Czy te dzieła zrealizowane zostały bowiem wg formuły horroru? Udowodnienie tego będzie bardzo ciężkie z wyżej wymienionego powodu. Pojęcie horroru w kinie nie jest dyskursywne (nie ma mocnej podstawy teoretycznej), ale marketingowo-ekonomiczne, tak więc nie można wobec niego zastosować logicznego wnioskowania, a tym bardziej dokonać semiotycznej analizy.

Horror w żadnym wypadku nie należy też do idei filozoficznych, a jako pojęcie filmowe jest zaledwie aktantem (to piękne słowo należy do teorii aktora-sieci, w skrócie ANT), który tworzy część sieci ekonomiczno-marketingowej, sieci odbiorców, sieci twórców, z wieloma silnymi aktorami (ponownie, w sensie przyjętym w ANT), z których każdy wywiera pewien wpływ na kształtowanie się idei horroru, ale także na ostateczny kształt fizycznego produktu w postaci DCP (Digital Cinema Package), krążka DVD czy Blu-ray, a wcześniej negatywu i odbitki filmowej, a ostatecznie także na ciągłą zmianę w pojmowaniu przyjętego znaczenia horroru jako gatunku, co odpowiada potrzebie ewolucji samego medium filmu.

To stwarza niestety problemy wielu fanom, którzy pod pojęciem horroru rozumieją zestaw pewnych klisz (nomen omen rozpropagowanych przez przemysł filmowy) i nierozumieniem, krytyką, a czasem nawet z oburzeniem czy wściekłością przyjmują filmy, które im się wymykają, ale wciąż są promowane i reklamowane jako horror, nie rozróżniając pomiędzy zabiegami producentów i dystrybutorów, a treścią tego co widzą na ekranie, do czego może dochodzić także frustracja finansowa, jako że za obejrzenie tego filmu przecież zapłacili.

To zamieszanie tłumaczy nam jednak całkiem sprawnie Bruno Latour, który pisze w Reassembling the Social: Nie ma bezpośredniego związku pomiędzy czymś realnym i niezaprzeczalnym, co można zastosować także do filmowego horroru, który jest zjawiskiem kulturowym (jako przedmiot zainteresowania i inspiracji), realnym (poprzez proces produkcji), a przy okazji zmysłowo-estetycznym (odbieramy go poprzez zmysł wzroku i słuchu) i finansowym, czyli jest idealnym zjawiskiem hybrydowym, jednak w żadnym wypadku nie jest zjawiskiem niezaprzeczalnym!

I faktycznie, bardzo surowe mapowanie kontrowersji horroru, czyli badanie sieci tworzącej horror i przez horror tworzonej (bo jako aktant horror swoją sieć dynamicznie podtrzymuje), ujawnia że wiele z największych osiągnięć gatunku nie było przez ich twórców określane jako horror, a zostały tak sklasyfikowane głównie na skutek zabiegów dystrybutorów i opinii krytyków, którzy rozpoznali w nich pewne elementy (nie zawsze te same), a następnie utrwalili swoje opinie w ramach książek i artykułów prasowych.

acta-mapping
Mapowanie kontrowersji na przykładzie sprawy ACTA

Nie zmienia to jednak faktu, że Kubrick nigdy nie stawiał w Lśnieniu na nadnaturalne przyczyny wydarzeń, używając ich jedynie jako rodzaju fałszywej sugestii, co wyjaśnił następująco w wywiadzie z 1980: Stephen Crane napisał historię pt. The Blue Hotel. Czytając ją dowiadujesz się szybko, że głównym charakterem jest paranoik. Bierze on udział w grze w pokera, decyduje że ktoś go oszukuje, rzuca oskarżenie, wszczyna walkę i zostaje zabity.

Sądzisz, że przesłaniem tej opowieści jest nieuchronność śmierci pokerzysty, który ostatecznie traci życie w fatalnym pojedynku rewolwerowym. Ale na końcu dowiadujesz się, że człowiek oskarżony o oszukiwanie naprawdę go oszukiwał. Sądzę, że Lśnienie używa podobnego rodzaju fałszywej sugestii psychologicznej w celu uprzedzenia wniosku, że paranormalne wydarzenia naprawdę mają miejsce.

Oczywiście, Lśnienie zostało oparte na książce-horrorze Stephena Kinga, który jednak z miejsca znienawidził scenariusz Kubricka napisany wspólnie z pisarką Diane Johnson głównie za to, że odarł on książkę z najbardziej wyrazistych elementów horroru, a aktorom kazał grać w sposób niezwykle nienaturalny, przez co jego film bywa przez część filmoznawców traktowany jako parodia gatunku (sic!), a więc w istocie jego przekroczenie. Stephen King pozostaje w tym kontekście rozdrażnionym fanem horroru, a wielu innych miłośników filmu pozostaje ślepych na wątki, które w żaden sposób nie nawiązują do gatunku, widząc tylko to co chcą widzieć!

shining_kubrick_kadr
Scena ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka

Na granicy gatunku/nie-gatunku z czasem pojawiło się jednak pojęcie artystycznego kina gatunkowego (wyśledzone przeze mnie jako precedens w recenzji Matrixa z 1999 roku), które nie reprezentuje gatunku przez to, że jest artystyczne i nie reprezentuje sztuki przez to, że jest gatunkowe, ale jako hybryda reprezentuje obydwa, czego idealnym przykładem są współczesne filmy takie jak: The Witch, Drive, Sicario, Pole w Anglii, Wolny strzelec czy Berberian Studio Sound, zrealizowane przez filmowców, którzy obejrzeli tyle samo filmów autorskich, co i filmów eksploatacji, ale już używane w retrospekcji do zdefiniowania bardzo dużej liczby filmów takich jak Lśnienie, a nawet Siedmiu samurajów.

Ale wprowadźmy na wokandę sprawę The Witch, która ma tę zaletę, że jest wciąż świeża, co pozwala na sprawne mapowanie kontrowersji. Oto Jason Coffman pisze na łamach Medium, że wiele z fanów horroru nie polubiło ani trochę Babadooka, Coś za mną chodzi i The Witch, stawiając tezę: Ci widzowie mieli wrażenie, że filmy te miały za dużo hajpu i że nie dostarczyły wcale treści, które obiecywała publiczność oglądająca je w obiegu festiwalowym.

Idąc dalej, niektórzy z niezadowolonych twierdzili nawet, że filmy te nie są wcale horrorami, że są „nudne”, „niestraszne” i że „prawdziwi fani horroru” przejrzą tę całą maskaradę na wylot i tylko dyletanci czy „pozerzy” mogą je w ogóle podziwiać. Bez zaskoczenia jest przy tym, że The Witch spotkał się z takimi samymi reakcjami wielu widzów.

Głosy te są jednak zaledwie kontynuacją dyskusji, która toczy się w środowisku kinomanów od wielu lat, co wynika ponownie z tego, że horror nie posiada żadnej definicji, a więc nie można go umieścić w granicach pewnego pola, w zamkniętej sieci. Faktycznie, wymienione przez Coffmana filmy są najczęściej określane mianem hybrydy (lub meta filmu), co oznacza że funkcjonują w ramach otwartej, żywej sieci i ze względu na aktywność można by je było określić aktorami w sensie przyjętym w ANT.

Żeby wytłumaczyć szybko to pojęcie, można ponownie przytoczyć słowa Latoura, który pisze: Aktor w zespolonej, charakteryzowanej przez ekspresję teorii aktora-sieci, nie jest źródłem akcji, ale ruchomym celem szerokiej gamy jednostek rojących się wokół. Przykładowo, The Witch jest celem zarówno widzów, krytyków, samego twórcy, dystrybutorów, plakacistów, grafików komputerowych i wielu innych jednostek, które mają ten film na celowniku, czyli krążą blisko wokół niego z różnych powodów, które także można wymapować (na co tutaj nie ma jednak miejsca). Czy taka (tu wyłożona w dużym uproszczeniu) sieć może funkcjonować bez kontrowersji? Jest to w zasadzie niemożliwe.

The-Witch-2015
Scena z „The Witch”

Uchwycenie tej sieci komplikuje przede wszystkim dynamiczna wymiana informacji w Internecie, która w dużej mierze zdominowała dość mechaniczną w przeszłości dystrybucję hierarchiczną, związaną z mediami papierowymi, radiem i telewizją – dzisiaj uznawanymi za tradycyjne ośrodki kreowania opinii na ich temat.

W efekcie, dzisiaj mamy do czynienia z tym, co Mark Pesce wiele już lat temu nazwał hiper dystrybucją, czyli dystrybucją informacji opartą o wymianę poziomą, która ma znacznie więcej punktów wejścia/wyjścia i sposobów rozprzestrzeniania informacji takich jak media społecznościowe, fora, blogi i magazyny filmowe.

Sztuka to przemoc, gatunek to tożsamość

Jednym z efektów tej dynamicznej wymiany informacji, a także wzrostu jej natychmiastowej dostępności, jest nieustanne ścieranie się różnych interpretacji zjawisk kulturowych, definicji, recepcji, punktów widzenia etc., wśród których pojęcia filmowe tj. nazwy gatunków zajmują dziś ważne miejsce, gdyż pozostają w dużej mierze składnikami naszej tożsamości.

W dużym uproszczeniu mamy dzisiaj sytuację, w której określenia takie jak „fan horroru”, „fan filmów gangsterskich” lub „fan giallo” nie są tylko pojęciami filmowymi, ale stały się również pojęciami wybitnie tożsamościowymi (a więc otwartymi dla badań antropologicznych), z czym łączy się walka o zachowanie tej tożsamości, łączenie się w grupy, tworzenie przymierzy i rozwijanie samoświadomości.

Centralne miejsce w tej dynamicznej sieci (w sensie ANT) zajmuje zaś opozycja fanów wobec krytyków lub też publiczności festiwalowej wobec publiczności masowego obiegu, czy też fanów kina gatunkowego wobec fanów kina artystycznego, która bardzo często zamienia się w werbalną wojnę i wcale niekoniecznie na argumenty!

basic_controversy_mapping
Podstawowy schemat mapowania kontrowersji

Na poziomie informacyjno-ekonomicznym widzimy z jednej strony potrzebę klasyfikacji gatunkowej, związaną z tworzeniem homogenicznych form znaczeniowych takich jak listy najlepszych horrorów (lub thrillerów, lub filmów wojennych, lub filmów science-fiction), które apelują do określonej grupy odbiorczej, ale z drugiej widzimy tej klasyfikacji ograniczenia, które wyrażone zostają przez krytyczne komentarze sceptyków. Innymi słowy, mamy do czynienia z dynamiczną siecią, której aktorzy na bieżąco tworzą kontrowersje, tak więc żaden statyczny model interpretacyjny nie wchodzi dłużej w grę.

To wynika przynajmniej częściowo z dynamiki medium filmu, a więc z interakcji reżyserów, dziennikarzy, widzów i producentów z filmem, z pewnej można by rzecz polifonii, która nie posiada jednak centrum tak jak powiedzmy posiada ją kwadratowy pokój, przestrzeń fizycznie statyczna, choć emocjonalnie już nie, ale która może zostać przynajmniej zdefiniowana geometrycznie (ma takie, a nie inne wymiary) czy estetycznie (ma taki, a nie inny kolor).

Ta dynamika nie może być jednak interpretowana abstrakcyjnie jako „sieć niewidzialnych więzów symbolicznych” czy „zestaw determinant kulturowych”, rozprzestrzeniających się w ramach równie niewidzialnego „systemu społecznego”, gdyż jesteśmy w stanie przebadać kształt sieci tworzonych przez film dzięki ich aktorom (konkretnym dziełom filmowym, reżyserom, producentom, krytykom, książkom) i aktantom (akcjom, mediom i związkom, które kreują aktorzy).

A jesteśmy tego w stanie dokonać dlatego iż film, w przeciwieństwie do przestrzeni statycznych, jest przestrzenią hybrydową, która łączy ekonomię, psychologię, emocje, estetykę, strategie polityczne, historię, technologię, sztukę, organizację pracy, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste. Do tego dochodzą zaś zabiegi interpretacyjne tj. ciągłe podważanie przyjętych założeń zarówno przez twórców filmowych, co i publiczność, które także byłyby aktantami.

reservoir_dogs_scene
Scena z „Wściekłych psów” Quentina Tarantino

W taki właśnie sposób ewoluują ramy gatunków filmowych, a razem z nim samo pojęcie gatunku. Przykładowo, w 1992 publiczność na Festiwalu w Sundance obejrzała film, który miał zmienić historię kina niezależnego. Filmem tym były Wściekłe psy Quentina Tarantino, który przyjęty został ze świętym oburzeniem i skrytykowany za „bycie społecznie nieodpowiedzialnym”, jak pisze Peter Biskind w Down and Dirty Pictures. Problemem dla publiczności były agresja i brutalność, bo ludzie w filmach niezależnych umierali do tej pory niezmiernie rzadko, a jak już to na AIDS przy melancholijnej muzyce.

Jednak 21 lat później Nicolas Winding Refn, w tym punkcie uznany już filmowiec, wyznał w wywiadzie dla RogerEbert.com: Hmm, użycie przemocy jest… wydaje mi się, że sztuka jest aktem przemocy w pewien sposób. To emocjonalny wylew i naprawdę nie wiem… sądzę, że przemoc w kinie jest potrzebnym fetyszem. Emocjonalnie, nasza ekspresja artystyczna składa się z seksu i przemocy. Wszystko sprowadza się do tych dwóch prostych emocji, które posiadamy. Ale podczas gdy erotyka i seksualność nie są fantazjami, ponieważ większość z nas je uprawia, przemoc pozostaje fetyszem, fantazją. Przemoc posiada swoją seksualność, którą uważam za bardzo narkotyczną. I to mnie jak sądzę nakręca.

Wypowiedź NWR oprócz bezpośredniego powiązania seksu i przemocy zdradza tajniki przemiany, do jakiej doszło w kinie w ostatnich latach za sprawą twórców takich jak on sam, którzy dorastając na filmach niskobudżetowych, ale doceniając także uroki kanonu artystycznego, w swojej twórczości od początku dawali ujście fascynacji obydwoma, tylko formalnie nie mającymi ze sobą związku, gałęziami kina.

nicolas_winding_refn_valhalla_rising
NWR na planie „Valhalla Rising”

Te w praktyce, jak w przypadku Hitchcocka, zawsze były podatne na hybrydyzację. Kino autorskie zasilane było bowiem od dawna inspiracjami gatunkowymi w stopniu, którego krytycy nigdy nie chcieli przyznać, gdyż to obnażyłoby słabość, a nawet absurdalność hołubionych teorii filmowych, rozpowszechnianych przede wszystkim w ramach festiwali filmowych, które od lat ’80 wykreowały powoli zjawisko tzw. kina festiwalowego, traktowanego przez bardziej liberalnych krytyków jako synonim współczesnego kina artystycznego, a które było odpowiedzią na szybko się popularyzujące (zarówno dzięki kasetom VHS, co i telewizji kablowej) kino akcji, będące tak naprawdę zreformowaną wersją kina eksploatacji, które dystrybuowane było od lat ’40 w drive-inach i grindhouse’ach w formie pakietów znanych jako double features.

Kino to miało się zaś znakomicie do późnych lat ’70, kiedy wielkie wytwórnie zupełnie przypadkowo rzuciły na rynek trzy filmy: Rocky, Gwiezdne wojny i Szczęki, które przyniosły wcześniej niewyobrażalne wpływy i na skutek tego całkowicie zmieniły strategię finansowania nowych produkcji w Hollywood.

W trakcie tego procesu wielkie wytwórnie ostatecznie przejęły rynek dotychczas zagospodarowany przez eksploatatorów takich jak New World Pictures pod wodzą Rogera Cormana, który stwierdził zresztą w American Grindhouse, że jak tylko zobaczył Szczęki, natychmiast wiedział że ma nowy problem, z którym nie jest w stanie konkurować finansowo.

Co jednak ciekawe, to że właśnie papież kina niskobudżetowego w latach ’70 upowszechnił w Stanach Zjednoczonych filmy Kurosawy, Bergmana i Felliniego, a więc wzorcowe dzieła autorskie, a spod jego skrzydeł wyszła grupa legendarnych nazwisk, która zapoczątkowała tzw. Nowe Hollywood, z których praktycznie wszyscy jako swoje debiuty nakręcili filmy w konwencji eksploatacji lub thrillera/horroru, a w swoich najsłynniejszych dziełach autorskich nieustannie prezentowali odniesienia do brutalnego kina gatunkowego, zarówno pośrednie jak i bezpośrednie.

roger_Corman_silence_of_the_lambs_kadr
Roger Corman w „Milczeniu owiec”

Dlaczego więc dalej upieramy się przy opozycji gatunek-sztuka, kino rozrywkowe-kino ambitne, filmy z przesłaniem-filmy bez przesłania? Nasze mini mapowanie kontrowersji związanej z horrorem pokazuje, że głównym powodem takiego stanu rzeczy są motywy ekonomiczne i tożsamościowe, które kreują sieć wzajemnych wpływów, działających na zasadzie feedbacku, a aktorzy którzy zmieniają jej kształt są często przyjmowani z rezerwą, niechęcią, a nawet otwartą krytyką.

W tym samym czasie horror pozostaje jednak medium wysoce plastycznym (aktantem), które z braku rdzennej definicji może być definiowane na wiele możliwych sposobów i z łatwością może być zawłaszczane przez różnych aktorów, a także włączane do „konkurencyjnych” sieci w ramach autorskiej decyzji o przekroczeniu gatunku, ale także zwykłej akcji promocyjnej lub obydwóch naraz (czy innych akcji, zarówno o charakterze artystycznym co ekonomicznym).

Ponadto, forma ta jest podatna na manipulację, parodię, a nawet łączenie z innymi formami kinowej ekspresji, czyli wtórną hybrydyzację, która pomaga w jej dalszym rozprzestrzenianiu się zarówno kanałami kinowymi, ale także internetowymi, papierowymi i w bezpośrednim zetknięciu dwóch aktorów w ramach sieci lub w trakcie procesu jej rozszerzania.

Pojawienia się nowego aktora w formie medium, jak mamy to okazję obserwować w przypadku The Witch, daje więc faktycznie okazję do podważenia zasadności wielu przekonań, które w innym wypadku ograniczyłyby wzrost sieci lub nadały jej zbyt uporządkowany kształt w stosunku do faktycznych związków pomiędzy jej poszczególnymi aktorami i aktantami.

Pojęcie sztuki w tym przypadku, jak też kina autorskiego, nadaje więc horrorowi większej wiarygodności w oczach wyrobionej publiczności filmowej niezainteresowanej gatunkiem, choć obnaża słabość definicyjną samej szufladki, jednocześnie kreując kryzys tożsamości wśród jej wielbicieli niezainteresowanych transgresją gatunku.

Conradino Beb

Zaskakująca playlista Philipa K. Dicka

Legendarny android literatury, Philip K. Dick, kochał muzykę klasyczną, szczególnie numery Ludwiga van Beethovena. Parsifal Wagnera pojawia się kilka razy w jego kultowej powieści Valis, a w przedmowie do Labiryntu śmierci Dick wspomina, że w napisaniu książki bardzo pomogło mu słuchanie Pierścienia nibelunga. Zatem główny bohater Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, twardy łowca replikantów Rick Deckard, zwyczajnie musi być miłośnikiem opery i kochać Magiczny flet Mozarta.

Dużo z tego wyjaśnia Lejla Kucukalic w swojej książce Philip K. Dick: Canonical Writer of the Digital Age, który pisze: Po ukończeniu szkoły średniej w 1947 Dick wyprowadził się z domu swojej matki, cały czas pracując jako sprzedawca w Art Music (sklepie muzycznym w Berkeley) .

O tym właśnie pisał w „Self Portrait” (eseju z 1968 – przyp. red.): Teraz moja długoletnia miłość do muzyki wypłynęła na powierzchnię, zacząłem studiować wielkie połacie mapy muzycznej i w wieku 14 lat byłem już w stanie rozpoznać praktycznie każdą symfonię czy operę.

Jedno z arcydzieł Dicka, Ubik – które można streścić jako schizofreniczny dramat o bogu w dezodorancie – zawiera ustęp, w którym z helikoptera jako muzak leci Missa solemnis Mozarta.

Missa solemnis w tonacji C-Dur

Rzadkie opowiadanie Maszyna zachowawcza opowiada zaś historię naukowca, który nawiedzony wizją cywilizacji w obliczu zagłady, próbuje przechować dla przyszłych pokoleń legendarne utwory klasyczne zamieniając je w zwierzęta.

Jednak eksperymenty te przynoszą niespodziewany wynik, bo w efekcie widzimy jak seria dzieł Mozarta, Bacha, Schuberta i Brahmsa dokonuje raptownych mutacji pod wpływem środowiska i tylko Beethovenowi zamienionemu w żuka udaje się w pełni zaadaptować bez żadnych zmian genetycznych.

Zarówno miłośnicy muzyki klasycznej, jak i Dicka, na pewno będą mieli dużo radochy przesłuchując playlistę ulubionych numerów pisarza skompilowaną przez GalleyCat (wydawniczą witrynę Adweek) na Spotify (jeśli z tej usługi korzystają).

Bobby Cannavale: „Vinyl” docierał się 8 lat

Bobby Cannavale w końcu doczekał się roli godnej swojego talentu, choć aktor pokazał się wcześniej od dobrej strony w: Third Watch, Oz, Will & Grace, Nurse Jackie czy Zakazanym imperium. Vinyl, świeżo odpalony przez HBO serial, pisany 8 lat, w którym gra on postać nieobliczalnego Richiego Finestry, dyrektora fikcyjnego labela American Century Records, dał mu prawdziwe pole do popisu.

Bobby, zapytany w wywiadzie dla IndieWire, czy jest to rola, na którą czekał dłuższy czas, odpowiada skromnie: Tak przypuszczam, ale nie czekałem na nią świadomie. Pracowałem tylko tam, gdzie trzeba było. Czuję, że cały czas się przygotowywałem, ale nie poświęcałem temu w myślach dużo uwagi. Zawsze mówiłem: „Główne role w filmie i w telewizji mnie omijają”. Po prostu nie byłem tym gościem.

Grałem główne role w teatrze, naprawdę sporo. Mam więc doświadczenie w graniu kolesi, którzy są bardzo kolorowi czy wielowymiarowi, bo charaktery pierwszoplanowe zazwyczaj są bardziej zaokrąglone. Ale dopiero przy Zakazanym imperium miałem okazję pracować z pisarskim talentem innego kalibru, bo wcześniej nie miałem możliwości pracy z kimś takim, jak Terry Winter czy Martin Scorsese. To naprawdę przygotowało mnie do tej roli, a kiedy w końcu przyszła, przejście od jednej do drugiej było czymś naturalnym.

Aktor po raz pierwszy usłyszał o Vinyl od Terry’ego Wintera na planie Zakazanego imperium. Pisarz chciał, żeby ten przeczytał coś, nad czym Scorsese i Jagger pracowali 8 lat. Po zapoznaniu się ze scenariuszem przysłanym pocztą, natychmiast zgodził się zagrać nową rolę, do której przygotowywał się przesiadując m.in. z Dannym Goldbergiem i Lennym Kayem.

Lata ’70 były mu znane z dzieciństwa, Cannavale urodził się w 1970 i wychował we włosko-amerykańskiej części New Jersey, gdzie z muzyką miał do czynienia po raz pierwszy poprzez swoich kuzynów. A gdy w wieku kilkunastu lat przeczytał nieautoryzowaną biografię Led Zeppelin, Hammer of the Gods, napisaną przez Stephena Davisa, jego fascynacja stała się jeszcze silniejsza.

Przygotowując się do roli Richiego, aktor musiał wiele czytać, dzięki czemu znalazł fantastyczną (jak twierdzi) książkę Hitmen, która naprawdę pomogła mu zrozumieć tajniki przemysłu winylowego. Ale tę mimo wszystko biły na głowę opowiastki tego typu z ust Lenny’ego Kaye’a: No wiesz, pracowałem razem z Patti Smith w sklepie z płytami i ktoś powiesił ulotkę koncertową New York Dolls. I pamiętam, że myślałem: „Wow, zajebista nazwa. Pójdę i sprawdzę.”

Cannavale przebywał też z Mickiem Jaggerem i wesoło wspomina zachowanie ludzi wokół niego, mówiąc: Są naprawdę zabawni. Ludzie są zabawni. Zależy czego chcą. To jak ze światłem. To jak bujanie się ze słońcem (śmiech). Nie, naprawdę, to jak bujanie się ze słońcem. To naprawdę interesujące, obserwować jak ludzie do niego podchodzą, jak pytają go o różne rzeczy, jak dostają to czego od niego chcą.

Innym miłym wspomnieniem jest dla niego przywołanie przez ekipę produkcyjną klimatu „złego Nowego Jorku”, który został wyczarowany w modnej dzielnicy Hell’s Kitchen. Tę Cannavale zna z autopsji. Ekipa zdarła wszystkie maty z podłogi lokalnego placu zabaw, żeby realistycznie przedstawić klimat epoki, w której przestępczość i bieda w Nowym Jorku przebijały sufit. Dzielnicowi weterani bez trudu rozpoznali old schoolowy klimat, mijając plan zdjęciowy.

Nowy Jork został wysprzątany w połowie lat ’90 i dzisiaj nie przypomina w żadnym miejscu strefy wojennej z legendarnego filmu The Warriors.

Conradino Beb

Źródło: IndieWire

Philip K. Dick był przekonany, że „Łowca androidów” odniesie sukces, choć nigdy nie zobaczył filmu!

Łowca androidów nie był wielkim hitem, kiedy wszedł do kin w 1982, a dla finansujących jego produkcję Warner Bros okazał się wręcz katastrofą, zgarniając w pierwszy weekend zaledwie $6,15 mln przy budżecie $28 mln. Psy wieszali na filmie zarówno producenci wykonawczy, co i krytycy, dzięki czemu wypracowanie statusu kultowego zajęło mu dekadę. Jednak docenił go z miejsca i przewidział jego przyszły sukces jeden człowiek… Philip K. Dick!

Kultowy pisarz nigdy nie obejrzał filmu w całości, gdyż zmarł przed jego premierą, ale zdołał się natknąć na zapowiedź telewizyjną, która odsłaniała niektóre ze scen, jak też zawierała wywiad z Harrisonem Fordem. Podekscytowany Dick napisał szybko list do producenta Jeffa Walkera z The Ladd Company (małej wytwórni, która produkowała film dla Warner Bros.), żeby wyrazić swój podziw.

11 października, 1981

Pan Jeff Walker,
The Ladd Company,
4000 Warner Boulevard,
Burbank,
Calif. 91522.

Drogi Jeffie,

Natknąłem się dziś w nocy na telewizyjny program Hooray For Hollywood na Kanale 7, którego segment traktował o Łowcy androidów. (Szczerze mówiąc, wcale się na niego nie natknąłem; ktoś mnie zawiadomił, że Łowca androidów będzie częścią programu i że trzeba to obejrzeć.) Jeff, po obejrzeniu – a szczególnie po wysłuchaniu Harrisona Forda, który omawiał film – doszedłem do wniosku, że to naprawdę nie jest science-fiction; to nie jest fantasy; to jest dokładnie to, co powiedział Harrison Ford: futuryzm. Wpływ Łowcy androidów będzie naprawdę gigantyczny, zarówno na publiczność, jak i na ludzi kreatywnych – i wierzę, że również na science-fiction jako dziedzinę. Jako że piszę i sprzedaję dzieła science-fiction od trzydziestu lat, jest to dla mnie sprawa bardzo ważna. Muszę powiedzieć z całą otwartością, że nasza dziedzina od kilku lat podlega stopniowemu i stabilnemu upadkowi. Żadne z naszych indywidualnych czy zbiorowych dzieł nie może się równać Łowcy androidów. To nie jest eskapizm; to superrealizm, tak obskurny, przepełniony szczegółami, autentyczny i cholernie przekonujący, że po programie moja codzienna „rzeczywistość” zbladła w porównaniu. Stwierdzam, że mogliście właśnie stworzyć zbiorowo unikalną, nową formę graficznej, artystycznej ekspresji, nigdy wcześniej nie widzianej. I sądzę, że Łowca androidów zrewolucjonizuje nasze koncepcje dotyczące teraźniejszości i przyszłości science-fiction.

Reasumując, science-fiction przeżywa powolną i nieubłaganą śmierć: praktykuje endogamię, kopiuje i jest czerstwe. Ale nagle pojawiliście się wy, jesteście jednymi z największych żyjących talentów, dzięki czemu zaczęliśmy żyć nowym życiem, dostaliśmy szansę na nowy start. Jeśli chodzi o moją własną rolę w Łowcy androidów, mogę tylko powiedzieć, że nie miałem pojęcia, iż moja praca czy zestaw pomysłów mogą zostać powiększone do tak niesamowitych rozmiarów. Moje życie i pracę kreatywną usprawiedliwia i wieńczy Łowca androidów. Dziękuję… to będzie niesamowity sukces komercyjny. Tego się nie da pokonać!

Serdeczne pozdrowienia,

Philip K. Dick

(tłum. Conradino Beb)

PKD_Letter_Blade_runner
Oryginał listu

Animowany klip ożywia rzadki wywiad radiowy z HST na temat Hells Angels!

Blank on Blank to projekt tworzony przez PBS (David Gerlach, Patrick Smith, Amy Drozdowska), produkowany we współpracy z nowojorską inicjatywą Quoted Studios. Celem Blank on Blank jest restauracja archiwalnych wywiadów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, lub latami leżały w piwnicach małych stacji radiowych.

Poniższy wywiad z Hunterem S. Thompsonem pochodzi z 1967 roku i został oryginalnie wyemitowany przez stację WFMT-FM z Chicago – jego archiwizacją zajęło się Studs Terkel Radio Archive. Legenda dziennikarstwa gonzo opowiada w nim o roku spędzonym z Hells Angels MC, w trakcie którego powstał jego debiut literacki, Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of The Outlaw Motorcycle Gangs.

Oto krótki cytat z tego materiału: Wyrobienie goryczy polegającej na tym, że jak ktoś woła za tobą „brudas”, to nie patrzysz w lustro i nie zastanawiasz się, czy pójść umyć twarz, tylko idziesz ubrudzić się jeszcze bardziej jakimś gównem, a potem wracasz, walisz gościa w pysk, zbijasz butelkę i wbijasz mu ją w brzuch, zajmuje trochę czasu.

(Materiał z angielskimi napisami)

Zajaraj z głowy sławnego pisarza lub jednego z twoich ulubionych bohaterów filmowych!

Wreszcie spełnia się marzenie wszystkich potheadów! Teraz możesz być blisko jednego ze swoich pokręconych idoli – fikcyjnych lub prawdziwych – paląc z niego trawę. Macedoński rzemieślnik WOOFterrapipe oferuje na Etsy ceramiczne fajeczki o kształtach sławnych pisarzy, muzyków, bohaterów seriali, filmów, a nawet naukowców w cenie €40.

tom_waits_pipe
Tom Waits
willie_nelson_pipe
Willie Nelson
the_dude_pipe
Ziomal z „Big Lebowskiego”
hst_pipe
Hunter S. Thompson
edgar_allan_poe_pipe
Edgar Allan Poe
bukowski_pipe
Charles Bukowski
breaking_bad_pipe
Walter White z „Breaking Bad”
los_pollos_hermanos_pipe
Los Pollos Hermanos z „Breaking Bad”

Magivanga przy współpracy z wydawnictwem Officyna ogłasza konkurs! Do wygrania nowa książka: „Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary” Johna Higgsa!

higgs okladka

Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary to błyskotliwa, napisana z werwą i okraszona sporą dozą humoru biografia Timothy Leary’ego, ikony kontrkultury, jednej z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem wpływowych postaci drugiej połowy XX wieku, uznanej przez prezydenta Nixona za wroga publicznego numer jeden.

Znany brytyjski dziennikarz John Higgs skupia się w książce na najważniejszych wydarzeniach z życia „szalonego naukowca”, opisując na przykład jego brawurową ucieczkę z więzienia, czy śmiałe eksperymenty na Harvardzie.

A czyta się ją, jak pełną napięcia i zwrotów akcji powieść, trochę thriller, trochę historię miłosną, trochę gawędę o wzlotach i upadkach bujającego w obłokach psychologa, który chciał się przysłużyć… no właśnie, komu? Ludzkości, własnemu ego?

Ta biografia to jednak coś znacznie więcej, niż świetna proza z arcyciekawym bohaterem w roli głównej. To także barwny obraz epoki bitników i dzieci kwiatów, a ponadto przystępny opis niezwykle inspirujących i ciągle prowokacyjnych idei Leary’ego tj. teoria wdruków czy tuneli rzeczywistości.

Słusznie kojarzony z kontrkulturą i kulturą narkotykową, Timothy Leary był w dużej mierze idealistą i utopistą, człowiekiem nieustannie poszukującym, który usiłował poszerzyć ludzką świadomość, wzmóc nasz twórczy potencjał, wyjrzeć poza „tu i teraz”.

Książkę na język polski przełożył Andrzej Appel, posłowiem opatrzył Kamil Sipowicz, a kupić ją można tu. W ramach konkursu wydawnictwo Officyna ufunduje 3 egzemplarze czytelnikom MGV, którzy napiszą krótki artykuł pt. 5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym i podeślą go na e-mail redaktora bezczelnego do 28 października. Artykuł powinien liczyć 500-1200 słów.

Conradino Beb

W poszukiwaniu inspiracji i pięknych słowiańskich chłopców, czyli trzy pielgrzymki Allena Ginsberga do Ziemi Polskiej

ginsberg praga
Allen Ginsberg w Pradze, tydzień po pierwszej wizycie w Polsce / 1965

Gdy Edward White przygotowywał się do odbycia pierwszego spaceru w przestrzeni kosmicznej, a amerykańskie śmigłowce latały masowo nad Wietnamem, biedny i szary kraj nad Wisłą oczekiwał na przybycie arcyważnego gościa z zagranicy. Zamiatano chodniki, malowano przystanki, łatano dziury w drogach i uzupełniano zapasy niezbędnego alkoholu. Na lastrykowych parapetach miały zagościć nowiuteńkie kompozycje paprotek, a obsługa hotelowa była kierowana na kursy języka obcego.

Dzieci czekały z kwiatami, a piękne niewiasty nie mogły powstrzymać się od wybuchów szaleńczej radości, gdyż już lada moment granicę Polskiej Republiki Ludowej miał przekroczyć zacny piewca pokoju, niezrównany geniusz słowa, człek wielkiego serca, orędownik biednych i pokrzywdzonych, przyszły przywódca duchowy oświeconej części świata, najrówniejszy wśród równych – Leonid Breżniew!

Dziwnym trafem, „odwiedziny” te zbiegły się z innymi, o wiele mniej spektakularnymi, kiedy mało znany (w ówczesnej Polsce) poeta z Ameryki przybył do Peerelu na zaproszenie Związku Literatów Polskich. Jedyną rzeczą, która łączyła te dwie wizyty – oprócz daty – była ukryta nadzieja obydwóch gości, że uda się im wyruchać kogoś w dupę. Różnica była taka, że jeden miał na myśli miłego, przystojnego Polaka, a drugi kraj, w którym chłopcy ci piękni mieszkali.

1965

Była wiosna roku Pańskiego 1965 i rzeczony Allen Ginsberg miał przy sobie podręczny bagaż, pojemny notes na wiersze, własnoręcznie sporządzone rozmówki angielsko-polskie i długą, starannie przyciętą brodę, dzięki której wyglądał jak żywcem zdarty z portretów Karola Marksa, zdobiących wówczas ściany niejednej warszawskiej kawiarni.

W takiej kawiarni po raz pierwszy spotkał go właśnie polski poeta Nowej Fali – Jarosław Markiewicz. Literat przez chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym onieśmielony wydukał po francusku: „To pan jest tym amerykańskim poetą? Przecież to niemożliwe!”. Allen potwierdził, że to jednak możliwe i zapytał, skąd go zna? Tamten odparł, że czytał jego wiersze w polonijnym kwartalniku literackim i ogólnie, że „łał”. Ginsberg słysząc to ucieszył się niezmiernie i powiedział, że mogą razem zorganizować kilka wypadów na miasto.

Literackich iwentów było wtedy niemało i na jednym z nich ex-Bitnik spotkał się m.in. z Herbertem, Grochowiakiem i Arturem Sandauerem – tego ostatniego odwiedził nawet osobiście w mieszkaniu, co zresztą nie było dziwne, ponieważ uchodził on wówczas za największą szychę polskiej krytyki literackiej i trzeba mu było pokazać „egzotycznego” poetę z Ameryki.

Jednak gospodarz chyba nie zapamiętał dobrze tej wizyty, bo gdy Sandauer wraz z Markiewiczem tylko na moment zostawili Ginsberga samego, po chwili musieli oglądać, jak Amerykanin odpierdala jakieś „buddyjskie hołupce” i za bardzo nie wiedzieli, czy mają wzywać pomoc, czy tylko się przyglądać. Jednak incydent zupełnie nie przeszkodził Markiewiczowi w przedstawieniu artysty jednemu z najbardziej odjechanych twórców powojennej Warszawy, czyli Mironowi Białoszewskiemu.

Drzwi otworzył chłopak Mirona, Leszek. Z początku atmosfera była dość drętwa, jeśli nie „krępująca”, bo po francusku dogadać się było trudno (po angielsku jeszcze gorzej), a wspólnych tematów literackich też poeci nie mieli za wiele. Rozkoszny Ginsberg uśmiechał się i przeglądał notatki Mirona, z których zapewne niewiele rozumiał, ale niezwykle się cieszył.

allen kielce 1986
Allen Ginsberg i Szczęsny Wroński (pierwszy z prawej) – Pałacyk Zielińskiego, Kielce / wrzesień 1986 (fot. Zbigniew A. Stefański)

Później wskoczył na biurko, przeglądał biblioteczkę, siadał, wstawał, zachowując się niczym wiejski przygłup z ADHD. Jednak Białoszewskiego po pewnym czasie ta niecodzienna sytuacja zaczęła irytować. Dopytywał, czy aby na pewno Ginsberg jest Żydem, a nawet nazwał Amerykanina kabotynem. Na usta cisnęły mu się już słowa typu: „A w coś ty mnie tu wpuścił, Leszku?”.

Chłopaki odnaleźli wspólny język dopiero, gdy Ginsberg zagaił coś o narkotykach i szybko wyszło na jaw, że Miron leci na kodeinie, a Allen na LSD. Temat okazał się istnym workiem bez dna, ponieważ obaj twórcy lubili dobrze przyjebać. Gospodarze przywołali na dodatek temat Witkacego oraz jego przygód z dragami, co rzecz jasna bardzo zainteresowało Ginsberga. Snuli już prawie plany wspólnych tripów, lecz czas naglił i trzeba było się pożegnać.

Ostatecznie poeci rozstali się w dobrych nastrojach, choć w relacji Białoszewskiego czuje się, że pozostał lekko uprzedzony w stosunku do Ginsberga. Może nie potrafił zrozumieć jego talentu, a może bariera kulturowa była w tym przypadku nie do przebrnięcia. Widać to wyraźnie, gdyż Białoszewski opowiada o świeżo napisanym przez Ginsberga wierszu, który Amerykanin przyniósł do mieszkania, a premierowo odczytał (oraz „wytłumaczył” swojemu chłopakowi) Leszek. Wszyscy byli zachwyceni, choć w opinii Mirona poemat „dupy nie urywał”. A był to wiersz o Polsce, o Warszawie, o warszawskiej kawiarni…

Warszawska kawiarnia

Te widma spoczywające na plastikowych stołkach
Widma w skórzanych rękawiczkach przez godzinę mknące wzdłuż całej kawiarni
Widma dziewczyn z okaleczonymi obliczami, czarnymi pończochami brwiami cienkimi
Widma chłopców z małymi bródkami, o blond włosach przylizanych do czaszki
Nowe widma wciągnięte w rozmowy, tłoczące się wokół czarnych stołów późnym
popołudniem
smutny sopran historii płynący z głośnika hi-fi
– perspektywa murów i okien z XVIII wieku od Nowego Świata aż po kolumnę Zygmunta III –
z podniesionym mieczem strzegącego od trzech stuleci polskiej młodzieży
O polskie widma ileście wycierpiały odkąd Chopin ronił łzy do swego
romantycznego fortepianu
zruiniałe stare budowle, wesołość całonocnych zabaw pod bombami lotniczymi,
pierwsze krzyki znikającego getta – Robotnicy kroczą przez różowo-błękitne ściany
przedwojennej sypialni, niszcząc spowite słońcem gruzy –
Teraz widma gromadzą się do całowania rąk, dziewczyny całują się wzajemnie, paryskie
włosy rudych czarownic
i szczerozłote zegarki – by usiąść pod żółtą ścianą z dużą brązową teczką –
by wypalić trzy papierosy w cienkich czarnych krawatach i kiwnąć głową na temat nowego filmu
Widma Chrystusa i wasze ciała niech będą z wami w godzinie waszej młodości
w powojennym niebie splamionym przez pot Komunizmu, wasze miłości i wasze białe
gładkie policzki delikatne we wzajemnym spojrzeniu.
O widma, jak piękne są wasze spokojne ogolone twarze, wasze szale koloru bladej szminki,
wasze liche obcasy,
jak piękne wasze nieobecne spojrzenie, z samotnie skrzyżowanymi nogami na stole, z długimi rzęsami,
jak piękna wasza cierpliwa miłość siedzących razem czytających czasopisma o sztuce –
jak pięknie wchodzicie przez drzwi zasłonięte aksamitną kotarą, ze śmiechem do
zatłoczonego pokoju
jak czekacie w kapeluszach, oceniając inne twarze, i odwracacie się i wychodzicie na godzinę
lub dumacie przy barze, czekając aż ospała kelnerka zaparzy czerwoną gorącą herbatę,
minuta po minucie
wciąż stojąc, podczas gdy godziny uderzają w kościelne dzwony, podczas gdy lata mijają, a
wy pozostaniecie na ulicy Nowy Świat
jak pięknie ściągacie wargi, wzdychając wypuszczacie dym z waszych ust, pocieracie wasze dłonie
lub ze śmiechem nachylacie się ku sobie na widok tego dzikiego kudłatego szaleńca, który
siedzi i płacze pośród was obcy.

                        10.04.1965

W stolicy Ginsberg zdążył jeszcze zwiedzić ruiny getta, po czym wyruszył koleją do Krakowa. Na samym dworcu przywitał go kontrowersyjny sytuacjonista i ówczesny „gwiazdor” krakowskiej awangardy – Krzysztof Niemczyk. Pomimo trudności komunikacyjnych, Niemczyk – wraz ze swoimi towarzyszami po artystycznym fachu – szybko dogadał się z Amerykaninem. Niemniej nawijał tylko Ginsberg, tłumaczył kumpel Niemczyka, a reszta milczała, przez co zaczęło robić się nudnawo. Ale po obaleniu kilku browarów, świeżo upieczeni koledzy udali się na domówkę u krakowskiego sytuacjonisty.

Impreza zapowiadała się wybuchowo i wszystko było ok, aż do momentu kiedy Ginsberg nagle odpłynął i przystąpił do ustawiania na środku pokoju ołtarzyka z kostek margaryny. Później przy użyciu zapałek oraz – wyciągniętych nie wiadomo skąd – dzwoneczków przekształcił margarynową konstrukcję w święty instrument.

Gdy dzieło było gotowe, zaczął odpierdalać podobne przedstawienie, co w domu Sandauera. Jednakże tutaj wszyscy byli nawaleni, więc wyczyn Ginsberga spotkał się z nieco większą aprobatą. Na sam koniec Amerykanin zaproponował jednemu z obecnych w mieszkaniu (Zbigniewowi Werpechowskiemu – poecie i performerowi) odbycie upojnego stosunku analnego, lecz ten odmówił, co wzbudziło w Ginsbergu smutek, przykrość i rozczarowanie.

Cóż, polscy chłopcy z branży chyba nie mieli wtedy tyle ognia, co ich koledzy zza żelaznej kurtyny. Hmm… nie mnie oceniać, ale Ginsberg z pewnością odczuł to dotkliwie, bo jedyną rzeczą, którą mu dano w Krakowie, była nagroda za wygraną w konkursie na najdłuższą brodę, organizowanym przez klub „Pod Jaszczurami”. Jednakże poeta pozostawił w Mieście Królów dość ważną pamiątkę – autograf na ścianie mieszkania Krzysztofa Niemczyka, gdzie po wybuchu rewolucji kontrkulturowej pielgrzymowali hipisi z całej Polski.

Po pobycie w Krakowie Ginsberg wyruszył jeszcze do Oświęcimia, a później do Wrocławia, gdzie skończyła się jego pierwsza polska pielgrzymka. Anegdot dotyczących tej wizyty jest na pęczki, choć większość z nich – niewiadomo dlaczego – wzajemnie się wyklucza. Możliwe, że dopiero po latach – gdy Ginsberg stał się jednym z najważniejszych amerykańskich poetów oraz kapłanem kontrkultury – osoby, które spotkały go wiosną 1965 roku, zrozumiały z kim miały do czynienia i puściły wodze fantazji, by owiać tamtą wizytę jeszcze donioślejszą legendą – co zrozumiałe – najpiękniej wybrzmiewającą w słowach ginsbergowskich wierszy, jak ten napisany tydzień po wizycie u Białoszewskiego:

Chwile powrotu

tysiąc zachodów słońca za sieciami trakcyjnymi w otwartej przestrzeni Warszawy
Pałac Kultury chińskie szczyty czernieją na tle zachmurzonego w pomarańcz horyzontu –
żelazny tramwaj nabierający tempa owadzie czułki skrzą błękitami znad głowy, człowiek w kapeluszu kuśtykający przez zardzewiałe ściany mieszkania –
Chrystus w kaplicach pod białą świętą poświatą – drżące palce na długim różańcu
oczekiwanie zmartwychwstania
Stary rudy spasiony Jack śmiertelny na Florydzie – łzy na czarnych rzęsach, pożegnanie
Bacha z Krzyżem –
To było 24 lata temu na trzeszczącym gramofonie Sebastian Sampas* mówiąc adieu stałemu lądowi
Zatrzymałem się na chodniku, by przypomnieć sobie Koncert warszawski**, puste smutne
fortepiany łomoczą niczym bomby, niebiańska melodia
wewnątrz kuchni w Ozon Park*** – To wszystko spełnia się podczas wschodu słońca na
opustoszałej ulicy –
I nie mam nic do roboty tego wieczoru prócz spaceru w futrzanym płaszczu w zimnej szarości
alei, lata później, melancholijny człowiek w samotności – 
muzyka przenikająca do innego kosmosu – chwile powrotu – echo taksówki podjeżdżającej
pod ławkę w parku –
Moja broda to nieszczęście, brak języka dla tych młodych oczu – w których rozpoznaję siebie
samego nagiego w moim najwcześniejszym śnie –
teraz siedzę przy skrzyżowaniu żałosny przez łysinie na przedzie mojej czaszki i szare znaki
czasu na mojej brodzie –
ból głowy lub taneczne wyczerpanie lub czerwonka w Moskwie lub wymioty w Nowym Jorku –
Och – wybudowali Metropol Hotel – tłum oczekujący na drogowej wysepce pod uliczną
latarnią – jęk tramwajów na Jerozolimskich –
Szczyty błyszczących konstrukcji olśniewających Czerwone Stany****, olbrzymia kamienna
aleja obwieszona żółtymi żarówkami – przerwane miganie świateł, długie tramwaje
szlifują aż do zatrzymania, motocykle przemijają w eksplozjach
Wiersz powrotu do tej chwili, moje przyrzeczenie do zapisu – moje zimne palce – więc trzeba
przysiąść i czekać na moją własną samotną Obecność – ten pierwszy psalm –
Również powracam do siebie, ta chwila i ja jesteśmy jedną osobą na ławce w parku na
zatłoczonym rogu ulicy w Warszawie
Oddycham i wzdycham – Nie porzucaj dążeń do rodzicielstwa kościstolicy białobrody Guru
rzekł w Benares*****  – czym ja gotów do śmierci?
czy może głos w mym kierunku na ławce, uprzejmie zapytuje – noś młodzieńczą twarz pod
perłowym szarym kapeluszem
Niestety, wszystko co mogę powiedzieć to „Nie Panamay” – Ja nie mogę mówić

                                   Niedziela Wielkanocna, 18.04.1965

[przypisy tłumacza]

* Sebastian „Sammy” Sampas – poeta, znany przede wszystkim jako przyjaciel i szwagier (został nim pośmiertnie) Jacka Kerouaca, z którym znał się od gimnazjum; pochodzący z greckiej rodziny, opisywany przez Keruaca jako towarzysz, powiernik pierwszych świtań poezji i prawdy oraz jako brat, zestawiany przez pisarza z postaciami Jezusa i Buddy; bohater kilku książek Kerouaca, w których występował jako Stavroula Savakis; Ginsberg najprawdopodobniej wspomina nagranie na płycie winylowej, które, przeżywający fascynację komunizmem, Sampas miał wysłać Kerouacowi; na nagraniu Sampas deklarował chęć wyruszenia za ocean wraz z Jackiem, przede wszystkim do Rosji; sposobem na przebycie tego dystansu okazało się zaciągnięcie do amerykańskiej marynarki po wybuchu II WŚ; jednak irytacja poglądami i zachowaniem Sammy’ego (który pałał do Jacka nie tylko przyjacielskimi uczuciami), zaważyła na decyzji, że Kerouac wyruszy w morze bez przyjaciela; niedługo po tym zdarzeniu rozczarowany Sampas zdecydował się jednak zapisać do wojska i zginął w 1944 roku pod Anizo we Włoszech podczas operacji desantowej o kryptonimie „Żwir”.

** Koncert warszawski – (org. Warsaw Concerto) popularny w USA utwór Richarda Addinsella, zawierający liczne motywy oparte na muzyce Chopina; skomponowany w 1941 do brytyjskiego filmu Niebezpieczne światło księżyca, często wyświetlanego w Anglii i USA podczas II WŚ; film opowiada historię polskiego pianisty i pilota, Stefana Radeckiego, który komponuje swój koncert, broniąc Warszawy przed bombardowaniami w 1939 r., później udaje mu się uciec do USA, gdzie odbywa swoje tournee, po którym wraca do Wielkiej Brytanii, by walczyć w bitwie o Anglię.

***Ozone Park – robotnicze osiedle w Queens (Nowy Jork) zamieszkiwane głównie przez wielokulturową mieszankę potomków imigrantów z Europy, których największa fala osiedliła się tam w pierwszej połowie XX w.

**** Red states – w amerykańskiej publicystyce terminem tym określane są stany, w których podczas wyborów zwyciężyła partia republikańska.

*****Benares (współ. Waranasi) – indyjskie miasto stanowiące ważny ośrodek kultu buddyzmu i hinduizmu. Znane m.in. z rytualnych kąpieli w świętej rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych na schodach zbudowanych na brzegu, prowadzących z miasta aż do samej rzeki. Na obrzeżach miasta mieści się Park Jeleni, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Cel wielu wypraw Ginsberga.

1986

Mijały lata i Ginsberg stał się nieformalnym duchowym przywódcą ruchu kontrkulturowego spod znaku Lata Miłości 1967. Jego wiersze tłumaczono na dziesiątki języków i było o nim głośno nawet na wschód od Łaby – oczywiście wśród osób żywo zainteresowanych literaturą, ale tych wówczas nie brakowało. Mimo tego w Polsce przekłady jego wierszy z rzadka ukazywały się na szorstkich kartach czasopism literackich, choć w zamkniętym obiegu już od dawna krążyły jego oryginalne teksty anglojęzyczne, jak i polskie tłumaczenia.

Były lata ‘80, a w Peerelu nie tak dawno zakończył się stan wojenny. Literatura polska – a przede wszystkim „młoda literatura polska” – przeżywała coś, co można nazwać „okresem przejściowym”. Nowa Fala już nie była taka nowa, a „bruLion” był dopiero gdzieś w planach. I nie wiem, czy to te pół wieku rozkurwiania ducha Polaków przez komunę zrobiło swoje, czy po prostu wzmożona cenzura skutecznie zniechęcała młodych do tworzenia dobrej literatury, ale poeci debiutujący na przełomie lat ‘70 i ‘80 (a w szczególności ci debiutujący w pierwszej połowie lat ‘80) zazwyczaj „niczego nie urywali”… co ciekawe, wśród wielu początkujących poetów pojawiło się też wtedy to specyficzne poczucie elitarności.

ginsberg teatr stu 1986
Allen Ginsberg podpisujący książki w Teatrze Stu, Kraków / 04-05.09.1986

Polityka trochę przygniotła polską literaturę, lecz pojawiło się też sporo tendencji „przemyconych” z Zachodu. Często zżynano z amerykańskich twórców, lecz o tych wpływach nie wypadało krajowemu literatowi mówić. W dobrym tonie było inspirować się Frankiem O’Harą, Johnem Ashberym, czy ogólnie „szkołą nowojorską”, ale otwarcie głosić, że przejęło się cokolwiek od Ginsberga… nie bardzo.

Oczywiście, należało znać, należało pamiętać, mówić „yhy, yhy, tak, owszem, ależ naturalnie”, lecz mimo wszystko Ginsberg był przecież popieprzonym typem, Bitnikiem, hipisem, często kosmicznie awangardowym i równie często zupełnie niezrozumiałym, a w Polsce byliśmy przecież wtedy poważnymi twórcami, palącymi męskie papierosy, pijącymi czystą, ze swoim etosem etc. Ogólna sytuacja w kraju nie dawała ponadto jakichś specjalnych powodów, by nagle młodzi literaci tłumnie urzeczywistniali swój „ginsbergowski coming out”. I w takiej atmosferze Ginsberg do Polski przybył powtórnie w 1986 roku!

Jako że wśród interesujących się kulturą literacką Polaków Ginsberg był wówczas dobrze znany, a prócz tego mienił się przybyszem z „legendarnego Zachodu”, nikt się nie martwił o audytorium podczas zaplanowanych spotkań z poetą. Ponadto wizyta Amerykanina była związana z premierą pierwszego polskiego przekładu Skowytu i organizatorzy liczyli na wielkie show.

Ginsberg rozpoczął swoje tournée po Polsce w Krakowie. Tam też wystąpił wraz z gitarzystą Stevenem Taylorem (z którym już od dłuższego czasu tworzył sceniczny duet),  Jerzym Trelą i innymi polskimi artystami w teatrze STU. Później odbywały się zaś bardziej kameralne spotkania autorskie. Niemniej małe, jak i duże pomieszczenia, pękają w szwach.

Ginsberg śpiewał, recytował, opowiadał, rozmawiał i przebywał ze swoją publiką, aż do kompletnego wyczerpania. Jedno ze spotkań zostało sfilmowanie, a z zarejestrowanego materiału powstał film dokumentalny (do którego trudno dziś dotrzeć). Każdemu występowi Amerykanina towarzyszyły też „supporty” młodych polskich poetów, które – wedle relacji ich wykonawców, oczywiście – były zajebiste.

Jednak tych relacji nie odważę się przytoczyć, ponieważ w zdecydowanej większości są napisane w tak snobistycznym tonie, że… nie. Dodatkowo, mało kto kojarzy dziś tych młodych, polskich poetów, zatem nikt na tym nie straci.

Kolejnym punktem na trasie były Kielce, gdzie Ginsberg dał wzruszający koncert, który wprost zachwycił publiczność i został obszernie skomentowany w lokalnych mediach. Później przyszedł czas na „podbój” Warszawy. Stolica przyjęła poetę zdecydowanie bardziej gościnnie niż dwie dekady temu.

Ex-Bitnik dał trzy występy, podczas których trudno było znaleźć wolne miejsce. Wejściówki na spotkania dostawali zresztą tylko wybrańcy, gdyż całe to liryczne show wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie (jak na poetycki wieczorek). Ginsberg działał niczym magnes na polskich fanów literatury, osoby związane z kontrkulturą oraz… rozwijające się wówczas polskie środowisko gejowskie.

Choć Ginsberg nie został tak bardzo dowartościowany przez teoretyków queer, gender i LGBT, jak Burroughs czy White, to jego postać już wtedy wzbudzała wielkie zainteresowanie wśród młodej homoseksualnej śmietanki Warszawy. Krótko mówiąc, geje walili na jego literackie występy niczym na nocne pikiety.

Po jednym z występów poeta poprosił swoją opiekunkę o zaprowadzenie go do jakiegoś gejowskiego disco. Na lokal znaleziono szybko namiary, choć okazało się że był on tajny. Po krążeniu przez kilka godzin warszawskimi ulicami Ginsberg musiał jednak obejść się smakiem, bo klubu ostatecznie odnaleźć się nie udało.

W końcu, po kolejnym występie, artysta został zaproszony na gejowską prywatkę. Także tu zebrała się dziesiątka chłopaków i wbiła na kwadrat! Flirty, romanse, petting, gorące pocałunki, głębokie stosunki oralne, upojne stosunki analne, najdziwniejsze pozycje gejowskiej Kamasutry, branie na dwa baty, na trzy baty, libertyńskie orgie, lateksowe przebieranki, gra w kulki i kąpiele w wazelinie… niestety, żadna z tych rzeczy nie miała miejsca.

Na imprezie toczyła się za to smutna rozmowa o życiu gejów w komunistycznym państwie, przerywana od czasu do czasu ubolewaniem Ginsberga, że już mu nie staje; zresztą podobną refleksją poeta uraczył publiczność podczas występu kolejnego dnia, choć przed widownią uczynił to zdecydowanie bardziej „z klasą”, bo zaśpiewał o tym piosenkę. Nie wszyscy byli zachwyceni…

Podczas tej wizyty Allen miał do załatwienia dwie ważne sprawy, z których jedną „załatwił” przypadkiem. Amerykanin stawił czoło polskiemu aparatowi władzy i terroru! Tłumacz Ginsberga, Tomasz Mirkowicz, miał na sumieniu ukrywanie poszukiwanego opozycjonisty (Zbigniewa Bujaka) w swym mieszkaniu. Służba Bezpieczeństwa – jako znawca wszystkich sumień – dowiedziała się o haniebnym czynie tłumacza i tłumacz poszedł siedzieć.

Ale po przyjeździe Ginsberga koledzy Mirkowicza wymyślili genialny plan, by poeta osobiście wybrał się do MSW i poprosił o wypuszczenie aresztowanego literata. Rzecz jasna ten zgodził się bez wahania i stanął twarzą w twarz z samym gen. Czesławem Kiszczakiem! Generał nie miał jednak pojęcia, kim jest Ginsberg, ale gdy poeta podał się za ważną personę w amerykańskich strukturach kulturalnych, generał jakimś cudem zmiękł i kazał uwolnić Mirkowicza!

Ważniejszą sprawę do załatwienia Ginsberg zostawił jednak na później. Podczas wieczornego spaceru warszawskimi uliczkami poeta wraz z nowymi znajomymi „buszował” po prawie pustych sklepach w poszukiwaniu specjału, którego w Polsce William S. Burroughs (jego wielki przyjaciel) kazał mu koniecznie skosztować.

Ostatecznie, ku wielkiej uciesze oraz zdziwieniu Allena, specyfik ten zapełniał regały w niemal każdym sklepie. Amerykanin wielokrotnie dopytywał Polaków, czy to na sto procent to, a oni mówili, że tak. Więc kupił tyle, ile mógł, po czym… poczuł się zawiedziony, bo szukał kompotu, kompot odnalazł , kompot wypił i nic. Dopiero później się okazało, że Burroughsowi chodziło o kompot z maku, a tego niestety w żadnych delikatesach nie sprzedawali…

Reasumując, wizyta w 1986 okazała się sukcesem. Poeta nie tylko zaspokoił własną ciekawość i wrodzoną potrzebę poznawania fascynujących, dalekich krajów, ale zyskał też wielu nowych fanów, którzy bardzo szybko wykupili cały nakład jego świeżo przełożonego tomiku. Warto również wspomnieć, że jego sławny wiersz Europe, who knows? został przez niego napisany tuż przed wylotem na warszawskim Okęciu pod wpływem polskiej aury:

(…)

Obudziłem się w Polsce, liście klonu przybierały kolor jesieni
Nie  jak chmury na niebie, niepojętnie zimne na ziemi
Dzieci bez żadnego odzienia radośnie biegały po dworze
W Europie całej ludzie mawiają, „Któż wiedzieć może?”

(…)

 1993

Po ’86 w Polsce zdarzyło się bardzo wiele. Fala strajków, Okrągły Stół, upadek PRL i powstanie III RP. Kapitalizm wkroczył jakby znienacka i nastały niespokojne, aczkolwiek szczęśliwe czasy. Polacy zachłysnęli się powszechnie Zachodem i „amerykańskim stylem życia”.

Na sklepowych półkach łatwiej było znaleźć coca-colę niż oranżadę, w kinach każdy wpierdalał popcorn, a 17 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszego McDonalda. Przez najbliższe kilkanaście lat mieliśmy bezkrytycznie przesiąknąć amerykańskim gównem i to z dumnym uśmiechem na ryju. W takiej właśnie atmosferze Allen Ginsberg ostatni raz przybył do Polski.

Wizyta w 1993 była zupełnie inna niż poprzednie. I nie chodzi tu nawet zmianę polityczną, ale o samą postać Ginsberga oraz jego odbiór wśród Polaków. Poeta nie był już tylko kontrkulturowym buntownikiem, literackim prorokiem czy szalonym artystą. Allen był teraz przede wszystkim przedstawicielem legendarnych Stanów, które od niedawna były bliżej niż kiedykolwiek.

Przeciętny obywatel, idąc na spotkanie z Ginsbergiem, szedł jak do zoo, którego klatki osobiście też chciałby zasilić. Przed wejściem szedł na burgera, którego popijał colą, palił lakistrajka i żując gumę bełkotał po angielsku, wplatając gdzie się tylko da mityczne, hiperbolizowane, retrofleksyjne r (bardzo popularne w Polsce na początku lat ‘90).

allen bydgoszcz 1993
Allen Ginsberg podczas spotkania w Kawiarni Artystycznej Węgliszek w Bydgoszczy / październik 1993 (z prywatnego archiwum Ryszarda Częstochowskiego)

Oczywiście, Ginsberg natychmiast to zauważył i podczas każdego z kilkunastu spotkań powtarzał, by Polacy nie dali się z jednej niewoli wpędzić w drugą, by rozwijali swoją duchowość, by nie ulegali molochowi cywilizacji, komercji i konsumpcji. Ile z tego faktycznie trafiło do publiki? Bardzo możliwe, że nic, ale wybuchł za to skandal, który napędził wartość rynkową Allena, co rzecz jasna niezwykle go ucieszyło.

Specjalnie z okazji jego wizyty Biblioteka NaGłosu wypuściła przez wydawnictwo Maszachaba nowy tomik wierszy Ginsberga pt. Znajomi z tego świata. Duża część nakładu rozeszła się po księgarniach, jednak po przyjeździe poety pojawiło się o nim kilka artykułów w prasie, gdzie został opisany jako skandalista, geniusz, ćpun, tudzież pedał.

Wszystko zdawało się być do przyjęcia, ale nie dla wydawnictwa Maszachaba (które obecnie nazwę Wydawnictwo M) i od zawsze było wydawnictwem katolickim. Jeśli chodzi o profil światopoglądowy redakcji, to cóż… Tygodnik Powszechny to nie był, więc pedał w gronie ich własnych autorów zdecydowanie im nie pasował. Nawet nie wspomnę o profesjonalizmie osób, którzy wypuścili książkę, nie mając pojęcia o jej autorze… lecz znacznie ważniejsze było to, że podjęto decyzję, by wycofać książkę z obiegu!

Właściciele byli jednak na tyle głupi, że zdecydowali o tym jeszcze, gdy Ginsberg był w Polsce, a twórcom Biblioteki NaGłosu (którzy wówczas organizowali spotkania z poetą) kazali milczeć. Rzecz jasna, żaden z nich nie miał zamiaru milczeć, sprawa szybko trafiła do mediów i zrobiła się wielka afera. Głos w tej sprawie zabierali artyści, redaktorzy, telewizyjne osobistości, a nawet sam Czesław Miłosz, który o poecie nierzadko wypowiadał się z ironią, lecz tutaj był po jego stronie.

Cała afera poskutkowała zwiększoną promocją – książka rozeszła się niczym świeże bułeczki, a sam Ginsberg chwalił się w zachodnich mediach, jaki to z niego „kozak”, bo w Polsce jego nazwisko widnieje w „indeksie ksiąg zakazanych”. Jednak entuzjazm związany z byciem „na czarnej liście” nie był dominującym uczuciem podczas ostatniej pielgrzymki do nadwiślańskiego kraju…

Andrzej Pietrasz (najrzetelniejszy spośród badających wpływ poezji Ginsberga na polską scenę literacką – gorąco polecam jego teksty) opisuje Ginsberga w latach ‘90 jako starzejącego się geniusza, który na scenie emanuje energią, lecz po zgaśnięciu świateł zmienia się w schorowanego starca.

Przed jednym z występów Allen wyrwał sobie jakiegoś młodzieniaszka i miał z nim gdzieś pójść tuż po zakończeniu show. Gdy opadła kurtyna Ginsberg zaczął krzątać się po sali, szukając swojego chłopca. Okazało się, że ten mu zwiał. Tego wieczoru amerykański buntownik pogrążył się w smutku i prawie nic nie mówił, bo wiedział, że jest już stary.

allen_ginsberg_poetry_reading
Allen Ginsberg czyta poezję na amerykańskim campusie / 1964

Takiego właśnie zapamiętali go polscy poeci, towarzyszący mu podczas wizyty, choć nie wszyscy, bo dla niektórych pozostał kimś w rodzaju niezwykłego twórcy, który nigdy nie wyrósł ze stanu młodzieńczej niedojrzałości – taki właśnie był dla Czesława Miłosza. Spotkanie z Ginsbergiem w 1993 roku nie było ich pierwszą „schadzką”. Wcześniej poeci widzieli się wielokrotnie w USA. Także po listach autora Ocalenia widać, że „coś było na rzeczy”. Nie chodzi tu jednak o związek erotyczny, ale o pewną skrywaną słabość Miłosza do Ginsberga.

Miłosz otwarcie nigdy nie zachwalał Ginsberga, jednak często bronił jego poezji, która przypominała mu twórczość Whitmana, czyli jednego z jego literackich autorytetów. Widać to choćby w jego korespondencji ze Zbigniewem Herbertem, gdzie autor Ocalenia wielokrotnie odpiera ataki na Ginsberga – Herbert był stuprocentowym klasykiem, trochę zadufanym w sobie i kultywującym etos intelektualisty.

Co prawda, Miłosz również przejawiał podobne cechy, ale posiadał pewien pierwiastek buntu – zamiłowania do wolności – który musiał często ukrywać. Kontakt z Ginsbergiem, a przede wszystkim z jego poezją, sprawiał, że polski literat na chwile wydobywał z siebie te „pokłady kontestacji”. I chyba o takim odbiorze własnej poezji marzył Allen… o literaturze, która daje wolność każdemu czytelnikowi – która pozwala „stanąć twarzą w twarz przed swym własnym wnętrzem” – niezależnie od tego, czy jest się Amerykaninem, Polakiem, ćpunem, gejem, artystą, robotnikiem, czy laureatem nagrody Nobla, jak np. w tym wypadku…

Czesław Miłosz

Do Allena Ginsberga

Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia
ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju
drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś
się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,
która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią
krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem
„Nie wolno”

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie
rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu
i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach
przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze
błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc
krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich
świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej
nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego
ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami
szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy
z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami
i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów
gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są
wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się
w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane
na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby
ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest
spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój
buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,
co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,
ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby
jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół
Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie
bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej
służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność
pisania wierszy.

Dezydery Barłowski

 

Tłumaczenie z języka angielskiego, Dezydery Barłowski (teksty źródłowe: Europe, Who Knows?, The Moments Return, Café in Warsaw ze zbioru: Allen Ginsberg, Collected Poems, 1947-1997, New York 2007)

 

Główne źródła:

– A. Dorobek, Beat czterdzieści lat później: Kerouac, Burroughs, Ginsberg i Kesey w Polsce, „Literatura na świecie” 1994, nr 12.

– S. Finbow, Allen Ginsberg, London 2012.

– A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011.

– A. Jarniewicz, Wielki poeta morderczego stulecia – Allen Ginsberg, „Ex Libris” 1994, nr 42.

– A. Jarniewicz, Niepotrzebna opona na skraju drogi, czyli Miłosz rozlicza się z Ginsbergiem, „Przekładaniec” 2011, vol. 25.

– J. Johnson, Własnym głosem. Samotne zwycięstwo Jacka Kerouaca, tłum. F. Łobodziński, Warszawa 2015.

– J. Kerouac, A. Ginsberg, Listy, oprac. B. Morgan, D. Stanford, tłum. K. Majer, Wołowiec 2012.

– B. Miles, Allen Ginsberg. A Biography, London 2010.

– A. Pietrasz, Allen Ginsberg w Polsce, Warszawa 2014.

– T. Sobolewski, Człowiek Miron, Kraków 2012.