Archiwa tagu: malarstwo

Muzeum Złej Sztuki jest oddane przechowywaniu dzieł, które inni woleliby spalić na stosie!

Muzeum Złej Sztuki (The Museum Of Bad Art, czyli w skrócie MOBA) to prywatna instytucja z trzema oddziałami w stanie Massachusetts, której celem jest kolekcjonowanie, przechowywanie i ekspozycja sztuki nazywanej często przez krytyków „porażką artystyczną”. MOBA zostało założone w 1993, po tym jak antykwariusz Scott Wilson znalazł na śmietniku obraz pt. Lucy in the Field with Flowers. MOBA swoją pierwszą, gorąco przyjętą wystawę, zorganizowało w marcu 1994 w bostońskiej piwnicy, a od tego czasu kolekcja muzeum urosła do ponad 600 dzieł.

„Peter The Kitty”

Do MOBA z założenia przyjmowane są tylko najgorsze prace niespełnionych artystów. Jak twierdzi jednak w wywiadzie dla Vice’a permanentno-przejściowy dyrektor wykonawczy muzeum, Louise Sacco: MOBA ma surowe standardy. Poszukiwane są dzieła o wyjątkowej jakości, która wyróżnia je w ten czy inny sposób od zwykłej niekompetencji.

MOBA ma tej chwili trzy oddziały, główny znajduje się w Dedham, a dwa mniejsze w Brookline i Soomerville (okolice Bostonu). W kolekcji muzeum znajdziemy wiele dzieł noszących znamiona wyjątkowości, brzydoty, absurdu i porażki.

Jednym z hitów jest na przykład portret kobiety o męskiej twarzy, która z jakiegoś nieodgadnionego powodu trzyma w dłoni rakietę do tenisa i kolorowy pióropusz. Jest też podróbka Mleczarki Vermeera, podobizna mężczyzny pożartego przez czerwonego kota, a także obraz leżącej w rowie i zapłakanej Statui Wolności.

„Lucy in the Field with Flowers”

Kolekcja MOBA przedarła się po raz pierwszy do mediów w 1996 za sprawą kradzieży dwóch eksponatów, co podniosło również rangę instytucji. Jednym z nich był obraz Eileen autorstwa R. Angelo Le. Charakterystyczną cechą tego dzieła, które trafiło do kolekcji MOBA wprost z kubła na śmieci, jest rozdarcie w płótnie od ciosu nożem, które według muzeum „dodaje jeszcze większej dramaturgii już i tak bardzo wymownemu dziełu”.

Za odnalezienie Eileen muzeum wyznaczyło nagrodę w wysokości $6,50, którą później zwiększono do $36,73, ale mimo to dzieło przepadło na lata. Bostońska policja zakwalifikowała zdarzenie jako drobną kradzież, a obraz wypłynął na światło dzienne dopiero w 2006, kiedy rzekomy sprawca kradzieży skontaktował się z MOBA, żądając $5 tys. okupu za zwrot obrazu. Mimo braku reakcji ze strony muzeum, obraz i tak zwrócono.

„Eileen”

Krytycy dopatrują się w działalności MOBA podważania kryteriów estetyki, a czasem jawnego wyśmiewania standardów piękna. Sacco postuluje jednak, że „może brzydota nas uwalnia”, co prowadzi do otwarcia się na szeroko pojmowane piękno, do zerwania z narzuconymi przez establishment regułami interpretacji sztuki, które dla wielu ludzi są zbyt hermetyczne, co skutkuje częstą, jawną do niej niechęcią.

Więcej obrazów na stronie MOBA

Conradino Beb

Nowa alchemia

Poza kamieniem filozoficznym, który zamieniłby prosty metal w złoto, jednym z wielkich poszukiwań alchemii, zarówno w Europie, jak i w Azji, był eliksir nieśmiertelności. Z naiwnym entuzjazmem dla tych poszukiwań niejeden chiński władca zmarł od bajecznych mikstur sproszkowanego jadeitu, herbaty, żeń-szenia i drogich metali, sporządzonych przez taoistycznych kapłanów.

I nawet jeśli proces transformacji ołowiu w złoto był w wielu przypadkach chemicznym symbolem duchowej przemiany samego człowieka, nieśmiertelność wywołana eliksirem nie była pojmowana dosłownie jako wieczny żywot, lecz raczej jako przeniesienie świadomości w stan bezczasowy.

Współcześni fizycy rozwiązali problem przemiany ołowiu w złoto, choć proces ten jest znacznie droższy niż samo wykopywanie złota z ziemi. Jednak w ostatnich latach chemicy sporządzili jedną lub dwie substancje, które w pewnych przypadkach są zdolne do wywołania stanu umysłu niesłychanie podobnego do kosmicznej świadomości.

Takie twierdzenia niepokoją wielu ludzi. Pierwsza przyczyna jest taka, że doświadczenie mistyczne wydaje się zbyt łatwe, gdy pochodzi z butelki, stając się tym samym dostępne dla ludzi, którzy nie zrobili nic, aby na nie zasłużyć, którzy ani nie pościli, ani nie modlili się czy nie praktykowali jogi.

Druga przyczyna leży w tym, że wspomniany fakt oznacza, iż wgląd duchowy jest tylko kwestią chemii ciała, pociągającej za sobą redukcję duchowości do materializmu. To są poważne zarzuty, mimo że można być przekonanym, iż na dłuższą metę trudność spoczywa w semantycznym pomieszaniu definicji „duchowego” i „materialnego”.

Ale powinniśmy wyraźnie zaznaczyć, że nie ma niczego nowego czy nieznanego w idei, że wgląd duchowy jest niezasłużonym darem boskiej łaski, często wywołanym przez takie materialne czy sakramentalne środki, jak woda podczas chrztu oraz chleb i wino podczas mszy.

Ksiądz, który na mocy swego powołania przeobraża chleb i wino w ciało i krew Chrystusa ex opere operato, przez zwykłe powtórzenie formuły z Ostatniej Wieczerzy, znajduje się w sytuacji nie tak radykalnie różnej od tej, w której znajduje się naukowiec, powtarzający formułę eksperymentu, która może wywołać transformację w ludzkim mózgu.

Porównywalna wartość tych dwóch działań musi być oceniona po ich efektach. Zawsze byli tacy, których sakramenty chrztu i komunii zdawały się „nie brać”, których życie pozostawało w żaden sposób niezmienione. Podobnie, żaden ze wspomnianych środków zmieniających świadomość nie jest dosłownie doświadczeniem mistycznym w butelce.

Wielu, którzy je zażywają, doświadcza jedynie ekstazy bez wglądu lub też nieprzyjemnego zamętu wrażeń i wyobraźni. Stany podobne do przeżyć mistycznych pojawiają się tylko u pewnych jednostek i nawet wtedy zależą od sporej koncentracji, wysiłku, by uczynić jakiś pożytek z tego stanu zmienionej świadomości.

Ważne jest również to, że ekstaza nie jest tożsama z autentycznym przeżyciem mistycznym, którego istota może być najlepiej opisana jako wgląd, w sensis w którym tego słowa używa się obecnie w psychiatrii.

Środek tego rodzaju może być uważany za pomoc w percepcji, tak samo jak teleskop, mikroskop czy spektroskop, pomijając w tym przypadku to, że tym instrumentem nie jest zewnętrzny obiekt, lecz wewnętrzny stan układu nerwowego. Ponadto, wszystkie tego typu instrumenty są względnie bezużyteczne bez właściwego treningu i przygotowania, nie tylko w samym użytkowaniu, lecz również w konkretnym polu badań.

Uwagi te niemal wystarczają, by wskazać, że użycie tych środków nie redukuje wglądu duchowego do kwestii jedynie chemii ciała. Należy dodać, że nawet wtedy, kiedy opisujemy pewne wydarzenia w terminach chemii, nie znaczy to, iż wydarzenia te mają jedynie charakter chemiczny. Chemiczny opis przeżycia mistycznego ma bowiem taką samą korzyść i takie same ograniczenia, jak chemiczny opis wspaniałego obrazu.

Dość łatwo jest dokonać chemicznej analizy obrazu. Zarówno dla artysty, jak i dla konesera, ma ona także pewien sens. Możliwe też pewnie pozostaje opracowanie chemicznego opisu wszystkich procesów, które mają miejsce w artyście podczas malowania, lecz byłoby to niewiarygodnie skomplikowane i w międzyczasie ten sam proces mógłby zostać opisany, zakomunikowany o wiele skuteczniej w jakimś innym języku niż chemicznym.

alan_watts
Alan Watts (1915-1973)

Moglibyśmy prawdopodobnie powiedzieć, że proces jest chemiczny tylko wtedy, kiedy język chemiczny jest najskuteczniejszym środkiem do jego opisania. Analogicznie, niektóre środki znane jako psychodeliki, zapewniają możliwość przeżycia wglądu mistycznego w taki sam sposób, w jaki gotowe farby i pędzle zapewniają możliwość stworzenia pięknego obrazu, a pięknie skonstruowane pianino wspaniałej muzyki. Ułatwiają to, lecz nie wykonują same całej pracy.

Dwa środki, które są najczęściej używane do otwierania świadomości na przeżycia duchowe, to meskalina i dietyloamid kwasu lizergowego (znany w skrócie jako LSD). Ten pierwszy jest syntetycznym ekstraktem aktywnych składników kaktusa pejotlu, a drugi czysto chemicznym związkiem z grupy indolowej, który wywołuje swe skutki nawet w dawce tak małej jak 25 mikrogramów.

Trudne jest jasne zidentyfikowanie dokładnych efektów tych środków, ale o tyle, o ile jest nam obecnie wiadomo, wydają się one działać na układ nerwowy poprzez znoszenie pewnych mechanizmów hamujących, które mają na naszą świadomość wpływ osłaniający.

Niektórzy psychiatrzy, którzy wydają się zbytnio polegać na społecznie uzgodnionym odbiorze rzeczywistości – mniej więcej takim, w jaki świat jest widziany w ponury poniedziałkowy poranek – klasyfikują te środki jako halucynogeny wywołujące toksyczne efekty i mające charakter schizoidalny lub psychotyczny.

Obawiam się, że jest to tylko psychiatryczny żargon, pewnego rodzaju autorytatywny wyraz dezaprobaty. Żadna z tych substancji nie jest uzależniającym narkotykiem, tak jak heroina czy opium. Nigdy nie udowodniono też, że mają one szkodliwy wpływ na ludzi, którzy nie byli wcześniej w jakiś sposób poważnie zaburzeni.

Niesłuszne jest także nazywanie zmian świadomości, które wywołują, halucynacjami, gdyż niektóre odczuwane i widziane po nich rzeczy nie są mniej realne, niż nieznane formy widziane przez mikroskop. Niesłuszne jest również nazywanie ich skutków działania toksycznymi, co może oznaczać „trującymi”, o ile słowa tego nie można użyć również do opisu działania witamin czy protein. Taki język jest wartościujący, ale nie jest wartościowym opisem naukowym.

Ponad dwa lata temu (w roku 1958) zostałem poproszony przez grupę badaczy–psychiatrów o zażycie 100 mikrogramów kwasu lizergowego, by sprawdzić, czy wywoła on cokolwiek podobnego do przeżycia mistycznego. Nie wywołało i z tego co wiem, powodem było to, że nie potrafiłem wtedy kierować swoimi procesami myślowymi, będąc pod wpływem tych środków.

Zamiast tego zdawało mi się, że moje zmysły uzyskały charakter kalejdoskopowy (jest to tylko metafora), co uczyniło cały świat czarująco skomplikowanym, jak gdybym znajdował się w wielowymiarowej arabesce. Kolory stały się tak żywe, że kwiaty, liście i tkaniny wydawały się rozświetlone od wewnątrz. Przypadkowe układy źdźbeł trawy wydawały się wytwornie zorganizowane, jednak bez żadnych faktycznych zniekształceń w polu widzenia.

Czarny tusz lub obrazy sumi-e chińskich i japońskich artystów wydawały się niemal trójwymiarowymi fotografami, a to, co zwykle jest ignorowane jako nieważne szczegóły mowy, zachowania, wyglądu czy formy, wydawało się w jakiś niewyjaśniony sposób ogromnie ważne.

Słuchając muzyki z zamkniętymi oczami, widziałem fascynujące formy tańczącej biżuterii, mozaiki, wzorów, ornamentów i abstrakcyjnych obrazów. W pewnym momencie wszystko wydawało się hałaśliwie śmieszne, szczególnie gesty i zachowanie ludzi goniących za swymi codziennymi sprawami.

Zwykłe uwagi wydawały się rozbrzmiewać podwójnymi, a nawet poczwórnymi znaczeniami, a zachowanie otaczających mnie ludzi, związane z odgrywaniem przez nich ról, stało się nie tylko niezwykle jasne, lecz również wskazywało ukryte postawy, przeciwne lub zgodne ze swymi jawnymi intencjami.

W skrócie, ochronny i wybiórczy aparat mojej normalnej, interpretującej selekcji doświadczeń został częściowo zawieszony, wskutek czego przypuszczalnie projektowałem wrażenie sensu i znaczenia na niemal wszystko, co widziałem. Całe to doświadczenie było niezmiernie rozrywkowe i interesujące, jednak nie przypominało żadnego przeżycia mistycznego, które przeżyłem wcześniej.

Dopiero rok później spróbowałem LSD ponownie, tym razem na prośbę innej grupy badawczej. Od tamtego razu powtórzyłem eksperyment pięciokrotnie, z dawkami od 75 do 100 mikrogramów. Odniosłem wrażenie, że takie eksperymenty są głębokie i pożyteczne do momentu, w którym staram się jak najuważniej obserwować zmiany w mej percepcji i osądzie, a następnie opisywać je tak jasno i wyczerpująco, jak to tylko możliwe, zwykle z pomocą dyktafonu.

Zdanie relacji, nagranie po nagraniu, z każdego eksperymentu może być klinicznie interesujące, lecz co mnie interesuje najbardziej, to filozoficzna dyskusja nad głębszymi wymiarami i powracającymi wątkami moich przeżyć. Psychiatrzy jeszcze się nie zdecydowali, czy LSD może być pomocne w terapii, lecz w tym momencie żywię silne przekonanie, iż większy pożytek z tej substancji może płynąć dla twórczego artysty, myśliciela lub naukowca, który uzyskuje w ten sposób wartościowe narzędzie.

Zauważyłem mimochodem, że ludzkie, naturalne otoczenie, w którym takie eksperymenty są przeprowadzane, gra wielką rolę, oraz że jego użycie w salach szpitalnych, gdzie grupa lekarzy zadaje kliniczne pytania badanemu, jest niepożądane. Nadzorujący lekarz powinien przyjąć ludzką postawę, porzucając wszystkie obronne dramaty naukowej obiektywności czy medycznego autorytetu i poprowadzić eksperyment w otoczeniu jakiegoś naturalnego lub artystycznego piękna.

Wspomniałem, że moje główne wrażenie z pierwszego eksperymentu było takie, iż „mechanizm”, poprzez który przesiewamy dane ze zmysłów i wybieramy tylko niektóre z nich jako ważne, został częściowo zawieszony. Odczuwałem wtedy, że konkretne wrażenie, które kojarzymy z czymś „sensownym”, jest projektowane na wszystko bezładnie, a potem racjonalizowane w sposób, który mogłyby uderzyć niezależnego obserwatora jako absurdalny, chyba że badany byłby niezwykle pomysłowy w tym racjonalizowaniu.

Jednak filozof nie może przeoczyć faktu, że nasz wybór niektórych danych zmysłowych jako ważnych, a odrzucenie innych jako nieważnych, jest zawsze związany z konkretnymi celami – przeżyciem, poszukiwaniem pewnych przyjemności, znajdowaniem drogi do celu lub z czymkolwiek innym. Ale w każdym eksperymencie z LSD jednym z pierwszych efektów, które zauważałem, było głębokie odprężenie połączone z porzuceniem celów, co przypomina mi taoistyczne powiedzenie: „Kiedy cel został użyty, by osiągnąć bezcelowość, to istota rzeczy została pojęta”.

Innymi słowy, czułem się obdarzony całym czasem świata, wolny w rozglądaniu się, jak gdybym żył w wieczności bez choćby jednego problemu do rozwiązania. Z tego powodu ruchliwe i celowe działania innych ludzi wydają się w takiej chwili komiczne, gdyż oczywiste staje się, że poprzez wyznaczanie sobie celów, które zawsze są w przyszłości, w „jutrze, które nigdy nie nadchodzi”, ludzie mijają się całkowicie z sednem bycia żywym.

Tak więc wtedy, kiedy nasza selekcja wrażeń zmysłowych nie jest zorganizowana w odniesieniu do żadnego konkretnego celu, wszystkie szczegóły otaczającego nas świata muszą wydawać się równie sensowne lub równie bezsensowne. Logicznie są to dwa sposoby mówienia o tym samym, lecz uczucie ogarniające mnie podczas moich doświadczeń z LSD było takie, że wszystkie aspekty świata były raczej sensowne niż bezsensowne.

Nie znaczy to, że nabierały znaczenia wskutek wskazywania na coś innego, lecz że wszystkie rzeczy wydawały się stanowić swój własny sens. Ich zwykłe istnienie, lub lepiej – ich obecna forma, wydawała się doskonała, stanowiąc swój własny cel i spełnienie bez jakiejkolwiek potrzeby usprawiedliwiania.

Kwiaty nie kwitną, by wydać nasiona, a nasiona nie kiełkują, by wydać kwiaty. Każdy etap procesu – nasionko, kiełek, pączek, kwiat i owoc – może być uważany za cel sam w sobie. Kura jest sposobem jajka na stwarzanie innych jajek. W naszym normalnym życiu podobne doświadczenia kreują muzyka i w taniec, których celem jest każdy moment trwania, a nie tylko ostateczny koniec ich wykonania.

Przetłumaczenie codziennego doświadczenia na zjawisko o takiej samej naturze jak muzyka, było początkowo przeważającym odczuciem we wszystkich moich eksperymentach. Jednak LSD nie zawiesza procesów selektywnych poprzez ich zwykłe odcięcie; właściwsze byłoby powiedzenie, że ukazuje względność naszych zwykłych osądów czy danych zmysłowych poprzez zasugerowanie innych – pozwala umysłowi zorganizować wrażenia zmysłowe w nowe formy.

Podczas mojego drugiego eksperymentu zauważyłem na przykład, że wszystkie powtarzalne formy – liście na gałęziach, książki na półkach, framugi w oknach – dawały mi wrażenie podwójnego, a nawet zwielokrotnionego widzenia, tak jakby drugie, trzecie i czwarte liście na gałęzi były odbiciem tych pierwszych, widzianych poniekąd w kilku gęstościach szyby okiennej. Kiedy zwróciłem na to uwagę, obecny lekarz podniósł palec, by zobaczyć, czy otrzymam podwójny obraz.

Przez chwilę wydawało mi się, że tak, lecz nagle dostrzegłem, że ten drugi obraz pochodzi z wiązki dymu papierosowego przelatującej obok jego palca, na którą moja świadomość wyprojektowała zarys i kształt drugiego palca. Gdy skoncentrowałem się wtedy na tym wrażeniu podwójnych, powtarzających się obrazów, nagle wydało mi się, że całe pole widzenia jest przezroczystym płynem marszczącym się w koncentryczne okręgi, jak wtedy, gdy wrzuci się do wody kamień.

Normalne obrazy rzeczy wokół mnie nie zostały zniekształcone tą formą, pozostały takie jak zawsze, lecz moja uwaga zwróciła się ku ich zarysom, liniom i cieniom, które pasowały do tej formy, pozostawiając te, które nie przydarzały się, jako względnie nieważne. Jednak gdy tylko zauważyłem tę projekcję i stałem się świadomy szczegółów niepasujących do tej formy, nagle zdało mi się, jakby w przestrzeń optyczną rzucono garść kamyczków, wokół których rozchodziły się koncentryczne okręgi zachodzące na siebie we wszystkich kierunkach, tak że każdy widoczny punkt stał się punktem przecięcia tych okręgów.

Faktycznie, pole optyczne wydawało się mieć ziarnistą strukturę, tak jak fotografia powiększona w celu reprodukcji, poza tym, że ułożenie ziarenek nie było linearne, lecz okrężne. W ten sposób każdy szczegół pasował do tej formy i pole wizji stało się puentylistyczne, tak jak obrazy Seurata.

To wrażenie wywołało ogrom pytań. Czy mój umysł władczo projektował swe własne kształty geometryczne na świat, stwarzając „halucynacyjną” strukturę rzeczy, które faktycznie nie istnieją? Czy to, co nazywamy „prawdziwą” strukturą rzeczy, jest po prostu wyuczoną projekcją lub halucynacją, którą wspólnie utrzymujemy? Czy może byłem jakoś świadomy faktycznej porowatości czopków i pręcików siatkówki mego oka, gdyż nawet halucynacja musi mieć jakąś faktyczną podstawę w układzie nerwowym?

delysid_sandoz
LSD-25 (Delysid) / produkt firmy Sandoz

Przy innej okazji patrzyłem z bliska na garść piasku, stając się świadomy, że nie mogę się na nim wyraźnie skoncentrować, dzięki czemu zdałem sobie sprawę z każdego szczegółu i sposobu, w jaki moje oczy zniekształcały obraz, a było to z pewnością spostrzeganie ziarniste lub zniekształcenie samego pola widzenia.

Ogólnym wrażeniem z tych optycznych sensacji było to, że oczy bez tracenia normalnego pola widzenia stały się mikroskopami, oraz że powierzchnia pola wizualnego była nieskończenie bogata i złożona. Nie wiem, czy to była świadomość faktycznej mnogości zakończeń nerwowych w siatkówce oka lub w tym przypadku w palcach, gdyż takie samo ziarniste uczucie powstało w zmyśle dotyku.

Powodem tego wrażenie mogło być również, że się tak wyrażę, zwrócenie zmysłów ku samym sobie i zdanie sobie sprawy z tego, że widzenie świata zewnętrznego jest także widzeniem oczu. Innymi słowy, stałem się namacalnie świadomy faktu, że to, co w świecie zewnętrznym nazywamy kształtami, kolorami i powierzchniami, to stany mojego układu nerwowego, to znaczy mnie samego.

Znając je, znam także siebie. Ale dziwną częścią tego pozornego odczucia mych własnych zmysłów było to, że nie było poczucia badania ich z zewnątrz czy też z dystansu, tak jak gdyby były przedmiotami. Mogę jedynie powiedzieć, że świadomość ziarnistości lub struktury zmysłów wydawała się świadomością świadomości lub siebie z wnętrza siebie.

Z tego powodu dystans lub oddzielenie się od zmysłów z jednej strony, a od świata zewnętrznego z drugiej, wydawały się zniknąć. Nie byłem już oderwanym obserwatorem, małym człowieczkiem wewnątrz własnej głowy odbierającym wrażenia; byłem tymi wrażeniami do tego stopnia, że nie pozostało ze mnie nic, żadne obserwujące ego, z wyjątkiem serii wrażeń wydarzających się – nie mnie, lecz tylko wydarzających się – chwila po chwili, jednego za drugim.

Stanie się wrażeniami, co jest zupełnie inne od ich posiadania, rodzi zdumiewające poczucie wyzwolenia i wolności, gdyż implikuje to, że doświadczenie nie jest czymś, w czym jest się uwięzionym lub przez co jest się popychanym lub z czym trzeba walczyć. Konwencjonalny dualizm podmiotu i przedmiotu, znającego i znanego, czującego i uczucia, zamienia się w biegunowość; znający i znany stają się biegunami, terminami lub fazami jednej rzeczy, która przydarza się nie mnie, nie ze mnie, ale sama z siebie.

Doświadczający i doświadczenie stają się pojedynczym, wiecznie zmiennym, samokształtującym się procesem, pełnym i spełnionym w każdej chwili swojego rozwoju, a także nieskończenie złożonym i subtelnym. Przypomina to nie oglądanie, lecz bycie zwijającą się arabeską kształtów dymu w powietrzu lub atramentu w wodzie. Być może jest to „narkotykowa halucynacja”, ale odnosi się to ściśle do tego, co Dewey i Bentley nazwali transakcyjnym związkiem organizmu ze swym środowiskiem.

Oznacza to, że wszystkie nasze działania i doświadczenia wywodzą się z organizmu i ze środowiska w tym samym czasie. Oczy widzą światło, dlatego że istnieje słońce, ale słońce jest też światłem, dlatego że istnieją oczy. Zwykle, będąc pod hipnotycznym wpływem społecznego uwarunkowania, odczuwamy siebie jako zupełnie różnych od fizycznego otoczenia, raczej stawiając mu czoła, niż należąc do niego.

W ten sam sposób ignorujemy i zaciemniamy fizyczny fakt naszej całkowitej współzależności ze światem naturalnym. Jesteśmy tak w niego wcieleni, jak nasze własne komórki i molekuły są wcielone w nas. Nasze lekceważenie i tłumienie tego związku stwarza zapotrzebowanie na wszystkie nowe nauki ekologiczne, na studiowanie współgrania organizmów ze swym środowiskiem oraz ostrzega nas przed ignoranckimi zaburzeniami równowagi natury.

Wrażenie, że rzeczy dzieją się same z siebie, że nic ich nie wywołuje i że nie przytrafiają się nikomu i niczemu, było zawsze głównym rysem moich doświadczeń z LSD. Możliwe, że środek ten dawał mi po prostu żywe zrozumienie mojej własnej filozofii, choć czasem doświadczenia te sugerowały mi zmianę mojego dotychczasowego myślenia.1 Ale tak jak wrażenie biegunowości podmiot-przedmiot potwierdzone zostało przez psychologię transakcyjną Deweya i Bentleya, tak wrażenie rzeczy dziejących się „z siebie” jest równe temu, jak spodziewalibyśmy się widzieć świat będący wyłącznie procesem.

Obecnie język nauki staje się coraz bardziej językiem procesu – bardziej opisem zdarzeń, relacji, działań i form, niż rzeczy i substancji. Świat opisany w ten sposób jest raczej światem działań, niż działających, raczej czasowników, niż rzeczowników, co przeczy zdroworozsądkowej idei, że działanie jest zachowaniem jakiejś rzeczy, jakiegoś materialnego bytu.

Ta zdroworozsądkowa idea, że działanie jest zawsze funkcją działającego, jest tak głęboko zakorzeniona, tak związana z naszym wrażeniem porządku i bezpieczeństwa, że widzenie świata w odmienny sposób może poważnie niepokoić. Bez sprawców działania zdają się pochodzić znikąd, nie mieć wiarygodnego źródła i na pierwszy rzut oka taka spontaniczność jest oszałamiająca.

W jednym eksperymencie wydawało mi się, że gdy tylko próbowałem postawić swoją (metaforyczną) stopę na jakimś pewnym gruncie, grunt ten zapadał się w pustą przestrzeń. Nie mogłem znaleźć żadnej rzeczywistej podstawy, z której mógłbym działać – moja wola była kaprysem, a moja przeszłość, siła warunkowania sprawczego, po prostu znikała – istniały tylko teraźniejsze zdarzenia. Przez chwilę czułem się zawieszony w próżni, przerażony, nierealny i niepewny do szpiku kości. Jednak wkrótce przyzwyczaiłem się do tego dziwnego uczucia.

Miejsce zajęła po prostu forma działania, procesu, który był jednocześnie mną i światem, poza którym nie było nic, czemu można by było ufać, bądź nie ufać. Wydawało się, że nie ma sensu sama idea ufania i nieufania, tak jak nie ma możliwości, by palec dotknął swego własnego zakończenia.

Po dogłębnym przemyśleniu w takim widzeniu świata nie ma nic dziwnego. Sprawcą każdego działania jest samo działanie. Jeśli mata może być matowaniem, to kota można nazwać koceniem. Faktycznie, nie musimy pytać, kto lub co „koci”, tak samo jak nie musimy pytać, jakie jest podstawowe tworzywo lub substancja, z której został uformowany świat, gdyż nie ma sposobu na opisanie tej substancji inaczej, jak tylko w terminach formy, struktury, porządku i działania.

Świat nie został stworzony w formie biernej gliny poddającej się dotykowi dłoni garncarza; świat jest formą lub lepiej – formacją, gdyż po zbadaniu każda substancja okazuje się ciasno splecioną formą. Ustalone pojęcie, że każda forma musi być zrobiona z jakiegoś podstawowego materiału, który sam w sobie jest bezforemny, bazuje na powierzchownej analogii pomiędzy naturalnym powstawaniem, a wytwarzaniem, jak gdyby gwiazdy i kamienie zostały z czegoś zrobione, tak jak cieśla robi stoły z drewna.

Stąd też sprawca, stojący za działaniem, jest po prostu wcześniejszym lub relatywnie bardziej stałym stanem tego samego działania – kiedy biegnie mężczyzna, mamy „mężczyznowanie-bieganie” przed i ponad zwykłym „mężczyznowaniem”. Co więcej, mówienie że zdarzenia teraźniejsze są wywołane przez przeszłe, jest niezgrabnym uproszczeniem, gdyż faktycznie mówimy o wcześniejszych i późniejszych etapach tego samego zdarzenia.

Z biegiem zdarzeń możemy odkryć regularności rytmu czy formy i w ten sposób przewidywać ich przyszłe konfiguracje, lecz przeszłe stany nie „popychają” teraźniejszych i przyszłych stanów, tak jak gdyby stały na końcu rzędu kostek domino i popchnięcie pierwszej przewracało wszystkie pozostałe.

Kostki, które upadły, leżą na swym miejscu, ale przeszłe zdarzenia znikają w teraźniejszości, co jest innym sposobem stwierdzenia, że świat jest samoporuszającą się formą, a kiedy jego następujące po sobie stany są zapamiętane, możliwe jest ukazanie jego pewnego porządku. Jego ruch, jego energia wydobywają się same z tej chwili, a nie z przeszłości, która zwyczajnie sięga poza pamięć, tak jak ślad za statkiem.

Kiedy zadajemy pytanie „dlaczego” tej poruszającej się formie, zwykle próbujemy udzielić odpowiedzi w terminach jej oryginalnego, przeszłego impulsu lub też jej przyszłego celu. Ale dawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli w jakimkolwiek sensie istnieje powód dla istnienia świata, trzeba go szukać w teraźniejszości, tak jak przyczyna śladu na wodzie musi być szukana w silniku poruszającego się statku.

Wspomniałem już, że LSD wywołuje u mnie szczególną świadomość muzycznego, tanecznego charakteru świata, kierując moją uwagę na jego teraźniejsze upływanie, gdzie znajduje się jego ostateczny sens. Byłem też w stanie dostrzec, że ten sens ma różne poziomy, że teraźniejszość wydobywa się z siebie energicznie, a to o wiele bogatsze od zwykłej obfitości.

Jeden z tych eksperymentów był prowadzony późną nocą. Jakieś pięć czy sześć godzin po jego rozpoczęciu lekarz musiał iść do domu i zostałem sam w ogrodzie. Jeśli chodzi o mnie, to ten etap eksperymentu daje mi zawsze najwięcej, jeśli chodzi o wgląd, po tym jak niektóre z bardziej niezwykłych i dziwnych wrażeń zmysłowych już miną.

Ogrodem był trawnik otoczony krzakami i wysokimi drzewami – sosnami i eukaliptusami. Z jednej strony znajdował się dom, z którego wydobywało się światło. Stojąc na trawniku, zauważyłem, że surowe płaty ziemi, gdzie trawa była rzadka lub upstrzona chwastami, nie wydawały się już skazą. Porozrzucane przypadkowo wydawały się układać w uporządkowany wzór, nadając otoczeniu aksamitną powierzchnię, a surowe płaty ziemi były częściami, gdzie meszek aksamitu był starty.

W czystej radości zacząłem tańczyć na tym zaczarowanym dywanie i przez cienkie podeszwy mych mokasynów czułem, że podłoże pod moimi stopami zaczyna żyć, łącząc mnie z ziemią, drzewami i niebem w taki sposób, że stawałem się jednym ciałem z całym moim otoczeniem. Patrząc w górę, widziałem, że gwiazdy miały takie same kolory czerwieni, zieleni i błękitu, które widać w wielobarwnym szkle, a pojedyncze światło samolotu potrzebowało wieczności, by przeciąć niebo.

W tym samym czasie drzewa, krzaki i kwiaty zdawały się żyjącą biżuterią, rozświetloną wewnętrznie tak jak złożone struktury jadeitu, alabastru czy koralu, dodatkowo oddychającą i płynącą strumieniem tego samego życia, które było we mnie. Każda roślina stała się swego rodzaju muzyczną wypowiedzią, wariacją na temat powtarzany od głównych konarów, poprzez łodygi i gałązki, do liści, do żyłek w liściach i do wspaniałej sieci naczyń włosowatych pomiędzy żyłkami. Każdy nowy wybuch wzrostu z centrum, powtarzanie i wzmacnianie podstawowej formy ze wzrastającą złożonością i radością, w końcu triumfował jako kwiat.

Z mojego opisu wydaje się, że ten ogród nabrał atmosfery wyraźnie egzotycznej, takiej jak w ogrodach z drogich kamieni w Nocach arabskich lub jak w scenach z perskich miniatur. Wtedy mnie to uderzyło i zacząłem zastanawiać się, dlaczego żarzące się widoki z tych miniatur wydawały się egzotyczne, zresztą tak samo jak wiele chińskich i japońskich obrazów. Czy artyści ci uwieczniali to, co widzieli, będąc również pod wpływem narkotyków?

Wiedziałem wystarczająco dużo o życiu i technikach malarzy Dalekiego Wschodu, by w to wątpić. Zastanawiałem się też, czy to, co widziałem, było „narkotyczne”. Innymi słowy, czy działanie LSD w moim układzie nerwowym było dodaniem mym zmysłom jakiejś chemicznej zasłony, która przekształcała wszystko co widziałem w nadnaturalne piękno? Czy też działanie polegało na usunięciu pewnych nawykowych, normalnych zahamowań umysłu i zmysłów, co umożliwiało nam widzenie rzeczy takimi, jakie byłyby, gdybyśmy nie byli tak chronicznie stłumieni?

Niewiele nam wiadomo o dokładnych skutkach działania LSD, lecz obecny stan wiedzy sugerowałby tę drugą możliwość. Jeśli tak jest, to możliwe też pozostaje, że formy sztuki innych kultur wydają się egzotyczne, tzn. niezwykle czarujące, ponieważ widzimy świat oczami artysty, którego tłumienie nie jest takie samo jak nasze. Blokady w ich widzeniu świata mogą nie pokrywać się z naszymi blokadami, tak że w ich przedstawieniu świata widzimy to, co zwykle sami ignorujemy.

Skłaniam się ku takiemu wnioskowi, ponieważ zdarzało mi się widzieć świat w tym magicznym aspekcie bez korzystania z LSD i były to chwile, kiedy byłem głęboko zrelaksowany, a moje zmysły były swobodnie otwarte na otoczenie. Czując wtedy, iż nie byłem naćpany, lecz że znajdowałem się w stanie niezwykłej otwartości na rzeczywistość, próbowałem rozpoznać znaczenie, wewnętrzny charakter tańczącej formy, która stanowiła zarówno o mnie, jak i o ogrodzie, oraz o całym sklepieniu nocy z jej kolorowymi gwiazdami.

Nagle oczywiste stało się to, że to wszystko jest grą miłosną, gdzie miłość znaczy wszystko, co z tym słowem związane – spektrum rozciągające się od czerwieni rozkoszy erotycznej, poprzez zieleń ciepła ludzkiego serca, do fioletu boskiego miłosierdzia – od freudowskiego libido do dantejskiej „miłości, która porusza Słońcem i innymi gwiazdami”. Ale nawet jeśli wszystkie kolory pochodziły ze zwykłego, białego światła, źródło to było czymś więcej od zwyczajnie pojmowanej miłości; było również inteligencją, nie tylko Erosem i Agape, lecz również Logosem.

Dostrzegłem, że zawiła budowa, zarówno roślin, jak i mojego własnego układu nerwowego, przypominających symfonie rozgałęziających się złożoności, nie były tylko manifestacjami inteligencji, tak jakby rzeczy takie jak inteligencja i miłość były substancjami lub bezforemnymi siłami. Było raczej tak, że sama forma była inteligencją i miłością, wbrew jej wszystkim powierzchownym, głupim i okrutnym zniekształceniom.

Prawdopodobnie nie ma sposobu na przeprowadzenie obiektywnej weryfikacji takich wglądów. Świat jest miłością dla tego, kto go traktuje tak, jakby nią był, nawet jeśli jest przez niego torturowany i niszczony, a w stanach świadomości, w których nie ma podstawowego rozczepienia na ego i świat, cierpienie nie może być odczuwane jako zło wyrządzone przez kogoś innego. Na mocy tej samej logiki wydawać się może, że bez oddzielenia jaźni i świata miłość nie może istnieć.

To mogłoby być prawdą, gdyby indywidualność i uniwersalność były formalnymi przeciwieństwami wykluczającymi się wzajemnie, tzn. gdyby nierozłączność jaźni i świata oznaczała, że wszystkie indywidualne zróżnicowania są po prostu nierealne. Ale w unitarnym, niedualistycznym poglądzie na świat, który opisywałem, rzeczy tak się nie mają. Indywidualne różnice wyrażają jedność tak jak gałęzie, liście i kwiaty z tej samej rośliny, a miłość między nimi jest realizacją ich podstawowej współzależności.

Nie miałem jeszcze możliwości zażycia LSD w okolicznościach wielkiego fizycznego lub moralnego bólu i dlatego moje badania problemu zła pod wpływem tego środka mogą wydawać się powierzchowne. Tylko podczas jednego z tych eksperymentów odczuwałem dotkliwy lęk, ale słyszałem o kilku przypadkach, w których LSD wywołało stany psychiczne w najwyższym stopniu niepokojące i nieprzyjemne.

Nieraz próbowałem wywołać i u siebie takie stany, patrząc na obrazy zwykle wywołujące „ciarki” – pająki, niebezpieczne ryby i owady. Jednak wywołały one u mnie jedynie wrażenie piękna i bogactwa, gdyż nasza normalna projekcja zła na te stworzenia jest wtedy całkowicie wycofana, tak że ich narządy destrukcji stają się nie bardziej złowieszcze, niż zęby pięknej kobiety.

Przy innej okazji wpatrywałem się długo w reprodukcję Sądu Ostatecznego Van Eycka, który bez wątpienia jest jednym z najstraszniejszych wytworów ludzkiej wyobraźni. Obraz piekła zdominowany jest przez postać Śmierci, kościotrupa, pod którego nietoperzymi skrzydłami znajduje się wijąca masa krzyczących ciał zjadanych przez węże, które przenikają je jak robaki owoc. Jednym z ciekawych skutków działania LSD jest wywoływanie złudzenia ruchu w nieruchomych obrazach, malunek ten więc ożył, a cała plątanina kończyn i węży zaczęła wić się przed moimi oczami.2

Zwyczajnie widok taki powinien być odrażający, lecz wtedy obserwowałem go z żywym zainteresowaniem, dopóki nie przyszła mi do głowy myśl: „Demon est deus inversus – Diabeł to odwrócony Bóg. Obróćmy zatem obraz do góry nogami”. Tak też zrobiłem, po czym wybuchnąłem śmiechem, gdyż od razu jasne stało się to, że obraz ten przedstawia pusty dramat, pewnego rodzaju duchowego stracha na wróble, wymyślonego, by chronić jakąś tajemnicę przed profanacją ze strony ignorantów. Wyrażenia męki potępionych wydawały się całkiem jawnie maskami, a co do głowy Śmierci, wielka czaszka w centrum obrazu stała się tym, czym jest czaszka – pustą skorupą, zatem skąd przerażenie, skoro w środku nie ma nic?

Zobaczyłem, rzecz jasna, eklezjastyczne piekła takie, jakie są. Z jednej strony są roszczeniem, by od autorytetu społecznego nigdy nie dało się uciec, gdyż istnieje pośmiertna policja, która złapie każdego kryminalistę. Z drugiej strony są znakiem „zakaz wjazdu”, zniechęcającym nieszczerych i niedojrzałych ludzi do osiągania wglądów, których mogliby nadużyć.

Dziecko jest umieszczane w kojcu, by nie miało dostępu do zapałek lub by nie spadło ze schodów i chociaż zadaniem kojca jest trzymanie dziecka w zamknięciu, rodzice są naturalnie dumni, kiedy dziecko urośnie na tyle, by się z niego wydostać. Podobnie człowiek może dokonywać czynów prawdziwie moralnych jedynie wtedy, kiedy nie motywuje go już strach przed piekłem, to znaczy, kiedy dorasta do unii z Dobrem, które jest poza dobrem i złem, i kiedy nie działa już z chęci nagrody lub ze strachu przed karą. Dokładnie taka jest natura świata uważanego za samoporuszające się działanie, wytwarzającego przeszłość, zamiast być przez nią motywowanym.

Poza tym dostrzeżenie pustej groźby Śmierci było z pewnością zrozumieniem faktu, że strach przed śmiercią, różny od strachu przed umieraniem, jest jednym z najbardziej bezpodstawnych złudzeń, które nas kłopoczą. Ponieważ zupełnie niemożliwe jest wyobrażenie sobie własnej nieobecności, wypełniamy pustkę w naszych umysłach obrazami bycia pogrzebanymi żywcem w wiecznej ciemności. Jeśli śmierć jest po prostu przerwaniem strumienia świadomości, to z pewnością nie ma się czego obawiać.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją pewne jawne dowody na istnienie życia po śmierci w postaci kilku nadzwyczaj niewyjaśnionych kontaktów mediumicznych i pamięci przeszłych żywotów. Przypisuję je w dość niejasny sposób subtelniejszym sieciom komunikacyjnym i związkom form życia, które normalnie postrzegamy.

Albowiem jeśli formy się powtarzają, jeśli struktura gałęzi drzewa rozbrzmiewa w kształcie biegu strumyka wody na pustyni, nie byłoby takie dziwne, gdyby forma tak skomplikowana, jak ludzki układ nerwowy, miała powtarzać konfiguracje, które powstają w świadomości jako prawdziwe wspomnienia najdawniejszych czasów.

Moje osobiste zdanie, a jest to oczywiście nic więcej jak tylko opinia, jest takie, że przekraczamy śmierć nie jako indywidualne systemy pamięciowe, lecz o tyle, o ile nasza prawdziwa tożsamość jest całkowitym procesem świata, różnym od pozornie oddzielonego organizmu.

Jak już wspomniałem, to uczucie bycia całym procesem jest często doświadczane pod wpływem LSD i jak dla mnie powstawało z silnego odczucia wzajemności przeciwieństw. Linia i płaszczyzna, koncepcja i percepcja, przestrzeń i materia, figura i tło, podmiot i przedmiot wydają się tak współzależne, że aż ze sobą zamienne.

W pierwszej chwili zdaje się na przykład, że w naturze nie ma linii, że istnieją tylko granice płaszczyzn, granice, które mimo wszystko są samymi płaszczyznami. Lecz zaraz po tym, patrząc dokładnie na strukturę tych płaszczyzn, odkrywa się, że są one niczym innym, jak gęstą siecią wzorzystych linii.

Patrząc na formę drzewa naprzeciw nieba, czułem w pierwszej chwili, że jego zarys „należy” do drzewa, wybuchając w powietrze. Ale chwilę później czułem, że ta sama forma jest „szczerbą” w niebie, przestrzenią wdzierającą się w drzewo. Każde pociągnięcie odczuwane jest jako popchnięcie i na odwrót, tak jak podczas obracania kierownicy w dłoniach. Ciągnie się ją czy popycha?

Wrażenie, że formy są także cechami przestrzeni, w której się rozwijają, nie jest wcale takie fantastyczne, gdy rozważy się naturę pól magnetycznych czy, powiedzmy, dynamikę wirującego atramentu wpuszczonego do wody. Pojęcia zwerbalizowanej myśli są tak nieporęczne, że skłaniamy się ku myśleniu tylko o jednym aspekcie związku na raz. Zmieniamy nasze widzenie danej formy raz jako cechy figury, a raz jako cechy tła, jak w gestaltowskim obrazie dwóch czarnych profili zbliżających się do pocałunku. Biała przestrzeń pomiędzy nimi wydaje się kielichem, ale naprawdę trudno jest widzieć jednocześnie całujące się buzie i kielich.

Jednak pod wpływem LSD człowiek okazuje się w stanie odczuwać tę jedność całkiem żywo, stając się świadomy wzajemności swej własnej formy i działania oraz formy otaczającego go świata. Obydwie wydają się kształtować i determinować siebie wzajemnie w tej samej chwili, współdziałając w doskonałej harmonii, wywołując uczucie, że faktycznie jest się sobą i światem.

Wewnętrzna tożsamość odczuwana jest na każdym poziomie otoczenia – fizycznym świecie gwiazd i przestrzeni, kamieni i roślin, społecznym świecie ludzi oraz ideowym świecie sztuki i literatury, muzyki i rozmowy. Wszystkie są podstawami, polami działającymi w najintymniejszym związku z naszą własną egzystencją i zachowaniem, tak że „źródło” działań leży i w nas, i w świecie, stapiając je w pojedyncze zdarzenie. Z pewnością z tego powodu zażycie LSD wspólnie z małą grupą może być doświadczeniem głębokiej eucharystii, zbliżającym jej członków w nadzwyczaj ciepłej i intymnej przyjaźni.

Podsumowując, uważam moje eksperymenty z tym zdumiewającym środkiem za bardzo cenne chwile – twórcze, pobudzające i przede wszystkim dające mi do zrozumienia, że „są na tym świecie takie rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło”.

Tylko raz odczuwałem zgrozę – wrażenie bycia bliskim obłędu, ale nawet wtedy uzyskany wgląd był wart tego bólu. Jednak wystarczyło to, bym się przekonał o tym, że bezkrytyczne użycie tej alchemii może być nadzwyczaj niebezpieczne oraz abym zaczął zadawać sobie pytanie, kto w naszym społeczeństwie jest na tyle kompetentny, by kontrolować jej użycie? Rzecz jasna, odnosi się to jeszcze bardziej do innych potęg nauki, takich jak energia atomowa, bowiem gdy tylko coś się stanie znane, nie ma sposobu na zamknięcie go w szafie.

W czasach obecnych, w roku 1960, LSD jest pod kontrolą farmakologów i kilku grup badawczych złożonych z psychiatrów, i choć istnieją pozbawieni skrupułów, jawnie szaleni psychiatrzy, to wydaje mi się, że jest to bardziej wiarygodna forma kontroli niż ta stosowana przez policję i biuro ds. narkotyków – co wcale nie jest kontrolą, lecz nieskutecznym tłumieniem i oddawaniem faktycznej kontroli siłom zorganizowanej przestępczości.

Ogólnie rzecz biorąc, czujemy się usprawiedliwieni, używając niebezpiecznych mocy, kiedy da się ustalić, że istnieje relatywnie małe ryzyko katastrofy. Życie ułożone w całkowicie bezpieczny sposób nie jest zwyczajnie warte przeżycia, ponieważ wymaga całkowitego zniesienia wolności. A ta doskonale racjonalna zasada ryzyka usprawiedliwia nasze korzystanie z samolotów, samochodów, urządzeń elektrycznych w domach i całej reszty innych niebezpiecznych narzędzi cywilizacji.

Jak dotąd rejestr katastrof wynikających z zażycia LSD jest bardzo mały i nie ma wcale dowodów na to, że jest ono uzależniające lub fizycznie szkodliwe. Oczywiście, możliwe jest psychiczne uzależnienie od bodźców, które nie stwarzają żadnego pragnienia identyfikowalnego w terminach fizjologicznych.

Osobiście nie jestem przykładem fenomenalnej siły woli, lecz uważam, że nie mam skłonności do zażywania LSD w taki sam sposób, w jaki używam tytoniu, wina czy likierów. Przeciwnie, doświadczenie to jest zawsze tak owocne, że odczuwam, iż muszę przetrawić je przez parę miesięcy, zanim zdecyduję się na nie ponownie.

Ponadto, uważam iż instynktownie nie jestem skłonny podejść do niego bez takiej samej chęci i poświęcenia, z którą podchodzi się do sakramentu, oraz że doświadczenie to jest warte zachodu, pod warunkiem że utrzymuję moje krytyczne i intelektualne moce w pogotowiu.

Powszechnie uważa się, że istnieje radykalna niezgodność pomiędzy intuicją i intelektem, poezją i logiką, duchowością i racjonalnością. Na mnie największe wrażenie w doświadczeniach z LSD wywarło to, że te formalnie przeciwstawne królestwa wzajemnie uzupełniały i wzbogacały się, sugerując tym samym modus życia, w którym człowiek nie jest już dłużej paradoksalnym wcieleniem anioła i zwierzęcia, rozumu walczącego z instynktem, lecz cudownym połączeniem Erosa i Logosu w jedno.

Przypisy:

1. Często stwierdzałem, jak w Drodze zen, że „realny” świat jest raczej konkretny niż abstrakcyjny i że dlatego konceptualne formy porządku, kategoryzacji i logiki, które ludzki umysł projektuje na naturę, są w jakiś sposób mniej realne. Lecz przy kilku okazjach LSD zasugerowało mi fundamentalną tożsamość percepcji i koncepcji, konkretu i abstrakcji. W końcu nasze mózgi i same formy w nim są częścią konkretu, fizycznego świata, i dlatego nasze abstrakcje są tak samo formami natury, jak jest nimi budowa kryształu lub organizacja paproci.

2. Później za pomocą morskiej muszelki byłem w stanie zrozumieć pewne przyczyny tego efektu. Wszystkie małe różowe wypukłości na muszelce wydawały się drgać, nie tylko wizualnie, lecz także w dotyku. Obserwując to zjawisko dokładnie, zdałem sobie sprawę z tego, że wraz z ruchem moich oczu badających powierzchnię muszelki wydawały się one zmieniać intensywność kolorów, przyczyniając się do zwiększania lub zmniejszania głębi cieniów. Nie miało to miejsca, gdy utrzymywałem oczy w bezruchu. Ten ruch, pozorny ruch cieniów, często wydaje się ruchem przedmiotu rzucającego je, w tym przypadku wypukłości na muszelce. W obrazie Van Eycka miała miejsce podobna zmiana, rozjaśnianie i ciemnienie faktycznych cieni, które artysta namalował, i stąd też takie samo złudzenie ruchu.

Alan Watts

(tłum. duseone / red. Conradino Beb)

 

Źródło: This is It and Other Essays on Zen and Spiritual Experience, Pantheon Books, New York 1960.

Bajkowe perwersje Kristen Liu-Wong!

Oryginalne prace zamieszkałej w Los Angeles, 24-letniej Kristen Liu-Wong, za temat główny często obierają perwersje seksualne, chaos, tajemnicę, zbrodnię czy klęski żywiołowe, a wszystko w typowo kalifornijskiej scenerii domków z białym płotem, basenem i równo przystrzyżonym trawnikiem. Na innych obrazach znajdziemy też potwory, demony, zmutowane zwierzęta, kosmitów i inne rewelacje.

Styl artystki oscyluje pomiędzy komiksem, absurdyzmem, shungą (japońskim malarstwem erotycznym) i pop artem, a wszystko z dużą dozą humoru, który Kristen Liu-Wong świadomie wnosi do swoich prac, promując dystans do nagości i erotyzmu.

Jak przyznaje artystka w wywiadzie dla Society6: Tak, sądzę że ludzie biorą wszystko zbyt serio. Jak sex, sutki itp. Nie wiem, ale sądzę, że to nic poważnego. Nie jestem zwyczajnie… nie potrafię wyobrazić sobie swojej własnej osoby zbyt… nie lubie brać siebie na poważnie. Jestem więc przerażona zbytnim realizmem rzeczy. Nie wiem, ale chyba lubię przedstawiać rzeczy z humorem.

Drugi ważny motyw prac Liu-Wong, to przemoc, o której mówi: Są pewne osobiste powody, dla których jestem zafascynowana przemocą, ale głównie fascynują mnie seryjni mordercy. Jednak nie w obrzydliwym sensie, jako przedmiot kultu, tylko jako ciekawostka, bo sama nigdy nie byłam w stanie zabić owada, więc idea, że ludzie potrafią być sadystyczni, czy torturować innych ludzi, mnie fascynuje.

A tu kilka z obrazów artystki:

kristen1

kristen2

kristen3

kristen4

kristen5

kristen6

kristen7

kristen8

kristen9

kristen10

kristen11

kristen12

Odwiedź stronę Kristen Liu-Wong

Obrazy z serii „Pink” gwałtownie zmieniają naszą percepcję znanych polityków

W swojej serii „Pink”, Scott Scheidly, artysta zamieszkujący na co dzień w amerykańskim stanie Floryda, eksploruje wpływ koloru różowego na tożsamość znanych osobistości politycznych lub też na to, jak szybko zmienia się ich wizerunek, gdy poddane zostaną „satyrycznej operacji plastycznej”.

Obrazy Scheidly’ego zadebiutowały w 2011 na ekspresowej wystawie Spoke Art w Nowym Jorku, by zostać zaprezentowane rok później na wystawach w Miami Beach i San Francisco.

Jak wspomina artysta: Pierwszy obraz powstał dla wystawy „Quentin vs. Coen” zorganizowanej w galerii Spoke Art. Namalowałem postać Hitlera z Bękartów wojny. Uwielbiam malować najgorszych dyktatorów czy największych drani pop kultury w taki sposób, żeby dobrze zestawić kolor z percepcją. Hitler jest moim ulubieńcem z oczywistych powodów, ale również Kim Jong-il, bo mam z niego bekę.

pink_10
Józef Stalin
pink_9
Barack Obama
pink_8
Heinrich Himmler
pink_7
Fidel Castro
pink_6
Ruhollah Khomeyni
pink_5
Ronald Reagan
pink_4
Władimir Putin
pink_3
Fikcyjny Adolf Hitler z „Bękartów wojny”
pink_2
Donald Trump
pink_1
Kim Jong-il

Nowe estetyki upadku

Eufemizm „najstarszy zawód świata” jest jednym z najtrafniejszych – sprzedawanie i kupowanie seksualnej rozkoszy to czynności towarzyszące ludzkości od zarania cywilizacji. Jako zjawisko występujące w mnogości form, bez mała w każdej epoce historycznej i każdym rejonie świata, stanowi istotny temat dla kultury – sztuk pięknych, literatury czy wreszcie filmu.

Znamy oczywiście kinowe klisze tj. prostytutka o złotym sercu albo Kopciuszek z dzielnicy czerwonych latarni, grany przez Julię Roberts i zaklinany w damę przez biznesmena, w którego wciela się Richard Gere. Inną jest kobieta wplątująca się w kryminalną intrygę lub femme fatale.

Istnieje jednak także droga omijająca pop-mity i skupiająca się na fenomenie socjologicznym – dążąca do pewnej dozy realizmu – choć poza filmami stricte dokumentalnymi artysta zazwyczaj będzie ubierał temat we własną estetykę. Poszukiwania stylistyczne mogą doprowadzić w tym przypadku do odrealnienia aktualnego problemu.

Ciekawym wyjściem wydaje się ucieczka w przeszłość czy retro estetyka. Może ona pozwolić, bez ryzyka niesmacznej eksploatacji, na ukazanie natury zagadnienia i ubranie go w interesujące szaty na czysto artystycznym poziomie. Pod tym kątem warto przyjrzeć się dwóm serialom, jednemu brytyjskiemu i jednemu francuskiemu, które są próbą stworzenia „reportażu” ze świata XIX-wiecznej prostytucji, zamkniętego w nieco postmodernistyczne ramy. Obydwa podkreślają problematykę, ale i przenoszą ją na niedosłowny poziom mrocznej fikcji.

Szkarłatny płatek i biały (wyemitowany w 2011 roku) to stworzona przez BBC, 4-odcinkowa adaptacja powieści Michela Fabera, będącej współczesną wariacją prozy wiktoriańskiej, lecz podejmującą problemy z kategorii społecznego tabu, w tym prostytucji kwitnącej w Londynie w roku 1874.

Miniserial, wyreżyserowany przez Marca Mundena na kanwie scenariusza znanej dramatopisarki Lucindy Coxon, śledzi losy kilku postaci z różnych grup społecznych, ale skupia się na Sugar (w tej roli Romola Garai), tajemniczej prostytutce, wokół której krąży legenda tej, która nigdy nie zawodzi w alkowie.

crimson_petal_and_the_white_kadr1
Romola Garai w „Szkarłatnym płatku i białym”

Sugar jest nieprzeciętnie inteligentną i przedsiębiorczą młodą kobietą, kultywującą swoje talenty (samodzielnie nauczyła się czytać i pisać, co wykorzystuje także do tworzenia własnej prozy), niemniej pozbawioną szans na ucieczkę z getta płatnej miłości, w którym dosłownie urodziła się jako córka właścicielki domu uciech, pani Castaway. Większość jej wątku poświęcona jest próbie wyrwania się z dzielnicy ubóstwa na plecach kochanka Williama Rackhama, dziedzica fabryki perfumeryjnej, lecz sporo czasu spędzamy w świecie, z którego Sugar się wyzwala.

Apollonide. Zza okien domu publicznego (także 2011 rok) przedstawia realia zupełnie innej prostytucji, koncentrując się na paryskim domu schadzek dla wymagającej klienteli. Reżyser i scenarzysta filmu, Bertrand Bonello, specjalizuje się zarówno w opowieściach poświęconych seksualności (Pornograf z 2001, opowiadający o pionierze francuskiego kina porno), jak i w ponowoczesnym rozprawianiu się z dziedzictwem kultury (Tiresia z 2003 był swoistym uwspółcześnieniem mitu o Tejrezjaszu). A tu daje upust obu fascynacjom, biorąc za kulturowy cel belle époque, a dokładniej przełom lat 1899 i 1900.

W Apollonide zapoznajemy się z problemami pracownic tytułowego przybytku, w tym borykającej się z miłością do klienta i opiumowym nałogiem Clotilde (Céline Sallette); Julie (Jasmine Trinca), która zapada na syfilis; Pauline (Iliana Zabeth), szesnastolatki, która traktuje zamtuz jako szansę na lepsze życie; czy Madeleine, którą okalecza klient, zostawiając jej na twarzy bliznę niczym uśmiech ledgerowskiego Jokera.

Jako że te produkcje prezentują diametralnie różne oblicza wielkomiejskiej prostytucji XIX-wieku, różni się też wybór nadrzędnej estetyki w każdej z nich. Twórcy Szkarłatnego płatka i białego postawili na wizualną groteskę. Najuboższe dzielnice Londynu z pewnością były ludzkimi mrowiskami tonącymi w brudzie, wylęgarniami chorób, gdzie w każdej alejce kryło się cierpienie.

Mimo odzwierciedlenia tragedii trwania w tych warunkach, realizatorzy uciekają się do osnucia świata slumsów oniryczną zasłoną. I to od pierwszej sceny serialu, gdy wchodzimy w dzielnicę nędzy, prowadzeni przez samą Sugar – kamera nadaremnie próbuje ją doścignąć – wrzuceni bez ostrzeżenia, wyłączając narrację bohaterki (uświadamiającej widza, że cokolwiek by sobie nie wyobrażał i tak pozostanie zagubionym obcym z innego czasu i przestrzeni), w sam środek chaosu.

house_of_tolerance_kadr1
Céline Sallette w „Apollonide”

Wydaje się, że oglądamy „zwyczajne” obrazki z takiego miejsca – napad rabunkowy, żebraków śpiących w bramach, przerażonego konia wywracającego wóz i szabrujących zawartość pojazdu biedaków. Ale w tych widokach jest coś niepokojącego wręcz na podświadomym poziomie… czemu dwójka dzieci wiezie na wózku kogoś w kruczej masce na głowie? Kim jest zakapturzona wiedźma o białych włosach? Brudny chłopczyk ze skrzydłami anioła u ramion? Sama Sugar zaś, falująca szalem gdy znika w załomie alejki, zdaje się widmem.

Odrealnienie mija, kiedy stykamy się z problemem jednej z ulicznych postaci – dotkliwie pobitej prostytutki; ale powraca gdy tylko postać z zewnątrz, na przykład pijany (montaż dostosowuje się do stanu upojenia) William, zapuszcza się w te rewiry. Spora w tym zasługa technicznych tricków. Prędkości połączonej z dynamiką pracy kamery, specyficznych zbliżeń – migawkowych lub na fragmenty ciał postaci, nietypowych rozmyć pierwszego bądź dalszych planów.

Oprócz świetnej scenografii, kostiumów i charakteryzacji, pomagają także takie smaczki, jak rozważnie dobrana, ciemna kolorystyka, czy płatki śniegu okrążające szaleńczo goniącą kamerę. Można odnieść wrażenie, że twórcy znajdują turpistyczną przyjemność w zwracaniu naszej uwagi na szczegóły tego piekła – nie umknie im żadna oszpecona chorobą twarz, żaden dogorywający w cierpieniu ulicznik. Ale puste, oskarżające spojrzenia mijanych przez kamerę ubogich przypominają, że wkraczamy w koszmar niegdyś będący codziennością ludzi z krwi i kości.

Apollonide to kompletne przeciwieństwo onirycznej groteski brytyjskiego serialu, gdyż jest filmem malowniczym, więcej – malarskim (choć i w brytyjskiej produkcji znajdziemy nawiązania do sztuk pięknych; np. tatuaż skrzypaczki przygrywającej u pani Castaway, podkradziony ze znanego dzieła Ingresa).

Odbiorca od razu poczuje się jakby trafił w ruchomą wizualizację obrazów artystów pokroju Maneta czy Cézanne’a – a pamiętajmy, iż to właśnie XIX-wieczna szkoła francuska związana z impresjonizmem wprowadziła motyw prostytutki do malarstwa na szeroką skalę (powstają nawet dotyczące tego opracowania, jak opublikowane w 2003 przez wydawnictwo Getty Research Institute Painted Love: prostitution in French art of the impressionist era autorstwa Hollis Clayson).

crimson_petal_and_the_white_kadr2
Scena seksu ze „Szkarłatnego płatka i białego”

Skojarzenia te nie dotyczą jedynie rzeczy oczywistych, jak pełne splendoru wnętrza czy wymyślne, lubieżne kostiumy, ale także sposobu ułożenia kobiecych ciał na łożach lub samego doboru kolorystyki. Nie są to bezpośrednie zapożyczenia, acz wrażenie jest przemożne.

Styl malarski zaimplementowano jednak kontrastowo. Piękno otoczenia i samych wymyślnie „przybranych” kobiet nie pasuje do prawdziwej natury Apollonide. Do wulgarnych rozmów prostytutek i beznamiętnego wyliczania, ile razy posiadł którą mężczyzna w ciągu nocy. Do tęsknot i rozterek, do ich cierpienia z miłości, z poczucia beznadziei oraz znużenia związanego z sytuacją życiową.

Kilka wysmakowanych zabiegów podkreśla ich faktyczne doznania. Przede wszystkim, używany oszczędnie podział obrazu na okna ukazujące symultanicznie co dzieje się w różnych pokojach Apollonide; w każdym z nich ujrzymy reakcje dziewcząt obsługujących klientów, momenty podszytej smutkiem zadumy, ale także prozaiczne czynności, podczas których wykonywania są wymownie nieobecne.

Po drugie, pracę kamery cechuje nadzwyczajna koncentracja na twarzach i oczach prostytutek, zarówno w scenach z życia codziennego, jak i z alkowy. Zbliżenia ukazują puste, przerażone, czasem otumanione od używek lub zniesmaczone spojrzenia.

Warto dodać, że w Apollonide panuje reżim piękna – wobec higieny, pielęgnacji ciała, czy nawet zapachu prostytutek, stosuje się ścisłe zasady; podobnym regulacjom podlega także fryzura, dobór stroju. W odniesieniu do tego możemy stwierdzić, iż owa malarskość na estetycznym poziomie, w połączeniu z dekonstrukcyjnymi zabiegami, mają pokazać, czym w istocie są kobiety w „domu zamkniętym” – ekskluzywnym towarem w ekskluzywnej oprawie.

house_of_tolerance_kadr2
Dom publiczny w „Apollonide”

Mimo różnic w doborze środków estetycznych, między Szkarłatnym płatkiem i białym, a Apollonide, można dostrzec kilka intrygujących podobieństw. Pierwszym jest dążenie do deseksualizacji nagiego ciała. W obu produkcjach wdzięki aktorek w pełnej krasie widz ogląda nader często, ale kontekst odbiera tym ujęciom wymiar erotyczny. W filmie Bonello każdej scenie stosunku towarzyszą wspomniane zbliżenia twarzy i oczu kobiet, przypominając, że obcujemy z transakcją.

A potencjalnie podsycone erotyzmem ujęcia oglądamy, gdy kobiety bez emocji przygotowują się do sprzedawania ciała, a także w sytuacjach uwłaczających – podczas oględzin wstępującej do „oferty” Pauline pod kątem skaz, czy odhumanizowanego badania ginekologicznego. Usuwa to możliwą eksploatację nagiego ciała, miast tego wtłaczając je w codzienny znój bohaterek.

W brytyjskim serialu ciała z zasady nie są kuszące – niszczone ulicznym żywotem, przykryte brudem. W większości londyńskich kobiet upadłych trudno znaleźć nawet resztki urody. W jednym z odcinków mamy do czynienia z naturalistycznym przedstawieniem trzech dżentelmenów używających sobie w bocznej alejce, co ma charakter czysto zwierzęcego, brutalnego parzenia się; nagość obserwujemy głównie w konotacji z czynnościami takimi jak podmywanie się prostytutki po stosunku.

Ciało samej Sugar, choć urody Garai nie zniweczy charakteryzacja, także jest zniszczone – postępującą chorobą skóry, bliznami, przerażającą bladością. Piękno jest może jej narzędziem, ale także ulega w ten sposób degradacji. Seks dla Sugar to albo konieczność wypełniona udawaną rozkosz i nienawistnymi myślami, albo pretekst do zebrania przydatnych informacji o kochanku.

crimson_petal_and_the_white_kadr3
Prostytutka oddająca mocz w „Szkarłatnym płatku i białym”

Znamienne, że spełnienie u bohaterki obserwujemy dopiero, gdy William wyprowadza ją z dzielnicy nędzy – a kamera pomija wtedy jej kochanka, koncentrując się na rozsadzanej dziwaczną radością Sugar, przez co należy to postrzegać jako oderwany od intymności triumf. Cechą wspólną obu produkcji jest również obecność swoistego „centrum dekadencji”, cieplej ukazanego od reszty środowiska, w którym bytują prostytutki.

W Szkarłatnym płatku i białym jest to gospoda Fireside, w której klienci nawiązują kontakt z paniami lekkich obyczajów, tocząc rozmowy i zaprawiając się alkoholem. Oprócz rubasznej otoczki – kukiełkowego przedstawienia cieni ukazującego sadomasochistyczne praktyki, rozsznurowanych bluzek uwalniających piersi kurtyzan – granatowo-szare barwy getta ustępują brązom i pomarańczy, otoczenie jest w naturalnym blasku świec i ognia.

W Apollonide takim miejscem jest sala gościnna, gdzie zaczyna się każdy wieczór w przybytku. Malowniczość wizualna sięga w niej szczytu, a dziewczyny asystują możnym bywalcom w tak abstrakcyjnych w kontekście zajęciach, jak omawianie lektur typu Wojna Światów Wellsa czy opieka nad… udomowioną czarną panterą. Artystyczne podkreślenie tych lokacji jest nieprzypadkowe – to strefy przejścia, w których prostytutki stykają się z zewnętrznym światem i znajdują kruchą otuchę w namiastce rozrywki przed powrotem do rzeczywistości, gdy klient zdecyduje się na skorzystanie z usług którejś.

Kolejne punkty styczne znajdziemy na gruncie środków wyrazu. Interesującym jest skłonność do zapożyczeń estetyki i technik realizacyjnych kina grozy. W Szkarłatnym płatku i białym wychodzą one i poza wątek prostytucji, ale w jego ramach, obok szokowania widza migawkami z londyńskich ulic, możemy zaobserwować kreowanie atmosfery zwodniczego miejsca, w którym nic nie jest pewne.

Przykładem jest scena, gdy pijany William zapuszcza się sam w alejki slumsów. Nagle oferuje mu ciepłe łóżko kojący, głęboki głos dochodzący od rozmazanej kobiecej sylwetki w tle. Gdy postać zbliży się poza kadrem do bohatera, ujrzymy szpetną twarz ulicznicy – to oczywiście klasyczna metoda straszenia poprzez zaskoczenie z ekranowych horrorów.

Twórcy Apollonide czerpią z surrealistycznej odmiany grozy. Zwłaszcza w wątku Madeleine, którą ciemność obecna w jej relacji z psychopatą pociąga nawet po tym, jak naznaczył jej twarz, czyniąc ją mroczną legendą wśród bywalców domów uciech – Uśmiechniętą Kobietą.

Historia Madeleine opowiedziana jest w estetyce kameralnej grozy, osnutej wokół motywu maski, z użyciem nieco zaburzonej chronologii: granica między jawą, a snem jest niewyraźna, zaś retrospekcje momentu okaleczenia wkradają się nieoczekiwanie.

Kiedy wynajmuje ją klub organizujący orgie z udziałem „dziwowisk”, takiej galerii postaci, – upiornych starszych dam, karlic, adorujących się w transie kochanków  – ozdobionej szyderczym makijażem i odbierającej zabiegi tłumku wybitnie niejednoznacznie, nie powstydziłby się sam David Lynch.

house_of_tolerance_kadr3
Prostytutki przygotowujące się do pracy w „Apollonide”

Podobny klimat dominuje, gdy dziewczyny zajmują się klientami o egzotycznych upodobaniach. Przykładowo, widok mechanicznie poruszającej się prostytutki udającej lalkę oddziałuje potężnie w swym mroku. Ostatnim istotnym podobieństwem jest dobór ścieżki dźwiękowej, w obu produkcjach w większości anachronicznej – ryzykowny krok, lecz udanie wpisujący się w stylistykę.

Kompozytor Cristobal Tapia de Veer użył w Szkarłatnym płatku i białym konwencji ambientowej. Syntezatory z rzadka wybijają się na pierwszy plan, jak w „ćwierkającym” motywie przewodnim, ponurymi lub niekiedy dysonansowymi pomrukami w tle zapewniając udźwiękowienie obrazom ulic biedy. Czasem przykrywają je instrumenty smyczkowe i pianina, ale to hipnotyczna natura elektroniki decyduje o odbiorze.

W ścieżce dźwiękowej Apollonide wyróżnimy trzy rodzaje kompozycji. Pierwszym są utwory klasyczne – koncert fortepianowy Mozarta i aria Pucciniego. Drugi stanowią te stworzone przez reżysera, który jest też muzykiem. Najlepiej wpisują się w sceny surrealistyczne, jak towarzyszący wątkowi Madeleine motyw à la Badalamenti, czy ilustrujące perwersyjne sceny dźwięki gongu i pianina.

Trzecim i najmocniej wbijającym się w pamięć są klasyki R&B oraz rocka: Lee Mosesa, The Mighty Hannibal czy The Moody Blues. Choć z początku sprawiają mylne wrażenie – po czołówce z popisem Mosesa można by się spodziewać gry konwencjami w bardziej tarantinowskim stylu – sprawdzają się. Szczególnie w scenie, kiedy prostytutki w żałobie po zmarłej koleżance tańczą powoli w rytm Nights in White Satin, do której często odwołują się piszący o tym filmie.

Omawianym produkcjom udaje się zbudować bardzo nowoczesną estetykę, ale stylistyczne poszukiwania nie odwodzą widza od tematyki – zazwyczaj, bo w Apollonide da się wyczuć fałszywą nutkę nostalgii za fin de siècle. Jednak nawet odstępstwa, których nie ma w tych obrazach za wiele, nie zmieniają faktu, że warstwa estetyczna pomaga w przedstawieniu współczesnego widzowi problemu XIX-wiecznych pracownic seksualnych – w paraleli do losu dzisiejszych, Bonello pod koniec zestawia nawet dosłownie przeszłe z teraźniejszym.

Można je uznać za udane wizje dwóch odmiennych, a jednak podobnych więzień pochłaniających życia kobiet. Da się naturalnie znaleźć przykłady filmów, które poszły dalej w estetyzacji prostytucji czasów minionych. Taki jest choćby japoński Sakuran z 2006 roku w reżyserii Miki Ninagawy, znanej z oszałamiania feerią jaskrawych barw.

Niestety, przy zachwycającym oczy teledyskowym podejściu Sakuran oferuje niewiele w aspekcie treści. Przejścia głównej bohaterki są podane jak droga do sławy gwiazdy, ze statusem oiran – podziwianej i wpływowej kurtyzany – jako nagrodą, a bóle egzystencjalne sprowadzają się finalnie do ckliwej miłości. Opisane europejskie dzieła kina mają na szczęście tę zaletę, że przy całej swej efektowności zmuszają ostatecznie do refleksji nad losami bohaterek.

Marek Grzywacz

„Penis Landscape”: obraz H.R. Gigera, który zaprowadził Dead Kennedys przed sąd

Penis Landscape aka. Work 219 aka. Landscape XX to obraz autorstwa H.R. Gigera namalowany przez zmarłego kilka dni temu artystę farbą akrylową na drewnie pokrytym papierem w 1973. Przedstawia on wele członków w pochwach zaaranżowanych w formie… hmm, uroczystego zgromadzenia. Jeden z nich nosi nawet prezerwatywę. Obraz stał się sławny głównie z powodu afery medialnej, jaka rozpętała się wokół kultowego albumu Frankenchrist HC/punkowego bandu Dead Kennedys, który użył go jako plakatu.

Obraz został wybrany przez wokalistę Dead Kennedys, Jello Biafrę, na skutek rozmowy ze swoim ziomkiem z zespołu, Jayedem Scottim. Biafra pokazał mu reprodukcję w magazynie Omni, który został wydrukowany z okazji paryskiej wystawy Gigera w 1977, a ten zadzwonił do znajomego agenta Lesa Bareny’ego, żeby zorientować się, czy Giger wyraziłby zgodę na użycie swojej pracy jako okładki nowego albumu.

frankenchrist_penis_landscape
Oryginalny plakat-wkladka do „Frankenchrist”, Alternative Tentacles Records, 1985

Giger nie miał nic przeciwko i dał nawet 50% zniżki Mike’owi Bonanno, szefowi Alternative Tentacles Records, który ostatecznie zapłacił za wykorzystanie Penis Landscape $600. Pomysł Biafry zrobienia z obrazu okładki padł jednak podczas spotkania z resztą muzyków Dead Kennedys i ostatecznie zamieniony został w plakat-wkładkę do LP, który został wykonany ręcznie przez Scottiego. Album został do tego opatrzony naklejką ostrzegającą kupujących przed zawartością.

Frankenchrist pojawił się w sklepach muzycznych pod koniec 1985 i był pierwszym sygnałem transformacji brzmienia Dead Kennedys, które obfitowało teraz w trąbki i syntezatory. Jednak stał się również źródłem poważnych problemów prawnych zespołu, gdy płytę kupiła w lokalnym sklepie muzycznym nastoletnia dziewczynka z Los Angeles, której matka wystosowała skargę do prokuratora generalnego Kalifornii.

W ten sposób zespół oraz wytwórnia stanęli przed sądem na początku 1986 oskarżeni o rozpowszechnianie obscenicznych dla nastolatków materiałów. Prokuratura skupiła się w trakcie procesu na treści obrazu Gigera, akcentując jego nieprzyzwoitość, ale sędzina Susan Isacoff przychyliła się do potraktowania go jako jednego z elementów przekazu artystycznego, na równi z muzyką I tekstami. W efekcie, dystrybutorzy i producenci Frankenchrist zostali uniewinnieni.

Jednak Jello Biafra i Michel Bonanno musieli stanąć przed sądem w sierpniu 1987, ale zostali uniewinnieni tego samego miesiąca stosunkiem głosów 7 do 5, co dało prokuratorowi rejonowemu powód do apelacji, która została odrzucona. Sama płyta została jednak zbanowana ze sklepów muzycznych, a koszty procesu niemal zrównały Alternative Tentacles z ziemią! Sam Biafra wspomina, że był w tym czasie intensywnie szpiegowany przez policję.

Archiwalna relacja telewizyjna z całej afery

Conradino Beb

Abstrakcjonistyczne obrazy Kapitana Wołowe Serce

Don Van Vliet znany lepiej jako Captain Beefheart (pol. Kapitan Wołowe Serce – sic!) był jednym z najważniejszych przedstawicieli awangardy muzycznej lat ’60, łącząc klasyczny blues z psychedelią, minimal music i spoken word. Do historii przeszedł za sprawą dwóch odlotowych albumów nagranych wspólnie z The Magic Band: Trout Mask Replica oraz Safe As Milk. Jego zainteresowania artystyczne sięgały jednak znacznie dalej, bo Van Vliet był malarzem.

Jak powiedział ArtNews Gordon VeneKlasen, wspólnik w Michael Werner Gallery, która reprezentowała Van Vlieta od 1983 aż do jego śmierci: W latach ’80 i ’90 muzyk, który tworzył sztukę, był heretykiem dla systemu. Ale teraz jest w jego centrum. I nie trzeba wcale daleko sięgać, żeby to udowodnić, gdyż obrazy artysty osiągają po jego śmierci od $25 tys. do $120 tys. na aukcjach sztuki w USA.

Van Vliet zakończył swoją karierę muzyczną wraz z nagraniem albumu Ice Cream for Crow w 1982 i od tej pory poświęcił się wyłącznie malarstwu, które było jego pasją od początku lat ’60. W istocie, w ostatnich latach obrazy Kapitana Wołowe Serce zaczęły być coraz szerzej doceniane, czego odzwierciedleniem było napisanie wstępu do katalogu jego wystawy w 2001 przez samą P.J. Harvey.

Van Vliet jest jednym z najlepszych abstrakcyjnych ekspresjonistów na świecie. Ten współczesny mistrz wykolejonej, dzikiej twórczości nie ustępuje potęgą Jeanowi Michelowi Basquiatowi i był pokazywany w wielu krajach z wielkim sukcesem. – napisał na łamach Dangerous Minds Richard Metzger. Koniecznie rzućcie więc okiem na obrazy legendarnego artysty poniżej!

captain-beefheart-portrait
Autoportret
ghost
Ghost Red Wire / 1967
devil
Devil and the Deep Blue Sea / 1967
untitled_1969
Bez tytułu / 1969
poinsettia
Poinsettia / 1976
auntcig
Aunt Cigar’s Baby / 1984

<<< Zdjęcia obrazów pochodzą z galerii Captain Beefheart Radar Station, na której możecie przejrzeć resztę twórczości artysty >>>

Norbert H. Kox – malarz oświecony

Rok 1945. W Green Bay w stanie Wisconsin,  dnia szóstego sierpnia, w dziewięć godzin po uderzeniu bomby atomowej Little Boy na Hiroszimę, na świat przychodzi Norbert Kox.

Narodzinom szamanów, proroków czy innych pomazańców, zazwyczaj towarzyszą zjawiska niecodzienne. A można śmiało uznać, że zrzucenie czterotonowej bomby uranowej, która zmiata z powierzchni Ziemi ponad 70 tys. istnień, ma znamiona sytuacji wyjątkowej.

1453353_10201876072796846_148805901_n

Prace Koxa nazywane są wizjonerskimi i mają nieść ostrzeżenie od Boga. Jak to ujął w jednym z wywiadów Richard Metzger:  Jego prace wykorzystują potężne symbole i metafory, mające na celu otrząsnąć współczesnego człowieka z duchowego marazmu i oczyścić przekaz biblijny z gromadzących się przez wieki jego mylnych interpretacji.

A tak o sobie samym pisze Norb:

„Byłem buntownikiem od 12 roku życia, a w pierwszy konflikt z prawem popadłem mając lat 15.  Założyliśmy mały gang z kryjówką w jednym z tuneli pod Main Street w Green Bay i wejściem pod mostem East River. Spędzaliśmy tam czas i chowaliśmy łup z naszych kradzieży, do momentu gdy po raz pierwszy dopadła nas policja.

To był początek piętnastoletniego ciągu wpadek, skutkujących nie mniej niż czterdziestoma pięcioma aresztowaniami. To były koszmarne czasy.  W wieku 18 lat zacząłem jeździć na Harley’u i już wtedy cieszyłem się złą sławą.

Gdy miałem lat 21 musiałem uciekać ze stanu Wisconsin, przed ścigającą mnie policją i wylądowałem w Waterloo w Iowa, gdzie zostałem współzałożycielem gangu motocyklowego Waterloo Outlaws.

Od tamtego momentu, życie nabrało jeszcze większego tempa i stało się bardziej burzliwe niż kiedykolwiek przedtem.  Raz poderżnąłem kolesiowi gardło, podczas bijatyki w barze. Niemalże go zabiłem.

Czterokrotnie znalazłem się w sytuacji gdy ludzie z innych gangów przykładali mi broń do głowy, grożąc mi śmiercią. Kilka razy zrobili to policjanci. Jeden z moich braci został zastrzelony na moich oczach.

Był to szok, jednak kontynuowałem to szaleńcze życie.  Moi znajomi umierali, jeden po drugim. Wydarzenia te odcisnęły piętno na mojej psychice. W 1974 zaczęły się moje głębsze doświadczenia duchowe, które stopniowo zmieniały i nadawały kształt mojemu życiu na nowo.

W 1975 poczułem obecność Boga i stałem się innym człowiekiem. Od tamtego momentu codziennie, coraz bardziej rozwijam się duchowo i odkrywam nowe horyzonty.”

1966, Norb Kox (Scabby Herb) vice president of Waterloo Outlaws. Age 21.

Poniżej kilka prac autorstwa Norberta

5624_10200112769075355_1456839770_n

1230000_439544579491845_1956415369_n

76438_1640110436007_3579794_n

294457_2364212938117_1231749407_n

302218_2378795102662_500177581_n

313681_2385499470267_981854956_n

374835_2518816363106_76665475_n

531141_4489075658357_725692756_n

549356_10200247640487056_1085511510_n

551635_4103458938180_1215265712_n

557547_4002717699712_1287802609_n

601601_10200158380575614_520411832_n

1380112_10201591640926227_1530416923_n

Jérôme Zonder – nowa persona francuskiej sztuki

Jérôme Zonder to francuski grafik/malarz/kolażysta, który zakwitł ostatnio na rodzimej scenie galeryjnej z z kilkoma bardzo oryginalnymi pracami. Wymieszana w dadaistyczny sposob zostaje w nich nazistowsko-pornograficzna estetyka, dziecięca niewinność i kreskówkowa karykatura. Wylewające się z nich horror i przemoc zmuszają do głębszej refleksji, ale przede wszystkim poruszają prądy podświadomych instynktów, dokonując semantycznego ataku na pierwotne skojarzenia. Wybraliśmy tu kilka najciekawszych prac!

jerome_zonder_1
Jeu-denfants n°1 / 2010

jerome_zonder_2

jerome_zonder_3

jerome_zonder_4

jerome_zonder_5

jerome_zonder_6

jerome_zonder_7

Oskar Fischinger (1900-1967)

oskar_fischinger

Oskar Fischinger to pionier kina abstrakcyjnego i animacji eksperymentalnej, urodzony 21 czerwca 1900 w niemieckim Gelnhausen. Ten uzdolniony artysta uczył się za młodu gry na skrzypcach i budowy organów, a będąc zbyt młody, by służyć na frontach I Wojny Światowej, podjął wkrótce naukę rysunku architektonicznego oraz projektowania narzędzi. Jego błyskotliwa kariera filmowa zaczęła się w 1921 po spotkaniu dr Berrharda Diebolda, który po zobaczeniu rysunków Fischingera namówił go do zainteresowania się animowną abstrakcją.

Swoje pierwsze próby filmowe: Wax Experiments oraz Spirals, Fischinger realizuje na początku lat dwudziestych za pomocą maszyny, która tnie bryły wosku na cienkie plastry fotografując je klatka po klatce. W okresie 1925-27 artysta zaczyna dokonywać pierwszych eksperymentów formalnych wykorzystując pięć projektorów filmowych i dwa wyświetlacze slajdów naraz do publicznych pokazów krótkich form, wśród których są: Fieber, Macht oraz R-1: A Form-Play.

W tym samym czasie Fischinger podejmuje pracę w studiu filmowym w Monachium, gdzie szkoli swój warsztat przy pracy z bajkami animowanymi i reklamami, co daje mu możliwość realizacji w 1927 swojego pierwszego ważnego filmu Konstrukcje Duchowe (Seelische Konstruktionen). Jest to dwunastosekundowa opowieść o dwóch pijanych postaciach, których kształty deformowane są przypadkowo dzięki zabiegom reżyserskim w ten sposób, że taśma przyjmuje ich optykę widzenia i oddaje wewnętrzny stan pijaństwa.

Ten pulsujący, psychedeliczny film jest pierwszym w dziejach kina eksperymentalnego przykładem eksplorowania możliwości wpływania na świadomość widza poprzez transformację medium taśmy filmowej. Niedługo później Fischinger z powodu bankructwa swojego studia filmowego jest zmuszony opuścić Monachium i udać się do Berlina, gdzie jednak bez trudu znajduje nową pracę i poczyna realizować kolejne dzieła.

W berlińskim studiu artysta pracuje m.in. nad makietami i efektami specjalnymi do filmu Kobieta na Księżycu (1929) w reż. Fritza Langa. Jednak w tym samym czasie łamie kostkę, przez co musi spędzić kilka tygodni w łóżku, gdzie szkicuje abstrakcyjne obrazy, które mają wkrótce posłużyć do nakręcenie serii Studien 1-17, mającej mu przynieść największą sławę. Studien to czarno-białe ilustracje do utworów z repertuaru muzyki klasycznej i jazzu, składające się z oszczędnych, płynnych form, zmieniających się w czasie i tworzących odrealnioną, abstrakcyjną przestrzeń wizualną.

Cała seria zostaje zrealizowana w jego małym studiu, otworzonym za pieniądze pożyczone od przyszłej żony Elfriede (z którą żeni się w 1933), ale okazuje się tak wielkim sukcesem w Europie, że Fischinger wkrótce zatrudnia do pracy swojego brata i trzy inne kobiety. Wkrótce artysta angażuje się w udoskonalenie trzykolorowego systemu GasparColor – europejskiego rywala dla Technicolor. Mimo że GasparColor ogranicza wywoływanie filmu w latach ’30 do krótkiego metrażu, wystarcza to Fischingerowi, który nową technologię zaczyna wykorzystywać do tworzenia autorskich reklamówek tj. Kreise, Muratti Greift Ein czy filmów abstrakcyjnych tj. Composition in Blue.

W 1936 Fischinger przeprowadza się za namową Paramount Pictures do Stanów Zjednoczonych, gdzie podejmuje pracę w studiu filmowym. Jednak wkrótce zrywa ze swoim nowym pracodawcą, który próbuje jego dzieła dostosować do wymagań komercyjnej widowni. Następnie ląduje w MGM (1937), a w końcu w wytwórni Walta Disneya (1938-39), dla której pracuje nad Fantasią. Jednak poniżany i wykorzystywany przez producentów i samego właściciela, stopniowo popada w apatię i alienuje się w swoim kalifornijskim domu, by pod koniec życia oddać się malarstwu – efektem jest około 800 prac olejnych.

Do filmu Fischinger wraca sporadycznie realizując takie prace, jake: An American March, Radio Dynamics czy Motion Painting No. 1, który otrzymał główną nagrodę na Festiwalu Filmów Eksperymentalnych w Brukseli w 1949. W latach ’40 jego dzieła są wspierane przez The Museum of Non-Objective Painting, gdzie z wielkim zainteresowaniem oglądają je m.in. Maya Deren i Harry Smith – gwiazdy amerykańskiego kina eksperymentalnego. Do historii Fischinger przechodzi jako ojciec chrzestny filmu psychedelicznego i człowiek, który ożenił estetykę awangardy z rynkiem reklamowym.

Conradino Beb