Archiwa tagu: melodramat

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia

„The Neon Demon” to spotkanie „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną” i „Doliny lalek”…

Nowy film Nicolasa Windinga Refna, finansowany przez Amazon Studios, ma się ukazać w kinach latem tego roku, a trzy miesiące później w streamingu Amazon Prime. Tymczasem kompozytor muzyki do filmu, Cliff Martinez, zdradza że The Neon Demon będzie do pewnego stopnia przypominał Drive, łącząc melodramat i klasyczny slasher.

W roli głównej występuje Elle Fanning (Babel, Deja Vu), wspomagana przez Keanu Reevesa (Johnny Mnemonic, Matrix), Christinę Hendricks (Mad Men, Drive), Jenę Malone (Wszystko za życie, Wada ukryta) , Abbey Lee (Mad Max: Na drodze gniewu, Bogowie Egiptu), and Bellę Heathcoate (Not Fade Away, Mroczne cienie).

Śledzimy historię wschodzącej modelki, która przeprowadza się do Los Angeles, gdzie jej młodość i witalność zostają skonsumowane przez grupę kobiet ogarniętych obsesją posiadania wszystkiego co ma.

Kompozytor muzyki do filmu, Cliff Martinez, powiedział kilka słów na temat swojej pracy w wywiadzie dla Thump (serwisu klubowego Vice): Sądzę, że Neon Demon jest w jakimś stopniu podobny do Drive. Elektroniczny soundtrack ma dużą rozpiętość i jest niemal w całości zagrany na syntezatorze. W wielu miejscach zostaje nawet wypchnięty naprzód bardziej, niż w Drive. Dostałem naprawdę znaczącą rolę w tym filmie, co mi pochlebia.

Martinez wyraził także swoją opinię o samym filmie, mówiąc: Opisujemy pierwszą połowę filmu jako melodramat w stylu Doliny lalek, a drugą jako Teksaską masakrę piłą mechaniczną. To nie jest konwencjonalny horror, ale najbliżej mu do horroru. Pierwsza połowa filmu wydaje się wręcz romantyczna, więc jest duż romantycznej muzyki. Ale potem wchodzi zimnokrwisty horror i to może naprawdę przyprawić o dreszcze.

Źródło: Thump

Poznajcie “Crumbs” – pierwszy postapokaliptyczny film z Etiopii!

crumbs_kadr1
Birdy na pustyni

Crumbs to nowy film hiszpańskiego reżysera Miguela Llansó, zamieszkałego na stałe w Addis Ababa, stolicy Etiopii, która szybko staje się jednym z liderów afrykańskiego przemysłu filmowego. Jest to pierwszy obraz nakręcony w konwencji postapokaliptycznego science-fiction, jaki został zrealizowany w tym kraju i jak można się domyślać, jest on totalnie wykręcony.

Crumbs zabiera nas w podróż po postapokaliptycznym świecie, której przewodnikami stają się piękna Candy (Selam Tesfaye) oraz jej partner Birdy (Daniel Tadesse Gagano), który zajmuje się na codzień przeszukiwaniem złomowisk, a jego największymi trofeami są album Michaela Jacksona i pamiątka z Michaelem Jordanem.

Zdeformowany Birdy żyje z jednej strony w stanie permanentnego snu, a z drugiej strachu przed otaczającą go rzeczywistością, ale gdy pewnego dnia zawieszony nad ziemią statek kosmiczny wprowadza w ruch starą maszynę kręglarską, decyduje się on na opuszczenie swojej kryjówki i wyrusza w długą podróż przez zniszczony krajobraz. W jej trakcie będzie musiał skonfrontować się z wiedźmami, czarnym Świętym Mikołajem, gangiem neonazistów, ale także z własnymi marzeniami.

Dziwny, surrealistyczny miks melodramatu, science-fiction i zaliczających ostatnimi czasy swoisty renesans, klimatów postapokaliptycznych, zrobił wielkie wrażenie na publiczności Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Rotterdamie, a prawa do jego amerykańskiej dystrybucji kupiła firma IndiePix.

crums_kadr2
Neonaziści nie odeszli wraz z końcem cywilizacji
crumbs_kadr3
Candy wpatruje się w tajemniczny statek kosmiczny

 

Źródło: Okeyafrica

Róża (2011)

????????

Niechęć do współczesnego kina polskiego spowodowała, że filmy najpopularniejszego obecnie rodzimego reżysera zaliczałem z opóźnieniem. Gdy na ekrany wchodził Dom zły, ja oglądałem Wesele, gdy krytycy zachwycali się Różą, ja poznawałem Dom zły, a gdy fani kina polskiego oglądali w kinach Drogówkę, ja w domowym zaciszu zapoznawałem się z Różą. I choć Wojtek Smarzowski ma już 50 lat, dopiero od niespełna dekady pokazuje swój kunszt w demaskatorskich filmach o złu, które zadomowiło się w Polsce.

Reżyser osiągnął rangę najwybitniejszego polskiego filmowca nowego wieku, co nie powinno dziwić ze względu na niezbyt wysoki poziom polskiej kinematografii. Doceniane są wszelkie próby wyjścia poza schemat, a filmy Wojtka, mimo obecnego w nich picia wódy i używania wulgaryzmów, są powiewem świeżości w polskim kinie. O tym, że filmy Smarzowskiego cechują się oryginalnością, można wywnioskować z jego listy nagród (Orły, Złote Lwy i inne), bo aby zauważyć w jego filmach mistrzowską reżyserię i wybitny scenariusz, trzeba mocno wytężyć wzrok.

Wesele to jak na debiut dojrzałe kino, w którym reżyser w groteskowej formie przedstawił polskie społeczeństwo, złożone z pijaków, głupców i hipokrytów. Natomiast Dom zły to mimo pozorów realizmu przerysowany i zakłamany obraz polskiej wsi w czasach PRL-u. A Róża, mimo typowych dla reżysera manieryzmów, to bardzo poruszający i prowokujący do przemyśleń melodramat rozgrywający się w końcowej fazie II wojny światowej, gdy Niemcy nie stanowili już władzy okupacyjnej w Polsce.

Aby zrozumieć ówczesną sytuację, należy cofnąć się do wieku XIX, kiedy mieszkańcy Mazur zostali poddani silnej germanizacji. To spowodowało, że z upływem lat trudno było ich odróżnić od Niemców. Gdy więc hitlerowcy przegrali wojnę, Mazurzy stali się ofiarami prześladowań zarówno Polaków, jak i Rosjan. Są różne rodzaje prześladowań – rabowanie, nękanie, bicie, upokarzanie, podkładanie ognia, rzucanie kamieniami w okna, ale Smarzowski upodobał sobie gwałty, o innych zbrodniach mówiąc niewiele. Sceny gwałtów filmuje w krótkich ujęciach, stosując szybkie cięcia, więc da się to oglądać bez większego bólu. Ale film i tak wywołuje silne emocje w odbiorcy.

Głównym bohaterem filmu jest Tadeusz, polski żołnierz, który widział gwałt i morderstwo dokonane na jego żonie. Zgorzkniały i zmęczony nie ma dokąd wracać po zakończeniu działań zbrojnych, gdyż stracił dom i bliskich. Trafia do posiadłości Róży z Mazur, wdowy po niemieckim oficerze. Szlachetny i waleczny jak John Wayne, Tadeusz pomoże kobiecie w walce z nowym systemem.

Rosjanie jako sojusznicy i przyjaciele Polaków mogli się czuć w kraju nad Wisłą, jak u siebie w domu i korzystali z tego przywileju, gwałcąc tutejsze kobiety, rabując gospodarstwa oraz na wiele innych sposobów nadużywając gościnności. Tadeusz najpierw rozminowuje tutejsze pola, a jakiś czas potem z determinacją i wściekłością, wypisaną na twarzy, bierze siekierę, by zarżnąć jednego z ruskich bandytów, nękających Różę. Jednym z powodów, dla których się tak angażuje i naraża jest miłość, a jak wiadomo miłość bywa ślepa.

Na ekranie nie ma napisów wyjaśniających kiedy i gdzie rozgrywa się akcja filmu. Miejsce i czas wydarzeń nie są jednak ważne, bo przemoc i gwałty nie są wyłącznie domeną II wojny światowej. Opowieść o dramatycznych losach Tadeusza i Róży równie dobrze mogłaby się rozgrywać na Dzikim Zachodzie, pod koniec wojny secesyjnej. Smarzowski nie próbuje się bawić w historyka i nie opowiada wydarzeń, które można odnaleźć w podręczniku do historii. Jego film to uniwersalna opowieść, w której przedstawiono zarówno jasną, jak i ciemną stronę ludzkiej osobowości. Nie brakuje tu spokojnych, lirycznych fragmentów, które reżyser potrafi bez żadnych subtelności przerwać, by pokazać drugą stronę medalu, na której są rysy, brud i plamy.

Trudno nie wspomnieć o wyśmienitej grze aktorskiej. Marcin Dorociński swoją osobowością uwiarygadnia nieskazitelną postać polskiego żołnierza, zakochanego lecz rozczarowanego ludzkim okrucieństwem i nikczemnością. Scenarzysta Michał Szczerbic (pamiętny z cieszącego się złą sławą Wiedźmina) daje Tadeuszowi wiele powodów do płaczu, bo jakby mało miał problemów z prześladowcami, dochodzi do tego jeszcze ciężka choroba ukochanej.

Agata Kulesza w tytułowej roli także daje popis wysokiej klasy aktorstwa. Od stopniowo narastającej nadziei, że znalazła oparcie i miłość, do szybko nasilającej się rozpaczy i przekonania, że zamiast szczęścia spotka tylko śmierć. To postać, którą trudno polubić – wielokrotnie zhańbionej Róży można albo współczuć albo życzyć jej śmierci, która w takiej sytuacji może być tylko wybawieniem. Zarówno Kulesza jak i Dorociński przekonująco i bez fałszu odegrali swoje role, przyczyniając się w dużej mierze do artystycznego sukcesu filmu.

Róża to interesujący przykład kina ekstremalnego, nastawionego na szokowanie i wywoływanie emocji. Film odsłania przed widzami grzechy i ułomności jakimi przepełniony jest człowiek, który na wojnie przekonał się, że przemoc to jedyny sposób na osiągnięcie pełnej satysfakcji. Ale na przykładzie Tadeusza reżyser pokazuje, że mimo bolesnych przeżyć można zachować człowieczeństwo, a przemoc może służyć dobru i sprawiedliwości.

Smarzowski ma jednak skłonność do wypełniania ekranu niepotrzebnymi kadrami i w Róży znajdziemy np. sekwencje ginekologiczne lub też absurdalną scenę, w której ułożone w rządku kobiety są gwałcone jednocześnie – nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Róża nie jest osiągnięciem wybitnym, ale co najwyżej bardzo dobrym, nie pozbawionym drobnych mankamentów dramatem łączącym miłosną opowieść z wojenno-historycznym tłem. Film o tym, że życie jest polem minowym, gdzie jeden zły ruch spowoduje śmierć, a także o tym, że nawet najpiękniejsze kwiaty (takie jak róże) w końcu więdną i umierają.

Mariusz Czernic

 

Oryginalny tytuł: Róża
Produkcja: Polska, 2011
Dystrybucja w Polsce: Monolith Video
Ocena MGV: 4/5

Olbrzym (1956)


Ranczo w słonecznym Teksasie, kowboje pracujący przy hodowli bydła, przejażdżki konne, pociąg przybywający do miasteczka i muzyka Dimitri Tiomkina – wszystkie te elementy obecne w filmie kojarzą się z westernem. Jednak już na początku, kiedy główny bohater przesiada się z pociągu do samochodu, domyślamy się, że to nie jest typowy western – akcja toczy się w pierwszej połowie XX wieku. W rzeczywistości film okazuje się epickim freskiem, w którym znalazły się elementy westernu, melodramatu i sagi rodzinnej.

Film można podzielić na trzy części. Pierwsza opowiada o spotkaniu dwóch różnych osobowości, Leslie Lynnton z Waszyngtonu i Bicka Benedicta z Teksasu oraz ich próbach ułożenia sobie życia na ranczu. W drugiej części mają już dzieci, którym próbują zapewnić przyszłość – jednak dzieci, kiedy są już dorosłe, mają inne plany. Musi więc dojść do konfliktów. Ważnym wątkiem  są także  losy  nielubianego i samotnego kowboja, Jetta Rinka.

Najciekawsza jest jednak część trzecia, zaczynająca się kiedy syn Bicka – Jordy, poślubia Meksykankę. Od tego momentu film trzyma wysoki poziom aż do końca czyli do ostatniej rozmowy Elizabeth Taylor z Rockiem Hudsonem, która świetnie podsumowuje cały film. Dla tych końcowych momentów warto go obejrzeć do końca.

W jednej ze scen Jett Rink mówi, że wielkie ranczo Reata to ziemia, którą rodzina Benedictów ukradła Meksykanom. To wydaje się bardzo prawdopodobne – przecież cały Teksas należał kiedyś do Meksyku, nie wspominając już o tym, że wcześniej należał do Indian. W związku z tym reżyser George Stevens nie pominął problematyki rasowej, a konkretnie problemu dyskryminacji Latynosów. Bo mimo że Teksas w XX wieku nie przypominał dawnego Dzikiego Zachodu, to niektóre rasistowskie zwyczaje przetrwały bardzo długo. Czasy może się zmieniły, ale ludzie już niekoniecznie.

Ludzie wychowani w rodzinach z żelaznymi zasadami, przestrzeganymi przez kilka pokoleń, są przywiązani do wartości rodzinnych. Przekazują je swoim dzieciom i z wielkim trudem akceptują nowe podejście do życia czy ludzi – trudno im przychodzi akceptacja tezy o równości ras. I właśnie ten temat jest w tym filmie najciekawszy – lepiej przedstawiony niż wątek siostry Bicka, żałosny żywot Jetta Rinka, flirtowanie Jetta z córką Bicka czy epizod Sala Mineo w roli młodzieńca idącego na wojnę.

Jak sugeruje tytuł wszystko w tym filmie jest olbrzymie. Ranczo, na którym rozgrywa się akcja ma ponad pół miliona akrów. Olbrzymem jest Bick Benedict, właściciel rancza, który z trzymającego się wiernie tradycji rodzinnej, uprzedzonego do Meksykanów człowieka  zmienia się wewnętrznie – pod wpływem żony i syna staje się lepszym człowiekiem.

Olbrzymem jest także  niepozorny kowboj, Jett Rink, który szybko staje się naftowym milionerem. Olbrzymi jest czas trwania filmu (około 200 minut), jak również rozpiętość w czasie – akcja toczy się na przestrzeni około 30 lat (dokładnie nie jest to sprecyzowane w filmie). Sukces kasowy także był olbrzymi, jak również budżet filmu oraz ilość nominacji do Oscarów.

Mimo że trójka aktorów zdobyła nominacje do Nagród Akademii, to mnie ich aktorstwo nie zachwyciło. Mercedes McCambridge zdobyła nominację, mimo że występuje na ekranie przez niecałe pół godziny czyli zaledwie jedną siódmą całego filmu. James Dean w swojej najlepszej scenie „pijanego monologu” został prawdopodobnie zdubbingowany – w ostatniej fazie zdjęć do filmu zginął w wypadku samochodowym i nie zdążył nagrać postsynchronów.

W dodatku Dean, mimo że gra tragiczną postać outsidera, wygląda komicznie, kiedy udaje starca i ma na sobie koszmarną charakteryzację. Rock Hudson zawsze grał tak samo czyli kiepsko, ale rola w Olbrzymie należy do najlepszych w jego karierze. Elizabeth Taylor gra poniżej swoich możliwości – moim zdaniem lepiej wypadła Carroll Baker w roli jej córki. Ciekawostką jest przy tym fakt, że Liz Taylor jest rok młodsza od swojej filmowej córki, Karoliny Piekarskiej (aktorki polskiego pochodzenia, znanej w USA jako Carroll Baker Poza tymi pierwszoplanowymi kreacjami warto także zwrócić uwagę na znakomitą rolę drugoplanową Dennisa Hoppera, który w filmie gra Jordana Benedicta III.

Mariusz Czernic

 

Oryginalny tytuł: Giant
Produkcja: USA, 1956
Dystrybucja w Polsce: Galapagos Films
Ocena MGV: 4/5