Archiwa tagu: Michael Madsen

Droga „Wściekłych psów” do kanonu zaczęła się od bolesnej krytyki!

Wściekłe psy Quentina Tarantino pojawiły się po raz pierwszy na ekranie 21 stycznia 1992 na Festiwalu Sundance, by z miejsca wywołać kontrowersje w niezależnym światku filmowym, od połowy lat ’80 nabierającym siły dzięki inicjatywom prężnego Sundance Institute, którego współzałożycielem był m.in. Robert Redford.

Można powiedzieć, że Tarantino miał na starcie dużo szczęścia, bo jego 80-stronnicowy scenariusz, napisany głównie w wypożyczalni kaset VHS, przekazany producentowi i aktorowi Lawrence’owi Benderowi, trafił do żony jego nauczyciela aktorstwa… która była przypadkowo znajomą Harveya Keitela.

Keitel uznał materiał za wybuchowy, wspominając nawet w jednym z wywiadów, że „tak dobrze napisane charaktery widział po raz pierwszy od lat ’70”, co dało możliwość Benderowi na podpisanie kontraktu z małą wytwórnią Live Home Video, która ostatecznie sfinansowała projekt na sumę $1,2 mln dzięki wstawiennictwu samego Monte Hellmana (Two-Lane Blacktop), który stał się nieoficjalnym rzecznikiem filmu.

Scena ucinania ucha

To pozwoliło na casting w Nowym Jorku, gdzie zatrudniono Steve’a Buscemiego i Tima Rotha, do których dołączyli później Michael Madsen, Chris Penn oraz Lawrence Tierney (do filmu przesłuchiwano jednak wielu innych znanych aktorów).

Film znalazał się w fazie preprodukcji w połowie 1991, kiedy reżyser doszlifował swój materiał w ramach dwutygodniowego Director’s Lab, sztandarowego projektu Sundance Institute, pozwalającego młodym twórcom na pracę pod okiem największych mistrzów kina.

To tam Wściekłe psy nabrały kolorów pod okiem Monte Hellmana, Terry’ego Gilliama, a także Stephena Goldblatta (operatora The Cotton Club, Zabójczej broni czy Bliżej), który kazał nowicjuszowi pociąć wszystkie długie ujęcia (reżyser był w tym punkcie pod wpływem Godarda).

quentin-tarantino-and-steve-buscemi-1991-lab
Quentin Tarantino i Steve Buscemi w trakcie Director’s Lab / czerwiec 1991

Kilka tygodni później film był już w trakcie kręcenia, a jego scenariusz robił furorę wśród niezależniaków takich jak Allison Anders, z którą 3 lata później Tarantino zrealizował Cztery pokoje.

Pokazany w Sundance, obraz wywołał jednak szok i niedowierzenie graniczące z potępieniem, co zgrabnie tłumaczy Peter Biskind w swojej książce Down and Dirty Pictures:

Oglądanie gości ze spluwami było grzeszną przyjemnością w Sundance, raczej też rzadką. Kierownictwo festiwalu bez końca dyskutowało o tym, czy filmy gatunkowe mogą być też filmami artystycznymi. Psy zgrabnie odzwierciedlały ten dylemat. Był to w dużym stopniu film gatunkowy i jednocześnie jego zaprzeczenie. Celowo napisany pod tanią produkcję, z akcją dostosowaną do budżetu.

Psy to przykład estetyki minimalnej, film rabunkowy bez rabunku, tylko wydarzenia przed i po. Psy to wyłącznie przedakcja, dużo dialogów i kilka miejsc. Koncept jest konwencjonalny, ale już nie wykonanie czy skoki czasowe, zawadiackie przemieszanie płaszczyzny literackiej z uliczną – gangsterzy omawiający stylowe wątki kultury popularnej niczym absolwenci uniwersytetów – podbite bezwzględnym, drapieżnym kopniakiem.

Szok festiwalowej publiczności był efektem scen takich jak słynne obcinanie ucha w takt Stuck In The Middle With You Stealer’s Wheel, czy krwawej rzezi podczas ucieczki gangsterów przed policją.

W efekcie film został obwołany „społecznie nieodpowiedzialnym” (sic!), ale Tarantino nie ustąpił nawet na milimetr, by na pytanie dziennikarza „jak usprawiedliwia przemoc w swoim filmie?” odpowiedzieć: Nie wiem jak ty, ale ja kocham drapieżne filmy. Mnie obraża to gówno z Merchant-Ivory. Przemoc jest jedną z najpiękniejszych spraw w filmie. Edison wynalazł kamerę, by filmować przemoc, ok?

Tarantino omawia film

To odstraszyło wszystkich potencjalnych dystrybutorów (początkowo nikt nie kupił filmu) i sprawiło, że Wściekłe psy nie dostały ani jednej nagrody na Sundance, choć talent reżysera i świeżość jego dzieła były bezsprzeczne dla prawdziwych miłośników kina.

Tarantino miał się także długo użerać o drastyczność słynnej sceny z Harveyem Weinsteinem z Miramax, który po wielu dyskusjach ostatecznie kupił jego dzieło i zabrał je do Cannes, gdzie film stał się europejską sensacją… a reszta jest historią!

Conradino Beb

Nienawistna ósemka (2015)

the_hateful_eight_2015_poster

Należę do oddanych fanów Tarantino, co oznacza iż nie pozostaję ślepy na mniej spektakularne momenty w jego karierze, które zdarzają się wtedy, gdy artysta zbytnio popuszcza wodze fantazji i traci samodyscyplinę na rzecz kompulsywnego mrugania okiem, hołdowania osobistym legendom, budowania swoistego gabinetu luster.

Tak było w przypadku Death Proof, Jackie Brown oraz mało przekonującego Django Unchained, ale Nienawistna ósemka znacznie więcej ma wspólnego z jego największymi dokonaniami: Wściekłymi psami, Pulp Fiction i Bękartami wojny. To film w pełni tarantinowski w tym sensie, że tworzy spójną całość, której nie da się rozbić na części składowe.

Już pierwsza scena, w której szerokie ujęcie odsłania śnieżny pejzaż Wyoming zwieńczony figurą ukrzyżowanego Jezusa (ciosanego pewnie siekierą), a w tle zaczyna przygrywać przepiękna muzyka Ennia Morricone porażająca zmysły głębokim basem, sugeruje że będziemy mieli do czynienia ze swoistym dramatem pierwotnych instynktów. Zimowy western po obu stronach oceanu zawsze podkreślał przecież ostateczną tragedię jednostki ludzkiej, brak nadziei, nieuchronność śmierci.

Ale Tarantino nie byłby sobą, gdyby klasycznej formy nie potraktował jedynie jako punktu wyjścia, jako fasady pozwalającej widzowi oswoić się z tym co ogląda i faktycznie „westernu” w Nienawistnej ósemce jest tyle, co w McCabie i pani Miller, czyli nie ma go w ogóle. Dzikość i bezprawie pogranicza nie są tu pretekstem do kolejnej restauracji gatunku, ale zostają wykorzystane do stworzenia autorskiego thrillera, który więcej ma wspólnego z giallo, niż z filmami Johna Forda.

I tak oto spotkanie na mroźnym szlaku dwóch łowców nagród, majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) oraz Johna Rutha (Kurt Russell), który transportuje do pobliskiego Red Rock groźną bandytkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), skutkuje tymczasowym aliansem pomiędzy obydwoma mężczyznami, mającym zaspokoić sprawiedliwość przy zachowaniu maksymalnego bezpieczeństwa – kobieta musi zawisnąć, bo kula w łeb nie jest dla niej wystarczającą karą!

Problem w tym, że śnieżyca nie pozwala na szybką podróż i dyliżans musi zatrzymać się w pobliskiej faktorii należącej do Minnie Mink i Słodkiego Dave’a. Po dotarciu na miejsce okazuje się jednak, że dwójka właścicieli opuściła na pewien czas swój interes, by jak twierdzi grubo otulony w futro Bob, odwiedzić matkę Minnie na północy stanu. W środku tymczasem czeka trójka gości, wśród których znajdują się były generał wojsk Konfederacji, Sandy Smithers (Bruce Dern), oraz dwóch innych jegomości: kat Oswaldo Mobray (Tim Roth) i kowboj Joe Gage (Michael Madsen).

Tak oto rozpoczyna się dramat, zamknięty niczym grecka tragedia w czterech ścianach, którego przebieg łatwo przewidzieć i jedyne pytanie, które dręczy widza, to kto pozostanie przy życiu? Teatralna forma przyjęta przez Tarantino sprawia, że akcja zostaje sprowadzona do stopniowania napięcia, które rośnie wraz z odsłanianiem kolejnych tajemnic, bo prawie nikt pod tym dachem nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje i niemożliwe ostatecznie okazuje się nie tylko możliwe, ale wręcz nieuniknione.

Reżyser dzieli film na pięć aktów, z których każdy kolejny w coraz większym stopniu pozwala zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje. Cukierek, walający się w jednej z pierwszych scen po podłodze, na pewno ma jakieś znaczenie, ale jeśli chcemy poznać prawdę, musimy się uzbroić w cierpliwość i przetrwać fantastyczną orgię krwi, która miejscami wygląda jak wyjęta z Cannibal Holocaust albo Domu przy cmentarzu. Efekty gore są jednak idealnie wyważone, dając filmowi konkretnego pazura, kiedy długie dialogi idą wreszcie w odstawkę!

Czy Tarantino nie przeciąga jednak wcześniej struny? Można psioczyć na dłużyzny, gierki i wątki detektywistyczne, ale ostatecznie tworzą one podłoże, na którym rozgrywa się ten zimowy dramat. Bez nich nie mielibyśmy też popisów aktorskich idealnie dobranej obsady, która swoje postaci odsłania głównie w dialogach tj. brawurowa manipulacja prowadzona przez majora Warrena wobec generała Smithersa z fleszami. Te zdecydowanie można umieścić w rejonie kina eksploatacji.

Innym pięknym zagraniem jest domniemany list od Abrahama Lincolna do majora, o który dopytuje szeryf Chris Mannings (Walton Goggins), by później przypuścić atak na jego autentyczność. List ten staje się również w końcówce symbolem pogranicza, gdzie nic nie jest tym, za co uchodzi, a kłamstwo nie ma większej wartości od prawdy w obliczu czynów, które definiują człowieka walczącego przede wszystkim o przetrwanie, a dopiero potem o sprawiedliwość.

Mimo tego pozostaje oczywiście miejsce na krytykę, której można by próbować na kilku frontach. Czy Tarantino przypadkiem nie zaczął kopiować rozwiązań znanych ze swoich największych dzieł? Znowu pojawia się nakładanie na siebie tych samych scen z różnych punktów widzenia, ponownie widzimy też mechanizmy alienujące. Czy reżyser nie zawiesił się przypadkiem na opowiadaniu historii, która sens ma tylko w swoim własnym świecie? Treść filmu jest przecież całkowicie podporządkowana stylowi.

Czy nie zaczyna mu przypadkiem umykać humor i bezpretensjonalność? Jego filmy robią się mniej zabawne, a coraz bardziej polityczne, choć nie w sensie sprzedawania jakiejś określonej ideologii, tylko w tworzeniu osobistej mitologii. W końcu zaś, czy nie za bardzo polega Tarantino na talencie Samuela L. Jacksona, który bezsprzecznie utalentowany, dostał w Nienawistnej ósemce wszystkie najlepsze kąski w scenariuszu, ograniczając potencjalnie interesujące historie innych? Jakkolwiek byśmy nie chcieli jednak spojrzeć na nowe dzieło Tarantino, jest to film absolutnie fascynujący!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Hateful Eight
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Forum Film Poland
Ocena MGV: 4/5

Hell Ride (2008)

hell_ride_2008

Nie dziwi zupełnie, że Quentin Tarantino od dłuższego czasu rzuca cień na wiele produkcji spod znaku odrodzenia eksploatacji. Człowiek kocha ten sam materiał, co wielu z nas i chciałby widzieć go z powrotem na scenie. I choć skredytowany jedynie jako producent wykonawczy Hell Ride – współczesnej próby przywrócenia do łask filmu motocyklowego (kto w ogóle przypuszczał, że ten specyficzny podgatunek w ogóle wróci?) – podobno zrobił dla niego nieco więcej.

A gdzie QT wepchnie swoje trzy grosze, tam interes dobrze się kręci, tyle że nie zawsze przekłada się to na jakość produktu (odgrzebcie kilka innych filmów z QT jako producentem). Mimo wszystko, Hell Ride pokazuje współczesnemu odbiorcy niszowe zjawisko filmowe, które przez ponad dekadę było w zasadzie nieobecne na ekranie. Co na to fani oryginałów? Ciężko powiedzieć, gdyż ja sam wynudziłem się na tym filmie niemiłosiernie cierpiąc przez ogólny brak koncepcji.

Hell Ride jest niestety produktem wyjątkowo kiepskim – jakiejkolwiek miary byśmy nie użyli – intryga jest żadna, aktorstwo rozwodnione, a okazjonalne, półnagie panienki czy nadużywanie scen przemocy nie zapychają dziur w serze. Czy film ma więc w ogóle jakieś atuty? Tak, parę, a najsilniejszym z nich jest obsada z Michaelem Madsenem (niezapomniara rola we Wściekłych psach), Dennisem Hopperem (odgrywającym hołd dla The Glory Stompers), Vinniem Jonesem (cockneyowskim bandziorem z Lock, Stock and Two Smoking Barrels), a nawet Davidem Carradinem, który dostał w filmie epizodyczną rolę.

Wszyskich prowadzi sam Larry Bishop – oryginalny członek obsady kultowego filmidła motocyklowego Savage Seven (1968) – który jest również reżyserem filmu. Wszyscy ci doskonali aktorzy wcielili się w role wściekłych, szczających ci na twarz motocyklistów z dwóch rywalizującyh klubów: The Victors oraz The 666ers. Duży potencjał doskonałej obsady zostaje jednak zmarnowany przez scenariusz i reżyserię. Co za wtopa, ludzie! Całe więc szczęście, że film został podpompowany przez kilka klasycznych tune’ów legendarnego bandu Davie Allan & The Arrows (QT umieścił też jeden kawałek w Bękartach wojny), które doskonale spełniają swoją robotę. Biker sound, oh yeah!!!

Jednak nawet muzyka nie pomaga całości. Ekspozycja charakterów i klubów poprzez często używane dzisiaj w kinie nieruchome ujęcia z tagami jest fatalna. Czasem działa, a czasem nie, ale tutaj się nie sprawdza. Innym nonsensownym pomysłem jest ciągnięcie widza przez serię nic nie wnoszących epizodów, które ani nie są chwytliwe, ani śmieszne, choć czasem zawierają nagie babki, ale najczęściej leje się w nich po prostu krew.

Sam szczyt łamie się jednak pod absurdalną koncepcją wymieszania motocyklowych antybohaterów z biznesmenami. Sama intryga też zbytnio nie świeci i nie pomagają jej ozdobniki w stylu tripu pejotlowego Pistolera (Larry Bishop), który w zasadzie oznacza kilka dodatkowych minut potwornie nudnych scen. Niektóre charaktery zostają do tego zabite przy dialogach tak głupich, że żyć się odechciewa. A do tego reżyser męczy nas ciągłymi flashbackami, zwalniającymi akcję… która została oparta na równie wymęczonym scenariuszu zemsty.

Najlepszym momentem całego filmu – och, dziękować, dziękować – jest pojawienie się Eddie’go Zero (Dennis Hopper), który rzuca kilka psychotycznych tekstów z wyjątkowo groźną miną i nagle zaczyna świecić słońce! Jeden z najlepszych surfowych kawałków Davie’ego Allana: The Rebel (Without A Cause), zostaje odpalony gdy Eddie wskakuje na swój stary motor, co naprawdę podnosi walory sceny. To samo tyczy się Vinnie’go Jonesa, odgrywającego scenę w kurniku/domku klubowym (czymś w tym stylu).

Hell Ride kładą także sceny jazdy chopperami, które wyglądają koszmarnie, jeśli postawić je obok fantastycznych zdjęć drogowych z The Hells Angels 69 czy Aniołów piekieł na kołach. Kto więc powinien obejrzeć ten film? Jedynie absolutni maniacy gatunku motocyklowego, kompletyści, friki eksploatacji, którzy niczego się nie boją. Widzieli oni zwykle tyle gówna, że jeszcze trochę na pewno nie zaszkodzi. Z drugiej strony film polecić można także fanom Dennisa Hoppera, którzy chcieliby obejrzeć legendę kontrkultury w jednej z ostatnich ról przed śmiercią, a do tego na motorze… i palącego jointy. W innym wypadku trzymajcie się z daleka od tego straszydła!

Conradino Beb

 

Oryginalny tutuł: Hell Ride
Produkcja: USA, 2008
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 2/5