Archiwa tagu: moda retro

W oku tygrysa, czyli klimaty synthwave we współczesnych ścieżkach dźwiękowych

Lata 80-te nadal w modzie (spójrzmy na Drive, Kung Fury czy Stranger Things), ale w stronę ejtisów tęsknie spoglądamy nie od roku czy dwóch, tylko niemal od dekady. Nasza kultura w ogóle chętnie zerka do tyłu, z różnych względów i przy różnych okazjach – a to na lata 70-te, a to 90-te czy zupełnie wstecz (odwołania do kina noir są np. nieustannie obecne w kinie), jednak to estetyka czasów Karate Kid zdaje się obecnie nurtem szczególnie silnym.

Prawdopodobnie wszelkie retro znajdzie swoich odbiorców, bo retro zabiera nas stąd – z twardego, opresyjnego TERAZ – ku pięknym krainom TAM, GDZIEŚ, KIEDYŚ. Wywołuje przyjemną melancholię czy rozmarzenie. Twórcom pozwala też korzystać ze sprawdzonych wzorców, stając się w miarę bezpiecznym rozwiązaniem. Poza tym ułatwia dobrą sprzedaż, daje szansę na łatkę kultowości i erudycji.

Nie inaczej działają ejtisy, aczkolwiek ich witalność ciężko obecnie porównać z czymkolwiek innym. Lata 80-te to różne style, różne gatunki i zjawiska, ale najlepiej pamiętamy je za rzeczy proste. W kinie owa dekada to zarówno mroczne produkcje Johna Carpentera, jak i wesołe przygodówki w stylu Goonies. To i krwawy Robocop, i rubaszna Akademia policyjna.

Ejtisy miały też swój mrok, przemoc i poczucie zagrożenia, ale unikały przekombinowania. Łatwo streścić fabułę filmu z lat 80-tych. Pozostawały zrozumiałe nawet wtedy, gdy oglądałeś dany tytuł z niemieckim dubbingiem. Łatwo wyodrębnić w nim pozytywnych bohaterów.

Na pewno były to obrazy energetyczne – taki Kickboxer, Rambo czy Dirty Dancing przede wszystkim pobudzały. Sprawiały, że chciało się wzuć białe adidasy i obiec w nich kulę ziemską, nucąc Time Of My Life lub Fight For Love, czy jakikolwiek inny kawałek, który pozwoli, by krew płynęła szybciej.

Time Of My Life (Dirty Dancing)

Pomijamy tu oczywiście pozycje w stylu Nagiego lunchu, trzymając się głównego nurtu, który stanowił główny składnik nawozu dla młodocianej świadomości wielu z nas. Naczelnym przesłaniem ejtisów było: działaj, próbuj, idź do przodu. Oblatuj śmigłowce, wygrywaj turnieje, podrywaj blondynki i eksterminuj narkotykowe gangi. Nieważne, ile krwi, potu i wyrzeczeń będzie cię to kosztowało – rób swoje!

W latach 90-tych postmodernizm namieszał i wszystko stanęło na głowie. Plugawe zło i zbrodnia zalały ekrany! Tarantino ruszył ze swoją kawalkadą szemranych typów; Schwarzenegger zaszedł w ciążę, a Steven Seagal dał się wypchnąć z samolotu w dwudziestej minucie filmu – zabili go i nie uciekł! Potem kino stopniowo zaczęło gubić lekkość i szlachetną prostotę, by w końcu utknąć w sklepie z zabawkami powodującymi epilepsję i raka (Transformersy, Piraci z Karaibów i legion innych).

Być może dlatego lata 80- te „wracają” ostatnio naprawdę namiętnie, zewsząd i w dużej ilości. Twórcy mody, filmu, muzyki czy grafiki znów korzystają z patentów sprzed 40 lat. Mało tego, być może nawet ich nadużywają, jakby chcieli tę cytrynę wycisnąć do ostatniej kropli.

W muzyce zaroiło się od zespołów nawiązujących do Depeche Mode, New Order czy Pet Shop Boys. Na ulicach od ludzi ubranych tak, jakby właśnie opuścili plan Powrotu do przyszłości (tyle że mężczyźni zdążyli zapuścić wcześniej brody).

Nie bez znaczenia jest tu wpływ francuskiej sceny house, która z radością zaczęła żenić swoje tradycyjne brzmienie z wpływami muzyki lat 80-tych. To stamtąd trafił do głównego nurtu jeden z bohaterów tego tekstu – Kavinsky. Na modę zareagowało kino. Obrodziło tytułami z oldskulowym sznytem.

A że pojawiły się ejtisowe filmy, to muzyka do nich także musiała stać się retro. Jest to o tyle istotne, że filmowy ejtis – bardziej niż np. twór wzorowany na stylu kręcenia lat 70-tych – wymaga dopełnienia w postaci takiegoż soundtracku. Bo retro electro to dwa w jednym; aktywacja wzroku i słuchu, która umożliwia włączenie odbiorcy w tryb przyjemnej nostalgii.

Umówmy się, każdy filmowy ejtis musi być jak teledysk. Obraz i dźwięk muszą wytworzyć pewien szczególny nastrój, który odbiorca łatwo zdekoduje: rozpozna nawiązania, a jego świadomość przyjmie ten miks jako przyjazny i kojący. Możesz w owym dziele wykreślać dialogi, możesz uprościć fabułę, ale audio-wizualna otoczka ma wgryzać się w korę mózgową jak critter.

To nie musi być głębokie, ale zmysłowe i estetyczne, owszem. Poza tym senne i marzycielskie. Eskapizm i nostalgia jako podwójne uderzenie wprost w serce. Chwyty na granicy kiczu są dopuszczalne – ważne, żeby uwieść i porwać odbiorcę. Okazuje się, że połączenie ejtisowych obrazów z ejtisową muzyką potrafi przyciągać widzów i słuchaczy, jak dyskoteka Travoltę w Gorączce sobotniej nocy.

Perturbator – Technoir (feat. Noir Deco)

Youtube pęcznieje od klipów w klimacie synthwave. Kanały takie jak New Retro Wave zapewnią wam uderzeniową dawkę ejtisów. To nieoficjalne klipy do klasyków filmowych (choćby Terminator czy Robocop), gier komputerowych czy dzikie kolaże, łączące wszystkie smaki dekady – często towarzyszą im efekty świadczące o fascynacji technologią VHS czy maszynami marki Atari lub Commodore.

Niekiedy zamiast klipów oczy cieszy jakaś soczysta grafika z odpowiednio nasyconymi kolorami i błyszczącymi literami tytułu. Auta, plaże, piękne kobiety w bikini, silni mężczyźni na tle groźnie wyglądających miast; cyborgi, palmy, neony i wielkie gnaty; sam miód z pasieki lat 80-tych. Barokowa kaskada i zestaw cukierków w opakowaniach, które zaprojektowano bez cienia przypadku.

Timecop 1983, Com Truise, Perturbator czy Night Runner, Carpenter Brut i paru innych, to już uznani twórcy gatunku, którzy zbudowali swoje kariery na czerpaniu z wiadomej estetyki. Dla wygody nazwijmy ich neoejtisowcami. Podgryzają i wyszarpują swoje od klasyków lat 80-tych. Od gwiazd popu i dance po twórców muzyki do gier i klasyków soundtracku: Johna Carpentera, Brada Fiedela, Tangerine Dream, Jana Hammera, Harolda Faltermeyera, Vangelisa i wielu innych.

Neoejtisowcy nie tylko nie ukrywają, skąd czerpią inspirację, oni nią epatują. Bryzgają retro electro klimatem, zapożyczając się nierzadko u paru klasyków naraz. Chcą być kojarzeni z tym nurtem, a o przynależności do niego świadczą nazwy tytułów na płytach, krój pisma na okładkach i każdy element, z pomocą którego można podkreślić swoją przynależność.

Mitch Murder – Telefuture Theme

Mamy tu wiele smaków, jak w lodziarni. Kawałki zwiewne (Mitch Murder) i te z tłustszym bitem (Perturbator); bardziej romantic (Timecop1983) i ciążące w stronę mroku (GosT, który jest fanem metalu). Wielu neoejtisowców nagrywa ścieżkę dźwiękową do naszego wyobrażenia/wspomnienia o latach 80-tych, miksując wszystko ze wszystkim i bardziej dbając raczej o klimat całości niż oryginalność czy wymuskaną produkcję.

Otrzymujemy glitch, impresję i przyczynek do wspomnień na temat cudownego lata czy magicznego seansu z czasów, kiedy królowały radiomagnetofony. Twórcy ci zazwyczaj nie pracują przy tworzeniu profesjonalnych soundtracków do dużych produkcji. Zdarza się, że użyczają niekiedy gotowego kawałka do jakiegoś filmu, o czym będzie zresztą poniżej.

My jednak zajmijmy się pełnoprawnymi ilustracjami, które są współczesną egzemplifikacją synthwave. Weźmiemy pod uwagę zarówno muzykę ilustracyjną, jak i utwory śpiewane. Uwzględnimy i nowe kawałki, które tylko nawiązują do ejtisów, jak i stare, użyte jako składowa część współczesnych filmów.

Przyjmijmy, że interesująca nas ścieżka dźwiękowa musi wyraźnie nawiązywać do retro electro i wzbogacać względnie nowy tytuł. Nie oceniamy brzmienia muzyki na płycie, lecz jej funkcjonalność do spółki z obrazem – w myśl zasady “dwa w jednym” daje wyrób ejtisowy.

Szczególnie zwróciłbym tu uwagę na Johna Carpentera – pozostając reżyserem wielu świetnych, ikonicznych wręcz filmów, przeważnie pisał też do nich muzykę. W efekcie jest on dziś cytowany, miksowany i uwielbiany przez wielu twórców… w jakimś sensie to on właśnie stał się papieżem syntezatorowego retro!

Eksplozja ejtisów zaczęła się od filmu Drive Nicolasa Windinga Refna z 2011 roku, jednak coś wisiało w powietrzu już wcześniej. Rok przed owym boomem strzelali na ekranie Niezniszczalni, a po ekranach od lat kręcili się bohaterowie przeszczepieni z lat 80-tych – a to w remake’ach, a to kontynuacjach (Indiana Jones, Rambo, Freddy Krueger, Terminator i inni).

Tron Dziedzictwo (Soundtrack)

Pojawił się też obraz Tron: Dziedzictwo – sequel przeboju z 1983 roku. Istotną rolę w kontynuacji odegrała muzyka. Stworzyli ją członkowie grupy Daft Punk wraz z 80-osobową orkiestrą, łącząc ilustrację symfoniczną i elektroniczną. Wyszedł im specyficzny misz- masz, który w wielu miejscach zahaczał o stylistykę retro electro.

Francuski duet nawiązywał do brzmienia Jeana Michaela Jarre’a czy Kraftwerk, ale wpływy te zostały przygniecione ciężarem orkiestry, walcującej całość w dość klasyczne brzmienie muzyki filmowej. Płyta okazała się sukcesem.

W tym samym roku na ekrany zawitał The Social Network Davida Finchera. Obraz o powstaniu Facebooka zilustrowano brzmieniem jak z thrillera, o co zadbał Trent Reznor, na co dzień władający kultową formacją Nine Inch Nails, i niejaki Atticus Ross. Ambientowe plamy i industrialne trzaski spotkały się z dźwiękami rodem z 8-bitowych gier.

Nawiązania do ejtisów były oczywiste, ale nie stanowiły dominanty na albumie. Soundtrack wyróżniał się i udowadniał, że nie potrzebujesz wielkiej orkiestry dmącej w rogi, żeby zaciekawić widza/słuchacza. Film był przebojem, a muzyka Reznora zgarnęła Oscara. Z pewnością to unaoczniło widzom na całym świecie, że igraszki z ejtisami są teraz w dobrym tonie i to na wagę złota.

Trent Reznor And Atticus Ross (Soundtrack do The Social Network)

Ale to Drive Nicolasa Windinga Refna (inspirowany kultowym Kierowcą Waltera Hilla) sprawił, że tamy puściły. Obraz o kierowcy-kaskaderze prowadzącym życie na krawędzi i uczuciu rodzącym się między nim, a jego sąsiadką, był jednocześnie romantyczny i brutalny. Film – z uproszczoną fabułą, małą ilością dialogów – postawił na klimat i niedopowiedzenia. Zabrał widzów na wieczorną przejażdżkę w stylu neo-noir i nasycił serią estetycznych obrazków.

A dla Ryana Goslinga stał się tym, czym kiedyś Top Gun dla Toma Cruise’a. Refn ma ten sam zmysł, co lata temu miał Tarantino (Pulp Fiction) czy Michael Mann (Gorączka). Chodzi o tę alchemiczną zdolność łączenia obrazów i dźwięków, których wynikiem jest zawładnięcie wyobraźnią widza. Film urzekł widownię, a tego, zdaje się, jej brakowało. Hipnotycznego zapomnienia. Wciągnięcia w historię przez oczy i uszy.

Nie udałoby się to jednak nigdy, gdyby nie ścieżka dźwiękowa. Jest ona prosta i oparta na elektronice. Zapomnijcie o przeładowanej orkiestracji, kotłach, kanonadzie dźwięków, jak u Hansa Zimmera czy Johna Williamsa, rażących bezlitośnie patosem i próbujących z ciebie wyciskać łzy, jak pan Endo informacje z Riggsa w Zabójczej broni.

Ścieżka z Drive to rzecz pożeniona z wieczornym nastrojem, prosta forma mająca indukować bogate emocjonalne reakcje. Większość utworów stanowią kompozycje Cliffa Martineza – czołowego obecnie dostawcy ambientu w kinie i byłego członka Red Hot Chili Peppers. Kompozytor i tym razem stawia na stonowane elektroniczne tło, gładko wprowadzając widza/słuchacza w świat pełen zagrożenia i napięcia.

Ale to nie on, lecz trzy electro popowe piosenki pociągnęły ten soundtrack w stronę ejtisów i kultowego statusu, jakim obecnie się cieszy. Z drugiej strony gdyby nie sugestywne obrazy filmowego Los Angeles, owe kawałki (zgrabne, ale nic ponadto) nie stałyby się takimi hitami, a ich wykonawcy nadal gnieździliby się w niszy.

Piosenki Under Your Spell Desire i Real Hero College to romantyczny electro pop. Nightcall Kavinskiego to podobna konwencja, choć w nieco mroczniejszej tonacji. Wszystkie one brzmią, jakby powstały w melancholijny wieczór pełen powolnego żucia gumy i wpatrywania się w plakat Sylvestra Stallone albo przejażdżki w deszczu po mieście pełnym neonów.

Kavinsky – Nightcall (Soundtrack do Drive)

Ejtisowo brzmi też instrumentalne Ticks of the Clock Chromatics – zespołu, którego cała twórczość również skłania do melancholijnych nocnych eskapad (ostatnio mignęli w trzecim sezonie Twin Peaks, grając samych siebie i prezentując kawałek Shadow).

Dodatkowo dostaliśmy utwór Oh My Love Ritza Ortolaniego (doskonały twórca soundtracków do włoskiego kina sprzed dekad). Jest to jedyna emocjonalnie rozbuchana kompozycja na płycie, całkowicie instrumentalna, z klasycznie użytym wokalem; ot, urozmaicenie, szczypta czegoś “innego”, która jednak świetnie uzupełnia całość.

Ponownie Refn udowodnił że kocha szperać w różnych dekadach kina i wie, jak korzystać z tego, co znajduje. Zresztą już we wcześniejszym Bronsonie pokazał, że jeśli kręcić scenę dyskoteki w psychiatryku, to tylko przy dźwiękach Pet Shop Boys. Drive rozpalił wyobraźnię widowni, ale nie zaspokoił głodu. Trzeba było więcej ejtisów – więcej obrazów i muzyki. Fala ruszyła.

W tym samym roku pojawił się też thriller Następny jesteś ty, nawiązujący do kina “home invasion” i stojący w wyraźnej opozycji do blockbusterów. Obraz wskrzeszał ducha z czasów Ostatniego domu po lewej czy Nędznych psów. Towarzysząca mu muzyka to już czystej wody retro electro. Syntezatorowe bicze, psychotyczne pulsowanie, groźne buczenia i pogłosy dają w efekcie materiał kojarzący się z muzyką do pierwszego Terminatora, a także ze slasherami w stylu Halloween.

Oto smakowita elektroniczna kaźnia. Klimat zaszczucia i walki o przetrwanie został zaznaczony dobitnie. Praca nie była odkrywcza, ale skutecznie wspomagała pompowanie adrenaliny do krwi. Rok 2012 przyniósł film światu Maniaka – remake obskurnego thrillera z lat 80-tych.

W roli dewianta mordującego kobiety wystąpił Elijah Wood. Jego mroczną historię zilustrował artysta tytułujący się Rob, decydując się na syntezatorowe brzmienie – zawiesiste i ciemne. Efektem jest dynamiczna, pełna napięcia muzyka, praktycznie pozbawiona lżejszych momentów. Praca nawiązuje zarówno do dokonań Carpentera, jak i włoskiego zespołu Goblin (autorzy muzyki do Odgłosów Argenta i wielu innych klasyków grozy).

BSO – You’re Next (Soundtrack do Następny jesteś ty)

Wkrótce zaskrzyło się od kolejnych dokonań synthwave. Gość z 2014 roku – kolejny film reżysera Następny jesteś ty – czerpie z retro electro równie ostentacyjnie co Drive. Estetycznie jest to po prostu skok w czasie – do tyłu, w stronę hitów epoki VHS. Muzycznie to kanonada piosenek z epoki. Nie dość więc, że opowiadana historia jest jak żywcem wyciągniętą z wypożyczalni, to jeszcze podpiera się zestawem kawałków z epoki.

Od popu po alternatywę, ale – zgodnie z programem Michaela Manna – zawsze z wyczuciem. Kultowe Sisters Of Mercy, równie kultowe Siouxsie And The Banshees, Stevie B w pościelówie Because I Love You, pan Perturbator w kawałku Vengeance i wielu innych.

Różna stylistyka w służbie jednego celu: uwypuklić, podkręcić emocje i – paradoksalnie – stworzyć spójny klimat. To jedna z tych płyt, które przepadłyby jako “zwykła” składanka, ale mając za sobą silnie oddziałujący film, przyciąga jego widzów, którzy chcą jeszcze raz – przynajmniej muzycznie – przeżyć emocje znane im z seansu.

Kolejnym obrazem był Chłód w lipcu – mieszanka thrillera i kina akcji. W roli głównej wystąpił znany z serialu Dexter Michael C. Hall, który tym razem nie ma zabójczych skłonności, ale takiż look – ewidentnie ejtisowy – i Dona Johnsona do pomocy. Dawny Sonny Crockett z Miami Vice samą obecnością dorzucił swoje do retro klimatu. Oto kolejny przykład filmu, który opowiada prostą historię, kładąc nacisk na styl i napięcie.

Wyszła z tego bardzo solidna rzecz z ewidentnie ejtisowym sznytem. Obraz nie byłby tak elektryzujący i dynamiczny, gdyby nie jego ścieżka dźwiękowa. Jeff Grace – zazwyczaj zajmujący się horrorami – stworzył elektroniczny soundtrack, pulsujący poczuciem zagrożenia. Kompozytor nawet nie próbował ukrywać, ile zawdzięcza Carpenterowi. Praca do Chłodu w lipcu to – w przeciwieństwie do Gościa – muzyka ilustracyjna. Brak na niej piosenek.

Jeff Grace – He’s In the House (Soundtrack do Chłodu w lipcu)

Całość ciągnie syntezator brzmiący nieco jak w Coś czy Mgle. Poza kawałkami Grace’a znalazło się tu też miejsce dla jednego utworu Dynatron, który doskonale wypadł na ekranie. Wykonawca ten należy do posteejtisowych wyjadaczy pokroju Pertubatora czy Timecop 1983, więc doskonale zna konwencję.

Przejażdżka kabrioletem w rytm Cosmo Black z Johnsonem na pokładzie wskrzesza ducha Miami Vice. Soundtrack do Chłodu w lipcu nie stanowi rewolucji czy rewelacji, ale fanom wiadomej estetyki powinien zapewnić sporą dozę frajdy.

O wiele oryginalnej brzmi muzyka do horroru Coś za mną chodzi. Film znacząco wyróżnia się na polu współczesnej grozy. To swoisty hołd dla Carpentera i lat 80-tych, ale też kino zaskakująco poważne, bazujące na ciekawym pomyśle i efektowne. Obraz jest klimatyczny i nieoczywisty. Ucieka od serwowania krwawej młócki na rzecz zagęszczania napięcia.

Muzyka podążyła w tym samym kierunku. Artysta o xywce Disasterpeace stworzył soundtrack mroczny i unikający utartych ścieżek. Owszem, słuchać tu gdzieniegdzie Carpentera czy Martineza, ale twórca nie pozostaje zbyt długo w jednym miejscu. Znajdziemy u niego ambient, muzykę atonalną, zgrzyty, trzaski czy sporo pokręconej motoryki, mającej opisywać skrajne przerażenie.

Nie tylko lata 80-te, ale i 70-te (momentami brzmienie zbliżone do muzyki z obrazu Andromeda znaczy śmierć), jednak całość – pomimo dużego eklektyzmu – pozostaje spójna i świeża. Jest to jedna z tych prac, które świetnie spełniając kryteria ejtisowości, wielokrotnie też opuszczają tę szufladkę. Dla miłośników intrygujących ilustracji to rzecz nie do przeoczenia!

Coś za mną chodzi (Soundtrack)

Gdzieś na uboczu dużych filmowych wydarzeń pojawił się horror Gwiazdy w oczach (2014). Mocna niszowa produkcja przywodziła na myśl zarówno filmy Cronenberga, jak i Polańskiego. Film opowiadał historię początkującej aktorki gotowej na wszystko, by zostać gwiazdą, nawet jeśli ceną będzie rozpad ciała i psychiki. Tak deliryczne kino musiało otrzymać oczywiście odpowiednią oprawę.

Kompozytor Jonathan Snipes postawił na carpenterowskie brzmienie, chwilami pozwalając sobie na wycieczki w stronę Komedy z czasu Dziecka Rosemary – rzecz jasna, w wariancie synth. Wyszła z tego dość świeża, niepokojąca oprawa, która znacząco wzbogaca obraz.

Gwiazdy w oczach (Soundtrack)

W 2014 pojawiły się też kolejne efekty współpracy Trenta Reznora i Atticusa Rossa z Davidem Fincherem. Ścieżka dźwiękowa do Zaginionej dziewczyny ma w sobie pewien ejtisowy pierwiastek, ale jest to przede wszystkim elektroniczna tuba pełna różnych odniesień. Dominują na niej niepokojące plamy dźwiękowe i plumkania. Rzecz jest sugestywna, ale pozostaje raczej na marginesie naszych poszukiwań, bo prawdziwego retro nie ma tu zbyt wiele.

Za to prace Wojciecha Golczewskiego – Polaka, który po cichu i bez większego szumu tworzy oprawy muzyczne dla kina i świata gier – są już na tyle ejtisowe, że musimy się mu przyjrzeć bliżej. Golczewski – młody twórca zafascynowany elektroniczną muzyką i gatunkiem SF – zaczął od stworzenia ścieżki dźwiękowej do gry Linger in Shadows na PS3, a w chwilę potem trafił do kina.

W ciągu paru lat zilustrował kilkanaście tytułów filmowych (w grę wchodzą tylko tytuły zagraniczne, bo w Polsce jeszcze nikt nie wykorzystał jego talentu). Golczewski zadomowił się w ukochanym gatunku SF, horrorze i thrillerach. Projekty, w których bierze udział, często mają posmak retro (jak choćby inspirowane VHS-owymi horrorami Beyond the Gates z czy We Are Still Here z 2015, nawiązujące do twórczości włoskiego twórcy grozy, Lucia Fulciego).

Nieco bardziej znaną pozycją, przy której pracował muzyk, są Późne fazy człowieczeństwa z 2014 – udany obraz o wilkołakach. Golczewski stawia na proste, nieprzekombinowane brzmienia. Słychać tu – jakżeby inaczej – Carpentera, którego autor podobno ceni, ale zna dopiero od niedawna i nie na wyrywki, a poza tym Jarre’a czy Tangerine Dream. Jest w tej muzyce sporo naiwności i niemało uroku; warto śledzić dalsze kroki pana Golczewskiego.

Wojciech Golczewski – Being Human

W 2015 niedomówienia się skończyły: synthwave i cały ten kult wokół ejtisów to epidemia. Koronnym dowodem było Kung Fury – szwedzkie tornado pod postacią krótkiego metrażu. W trzydziestu minutach skondensowano tu taką ilość ejtisów, że antyfani tego okresu mogą zakończyć seans jako rozgotowany brokuł.

Film opowiada o niekonwencjonalnym, nieprzestrzegającym regulaminu, ultra skutecznym gliniarzu z Miami stającym do walki z Kung Fuhrerem – mistrzem kung fu i zła, znanym szerzej jako Adolf Hitler. Podróże w czasie, walki karate, dinozaury, nordycki bóg i wstawki animowane – to wszystko znajdziecie w Kung Fury.

Owa oda do ejtisów opakowana została w stosownie brokatowe szatki. Dajmy na chwilę odpocząć Carpenterowi; tym razem oprawa poszła w kierunku Faltermeyera, odpowiedzialnego za muzykę do Tango i Cash czy Fletch.

Mamy tu zadzierzyste, wesołe brzmienia ilustrujące bycie kozakiem i uber-gliną. Kawałki (wśród wykonawców dominuje Mitch Murder – neoejtisowiec) są niewyszukane i podobne do siebie, ale na ekranie robią dobrą robotę. Śpiewanym utworem True Survivor błysnął tu David Hasselhoff, trzymając poziom swoich wcześniejszych dokonań. Ta muzyka jest ostentacyjna i właściwie użyta, tak więc misja zakończyła się sukcesem.

David Hasselhoff (Soundtrack do Kung Fury)

W tym samym roku pojawił się jeszcze jeden hołd dla epoki – dłuższy, ale również ekscentryczny i ostentacyjny. Mowa o Turbo Kid, czyli Mad Maxie z bmx-ami. Kanadyjsko-nowozelandzkie postapo, które wyrosło z krótkometrażówki i uderzyło w widza nostalgiczną historią, dziką (acz niezbyt serio) brutalnością i nietypowym klimatem.

Film ma wyraźnie niszowy posmak, ale muzyka z niego to produkcja jak najbardziej profesjonalna. Kanadyjski zespół Le Matos przygotował koktajl oparty na inspiracjach Kraftwerk, Depeche Mode i Tangerine Dream. Jest raczej dynamicznie niż melancholijnie (pamiętajmy, sporo się w filmie gna na bmx-ach) i z pewnością atrakcyjnie dla słuchacza.

Moda na ejtisy nie ominęła także seriali. Stranger Things – przebojowa produkcja Netflixa – uderzyła skondensowaną dawkę retro. Serial gładko i zaskakująco naturalnie przeniósł nas w przeszłość. Akcja toczy się w latach 80-tych, a narracja przypomina filmowe hity z epoki. Muzyka postanowiła wskazywać ten sam kierunek, ale zrobiła to dwutorowo.

Po pierwsze, postarano się o zbiór odpowiednich piosenek. Clash, Joy Division, New Order , Peter Gabriel i wielu innych popularnych wykonawców, dobranych bez cienia przypadku, uświetniło liczne sceny z serialu, dodając do nich swoisty komentarz.

Głównie gitarowe brzmienia, ale także elektronika. Pop obok alternatywy – ramię w ramię i pożenione bez pudła. Głównie lata 80-te, ale także 60-te (The Doors i Jefferson Airplane). Powstał soundtrack równie retro i równie udany (i o zbliżonym klimacie), co ten z Donnie Darko.

Po drugie, do współpracy zaprzęgnięto też duet, który zadbał o muzykę ilustracyjną. Michael Stein i Michael Dixon z zespołu Survive to kolekcjonerzy syntezatorów. Używają sprzętu z lat 70-tych i 80-tych, będących celem ich eksploracji. Panowie mieli już wcześniej styczność z kinem – użyczyli dwóch swoich kawałków do filmu Gość, o którym było powyżej.

Na potrzeby serialu nagrali elektroniczną oprawę w swoim stylu. Co to oznacza? Jest mrocznie, tajemniczo, ale mniej klaustrofobicznie niż u Carpentera i bardziej przystępnie niż u Reznora. Artyści celują raczej w stylistyczne okolice Tangerine Dream, niż w klawiszową dyskotekę.

Survive płynnie łączą różne nawiązania i bez problemu utrzymują zainteresowanie słuchacza. Ich praca jest znacznie dojrzalsza niż wielu innych twórców, łasych na korzystanie z mody na retro, a z drugiej strony perfekcyjnie zestrojona z klimatem serialu.

Twórcy zostali zaskoczeni wielkim sukcesem własnej pracy. Ścieżka dźwiękowa, której Netflix początkowo nie chciał nawet wydać, okazała się hitem, a Survive stali się gwiazdami. Ciekawy zespół – znany dotąd niewielkiej garstce miłośników elektroniki – wypłynął na szerokie wody i aktualnie nie może sobie pozwolić, by na koncercie nie zagrać tematu z czołówki serialu.

Stranger Things – Full Main Theme

Popularność okazała się tak duża, że przez szał medialny twórcy mieli problem ze skończeniem swojej płyty RR7349, która nie będąc żadnym soundtrackiem, brzmi jak świetny soundtrack do nieistniejącego filmu z pogranicza grozy i SF.

W 2016 roku nastąpiło ponowne uderzenie Nicolasa Windinga Refna. Twórca Drive wraz ze swoim nadwornym muzykiem, Cliffem Martinezem, dali światu Neon Demon – obraz, który podzielił publiczność. Ta prosta opowieść o okrutnym świecie mody była tak przeestetyzowana, że dla jednych niestrawna, a dla innych zachwycająca. Muzykę powszechnie uznano za jeden z najważniejszych atutów obrazu.

Film bez tych dźwięków (i psychodelicznych zdjęć) nie miałby racji bytu. Cliff Martinez zaproponował ambient kojarzący się z Brianem Eno, Jarrem, Vangelisem. Zestaw pulsacji i niepokojących motywów wykreował odrealnioną atmosferę – gdzieś pomiędzy baśnią, a sennym koszmarem. Mamy tu zarówno igiełki grozy, jak i drony makabry.

Trudno stwierdzić, czy jest to bardziej klimat ejtisowy, czy może praca zahaczająca o lata 70-te. Dość powiedzieć, że Martinez jest tu w świetnej formie, szarpiąc nerwami widza jak szmacianą lalką. Poza tym prace tego autora zawsze łączy pewien eklektyzm, co oznacza, że nawet jeśli czerpie on z ejtisów, to łączy je w spójną całość z innymi wpływami.

Julian Winding – The Demon Dance (Soundtrack do Neon Demon)

Retro electro zadomowiło się także w świecie gier komputerowych. Duet Pover Glowe – neoejtisowcy – to dwaj panowie o pociesznych pseudonimach Michael Dudikoff i Michael Biehn. Są z Australii i dali się poznać światu dzięki kawałkowi Hunters do filmu Włóczęga ze strzelbą.

W pewnym momencie pojawiła się propozycja ze strony firmy Ubisoft – tytana świata gier. Chodziło o zilustrowanie dodatku do gry Far Cry 3. Panowie się zgodzili i wyprodukowali bardzo ejtisowy soundtrack do gry inspirowanej ejtisowymi filmami. Żeby było jeszcze bardziej ejtisowo, głosu jednej z postaci w grze użyczył Michael Biehn, znany z Terminatora czy Aliens.

Futurystyczna rozwałka bazująca na byciu twardzielem, pełna wybuchów i wymyślnej broni, to kwintesencja klimatu lat 80-tych. Wtóruje jej oprawa, która nie próbuje powalać oryginalnością, ale zagrzewać do walki i wykreować atmosferę radosnego eskapizmu. Płyta z muzyką z gry została wydana na płycie, co zdarza się coraz częściej, ale jeszcze nie tak często, jak w przypadku filmowych soundtracków.

I tu wrócimy do Johna Carpentera. Reżyser Coś i Halloween to bez dwóch zdań klasyk kina. Tytuły ten jednak nie ułatwiały mu pracy ostatnimi laty. Artysta miał problemy z tym, żeby się odnaleźć, już w latach 90-tych, a w nowym tysiącleciu nakręcił ledwie parę rzeczy – bez większego niestety sukcesu.

Wyglądo to tak, jakby jego twórczy potencjał, którym kipiał pod koniec lat 70-tych i przez całe lata 80- te, wyczerpał się. Z pewnością nie pomogły też inne czynniki, takie jak zmiana upodobań widza i brak zaufania ze strony producentów, którzy czuli, że autorski styl reżysera niekoniecznie musi owocować wielkimi kasowymi przebojami.

Jednak zamiast iść na emeryturę, reżyser postanowił zabrać się za muzykę. Nie po raz pierwszy, bo tworzył przecież (często do spółki z Alanem Howarthem) ścieżki dźwiękowe do swoich filmów. Carpenter wybrał syntezatory, bo pozwalały tanio produkować soundtracki.

Postawił na proste motywy muzyczne, chłodne i pulsujące grozą, i na tyle wyraziste, że obecnie stanowią wzór dla młodych twórców, i mają status absolutnej klasyki. Lata temu taki minimalizm w świecie muzyki filmowej miał posmak punkowego przewrotu.

Dziś także uwodzi prostotą i staje w ostrym kontraście do przeładowanych ilustracji, w których orkiestrowy patos lub inwazyjny elektroniczny wyziew świdruje nam mózgi na papkę. Za dowód żywotności tych dźwięków niech posłuży fakt, że ostatnio mieliśmy okazję usłyszeć motyw przewodni z Ataku na posterunek 13 w scenie orgii w Love Gaspara Noé.

John Carpenter – Night

Całkiem niedawno też Carpenter wziął do pomocy swojego syna i Daniela Daviesa (twórca muzyki do obrazu Ja, Frankenstein) i postanowił pobawić się klawiszami. Bez żadnego ciśnienia i na własnych zasadach stworzył płytę Lost Themes, którą wydała wytwórnia Sacred Bones (ta sama, która ma w katalogu muzyczne poszukiwania Davida Lyncha).

Brzmi ona jak przegląd ulubionych filmowych klimatów reżysera: horror, thriller, SF. Dominuje elektronika, pojawiają się też gitarowe riffy i organy – jak to zwykle u twórcy Mgły. Jest złowieszczo, trochę naiwnie i w starym stylu. I jakby czyściej niż w przypadku wykonawców z kręgu new retro – bez pastiszu, ostentacji, przeładowania.

Może dlatego, że Carpenter gra tu Carpentera, a nie Carpentera w sosie z Faltermeyera i muzykę rodem z Macgyvera oraz Airwolfa. Kto lubi styl reżysera, nie rozczaruje się. Płyta spotkała się z pozytywnym odbiorem, więc Carpenter stworzył jej kontynuację – Lost Themes 2, która okazała się kolejnym dobrym zestawem mrocznego grania.

Za Lost Themes wzięli się także muzycy alternatywni (JG Thirwell czy Silent Servant), nagrywając album Lost Themes Remixed. Wyszła z tego elektroniczna smoła – jest jeszcze mroczniej, wręcz piekielnie, i bardziej nowocześnie.

W końcu, dobiegający 70-tki reżyser postanowił uświetnić sukces trasą koncertową po Europie i U.S.A. Nie reklamując przy okazji żadnego konkretnego filmu, hipnotyzując chłodnym, motorycznym brzmieniem, rzucał na publiczność urok – dziwny wąsacz w otulinie z siwizny i za konsoletą, która przenosi w czasie.

A co będzie z ejtisami? Na razie mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć z areny. Być może dlatego, że wielu obecnych 30-40 latków mających wpływ na świat filmu, muzyki czy mody funkcjonuje właśnie w trybie nostalgicznej tęsknoty za “tymi pięknymi czasami, kiedy wszystko było prostsze”.

I nawet jeśli w świecie muzyki filmowej ejtisy trzymają się raczej na uboczu, w okolicach niszy, ich obecność zaznacza się dość dobitnie. Są z całą pewnością rozwiązaniem ożywczym i energetycznym, dającym wytchnienie od zjełczałych orkiestrowych wycieczek pod Wagnera, co zdaje się obecnie dominować w głównym nurcie soundtracków.

Niemniej kultura jest kapryśna; łatwo się nudzi i niezmiennie szuka nowej krwi. Za jakiś czas ejtisy mogą uchodzić za towar drugiej świeżości. Ale nawet jeśli moda wyhamuje, to i tak sądzę, że będą wracać. Może inaczej niż w obecnej formie, może jeszcze mocniej zmixowane z innymi epokami, ale wróżę im liczne “comebacki”.

Prawdą jest bowiem, że łaknącą świeżego mięsa popkultura pędząc do przodu, zawsze spogląda też wstecz, a retro electro rzuca zbyt jasny blask, żeby pozostać jedynie bladym wspomnieniem. Podobno świat dąży ku coraz większej komplikacji, a otaczająca nas rzeczywistiść zdaje się potwierdzać tę tezę. Co to oznacza w kontekście ejtisów? Synthwave, guma do żucia i proste kino będą nam jeszcze potrzebne. Do zobaczenia na potańcówce w Tech-Noir.

Tomasz Bot

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Każdy by chciał!! (2016)

everybody-wants-some-poster

Linklater twierdzi, że Każdy by chciał!! to praktycznie kontynuacja Boyhood, a także swoisty sequel do kultowego Dazed and Confused.

To również film maksymalnie imprezowy, absolutnie bezpretensjonalny, z fantastyczną muzą, doskonałą obsadą i miodnymi dialogami, które puentowane są zawsze jakimś dobrym tekstem (sporo z nich spokojnie można cytować).

Król amerykańskiego kina niezależnego kontynuuje piękną passę, oferując prawdziwy powrót do korzeni w formie studenckiej komedii o drużynie baseballowej, która jeszcze nie zaczęła roku akademickiego, ale już uskutecznia nowe podboje łóżkowe.

Hormonalna gorączka, sex, imprezki, treningi, chlanie do upadłego i jaranie do ostatniego nabicia, to wszystko widzimy w jednym długim pasażu, który dla jednych jest wprowadzeniem w świat hedonizmu, a dla drugich powrotem do normy.

Doskonale dobrana obsada odgrywa swoje role z dobrze zwąchanym dystansem i humorem, czemu na pewno pomagają pieczołowicie wyhodowane przez aktorów wąsy, które tak samo jak szerokie spodnie, w 1980 nie wyszły jeszcze z mody.

Historia, co warto zaznaczyć, ponownie osadzona zostaje w Texasie, gdzie Linklater urodził się i wychował, a nic tak nie inspiruje prawdziwego mistrza kina, jak opowiadanie o swoim własnym podwórku.

Akcja jest szybka i nieskomplikowana, a zostaje zawiązana, kiedy mający w kieszeni stypendium sportowe Jake (Blake Jenner) wprowadza się do domu studenckiego trzy dni przed rozpoczęciem roku akademickiego, gdzie poznaje członków swojej studenckiej drużyny baseballowej.

A że jest to zasadniczo zbieranina gości ze wszystkich stanów, można w niej znaleźć świrów, przygłupów, pijaków, sportowców z temperamentem oraz dobrze wykręconych erudytów i autsajderów.

Mamy więc konfrontacyjnie nastawionych do świata McReynoldsa (Tyler Hoechlin) i Ropera (Ryan Guzman), którzy nie są zainteresowani okazywaniem Jake’owi sympatii.

Inaczej traktują go jednak sportowiec-intelektualista Finnegan (Glen Powell), pothead-Kalifornijczyk Willoughby (Wyatt Russell), czarnoskóry dowcipniś Dale (J. Quinton Johnson) i przygłup-żółtodziób Plummer (Temple Baker), którzy stają się jego ziomkami w świecie wypełnionym wszystkimi przyjemnościami, na które może liczyć dwudziestolatek.

I tak chłopcy ruszają na miasto, w jedną noc prawie podbijając klub disco, w drugą zamieniając się w kowbojów na imprezie country, a w trzecią uczestnicząc w wyrafinowanym melanżu artystyczno-teatralnym… bo wszyscy chcą jak najszybciej zaznać rozkoszy swieżej cipki, choć w większości marnują pierwsze okazje z różnych nieprzewidzianych powodów. Nie dają jednak nigdy popuścić hektolitrom alkoholu i kilogramom trawy, które dumnie przyjmują do płuc lub do żołądka! Brzmi dobrze?

Być może najlepszym składnikiem Każdy by chciał!! jest perfekcyjny rytm, który Linklater w dużej mierze ustawia do muzyki The Knack, Blondie, ZZ Top, Cheap Trick, The Cars, Chic, Stiff Little Fingers i wielu innych. A wspomniałem o dialogach? Może warto przypomnieć, bo są rewelacyjne.

Fajne są też kostiumy, choć styl skręca nieco w stronę American Hustle, co sprawia że film się robi miejscami bardzo odrealniony. To może być jednak zaletą, bo jeśli czegoś w trakcie tego seansu robić nie wolno, to traktować tego co się widzi na poważnie.

Z drugiej jednak strony pod płaszczykiem grubej imprezy Linklater stawia kilka mądrych pytań o wchodzenie mężczyzny w dorosłość i kształtowanie się osobistości pod wpływem środowiska, bo na ekranie szybko pojawia się też postać silnej kobiety, Beverly (Zoey Deutch), która męski testosteron potrafi trzymać w ryzach i roznieca ogień poezji, zmieniający najdzikszego ogiera w romantycznego marzyciela.

Temat transformacji to zresztą naczelny temat w twórczości artysty, który poruszał go na wiele różnych sposobów. Ale to już pewnie zabawa dla fanów reżysera, którzy nie mają się co zastanawiać, szczególnie jeśli pamiętają Dazed and Confused i nie obce są im seanse filmów w stylu Menażerii (1978).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Everybody Wants Some
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Annapurna International
Ocena MGV: 4/5

Młodzi przebojowi (2016)

sing-street-poster-2016

John Carney znany jest przede wszystkim z Once (2007), romantycznej dramedii muzycznej, która zrealizowana w jego ojczystej Irlandii za $150 tys., zarobiła na całym świecie ponad $23 mln, zgarniając przy okazji Oscara za najlepszą piosenkę oryginalną (Falling Slowly). Późniejsze obrazy Carneya kontynuują dramedyczny ton, który wydaje się do pewnego stopnia wyznacznikiem stylu reżysera, uwielbiajacego opowiadanie historii z silnymi wątkami muzycznymi.

Sing Street (po polsku Młodzi przebojowi) nie odbiega zanadto od tej stylistyki, łącząc klasyczny scenariusz o dorastaniu wrażliwego, choć obdarzonego sporą pewnością siebie nastolatka, z portretem przeżywającej kryzys drobnomieszczańskiej rodziny, obrazem irlandzkiego społeczeństwa drugiej połowy lat ’80 i nostalgiczną podróżą muzyczną, w której rządzi New Romantic. Nie brakuje również gładkich akcentów komediowych i elementów musicalu, co czyni z niego prawdziwą hybrydę.

Podstawą tworu Carneya jest bardzo zgrabna muzyka tytułowego zespołu Sing Street, skomponowana przez weterana synth popu, Gary’ego Clarka, który pod koniec lata ’80 pogrywał wraz z zespołem Danny Wilson (sprawdźcie ich największy hit Mary’s Prayer) oraz członków indie popowego zespołu Relish (sprawdźcie ich album Karma Calling). Fanów tego okresu ucieszą również klasyczne tune’y z repertuaru Motörhead, The Cure, Duran Duran czy The Jam, które okraszają ważne sceny.

O ile przed scenariuszem Carneya – mniej lub bardziej stereotypowym – trudno paść na kolana, docenić można z pewnością starania, by film uczynić jak najbardziej autentycznym poprzez wprowadzenie częściowo amatorskiej obsady. I tak, grający protagonistę, Conora, Ferdia Walsh-Peelo emanuje naturalnym młodzieńczym romantyzmem, który wprowadza znajome zamieszanie, jakże bliskie gorzko-słodkim romansom wieku dorastania.

Jego obiekt westchnień, Raphina, grana przez nieco bardziej doświadczoną Lucy Boynton, posiada znacznie więcej wyrachowania, czy aktorka była w po prostu stanie wlać w swoją postać więcej odcieni, co na pewno pomaga chemii pomiędzy obydwojgiem, która z kolei pomaga samemu obrazowi. Bardzo dobrze ogląda się zbliżenia na jej twarz, choć styl kręcenia Yarona Orbacha pozostaje raczej konserwatywny, zdecydowanie statyczny, który tylko dzięki wizjom młodości Carneya staje się bardziej pokręcony.

A te są w dużej mierze autobiograficzne, bo autor faktycznie grał w zespole, wychowywał się w latach ’80 i stykał często ze szkolnymi sadystami, co znalazło swoją drogę do filmu, w którym Conor musi walczyć z „okrucieństwem świata”. Ale nie dajmy się za bardzo ponieść, bo to nie jest Kieślowski, jako że Carney z upływem czasu ekranowego coraz bardziej zaczyna słodzić.

Sceny rozwodu, przez który przechodzą rodzice Conora, są dramatyczne, ale łagodzone przez VHSowo-musicalowe sceny. Są też wprawdzie inne „tragedie osobiste”, jak zajeżdzający go klecha katolicki pełniący funkcję dyrektora szkoły średniej, ale że wszystko podbudowane jest młodzieńczym „hura!”, nadzieja pozostaje głównym przesłaniem, a ta rzecz jasna nie jest wartością deprymującą, więc ciężko z takim ładunkiem być prawdziwie nihilistycznym.

Bardzo ciekawe są jednak „dyskusje muzyczne” autora z klasykami lat ’80. Muzyka The Cure zostaje określona w tekście brata Conora (jednej z ciekawszych postaci drugoplanowych) jako smutno-radosna (niejako autodefiniując film), a miłość do Phila Collinsa jako wokalisty Genesis (pamiętajmy, że wielu fanów nasra z góry na wszelkie wcielenie bandu bez Petera Gabriela) jako umniejszająca męskość.

Sing Street błyszczy zresztą świetnymi dialogami, które często unoszą go nieco wyżej. Gdyby tych małych konkluzji nie było, akcja wydawałaby się pewnie nieco monotonna i widz cierpiałby na silny ból lewego nadgarstka, a tak daje radę i nawet wyczekuje tego zakończenia, odsłaniającego Conora w próbie przechytrzenia przeznaczenia. W wolnej chwili warto sprawdzić, czy mu się uda i pokombinować, jak to się ma do największych dzieł z tej samej półki.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Sing Street
Produkcja: Irlandia/Wielka Brytania/USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films/Cineman.pl
Ocena MGV: 3,5/5

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Scarlett Johansson coveruje New Order z nowym zespołem Sugar For Sugar!

Jak dobrze pamiętają fani Między słowami (2003), Scarlett Johansson popisała się tam wokalnie, coverując Brass in Pocket, hit legendarnego kwartetu post-punkowego, The Pretenders. Aktorka nie poprzestała jednak na tym epizodzie i w 2008 rozpoczęła profesjonalną karierę solową, debiutując albumem Anywhere I Lay My Head. Nowym dokonaniem Scarlett jest cover Bizarre Love Triangle New Order pod szyldem Sugar For Sugar, który wspomóc ma działalność fundacji amfAR.

Łącznie, artystka ma na koncie dwa albumy muzyczne (jeden w duecie z Peterem Yornem), kilka EP-ek, a także parę singli 7” i mp3, z których najbardziej znanym jest electro-popowy Candy, wydany jako The Singles w 2015.

Ponadto, Johnasson udzieliła się na ścieżkach dźwiękowych do takich filmów, jak: Ścigając arktyczny lód (2012), Ona (2013), Księga dżungli (2016), Sing (2016) oraz Alicja w Krainie Czarów (2016), wyreżyserowana przez jej siostrę.

Sugar For Sugar współtworzony jest oprócz Johansson przez Julię Haltigan, Holly Mirandę i Kendrę Morris. Cover Bizarre Love Triangle jest częścią kompilacji The Time Is Now, zawierającej odświeżone hity z lat ’80.

Płyta swoją premierę będzie miała 7. października tego roku, a dochód z jej sprzedaży zasili budżet fundacji amfAR, zajmującej się badaniem AIDS.

Utwór Bizarre Love Triangle został oryginalnie napisany przez lidera New Order, Bernarda Sumnera (wcześniej Joy Division) i wypuszczony na płycie Brotherhood (1986).

Oprócz tego na kompilacji znajdą się: Take Me Home Phila Collinsa przerobiony przez Phantogram, Maneater Hala & Oatesa w wersji Lower Dens, a take Billie Jean Michaela Jacksona scoverowany przez Aloe Blacc.

Conradino Beb

Wyznania nastolatki (2015)

The-Diary-of-a-Teenage-Girl-2015-movie-poster

Wyznania nastolatki to film, który bardzo spodobał się zarówno kinomanom, krytykom, jak i dystrybutorom na zeszłorocznym Festiwalu Sundance, gdzie obwołano go „dziełem oryginalnym, intensywnym i przezabawnym”, co nie jest w tym wypadku przesadą.

Zrealizowany przez debiutantkę Marielle Heller na podstawie kontrowersyjnej powieści graficznej The Diary of a Teenage Girl: An Account in Words and Pictures autorstwa Phoebe Gloeckner, obraz łączy opowieść o budzącej się seksualności młodej Minnie z przypomnieniem narkotykowego ekscesu liberalnych lat ’70.

Z ciekawostek warto dodać, że główną inspiracją dla reżyserki było arcydzieło Hala Ashby’ego, Harold i Maude, którego kultowy impresjonizm można bez trudu odnaleźć w Wyznaniach nastolatki.

To również film retro, co przypomina mi o tym, że obecna dekada ma szansę przejść do historii kina jako eksplozja zainteresowania stylami przeszłości, pewnego rodzaju trend, w którym można odnaleźć tęsknotę za czasami, kiedy ludzie marzyli wciąż o lepszym jutrze, a kultura to odzwierciedlała.

A co może być lepsze od wyrażenia tej tęsknoty, niż osadzenie akcji w pozbawionym wszelkich trosk okresie, charakteryzowanym przez wyzwolenie z więzów religijnego konserwatyzmu, wolność seksualną (jeszcze bez widma AIDS wiszącego nad głową), czy tony marihuany, kokainy i LSD przewalające się przez USA w ilościach wcześniej niespotykanych.

Faktycznie, to w latach ’70 Amerykanie mogli się po raz pierwszy rozkoszować wolnością wywalczoną dekadę wcześniej, a imprezkę rozkręciło na dobre zakończenie Wojny w Wietnamie, które ostatecznie obaliło widmo poboru.

W tych czasach żyje właśnie bohaterka filmu, 15-letnia Minnie, której artystyczna dusza domaga się oprócz osobistego uznania przez jej idolkę, rysowniczkę komiksową Aline Kominsky (faktyczną żonę Roberta Crumba, której duch cały czas unosi się nad filmem), DUŻEJ ilości seksu i pierwszych doświadczeń z dragami.

Hormony robią swoje i wkrótce Minnie wskakuje do łóżka z chłopakiem swojej matki-rozwódki, Monroe, z którym traci dziewictwo i kontynuuje pierwszy w swoim życiu romans przez kilka miesięcy.

To, jak możemy się domyślać, pomysł dość ryzykowny, który będzie miał swoje poważne konsekwencje, jednak stanowiący oś akcji filmu i zapewniający widzowi obfitość absolutnie zabawnych momentów (dokładnie jak w kultowym komediodramacie Hala Ashby’ego).

Ale to nie wszystko, bo Minnie będzie również przeżywała przygody ze swoją przyjaciółką Kimmie, z którą m.in. będzie obciągać pały młodym chłopcom w toalecie, a także z „potrzaskaną duszą” Tabathą, która zapozna ją z erotycznymi właściwościami lude’ów (chemiczna nazwa: metakwalon) i marihuany, a także wprowadzi w świat lesbijskiego seksu.

Do silnych stron tego zachwycającego filmu należy również bardzo dobra obsada – Bel Powley jest fantastyczna jako Minnie, Alexander Skarsgård jako Monroe, a Kristen Wiig jako Charlotte (fruwająca na koksie matka naszej nastolatki) i nawet epizodyczna rola Christophera Meloniego jako Pascala, tradycjonalistycznego ojca Minnie, zasługuje na uwagę – która w połączeniu z osobistą narracją w pierwszej osobie, ładnym oświetleniem nadającym obrazowi pastelowych barw, naturalnym językiem i świetną muzyką kreują wysokiej klasy widowisko audiowizualne.

Wyznania nastolatki posiadają ponadto równe tempo, które jest bardzo komfortowe dla widza, ale reżyserka i tak raz na jakiś czas przyciska pedał gazu, wprowadzając pięknie zrealizowaną animację, która pokazuje bogactwo wyobraźni Minnie.

Przykładowo, w bardzo zręcznie wyreżyserowanej scenie tripu kwasowego Minnie dostaje skrzydeł i wzlatuje ponad łóżko, by zostać sprowadzona na ziemię przez swojego partnera, który przeżywa ciężki bad trip. Jedna z tych fenomenalnych scen, których jest tu naprawdę sporo, a które sprawiają, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem od początku do końca.

Oczywiście, duże znaczenie dla wymowy debiutu Heller ma również fakt, że to kobieta gra tu pierwsze skrzypce, gdyż portetów zbuntowanych nastolatków, szukających pierwszych doświadczeń seksualnych i imprezujących do pierwszego pawia, mamy w kinie na pęczki (zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do Dzieciaków, wciąż żywego dzieła Larry’ego Clarka)… kobieta, która nie waha się eksplorować swojej seksualności, nawet jeśli jej wybory posiadają wszystkie cechy wieku dorastania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Diary of a Teenage Girl
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP (United International Pictures)
Ocena MGV: 4/5

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Pilot „Vinyl” to najlepszy „film” Scorsese od lat!

Kokaina, rock’n’roll, testosteron, szaleństwo i brutalne kulisy przemysłu muzycznego przełomu lat ’60/’70 składają się na Vinyl, serial przy tworzeniu którego połączyli siły Mick Jagger, Terence Winter i Martin Scorsese. Trwający niemal dwie godziny pilot został własnoręcznie wyreżyserowany przez Scorsese, który chyba dawno nie miał już tyle zabawy przy pracy, bo ostateczny efekt eksploduje od energii (dosłownie i w przenośni), która sama w sobie jest wystarczającym powodem, żeby dać serialowi szansę!

Vinyl to 8-odcinkowa antologia wyprodukowana przez HBO, która szuka nowej Rodziny Soprano, The Wire czy True Detective i nie przebiera w środkach. Serial został oparty na sztuce telewizyjnej autorstwa Terence’a Wintera i George’a Mastrasa ze scenariuszem Micka Jaggera, Richa Cohena i Martina Scorsese, który eksploruje transformację niezależnego przemysłu muzycznego w złotej epoce muzyki gitarowej oraz lajfstajl ludzi związanych z nim na co dzień.

Pierwsze wrażenie to EKSCES! Scorsese jedzie po bandzie, jakby chciał wrócić do swoich najlepszych lat i jeszcze raz nakręcić Ulice nędzy (nie, to wciąż nie ten poziom, ale dajmy się trochę oszukać), tyle że w międzyczasie zrobił wiele innych rzeczy… czasem lepszych, czasem gorszych. Artysta w jakimś sensie kontynuuje też stylistykę znaną z Wilka z Wolf Street, tyle że HBO dało mu znacznie więcej swobody i w efekcie widzimy tu nawet inspiracje cormanowskie (o tak!)

Z tego zresztą powodu serialu nie da się traktować całkowicie poważnie, a kto będzie próbował racjonalizacji w stylu „Mad Men na dragach”, może się mocno zawieść, bo twórcy mimo wszystko mocno lecą w stronę rock’n’rollowej rozrywki (tak, szczególnie dla fanów okresu) i interpretują temat raczej via licentia poetica, niż posługując się jakimś konkretnym, historiograficznym filtrem.

To może czasem denerwować zagorzałych fanów muzyki, ale większość widzów nawet się nie zorientuje, że „skłamano” im w żywe oczy, a scenografia i kostiumy są mimo wszystko fantastyczne! Szerokie kołnierze, szerokie spodnie, wszystko nabiera kokainowego stylu, który był bardzo elegancki, ale jednocześnie bardzo rozpasany i szczerze mówiąc, miejscami graniczył z kiczem.

new_york_dolls_vinyl
Koncert The New York Dolls w „Vinyl”

Oczywiście, te granice są cienkie i Vinyl to rozumie, więc nie mamy tu jakiejś obsesyjnej dbałości o szczegóły, choć nie sądzę, żeby w tym względzie serial odbiegał od standardu w stylu American Hustle (swoją drogą, naprawdę dobrego filmu), który stał się beniaminkiem Akademii Filmowej kochającej obrazy retro… w dużej mierze dlatego, że jej członkowie to banda białych kolesi na szczycie, którzy częściej patrzą za siebie niż przed siebie.

Ale muza jak muza w Vinyl uderza konkretnie w palnik z glamem, proto-punkiem, punk rockiem (mylnie umieszczonym w 1973), hip hopem, bluesem, soulem… heavy metalem. Tak, ucieszą się fani Black Sabbath z Iron Mana, który idealnie rozpędza scenę z nawciąganym jak stodoła właścicielem pewnej stacji radiowej, grającym numer na perkusji po dwóch dniach maratonu narkotykowego z Frankensteinem Jamesa Whale’a lecącym w tle!

Zresztą nie ma tu nawet co zgadywać, bo Scorsese kocha horrory i thrillery. Wychował się przecież… tak, zgadliście u Rogera Cormana, który w jego filmach dostaje często hołd. Piękne dla niektórych, a dla innych obrazoburcze, Ostatnie kuszenie Chrystusa, zostało przez niego przecież nazwane filmem cormanowskim, bo reżyser chciał przywrócić świeżość produkowania filmu w dwa tygodnie!

Vinyl wydaje się nieco przywracać tę energię, szczególnie że Bobby Cannavale (mąż wielce utalentowanej Rose Byrne), który w serialu gra Richiego Finestrę, CEO niezależnej wytwórni American Century Records (wzorowanej bądź na Capitolu, bądź na Atlantic) ma konkretny styl gry, którego nie powstydziłby się młody De Niro. A że odkrywa hip-hop w południowym Bronxie, to już zupełnie inna sprawa.

Mick Jagger i Martin Scorsese na premierze „Vinyl”

Jasne, można narzekać, że to kolejna epopeja białego biznesmena, ale jest ona przedstawiona tak barwnie, że po zakończeniu seansu człowiek ma ochotę od razu wrzucić następny odcinek. Jasne, nie wszystkie kawałki są oryginalne i w soundtracku można usłyszeć dużo coverów, ale gdy widzimy rekreację koncertu The New York Dolls grających Personality Crisis, to człowiek ma ochotę wstać i śpiewać!

Scorsese upchnął w pilocie więcej takich smaczków, które mimo że czasem wydają się wymuszone, w swojej naiwności dają dużo radochy. A o radość z oglądania tu przede wszystkim chodzi, bo i lata ’70 w amerykańskiej mitologii popularnej należą do najbardziej wspominanych ze względu na niekończące się pasmo imprez, koncertów i wydarzeń połączonych kokainową kreską długości kilometra.

Kokaina, którą Scorsese, w swoim czasie konkretny ćpun, dobrze pamięta, jest oczywiście jednym z głównych tematów Vinyl. Koks napędza przemysł, koks daje więcej czasu, koks podkręca zabawę, koks wreszcie doprowadza do szaleństwa i to jest w serialu mocno podkreślone! Ale trzeba pamiętać, że koks w tym okresie był dostępny wszędzie, gdzie pracowała bądź imprezowała klasa średnia, był synonimem czasów, dragiem wyboru, którego efekty uboczne były PRAKTYCZNIE NIEZNANE!

Cieszy także, że Scorsese mógł bez żadnych przeszkód eksponować wątki erotyczne, bo dragi, seks i rock’n’roll to trójkąt, który stanowi osobną kulturę i który tylko ze wszystkimi końcami ma jakiś sens. Tu popisał się zresztą Jagger, którego syn James gra w serialu lidera punk rockowego bandu The Nasty Bits, wzorowanego częściowo na punkowej legendzie, Richardzie Hellu.

W jednej ze scen młoda agentka A&R wspomina nawet jego pierwszy zespół The Neon Boys, który w tym okresie był jednak kompletnie nieznany i dopiero później okazał się ciekawostką. To jedna z kobiecych kreacji, która ma szansę na rozwój w stylu Peggy Olson z Mad Men. Inną jest żona Richiego Finestry, Devon, która pilnuje żeby jej mąż nie poleciał na dno. Parytetu może nie ma, ale jest to już coś.

vinyl-juno-temple
James Jagger i Juno Temple

Vinyl powinien idealnie trafić w gusta widzów, którym w żyłach tańczy rock’n’roll lub którzy przynajmniej mogą dać mu szansę. Inni mogą mieć z tym serialem problem, bo za dużo tego, za mało tego i w obsadzie nie ma gwiazd. Wszystkich jednak zachęcam do wcześniejszego obejrzenia pilota, który sam w sobie jest ciekawym przykładem do czego jest zdolna autorska telewizja z dużym budżetem.

Conradino Beb