Archiwa tagu: mystery thriller

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5

Uciekaj! (2017)

Nakręcone przez Jordana Peele’a Uciekaj! to dziecko specjalizującej się w lukratywnych, acz niskobudżetowych horrorach, wytwórni Blumhouse Productions (Paranormal Activity). To właśnie stojący na jej czele producent Jason Blum dostrzegł potencjał w napisanej przez Peele’a historii, która z dzisiejszej perspektywy idealnie wpisuje się burzliwą sytuację społeczną Stanów Zjednoczonych. Co więcej, o filmie mówi się w kontekście pierwszego czarnoskórego horroru z oficjalnym wsparciem finansowym Hollywood.

Fabularnie Uciekaj! to krytyka amerykańskiego rasizmu, delikatnie tylko przykrytego okleiną z białego liberalizmu. Młody, czarnoskóry fotograf, Chris (Daniel Kaluuya), spędza weekend w podmiejskiej posiadłości swojej białej dziewczyny. Jej przekonywania jakoby rodzice nie są uprzedzeni rasowo – czego potwierdzeniem ma być to, że głowa rodziny zagłosowałaby trzeci raz na Obamę, gdyby tylko była taka możliwość – pozornie koją niepokój chłopaka, podsycany przez telefony jego przyjaciela, pracownika służby granicznej.

Szerszy opis fabuły nie uniknąłby niestety spoilerów, a to właśnie wglądem w tajemniczą rodzinę Armitage i odkrywaniem jej tajemnic Uciekaj! stoi. To klasyczna historia ze zręcznym zawiązaniem akcji, która szybko epatować zaczyna jednak oparami absurdu.

Specjalizujący się w komediach Peele zaskakująco dobrze radzi sobie z wyczuciem tempa, rozsądnie umieszczając na fabularnej osi wszystkie wolty, jump scare’y czy sceny emanujące brutalnością. Stąd pod względem grozy Uciekaj! najbliżej do Dziecka Rosemary Polańskiego, ozdobionego psychodelicznymi rzutami, które jakby żywcem wyrwane zostały z Pod Skórą.

Ale by widz nie czuł się zaszczuty, jak główny bohater wśród białych na wykwintnym przyjęciu organizowanym przez domowników (czyżby wkradła się tu inspiacja klasycznym Zgadnij kto przyjdzie na obiad?), Peele podszywa całość sporą ilością humoru.

Głównym elementem wytchnienia jest ziomek Chrisa, grany przez amerykańskiego komika Lila Rela Howery’ego. Jego żarty, choć niezbyt wyszukane, idealnie nadają się jako wentyl pozwalający widzowi na łyk świeżego powietrza w gęstniejącej atmosferze, a sama postać jest kluczowa i idealnie dopasowana do fabuły.

Warto wspomnieć, że klimat filmu buduje nie tylko historia, ale również scenografia, przepełniona ogromnymi, pokazywanymi najczęściej w dziennym świetle, przestrzeniami. Potrafi ona wciągnąć widza w klimat bezlitosnej klaustrofobii, w której uwięziony jest bohater. Wrażenie to potęguje dodatkowo otaczający go panteon różnych postaci, od arystokratycznych rodziców po zachowującą się jak zombie z wuduistycznych rytuałów, czarnoskórą służbę.

Nieszczęśliwie jednak, Uciekaj! mimo ciekawego skryptu, solidnej realizacji czy gry aktorskiej grzęźnie w końcówce. Finał historii wprawny widz przewidzi już gdzieś w połowie seansu, a sam jego przebieg trąci sztampą – dobrze nakręconą, aczkolwiek sztampą. Jordan Peele pokierował kontrowersyjny temat przewodni trochę zbyt zachowawczo – w rękach bardziej odważnego reżysera dostalibyśmy z pewnością jeden z najlepszych horrorów XXI wieku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Get Out
Produkcja: USA, 2017
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

Denis Villeneuve: Od artystycznego rekluza do wybrańca Hollywood

Jeszcze dwa lata temu, poza najbardziej zapalonymi kinomanami, nikt nie miał pojęcia kim jest Denis Villeneuve. Mimo że kanadyjski artysta zadebiutował w 1998 francuskojęzycznym dramatem 32. sierpnia na Ziemi, do masowej świadomości przebił się dopiero zeszłorocznym Sicario, swoim pierwszym wysokobudżetowym filmem, który został nominowany do Oscara w trzech kategoriach i zjednał mu sympatię Hollywood.

Villeneuve przeszedł długą drogę od kręcenia niezależnych filmów w kanadyjskim Québecu do współpracy z Ridleyem Scottem przy drugiej części Łowcy androidów.

Jak twierdzi 47-letni reżyser, zupełnie niespodziewanie: Po pierwsze, nie planuję swojej kariery. Nie sądziłem, że będę robił filmy w Los Angeles. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Nie była to dla mnie żadna fantazja. Powtarzałem sobie, że jeśli się tam pojawię, to każą mi nakręcić Legalną blondynkę 5. Wolę robić swoje filmy w domu z małym budżetem, być wolny, by robić je tak jak mi się podoba. – wyznaje w wywiadzie dla The Independent.

I nie jest to bynajmniej kokietowanie garstki intelektualistów, bo jego wczesne filmy tj. Maelström (2000), którego bohaterką jest alkoholiczka z depresją, czy Politechnika (2009), oparta na prawdziwej historii strzelaniny w Montrealu, której ofiarą padło 28 osób, byłyby raczej ciężkie do sprzedania masowej widowni.

Ale potem przyszedł sukces Pogorzeliska (2010), które zostało nominowane do Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny i zwróciło na reżysera uwagę amerykańskiego przemysłu filmowego, jak i międzynarodowej krytyki.

Film opowiada historię dwójki bliźniaków, które testamentem swojej matki zmuszone zostają do podróży na Bliski Wschód, by odkryć jej zaskakującą przeszłość. Dzieło to jest nieco bardziej komercyjne od wcześniejszych obrazów Villeneuve’a, a ozdobione zostało nawet dwoma numerami Radiohead.

Film został pokazany na wszystkich najważniejszych festiwalach niezależnych w USA i Kanadzie, skąd strumieniem szerokiej dystrybucji popłynął w świat, co z kolei pozwoliło reżyserowi dokopać się do umieszczonego na czarnej liście scenariusza Aarona Guzikowskiego, traktującego o porwaniu dwójki dzieci w małym miasteczku w Pennsylvanii i pozyskać do współpracy nad jego ekranizacją znanego hollywoodzkiego dyrektora zdjęć, Rogera Deakinsa (Big Lebowski, Piękny umysł).

Labirynt miał swoją premierę w 2010 i stał się z miejsca beniaminkiem wielu krytyków, którzy umieścili go na swoich listach najlepszych filmów roku. Ze względu na wyjątkową brutalność ten mroczny thriller dostał rating R, co znaczy że jego oglądalność została ograniczona do widzów dorosłych, ale i tak okazał się hitem roku, czemu pomogła doskonała obsada z Jakiem Gyllenhaalem, Hugh Jackmanem, Paulem Dano i Marią Bello.

W Labiryncie Villeneuve objawił się jako mistrz thrillera w stylu Hitchcocka czy Polańskiego. Jego dzieło posiada suspense, mrok i ładunek emocjonalny, które stawiają go na równi z takimi klasykami kina o psychopatach jak Milczenie owiec.

To studium ludzkich zachowań sprowokowanych traumą i dziwnych dróg, jakie obiera sprawiedliwość, umiejętnie grające tajemnicą, a jednocześnie zadające pytania o źródło okrucieństwa, perwersji, nieszczęścia i ich związków z autorytetem czy pędem do władzy.

Udana kolaboracja reżysera z Gyllenhaalem na planie Labiryntu doprowadziła do kolejnej współpracy obydwóch przy Wrogu, jednym z najoryginalniejszych mystery thrillerów ostatniej dekady.

To film, który niezwykle wciąga widza dzięki bardzo oryginalnemu scenariuszowi, starannej reżyserii i odrealnionym zdjęciom Nicolasa Bolduca. Atmosfera snu stapia się tu z codzienną rzeczywistością, dając w efekcie teksturę pokrewną pierwotnemu, prawie że lovecraftowskiemu strachowi, co zbliża go bardzo do kina Davida Cronenberga.

Sukces Pogorzeliska i jego anglojęzycznych filmów ostatecznie doprowadził artystę do wyreżyserowania kasowego hitu Sicario ($84 mln wpływów) z Emily Blunt, Joshem Brolinem i Benicio Del Toro, do którego zdjęcia ponownie zapewnił Roger Deakins. Ten, myśląc o konkretnym stylu wizualnym, który pasowałby do historii, zaproponował reżyserowi posłużenie się bardzo specyficznym wzorcem, dziełami francuskiego mistrza kina gangsterskiego, Jean-Pierre’a Melville’a.

Film został dość dobrze przyjęty przez fanów i krytyków, choć nie wszyscy dają mu wysokie noty, ale nie ulega wątpliwości, że ma on bardzo dopieszczoną warstwę wizualną, a jego mocną stroną jest też stopniowanie przemocy poprzez odwołanie się do suspensu, a nie do akcji.

Mamy tu do czynienia z dwiema rzeczami. Po pierwsze, taki był scenariusz. Kiedy czytasz scenariusz, na końcu jesteś wykończony. Pamiętam, że kiedy oglądałem Siedmiu samurajów Kurosawy, były tam sceny, w których czekałem na przemoc. Ale nic się nie dzieje, wszystko jest spokojne.

Jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której samuraje czekają na przechodzących złodziei. Czekają, wiedzą że złodzieje nadchodzą, ale nic nie robią, tylko czekają. Przemoc wkrótce się pojawi. To uczucie czekania na nadchodzący moment było bardzo silne. Był to dla mnie wzór przy robieniu Sicario.

Presja czasu, rozciągnięcie go do tego stopnia, że tworzysz potrzebne napięcie. Rzecz, która bardzo mi się podoba, to że jak popatrzysz na ludzi oglądających Sicario z pewnego kąta, to widzisz jak przesuwają się na krawędź fotela, chociaż nic się nie dzieje! – wyjaśnia Villeneuve w wywiadzie dla Den of Geek.

Na chwilę obecną Villeneuve zakończył zdjęcia do swojego nowego filmu Story Of Your Life, thrillera science-fiction o lądowaniu obcych z Amy Adams i Jeremy Rennerem w rolach głównych, do którego zwiastun jest już gotowy, ale jeszcze nie został udostępniony publicznie.

Jego następnym projektem jest zaś sequel do Łowcy androidów z Harrisonem Fordem, Ryanem Goslingiem i Robin Wright, do którego scenariusz napisali Hampton Fancher oraz Michael Green. Reżyser twierdzi, że ma błogosławieństwo Ridleya Scotta, ale zrobi film całkowicie po swojemu.

Conradino Beb

The Duke of Burgundy (2014)

duke_of_burgundy_2014 poster

Peter Strickland to imię, które dopiero zaczyna wychodzić poza krąg fanatyków, obserwujących rozwój artystycznego kina gatunkowego, neoeksploatacji, indie horroru i innych ciekawych hybryd, stających się powoli rozpoznawalnymi składnikami ekspresji filmowej naszych czasów. Strickland wystartował ciepławo przyjętym dramatem/thrillerem Katalin Varga w 2009, ale już trzy lata później wjechał głęboko w potylicę fanów giallo pokręconym Berberian Sound Studio – hołdem dla klasycznego gatunku włoskiej kinematografii.

W The Duke of Burgundy obserwujemy jak artysta dokonuje błyskotliwej reinterpretacji euro sexploitation w stylu Jesusa Franco, enfant terrible lat ‘60/’70, który dokonał tylu adaptacji dzieł de Sade’a, że równie dobrze może być uznany za jego spadkobiercę. W istocie, film Stricklanda delikatnie przypomina o takich dziełach hiszpańskiego filmowca, jak Seksualna macumbaSukkub czy Eugenia, ale robi to z wielkim wdziękiem, nie dając zwyciężyć zwykłej trawestacji. W filmie Stricklanda sex jest mało istotny wizualnie – bo odrzucona została czysta eksploatacja – staje się za to budulcem miłosnej więzi.

Reżyser przywraca jednak charakterystyczny klimat produkcji lat ’70, osadzając akcję w alternatywnej czasoprzestrzeni, która ma jakiś związek z historią, ale w tym samym sensie, w jakim jej nie ma, więc scenariusz może eksplorować chwyty niemal fantasmagoryczne, balansujące na granicy obrazu erotycznego i psychedelicznej grozy.

Wszystko jednak w granicach specyficznej wizji, która jest na tyle oryginalna, że widz otwiera się szybko na przemożną sensualność dwóch bohaterek-entomolożek, wzajemnie zaspokajających swoje najskrytsze pragnienia w tajemniczym wiejskim dworku.

I tu można by zacytować samego de Sade’a, który te oto słowa wkłada w usta Durceta w 120 dniach sodomy: – Jakże możesz być szczęśliwy, skoro w każdej chwili możesz się zaspokoić? Szczęście nie polega na przyjemności, lecz na pożądaniu, na pokonywaniu stawianych mu przeszkód. Tak, bohaterki The Duke of Burgundy są ucieleśnieniem ducha libertynizmu, zdając sobie sprawę z zasad doznawania najwyższej przyjemności, ale które – raczej ze względu na własne, ludzkie ograniczenia – wpadają przy tym w rutynę.

Ale nie jest to zbyt oczywiste, gdyż obserwujemy je tylko w kontekście jednego sezonu, trzech pór roku, które otwiera wiosna, gdy larwy w końcu zamieniają się w motyle – a tytuł to przecież nazwa motyla – co reprezentuje wykwit kreatywności i wysoki punkt dla hormonalnego napięcia.

Gdy tylko bowiem z drzew zaczynają opadać liście, żywotność zamienia się w marazm… ale życie ciągnie się niewątpliwie pod śnieżnym puchem i przyjmuje bardziej senną formę, czego jednak nigdy nie zobaczymy w filmie, jak też nie dowiemy się nigdy dlaczego i po co, bo reżyser nie dąży do rozwiązania akcji, która bardziej przypomina klasyczne dzieła autorskie tj. Obrazy Altmana, czy niektóre horrory Fulciego… czyli jest jej w zasadzie niewiele.

Zamiast tego film mocno angażuje wizualnie. Mamy więc piękne, niemal psychedeliczne momenty, które mocno przypominają klasyczne filmy Cormana (X- człowiek, który widział więcej, Podróż), czy trochę tajemnicy i napięcią, choć zwycięża tu mimo wszystko studium charakterologiczne, a emocjonalny ładunek pokrewny jest bardziej dziełom Bergmana (Persona, Sceny z życia małżeńskiego), czy „teatrowi dwóch aktorów”. Jesteśmy świadkami bardzo dobrze wyreżyserowanego pękania masek… bo są w życiu momenty, w których nawet ludzka toaleta przestaje robić frajdę i wtedy dostajemy lanie.

To, swoją drogą, jest jak najbardziej pożądane, bo sadomasochistyczny kompleks wymaga, by ból stale zwiększać. Bez zwiększania dawki mózg, zarówno sadysty, jak i masochisty, szaleje z nudy, a harmonia staje się niemożliwa do osiągnięcia. Ale film Stricklanda idzie nieco dalej i sugeruje, że związek oparty na wzajemnej dominacji i uległości seksualnej przeżywa te same rozterki i wjeżdża w te same uliczki, co każdy inny związek – nieważne czy hetero, bi, czy homoseksualny.

Związek Cynthii i Evelyn, z całą pewnością żarliwy i oryginalny, wymaga mimo wszystko ciągłej reżyserii, bo jego mroczny charakter oparty jest głównie na perfekcyjnym odgrywaniu ról, które mają sens tylko wtedy, gdy w ich prawdziwość wierzą obydwie strony.

W innym wypadku życie przestaje być teatrem i staje się życiem po prostu, które pisze swój własny scenariusz. Dobre to filmidło, zbudowane na kunsztownym klimacie retro, nastrojowej muzyce i doskonałych kreacjach aktorskich Sidse Babett Knudsen i Chiary D’Anny, które atakuje zarówno zmysły, jak i narząd służący do myślenia.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Duke of Burgundy
Produkcja: Wielka Brytania, 2014
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Dom o śmiejących się oknach (1976)

house-with-laughing-windows-1976-italian-poster

Otwierająca film scena przedstawia człowieka w agonii, poddawanego torturom, a na ekranie pojawiają się nazwiska twórców i obsady. Sama scena została sfilmowana w kolorze sepii, co jakby podkreśla, że jest to koszmar senny lub schizofreniczne zwidy. Taki wstęp sugeruje zaś kino oniryczne, baśniowe i mroczne, czy też zagadkowe, okrutne, wyrafinowane.

Film Avatiego zalicza się tradycyjnie do giallo, ale to coś więcej niż tradycyjne dzieło gatunku. Reżyser nie mnoży tu bowiem scen morderstw, tylko w przeraźliwie spokojny sposób zmierza do finału. Szokujące zakończenie wydaje się wprawdzie nie pasować do zrównoważonej reszty, ale w produkcjach z tego nurtu nie wszystko musi do siebie idealnie pasować. Sam tytuł także jest zmyłką, bo absolutnie nie ma się tu z czego śmiać.

Do jakiegoś wygwizdowa przybywa młody renowator dzieł sztuki, który dostał pracę w lokalnym kościele. Jego zadaniem jest dokończenie fresku przedstawiającego męczeństwo świętego Sebastiana. Poprzedni wirtuoz pędzla, który ów fresk malował, zginął w tajemniczych okolicznościach. Możliwe, że jego następcę czeka podobny los, gdyż odkąd przyjął tę pracę nękają go złowrogie, anonimowe telefony.

Zamiast przerazić, wzmagają one jednak zainteresowanie przybysza tajemniczą atmosferą, który postanawia nie tylko dokończyć malowidło, ale i wyjaśnić zagadkę tego niecodziennego obrazu. Fascynacja dziełem sztuki obłąkanego – jak się okaże – artysty, zbliża zaś sukcesywnie ciekawskiego obcego do przerażającej prawdy.

Avati zrealizował film trwający 110 minut, przez co nie ustrzegł się dłużyzn, które można by z czystym sumieniem skrócić albo usunąć. Trzeba mieć sporo cierpliwości, by dotrwać do końca, bo czasem aspiracje artystyczne zabijają klimat i wprowadzają niepotrzebną nudę. Wprawdzie klimat odludnej osady zbudowany jest świetnie, sugestywne ujęcia znakomicie akcentują izolację bohatera. Ale tytułowe domostwo i budynek, w którym mieszka protagonista, nie oddziałują już tak silnie. Pozbawione są duszy, która cechuje dziwne domy z horrorów.

Oprócz wad, które nie pozwalają mi zaliczyć filmu do największych arcydzieł gatunku, wciąż posiada on jednak cechy niepokojącego thrillera, w którym napięcie stopniowane jest profesjonalnie, a na koniec reżyser serwuje taki finał, który zamiast wyjaśnić wątpliwości, mnoży kolejne pytania.

Ciekawy jest w filmie wątek fascynacji śmiercią u artystów-malarzy. Czy faktycznie ludzie, którzy uwieczniają na obrazach męczeństwo i śmierć mają skłonność do patologicznych zachowań? Czy pozbawieni są artystycznej wrażliwości, jaka cechuje portrecistów i autorów pejzaży? To dobry materiał na horror i świetny pretekst, by samemu ujawnić światu artystyczną duszę za pomocą olśniewających kadrów, przedstawiających piękno krajobrazów i szaloną wizję ziemskiego piekła.

Avati pokazał świetny gust plastyczny i muzyczny, bo uczynił operatora Pasquala Rachiniego i kompozytora Amedea Tommasiego istotnymi współautorami swojego dzieła. Urodzony w Bolonii filmowiec stworzył wyrafinowany estetycznie obraz, wizjonerski i metafizyczny, ujawniający malarski i poetycki temperament reżysera. Bywa subtelnie i hardcorowo, a niezgłębiony świat sennych koszmarów przenika do rzeczywistości, czyniąc z niej piekielną kuchnię, w której daniem głównym jest ludzkie mięso.

Miłośnicy kuchni włoskiej raczej polubią to dzieło, bo z tradycyjnych składników „żółtych filmów” udało się Avatiemu zbudować nastrojowe kino grozy z ciekawą zagadką, tajemniczym domostwem i bulwersującą przewrotką w finale. W efekcie, Dom o śmiejących się oknach to prawdziwie ekskluzywne giallo, które powinno spodobać się zarówno miłośnikom sztuki, jak i pasjonatom makabrycznej tematyki. Ale to film przede wszystkim dla wytrwałych, dla których niestraszne są dłużyzny i wolny rytm narracji.

Mariusz Czernic

 

Znany pod tytułami: La casa dalle finestre che ridono / The House with Laughing Windows
Produkcja: Włochy, 1976
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Wróg (2013)

enemy_poster

Ten doskonale przyjęty przez zagraniczną krytykę, kanadyjsko-hiszpański szoker, oferuje to samo niebanalne podejście do gatunku, co genialny Berberian Sound Studio lub jeszcze wcześnej Lista płatnych zleceń Wheatleya. Z ekranu wylewa się cronenbergowsko-ballardowska psychoza, która najpierw obezwładnia swoją wizualną monotonią, a potem topi w strachu przez odkryciem tajemnicy. Uhonorowany Oscarem w 2010 za Incendies Denis Villeneuve eksploruje tu wątki o wiele bardziej niepokojące od większości współczesnych drapieżców gatunkowych, którym często brakuje po prostu jaj.

Jego adaptacja The Double, książki portugalskiego pisarza José Saramago, to próba przedstawienia bardzo dziwnej obsesji, pod wpływem której znajduje się profesor historii politycznej na lokalnym uniwerku, Adam Bell. W  jego codziennej monotonii, pomiędzy tymi samym wykładami o źródłach dyktatury – co jest w jakimś sensie kluczem do filmu – a seksualnymi koszmarami i dziennymi halucynacjami, pojawia się nagle lokalny film niezależny, w którym ten odkrywa aktora o imieniu Anthony Claire, przypominającego do złudzenia jego samego.

Wiedziony niewytłumaczalnym uczuciem z pogranicza metanazy i paranoi – spadkiem prozy takich pisarzy, jak Kafka, Burroughs, Ballard czy Phillip K. Dick – Adam zaczyna śledzić życie Anthony’ego, a nawet kraść jego korespondencję służbową, by w końcu zadzwonić i zaproponować mu spotkanie, na którym okazuje się, że obydwoje w istocie są identyczni. Wcześniej jednak, że coś się dzieje wyczuwa żona Anthony’ego, odkrywając to samodzielnie. W napadzie własnej paranoi Anthony zmusza ostatecznie Adama, by zamienili się rolami na jedną noc, co kreuje bardzo napiętą sytuację.

Wróg jest niezwykle wciągającym filmem dzięki wysoce przemyślanej reżyserii i zdominowanym przez ciemnożółte odcienie, zdjęciom Nicolasa Bolduca. Te odmalowują odrealnioną atmosferę snu w ten sam sposób, co miejską rzeczywistość i w efekcie dają filmowi teksturę potrzebną do wykreowania atmosfery pierwotnego, prawie że lovecraftowskiego strachu. To zaś zbliża Wroga do takich dzieł, jak Głowa do wycierania Davida Lyncha, czy Crash Cronenberga.

Villeneuve w swoim filmie zdaje się przywoływać tę samą atmosferę, co obydwóch wspomnianych artystów – niepokojącą i nie dającą się racjonalnie wyjaśnić. A pomaga w tym na pewno fantastyczna kreacja Jake’a Gyllenhaalla jako Adama i Anthony’ego, a także role Mélanie Laurent (znana z Bękartów bez chwały) i Sarah Gadon (tak, grała u Cronenberga), które wcielają się w partnerki obydwóch bohaterów. Mimo że funkcjonują one niemalże jako dwie anonimowe istoty, nadają zdarzeniom pewnego stopnia realności… jeśli za realność uznać moc spełniania się mrocznych marzeń.

Ostatecznie, mamy do czynienia z reinterpretacją starożytnego mitu doppelgangera, który znajduje we Wrogu uwspółcześniony sens. To obraz strachu przed spiskiem rzeczywistości, przed mroczną siłą, której główną rozrywką jest testowanie granic ludzkiej świadomości, tego co jest ona w stanie zaakceptować i zrozumieć. I właśnie ta niezwykle umiejętna gra z tajemnicą jest największym atutem filmu Villeneuve’a. Bardzo znaczące zdaje się motto pojawiające się na samym wstępie: „Chaos to porządek, który domaga się odczytania”.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Enemy
Produkcja: Kanada/Hiszpania, 2013
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Nocny przypływ (1961)

night_tide_1961_poster

Chociaż głównie maniacy rzadkości i friki filmowe pamiętają dziś pokryty patyną, pełnometrażowy debiut Curtisa Harringtona, nieziemska atmosfera i okultustyczne wątki połączone z awangardową kinematografią tworzą z Nocnego przypływu doskonałe wyzwanie dla poszukiwaczy pereł w zatoce filmów kultowych. Zrealizowany na bardzo niskim budżecie i sfilmowany w okolicach Venice Beach, w Kalifornii, w klasycznej czerni i bieli, Nocny przypływ wszedł na ekrany kin dzięki American International Pictures w 1961 i z miejsca okazał się porażką kasową.

Z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się to jednak dziwne, gdyż obraz miał niewiele wspólnego z tanią, drive-inową eksploatacją, która w tym czasie wałkowała wątki dziesięciometrowych kobiet, nastoletnich wilkołaków, gigantycznych krabów i ośmiornic z kosmosu – w reperturza AIP późnych lat ’50 i wczesnych lat ’60 znajdziemy całe mnóstwo tego typu filmów.

Poprzez ukazanie psychologicznej tajemnicy, której natury nie rozumiemy aż do samego końca i która nigdy tak naprawdę nie zostaje wyjaśniona, Harrington stworzył jedyny w swoim rodzaju film ocierający się o okultystyczny thriller z ciekawym wykorzystaniem wątków Tarota i greckiej mitologii. Wpleciony weń hitchcockowski suspense zostaje w udany sposób połączony z narzędziami filmu eksperymentalnego, które Harrington dobrze poznał poprzez współpracę i przyjaźń z Peterem Hamidem, Mayą Deren i Kennethem Angerem – twórcami znanymi ze swoich tajemniczych krótkich metraży.

Faktycznie, Curtis Harrington był w pewnym momencie najbliższym przyjacielem tego ostatniego grając jedną z ról w kultowej Inauguracji domeny rozkoszy razem z innymi członkami kalifornijskiej loży O.T.O. – para-masońskiej organizacji okultstycznej, praktykującej thelemiczne rytuały, oparte na naukach Aleistera Crowleya. To właśnie na planie ww. filmu Kennetha Angera twórca spotkał po raz pierwszy Marjorie Cameron – żonę okultysty i naukowca rakietowego Jacka Parsonsa – którą później zaprosił do odegrania cameo morskiej wiedźmy w Nocnym przypływie.

Cała intryga filmu, której głównym bohaterem jest marynarz na przepustce (grany przez zbanowanego wówczas w Hollywood Dennisa Hoppera) spotykający piękną kobietę w klubie jazzowym, która okazuje się pracować w miejscowym cyrku… a w końcu być również niebezpieczną femme fatale, która w krótkim okresie czasu straciła dwóch chłopaków, zabitych w dziwnych okolicznościach, a do tego jest głęboko przekonana o byciu syreną, rozgrywa się zasadniczo w Czasie Snu – continuum czasoprzestrzennym, w którym wyobraźnia jest tak samo prawdziwa, jak ciało i krew.

Poczucie niezwykłości eksperymentu Harringtona, osadzającego wszystkich bohaterów w rzeczywistości kosmicznej, zostaje dodatkowo wzmocnione przez charaktery dryfujących autsajderów, uwikłanych w tajemniczą grę – marynarza, cyrkowców (z emerytowanym, angielskim kapitanem jako szefem namiotu syreny), morską wiedźmę i oczywiście samą syrenę (młodą kobietę, która nie wie skąd pochodzi, ani gdzie zmierza). Te fascynujące sylwetki – pomimo swoich ulotnych właściwości – wciągają widza głęboko w środek opowiadanej przez reżysera „bajki”, gdzie jest on zachęcany do skonfrontowania się oko w oko ze swoją własną podświadomościć, co ponownie przywodzi na myśl niepokojące wizje filmowe Kennetha Angera czy Mayi Deren.

Poza odniesieniami okultystyczno-magicznymi, Nocny przypływ może być także interpretowany jako swoistego rodzaju późny śpiew Beat Generation, zawdzięczający ruchowi sporo ze swojej formy. Staje się to jasne już w pierwszej scenie, w której marynarz wchodzi do kafejki jazzowej zaczynając konwersację z przypadkowo spotkaną kobietą, a w tle grany jest frywolny bebop. Sama rama dwóch bohaterów po prostu przesuwających się przez krajobraz i w efekcie zakochująch się w sobie, jest dla mnie bardzo Beat – tak jakby wszystko stało się „w drodze”.

Mimo że Nocny przypływ posiada dość zwartą narrację, opartą na konkretnym scenariuszu, Harrington reżyseruje bardziej klimat niż akcję wykorzystując dialogi w bardzo minimalnym stopniu, które stają się jedynymi kotwicami „realnego świata” – zaledwie odnogą Czasu Snu. I właśnie sposób reżyserowania tego kultowego filmu najbardziej przypomina atmosferę rytualnych arcydzieł Mayi Deren tj. Meshes Of The Afternoon czy Ritual In Transfigured Time, które w fascynujący sposób chwytają się ścieżek podświadomości, z tym że obraz Harringtona pozostaje mimo wszystko filmem narracyjnym, a do tego romansującym z kinem gatunkowym.

Nocny przypływ na tle swoich czasów, a także typowych śmieci klasy B, dystrybuowanych przez AIP, wyróżnia się jednak awangardowymi środkami wyrazu. Warto oczywiście zwrócić również uwagę na świetną kreację Dennis Hoppera, która pozostaje jedną z mniej znanych ról w jego długiej i kontrowersyjnej karierze. Aktor jest tu jeszcze daleki od swojego dzikiego, rozimprowizowanego, posiłkującego się dragami i alkoholem stylu, który wykształcił pod koniec lat ’60 w The Glory Stompers i w Easy Riderze.

W Nocnym przypływie Hopper poddaje się nastrojowi charakteru – słynny buntownik bez powodu gra dużo tonem głosu i dobrze wykorzystuje mimikę twarzy. Wciąż można tu zobaczyć klasyczny trening teatralny, jaki aktor odebrał grając Macbetha w teatrze Old Globe, w San Diego. Nieobecna jest tu późniejsza furia – słyszymy za to cichą mowę, widzimy ogoloną twarz, prosty chód i klasycznie rozrysowane emocje. Piękny przykład początków pracy aktorskiej Hoppera, które naprawdę są warte sprawdzenia, szczególnie że są nieodącznym elementem znakomitego filmu Harringtona, należącego do najlepszych w jego karierze.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Night Tide
Produkcja: USA, 1961
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5