Archiwa tagu: narkotyki

Holenderskie badanie udowadnia, że czystość dragów z Darknetu jest mitem!

Wiele z przeprowadzonych w ostatnich latach, niezależnych badań społecznych, takich jak Global Drug Survey, wskazuje iż użytkownicy narkotyków są coraz częściej przekonani, iż jakość środków zakupionych w Darknecie jest wyższa od tych nabytych od lokalnych dilerów.

Jednak nowe badanie holenderskie, przeprowadzone przez naukowców związanych z Instytutem Trimbosa, udowadnia iż przekonanie to jest mitem, gdyż większość z próbek pochodzących z Darknetu ma w istocie niższą jakość od ulicznej.

Jak piszą autorzy badania: Przekonanie o wyższej jakości produktu jest głównym powodem do kupowania substancji online, ale dowody przekonanie to obalają. To niejasne zaufanie do internetowych bazarów jest potencjalnie szkodliwe, ponieważ klienci nie mają często pojęcia o obecności nieoczekiwanych, nieznanych substancji czy szkodliwych rozrabiaczy w zakupionych przez siebie narkotykach, które mogą podwyższyć ryzyko niebezpiecznych reakcji.

W ramach badania przeanalizowano chemicznie 32,663 próbki, z których 928 zostały zakupione online, w Darknecie i poza nim. Wyniki ujawniły, że te zakupione online nie różniły się znacząco jakością od dostępnych na ulicy, a często były nawet mocniej przeżenione, jak np. MDMA.

Badanie wskazuje również na fakt, że ceny online są 10-23% wyższe od cen lokalnych, co nie wpłynęło jednak na spowolnienie rynku, gdyż stosunek zakupów online do zakupów lokalnych potroił się pomiędzy 2013, a 2015.

Analiza została przeprowadzona na rynku holenderskim, który może się znacząco różnić od innych rynków europejskich. Jako że większość środków dostępnych w Darknecie pochodzi jednak z Holandii, jest to ważny głos w dyskusji na temat ich jakości.

Jedyne znaczące różnice w jakości środków zaobserwowano w przypadku 4-FA (czystość online 59%, czystość uliczna 52%), MDMA w formie proszku (czystość online 45%, czystość uliczna 61%), tabletek 2C-B (zawartość online 21 mg, zawartość uliczna 10 mg) i tabletek Ecstasy (zawartość online 131 mg, zawartość uliczna 121 mg).

Conradino Beb

 

Źródło: NCBI / PubMed

1980: porobiony crackiem Richard Pryor podpala się i wybiega na ulicę!

Znany komik i aktor, Richard Pryor, wychowywał się w burdelu, w którym jako prostytutka pracowała jego matka. Porzucony w wieku 10 lat, stał się pociechą babci, właścicielki wspomnianego przybytku, która w kwestii edukacji stosowała głównie lanie. Ale dalej też nie było lekko, bo w wieku 14 lat Richard był molestowany przez katolickiego księdza z lokalnej parafii, by następnie zostać wyrzucony ze szkoły.

Ten mało rozrywkowy los miał uczynić z Pryora jednego z największych artystów w historii amerykańskiej komedii stand-up, który został nazwany przez Jerry’ego Seinfelda „Picassem naszego zawodu” i był podziwiany przez wielu amerykańskich krytyków jako największy talent od czasów Lenny’ego Bruce’a.

Demony nie oszczędzały jednak ani na chwilę komika po tym, jak ten przebił się do masowej swiadomości niezwykle kontrowersyjnym jak na swoje czasy albumem komediowym That Nigger’s Crazy w 1974.

Pryor wkrótce nie mógł wyhamować ze swoim pociągiem do dragów, seksu i alkoholu, które trzy lata później doprowadziły do pierwszego w jego karierze ataku serca.

To doprowadziło go do słynnego epizodu z czerwca 1980, kiedy będący u szczytu sławy artysta podpalił się po wcześniejszym oblaniu alkoholem we własnym domu, a następnie wybiegł na ulicę – skutek nadużywania cracku (kokainy typu freebase), który przerobił mu mózg na budyń waniliowy.

Jak Pryor przyznaje się w swojej autobiografii Pryor Convictions and Other Life Sentences: Po paleniu freebase’u bez przerwy przez kilka dni nie byłem w stanie rozróżnić pomiędzy jednym, a drugim… wyobrażając sobie nadchodzącą ulgę sięgnąłem po butelkę koniaku na stole i cały się nim oblałem.

Bardzo naturalne. Metodyczne… odpaliłem zapalniczkę… i byłem skąpany w płomieniach. Byłem w miejscu, które nie było ani niebem, ani ziemią. Musiałem być w szoku, bo nic nie czułem.

Historia została opisana przez magazyn People, którego archiwa są dzisiaj dostępne online, dzięki czemu jesteśmy w stanie prześledzić, co stało się gdy Pryor w końcu trafił do szpitala.

Jego walka była heroiczna i dręcząca. Kilka razy dziennie lekarze i pielęgniarki ze Szpitala w Sherman Oaks w Los Angeles wsadzali Richarda do kąpieli wirowej (rodzaj hydromasażu – przyp. red.), gdzie ciepła woda i środki antyseptyczne obmywały jego ciało.

Po tej kąpieli poparzenia trzeciego stopnia smarowane były srebrną maścią z sulfadiazyną, która miała walczyć z infekcją. Następnie, dwa razy dziennie, nawet przez dwie godziny, lekarze wsadzali komika do komory hiperbarycznej – cylindra, w którym można potroić normalne ciśnienie atmosferyczne, wymusić przyswajanie tlenu i przyśpieszyć proces leczenia. W ostatni wtorek operowano, by usunąć martwą tkankę z jego ciała i płyn z płuc – czytamy w numerze z 30.06.1980.

Pryorowi ostatecznie udało się uniknąć śmierci, z czego ten potem nawet żartował: Nauczyłem się jednej rzeczy, jak się palisz możesz biec naprawdę szybko, choć w swoich skeczach zamienił koks i alkohol na mleko i ciasteczka.

Do legendy dostała się też Parthenia Street, na której miało miejsce całe zajście. Pryor zmarł ostatecznie 10.12.2005 po trzecim ataku serca.

Richard Pryor żartujący na temat swojego wypadku

Conradino Beb

Kiedy amfetaminy były hitem dnia… reklamowano je w zasadzie wszędzie!

Amfetaminy to grupa stymulantów, które są pochodną fenylopropylanu. Pierwszą z nich, fenyloizopropyloaminę, wyizolowano już w 1887 w USA, ale zastosowanie medyczne środek znalazł dopiero w 1910, kiedy doktorzy Baker i Dale zaliczyli go do lekarstw pobudzających współczulny układ nerwowy.

Synteza amftetamin przyśpieszyła radykalnie po I Wojnie Światowej, kiedy amerykański farmakolog Alles zsyntetyzował po raz pierwszy siarczan amfetaminy, lepiej znany jako benzedryna, który trafił na masowy rynek w 1932 roku.

Pięć lat później jeszcze mocniejszy środek z tej grupy zaczęła produkować w nazistowskich Niemczech firma chemiczna Temmler-Werke Fritz Hauschild, która nadała mu nazwę pervitin. Substancją tą była metamfetamina, która ze względu na swoją wysoką skuteczność szybko dostała się pod lupę dowództwa Wehrmachtu.

pervitin
Pervitin / niemiecka metamfetamina z lat ’30

Po szeregu testów stwierdzono, że produkt podnosi na wiele godzin aktywność bojową, zwiększa męstwo, a także likwiduje zmęczenie oraz ból, co doprowadziło do zamówienia przez Wehrmacht i Luftwaffe ponad 200 mln tabletek pervitinu w okresie 1939-1945.

Sami żołnierze określali go mianem Panzerschokolade (pancerna czekolada), której siłę działania porównywali do kilku litrów kawy. O cudownej tabletce pisała nawet brytyjska prasa!

Jako że metamfetamina ma jednak silne właściwości uzależniające, żołnierze, którzy przestawali ją zażywać, przejawiali ciężki syndrom odstawienia. Cierpieli na halucynacje, oblewały ich zimne poty, a wielu popadało w stan apatii, przeradzającej się z czasem w ciężką depresję, prowadzącą do brutalnych samobójstw.

Metamfetamina stosowana była podczas II Wojny Światowej także przez żołnierzy brytyjskich i japońskich… stosowali ją m.in. polscy lotnicy uczestniczący w Bitwie o Anglię, którzy wykonywali pod jej wpływem nawet dwa loty dziennie.

Zakończenie wojny nie tylko nie zatrzymało produkcji amfetamin, ale doprowadziło do prawdziwej amfetaminomanii, która swoje największe żniwo zebrała w Japonii, gdzie do połowy lat ’50 ponad 2 mln ludzi zażywało regularnie środki z tej grupy, a około 0,5 mln była od nich uzależniona.

Także w Polsce i Związku Radzieckim środki te były po wojnie legalne, a ich użycie kwitło do późnych lat ’70 wśród studentów, robotników fabrycznych i inteligencji.

Ale prawdziwymi mistrzami w produkcji i reklamie amfetamin okazali się Amerykanie, którzy do połowy lat ’50 uczynili z nich idealne środki na wiele dolegliwości, zaczynając od niewinnego sprayu udrożniającego zapchany nos.

Środki, znane pod handlowymi nazwami takimi jak: metedryna, benzedryna i dexamyl, były przepisywane jako pigułki na zrzucenie wagi, a także psychotropy leczące objawy depresji, nieśmiałości czy stresu.

Amfetamina (siarczan amfetaminy)

amphetamine_ad1
Reklama amfetaminy / lata ’40

Jak stwierdza ta przepiękna reklama amfetaminy z lat ’40:

Ten magiczny proszek czyni znacznie więcej, niż przepędza niechciany tłuszcz, bo oczyszcza i wzbogaca krew, wzmacnia cały organizm i sprawia, że czujesz się lepiej w każdy możliwy sposób. Daje ci także energię do pracy w nocy.

Potencjalnym użytkownikom ciężko było pewnie dyskutować z taką listą zalet.

Metedryna (metamfetamina)

methedrine_ad2
Reklama metedryna / wczesne lata ’60

Ta fantastyczna reklama z lat ’60  wskazuje, że metedryna jest idealnym lekarstw na otyłość, sprawiając że „chudnący jest szczęśliwy”. Środek  był przeznaczony dla „jedzących za dużo” i „tych z depresją”.

Jak wiemy dzisiaj, taka dieta może szybko doprowadzić do wielu niezmiernie interesujących skutków ubocznych takich jak halucynacje, paranoja czy mania prześladowcza.

methedrine_ad1
Reklama metedryny / późne lata ’60

A tu inna wersja odmalowuje szczęśliwą pacjentkę, która pozbyła się depresji dzięki metedrynie… choć ciężko powiedzieć, czy udało jej się wyjść z ciągu.

Dexamyl (dekstroamfetamina)

dexamyl_ad2
Reklama dexamylu / lata ’60

Dexamyl był produktem brytyjskiej korporacji farmaceutycznej Smith, Kline and French. Spansuła zawierała dekstroamfetaminę i amobarbital. Pierwszy związek miał dodawać energii do pracy, a drugi zapewniać przyjemną relaksację.

Jak twierdzi reklama: Dexamyl zapewnia nie tylko poprawę nastroju, sprawia że opada zasłona depresji, ale powoduje również, iż pacjent staje się bardziej otwarty i komunikatywny.

Innymi słowy, cud, miód i malina.

dexamyl_ad1

W innej reklamie ten sam medykament pomaga „gospodyniom domowym z lękami i depresją, które prowadzą życie pełne monotonnej rutyny, rozczarowań i odpowiedzialności…”

I z tym ciężko się kłócić, bo taka dawka energii rozwiązywała wiele problemów. Teraz sprzątać można było całą dobę.

Benzedrynowy sztyft do nosa (dl-amfetamina)

benzedrine_ad1

benzedrine_inhaler_ad

Wprowadzony na rynek przez tę samą korporację Smith, Kline and French w 1933, benzedrynowy sztyft do nosa był mocno targetowany na personel wojskowy… oraz dzieci.

Po wojnie benzedryna stała się także dostępna w formie tabletek, na które w slangu mówiono bennies. Zażywali je z umiłowaniem poeci i pisarze związani z Beat Generation oraz headzi z Haight-Ashbury, którzy polecieli w dożylne stosowanie amfetaminy około 1968, co rozpoczęło szybki upadek psychedelicznej kontrkultury.

Adderall (dekstroamfetamina i lewoamfetamina)

adderall_ad

 

adderall_ad2

I nawet jeśli większość amfetamin dostała się w końcu na czarną listę ONZ, która skutecznie zepchnęła ich produkcję do podziemia (na czym korzysta teraz wielu niezależnych przedsiębiorców w Polsce), korporacje farmaceutyczne nie mogły tak po prostu pozbyć się dojnej krowy i wraz z 1996 na rynek wprowadzono Adderall, zawierający „dobre amfetaminy”.

Adderallem powszechnie leczy się ADHD u dzieci, których liczba na dzień dzisiejszy wynosi 3,5 mln. W ciągu trzech dekad sprzedaż Adderallu wzrosła trzykrotnie i obecnie ponad 10 korporacji farmaceutycznych oferuje jego zamienniki. Ale nie ma się co dziwić, bo wartość globalnego rynku wynosi około $13 mld.

Jedynym problemem pozostaje liczba przedawkowań!

Conradino Beb

Beat na piątek: Neo-Londyn

Nie bez przyczyny Londyn to miasto, które nigdy nie śpi. Kokainowa dieta jest dla każdego – białych śmieci, imigrantów, nauczycieli, aż po kurwy. 3 dychy, szybka ściecha, pojawia się energia i uśmiech, masz wyjebane na cały świat. Rzeczywistość dogoniła cyberpunkowe wizje z kart Métal Hurlant lub Neuromancera.

Z jednej strony istnieje świat cyfrowych bilboardów, świetlistych drapaczy chmur, modnych klubów i wielkich korporacji. Ale parę pięter niżej, w zaszczurzonych uliczkach, wiecznie podłączeni do sieci ludzie dobijają narkotykowe deale, sprzedawane są ciała, rodzi się buntownicza sztuka.

Jednym z buntowników jest Gaika, urodzony w Brixton potomek karaibskich imigrantów. Jego pierwszym językiem wypowiedzi były sztuki wizualne. Muzykiem został po jednej pijackiej nocy, w trakcie której chwycił za mikrofon i zaczął freestylować.

Silny nacisk na aspekty wizualne przebija się w jego twórczości po dziś dzień. W swoich teledyskach Gaika jawi się jako wkurwiony, ostro ujarany szaman cyfrowej ery, ale jego muzyka ma również bardzo obrazowy charakter. Ostatni mixtape rapera – Security, to dźwiękowy, interaktywny przewodnik po współczesnym Londynie.

Do jego stworzenia artysta użył szerokiej palety stylów, które składają się na muzyczny pejzaż Zjednoczonego Królestwa – dancehall, grime, gotycki industrial, hip-hop. Nie brakuje też aspektów podkreślających jego kosmopolityczny charakter.

W Buta gruby dubowy wokal Seroce spotyka się z bliskowschodnią barwą Miss Red, znanej ze współpracy z The Bug. Security, tak jak Neo-Londyn, tworzy dychotomia. Pełen sacharozy, popowy autotune, łamią industrialne zgrzyty, eteryczne kaskady elektroniki – brutalny rap chuligana z centrum.

Futurystyczna, ciągle mutująca tekstura, wyłącza album z ram wszelkiej klasyfikacji (to rejony genreless). Z dancehallowego transu przepływamy do niskich basowych ciosów.

Obrazy zmieniają się w jak w kalejdoskopie: kreska – upadły klub – kreska – Gaika sieje spustoszenie na dzielni – dalsze kreski – centrum – Gaika wzywa do buntu – kreska-taniec-kreska-zwał. Security nie jest melodią przyszłości, to cyberpunkowy koszmar, który obudził Cię z krzykiem już dziś.

Jakub Gleń

Na sprzedaż zegarek z Timothym Learym i dragami zamiast godzin!

Jak twierdzi the-image-builder, sprzedawca z eBaya, zegarek na aukcji ma przynajmniej 45 lat, więc najprawdopodobniej został wyprodukowany pod koniec lat ’60. Obecny właściciel dostał go w prezencie w latach ’70, ale wsadził go do pudełka i szybko o nim zapomniał, by wyciągnąć dopiero teraz.

Zegarek jest wg właściciela w pełni funkcjonalny, choć ma lekko porysowane szkiełko i po nakręceniu spóźnia się o minutę czy dwie, ale swoją rolę spełnia idealnie.

Za 15 LSD, 20 po kokainie, 5 po trawie czy wpół do speeda to wersje czasu, które oferuje swojemu potencjalnemu użytkownikowi!

Cena wywoławcza wynosi $305, ale sprzedawca wraca z wakacji dopiero 26 września, więc sprawę można spokojnie przemyśleć. Zegarek można licytować tutaj.

timothy_leary_get_high_60s_watch_2-jpg

Paul Thomas Anderson o „Boogie Nights”: „Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy”

1997 by dobrym rokiem dla młodego Paula Thomasa Andersona, który po raz pierwszy poczuł smak międzynarodowego sukcesu dzięki Boogie Nights, brawurowo wyreżyserowanej rozprawie z przemysłem pornograficznym, który w latach ’70 królował w San Fernando Valley – krainie wyrzutków, narkomanów i biedaków, w której artysta się wychował i z której do dziś czerpie inspirację.

Boogie Nights pojawiło się na horyzoncie po pełnometrażowym debiucie PTA, Hard Eight (oryginalnie Sydney), który mimo że zaklasyfikował się do głównego konkursu na Festiwalu w Cannes, został kompletnie olany przez dystrybutora, Rysher Entertainment i szybko przepadł w morzu innych produkcji.

300-stronicowy scenariusz Boogie Nights miał swoje korzenie w pierwszym szorcie PTA, The Dirk Diggler Story, który został przez niego nakręcony w wieku 17 lat. Film zaliczył premierę na Festiwalu w Toronto w 1997, zyskując super pozytywne recenzje krytyków, którzy porównywali styl młodego reżysera do Roberta Altmana i Martina Scorsese, nie szczędząc zachwytu nad brutalnym realizmem jego dzieła. Ukoronowaniem sukcesu Boogie Nights stała się nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz.

Obraz szybko stał się kultowy ze względu na unikalny klimat narkotykowego i seksualnego ekscesu, który uważany jest za bardzo realistyczny portret Kalifornii przełomu lat ’70 i ’80.

Dramatyczne sekwencje, pokazujące coraz większe uzależnienie bohaterów od białego proszku, nie byłyby jednak tak sugestywne, gdyby reżyser sam nie przeżył kilku kokainowych ciągów, do czego przyznał się w wywiadzie dla Creative Screenwriting, który oryginalnie został opublikowany w 1998 i właśnie pojawił się online.

Zapytany o to, skąd wie, jak rozmawiają ludzie nawciągani koksem, PTA odpowiada bez ogródek: Wciągałem masę koksu, więc sam prowadziłem te pokręcone rozmowy.

Zaskakujące jest przy tym to, że reżyser w tym samym wywiadzie uznaje swój film za bardzo krytyczny, co rzadko akcentowane jest przez fanów czy krytyków, którzy kochają go najczęściej za to, iż opowiada on historię, która wydaje się nie ferować żadnych wyroków.

Jak twierdzi jednak PTA: Sądzę, że to właśnie jest w tym wszystkim najśmieszniejsze i może być powodem, dla którego Boogie Nights nie osiągnął sukcesu kasowego – ten film jest do pewnego stopnia osądem. Kocham te charaktery i kocham pornografię z tego samego powodu, dla którego jej nienawidzę, czy dla którego wpędza mnie w depresję.

Pierwsza połowa to gry i zabawy, ale w drugiej pojawia się za nie kara. To moje własne poczucie winy za pornografię. W pewien sposób jest to więc rozprawa nad pornografią i jej bohaterami. Ale zostało to wykonane w łagodny i szczery sposób, ponieważ nie miałem żadnego pojęcia co robię.

PTA przyznaje również otwarcie, że… filmy powodują przemoc, a sam śmieje się z argumentów przeciwników razem z Johnem C. Reillym.

Filmy powodują przemoc. Filmy absolutnie promują przemoc. Wiem to, bo za dzieciaka po obejrzeniu filmów chciałem być taki jak filmowe charaktery. Chciałem się ubierać jak one i mówić jak one. Szczęśliwie, skanalizowałem to ostatecznie w pracę przy filmach – mówi artysta.

Conradino Beb

 

Źródło: Creative Screenwriting

Nicolas Winding Refn przywalił Larsowi von Trierowi, ale dlaczego?

Nicolas Winding Refn zręcznie podgrzał atmosferę na piątkowej konferencji prasowej w Cannes, ogłaszając że jego krajan Lars von Trier „już dawno jedzie po równi pochyłej”, że „zażywał dużo dragów” i że „gdy go widział po raz ostatni, ten próbował stuknąć mu żonę”… ale teraz „znalazł sobie jakąś inną dziwkę”.

NWR nie po raz pierwszy skrytykował jednak twórcę Przełamując fale i Antychrysta, a wszystko zaczęło się na Festiwalu w Cannes w 2011, kiedy Lars von Trier sprowokował publikę nazistowskimi żartami, za co został w trybie ekspresowym ogłoszony persona non grata. NWR przeprosił wtedy za von Triera, mówiąc że „Duńczycy mają bardzo ograniczoną mentalność”.

Jak się jednak okazuje, reżyser miał znacznie głębszy motyw, co wypłynęło w artykule Los Angeles Times dwa miesiące później, gdzie NWR ogłosił: To co powiedział Lars było bardzo, bardzo podłe. Jako że pochodzę z żydowskiej rodziny, bardzo zasmuciło mnie to, że ktoś był w stanie powiedzieć coś takiego bez namysłu nad tym, jak mogą to odebrać inni ludzie.

Problem Danii jest taki, że kręci się w swoim małym świecie, nawet jeśli chciałaby się obracać w kręgach międzynarodowych. Mieliśmy podobny problem z tymi (anty muzułmańskimi) komiksami, które były kompletnie niepotrzebne i nie miały żadnego celu poza wywołaniem reakcji.

Konferencja prasowa w Cannes / 2011

Ale ten konflikt nie jest taki prosty, jak się wydaje, bo w wywiadzie dla New York Times z maja 2013 NWR mówi: Mam ogromny szacunek i podziw dla Larsa, ale gramy też w nieokreśloną grę. Wysłał mi SMS-a wiele lat temu, w którym stwierdził, że pewnego dnia wbiję mu nóż w plecy i obiorę prowadzenie. Od tego czasu tak sobie pogrywamy. Ale nie trzymamy się razem i nie imprezujemy razem.

W ramach tej gry NWR wysłał von Trierowi oprawiony w ramki plakat do Boys from Brazil, filmu z 1978 opowiadającego o próbie sklonowania Hitlera, mówiąc mediom że „wszystkie klony wyglądają jak jego młodzi akolici” i że „nie doczekał się od niego notki z podziękowaniami, bo Lars pogrążył się w pigułkach lub innych środkach”.

Conradino Beb

Wyznania nastolatki (2015)

The-Diary-of-a-Teenage-Girl-2015-movie-poster

Wyznania nastolatki to film, który bardzo spodobał się zarówno kinomanom, krytykom, jak i dystrybutorom na zeszłorocznym Festiwalu Sundance, gdzie obwołano go „dziełem oryginalnym, intensywnym i przezabawnym”, co nie jest w tym wypadku przesadą.

Zrealizowany przez debiutantkę Marielle Heller na podstawie kontrowersyjnej powieści graficznej The Diary of a Teenage Girl: An Account in Words and Pictures autorstwa Phoebe Gloeckner, obraz łączy opowieść o budzącej się seksualności młodej Minnie z przypomnieniem narkotykowego ekscesu liberalnych lat ’70.

Z ciekawostek warto dodać, że główną inspiracją dla reżyserki było arcydzieło Hala Ashby’ego, Harold i Maude, którego kultowy impresjonizm można bez trudu odnaleźć w Wyznaniach nastolatki.

To również film retro, co przypomina mi o tym, że obecna dekada ma szansę przejść do historii kina jako eksplozja zainteresowania stylami przeszłości, pewnego rodzaju trend, w którym można odnaleźć tęsknotę za czasami, kiedy ludzie marzyli wciąż o lepszym jutrze, a kultura to odzwierciedlała.

A co może być lepsze od wyrażenia tej tęsknoty, niż osadzenie akcji w pozbawionym wszelkich trosk okresie, charakteryzowanym przez wyzwolenie z więzów religijnego konserwatyzmu, wolność seksualną (jeszcze bez widma AIDS wiszącego nad głową), czy tony marihuany, kokainy i LSD przewalające się przez USA w ilościach wcześniej niespotykanych.

Faktycznie, to w latach ’70 Amerykanie mogli się po raz pierwszy rozkoszować wolnością wywalczoną dekadę wcześniej, a imprezkę rozkręciło na dobre zakończenie Wojny w Wietnamie, które ostatecznie obaliło widmo poboru.

W tych czasach żyje właśnie bohaterka filmu, 15-letnia Minnie, której artystyczna dusza domaga się oprócz osobistego uznania przez jej idolkę, rysowniczkę komiksową Aline Kominsky (faktyczną żonę Roberta Crumba, której duch cały czas unosi się nad filmem), DUŻEJ ilości seksu i pierwszych doświadczeń z dragami.

Hormony robią swoje i wkrótce Minnie wskakuje do łóżka z chłopakiem swojej matki-rozwódki, Monroe, z którym traci dziewictwo i kontynuuje pierwszy w swoim życiu romans przez kilka miesięcy.

To, jak możemy się domyślać, pomysł dość ryzykowny, który będzie miał swoje poważne konsekwencje, jednak stanowiący oś akcji filmu i zapewniający widzowi obfitość absolutnie zabawnych momentów (dokładnie jak w kultowym komediodramacie Hala Ashby’ego).

Ale to nie wszystko, bo Minnie będzie również przeżywała przygody ze swoją przyjaciółką Kimmie, z którą m.in. będzie obciągać pały młodym chłopcom w toalecie, a także z „potrzaskaną duszą” Tabathą, która zapozna ją z erotycznymi właściwościami lude’ów (chemiczna nazwa: metakwalon) i marihuany, a także wprowadzi w świat lesbijskiego seksu.

Do silnych stron tego zachwycającego filmu należy również bardzo dobra obsada – Bel Powley jest fantastyczna jako Minnie, Alexander Skarsgård jako Monroe, a Kristen Wiig jako Charlotte (fruwająca na koksie matka naszej nastolatki) i nawet epizodyczna rola Christophera Meloniego jako Pascala, tradycjonalistycznego ojca Minnie, zasługuje na uwagę – która w połączeniu z osobistą narracją w pierwszej osobie, ładnym oświetleniem nadającym obrazowi pastelowych barw, naturalnym językiem i świetną muzyką kreują wysokiej klasy widowisko audiowizualne.

Wyznania nastolatki posiadają ponadto równe tempo, które jest bardzo komfortowe dla widza, ale reżyserka i tak raz na jakiś czas przyciska pedał gazu, wprowadzając pięknie zrealizowaną animację, która pokazuje bogactwo wyobraźni Minnie.

Przykładowo, w bardzo zręcznie wyreżyserowanej scenie tripu kwasowego Minnie dostaje skrzydeł i wzlatuje ponad łóżko, by zostać sprowadzona na ziemię przez swojego partnera, który przeżywa ciężki bad trip. Jedna z tych fenomenalnych scen, których jest tu naprawdę sporo, a które sprawiają, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem od początku do końca.

Oczywiście, duże znaczenie dla wymowy debiutu Heller ma również fakt, że to kobieta gra tu pierwsze skrzypce, gdyż portetów zbuntowanych nastolatków, szukających pierwszych doświadczeń seksualnych i imprezujących do pierwszego pawia, mamy w kinie na pęczki (zainteresowanych odsyłam przede wszystkim do Dzieciaków, wciąż żywego dzieła Larry’ego Clarka)… kobieta, która nie waha się eksplorować swojej seksualności, nawet jeśli jej wybory posiadają wszystkie cechy wieku dorastania.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Diary of a Teenage Girl
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: UIP (United International Pictures)
Ocena MGV: 4/5

Bryan Cranston tajną bronią w Wojnie z Narkotykami w „The Infiltrator”

Bryan Cranston (Breaking Bad, Drive) wciela się w agenta DEA Roberta Mazura w The Infiltrator, nowym filmie Brada Furmana (Prawnik z Lincolna, Ślepy traf).

Akcja filmu została oparta o prawdziwą historię Roberta Mazura, który pod pseudonimem Bob Musella zinfiltrował na rozkaz DEA szczyty hierachii Kartelu z Medellín pod koniec lat ’80, neutralizując system dystrybucji kokainy i prania pieniędzy w USA przez organizację Pabla Escobara.

Międzynarodowa premiera jest zapowiadana na 15 lipca tego roku.

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb