Archiwa tagu: neoeksploatacja

Nigel Wingrove opowiada o swojej fascynacji nunsploitation w „House of the Writhing Nun”

Nigel Wingrove, właściciel kultowego labela Salvation Group (odpowiedzialnego za renesans filmów Jeana Rollin), znany także jako reżyser kontrowersyjnego, eksperymentalnego szortu Visions Of Ecstasy (1989), zbanowanego do 2012 roku przez BBFC za przedstawienie Św. Teresy uprawiającej seks z inną kobietą i Jezusem na krzyżu, pełnometrażowego Sacred Flesh (2000) oraz trzech filmów wideo z serii Satanic Sluts (The Black Order Cometh, The Black Masses, Scandalized), dokumentujących występy sceniczne żeńskiej, gotycko-burleskowej grupy Satanic Sluts, opowiada o historii nunsploitation, poruszając przy okazji kwestię swojej osobistej fasynacji gatunkiem, która zamieniła go w filmowca i dystrybutora rzadkich filmów eksploatacji z lat ’70.

House of The Writhing Nun (wywiad)

Visions of Ecstasy (1989)

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Roger Corman powraca z „Death Race 2050”!

Panie i panowie, papież kina klasy B, Roger Corman, powraca z Death Race 2050 (sequelem do legendarnego Death Race 2000). Trailer obiecuje głupawy humor, campową estetykę i wszechstronną eksploatację z zaliczaniem punktów za podstarzałych pacjentów szpitala okręgowego włącznie.

Wyreżyserowany przez G.J. Echternkampa, film kusi rolami Malcoma McDowella jako Prezesa skorporatyzowanej Ameryki i Manu Bennetta (Arrow) jako Frankensteina.

Historia jest odświeżeniem klasyka, więc ponownie będziemy świadkami krwawego wyścigu samochodowego osamotnionymi autostradami, w którym punkty zostają przyznawane za przejeżdżanie mniej lub bardziej winnych przechodniów.

Jak przypomina jednak Prezes, cel jest szczytny: Chodzi tu wyłącznie o wolność. Wolność do siedzenia na wielkiej, grubej dupie cały dzień i oglądanie najważniejszego wydarzenia sportowego w historii ludzkości. Witajcie w Wyścigu Śmierci – jak słyszymy z jego ust w trailerze.

Film zostanie rzucony na rynek 17 stycznia w postaci Blu-ray, DVD i streamingu HD.

31 (2016)

31_poster

Po finansowej klapie Lords of Salem – film w dystrybucji kinowej nie zwrócił nawet 2 milionowego budżetu – wielu fanów zwątpiło w dalszą karierę Roba Zombiego, muzyka w branży filmowej. Płomykiem, który na nowo rozpalił serca widowni, okazał się jednak tajemniczy projekt zatytułowany 31.

Zombie, dysponując mniejszymi funduszami, niż przy poprzednim filmie, wsparł się Internetem i zorganizował dwie kampanie crowdfundingowe, które pozwoliły mu na sfinalizowanie  projektu. Ostatecznie produkcja trafiła do szerszej widowni za pośrednictwem platform VOD 16 września tego roku, a specjalne pokazy kinowe wystartowały 21 października.

31 od początku budziło kontrowersje. Wspomnieć należy choćby o tym, że mimo wielu cięć filmowi ciągle nakładano kategorię R, klasyfikując go jako wyjątkowo brutalny. I cała ta otoczka znajduje sens w kontekście fabuły, jaką Rob Zombie raczył obdarzyć swoje dzieło.

To historia grupy wypaczonych pracowników parku rozrywki, którzy na dzień przed Halloween zostają pojmani przez grupę jeszcze większych zwyrodnialców i zmuszeni do przerażającej zabawy na ich regułach. To gra o przeżycie, w której nasi bohaterowie, niczym w komputerowej strzelance, zmagają się z nadciągającymi falami coraz bardziej cudacznych psycholi, których celem jest pozbawienie ich życia.

Zombie próbuje tu jakby skondensować swoją dotychczasową twórczość filmową do postaci pigułki, którą jego fani chętnie łykną. Stylistycznie najwięcej artysta czerpie tu z Domu 1000 trupów i wspomnianych Lords of Salem. Groteska i psychodeliczny klimat łączą się z typowym dla kina grindhouse kurzem czy wszechobecnym brudem.

Trudno też nie dostrzec teledyskowego zacięcia Roba, ten wszak własnoręcznie reżyseruje klipy dla swojej kapeli White Zombie. Jego najnowszy film jest taki, jak on sam, jego wizja kina lub muzyka – szalony, zadziorny, eskalujący przesadną brutalnością, zlewającą się ze smoliście czarnym humorem.

Nie zabrakło oczywiście ulubionych aktorów reżysera. Prócz obecnej w każdym jego filmie małżonki Sheri Moon Zombie, obsadę zasilił między innymi Jeff Daniel Phillips (stylizowany tutaj na Sida Haiga), Lew Temple, czy znany i powszechnie lubiany Malcolm McDowell, który występuje w peruce rodem z czasów Rewolucji Francuskiej.

Paleta postaci, w jakie wcielają się aktorzy, to prawdziwy pokaz rozbuchanej fantazji Roba. Od klaunów-rednecków z piłami łańcuchowymi, przez nazistowskie karły, po okultystycznych arystokratów. Gdyby film powstawał w okolicach 2007 roku, z pewnością podpięty byłby pod neoeksploatacyjny szyld Grindhouse duetu Tarantino-Rodriguez.

Cała produkcja zresztą pogrążona jest w kwaśnych latach 70-tych, przyozdobiona o zagrania montażowe tamtych lat czy soundtrack. Wszakże Zombie wielokrotnie udowodnił, że potrafi doskonale dobierać muzykę do swojego obrazka. Filmowi ujmuje jednak pod względem realizacji uboga scenografia. Oczywiście, stoi za tym niski budżet, przez co większość akcji dzieje się na korytarzach jakiejś zatęchłej fabryki.

Z wyżej wymienionych powodów, jeśli polecić miałbym komuś 31, to tylko i wyłącznie wiernym fanom Roba Zombiego oraz przeżywającego rozkwit nurtu explotation revival, bo mimo całej swojej „fajności”, film nie daje emocji, które zostałyby z nami dłużej niż 2 godziny po seansie.

Kolejny trip wypchanej pomysłami głowy Roba okazuje się jednorazową wycieczką, w dodatku nie oferującą niczego nowego, serwującą kolejny raz talerz pełen krwawej, soczystej pulpy. Trudno szukać tutaj ciekawych postaci pokroju rodzinki Firefly, nie znajdziemy również głębi remake’u Halloween. Realizacyjnie dużo brakuje mu zaś do debiutanckiego Domu 1000 trupów.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: 31
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

„Death Race 2000” wraca w produkcji Rogera Cormana!

Legenda niskobudżetowego przemysłu filmowego, Roger Corman, potwierdził że wyprodukuje remake kultowego Death Race 2000, który oryginalnie został zrealizowany przez jego wytwórnię New World Pictures. Film pt. Death Race 2050 wyreżyseruje G.J. Echternkamp znany z roli w Pułapce (2005), a ostatnio z wyreżyserowania doskonale przyjętego dramatu Frank i Cindy.

Żaden z filmów NWP nie dostał tak gównianej przeróbki, jak Death Race 2000, który nędznie odwzorowano w filmach z cyklu Wyścig śmierci. Ale teraz za kolejną z nich wziął się sam Roger Corman. Frankensteina zagra Manu Bennett (Azog z trylogii Hobbit oraz Deathstroke z Arrow), a prezydenta sam Malcolm McDowell.

Jak czytamy w streszczeniu, które brzmi jak wyjęte żywcem z Black Mirror: W niedalekiej przyszłości Ameryka podlega kontroli potężnej korporacji, która zabawia masy krwawymi wyścigami w wirtualnej rzeczywistości.

Najważniejszym z wydarzeń jest Wyścig Śmierci, w którym uczestniczy zbieranina kierowców z całego kraju. Punkty są przyznawane za przejeżdżanie przechodniów i zabijanie się nawzajem. Zwycięzcą i ulubieńcem tłumów jest pół maszyna, pół człowiek o imieniu Frankenstein, który zostaje wykorzystany do misji szpiegowskiej przez swojego pilota.

Jak przekazał Roger Corman w oświadczeniu prasowym: Jest to niesamowita okazja dla mnie, jak i milionów fanów Death Race 2000, żeby namacalnie doświadczyć intensywnych dreszczy i czarnego humoru oryginału z fantastyczną obsadą, odjazdowymi samochodami i szybką jak pocisk akcją. Death Race 2050 Rogera Cormana wciska pedał gazu i wznosi tę franczyzę na zupełnie inny poziom.

Zdjęcia do filmu zaczęły się na początku lutego i będzie on dostępny na DVD pod koniec tego roku.
Źródło: io9

5 wakacyjnych dreszczowców na deszczowe chwile

piranha-3dd-kadr
Pirania 3DD (2012)

Jeśli twoje wakacje są nudne i do bani, lub pogoda po prostu nie pozwala ci na twoje ulubione aktywności, to nic straconego. Zaproś kumpli, kup browary, usiądź wygodnie w fotelu przed telewizorem i sprawdź te pięć filmów idealnych na wakacyjny seans.

Szczęki (1975) / reż. Steven Spielberg

Pierwszy blockbuster wszechczasów oraz absolutny klasyk ery VHS i nocnych transmisji w telewizji publicznej. Historia o niepowstrzymanej sile natury w postaci wielkiego rekina ludojada, urządzającego rzeźnię na pełnej opalających się ludzi plaży w nadmorskim kurorcie.

Do walki z wielką rybą staje szeryf Brody (Roy Scheider) razem z oceanologiem Mattem (Richard Dreyfuss) i wilkiem morskim, pogromcą rekinów, Quintem (Robert Shaw). Wakacyjna sielanka ustępuje tutaj ciągłemu suspensowi i krwawym atakom animatronicznego rekina, prowadzonym ręką samego Stevena Spielberga!

Piątek trzynastego (1980) / reż. Sean S. Cunningham

Skrywający swoją zdeformowaną twarz pod maską hokejową Jason to ikona filmowego horroru. W tym zestawieniu można by umieścić każdy z łącznie dwunastu (sic!) filmów w których występuje, jednak to właśnie pierwszy Piątek trzynastego pozostaje tym najlepszym.

Klimat odosobnionego letniego obozu, położonego nad malowniczym jeziorem Crystal Lake po którym przechadza się tajemniczy morderca idealnie wpasowuje się w okres wakacji. Fenomenalne sceny morderstw, w tym jedna z udziałem młodego Kevina Bacona, powinny usatysfakcjonować każdego fana filmowej przemocy.

Pirania 3DD (2012) / reż. John Gulager

Dlaczego nie oryginał? Dlaczego nie remake? W końcu dlaczego nie Pirania II: Latający mordercy? Bo właśnie na najnowszej odsłonie serii bawiłem się najlepiej! Nie okłamujmy się, jest to film niebywale więc głupi, ale idealnie sprawdzający się na ciepły wieczór z kumplami i krążącym w kółeczko jointem. Dużo silikonowych cycków, absurdalnego gore, humoru niskich lotów, a także występ Davida Hasselhoffa, idealnie wpisują się w wakacyjny charakter filmu.

Wolf Creek (2005) / reż. Greg McLean

Mimo że moje serce kupił bardziej komediowy i utrzymany w konwencji Ozploitation sequel, to oryginałowi nie można odmówić jednego, potrafi przestraszyć. Historia po części oparta na faktach opowiada o trójce przyjaciół, którzy zwiedzając bezdroża Australii, by wpaść w ręce seryjnego mordercy Micka (John Jarratt). Zapewniam was, że po seansie, każda podróż gdzieś dalej, niż do McDonalda na obrzeżach miasta, będzie mieć dodatkowy dreszczyk emocji.

Podpalenie (1981) / reż. Tony Maylam

Nazywany klonem Piątku trzynastego film Maylama, to powstały na fali gatunku podręcznikowy camp slasher. Letni obóz Blackfoot był świadkiem tragicznego w skutkach żartu grupy gówniarzy na dozorcy Cropsym (Lou David).

Jednak pięć lat później oszpecony Cropsy wraca w okolice obozu i rozpoczyna krwawą wendettę na nastoletnich wychowankach przy pomocy wielkiego ogrodowego sekatora! Jak na horror klasy B Podpalenie wybija się nienajgorszym aktorstwem i fantastycznymi efektami gore w wykonaniu samego mistrza, Toma Saviniego.

Oskar „Dziku” Dziki

Eli Roth w końcu prezentuje trailer do „The Green Inferno”

Pomimo że Roth ukończył zdjęcia do The Green Inferno w połowie 2013, jego hołd dla kanibalistycznej eksploatacji lat ’70 nigdy nie doczekał się premiery kinowej. Szczęście jednak w końcu się odwróciło i reżyser z dumą zaprezentował trailer do swojego filmu na amerykańskim Comic Con.

Jak mówi reżyser LA Times: Chciałem napisać film o współczesnych aktywistach. Widzę, że wiele ludzi wykazuje troskę i chce pomagać, ale z drugiej strony czuję, że ludzie nie chcą borykać się z trudnościami. Zobaczyłem też, że wiele ludzi reaguje na trudne kwestie w mediach społecznościowych. To są wojownicy o sprawiedliwość społeczną. Mówią: „To jest złe, to jest złe, to jest złe”, ale wszystko co robią to tweetują i retweetują. Nic w zasadzie nie robią.

A że stare kino eksploatacji z chęcią brało na warsztat społeczno-polityczny aktywizm, wykorzystując efekt krzywego zwierciadła, czego pionierem był Roger Corman, Eli Roth wraca do tradycji i pokazuje w The Green Inferno, iż ratowanie świata nie zawsze idzie tak gładko, jak byśmy tego chcieli.

Deadliest Prey (2013)

deadliest_prey_2013_poster

David A. Prior to facet, który po prostu nie potrafi robić dobrych filmów, choć sam się szczególnie o to nie stara. Debiutujący nagranym kamerą wideo slasherem o eterycznym mordercy zabijającym wielkim młotem pt. Sledgehammer, stworzył kilka mniej lub bardziej kultowych produkcji tj. Zaginiony pluton czy Night Claws, które mimo wątpliwej wartości estetyczno-intelektualnej, posiadają całkiem sporą bazę fanów.

Jednak najsłynniejszym tworem Priora pozostaje niezmiennie, przywieziony do nas z Zachodu na kasetach VHS, Żywy cel – pełen nostalgii dla minionej epoki, wyjątkowo zły, niskobudżetowy akcyjniak – do ktorego w listopadzie 2013 Prior postanowił nakręcić oficjalny sequel, Deadliest Prey. Ale słowo sequel nie jest do końca adekwatne dla tego co widzimy na ekranie, gdyż twórca w większości kopiuje całe sekwencje z pierwowzoru.

Mike Danton (Ted Prior), który 27 lat temu wyrżnął całą armię najemników pułkownika Hogana (David Campbell), przeżywa dosłownie powtórkę z rozrywki. Porwany z własnego podwórka podczas wyrzucania śmieci (sic!), staje się celem zemsty Hogana, który po wyjściu z więzienia skompletował sobie nowy pluton żołdaków. Ale że podczas jego odsiadki technologia poszła do przodu, całe polowanie rejestrowane jest zamontowanymi na drzewach kamerami i transmitowane na żywo w sieci.

Deadliest Prey to typowa próba zarobienia paru dolarów na kulcie oryginału, ale jest to próba dość słaba, bo że oglądamy półprodukt, widać na każdym kroku. Pomijam próbę oddania klimatu lat 80-tych, gdyż niewielu filmom z wyższej półki się to dzisiaj udaje (ostatnim filmem, który doskonale eksploatuje motyw retro jest It Follows), ale film Priora nie zachwyca nawet jako kiczowaty akcyjniak.

Siłą Żywego celu były klepane chałupniczo efekty specjalne i gore, które w kontynuacji sprowadzają się do mocno tandetnego CGI. Wybuchy, krew tryskająca z ran postrzałowych, czy walka z helikopterem, nijak się mają do poprzednika. Jeśli chodzi o gore – bo z pokaźnego bodycountu oryginał słynie – to jest bardzo biednie. Danton przez swój leciwy już wiek nie ma tej siły i polotu, przez co dźganie nożem poniżej zasięgu kamery jest praktycznie jednym na co go stać.

Niby mamy nabicie na wystający badyl, czy rzuty nożem, ale w tym filmie to jak  trafienie szóstki w totka. Wspomnieć można o słynnej scenie z granatem z pierwszego filmu, która zostaje tutaj odświeżona. Niestety, lekki uśmiech politowania to jedyne co pojawi się na waszej twarzy.

Oczywiście, miło jest zobaczyć gębę Teda Priora, biegającego po lesie w samej piżamie (kultowe dżinsowe szorty mają tu swoje cameo), mordującego zastępy najemników z celnością jednookich szturmowców Imperium z Gwiezdnych wojen. Mimo że jego wiek zbliża go raczej do demencji starczej, niż młodzieńczego wigoru, uwierzcie mi, jest on najjaśniejszym punktem tej produkcji.

Kolejnymi „weteranami”, sprowadzonymi na plan, są David Campbell (Hogan) oraz Fritz Matthews, grający brata bliźniaka zmarłego w pierwszej części Thorntona. O ich aktorstwie nie ma się jednak co rozpisywać, bo panowie nie podszlifowali swojego warsztatu przez te 27 lat w ogóle. A reszta kadry to totalnie bezpłciowe nerdy śledzące show w Internecie i banda najemników, która wygląda raczej jak grupa kierowców tirów z pobliskiego postoju.

Sequel, remake, czy jak inaczej nazwać Deadliest Prey, okazuje się niestety klapą. Gwarantującym masę zabawy przy wcześniejszych filmach Priora był fakt, że nie tworzył on produkcji złych świadomie. Nie pozwalał na to budżet, a także umiejętności twórców, przez co odnosiliśmy wrażenie, że nikt nas nie robi w konia. Tamte produkcje były po prostu szczere!

Dzisiaj, kiedy w każdym praktycznie nurcie popkultury wraca się do klimatów retro, nakręcenie taniego filmu, będącego kalką tego co już było, skazane jest z miejsca na porażkę. Komu zatem polecić można Deadliest Prey? Tylko fanatycznym maniakom oryginału, bo reszta widzów nie znajdzie tu nic, co mogłoby ich zaciekawić. Ani to do dobry film akcji, ani powrót do szalonych lat 80-tych, a już na pewno niezbyt udany sequel Żywego celu.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: Deadliest Prey
Produkcja: USA, 2013
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

“Kung Fury” i kultura nostalgii

To że Kung Fury zrobił taką furorę w Cannes i w Internecie może być dziwne tylko dla tych, którzy ostatnie parę lat spędzili zakopani w szafie. Błyskotliwy mashup kilkudziesięciu filmów ze złotej epoki VHS i gier na konsole/komputery 8-bitowe, wyreżyserowany przez szwedzkiego maniaka kultury popularnej lat ’80 pokazuje, że klimatom retro w końcu udało się wypłynąć na szerokie wody… w istocie.

W mediach społecznościowych na całym świecie trwa euforia! Fani Kung Fury wypisują setki komentarzy na JuTjubie, których nikt nie jest w stanie ogarnąć w całości. W zachwyt wpadły także internetowe magazyny i portale tj. Independent, Vice, Yahoo czy Variety. Na dzień dzisiejszy film natrzaskał na JuTjubie ponad 8 mln odsłon. Nieźle jak na skromny budżet $630,019, ustukany na Kickstarterze.

Jak mówi o swoim hicie David Sandberg, jego scenarzysta i reżyser: Jest tu trochę Terminatora, trochę Karate Kida, Pogromców duchów, Wojowniczych Żółwii Ninja i Robocopa. Próbowałem podsumować moje emocje na temat lat ’80 w krótkim filmie. I próba ta zdecydowanie się udała, co potwierdzam własnymi słowami. Kung Fury to halucynogenna podróż do krainy niezwyciężonych wojowników ninja, nastolatków z bronią maszynową, superpotworów i syntezatorowych soundtracków, zawsze towarzyszących zdartym kasetom wideo.

Film został zaprezentowany, jak przystało na prawdziwy hołd dla estetyki VHS, w przesyconej palecie kolorów, z obowiązkowymi pasażami zdartej do bólu taśmy, które służą pogłębianiu uczucia absurdu – bynajmniej nigdy nie umykającego na bok – i wywołują słodko-gorzkie uczucie nostalgii w mózgach pokolenia Y, którego przedstawiciele rodzili się od późnych lat ’70 do połowy lat ’80, w ostatniej fazie Zimnej Wojny… w Polsce będąc ostatnimi, którzy pamiętają poprzedni system.

Sam urodziłem się w 1980 i choć tak jak wszyscy moi rówieśnicy nie pamiętam dobrze Stanu Wojennego, pamiętam za to dobrze eksplozję kultury VHS, najpierw pirackie kasetki przegrywane kilkanaście razy jedna z drugiej, a potem te oficjalne, dystrybuowane przez Elgaz, Warner Bros i inne firmy, które korzystały z otwierania się Polski na Zachód.

Pomimo że Powrót Jedi obejrzałem po raz pierwszy w lokalnym kinie w 1986 – był to w ogóle mój pierwszy film kinowy, jeśli nie liczyć „poranków” – Gwiezdne wojny i Imperium kontratakuje musiałem już oglądać z niemieckiego VHS z polskimi napisami… i do dzisiaj pamiętam Darth Vadera wypowiadającego kwestię: Ich bin dein vater, Luke. A te wdruki, czy chcemy, czy nie, pozostają w naszym systemie nerwowym na zawsze.

kung-fury-kadr2
Wojowniczka z epoki wikingów w „Kung Fury”

I właśnie z tego powodu dobrze kumam klimat Kung Fury, który dla mojego pokolenia służy przede wszystkim jako reaktywator kanapowych przeżyć, tanich dreszczy z dzieciństwa przy seryjnych śmieciach wytwórni Canon, braci Shaw i wielu mniejszych producentów czy dystrybutorów. Obrazy kung-fu z Hong Kongu – obejrzałem ich chyba w tym czasie z 200 – mieszały się z Amerykańskim ninją, Predatorem, Rambo, Terminatorem, Nagą bronią, Nieśmiertelnym, Władcą lalek, Straceńcami (tymi o Hell’s Angels w Wietnamie), Powrotem do przyszłości czy Akademią policyjną.

A wyobraźnię pobudzały jeszcze zestawy plastikowych gadżetów wojskowych, które zalewały także polski rynek i obowiązkowe plakaty z Rambo albo Commando na ścianie – kto nie miał jednego, ten był na podwórku frajerem – dające uczucie uczestniczenia w pewnym specyficznym kulcie. Na kolegów, którzy obejrzeli już wszystkie części Rambo, patrzyło się jak na wtajemniczonych i z wypiekami na ustach słuchało, jak nasz bohater przeżywał po męsku tortury nikczemnych Rosjan w Afganistanie!

kung_fury_kadr
Scena z „Kung Fury”

Ten emocjonalny związek z amerykańskimi „superbohaterami akcji” sprawił zaś z kolei, że nigdy nie traktowaliśmy poważnie słów polskich krytyków filmowych, którzy zbywali Rambo jako śmieć i właśnie dzięki nam dzisiaj na ten film – jak też na szeroko pojętą działkę eksploatacji, campu i gatunków – patrzy się już w Polsce zupełnie inaczej. My, pokolenie transformacji, nigdy nie daliśmy sobie odebrać prawa do czystej rozrywki i dzisiaj świętujemy swój triumf nad nadętą, pompatyczną sraczką filmową dla intelektualistów, która dawno straciła już rację bytu!

Conradino Beb