Archiwa tagu: neopogaństwo

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

The Budos Band – Burnt Offering (2014)

Chciałbym, żeby Goat nagrywali takie albumy, jak ostatni strzał The Budos Band. Bo Nowojorczycy, zanurzeni od zawsze w latynoskim jazzie Eddiego Palmieri, gangsterskim soulu Joe Bataana, uderzającym jak kula z kałasza afrobeacie Feli Kutiego czy funku Jamesa Browna & The JBs, nagrali hybrydę kompletną, w której nie ma nawet najmniejszej dziury.

Ich sound przybrał nieco „mroczniejszy”, bardziej psychedeliczny odcień, a kawałki nie były tak imprezowe od legendarnego debiutu, który po prostu zarażał Up From the South i całą resztą!

Burnt Offering to trochę beka z klasyków metalowych, które muzycy znają naprawdę doskonale, ale nie ma tu nic metalowego per se, bo Budosi lecą naprzód z afrykańskimi riffami organowymi, legendarnymi już partiami sekcji dętej, jazzowymi liniami basu… i przesterowanymi gitarami.

No tak, gdzieś ta neopsychedelia/retro metal musiały znaleźć ujście, więc tu jest naprawdę zabawnie. Ale że produkcja jest zwarta jak cipka dziewicy, to po prostu się klei jak miodek do łapek Kubusiowi Puchatkowi.

Szaleńcze aranżacje przejmują nad tobą całkowitą kontrolę, nie możesz przestać kołysać się i tańczyć, a uśmiech zaczyna prowokować pytania od partnera.

Wiele kawałków zagranych jest na off-beacie, co w połączeniu z potężnymi dęciakami, loopami i jęczącymi piekielnie gitarami, daje absolutnie transowo-potępieńczo-zombiastyczny nastrój. Tylko wyobraźmy sobie żywe trupy pracujące na plantacji marihuany, której przewodzi potężny bokor, składający nocą krwawe ofiary Odynowi i będziemy mieli niemalże pełny obraz!

Trudno mi nawet wskazać, który kawałek lubię tu najbardziej, bo wszystkie są tak przebojowe, że aż przypomina mi się Thriller Michaela Jacksona, którego słuchałem jak miałem 10 lat. Chcesz nucić „Zuo, zuo to właśnie to”, a magiczne buty na koturnie niosą siedem mil!!!

Jak oni wpadli na pomysł nagrania czegoś tak perwersyjnego, nie mam pojęcia, ale są winni przesłuchiwania przeze mnie tego albumu 3-4 razy pod rząd, gdy już go odpalę swoim małym bezwstydnym paluszkiem, pełnym żądzy za pradawnymi rytmami, pogańskimi harmoniami i porno riffami! 11/10!

Conradino Beb

Przesileniowy koncert Hawkwind w Stonehenge!

hawkwind_1984_stonhenge

21 czerwca 1984 Hawkwind dali legendarny koncert na Stonehenge Free Festival z okazji Przesilenia Letniego. Miała to być ostatnia edycja festiwalu, który pierwszy raz pojawił się na brytyjskiej mapie muzycznej w 1974, by zostać zbanowany rok później przez brytyjski sąd… po tym jak patrol policyjny został poczęstowany jointami przez anonimowych załogantów, ale niestety odmówił.

Hawkwind da się tu usłyszeć wciąż w klasycznym składzie Dave Brock, Nik Turner, Harvey Bainbridge, Huw Lloyd Langton, Alan Davey oraz Danny Thompson. Kultowi space rockowcy prezentują się z setem, który zawiera: Stonehenge Decoded, Ghost Dance, Watching The Grass Grow, Utopia, Social Alliance, Uncle Sams On Mars, Sonic Attack, The Right Stuff, Dawn and In The Morning, a także Angels of Death, Born To Go, Night of the Hawks, Motorway City, Ejection oraz Brainstorm.

Wszystkie z nich można znaleźć w całości na oficjalnym DVD: Hawkwind Solstice at Stonehenge 1984. Wcześniej koncert został wydany jedynie częściowo jako 12″ dodatek do dwupłytowego albumu This is Hawkwind, Do Not Panic w listopadzie 1984 przez Flicknife Records.

Obchody Przesilenia Zimowego w Stonehenge: relacja na żywo!

Przesilenie Zimowe to jedna z najważniejszych dat dla europeskich neopogan. Od lat ’70 symbolem obchodów tego święta jest brytyjski megalit Stonehenge, gdzie wiele małych grup nepogańskich zbiera się wspólnie 21 grudnia – jak też 21 czerwca podczas Przesilenia Letniego – by czcić moment, kiedy dzień po jesienno-zimowym okresie skracania zaczyna się w końcu wydłużać! Tym samym siła słońca, reprezentująca duchowy i materialny wzrost, a także dominację nad ciemnością, zaczyna być na powrót obecna w ludzkim życiu, otwierając nowy cykl!

Goat – World Music (2012)

Choć tytuł albumu Goat przekornie sugeruje, iż ponownie daje nam się do zjedzenia niestrawną mieszankę pseudo afrykańskich rytmów, hinduskich melodii i hipisowskich grzechotek, którą prasa muzyczna lubi nazywać world music, debiut szwedzkich pogan to jedyna w swoim rodzaju, eklektyczna wyprawa w przeszłość.

Afrobeatowy groove, space rockowe rozpasanie, stonerowy ciężar i skandynawski neofolk tworzą jedyne w swoim rodzaju ostrze, z którego zaklasyfikowaniem mają problem wszystkie liczące się pisma muzyczne tego globu. Na World Music Goat połączyli wszystko ze wszystkim i choć efekt miejscami nie do końca zadowala – do całkowitej spójności koncepcji trochę jeszcze zespołowi brakuje – ten album to doskonałe wstrzelenie się w kroniki Akashy.

Ważnym elementem twórczości Goat jest wizerunek – bluffowanie mitem voodoo z północy Szwecji, czarowanie otoczką imigrantów z Maroka (Senegalu, Konga czy Nigerii) czy wreszcie korcenie ciekawości fanów wyjęciem spod prawa. Wiadomo przecież powszechnie, iż bunt i tajemnica są najlepszymi popychaczami w świecie biznesu muzycznego, a dobrze rozrysowany mit założycielski może stać się ważnym czynnikiem szybkiego wzrostu popularności.

Mój zakład ląduje jednak na grupie rodzimych Szwedów z domieszką gorącej krwi głównie ze względu na wokalistkę śpiewającą z wyraźnym skandynawskim akcentem i zdjęcia promocyjne, przywodzące na myśl kreatywną rewitalizację black metalowych okładek z połowy lat ’90.

Jednak odłóżmy na bok te spekulacjofantazje, gdyż mają one niewiele wspólnego z samą muzyką, którą w skrócie można określić jako spotkanie Hednigarny z afrykańskimi uczniami Feli Kutiego w stylu Paxa Nicholasa, Petera Kinga lub Orchestry Baobab. Produkcja przywodzi na myśl zarówno space rockowe płyty Hawkwind z początku lat ’70, jak i stonerowo/doomowe objawienia Kyuss czy Electric Wizard.

Ciepły, pulsujący bas oraz partie djembe zapewniają idealny podkład w Goatman, który zawiera też sporą porcję gitarowego noodlingu, ale zadziornego i zajebiście zagranego. Strukturalnie Goat nie wykraczają wprawdzie poza podstawowe rytmy afrykańskie – dzikie polirytmie pozostają na razie tylko marzeniem – ale są słodkie z ładnie zaaranżowanymi przejściami, a do tego wszystkie instrumenty grają równo i produkcja jest perfekcyjna!

Ale nie wkręcajcie się za bardzo na Afrykę u Goat, gdyż etno zdaje się na World Music tylko bazą dla rozwiniętych solówek gitarowych i tworzenia potężnej ściany dźwięku, w czym bierze udział także przejmujący wokal. Płyta rozkręca się od Disco Fever, który nosi wprawdzie ślady wyraźnych inspiracji muzyką Czarnego Prezydenta, ale do w pełni rozbuchanego afrobeatu Goat brakuje niestety sekcji dętej.

Z drugiej strony, silny skręt w stronę szwedzkiego neofolku zapewnia przyjemny minimalizm kompozycyjny, który jak sądzę, jest dla wielu głównym wabikiem tej płyty. Jako koncepcja sprawdza się mimo wszystko doskonale i tylko pod koniec, szczególnie w Run To Your Mama i Goatlord, nieznacznie się wyczerpuje. Eklektyzm ma jednak swoją cenę!

Warto zwrócić uwagę, iż zamykający album Det Som Aldrig Forandras?Diarabi został zbudowany na tym samym temacie, co otwierający płytę Diarabi, tak więc mamy na World Music również zgrabną klamrę, która sprawia że ostatni kawałek może być traktowany jako pierwszy, jeśli zapętlić CD.

Det Som Aldrig Forandras?Diarabi jest przy tym udaną, neofolkową balladą, do której z dużą przyjemnością wracam i jednym z najśliczniejszych kawałków na całej płycie. Najlepsze u Goat są jednak mimo wszystko afrobeatowo-space’owe walce, które jak donoszą szpiedzy, świetnie sprawdzają się na żywo.

Eklektyzm World Music ma jednak także swoją słabą stronę, gdyż rozwija u maniaków pewnej półki muzycznej ochotę na usłyszenie u Goat WSZYSTKIEGO, a w przypadku wspomnianego afrobeatu chodzi o bębniarskie, perkusyjne i saksofonowe improwizacje. Tego niestety zespół nie zapewnia, ale z drugiej strony nie można mieć o to do muzyków żadnych pretensji.

Goat reprezentuje ponad wszystko własny, specyficzny styl i albo go łykamy, albo nie. Gdyby cała płyta została jednak zbudowana na eksploracji tej samej przestrzeni, byłaby genialna, a tak pozostaje tylko niezła, choć i tak gwarantuje z dziesięć-dwadzieścia przesłuchań zanim się znudzi. Silny konkurent w wyścigu o złoto roku 2012!

Conradino Beb

Kult (1973) [wersja reżyserska]

wicker_man_poster_1973

Znany dobrze fanom kina gatunkowego lat ’70 jako „najbardziej pogański film w historii kina”, ten brytyjski klejnot jest faktycznie jednym z niewielu, które w całości skupiły się na eksplorowaniu pogańskich wątków. Scenariusz oparty na książce The Ritual (1967) nie tyle eksploatuje jednak przedchrześcijańskie wierzenia w celu emocjonalnego sterroryzowania widza, co skłania się bardziej w stronę rewitalizacji kina detektywistycznego z dużą porcją antropologicznego rekonstrukcjonizmu i z tego powodu Kult (oryg. The Wicker Man) mało ma w ogóle wspólnego z horrorem (już bardziej z cultsploitation). Łatka ta jednak przywarła do filmu tak mocno, że jest on interpretowany niemal wyłącznie w kontekście kina grozy, a to dużo mu ujmuje.

Pierwsze plany sfilmowania książki pojawiły się na początku lat ’70, kiedy Christopher Lee wykupił do niej prawa chcąc zagrać w obrazie, który odchodziłby radykalnie od seryjnych horrorów kultowego studia Hammer. Aktor osiągał wówczas szczyt swojej kariery, jednak był coraz bardziej szufladkowany jako odtwórca ról wampirów i mrocznych kultystów w takich filmach, jak: Curse of the Crimson Altar, Taste the Blood of Dracula, Eugenie… The Story of Her Journey Into Perversion czy Count Dracula (dwa ostatnie w reż. Jesusa Franco). Scenariusz Anthony’ego Shaffera oddany został przez niego w ręce debiutanta Robina Hardy’ego, który sfilmował go w ciągu ośmiu tygodni jesienią 1972 (film został wyprodukowany przez British Lion).

Historia skupia się na losach funkcjonariusza szkockiej policji i głęboko wierzącego katolika Neila Howi’ego, który otrzymuje anonimowy list z pobliskiej wyspy Summerisle, zawiadamiający o zniknięciu młodej Rowan Morrison. Kierowany obowiązkiem zawodowym sierżant niezwłocznie udaje się na wyspę samolotem, by wszcząć śledztwo, ale na miejscu napotyka żelazny mur milczenia lokalnej społeczności.

I chociaż wzmacnia to jego determinację wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia, przeżyje on wkrótce prawdziwy szok kulturowy, gdy odkryje że mieszkańcy wyspy są nie tylko małomówni, ale okazują się również wyznawcami wiary innej niż chrześcijańska – wszyscy bez wyjątku są neopoganami czczącymi odwieczne siły natury pod wodzą tajemniczego Lorda Summerisle’a (w tej roli sam Christopher Lee).

Gdyby interpretować The Wicker Man jako horror, jedynym elementem który ma jakiś związek z graniem pod strach widza jest samo zakończenie. Reszta jest zaś klasycznym scenariuszem detektywistycznym, w którym bohater porusza się po omacku w celu odkrycia podrzuconej mu zagadki. Co odróżnia film zarówno od adaptacji kryminałów Agathy Christie, jak i horrorów gotyckich czy proto-slasherów tego okresu, jest całkowity brak epatowania krwią i przemocą.

Do tego suspense jest praktycznie nieobecny, co skreśla kultowe dzieło także z listy thrillerów. To wydaje się w dużej mierze zasługą reżysera, który zwyczajnie nie miał doświadczenia w pracy z żadnym gatunkiem filmowym! W efekcie The Wicker Man przypomina bardziej paradokumentalne studium wspólnoty pogańskiej, przez co jest on często umieszczany na szczycie list ulubionych filmów przez neopogan z całego świata.

Akcja filmu jest powolna służąc głównie odsłanianiu pogańskich wierzeń mieszkańców wyspy oczom sierżanta, który już po przybyciu czuje, że coś jest nie tak. Pierwszej nocy stanie się jednak naocznym świadkiem seksualnego rytuału, co da mu faktyczne podstawy do umocnienia swoich wstępnych podejrzeń. Dnia następnego zobaczy też dzieci tańczące naokoło Drzewa Życia i nagie kultystki skaczące przez ogień w prastarym kamiennym kręgu, a do tego wszędzie słyszy dziwne pieśni nefolkowe o podtekście erotycznym (napisane przez efemeryczny band Magnet).

W końcu sam Lord Summerisle wyjaśni mu zaś bez ogródek, że ostatni księża uciekli z wyspy dawno temu przerażeni odrodzeniem się pogańskich rytuałów. Jako katolicki fundamentalista Neil przeżyje oczywiście prawdziwy szok i będzie protestował, ale w końcu nieświadomie da się wciągnąć w pułapkę, która doprowadzi go do ostatecznego końca.

Jako że Shaffer włączył do swojego scenariusza mnóstwo zapisów ze Złotej gałęzi Jamesa Frazera (klasyki tzw. antropologii gabinetowej), w filmie odtworzono kilka z pradawnych rytuałów europejskich (głównie celtyckich i germańskich). Włączone do fabuły stają się one niezwykle interesującym elementem, który w efekcie katapultuje walory artystyczne filmu. Ostateczny rytuał majowy – który wieńczy całą historię – zawiera pochód lajkonika, androgynicznej istoty i głupca, którym towarzyszy sześciu mężczyzn z mieczami pod sztandarem Słońca.

Jest to prawdziwie pogańska celebracja odradzających się sił solarnych, a do tego całkiem miło wyreżyserowana. Namaszczenie i złożenie sierżanta-głupca w ofierze całopalnej – z obowiązkowym wyjaśnieniem widzowi dlaczego – jest zaś prawdziwym majstersztykiem, który nie ma swojego odpowiednika w kinie klasy B… dalej jest już tylko Jodorowsky.

Kultowość The Wicker Man rosła jednak powoli. W 1973 British Lion próbował go promować w Cannes, ale filmem nie zainteresował się praktycznie nikt. Ale niedługo później zarząd otrzymał telefon ze Stanów Zjednoczonych od nikogo innego, jak Rogera Cormana, który zaoferował $50 tys. za prawa do dystrybucji obrazu przez New World Pictures. Szpule powędrowały za Ocean i mimo że Corman pociął film, dystrybucję za $200 tys. przejęła firma National General, która zbankrutowała jednak cztery dni po dobiciu targu. Ostatecznie łapę na dystrybucji położyli Warner Bros., którzy rzucili film na pastwę drive-inowej publiczności, gdzie wyświetlany jako krótka wersja, okazał się umiarkowanym sukcesem.

Czas dokonał jednak znacznej rewaloryzacji filmu (zainspirowali się nim m.in. Irona Maiden) i uczynił zeń ostatecznie dzieło kultowe, co pozwoliło także przywrócić wersję reżyserską, trwającą 99 min., którą można dzisiaj nabyć na DVD. Pochodzi ona paradoksalnie ze zbiorów Cormana, który przechował przez te wszystkie lata jedyną niepociętą kopię filmu, tym samym przyczyniając się do oddania mu oryginalnego kształtu (jeszcze jedna zasługa Papieża Filmu B). Wersja reżyserska zawiera więcej wątków śledztwa i scen nagości, które znacząco wpływają na poprawę jakości intrygi. Jeśli miałbym rekomendować, bardzo polecam obejrzenie filmu w tej właśnie wersji. Jeszcze więcej pogaństwa i jeszcze więcej zabawy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Wicker Man
Produkcja: Wielka Brytania, 1973
Dystrybucja w Polsce: QDVD (Vision Film)
Ocena MGV: 4/5

Witchcraft ’70 (1970)

witchcraft_70_poster

Jeden z najsłynniejszych szokumentów lat ’60, zawierający sceny pozorowanych rytuałów tubylczych, publiczne wersje rytuałów satanistycznych i wiccańskich… a nawet kilka prawdziwych ceremonii. Włoski reżyser Sergio Ricci dostarczył w swoim filmie tonę bzdurnych scen z Europy, Azji i Południowej/Północnej Ameryki, którym towarzyszy sensacyjna narracja mająca spotęgować emocje. Ten „szokujący film” został wyprodukowany przez Włochów i był początkowo dystrybuowany pod tytułem Angeli Bianchi, Angeli Neri.

Międzynarodową dystrybucję przechwyciła jednak wkrótce wytwórnia Trans American Films (Pokolenie halucynacji), która zmieniła tytuł na Witchcraft ’70 w USA i The Satanists w UK. W obydwóch krajach film był reklamowany, jak typowa eksploatacja („Nigdy wcześniej…”) targetowana na rynek młodzieżowy.

A tematyka mrocznych rytuałów była w tym czasie bardzo gorąca z powodu ogona medialnego ciągnącego się za zabójstwami Manson’s Family, rosnącej popularności sexploitation i wielkiego sukcesu Dziecka Rosemary. Był to zdecydowanie dobry czas na robienie kasy na satanistycznych sensacjach!

Mimo że materiał nigdy nie miał szans na stanie się wielkim klasykiem filmu mondo – a już zupełnie wykluczona jest w tej konwencji powaga badania tematu – z czasem udało mu się przedostać do wielu prywatnych kolekcji rzadkich filmów okultystycznych jako rodzajowi ciekawostki. Jeśl interesuje cię jednak współczesny powab, wiedz że Witchcraft ’70 daje rzadką okazję do zobaczenia na ekranie takich legendarnych postaci, jak Anton Szandor LaVey czy Alex Sanders.

Na poziomie koncepcyjnym film wciąż pozostaje jednak tanim szmatławicem, który raczej nie skłania do śmiechu. Kilka absurdalnych sentencji może wprawdzie wywołać grymas na twarzy, ale generalnie nie ma tu dużo absurdalnego humoru.

Tak naprawdę jest to niemal wyłącznie głupawa eksploatacja i maraton narracyjnego bełkotu, który posiada garstkę cennych scen rytualnych, ukrytych pod masą ceremonii turystycznych – odgrywanych na żądanie reżysera przez aktorów i członków różnych wspólnot za pieniądze …. które kupiły również nagość kultystów, więc są i dupy, i cycki.

Sceny dokumentalne – jak np. opętanie kobiety z południa Włoch przez ducha Alberta, która jest teraz w stanie przekazywać wiadomości zza grobu – są jednak mało interesujące. Do tego wyłaniają się one pod stertą „potajemnie złapanych na kamerze 8 mm” ceremonii Candomble czy rytuałów z Indonezji. Ale w połowie filmu reżysera rzuca nam perłę – eksploatację Alexa Sandersa i jego covenu wiccańskiego.

Jako że do dnia dzisiejszego zachowało się naprawdę niewiele materiałów wideo pokazujących mityczną osobistość zwaną w Anglii Królem Czarownic – który założył swoją własną gałąź wicca po schizmie w łonie porządku gardneriańskiego – jest to swoista nagroda. Sanders pozwala ekipie filmowej na nakręcenie wiccańskiej ceremonii weselnej, odprawionej w covenie najbliższych wyznawców, którzy są oczywiście „odziani w niebo”. Kamera pokazuje, jak Sanders zamyka mieczem krąg i całuje ciało Bogini, ale reszta to już obowiązkowy pokaz nagich cycków kultystek.

Nie łudźmy się jednak, iż film mondo miał w swoim złotym okresie jakieś większe ambicje – nie  odbiega więc od schematu także Witchcraft ’70. Chodzi tu przede wszystkim o sensacyjne przedstawienie wątków satanizmu i czarownictwa – mrocznych kultów, które nagle zakwitły na całym świecie, by odprawiać swoje rytuały nago w blasku świec. Nie wiem, jak wielki sukces film osiągnął w drive-inach (czy w telewizji), ale jego „mroczna atmosfera”, paternalistyczny ton i tanie przesłanie zapewniają średnio dobrą rozrywkę.

To prawda, że można tu zobaczyć kilka ślicznych męskich i kobiecych ciałek, ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy mają gdzieś czy należą one do satanistów, wiccan, hooduistów, neopogan czy mormonów. Prawdziwą zwałą w filmie pozostaje narracja – kwintesencja wyssanych z palca pierdół – choć zawsze można przecież wyłączyć głos. Można także próbować czytać książkę i odwracać wzrok, kiedy narrator podnosi głos zwiastując kolejną sekwencję absurdalnych objawień.

Jeśli zdecydujesz się obejrzeć ten film dla LaVeya, wiedz że pojawia się on dopiero pod koniec filmu. Będziesz mógł jednak zobaczyć kultowy Czarny Dom w San Francisco oraz jeden ze słynnych pop satanistycznych rytuałów, odprawiany w legendarnym kostiumie z plastikowymi rogami. Naprawdę fascynujące… choć z pewnego dystansu marketingowa sensacyjność Witchcraft ’70 otwiera się na pewną pozaekranową analizę rytualnych tendencji kontrkultury późnych lat ’60.

Film w pewnym sensie zapowiada droga do sławy laveyowskiego Kościoła Szatana, odrodzenie się pogaństwa w postaci covenów wiccańskich w UK i w USA, przewiduje nagły urok kultów opętania, które są dzisiaj wiodącym nurtem duchowym na całym świecie (czyt. religie bezpośredniego doświadczenia) oraz fascynację filmowców mrocznymi kultami, których prorokiem medialnym stał się oczywiście Charles Manson. Witchcraft ’70 nadaje się więc do sprawdzenia, ale żeby film docenić, trzeba go oglądać nieco ponad klatkami.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Witchcraft ’70 / The Occult Experience / Angeli Bianchi, Angeli Neri / The Satanists
Produkcja: Włochy, 1970
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5

Pogańskie refleksje i pięć upiornych kawałków na Halloween

Mimo że nieodłącznie związane ze starym celtyckim Samhain – festiwalem końca lata – Halloween jest dzisiaj w swoim aspekcie religijnym czczone jedynie przez hard core’owych neopogan. Noc duchów w ciągu ostatnich dwóch dekad stała się bowiem międzynarodowym świętem fanów horroru i krążenia po ulicach w zabawnych kostiumach.

Tak, jak Słowianie, również i Celtowie – oraz wszystkie inne gałęzi rodziny indoeuropejskiej – czciły w czasach przedchrześcijańskich te same siły natury, tych samych bogów i te same fundamentalne zasady kosmosu, które wraz z separacją językową wykształciły jednak różne nazwy. Rok obrzędowy opierał się na kalendarzu solarnym z pewnymi charakterystycznymi elementami kalendarza lunarnego, ale w praktyce był znaczony przemianami pór roku.

Jedną z pozostałości starego, przedchrześcijańskiego roku rytualnego jest Święto Zmarłych, które jak wiele innych fundamentalnych obrzędów, zostało wcielone pod postacią Dnia Wszystkich Świętych do kalendarza katolickiego. Kler szybko zdał sobie bowiem sprawę, że nie wygra z wieloma długoletnimi przyzwyczajeniami i lepiej dla Kościoła jest je obłaskawić, przybrać w nowe szaty, po czym udawać, że z przeszłością nic ich nie łączy. W tym wypadku pierwotna świadomość wygrała mimo wszystko nawet w nazwie – w Kościele Katolickim oficjalnie nie czci się zmarłych… a przynajmniej nie tak, jak robili to pogańscy Słowianie.

Celtycka Wigilia Święta Zmarłych znana powszechnie jako Halloween była w Irlandii czasem, gdy otwierało się przejście pomiędzy siedzibą zmarłych i tym światem, a duchy mogły na chwilę powrócić, by zwierzyć się ze swoich problemów, by błogosławić swoich żyjących krewnych, lub by objawić im przyszłość. Można tylko przypuszczać – choć jest to hipoteza uzasadniona – że noc ta była czczona w maskach z obfitością jadła, alkoholu, środków halucynogennych i krwawych ofiar, a koncentrowała się wokół cmentarzy, świętych gajów czy też przydomowych kapliczek. W takiej czy innej postaci rytuały religijne, związane ze Świętem Zmarłych, były jednak przeprowadzane w całej przedchrześcijańskiej Europie.

Dzisiejsze Halloween nie ma jednak dłużej żadnego znaczenia religijnego, jest za to wielkim, międzynarodowym świętem kapitalistycznej pop kultury – choć Kościół Katolicki w Polsce wciąż widzi w nim groźbę odradzającego się pogaństwa – które napełnia kieszenie sprzedawców kostiumów, dyń, świeczek, słodyczy i właścicieli klubów, organizujących halloweenowe imprezy. Ale nie ma w tym absolutnie nic złego, gdyż to sama kultura wybiera sposób celebracji swojego istnienia, a nie zmurszałe instytucje.

Halloweenowy strach przed żywymi trupami, czarownicami, wilkołakami jest dziś bardziej oznaką wtórnej mitologizacji pogańskich wątków, niż archaicznym zabobonem i służy wyłącznie czystej zabawie. Ta radość oddawania się pop liturgiom wskazuje jednak na to, jaką wagę społeczną zyskała rozrywka filmowa, komiksowa i komputerowa, z powodzeniem zastępując religię!

I właśnie tym, którzy chcą się po prostu dobrze dzisiaj zabawić, proponujemy pięć upiornych kawałków w skocznym tempie! Muzyka była, jest i będzie!

I

II

III

IV

V

Neopogaństwo, rodzimowierstwo i pseudorodzimowierstwo, czyli o błędnych przekonaniach na temat rodzimowierstwa pochodzących z zewnątrz

Rytuał słowiański (współczesne wyobrażenie)

Jako rodzimowierca stosunkowo często spotykam się ze stanowiskiem, wykazującym niezrozumienie podstawowych pojęć związanych z reprezentowanym przeze mnie systemem wyznaniowym. Potoczne, a przy tym niezbyt precyzyjne określenie „neopogaństwo” mylone jest (lub wręcz błędnie traktowane jako synonim) z „rodzimowierstwem”. To drugie z kolei częściej łączone jest z polityką (zazwyczaj z poglądami skrajnie prawicowymi lub wręcz skrajnie nacjonalistycznymi) niż kojarzone z rzeczywistą wiarą… Czym tak naprawdę jednak jest neopogaństwo, tudzież rodzimowierstwo, a czym nie jest? W czym te dwa pojęcia wykazują podobieństwa, a w czym różnice? Postaram się to rozjaśnić poniżej.

 

Podstawowe pojęcia

Rodzimowierstwo, to najprościej rzecz ujmując, system wierzeń etnicznych (zarówno minionych jak i współczesnych, zawsze jednak nawiązujących do konkretnego systemu wierzeń etnicznych – opartych na mitologii i wierzeniach lokalnej społeczności, występujących w obrębie danej grupy kulturowej), odwołujących się zazwyczaj do tradycji przedchrześcijańskich. Samo pojęcie powstało ze złączenia dwóch słów: „wiara” w znaczeniu zespołu zasad, na których opiera się pogląd na świat oraz „rodzima” czyli właściwa danej społeczności, regionowi – pochodząca z danego narodu, plemienia, ojczyzny, macierzy, domu, miejsca, itd.

W przypadku rodzimowierstwa słowiańskiego (słowianowierstwa) chodzi tu głównie o odwołanie się do tradycji wspólnot słowiańskich (czasem jednak z elementami opartymi na rodowodzie celtyckim, germańskim, pruskim – czyli dawnych plemion zamieszkujących obecne tereny Polski, a  których kultury – dla których wspólnym mianownikiem była świętość Natury – wzajemnie się przenikały). Opiera się ono głownie na religii funkcjonującej wśród Słowian przed chrystianizacją (choć pewne odłamy rodzimowierstwa czerpią także inspiracje zarówno z późniejszych elementów wierzeń, trwających w folklorze ludowym w opozycji do chrześcijaństwa), jak również z wcześniejszego dorobku pozostałych, dawnych kultur etnicznych (tworzących korzenie tradycji słowiańskiej na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa).

Neopogaństwo (czasem błędnie zwane neopoganizmem) to powszechne, acz niezbyt precyzyjne, zbiorowe określenie współczesnych systemów wierzeń, odwołujących się zarówno do etnicznych (zazwyczaj przedchrześcijańskich lub określanych przez chrześcijan jako pogańskie) religii danego regionu lub kraju, jak i powstałe współcześnie, całkowicie od podstaw (nie koniecznie sięgając do konkretnego systemu wierzeń etnicznych/pierwotnych) lecz wykazujące ogólne cechy pogańskie – np. klasyfikowane są jako politeizm.

Jak sama nazwa wskazuje neopogaństwo to swoiste nowe pogaństwo, a więc w przeciwieństwie do rodzimowierstwa nie musi ono np. wykazywać najmniejszej nawet ciągłości historycznej z wierzeniami, do których się odwołuje, jak też w równej mierze czerpać może z kilku różnych systemów wierzeń etnicznych (tudzież nawet z żadnego) tworząc całkiem nowy, odrębny system. W przypadku neopogaństwa wyraźny związek z jedną tylko grupą kulturową, etniczną, nie jest kwestią specjalnie istotną.

Reasumując, choć w pewnych aspektach oba te pojęcia wzajemnie się przenikają, to zarówno neopogaństwo jak i rodzimowierstwo (a tym bardziej rodzimowierstwo słowiańskie), zasadniczo trudno traktować jako tożsame. Co więcej, w ramach każdego z nich, mówić można o bardzo wielu różnych systemach wyznaniowych, nie będących nawet w połowie ruchami tak jednorodnymi – zwartymi ideowo i wyznaniowo – co np. chrześcijaństwo (a przecież nawet ono, pomimo tego nie uniknęło na przestrzeni wieków pewnym rozwarstwieniom, w konsekwencji czego współcześnie wyodrębnić możemy wiele jego odmian, wspólnot czy Kościołów).

Tego rodzaju różnorodność szczególnie wyraźna jest w nie dogmatycznych (lub w znikomym stopniu to wykazujących) systemach rodzimowierczych, nie roszczących sobie prawa do jedynej słusznej wykładni i ściśle określonej teologii. Z tego choćby szczególnie względu, formułowanie pewnych ogólnych tez na temat całego neopogaństwo czy rodzimowierstwa, może okazać się nieprawdziwe lub wręcz krzywdzące dla wielu wpisujących się w ten nurt systemów wyznaniowych (analogicznie, całkowicie nietrafione, może okazać się formułowanie opinii o całym ruchu, na podstawie jednego tylko związku, ogólnie wpisującego się w dany nurt – analogicznie zaś nawet w ramach samego chrześcijaństwa spotykać można rożne, mniejsze lub większe, bardziej lub mniej radykalne nurty), że o jednostkowych poglądach nie wspomnę…

Rodzimowierstwo rzeczywiste i pseudorodzimowierstwo

Do kolejnych, znacznie gorszych przekłamań, prowadzić mogą jednak jeszcze inne sytuacje (np. polegające na łączeniu danych systemów wyznaniowych z tym, co w rzeczywistości z kwestiami wyznaniowymi związku nie ma). Powszechny całościowy obraz neopogaństwa, a tym bardziej rodzimowierstwa (zwłaszcza słowiańskiego), szczególnie wypacza utożsamianie go z satanizmem lub nacjonalizmem.

W pierwszym przypadku jest to zazwyczaj wynikiem tzw. młodzieńczego buntu i chęci przeciwstawienia się lub wręcz zanegowania wyniesionego z domu, często narzucanego przez rodziców, dotychczas kultywowanego systemu wyznaniowego. Osoba taka, przechodząc kolejno przez płytko rozumiany satanizm (znacznie częściej ateizm lub agnostycyzm), fascynacje np. muzyką metalową, w swych poszukiwaniach ostatecznie otrzeć się może o neopogaństwo.

O ile jednak w pewnym wąskim zakresie, pewne jego ruchy mogą nawet odwoływać się w niektórych aspektach do satanizmu, to w żadnym razie nie znajduje to potwierdzenia w rodzimowierstwie. Szczególnie rodzimowierstwo słowiańskie, zasadniczo odrzucające wiarygodność chrześcijaństwa (jako niewłaściwego dla swojej grupy kulturowej), na tej samej zasadzie całkowicie odrzuca negacje jego przekazu w postaci satanizmu (jako cześć nieodłącznej od niego mitologii).

Co więcej, nawiązując do przekazów źródłowych, już Aleksander Brückner – znany polski filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, pisał: Słowianie nic o piekle ani żadnym diable nie wiedzieli, naw ani siedziba welów nie są piekłem ani Weles diabłem – to są nabytki chrześcijańskie. Tym samym więc, we własnej opinii, całkowicie odżegnują się oni od wszelkich mitów, związanych z szatanem. Z innej strony, pewne oficjalne grupy reprezentujące nurt słowiańskiego rodzimowierstwa wychodzą wręcz z wyraźnego założenia, że wszyscy na swój (dostępny dla siebie) sposób, czczą tego samego Boga Najwyższego, choć sławiąc go pod różnymi imionami.

Całkowicie odrębną kwestię stanowi wiązanie muzyki metalowej z reprezentowanym systemem wyznaniowym… Trudno bowiem wychodzić z założenia, że czyjeś osobiste preferencje muzyczne, filmowe, kulinarne, seksualne czy polityczne jednoznacznie determinują, w jakiego Boga dana osoba wierzy (tudzież, że stanowią one tym bardziej rzeczywiste źródło wiedzy o sposobie ich czci). Na tej podstawie powinniśmy bowiem np. wnosić, że wśród  katolików nie powinni trafiać się np. żadni fani metalu, to zaś czysty absurd.

W drugim przypadku, utożsamiającym omawiane systemy ze skrajnym nacjonalizmem, faszyzmem lub wręcz nazizmem, aspekt jest nieco bardziej złożony. Wymienione wyżej postawy społeczno-polityczne dla podbudowania swej ideologii odwołują się bowiem zazwyczaj do różnych sfer dziedzictwa narodowego – w tym także wyznaniowego. Z tego względu różne grupy, organizacje i stowarzyszenia o tego rodzaju charakterze, dla uwiarygodnienia swej działalności, sięgają zarówno (zależnie od charakteru) do katolickiego jak i pogańskiego, rodzimowierczego dziedzictwa w historii kraju.

Nie stanowi przy tym żadnej tajemnicy, że pewne dziwne, ekstremalne, radykalne grupy (min. o tego rodzaju poglądach), trafić się mogą  wśród najróżniejszych grup społecznych (w tym też wyznaniowych)…  O ile jednak powszechnie nikt nie stara się oceniać całego katolicyzmu przez pryzmat poglądów i działalności tego rodzaju grup jak np. Młodzież Wszechpolska czy Narodowe Odrodzenie Polski, w przypadku neopogaństwa czy rodzimowierstwa nikomu nie nastręcza to specjalnie większych problemów.

Szczególną winę w kształtowaniu tego fałszywego obrazu odgrywają niestety goniące za sensacją (czyt. tym co się akurat najlepiej sprzeda – nie koniecznie zaś zainteresowane przybliżeniem rzeczywistego wizerunku polskiego rodzimowierstwa) media. Nie zawsze natomiast najgłośniej krzyczący, swoimi często skrajnymi poglądami wzbudzający największe kontrowersje, a przez to będący szczególnie eksponowani przez owe media – a więc najbardziej widoczni dla opinii społecznej – stanowią rzeczywisty, reprezentacyjny i wiarygodny obraz większości, a co dopiero całości danego ruchu…

Inna sprawa, że informując o grupach, których ideologia w jakimś stopniu bazuje na katolicyzmie, media piszą zazwyczaj o grupach nacjonalistów… Pisząc o analogicznych grupach uwiarygodniających swe sensu stricte polityczne cele odwołaniami np. do rodzimowierstwa, piszą zaś zazwyczaj o „pogańskich nacjonalistach” licząc na dodatkowy wymiar sensacji. A przecież polityka i wiara to w gruncie rzeczy dwie różne (choć w pewnych aspektach zapewne mogące wzajemnie się przenikać) sfery życia społecznego.

W tym miejscu należy sobie bowiem jasno zaznaczyć, iż rzeczywiste neopogaństwo, a tym bardziej rodzimowierstwo, to systemy wyznaniowe w zdecydowanej większości skupiające się przede wszystkim na wierze (pomimo tego nawet, że pewne nieoficjalnie, bliżej nieokreślone grupy – czy nawet poszczególne jednostki – starają się wykorzystywać ją do maskowania swoich rzeczywistych, czysto politycznych, celów). Czym innym są bowiem grupy polityczne i ich cele (dla których np. bogowie to jedynie symbole sił natury, a wierzenia ich słowiańskich przodków to wyłącznie element rodzimej kultury), a czymś zupełnie innym związki wyznaniowe (dla których sfera sacrum ma faktyczny wymiar i znaczenie duchowe). Inne bowiem będą priorytety i założenia związku wyznaniowego, a inne partii czy klubu politycznego…

Pozostałe nieścisłości i przekłamania

Jednym z najcięższych, powtarzających się co jakiś czas zarzutów jest to, jakoby pogaństwo legło u podstaw hitleryzmu. Niewątpliwie Hitler w swej polityce dopuszczał pewne elementy okultyzmu (a zapewne kilka osób z jego najbliższego otoczenia można wręcz uznać za fascynatów), ale chodziło tu głownie o te aspekty (nie koniecznie nawet związane choćby z mitologią nordycką czy nawet pogaństwem jako takim) mające zapewnić mu utrzymanie lub pogłębienie już posiadanej władzy (tudzież w opisany wyżej sposób uwiarygodnić jego polityczne aspiracje). Trudno tu jednak mówić o jakichkolwiek realnych podstawach… Hitler dorastał bowiem w rodzinie katolickiej.

Pomimo wyraźnej postawy antyklerykalnej, spośród wyznań chrześcijańskich faworyzował zaiste protestantyzm (uznając go za najbardziej otwarty na reinterpretację). Co więcej, na potrzeby nazizmu został stworzony wręcz, specjalnie spreparowany system wierzeń oparty na terminologii chrześcijańskiej – tzw. „pozytywne chrześcijaństwo”. Kwestie religijne bowiem (niezależnie od rodzaju) Hitler traktował głównie w sposób instrumentalny, użyteczny dla swej polityki. Rząd III Rzeszy po prostu zwyczajnie wykorzystywał wszystko to, co we własnym mniemaniu mogło wspomóc ich dążenia do dominacji  (jak np. podpisanie konkordatu z Kościołem Katolickim). To co nie przystawało do tych dążeń, lub też wyraźnie mogło im zaszkodzić, było bezwzględnie eliminowane. Nie bez powodu, w 1937 roku politycy z NSDAP podjęli kampanię przeciw wszystkim organizacjom okultystycznym, które mogły stać się zalążkiem opozycji wobec nazizmu.

Kolejnym, w pewien sposób szczególnym, bo sztucznie kształtowanym błędem, jest przedstawianie  neopoganizmu jako rodzaju konsumpcjonizmu. Uzasadnieniem ma tu być rzymski hedonizm, który ostatecznie w starożytności doprowadzić miał do upadku Imperium.  Czyż jednak wówczas oficjalnie dominującą religią w Rzymie nie było chrześcijaństwo, a barbarzyńscy najeźdźcy nie byli właśnie poganami? Inna kwestia dotyczy tego, iż filozofia istniała w Rzymie tak długo jak istniało pogaństwo (w późniejszym okresie, aż do XIII wieku, chrześcijanie przerabiali głównie to, co powstało wcześniej – przede wszystkim opierając się na pracach Arystotelesa i pomocniczo Platona).

Znów też powraca kwestia mylenia pojęć – jeśli bowiem chcemy współcześnie mówić o konsumpcjonizmie – postawie polegającej na nieusprawiedliwionej konsumpcji, tudzież uznawaniu jej za wyznacznik jakości życia – to czemu łączymy go z tematyką wyznaniową używając terminu religijnego (zasadniczo odnoszącego się do innego porządku)? Dla zdeprecjonowania (przez skojarzenia) tegoż drugiego, przez łączenie go z pierwszym?…

Kolejną stosunkowo często spotykaną krytyką pogaństwa są oskarżenia o bałwochwalstwo, w potocznym rozumieniu tego słowa znaczeniu – czyli o oddawanie bezpośredniej czci przedmiotom (posągom, elementom lub zjawiskom sił natury)… W tym jednak znaczeniu – żywcem przeniesionym ze średniowiecznego postrzegania etnicznych wierzeń przez chrześcijaństwo – analogicznie moglibyśmy obecnie paradoksalnie postrzegać też katolicyzm (z całym tym jego szeregiem świętych figur, obrazów czy magicznych przedmiotów zwanych relikwiami)… A przecież podobnie tak jak w katolicyzmie tak również w rodzimowierstwie czy nawet neopogaństwie nikt tak naprawdę nie uważa, że drewniana figura czy posąg, będące jedynie wyobrażeniem pewnego bytu, są  mu rzeczywiście tożsame… Tak bowiem, jak nie rozmawiamy z telefonem, a przez telefon, tak nie modlimy się do posągu, lecz do pewnego bytu wyższego (który w sporym uproszczeniu, dany posąg może symbolizować).

Innym, nie do końca prawdziwym zarzutem, z jakim z kolei często spotyka się samo rodzimowierstwio słowiańskie, jest posądzenie go o antychrześcijańskość (przy czym nie powinno się tego mylić z antyklerykalizmem, w stosunku co do którego stanowisko większości tzw. innowierców, a zapewne także wielu chrześcijan, jest zapewne dość podobne). O ile jednak rodzimowierstwo jest „antychrześcijańskie”, to zapewne nie bardziej niż większość innych niechrześcijańskich systemów wyznaniowych, ani też nie bardziej niż chrześcijaństwo jest antyrodzimowiercze, czy anty jakiekolwiek-inne-wyznaniowo… Zasadnicza różnica polegać może tylko na tym, że historycznie to chrześcijaństwo (szczególnie na tych ziemiach) przybyło z zewnątrz zwalczać pogaństwo, a nie na odwrót…

Dodatkowo, to właśnie monoteizm zasadniczo wyklucza możliwość wiary w innych Bogów (czy nawet różne postrzeganie Boga Najwyższego, będąc często systemem wyznaniowym dogmatycznie przekonanym o swym potencjalnym posiadaniu monopolu na tzw. prawdę objawioną – co z kolei  szczególnie sprzyja szerzeniu wszelkiego rodzaju nietolerancji) a nie politeizm (do którego najczęściej – czasem z wyraźnymi elementami panteizmu – zalicza się również rodzimowierstwo). To natomiast, że rodzimowiercy starają się zachować pamięć dawnych wydarzeń, z którymi nierozerwalnie związana jest rodzima kultura i religia, nie czyni z nich jeszcze w jakiś szczególny sposób antychrześcijan.

Podobnie (głównie właśnie przez swą wyraźną etniczność), to nie rodzimowierstwo słowiańskie ma ekspansywny charakter. To nie rodzimowierstwo słowiańskie wychodzi też z założenia o konieczności przekonania wszystkich do swoich racji. Wręcz przeciwnie, w rodzimowierstwie słowiańskim, które raczej trudno zaliczyć do systemów dogmatycznych, dość powszechny jest pogląd, że tak jak ludzie są różni (choćby przez uwarunkowania społeczno-kulturowe) tak dany, możliwy dostępny dla każdej z tych osób, sposób zbliżenia się do Boga Najwyższego może być różny.

Co więcej, rodzimowierstwo słowiańskie zasadniczo nie wykazuje jakiejś specjalnej potrzeby „nawracania” czy werbowania nowych członków (a w konsekwencji nie podejmuje też żadnych specjalnych działań w tym kierunku). Generalnie wychodzi bowiem z założenia, że jeżeli ktoś odczuwa dostatecznie silny związek z pogańskim dziedzictwem swoich przodków, to prędzej czy później na to rodzimowierstwo i tak sam trafi… że rodzimowiercą się albo jest albo nie (bo rodzimowierstwo słowiańskie to nie tylko system wyznaniowy, ale również swego rodzaju filozofia życiowa) i kwestią pozostaje jedynie, kiedy dana osoba ostatecznie ten fakt  (bycia lub nie rodzimowiercą) sobie uświadomi.

Zresztą nawet prokatolickie organizacje, próbujące opisywać wszelkie (zarówno chrześcijańskie jak i niechrześcijańskie) mniejszościowe związki i grupy wyznaniowe (a więc szczególnie wyczulone na związane z tym wszelkiego rodzaju patologie), relacje z otoczeniem jednego z głównych formalnie zarejestrowanych związków rodzimowierczych określają jako „poprawne”, wykazujące „brak izolacji, agresji”, a także stwierdzają „brak danych na temat zagrożeń ruchu dla psychiki [jego] wyznawców”.

Częściowo zbieżne zagadnienia wynikać mogą z dość umownego (pozostającej w  opozycji do siebie) podziału na tzw. religie objawione i naturalne – a konkretnie z prób dowiedzenia wyższości jednego systemu wyznaniowego nad innymi, w ramach przedstawionej wyżej klasyfikacji. Przedstawiciele tych pierwszych wychodzą z założenia, że to istoty boskie, niemal bezpośrednio, przekazują prorokom prawdy o świecie i bogach, które to prawdy zostają następnie spisane w świętych księgach. Z kolei wyznawcy religii naturalnych (czyli istniejących niejako od zawsze, a dokładniej od początku historii danej grupy etnicznej czy narodu, opierające się na zmysłowej i pozazmysłowej obserwacji otaczającego nas świata – choć także w ich ramach spotyka się bezpośrednie relacje z istotami wyższymi – do których m.in. zalicza się rodzimowierstwo słowiańskie) kontrargumentują, iż Natura (gdzie szereg Bóstw stanowi poszczególne aspekty natury lub poprzez te aspekty natury przejawia swe istnienie) nie potrzebuje żadnych domniemanych świętych ksiąg (co m.in. także nie sprzyja dogmatyzmowi), by jej prawa były respektowane.

Dodatkowo w religiach naturalnych nie występuje uniwersalizm – tym samym zasadniczo brak jest wspominanej już tendencji do nawracania osób spoza danej grupy. Religie naturalne oparte są na tradycji, przekazywanej w ciągu pokoleń. Święte księgi nawet jeśli istnieją, są jedynie zapisem owej tradycji (nie uważa się ich za objawione czy też podyktowane przez istoty wyższe, jak ma to miejsce np. w przypadku monoteizmów pochodzenia semickiego, np. judaizmu, chrześcijaństwa czy islamu).

Z kolei samo pojecie religii objawionych – jako sposób klasyfikacji w głównej mierze oparty na subiektywnym założeniu wyznaniowym w ramach danej religii – jest coraz częściej krytykowane i zastępowane bardziej trafnym terminem religii założonych (czyli takich,  których początki związane są z działalnością założyciela czy proroka – okres tej działalności uznawany jest za początek historii danej religii).

Rodzimowierstwu słowiańskiemu, z braku jego niedostatecznej znajomości, równie często zarzuca się prymitywizm. Wystarczy jednak zapoznać się choćby z zawartymi w nim koncepcjami zaświatów czy duszy by przekonać się, że jest zgoła inaczej. Koncepcje te swobodnie równać się mogą lub wręcz przewyższają analogiczne, spotykane obecnie w wielu innych, powszechnie znanych, globalnych systemach wyznaniowych. Niektórzy próbują natomiast dodatkowo umniejszyć znaczenie lub wręcz wartość rodzmiowierstwa słowiańskiego, opierając się na założeniu wyparcia jednego systemu wyznaniowego (względem posiadanej liczby wyznawców) przez inny, obecnie dominujący. Nie biorą oni jednak wówczas zupełnie pod uwagę,  iż powszechność danego czynnika (czego odbicie znaleźć można choćby w prawie Kopernika-Greshama) wcale bynajmniej nie musi świadczyć o jego wyższości czy nawet przewadze, przedkładać się na jego rzeczywistą wartość…

Z drugiej strony w pewnych kręgach cały czas powszechnie pokutuje obraz polskiego rodzimowiercy, jako tego poganina biegającego po lesie w łapciach z łyka, w prosto skrojonej, ręcznie szytej, lnianej koszulinie (pomimo, że rodzimowiercą równie dobrze może być przysłowiowy sąsiad z za ściany, którego codziennie idącego do pracy mijamy w windzie). Wynika to najczęściej z kolejnego braku rozróżnienia pewnych zasadniczo dwóch różnych środowisk – tym razem wyznaniowego i  grup odtwórstwa historycznego (zwanych potocznie bractwami rycerskimi).  O ile i tym razem w pewnym zakresie członkowie jednego ze środowiska przenikać się mogą  z drugim, to same środowiska raczej trudno uznać za tożsame (nawet pomimo tego, że o ile każdy rodzimowierca może być członkiem jakiegoś bractwa – i vice versa – o tyle wcale nie musi).

W tym świetle całkowicie fałszywe byłoby więc stwierdzenie, że każdy odtwórca jest poganinem, a każdy poganin odtwórcą (choćby dla tego, że nawet radykalni katolicy bywają członkami bractw). Podobnie rzecz ma się odnośnie tzw. strojów historycznych. O ile osoby w takowych widuje się przy okazji różnego rodzaju obrzędów rodzimowierczych (co często ułatwia np. zbudowanie pewnego swoistego klimatu), to zasadniczo nigdy nie jest to wymogiem. Z drugiej strony o ile  samo odtwórstwo traktować można jako rodzaj zabawy, hobby (formę pokazu przy okazji różnego rodzaju festynach), o tyle kwestia wiary (przynależności do systemu wyznaniowego) – powiedzmy sobie jasno i wyraźnie – zasadniczo już tym nie jest.

Kolejnym częstym zarzutem jest brak źródeł, choć zapewne nie brak przedmiotu badań… O ile bowiem od czasów A. Brücknera nie przybyło specjalnie tekstów źródłowych, to jednak zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch dekad odnotowano znaczny postęp wiedzy o Słowianach, wiążący się z przyrostem ilości źródeł archeologicznych, postępem metodologicznym, a także nową interpretacją źródeł pisanych, stanowiących wciąż główne oparcie w badaniu dziejów Słowian (w tym na płaszczyźnie religijnej).

Powszechnie też przyjęło się sądzić, że niewiele pozostało z dawnych wierzeń prasłowian… I rzeczywiście może się tak wydawać, biorąc pod uwagę bogactwo kulturowe naszych przodków, którego to znaczna część na przestrzeni wieków uległa zatraceniu. Z samych wierzeń zachowało się jednak wystarczająco wiele, by nadal pozostały one żywe (czego współcześni rodzimowiercy są najlepszym dowodem). Przyczyniają się do tego nie tylko zapiski ówczesnych kronikarzy czy pozostałości dawnych przekazów i tradycji, znajdujące swe odbicie choćby w folklorze całej (a nie tylko z terenów obecnej Polski) słowiańszczyzny, ale także przychodzące im w sukurs liczne dziedziny naukowe, takie jak np. archeologia czy językoznawstwo. Inna sprawa, że rodzimowierstwo to nie wyłącznie sucha mitologia… Żywa wiara to coś więcej niż tylko metodologiczne, naukowe badania nad nią. Żywa wiara rozwija się, ewoluuje pozwalając co raz lepiej zbliżyć się do Boga Najwyższego… A będąc etniczną swe źródło jak i ciągłą Jego obecność posiada w terenach, na których się wykształciła, w ziemi i ludziach ją zamieszkujących, w ich kulturze…

Światowid ze Zbrucza (datowany na IX wiek)

W tym miejscu warto zaznaczyć, że rodzime wierzenia nie przestały istnieć 1000 lat temu, wraz z tzw. „Chrztem Polski”, raptem jakby ktoś światło zgasił. Tzw. chrystianizacja przebiegała bowiem (a wręcz powiedzieć można, że cały czas nadal przebiega) stopniowo  i to bynajmniej wcale nie gładko i bez oporów (czego najlepszym dowodem jest choćby mająca miejsce na tych terenach w XI w. „Reakcja Pogańska”)… Jeszcze w XVII wieku Kościół Katolicki na swych kazaniach potępiał pogańskie zwyczaje przy czym rodzimowierstwo – mniej lub bardziej jawnie – cały czas funkcjonowało także w późniejszych wiekach, aż do dnia dzisiejszego (przy czym dodatkowo warto wspomnieć, że rodzimowierstwo słowiańskie to nie tylko tzw. ‚pogaństwo polskie’, lecz także dziedzictwo naszych słowiańskich sąsiadów, u których tego rodzaju świadectwa zachowały się znacznie dłużej, a często także w większej ilości – np. Litwa).

Całkowitym przejawem ignorancji byłoby natomiast sądzić, że nasi słowiańscy przodkowie, przed tzw. przysłowiowym „Chrztem Polski” w 966 r., nie reprezentowali sobą żądnej spuścizny społecznej, czy żadnej wyższej kultury (niemal tak jakby co dopiero z drzew zeszli). A przecież gdyby tak było w rzeczywistości, nie stanowiliby choćby dość atrakcyjnego obszaru nie tylko dla wspomnianej wyżej, zapoczątkowanej chrześcijańskiej ekspansji religijnej, ale również jako cel wielokrotnie podejmowanych prób militarnego podbicia (z których jednak – jak relacjonuje choćby kronikarz Gal Anonim we wstępie do swojej kroniki – kraj ten […] choć otoczony przez tyle […] ludów chrześcijańskich i pogańskich i wielokrotnie napadany przez wszystkie na raz i każdy z osobna, nigdy przecież nie został przez nikogo ujarzmiony w zupełności – taka potęga nie bierze się raptem z nikąd).

Podobnie co do znacznej majętności pierwszych Piastów (dodatkowo poświadczonej choćby przez zachowane, niestety stosunkowo nieliczne, źródła materialne) kronikarze są raczej zgodni. Wspomniany już Gal opisując bogactwo za czasów Bolesława Chrobrego wspomina: nie tylko komesowie, lecz nawet ogół rycerstwa nosił łańcuchy złote niezmiernej wagi, taki wszyscy mieli nadmiar pieniędzy. Damy zaś dworskie tak chodziły obciążone koronami złotymi, naszyjnikami, łańcuchami złotymi, naramiennikami, złotogłowiami i klejnotami, że gdyby ich drudzy nie podtrzymywali, nie mogłyby udźwignąć tego ciężaru – uznając nawet, że autor przesadził, to ilość kosztowności musiała być znaczna i raczej nie zgromadzona z dnia na dzień.

Mimo to nadal nie brakuje zarzutów – czy może raczej swego rodzaju praktyk stosowanych przez oponentów rodzimowierstwa – usilnie próbujących dowieść (pomijając m.in. choćby różnice w przedstawionych wyżej definicjach neopogaństwa i rodzimowierstwa)  brak ciągłości między współczesnym a średniowiecznym systemem wierzeń słowiańskich. Przypuszczalnie zachowania takie są mniej lub bardziej świadomą  kontynuacją starań mających miejsce w poprzednich epokach, a zmierzających do całkowitego wymazania tychże wierzeń. Innymi słowy – współcześnie próbuje się nam wmawiać to, do czego usilnie (choć ostatecznie bez większego powodzenia) starano się doprowadzić w minionych wiekach – odcięcia społeczeństwa od etnicznej wiary, a tym samym od podstaw rodzimej kultury.

Dodatkowo zastanawiający jest tu natomiast pewien swoisty brak konsekwencji takich twierdzeń szczególnie, że wysuwają je najczęściej przedstawiciele monoteistycznego systemu wyznaniowego (obecnie dominującego na terenie RP), który sam onegdaj (dla uwiarygodnienia swej ekspansji) wiele z tych tzw. pogańskich tradycji zaadaptował (wcześniej sam często piętnując je z ambon podczas kazań w kolejnych wiekach), a z czego większość z powodzeniem kultywowana jest po dziś dzień  (np. „wielkanocne” pisanki). W rzeczywistości bowiem pogaństwo cały czas zaznaczało swą obecność.

Jak już wspomniałem, jeszcze w XVII wieku Kościół Katolicki na swych kazaniach otwarcie potępiał pogańskie zwyczaje, zaś szczególny nawrót do rodzimej kultury zaobserwować można w dobie romantyzmu polskiego. Z kolei w okresie międzywojennym powstały i działały już takie organizacje o charakterze rodzimowierczym jak Lechickie Koło Czcicieli Światowida, Zadruga, czy środowisko skupione wokół pisma Demiurg. Po zapoczątkowanej pod koniec lat 80 zmianie ustroju, w kraju powstało natomiast szereg nowych organizacji, stowarzyszeń i grup wyznaniowych tego rodzaju, jak np. Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański, Rodzima Wiara (wówczas zarejestrowane jako Zrzeszenie Rodzimej Wiary) czy Stowarzyszenie na rzecz Tradycji i Kultury „Niklot” i.in.

Kolejne nieporozumienia wynikać może z innego podejścia do kwestii grzechu, który w rodzimowierstwie słowiańskim nie istnieje (szczególnie dziedziczony po kimś) w powszechnie przyjętym (zdefiniowanym przez chrześcijaństwo), potocznym tego słowa znaczeniu (a co za tym idzie – w tym sensie – jego potencjalne odpuszczenie nie jest możliwe, ani też nawet do czegokolwiek koniecznie potrzebne), a co najwyżej jako czyn moralnie naganny, szkodzący innym (przy czym podstawowa zasada rodzimowierstwa słowiańskiego „czyń co chcesz, bylebyś przy tym nie krzywdził innych” całkowicie wyklucza grzech jako możliwość szkodzenia samemu sobie). Z tego m.in. względu w rodzimowierstwe szczególnie istotny jest stosunek czynów prawych do niegodnych, co z kolei ma wpływ na dalsze nasze losy.

Nie oznacza to więc, że  rodzimowiercy – nawet jeśli niejako pozbawieni bezpośrednio wiszącego nad sobą swego rodzaju bata – równocześnie pozbawieni są wszelkich podstaw zasad współżycia społecznego. Wręcz przeciwnie… Przez to, że każdy czyn niegodny zasadniczo nie może zostać odpuszczony (całkowicie wymazany, a jedynie zniwelowany), tym większego znaczenie nabiera jego zrównoważenie lub przeważenie czynem prawym. Tym samym najczęściej uznają oni uniwersalny system wartości moralnych, wspólny dla wielu kultur i systemów wyznaniowych, zasadniczo znajdujący swe odbicie również w drugiej połowie przykazań wchodzących w skład dekalogu (takich jak: nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, szanuj przodków…).

Inna sprawa, że analogicznie błędem byłoby też sądzić, że każdy ateista czy agnostyk (czy nawet zdecydowana ich większość) pozbawiony jest wszelkich zasad moralnych (podobnie jak błędem zapewne byłoby sądzić, że wśród np. chrześcijan spotykać można wyłącznie osoby kierujące się szczególnie wysokimi standardami etycznymi). Żaden bowiem domniemany, gotowy przepis na godne życie (szczególnie przy założeniu, że dobro i zło jest relatywne), nie zastąpi nam empatii i zdolności samodzielnego myślenia  – ile bowiem bez tego, warta byłaby ta cała nasza ludzkość?…

Jak już wspomniałem wyżej, niezbyt właściwe (także z metodologicznego punktu widzenia) jest też ocenianie całego ruchu rodzimowierczego na podstawie osobistych, często będących wynikiem młodzieńczego buntu (i związaną z tym huśtawką nastrojów), kontaktów z różnego rodzaju dziwnymi, zazwyczaj nieformalnymi tworami, samookreślającymi się (niestety często niezgodnie z rzeczywistością) jako organizacje rodzimowiercze.

Błędem jest też ocenianie całego środowiska rodzimowierczego, na podstawie jakichś marginalnych, mniejszościowych, często ekstremalnych jego przedstawicieli, przy jednoczesnym całkowitym pominięciu większościowych, formalnie zarejestrowanych i działających zgodnie z prawem, organizacji tego typu (których priorytetem jest rzeczywiście wiara, a nie np. polityka). Analogicznie niezbyt właściwe jest też ocenianie całego ruchu, na podstawie anonimowych kontaktów nawiązanych np. za pośrednictwem internetu (gdzie każdy może podszyć się niemal pod każdego, a podając się za przedstawiciela tej czy innej formalnie istniejącej grupy, wypaczać jej rzeczywisty wizerunek – np. „powołując” wręcz osoby niepełnoletnie do funkcji kapłańskich).

Przy minimum wysiłku można natomiast bez większego problemu – nawet w sieci – natrafić na witryny rzeczywiście działających, formalnie zarejestrowanych w MSWiA związków, których powszechny jawny charakter (objawiający się np. w oficjalnie, publicznie zapowiadanych otwartych spotkaniach i świętach, na których obecność nie jest związana nawet z koniecznością przynależności do któregoś z nich), pozwala uzyskać wgląd w rzeczywisty obraz tematu (pomimo nawet znacznego rozproszenia samych rodzimowierców w polskim społeczeństwie).

Większość fałszywych stereotypów obalić też można wyszukując (choćby na jednej z popularniejszych internatowych platform wymiany plików wideo) relacje filmowe z rzeczywistych świąt rodzimowierczych takich jak np. Noc Kupały organizowana przez wspomniane wyżej jawnie działające  związki. Przekonać się można, że nikt tam nie pali Biblii, nie bezcześci krzyży czy pozostałych symboli innych wyznań, nie składa kotów czy innych zwierząt w ofierze, nie wznosi faszystowskich gestów ni haseł… a komu takiej relacji filmowej mało, może się o tym przekonać osobiście jako, że tego rodzaju obchody są jawne i publiczne, i stosunkowo wcześniej zapowiadane na łamach stron tychże związków (a uczestnictwo w nich – poza sporą dozą poszanowania dla rodzimej, etnicznej kultury – wymaga od zainteresowanego jedynie minimum dobrej woli).

Wielopłaszczyznowe postrzeganie w rodzimowierstwie słowiańskim

Nie podlega  natomiast zasadniczo dyskusji fakt, że rodzimowierstwo (a nawet zdecydowana większość neopogaństwa) odwołuje się do kultu Natury. Bynajmniej nie znaczy to jednak, że postrzeganie rodzimych bogów ogranicza się (jak zdają się sądzić niektórzy) wyłącznie do jej symboliki… Na przykładzie rodzimowierstwa słowiańskiego w grę wchodzić bowiem może swego rodzaju wielopłaszczyznowe postrzeganie danego aspektu. W przypadku utożsamiającym Naturę – cały otaczający nas świat – z Bogiem Najwyższym, będącym absolutem jest on zazwyczaj Bogiem bezosobowym lub nie podlegającym w pełni ludzkiemu poznaniu (trudno bowiem by dla opisania tego rodzaju bytu najwyższego – wiecznego, nieskończonego i nieograniczonego – adekwatne były skończone i ograniczone, ludzkie kryteria)… Jest On z kolei reprezentowany przez szereg bóstw stanowiących poszczególne aspekty natury lub poprzez te aspekty natury przejawiający swe istnienie (np.: Swaróg – bóstwo ognia, słońca, Perun – bóstwo burzy, wojny, Rod – bóstwo losu, Weles – bóstwo magii, a także zaświatów, Mokosz – bóstwo wilgotnej ziemi, płodności i urodzaju itd.)… Jedno bowiem wcale nie musi wykluczać drugiego.

Czasem ludzie postrzegać bowiem mogą niektóre rzeczy w spłyconej, jednowarstwowej, ograniczonej formie (niektórym w zupełności wystarcza to nawet przez większą część ich życia), dostrzegając przy tym jedynie pewne drobne, pozornie ze sobą nie powiązane fragmenty większej całości. Tym samym często borykają się z dylematami z rodzaju „co wybrać – rybki czy akwarium”… W rzeczywistości tego rodzaju wybory wcale jednak nie muszą być konieczne – to co pozornie wydawać się może dwoma różnymi wzajemnie się wykluczającymi koncepcjami, w rzeczywistości stanowić może obraz pewnej większej spójnej całości.

Tak też jest np. w przypadku zaprezentowanej przeze mnie wyżej koncepcji. Jeśli bowiem rozpatrujemy istnienie Boga Najwyższego (niech to będzie Świętowit), który jako byt najwyższy (jako, że w sobie zawiera wszystko pozostałe) zajmuje najwyższą z możliwych istniejących płaszczyzn (tudzież jest nimi wszystkimi), to jego poszczególne aspekty będące pozostałymi bogami przejawiają się na niższych płaszczyznach (z których kolejne zajmują demony, duchy przodków, ludzie, itd, itp – przy czym każda płaszczyzna, w pewnych aspektach oraz w różnym stopniu i zakresie (w zależności od stopnia ich zbliżenia) przenika się z pozostałymi). W sporym uproszczeniu wyobraźmy je sobie jako koła (lub raczej owale), z których każdemu przypisać można inną dziedzinę. Każde z tych kół (owali) posiadając wspólną oś, ma jednocześnie względem niej rożny kąt nachylenia, w wyniku czego dana płaszczyzna przecina się z innymi (czyli miejsca, w których wzajemnie – w różnym stopniu i w różnych aspektach – owe płaszczyzny się przenikają)… A wszystkie one zawierają się w płaszczyźnie najwyższej, będącej absolutem, metawszechświatem…

Podsumowanie

Starałem się powyżej możliwie obszernie i kompleksowo opisać różnego rodzaju kontrowersje, mogące pojawić się przy okazji omawiania tematów związanych z pogaństwem, neopogaństwem i rodzimowierstwem. Zapewne nie udało mi się wyszczególnić wszystkich związanych z tym aspektów, ale mam szczerą nadzieję, że opisałem przynajmniej większość z tego, czym neopogaństwo (a tym bardziej rodzimowierstwo) na pewno nie jest… Ktoś mógłby spytać, ale po co? Czemu nie ograniczyć się wyłącznie do tego czym w istocie jest?… Otóż na pytanie, czym neopogaństwo lub rodzimowierstwo w skrócie jest, odpowiedź każdy rzeczywiście zainteresowany zagadnieniem bez większego problemu znaleźć może sam. Mimo to, wciąż natrafić można na liczne przykłady powielanych na ten temat fałszywych poglądów i stereotypów…

Przygotowując niniejszy materiał nie miałem złudzeń i nie liczyłem na to, że za jego pomocą wyeliminuję je wszystkie… Zakładam jednak, że przynajmniej częściowo zminimalizuję skutki części z nich. Ostatecznie pamiętajmy bowiem, że każdemu z nas gwarantowana jest wolność wyznania… a nawet gdyby nie była – w najlepszym razie tylko my sami i bogowie wiedzą, co naprawdę drzemie w naszej duszy i sercu.

Ratomir Wilkowski

 

Od autora: Tekst ten pierwotnie przygotowany został do publikacji na portalu pro katolickim – skierowany do odbiorcy dotąd nie mającego większej styczności z rodzimowierstwem i związanych z nim zagadnieniami. Rozbieżności występujące wewnątrz – w ramach poszczególnych środowisk rodzimowierczych – omówione zostały w odrębnym artykule, skierowanym do osób mających pewną orientację w temacie (publikacja w piśmie Gniazdo – rodzima wiara i kultura, nr 2(7)/2009).