Archiwa tagu: okultyzm

The Witch (2015)

the-witch-poster-2015

Fama The Witch, debiutu Roberta Eggersa, zaczęła się od premiery na Festiwalu Sundance, gdzie film wywołał nie lada zamieszanie wśród zgromadzonej publiczności. Niektórzy już wtedy okrzyknęli go najlepszym horrorem XXI wieku, a wielu z miejsca porównało go do najlepszych dzieł Kubricka czy Bergmana. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą!

Film niedługo potem zdobył oficjalną aprobatę Świątyni Szatana, a po której stronie palety barw postawić taki PR? Trafili się więc tacy, którzy krytykowali go za diabelski pierwiastek, mogący zasiać okultystyczne fantazje w głowie młodszych. Czy ten policzek wymierzony purytańskiemu dziedzictwu Stanów Zjednoczonych może jednak przechylić szalę w wojnie między dobrem, a złem? To w zasadzie nieważne, bo bez względu na to po której stronie barykady się znajdujesz, The Witch to film, który zwyczajnie MUSISZ obejrzeć!

Akcja tej mrocznej opowieści proponuje kryzys już na starcie. Oto religijna rodzina zostaje skazana na opuszczenie swojego starego gospodarstwa i założenia nowego gdzieś na skraju dzikich ostępów Nowej Anglii. Rodzina wkrótce powiększa się też o jednego członka, jednak radość nie trwa długo, gdyż niemowlę ginie w niejasnych okolicznościach, porwane przez zamieszkujące posępny las wiedźmy. Każdy z domowników jest świadomy ich obecności, nikt jednak nie wie kto okaże się diabelska wtyką.

Eggers, mając całkowicie wolną rękę, stworzył niezwykle sprawnie działający mechanizm. Jego dzieło to horror okultystyczny, płynnie przeplatający się z dramatem rodzinnym, tworzący półtoragodzinne, pełne napięcia przeżycie. Tam gdzie inni twórcy wykorzystują krew, szok i terror, Eggers stosuje sugestię i tajemnicę. Wiedźmy, których istnienia nie jesteśmy nawet do końca pewni, przedstawione zostają w bardzo ambiwalentny sposób. Pierwsza scena jest mocnym ciosem, ale im dalej w las, tym więcej drzew, dosłownie!

Podjudzane przez nacisk na religijny wymiar „misji” odkrywców Nowej Ziemi, dzieci wkrótce zaczynają zachowywać się coraz bardziej podejrzanie. Słowa modlitwy, cytowane z ust przemierzającego samotnie leśną gęstwinę Caleba (Harvey Scrimshaw), przechodzą w formę przynęty zarzuconej na mieszkanki lasu. Chłopak wbrew litanii wiedziony jest bowiem na pokuszenie, w sidła magicznej siły, która wyprowadzi go wprost na spotkanie z Jezusem.

Film przesiąknięty jest zresztą religijno-okultystyczną symboliką, tą oczywistą, jak i tą niedostrzegalną na pierwszy rzut oka. A wszystko nakręcone zostało przez Eggersa w archaicznym wydawać by się mogło formacie 1:66:1 (tego samego używał w niemal wszystkich swoich filmach z lat ’70 Kubrick, wyjątkiem jest Odyseja kosmiczna nakręcona w formacie 2:20).

To nadaje The Witch niezwykle naturalistycznego rysu, spotęgowanego przez metaliczne i ziarniste filtry, które sprawiają że niesie on ogromny ładunek jeżących włos na plecach emocji. Tutaj, jak choćby w nagrodzonej Oscarem Zjawie, dominują tylko dwa kolory: czarny i szary. Z każdej sceny bije też autorska wizja twórcy, który wyjątkowo zadbał o zgodność z realiami historycznymi. Jednak dysponując dużo niższym budżetem, niż film Iñárritu, słusznie ograniczył historię do praktycznie jednego miejsca.

Pochwalić należy również tych, którzy odwalili całą robotę przed kamerą: aktorów. A tych nie mamy w filmie za wiele, ale żeby nie rzucać spoilerami, ograniczę się tylko do tych, których na ekranie widzimy najwięcej: Kate Dickie i Ralpha Inesona. Ci doświadczeni artyści tworzą filmowe małżeństwo, dla którego ewangelia to na tyle osobista sprawa, że zostaje ekskomunikowane z poprzedniego miejsca zamieszkania za lekceważenie jej misji w Nowym Świecie.

Ineson gra bardzo dobrze, ale to Dickie ze swoim demonicznym spojrzeniem przesuwa się stopniowo z drugiego planu na pierwszy. Dzieciaki też zagrały jednak jak należy, zważywszy na to, że oprócz Taylor-Joy nie miały okazji nigdy wcześniej stanąć przed kamerą.

Z tych i innych powodów The Witch to duże wydarzenie w świecie filmowej grozy – świecie, który z powrotem patrzy teraz na kameralne historie pełne folkloru i magii. To film, który śmiało można nazwać autorskim horrorem z mocnym naciskiem feministycznym i każdym innym, na który pozwoli tylko interpretacja widza.

Nakręcony z niezwykłą pieczołowitością i dbałością o każdy szczegół (aktorzy mówią staroangielskim dialektem), czy zwyczajnie piękny z artystycznego punktu widzenia, obraz Eggersa jest dla artysty przepustką do klasyki XXI wieku na miarę kubrickowskiego Lśnienia. Seans na pewno nadający się do powtórki, albowiem przy kolejnych obejrzeniach film będzie nabierał nowego wydźwięku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Witch
Produkcja: Kanada/USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Z cmentarza w Stahnsdorf ukradziono głowę F.W. Murnau – twórcy „Nosferatu”

MurnauNosferatuSchreck
Scena z „Nosferatu – symfonii grozy”

Niemal jak w jednym z horrorów F.W. Murnau, ciało legendarnego reżysera Nosferatu – Symfonii grozy (1922), spoczywające na cmentarzu w Stahnsdorf, 20 km od Berlina, zostało wydobyte przez nieznanych sprawców z metalowej trumny w mroku nocy, którzy ulotnili się z jego głową. Obok grobu policja znalazła pozostałości wosku, co sugeruje, że sprawcy odprawili nad grobem pewien rodzaj rytuału, a więc kradzież może mieć motyw okultystyczny.

F.W. Murnau, urodzony jako Friedrich Wilhelm Plumpe, zmarł w 1931 w Kalifornii w wypadku samochodowym, ale został pogrzebany w Niemczech. Obok Fritza Langa (Metropolis) uznaje się go za najwybitniejszego przedstawiciela niemieckiego ekspresjonizmu. Jego najsłynniejszy obraz, Nosferatu – Symfonia grozy, to adaptacja Drakuli Brama Stokera.

Źródło: Der Spiegel

Gnostyk epoki „narkomanii”: William S. Burroughs

William Seward Burroughs, zapytany pewnego nieistotnego dnia o orientację religijną, bez wahania odparł: gnostyk, manichejczyk. Taka deklaracja na swój sposób ośmiesza całe zmonopolizowane pojęcie „orientacji religijnej”. Antyteza dogmatyzmu i odmowa asymilacji nowomowy, która w takiej czy innej postaci zawsze jest wtłaczana ludzkiej trzodzie, jakkolwiek wzdłuż procesu historii intensywność przeinaczenia wzrasta…

Żeby się jednak nie zapędzać, punkty wyjściowe to świat stworzony i homo sap, dysponujący jakoby – za sprawą ewolucji czy bożej łaski – zdolnością do odróżniania prawdy od źródłowego braku takowej. W  gnostyckim ujęciu to ostatnie – wybrakowanie – jest bodaj podstawową charakterystyką Stworzenia; miejsca zakotwiczenia dla duchów nawykłych do nieskrępowanej żeglugi, jak również tych odnajdujących harmonię w bezrefleksyjnym trwaniu… Co jednak jeśli cała ta przereklamowana Prawda nie istnieje i jest wiele światów i wymiarów?

Prędzej niż na takich wytworach kulturowych, jak orientacja religijna, czy światopogląd, gnoza bazuje na zasadniczym instynkcie umysłowym. Gnostyk w każdym gnostyku tkwi od – a raczej sprzed – narodzin; gnostycy różnią się ciałami, naczyniami, fakturą powierzchni, innymi słowy – uciążliwością wpisanych w ich dany konstrukt przeszkód, które stoją na drodze wykiełkowaniu wewnętrznej zasadzie; pozaświatowej iskrze1.

WSB jako 4-letni dzieciak, w zrobionym przez siebie domku-zabawce po wczesnej pobudce ujrzał małego szarego człowieka: Nie poczułem strachu, jedynie spokój i zdumienie. Burroughs nie uważał tego rodzaju doświadczeń za halucynacje, lecz przesunięcie wizji, tj. znalezienie się percepcji w miejscu pozwalającym na ich dostrzeżenie. Konstrukt ludzki w dużej mierze polega na zamknięciu się – czy wręcz obwarowaniu wobec tego typu postrzegania. Odbywa się to biernie, bo wystarczy zaakceptować tzw. rzeczywistość, pierwotne poręczenie o Porządku rzeczy.

william-burroughs

W kontraście do tego, gnoza tj. poznanie nadchodzące „spoza” – z zewnątrz psychiki, świata, czy materii, to głos mogący przybierać dowolną postać, przy czym dla jego recepcji specyficzne jest poczucie obcości, czy zakłócenia w bezrefleksyjności bytu. I tak np. WSB pisał o przekonaniu, że ludzkość jest regularnie infekowana przez wrogie inteligencje:

„Kiedy zagłębiam się w swojej psychice, w pewnym momencie napotykam bardzo wrogą i mocną siłę. (…) Gdy tylko zbliżasz się do czegoś ważnego, właśnie wtedy odczuwasz inwazję i w ten sposób wiesz, że coś jest na rzeczy.

Poczułem się jak owieczka idąca na rzeź. To nie ja byłem u steru (…) Są nieskończone stopnie opętania. To dzieje się bez przerwy. Musisz stawić temu czoła. A to możesz uczynić tylko, gdy wymieciesz słowa. Nie kłócisz się (…) Musisz pozwolić temu przepłynąć. To trudne, szalenie trudne; ale powiem wam jedno: Zamiast prób oporu odrywasz się i pozwalasz temu przepłynąć.” (z: A Report From the Bunker).

Prawdziwie, stanowiąco ludzkie jest więc stawienie czoła temu, co stanowi wewnętrzne zanieczyszczenie i zmierzanie do oczyszczenia postrzegania (w hermetyzmie przy pomocy nous – „umysłu” – cząstki boskiego intelektu).

Studio Rzeczywistość, ten zakamuflowany, opaczny labirynt kłamstwa, przez współczesnych Burroughsowi myślicieli i pisarzy – częściej przywoływanych, bo mniej niebezpiecznych – jak np. George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, nie został zdekamuflowany tak źródłowo i dogłębnie. Wizje Orwella i Huxleya były zakrojonymi na szeroką skalę utopiami, roszczącymi sobie jednak pretensje do rzetelności naukowej. Tymczasem WSB nie potrzebował uciekać się do tworzenia zwartych struktur i usystematyzowanych opracowań. Zamiast tego, z pomocą irracjonalnego chaosu swej eksperymentalnej prozy, podmywał fundamenty wiary w odgórnie narzucaną wersję światowego „porządku”.

ins

Władza, Kontrola; Burroughs zawsze miał ją na oku, nie nabierając się na jej kamuflaż, preparowany coraz bardziej pokrętnymi środkami, stosownie do intensywności zamroczenia postrzegania jej „podopiecznych”. Z metodyką i precyzją wykwalifikowanego medyka, przeprowadzał metafizyczną sekcję politycznego Frankensteina nowoczesności. Poprzez organy ku tkankom, nie pomijając prawideł metabolizmu tego tworu; któżby jednak chciał znać wyniki intelektualnej autopsji, skoro uczciwe zastosowanie się do takowych implikowałoby odstępstwo od wszelkich rzucanych przez Kontrolę ochłapów?

Prace WSB o specyfice utopijnej (The Wild Boys, 1971 i Cities of the Red Night, 1981) wykluczają szanse powodzenia realizacji utopijnego ładu w formie innej niż odizolowana oaza, co Hakim Bay nazwałby “tymczasową strefą autonomiczną”. Kolonia Libertacja – odseparowana zona, której mieszkańcy są wolni od ingerencyjnego nadzoru struktur społecznych, obrazuje libertariańską „moralność” WSB, opartą na przysposobionym przez niego za młodu charakterologicznym pojęciu Johnsona (zawartym w autobiografii Jacka Blacka pt. You Can’t Win, 1926). Tak oto skrótowo opisywał ten typ człowieka:

Dobry wałkoń i złodziejaszek (jako sposób bycia); wypełnia swoje zobowiązania, jego świat jest dobry, a on jest solidnym partnerem w interesach. Pilnuje własnego interesu. Nie należy od ludzi węszących, samowładnych i problematycznych. Udzieli pomocy, kiedy takowa jest potrzebna.

Czy na indywiduach tego rodzaju Burroughs oparłby swą tymczasową strefę autonomiczną? Gnostyczne praźródło autonomii, suwerenności samej w sobie to „pneuma” tj. tkwiąca w człowieku iskra nieskończoności. W zależności od jej stężenia, gnostyk koncentruje się na duchowym postępie, nie odrzucając możliwości zewnętrznej pomocy, ale nie zdając się wyłącznie na łaskę odgórnego zbawcy.

tumblr_mk74a3srjL1rysxl4o1_500

Zjawisko gnostycyzmu, oparte na esencjonalnym stosunku do egzystencji, przybierało przeróżne formy, wśród których doniosłością historyczną i naciskiem na dualizm2 wyróżnił się manicheizm. Nawet jeśli nie mylić dualizmu z moralnością, jak go pogodzić z takimi aspektami życia Burroughsa, jak (przypadkowe) zastrzelenie żony, jego politoksykomania (z naciskiem na opiaty), homoseksualizm, eksperymenty z yage, czy fascynacją nieortodoksyjnymi teoriami Wilhelma Reicha nt. energii orgonu?

Wszystkie te „tegesy” są często redukcjonistycznie stosowane do kwestionowania znaczenia twórczości WSB. Działa tu ta sama, intelektualnie niemęska zasada, poprzez którą np. niektórzy deprecjonują myśl Fryderyka Nietzschego, przywołując co pikantniejsze szczegóły z przebiegu jego choroby psychicznej.

Dopatrywanie się jakiejkolwiek niekonsekwencji w diagnozie gnostycyzmu myśli Burroughsa to zajęcie godne płytkich moralizatorskich umysłów. Fakt, że gnostycyzm w pewnym sensie został poddany metafizycznemu obrzezaniu – transmutując w chrześcijaństwo – w żaden sposób nie przemawia bowiem za judeochrześcijańską naturą jego wskazań moralnych (a o ile o takowych w przypadku gnostycyzmu może być mowa, to tylko w warstwie egzoterycznej, która najsilniej uobecniła się wraz z ekspansją manicheizmu).

Dobro i Zło / Światło i Ciemność w gnostycyzmie nie znajdują prostych definicji, ani przekładni na hierarchię sposobów „prowadzenia się”. Wszystkie aspekty życia Burroughsa, podpadające pod kategorie odstępstwa i „grzechu”, gryzą się ze światopoglądem ludzi nie mających pojęciach o ezoterycznej gnozie, rzeczona bowiem popiera wszelkie rodzaje aktywności duszy, ciała i umysłu, które prowadzą do poznawania własnej natury.

Tożsamość gnostyka przekracza pojęcie i granice jednostkowej osobowości, zupełnie jak przekracza całą późniejszą myśl chrześcijańską, jak i wszelkie pokraczne budowle wyrosłe na jej gruncie, który wszak stał się fundamentem Kontroli. I tak centralną osnową wszystkich noweli Burroughsa nigdy nie jest określona osobowość, lecz właśnie nieustanna wojna pomiędzy Wolnością, a Kontrolą – i dopiero tu można dopatrywać się analogów „dobra i zła”.

Manichejczyk wierzy w faktyczną walkę dobra ze złem, która to utarczka nie jest wieczna, jako że jedna ze stron prędzej czy później na tym szczególnym obszarze zwycięży. Wraz z chrześcijanami oczywiście nastąpiła potworna inwersja wartości, gdzie najobrzydliwsi z ludzi są wypychani jako wzór cnoty do naśladowania przez każdego… (wypowiedź WSB z wywiadu przeprowadzonego przez Gregory’ego Corso)

Manichejska koncepcja świata jako ofiary poniesionej podczas prekosmicznego kataklizmu, posiadającej funkcję alchemicznego tygla, w którym następuje proces oddzielania dwóch przeciwstawnych esencji (notabene na przekór terminologii opracowań naukowych, Materia i Chaos wydają się tu znacznie ściślejszymi terminami niż Zło <> Dobro, jednak to już podejście okultystyczne, a nie akademickie), akcentując aspekt kotła i przemieszania, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w sposobie ukazywania świata w twórczości WSB. Zło udaje dobro i vice versa.

Czytelnik prozy Burroughsa uwalnia się od piętnującego postrzeganie czynnika moralności, albo nie odnajduje się w lekturze… podobną trudność może nastręczyć niezdolność do funkcjonowania myśli poza jasno wytyczonymi ramami przyczynowo-skutkowymi. Czas, fizyka, logika zostają odwieszone na postronek. Często stosowane przez pisarza obsceniczne opisy ekscesów są jeszcze jednym z jego środków na zbliżenie umysłu czytelnika do okoliczności, w których będzie w stanie wychwycić coś z ponad słów – promienujące Poznanie.

W gestalcie burroughsowskiej prozy armię Archontów – zarządców kosmicznego więzenia – tworzą monoteiści i ich politykierzy. Tymczasem gnostycy to błąkające się bandy przestępców i złodziejów. Wizjonerzy, ci, którzy osiągnęli pierwotną gnozę, potrafią przejrzeć iluzje utkane przez Kontrolę, rozpoznać twarz wroga i dążyć do prawdziwej wolności. Notorycznie stosują nieortodoksyjne i pozornie obłąkane metody zrzucania hipnotycznych kajdan kontroli.

Wśród metod, czy narzędzi przydatnych w osiągnięciu tego celu, można wymienić: zmianę stanu świadomości poprzez środki psychoaktywne, energię orgonu, analityczną i rekonfiguratywną metodę cut-up, i wreszcie magię. Magia to najstarsza technika transcendowania przyczynowo-skutkowej szarej maszynowni; to nader problematyczny termin, zwłaszcza w czasach… w czasach.

Tytułem dookreślenia, pasuje w tym miejscu zwrot magia hermetyczna, tyleż samo jednak, co jej nowożytna transmutacja, czyli magia chaosu.  Oto niektóre z narzędzi gnostyka dwudziestego wieku. Za ich pośrednictwem można dążyć do ustanowienia autonomicznej strefy, czerpiąc frajdę z „bystrzenia znaków”, parafrazując kluczową sentencję trzeciego rozdziału Nova Express: I możesz dojrzeć bystrzejące znaki (the marks wising up), gromadzące się w ponurych grupkach, których szemranie narasta.

Archonci uobecniają się na Ziemi pod postacią zainfekowanych przez pasożyty świrów kontroli, których Burroughs trafnie nazywa „shitsami”: Twierdzę, że zło całkiem dosłownie jest wirusowym pasożytem zajmującym pewien obszar mózgu, który możemy nazwać PRAWYM centrum. Oznaką typowego shitsa jest to, że musi mieć rację (prawo).”

Shitsowie mają obsesję na punkcie wtryniania się w cudze sprawy. To typ społeczniaka – księdza, prawnika; niezdolni do obrania honorowej ścieżki jadem das seine. Wszelkimi środkami dążą do zapobiegnięcia próbom „rozbudzenia znaków”.

william_burrougs_cut_up

I tak oto w „Nova Express” Operacja Totalnej Ekspozycji jest próbą odsłonięcia iluzorycznej kurtyny, która zapobiega obnażeniu zainfekowanego pasożytami Studia Rzeczywistości. W pierwszym rozdziale inspektor J. Lee przemawia do ludu: Co was tak wystraszyło, że wpadliście w czas? W ciało? W gówno? Powiem wam: “słowo”. Obce Słowo “ten” (“the”). Słowo Obcego Wroga, “ten” zniewala was (“thee”) w Czasie. W Ciele. W Gównie. Więźniu, wyjdź. Wielkie niebiosa stoją otworem.

Wprawne oko Burroughsa dualistycznie cyzeluje jeszcze jedno diametralne rozróżnienie w naturze ludzkiej – coś tak banalnego jak podział na płci (wg gnostyków będący następstwem upadku pierwotnego nadludzkiego androgyna) również sprzyja knowaniom Archontów:

Burroughs przypisuje polaryzacji energii reprodukcyjnej strukturę binarnej opozycji, która prowadzi dwie niekompatybilne płci do ciągłego konfliktu, który z kolei przekłada się na wsiąkanie energii twórczej w ślepy zaułek pasożytniczej ekonomii opartej na władzy i własności. (Lydenberg – Literary Form and Theory in the Radical Writings of William S. Burroughs)

Człowiek jest zaiste produktem finalnym. Nie dlatego, że homo sap stanowi apogeum perfekcji, przed którym sam Bóg sapie z trwogą – „Nie mogę zrobić nic więcej!” – lecz dlatego, że Człowiek jest nieudanym eksperymentem, który uktwił w ślepym biologicznym zaułku i nieubłaganie zmierza do wymarcia” (Zachodnia kraina – przekł. wł.)

WSB podzielał również gnostycką wiarę w reinkarnację oraz przeświadczenie, że narodziny to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić; coś, czemu należałoby zapobiec.

Drzwi zamykają się za tobą i zaczynasz sobie uświadamiać, gdzie jesteś. Ta planeta jest Obozem Śmierci… Drugiej i Ostatecznej Śmierci. (Zachodnia kraina) Czy są drogi wyjścia z tej fatalnej sytuacji, gdzie nawet Apokalipsa wydaje się niekulturalnie spóźniać? Prace WSB są przede wszystkim wołaniem o przebudzenie.

Rozdział drugi Nova Express: Więźniowe, wyjdźcie, jest otwartym listem do „ziemian”, podpisanym przez inspektora Lee. Z waszą pomocą możemy przejąć Studio Rzeczywistość, a więc ich uniwersum Strachu, Śmierci i Monopolu. Jedyną drogą ucieczki dla ludzkości ma być biologiczna mutacja, ewolucyjny skok w nieznane. Problem nie może zostać rozwiązany swoimi własnymi środkami. Ludzki problem nie może zostać rozwiązany ludzkimi środkami. (Zachodnia kraina)

W Third Mind – kolaboracji z Brionem Gysinem, Burroughs opisuje demiurgiczną postać Mr Bradly’ego – Mr Martina, przewodzącą Nova Mob (czyli shitsowej tłuszczy przeciwstawnej johnsonowej Nova Police), przydając jej otwarcie gnostyczną charakterystykę: W mojej mitologii jest to Bóg, który zawiódł, Bóg dwuczęściowego konfliktu, stworzonego, aby utrzymać na scenie stary, zużyty show, Bóg Arbitralnej Władzy i Ograniczenia, Zniewolenia i Presji; potrzebujący poddanych, potrzebujący tych, których określa „swoimi ludzkimi psami”, traktując ich z pogardą oszusta wobec swojej ofiary – Jednak pomnij, że oszust potrzebuje Znaku, zaś Znak nie potrzebuje oszusta – Mr Bradly-Mr Martin potrzebuje swoich „psów”, „chłopców na wysyłki”, swoich „ludzkich zwierząt” – potrzebuje ich, bo jest literalnie ślepy. Oni natomiast go nie potrzebują. W moim systemie mitologicznym Mr Bradly-Mr Martin zostaje obalony poprzez rewolucję swoich „psów”.”

W Zachodniej krainie z łatwością natrafiamy na kolejny dowód gnostycznego rdzenia prac Burroughsa, w tym przypadku (zupełnie jw.) wyraźnej implementacji idei demiurga, będący wyrazem skrajnego odrzucenia starotestamentowego boga (określanego przez gnostyków mianem Ialdaboath): Weźmy pod uwagę Jednego Boga – Wszechświat (One God Universe: OGU). (…) Wszechmocny i wszechwiedzący, może zrobić wszystko, więc nie może zrobić nic, jako że akt działania wymaga opozycji. On wie wszystko, więc nie pozostało Mu nic do poznania. Nigdzie nie może podążyć, jako że jest kurewsko wszędzie, niczym krowie gówno w Kalkucie.

OGU jest nagraniem wszechświata, którego On jest nagrywającym. To płaskie, termodynamiczne uniwersum, jako że z definicji nie ma w nim żadnego tarcia. Wytwarza ona zatem takowe: konflikt, ból, strach, choroby, wojny, starość i Śmierć.”

W kontraście do powyższego, Burroughs zarysowuje wizję Magicznego Uniwersum – Uniwersum wielu bogów, często tkwiących w konflikcie. Paradoks wszechmocnego, wszechwiedzącego Boga, który dopuszcza obecność cierpienia, zła i śmierci, nie ma tu miejsca (My Purpose Is to Write for the Space Age, str. 268)

Zupełnie jak gnostycy, Burroughs postuluje, że poprzez wejście w kontakt z tym magicznym uniwersum, można oswobodzić się od OGU / Kontroli; zaś poprzez praktyki odwirusowania jaźni, można przygotować się do wysiłków mających na celu samoprzebóstwienie (notabene najwyższy cel praktykantów LHP – Ścieżki Lewej Ręki).

Jednakże wstąpienie do gnostyckiego Królestwa (Pleromy), w żadnej mierze nie jest gwarantem – wiedzie ku temu najbardziej niebezpieczna ze wszystkich podróży. Bogowie zatrzymali wszystkie klucze i dopuszczają tylko faworyzowanych śmiertelników (The Place of Dead Roads, str. 171) – zupełnie jak w egipskim systemie Księgi Umarłych. Metaforyczny klucz nie otwiera wrót do jednego li tylko objawienia. Jak tylko znajdziesz klucz, przed tobą będzie nie jeden ogród, lecz wiele ogrodów, ich nieskończoność.

Kto jednak w ogóle natrafi na trop tej ścieżki, dopóki nie wywalczy sobie choć osobistej autonomii od zatęchłego lochu Kontroli? Inspektor Lee przez całe „Nova Express” ostrzega przed najbardziej zdradliwymi narzędziami Motłochu: Ich narkotyki są trucizną zaprojektowaną by transmitować ku Orgazmicznej Śmierci i Piecom Nova – Trzymajcie się z dala Ogrodu Rozkoszy – To ludożerna pułapka, przetwarzająca na zieloną maź – Odrzućcie ich ersatzową Nieśmiertelność – Rozpadnie się zanim wydostaniecie się z Wielkiej Składnicy – Przepłukiwanie się ich narkotykiem spycha do rynsztoka – Zatruwają i monopolizują halucynogeny – nauczcie się je robić bez żadnego chemicznego ziarna – Jedyne, co oferują, to ekran przesłaniający drogę ucieczki z kolonii, którą tak haniebnie zarządzają.

burroughs_3

Rola substancji psychoaktywnych jest tu trudna do przecenienia. Należy mimo to zwrócić uwagę na jej dwojaki charakter; nałóg – zwłaszcza opiatowy (choć doniosłość owego w życiu Burroughsa już jest uzależniona od specyfiki narkomanii panującej za czasów jego największej aktywności, jak również predyspozycji charakterologicznych) – jest potencjalną pułapką, pochłaniającą co prawda w różnym tempie – ale i możliwą do przezwyciężenia przy ogromnym wysiłku siły woli, o ile w ogóle zachowa się czujność. Tutaj przykład z „Delikatnego mechanizmu”, ilustrujący jak podstępnie może oddziaływać Prawy wirus na płaszczyźnie narkotycznej:

…A ładowałeś Białasa? Czysta płynna moralność z południowych gorzelni, pewno, gwarantuje stuprocentową rację przez cały czas, to tamci z Hiroszimy się mylili… porządni obywatele kupują Białasy od Bradleya… bradleyowska zgniła makiwara z rozpadającej się gwiazdy… ciężko rzucić Białasa, zabił już kupę ludzi, zwłoki w pomiętych ubraniach, rozmyte ulice, rozjaśnienie…

Nie przypadkiem takie rewolucyjne – z uwagi na skuteczność – formy terapii uzależnienia od opiatów/opioidów – jak chociażby zachwalana przez Burroughsa terapia apomorfinowa, są przemilczane i tłamszone. Dzieje się to za sprawą tych samych politycznych nacisków, które zapobiegły zrewolucjonizowaniu całej psychiatrii, wykluczając (na przekór ich udokumentowanej naukowo skuteczności terapeutycznej) wykorzystanie takich środków, jak DMT, LSD-25, czy MDMA; podobnie jak z ibogainą, stanowiącą najprawdopodobniej najskuteczniejszy dostępny obecnie środek leczący z uzależnień.

Jedną z najperwotniejszych gnostycznych metafor jest ta mówiąca, że diament nie może ulec zanieczyszczeniu poprzez błoto. Ze wstępu do Nagiego lunchu: Nie kąpałem się od roku, nie zmieniałem odzieży, ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu.

Totalna degrengolada? Dorobek twórczy WSB z wglądem w jego życiorys wskazują, że – choćby i zanieczyszczony – pokarm bogów znalazł jednak godnego adresata, a dawka trucizny nie okazała się zbyt wielka. Inspektor Lee bowiem, podobnie jak chociażby Aleister Crowley, posiadał niesamowitą duchową żywotność; być może to jakiś paradoksalny atawizm androgynicznej nieśmiertelności: trucizny nie infekowały rdzenia, a jaźń nomen omen wzbogacała się podczas chemicznie napędzanych wypraw poza granice ludzkiego postrzegania.

Mimo że „(opiatowy – dop. n.) narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu” (List Mistrza Narkomanii) narkotyki jako takie nie niosą gnozy per se. Jak czytamy w „10 głównych zasadach gnostycznego objawienia” Philipa K. Dicka: Każdy z nas ma nieupadły boski odpowiednik, który może wyciągnąć ku nam dłoń, aby nas obudzić.

a78a459cb198b3c6b88ec4fdb6a30e30

Prawdopodobieństwo nawiązania tego kontaktu wzrasta po pierwsze poprzez „odczucie” tego wołania, a dopiero po któreś-tam, via narkotyki – z naciskiem na halucynogeny. Na horyzoncie zdarzeń jest ujrzenie przebłysku Pleromy, Chaosu, innych światów i wymiarów, dalej – wysnucie wniosków, pozyskanie inspiracji, przekonfigurowanie postrzegania itd. Reprogramowaniu świadomości obok halucynogenów sprzyjają techniki szamanistyczne.

Padło odniesienie do tekstu P. K. Dicka, a że w przypadku obu pisarzy na podstawie ich książek można powziąć przeświadczenie, że byli zapalonymi praktykantami halucynogennych tripów, warto wspomnieć, że Philip raptem parokrotnie zażył LSD, a przedmiotem jego głównego psychoaktywnego romansu była amfetamina; zaś WSB egzystował głównie w opiatowo-haszyszowej krainie, a jego halucynogenne wyprawy pozostawały na dalszym planie, przynajmniej w sensie ilościowym.

Choć dyktator o żelaznej woli to archaizm”, nie jesteśmy po prostu ofiarami demokratycznej tyranii; świat współczesny jest konstruktem nastawionym na wyeksterminowanie wolności myśli. Mylenie starego typu władzy z obecnym obłąkaniem Kontroli to jak poczytywanie eksplodującego nowotworu za zanikającą narośl.

W poniższym fragmencie zarysowuje się paradoksalny konserwatyzm Burroughsa, jego ponadczasowa, esencjonalna, metapolityczna – nazwijmy to… duchowość, transcendująca ideologie ogółem, czy ich poszczególne aspekty, jak np. prymitywny rasizm i inne tego typu operatywy współczesnej pseudoprawicy (co jest notabene kolejnym wskaźnikiem na stopień przemieszania w manichejskim tyglu świata stworzonego, o czym ciekawie pisał inny nowożytny gnostyk, a przy okazji tzw. narodowy bolszewik – Aleksander Dugin3).

Podstawowy mechanizm novy jest bardzo prosty: zawsze wytwarzać tak wiele nierozwiązywalnych konfliktów, jak to tylko możliwe i zawsze wzmagać istniejące już konflikty – Odbywa się to poprzez składowanie na tej samej planecie form życiowych o niekompatybilnych warunkach bytowych – Oczywiście nie ma nic „niewłaściwego” w jakiejkolwiek dowolnej formie życia, jako że „niewłaściwość” znajduje odniesienie tylko do konfliktów z innymi formami życia – Sęk w tym, że te formy nie powinny przebywać na tej samej planecie – Ich warunki życia w obecnej postaci czasowej są zasadniczo niekompatybilne, zaś robota Motłochu Novy polega dokładnie na tym, aby utrzymać ten stan rzeczy, tworzyć i rozjątrzać konflikty, które prowadzą do eksplozji planety (…)

 – W dowolnym danym czasie aparatura nagraniowa przerabia naturę absolutnej potrzeby i dyktuje stosowanie broni totalnych – Takich jak ta: Wziąć dwie przeciwstawne grupy nacisku – Nagrać najbardziej brutalne i odgrażające się stanowiska jednej grupy względem drugiej i odtworzyć to tej ostatniej – Nagrać odpowiedź i dostarczyć ją z powrotem pierwszej grupie – W tył i naprzód pomiędzy przeciwstawnymi grupami nacisku – Ten proces jest znany jako „feedback” – Możesz dostrzec jego działanie w każdej zadymiastej spelunie – a ściślej rzecz biorąc w każdym konflikie – (…) W całym moim doświadczeniu oficera policyjnego na żadnej planecie nie widziałem tak totalnego strachu i degradacji – Zamierzamy aresztować tych kryminalistów i przekazać ich Wydziałowi Biologicznemu do wskazanych przeróbek.

W powyższych treściach można z powodzeniem upatrywać wartości satyrycznych, metaforycznych, czy literackich, w swej istocie kryją one jednak kod, pod którym kryje się nie jakaś tam ostygła prawda, ale samo poznanie (gnosis) jako trajektoria promienia przeszywającego kłamstwa „rzeczywistości”. Czy jest zatem coś mniej fikcyjnego w swych metafizycznych wskazówkach, niż „eksperymentalne science fiction” Burroughsa?

Zatem odczytywanie prac WSB w takim czy innym kontekście: jako nowatorskiej literatury, spaczonego science fiction, czy nawet interpretowanie ich na tym samym, powierzchownym poziomie, ale przy innym kolorycie wartościującym, udowadnia zwyczajnie niedostatki przenikliwości interpretatora. Twórczość Williama Sewarda Burroughsa to bowiem XX-wieczny analog gnostyckich apokryfów.

Nichtig

 

Przypisy:

1/ „(..)to, czym naprawdę jesteśmy, poza naszym dowodem tożsamości, nawet poza naszym własnym obrazem samego siebie – jest małym, ognistym fragmentem naszego prawdziwego Wyższego Ducha.” (Proces inicjacji, Oryginał angielski © 2000 Romero Lorenço da Cunha, źródło: http://franzbardon.pl/procesinicjacji.php)

2/ Zauważmy tu – chociażby za Krzysztofem Matysem – iż w przypadku gnostycyzmu może być mowa – w przeciwieństwie do religii o korzeniach semickich – tylko o dualiźmie antykosmicznym. „Gnostycki Bóg przeciwstawiony został światu. Jego natura jest inna niż natura kosmosu. Bóg nie odpowiada za powstanie świata i nie sprawuje nad nim zwierzchnictwa. Świat materii jest dziełem bytów niższych (Archontów). W kosmosie to one dzierżą władze. Bóg gnostyków jest pozaświatowy, jest oddzielony i ukryty.” – za: Gnostycyzm. Próba definicji – K. Matys, gnoza.pl 2006

3/ Np. esej „Gnostyk” (http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI006/zasoby/32.html), czy „Od świętej geografii do geopolityki” – tłum. z ang. KS – Reakcjonista nr IV (tradycjonalizm.net) – zwł. podrozdziały „Ludzie Północy” i „Ludzie Południa”. Niespecjalnie zapowiada się na to, aby prędko ukazał się polski przekład jakiejkolwiek książkowej publikacji Dugina, choć ostatnio dało się zauważyć taki paradoks, jak obecność fragmentu jego wykładu nt. przyszłości geopolitycznej Ukrainy w „Angorze”.

 

Bibliografia:

 

Eseje:

1/ William S. Burroughs: 20th Century Gnostic Visionary – Robert Guffey –  New Dawn Magazine No.99 (XI/XII 2006) – http://www.newdawnmagazine.com/articles/william-s-burroughs-20th-century-gnostic-visionary

2/ Burroughs-ian Gnosticism: In His Own Words – Sven Davisson – Ashé Journal, Vol 4, Issue 3, s.469-483, 2005 – http://ashejournal.com/index.php?id=32

 

WSB:

Nova Express

The Western Lands (Zachodnia kraina, tłum. P. Lipszyc, Świat Książki 2009)

The Place of Dead Roads

Third Mind (wraz z Brionem Gysinem)

The Wild Boys (1971)

Cities of the Red Night (1981)

The Soft Machine (Delikatny mechanizm, tłum. M. Janiszewski, etiuda 2013)

Kontrkulturowy Tarot Williama Haigwooda

Jak pisze Aleister Crowley w The Book Of Thoth: Tarot ilustruje przede wszystkim Drzewo Życia w swoim uniwersalnym aspekcie, ale również komentarz dotyczący konkretnej fazy Drzewa Życia, na który osoby obarczone strzeżeniem rasy ludzkiej zwracają szczególną uwagę w momencie produkcji danej, autoryzowanej talii kart. Strażnikom jest zatem dozwolona zmiana charakteru talii, gdy wydaje się to dobrym pomysłem. Tradycyjna talia została i tak poddana niezliczonym modyfikacjom, zaadaptowanym dla wygody.

Zdając sobie sprawę z niezwykłej elastyczności Tarota jako narzędzia amerykański fotograf i dziennikarz William Cook Haigwood stworzył internetowy projekt, który nazwał Tarotem Kontrkulturowym. Weteran burzliwych lat ’60, długoletni pracownik Berkeley Daily Gazette, fotografował i opisywał amerykańskie protesty studenckie w okresie 1964-72 produkując tym samym masę interesującego materiału. Haigwood ukończył wydział filmowy na Uniwersytecie Stanowym Humboldta i wyreżyserował dokument na temat słynnej anarcho-feministki Emmy Goldman w 1977.

Kilka lat temu, zainspirowany książką Theodore’a Roszaka Fool’s Cycle/Full Cycle: Reflections on the Great Trumps of the Tarot, Haigwood postanowił jednak nadać swojej pracy magiczny wymiar i stworzyć talię Tarota, która odmalowywałaby kontkulturę lat ’60 nie w terminach historycznych, ale magicznych, kosmicznych jako cykl symbolicznych oscylacji. Jak pisze sam Haigwood: Kompleksowa i starożytna struktura Tarota reprezentuje kontinuum egzystencji, w którym żadne doświadczenie nigdy się nie kończy. W momentach wzmożonej refleksji interpretujemy oczywiste fakty naszego życia poprzez poezję i metafory, w zwierciadle popularnych piosenek, zasłyszanej homilii, lub fantastycznych czy fikcyjnych wyobrażeń.

Poniżej kilka z Wielkich Arkanów:

magician_I

Empress_III

Justice_IX

devil_XV

judgment_XX

Andrzej Urbanowicz (1938 – 2011)

Andrzej Urbanowicz był polskim malarzem, grafikiem, twórcą parateatralnym i performerem. Urodził się w 1938 roku w Wilnie i zmarł 22 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie. Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni – w Katowicach. W latach 1978-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w ramach festiwalu Ars Cameralis (Katowice: 1996, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Towarzystwa Bellmer oraz śląskiej grupy okultystyczno-artystycznej Oneiron.

Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło, w Warszawie, w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych – buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz Wielka Garota czyli Splendor Solis).

Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu). W tekście Okazanie, 1999 Urbanowicz stwierdził: Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa.

Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat ’60 należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w odmianie znanej jako psychedelic art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.

Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, Leksykon (Encyklopedia symbolu) – pokazane po raz pierwszy w 1969 roku – o wysublimowanej strukturze rysunkowej, penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur.

Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.

Interpretowana głównie jako psychodeliczna, twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat ’70 (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.

Grupa Oneiron odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem. Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Artysta wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu Źrenica, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.

zrenica_urbanowicz
Źrenica

Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów (Tęczowanie, Serpemanita). Ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu – potężnej siły ożywiającej świat. Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim, jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne.

Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm. Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany, przedstawiające różne historie, które mają wywoływać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego.

Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta miał do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swojej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku, czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach Świecące czy Wschód.

Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce. Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach ’60 słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.

W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl Więzy), a w 1996 roku Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty: Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie 1999/2000.

urbanowicz_swiecace
Świecące

Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.

Krzysztof Jurecki

Długi lot metafizycznego anarchisty – Conradino Beb rozmawia z Dariuszem Misiuną

W pewien piękny listopadowy poranek siadłem sobie do rozmowy z Dariuszem Misiuną – socjologiem, rebeliantem, metafizycznym anarchistą, filarem polskiego undergroundu, człowiekiem-legendą polskiej sceny wydawniczej… który jako właściciel założonego w 2001 wydawnictwa Okultura nieprzerwanie wzbogaca krajowy rynek o bezcenne pozycje z kategorii kontrkultury, współczesnego okultyzmu, kultury psychedelicznej oraz idei wywrotowych. Naprawdę nie ma w Polsce drugiego takiego wydawnictwa!

Mimo że DUŻE media nadały Darkowi w późnych latach ’90 etykietkę „czarnego papieża”, zatrwożone promowaną przez niego myślą, była to w dużej mierze część nieszczęśliwego kursu polskiego establishmentu w stronę bezwzględnego zamordyzmu, którego wraz z wieloma innymi osobami padł ofiarą, a który w ostatnim czasie osiągnął swoją kulminację. Jednak nawet w obliczu zbliżającego się końca świata, gigantycznego kryzysu ekonomicznego i anomalii piętrzących się na polskiej scenie politycznej, OKULTURA ma się lepiej niż kiedykolwiek, gdyż siła optyzmizmu jest w stanie przenosić góry i podbijać kosmos. Poniższy wywiad zbiegł się szczęśliwie w czasie wraz z oddaniem do druku 3. numeru kultowego pisma Trans:Wizje!

Conradino Beb: Ciężko się składało trzeci numer Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Oddawanie pisma do druku zawsze wiąże się z pokaźnym wydatkiem energetycznym, ponieważ nie wszystko można kontrolować i w dużej mierze trzeba improwizować. Ot, na przykład rola czynnika X, tego co nieprzewidziane w procesie twórczym, okazuje się nie do przecenienia. Tym razem mieliśmy w redakcji grypę i zapalenie płuc, tak więc trzeci numer Trans:Wizji dosłownie wycisnął z nas siódme poty.

Conradino Beb: Ale będzie za to lepszy od poprzednich numerów?

Dariusz Misiuna: Nie mnie to oceniać. Będzie na pewno inny, bardziej spójny. Pracując nad poprzednimi numerami bawiliśmy się światem znaczeń. W pierwszym numerze tematem przewodnim była transformacja, pod którą podpięliśmy zarówno zjawiska odnoszące się do modyfikacji ciała i świadomości, jak i te związane z samym procesem twórczym. Drugi numer był poświęcony transgresjom i rownież dotyczył szerokiego wachlarza zjawisk. Obecny numer, dotyczący psychoszamanizmu, w 90% skupia się na szamanizmie psychodelicznym, kulturze psychodelicznej i badaniach nad psychodelikami. Jest więc bardziej wyrazisty, ale też pewnie mocniej specjalistyczny. Nie było jeszcze na rynku polskim publikacji, oddającej głos ludziom, którzy są „profesjonalistami od psychodelików”. Myślę, że nowy numer dobrze wypełni tę lukę.

Conradino Beb: No wlaśnie, ciekawą sprawą jest, że Trans:Wizje raczej nie są pismem przystępnym poruszając wiele tematów na poziomie akademickim czy wręcz ezoterycznym, a jednak zainteresowanie jest ogromne. Długo nie bylo na polskim rynku tego typu pisma, prawda?

Dariusz Misiuna: Mogę się tylko uśmiechnąć. Wydaje mi się, że przynajmniej część osób zainteresowanych szeroko pojmowanymi marginaliami kultury lubi kiedy docenia się inteligencję czytelników. Trans:Wizje nie są wprawdzie pismem naukowym, ale nie zamierzamy też traktować podejmowanych tematów po „łebkach”. Pisma, które tak robią, kopią sobie własny grób na podglebiu Internetu. Chcemy prowokować do myślenia. Nie podejmujemy tematów doraźnych. Nie powielamy njusów. Szukamy tego, co nieoczywiste w obszarze kultury. Tego, co pulsuje w jej tkance. Cieszy nas to, że nie nadajemy w głuszy, że są ludzie, którzy chcą nas czytać. Wielu z nich staje się później naszymi współpracownikami. Pewnie, niemały wpływ na ten rezonans ma fakt, że przy okazji wydawania kolejnych numerów pisma organizujemy mini-festiwale.

Conradino Beb: Coś sie faktycznie dzieje na polskiej scenie czytelniczej w ostanich, powiedzmy dwóch latach. Wygląda to trochę na efekt zmęczenia masowym kursem, obranym przez wszystkie niemal polskie segmenty medialne na początku nowego stulecia. Osobiście widzę w tym zapowiedź powrotu fantastycznej energii początku lat ’90, kiedy panowała ta radosna atmosfera tworzenia, poczucie że wszystko jest mozliwe… choć dużo sie od tego czasu zmieniło, nieprawdaż?

Dariusz Misiuna: Żyjemy w zupełnie innych czasach. Okres przełomu lat ’80 i ’90 to był w Polsce karnawał. Wszystko wydawało się możliwe. Braliśmy sprawy w swoje ręce. Tzw. trzeci obieg, czyli różne fanziny związane ze sceną HC/punk, art ziny oraz pisma anarchistyczne, był potężniejszy od całej suto sponsorowanej prasy solidarnościowej. Codziennie odbywały się demonstracje, koncerty, przeplatane szalonymi podróżami po kraju i balangami. Obecnie jest całkiem inaczej, choć wyraźne jest poczucie, że tak dłużej być nie może. Jednak nie wydaje mi się, abyśmy mieli do czynienia z rozkwitem inicjatyw wydawniczych. Wręcz przeciwnie. Wszystko raczej zwija się w stronę Internetu. Pytanie tylko, co czeka nas za rogiem? Eksplozja czy implozja? Nie wiem. Nie sposób nic przewidzieć. Trzeba więc „robić swoje”.

Conradino Beb: Jaki jest wiec sens wydawania jakościowego pisma papierowego w erze digitalizacji, kiedy większość tradycyjnych mediów dokonuje dynamicznej migracji online?

Dariusz Misiuna: Jest. Internet wciąż niesie ze sobą pewne ograniczenia. Czytanie długich tekstów bywa mało wygodne. Nie sposób nacieszyć się całym kontekstem związanym z papierową edycją: dotykiem, szelestem papieru, zapachem, przestrzenią ilustracyjną. Myślimy o T:W bardziej jak o mini-albumach dostarczających mocy inspiracji. Nasz przykład dowodzi, że jeśli dostrzega się inteligencję czytelników, otrzymuje się w zamian ich uwagę.

Conradino Beb: A uwaga jest tym co się liczy, poza sferą pieniędzy… to trochę takie wydawnicze ZEN. Kiedy zakładałeś OKULTURĘ w 2001 mialeś jednak tą samą ideę – oprócz realiów ekonomiczno-społecznych w twoim podejściu do wydawania książek czy magazynów niewiele się chyba zmieniło?

Dariusz Misiuna: Wydaję to, co lubię. Początkowo przyświecała mi jeszcze misja, by wypełnić pokaźną lukę istniejącą na polskim rynku w zakresie tekstów źródłowych z pogranicza kontrkultury i zachodniej tradycji ezoterycznej. W ciągu kilkunastu lat sytuacja uległa znacznej poprawie. Inne wydawnictwa podjęły za nami ten temat. Dlatego wpadliśmy na pomysł by robić dwa pisma: Hermaion – poświęcony naukowym badaniom ezoteryki oraz Trans:Wizje – pismo psycho-aktywne. Lubię ciągłe wyzwania. Nie dla mnie spoczywanie na laurach ani zjadanie resztek ze stołu kultury. Pieniądze w tym wszystkim mają znaczenie drugorzędne. Liczą się tylko po to, by móc realizować wizje.

Conradino Beb: Ale rynek polski robi się mimo wszystko coraz cięższy. Coraz wiecej wydawców drży na myśl o wydaniu czegoś ryzykownego. Faktem jest, że przyczyna leży bardzo często w ograniczeniu ich własnych gustów, ale dokłada się do tego dyktat hurtowni, wolno spływające pieniądze za towar i wysokie podatki na produkty drukowane, czyż nie?

dariusz_misiuna_promo_shoot

Dariusz Misiuna: Nikt nie mówił, że będzie lekko. Czytelnictwo gwałtownie spada, choć cierpią na tym głównie wielcy wydawcy, publikujący „mydło i powidło”. Na dodatek, wciąż kuleje rynek dystrybucyjny. Wielcy hurtownicy dyktują swoje warunki. Na płatności trzeba nieraz czekać dłużej niż pół roku. Jedyną drogą wyjścia jest sprzedaż bezpośrednia przez Internet oraz kontakt z małymi księgarniami, zainteresowanymi czytelnikiem. W takich galerio-kawiarnio-księgarniach upatruję nadzieję i alternatywę wobec książkowych supermarketów. Wiele zależy też od czytelników, czy będą wspierać EMPiK, Matras i innych potentatów nie sprzyjających rozwojowi rynku książek, czy też zechcą chodzić do małych księgarń lub kupować książki bezpośrednio od wydawców.

Conradino Beb: Taka jest prawda! Wielcy dyktują warunki, a mali albo sie podporzadkowują zakładając sobie stryczek na szyję, albo znajdują własne kanały dystrybucji. Na Zachodzie jest tak w zasadzie od późnych lat ’60. Można mówić o kulturze nisz, które oferują własne produkty tematyczne, dystrybuowane bezpośrednio do zainteresowanych. W ten sam sposób dzialała zresztą polska scena zinowa w latach ’80 i ’90. Internet jednak przywrócił pewną równowagę, gdyż każdy jest teraz w stanie znaleźć dokładnie to, co go interesuje. Okultura się jednak dobrze odnajduje w nowym cyfrowym świecie?

Dariusz Misiuna: Jesteśmy tu od początku czyli od połowy lat ’90. Już wtedy pojawiła się strona Okultury, pierwotnie z moimi tekstami. Osobiście, lubię skracać dystans. Nie potrzebuję skomplikowanej instytucji i fanfaronady. Mam gorący temperament i lubię działać pod wpływem natchnienia. Internet to ułatwia. Wpisuje się też dobrze w naszą wizję jak najmniejszego „zapośredniczenia”. Połowa nakładu naszych książek sprzedaje się przez nasz sklep internetowy, co czyni nas swego rodzaju fenomenem. Niemniej, wiem, że czeka nas jeszcze bardzo dużo wyzwań. Ot, choćby praca nad nową stroną, przekształcenie jej w portal, dodanie dwujęzyczności itd.

Conradino Beb: Fanpejdż fejsbukowy tez jest tłumanie odwiedzany i lajkowany?

Dariusz Misiuna: To prawda. Zresztą Facebook niemal całkowicie pożarł media społecznościowe. Posiada wygodną formułę i jest mało anonimowy. Cieszy nas, że profil facebookowy Wydawnictwa Okultura i Trans:Wizji jest tłumnie odwiedzany. A jednocześnie pozytywnie zaskakuje to, że w Internecie cieszymy się większą popularnością od wielkich wydawnictw.

Conradino Beb: Bo w Internecie wszyscy sa równi… zadziwia, jak dobrze broni się to medium mimo wysiłków zduszenia niezależnej myśli i twórczych inicjatw – przejęcia pałeczki przez wielkie korporacje medialne… ale wskoczyło mi właśnie do głowy inne pytanie: czy nie czujesz się czesto ograniczony w swoich manewrach wydawniczych wiedzą i horyzontami własnych czytelników?

Dariusz Misiuna: Nie. Z prostego względu – wydaję to, co lubię. Nie targetuję Okultury pod kątem jakiejś grupy czytelniczej. Zakładam, że mam do czynienia z inteligentnym, otwartym odbiorcą, nie do końca pogodzonym z zastaną rzeczywistością i otwartym na zmiany. Oczywiście, miewałem chwile zwątpienia, zwłaszcza na początku naszej działalności wydawniczej, kiedy byliśmy kojarzeni z hardcore’owym okultyzmem. Zdarzały się wtedy kontakty z czytelnikami, dla których okultyzm pełnił rolę substytutu wiary. A mnie nigdy nie interesowało serwowanie komukolwiek jakiejś sztywnej mapy rzeczywistości.

Z biegiem lat Okultura rozpostarła jednak skrzydła obejmując swoją działalnością znacznie szersze spektrum wiedzy. Dzięki temu zaczęli też do nas „napływać” bardziej inteligentni, ciekawi świata czytelnicy. Z wieloma z nich zadzierzgnąłem znajomość, która czasami przeradzała się w przyjaźń lub współpracę. I to jest właśnie najfajniejsze w tej działalności, że prowadząc małą firmę, posiadającą solidne oparcie w Internecie, czujesz ten obieg energii ze swymi czytelnikami i tworzysz coś więcej aniżeli ksiażki. Pojawia się pewna wartość dodana – wspólnota.

Rzecz jasna, minimum dystansu bywa przydatne dla higieny psychicznej i ekonomizowania czasu. Inaczej, wydając książki o seksie, narkotykach i okultyzmie, można by się totalnie pogrążyć w ekscesie. Reasumując ten przydługi wywód, przyznam że dla mnie ta praca – która czasami bywa bardzo mozolna – to przede wszystkim fantastyczna przygoda, w której istotną rolę pełni cały proces wydawniczy, od kreowania wizji, poprzez ich materialne manifestacje, skończywszy na relacjach z czytelnikami.

Conradino Beb: Ale poznałeś legendarnego Andrzeja Urbanowicza, gdyż byłeś w swoim czasie jedynym tłumaczem Crowleya na język polski… czyli pewna fama wisiała nad tobą dosyć długo. Do dzisiaj jesteś kategoryzowany jako naczelny prorok mroku na polskiej scenie wydawniczej, he?

Dariusz Misiuna: Andrzeja poznałem w 2000 roku w Gardzienicach, w teatrze Staniewskiego. Pracował tam mój kumpel Joystick, który kilka lat wcześniej zrobił pierwszą Okulturową stronę z moimi przekładami i tekstami. Po spektaklu Metamorfozy wg Apulejusza odbyło się spotkanie aktorów z Urbanowiczem, podczas którego wygłosił on wykład na temat nowej ery, w której dominującą rolę odgrywa archetyp Dziecka. Wspominał w nim o wizjach Crowleya i przy tej okazji wyszło na jaw, że wśród słuchaczy znajduje się tłumacz książek Aleistera Crowleya. Sprezentował mi swój album, a ja mu przełożoną przeze mnie Principię Discordię.

Co do drugiej części pytania, odpowiedź brzmi tak. W latach 90-tych faktycznie uchodziłem za polskiego „czarnego papieża” z racji tego, że jako jedyny pisałem artykuły o Crowleyu i mrocznych odłamach okultyzmu. Czarowałem też wydawców, by publikowali przekłady jego książek. Jednak nie był to zaszczytny tytuł w kraju, gdzie nonkonformizm posiada diabelskie oblicze, nie za bardzo mi pasował i mocno mnie ograniczał.

Conradino Beb: Czarowaleś… dobrze 🙂

Dariusz Misiuna: Sam siebie zaczarowałem! Z Crowleyem jest taki problem, że choć dostarcza wielu fantastycznych technik na przezwyciężanie społecznych uwarunkowań i psychologicznych programowań, sam stwarza tak kompletny system, że łatwo potraktować jego świat jako doskonałą iluzję wypełniającą przestrzeń doświadczenia. A mnie jednak zawsze najbardziej interesowało doświadczenie wewnętrzne, życie jako wyzwanie, przygoda, eksperyment. Nie zaspokajanie się dogmatami, jakkolwiek rewolucyjnie, luzacko czy buntowniczo by one się nie prezentowały. Życie jest kolorowe, a nie czarne lub białe.

Conradino Beb: Fantastycznie! Rozszerzasz więc działalność na ogólne pole kontrkultury, myśli niepokornej i kultury psychedelicznej, żeby wyjść z mrocznej szufladki, a jednocześnie dać czytelnikom do zrozumienia, ze w życiu jest wiecej sposóbów na zabawę, niż odprawianie rytualów mniejszego pentagramu w czarnym worku na głowie i udawanie przed lustrem, że życie toczy się 24 godziny na planie astralnym. Czujesz się trochę dekonstrukcjonistą tej calej okultystycznej bzdury, która się w Polsce przyjęła jako obowiazujący model?

Dariusz Misiuna: Nie wiem czy bzdury, raczej bajki. Każdy ma prawo żyć według swojej bajki, ale to z pewnością nie moja formuła poetycka na życie. Interesują mnie twórcze odloty. Moją świątynią jest świat. Kręgiem magicznym jest przestrzeń sztuki i jej relacji z otoczeniem społecznym. Nie jest to zresztą takie odległe wobec crowleyowskiej definicji magii sformułowanej na łamach Magiji w teorii i praktyce. Ten wymiar fenomenologiczny jest tam bardzo wyraźnie zarysowany, niestety później tonie w mętach neoplatońskiej hierarchii. Widzisz, sam latałem w dziwnych ciuszkach uwalniając istoty z innych wymiarów. I rozumiem, że inni mogą odnajdywać w tym radość, szczególnie jeśli posiadają skłonność do fetyszyzmu oraz teatralizacji. Jednak obecnie najsilniej działa na mnie energia życia codziennego, którą przenika magia. Wystarczy tylko uwrażliwić się na nią i szerzej otworzyć oczy.

Conradino Beb: Niewymuszona (naturalna) działalność bez żądzy rezultatu jest najsilniejszym dzialaniem magicznym i nie trzeba do tego siedzieć w ciemnym pokoju probując oddzielić swój uduchowiony umysł od ciała, by mógł spotkać się z Wielkim Cthulhu… faktycznie, widać tu pewien neoplatonizm. Zresztą o czym my w ogóle mówimy, większość z tych domorosłych magów ślęczy obecnie 18 godzin na dobę przed komputerem wyszukując mroczne ikony, pod którymi mogą siedzieć na forach i prezentować się na Facebooku. Nie są zwykle zdolni do przełamania granicy pomiędzy poszukiwaniem wizerunku, a prostymi faktami życia. Zdaje mi się, że magia często bywa niczym więcej niż duchowym snobizmem. A jak z tobą, zdążyłeś go porzucić?

Dariusz Misiuna: Chyba musiałem być nieświadomym snobem, skoro go porzuciłem. A tak na serio, to mnie kwestia ornamentunku okultystycznego interesowała może przez pierwsze dwa lata. Nie dłużej. Jedyne przejawy mojego snobizmu objawiały się w pewnej skłonności do kupowania tajemniczych ksiąg w zdobionej oprawie. Ale nawet to nieszczególnie długo mnie trzymało. Myślę, że mam w sobie pewien rys antyspołeczny, przejawiający się w tym, że nie lubię tego, co modne, a wręcz czuję natychmiastowe znudzenie tym, co staje się modne. Kiedy Crowley stał się Polsce popularny, zacząłem postrzegać go jak starą raszplę. Owszem, nadal dostrzegam jego dawny urok, jak również doceniam jego geniusz, niemniej utraciłem fascynację całym budowanym wokół niego sztafażem. Faktycznie, jest w tym coś jasełkowego.

Conradino Beb: Anarchistyczne korzenie nigdy nie odeszły w przeszłość?

Dariusz Misiuna: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Metafizyczna anarchia to wciąż dla mnie najbliższa formuła mitopoetycka.

Conradino Beb: A jak się anarchista, byly crowleyowiec, psychonauta odnajduje w brutalnych realiach IV RP?

Dariusz Misiuna: Dobrze. Konrad, przecież ta społeczna szopka to bzdura. Najwięcej prawicowych ustaw wprowadziły lewicowe rządy. Najbardziej zamordystyczni są tzw. liberałowie. Fakt faktem, że żyjemy w coraz bardziej opresywnym otoczeniu społecznym, które tylko czasami podsuwa nam lizaki, byśmy lepiej się z tym czuli.

Conradino Beb: Bronisz się przed ekspansją faszyzmu optymizmem?

Dariusz Misiuna: Jest kryzys, wszystko się sypie, pojawia się więc też i tęsknota za spójnym światem. A spójność można wytworzyć tylko kosztem wykluczenia, tylko poprzez grubo zakreślone granice. Tak właśnie rodzi się faszyzm. Jednak nie demonizowałbym tego zjawiska, skoro wielcy obrońcy narodu to często narkonaziści i dziwkarze. Spójność zapewniają im tylko fantazmaty, a nie praktyka życiowa.

Z drugiej strony straszenie ekstremami jest na rękę obecnej władzy, która bardzo chętnie dolewa oliwy do ognia. Dzięki temu jawi się przecież jako jedyny gwarant normalności i spokoju! Bardzo polecam lekturę komiksu Transmetropolitan. Warrenowi Ellisowi udało się uchwycić ten mechanizm polityczny robienia ludzi w balona poprzez polityczną ustawkę i grę złudzeniami.

Conradino Beb: Ale wladza demoralizuje – nawet, jeśli dzisiejsza polityka nie sprawuje już żadnej władzy nad procesami ekonomicznymi – i pojawia sie oczywiste pożądanie, żeby narzucać społeczeństwu coraz więcej krzywdzących, absurdalnych praw, które mają ograniczyć zdolność obywateli do partycypowania w „procesie demokratycznym”. Polska zaczyna trochę przypominać Republikę Delegalizacji Wszystkiego, nie sądzisz?

Dariusz Misiuna: Tak. Bo tak jest najłatwiej. Jeśli jest problem, prościej jest nie mierzyć się z nim, tylko go odcinać. Wiara, że można zaradzić czemuś poprzez zaostrzanie prawa to rodzaj myślenia magicznego – przekonania, że prawo zadziała jak klątwa. Nic bardziej mylnego. Życia społecznego nie da się kontrolować totalnie, nawet jeśli wszędzie postawimy kamery, a obywateli zaobrączkujemy w elektroniczne kajdanki. Największy problem w tym, że ludzie chcą tego, ponieważ najistotniejsza w ich życiu jest potrzeba bezpieczeństwa. Są przekonani, że to nie oni rezygnują z wolności, tylko ci, którzy w jakiś sposób im zagrażają. I tak oto zaciska się pętla samoograniczeń. Myślę też, że w tym procesie istotny aspekt odgrywa tzw. postęp techniczny i jego związki z biznesem. Na kontrolowaniu ludzi można przecież nieźle zarobić.

Conradino Beb: W Polsce wygrywa chyba na tym bardziej rozrośnięta administracja państwowa: policja, sądy i więziennictwo… chociaż z drugiej strony im bardziej skomplikowana sprawa, tym szybciej oprawcy chcą umyć ręce i pójść do domu, bo nie chce im się robić użytku ze wszystkich narzędzi konstytucyjno-technicznych, które maja do dyspozycji. Preferują raczej wybieranie tych najprostszych, godzących np. w nastolatkow, których złapano z jointem w parku, a nie lobbystów, przekupujących posłów i senatorów. Czyż nie?

Dariusz Misiuna: Oczywiście. Rozumiem, że nawiązujesz do polityki prohibicyjnej państwa. Cóż, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej i choć uważam prawo do spożywania tego, czego się chce, za coś absolutnie elementarnego, nie wydaje mi się by był to największy problem społeczny.

Conradino Beb: Chciałbym, żebyś sie ustosunkował do problemów w Polsce gradacyjnie… a największym z nich nie jest chyba palenie trawy, co? GMO? Wysokie podatki? Mandaty za picie piwa w parku? Korupcja w mediach i w parlamencie? Niemozność skonstruowania pierdolonych autostrad?

Dariusz Misiuna: Żaden z partykularyzmów. Cały system misternie tka iluzję funkcjonalności, a jest kompletnie nieżyciowy. Zapewnia dobry byt tylko ludziom, którym się zdaje, że go kreują. Zresztą, o czym my gadamy, Konrad, przecież Polska nie istnieje, to tylko złudzenie podzielane przez 40 milionów ludzi.

Conradino Beb: Baudrillard?

Dariusz Misiuna: …is dead! Ale przynajmniej miał coś ciekawego do powiedzenia na temat ściemy społecznej. Może za wcześnie, bo jednak w epoce rozkwitu jego myśli jakieś tam formy społeczeństwa jeszcze istniały. Ale państwa narodowe to bzdura. Może w Ameryce Południowej spełnia się ta formuła, a to paradoksalnie dzięki kontynentalnemu internacjonalizmowi. To zresztą pewien paradoks – im bardziej zglobalizowane poszczególne społeczeństwa, tym silniejsza w nich iluzja narodowości.

Conradino Beb: Nie musisz dwa razy powtarzać, słyszę cię. Ale gdzie my zdążamy? Przyszłość będzie bardziej cyberpunkowa czy będzie raczej wyglądała, jak IV Rzesza Międzynarodowa?

Dariusz Misiuna: Może jedno i drugie. Cyberpunk w realiach międzynarodowej IV Rzeszy. Tak czy inaczej, jakiekolwiek tendencje będą wywoływać kontrtendencję, tak więc nawet w sytuacji IV Rzeszy pojawią się oazy wolności lub iluzje wolności, wyspy szczęśliwe, powroty do natury i do cudów naturalnego umysłu.

Conradino Beb: Wypiję za to…mądrości Williama Gibsona i Davida Cronenberga, choć tak naprawdę Burroughs.

Dariusz Misiuna: Grzybowe bad tripy.

Conradino Beb: Dokładnie, przyszlość jako kwasowy bad trip. A tymczasem nadchodzi 3. Festiwal Trans:Wizji. Dużo ludzi się zjawi?

Dariusz Misiuna: Pełna sala. Niestety, sporo osób odeszło z kwitkiem. Trochę przerosło nas zainteresowanie. Być może to czas na zmianę formuły. Najwyraźniej udało nam się wpaść na dobry pomysł organizacji festiwali podczas premier kolejnych numerów pisma. Festiwali łączących sztukę performance z warstwą audiowizualną, mocno zresztą transową. Zawsze jest to też okazja do fantastycznej wymiany energetycznej. Czyli święto!

Conradino Beb: Rośniecie, więc pora na zmianę formuly. To zresztą jedyne tego typu wydarzenie w Polsce, organizowane w starej dobrej tradycji jednoczenia środowiska… wypić lampkę wina, zapalić bata, wyrwać jakąś mroczną gotkę. Jaki rodzaj energii jest krzesany na festiwalach Trans:Wizji?

Dariusz Misiuna: Pociągający, magnetyczny. Ludzie zdają się być oczarowani, trochę jak w transie, a jednocześnie bardzo dużo jest w tym eksperymentu i przestrzeni do śmiechu. Gotek nie widziałem 🙂

Conradino Beb: Z gotką to był żart, ale piękne kociaczki widziałem na wielu zdjęciach z poprzednich edycji 🙂

Dariusz Misiuna: Staramy się to robić w ten sposób, by sam festiwal był doświadczeniem psycho-aktywnym. Piękne dziewczyny lubią piękno. To widać w ich oczach. Dlatego błyszczą.

Conradino Beb: I nie grozi za to w Polsce kara więzienia?

Dariusz Misiuna: Szczęśliwie, jeszcze nikt nas tu nie kara za dobre samopoczucie.

Conradino Beb: Ufff, nagadaliśmy się za wszystkie czasy, ale przynajmniej udowadniamy czytelnikom MGV i Trans:Wizji, że nawet w czasach kryzysu wszystkiego i rządow politycznych gabinetów, które bez uszczerbku dla kraju mogłyby zastąpić moje dwa niesforne koty, wciąż można cieszyć się życiem i robić coś twórczego.

Dariusz Misiuna: Ależ oczywiście, wystarczy nie oglądać się na nikogo!

Conradino Beb: Można chyba oczekiwać, ze Okultura nie da sie zdławić i będzie dalej myśleć samodzielnie?

Dariusz Misiuna: Gdyby stało się inaczej, nie mielibyśmy już do czynienia z Okulturą.

Conradino Beb: Fantastycznie, wszyscy na pewno odetchną z ulgą. Dzięki za możliwość wytargania cię za uszy 🙂

Dariusz Misiuna: My pleasure!

„The Bones Go Last” – inspirujący dokument o Austinie Osmanie Sparze

Austin Osman Spare swoją sławę w środowisku okultystycznym osiągnął dopiero po śmierci zarówno ze względu na swoje nowatorskie podejście do zagadnienia oddziaływania umysłu na rzeczywistość – chodzi oczywiście o magię sigili – ale również ze względu na przepiękne, surrealistyczne szkice i obrazy, które do dzisiaj pozostają świadectwem jego niezwykłych wizji.

Jak pisze sam Spare w Wyznaniu Creda Zosa vel Thanatosa: Wierzę w ciało, jakim jest teraz i na wieki… ponieważ jestem Światłem, Prawdą, Drogą, a nikt nie dojdzie do niczego w inny sposób niż poprzez ciało. Czyż nie pokazałem wam eklektycznej ścieżki między ekstazami, tej ryzykownej drogi linoskoczka…? Lecz brak wam odwagi, jesteście zmęczeni i strawieni lękiem. OBUDŹCIE SIĘ PRZETO!

Wyrwijcie się z hipnozy nędznej rzeczywistości, w której żyjecie i spoczywacie. Albowiem zbliża się czas południa, wielki dzwon już bije… Niechaj inni wyczekują przymusowej ofiary, wymuszonego zbawienia tak pewnego dla licznych odstępców od Życia. Teraz, w ten dzień, proszę was przejrzyjcie swoją pamięć, albowiem zbliżają się wielkie jednostki. Pochłaniaczem wszelkich wspomnień jest Dusza. Życie to pragnienie, Śmierć to reformacja… Jam jest zbawieniem… Ja, który przekraczam ekstazę ekstazą, medytując Tak Być Nie Musi w Miłości Własnej…

Dostępny na razie jedynie w Internecie dokument The Bones Go Last odsłania tajemnice Spare’a w serii impresji wizualnych oraz wywiadów z fanami, fanatykami i autorytetami od twórczości tego kultowego maga i artysty. Reżyser pokazuje również jego rzadkie zdjęcia, prace malarskie, a także dom w południowym Londynie, gdzie Spare mieszkał i tworzył całe życie. Więcej informacji znajdziecie na stronie thebonesgolastcom.

The Bones Go Last Part 1 from The Bones Go Last on Vimeo.

The Bones Go Last Part 2 from The Bones Go Last on Vimeo.

Procesy o czary w regionie kaliskim – historia czarownictwa w Polsce

Nie może dobre drzewo wydać złych owoców
ani złe drzewo wydać dobrych owoców.
Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu,
będzie wycięte i w ogień wrzucone
Mt 7, 18-19

Wprowadzenie

Dzisiejszy człowiek słysząc słowo „czary” bądź „czarownica” przywołuje w myślach cały ciąg różnorodnych skojarzeń. Wśród nich znajdują się takie jak: wróżenie z kart, kryształowe kule, lot na miotle, uzdrawianie, zielarstwo, różdżkarstwo itp. Jeżeli wszystkie te skojarzenia zbierzemy w jedną całość otrzymamy pewien bardzo szeroki obraz, który zamiast wyjaśniać samo zjawisko powoduje, że wydaje nam się ono rozmyte i nieostre. Budując ten obraz sięgamy do przeróżnych źródeł tj. bajki, filmy, przysłowia, opowieści. Większość tych informacji ma jednak swoje głębokie korzenie w źródłach historycznych.

Badanie magii (rozumianej jako zbiór wszelkich czynności magicznych) przy użyciu warsztatu historycznego doprowadza nas do zaskakującego spostrzeżenia. Jest to sfera, gdzie fantazja buduje fakty historyczne, a te z kolei prowadzą do fantazji w postaci baśni, mitów, filmów i opowieści. Wymysł ludzkiego umysłu, napędzany przez brutalne tortury, zostawia swój ślad w protokołach sądowych na podstawie, których rekonstruuje się bajecznie bogaty, duchowy świat ludzi minionych epok. Żeby go w pełni zrozumieć potrzeba nam wyjaśnienia pewnych pojęć i skonfrontowania ich z rzeczywistością historyczną.

Historia magii, a przede wszystkim czarownic i ich procesów znalazła szeroki oddźwięk w licznych publikacjach. Badaczy przyczyn tego zjawiska szukać można już w czasach, kiedy tzw. „szaleństwo czarownic” nie wybrzmiało jeszcze zupełnie. Od końca czasów nowożytnych mówić możemy o dwóch nurtach historiografii poświęconej czarownicom: nurcie romantycznym i racjonalistycznym.1 W wieku XX, kiedy emocje związane z „polowaniem na czarownice” zaczynają opadać, całej sprawie zaczęto przyglądać się od strony psychologicznej – szczególnie w historiografii francuskiej.2

Pierwszym polskim badaczem procesów czarownic był Tadeusz Czacki, który temat badał na początek XIX w. Najbardziej znanym współczesnym historykiem polskich czarownic był zaś Bohdan Baronowski, którego wkład w badanie zjawiska zaowocował ukazaniem się bardzo wielu publikacji, w tym niezwykle ważnego dla tej pracy wydawnictwa źródłowego zawierającego fragmenty protokołów sądu kaliskiego dotyczącego procesów kobiet oskarżonych o czary w wiekach XVI i XVII. Współcześni polscy historycy, z Małgorzatą Pilaszek na czele, również poświęcili wiele miejsca badaniu dziejów czarownic na naszych ziemiach. Niedawno opublikowana książka Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII autorstwa Pilaszek stała się inspiracją i podstawą do napisania tej pracy.

Palenie czarownic na stosie

Przedstawię poniżej zarys historii czarownic i procesów o czary w regionie kaliskim epoki nowożytnej, uwzględniającego również przykłady i specyfikę zjawiska z terenu całego naszego kraju, który w świecie uważany był kiedyś za azyl, gdzie niechętnie rozpalano stosy i za miejsce panowania nieporównywalnej do innych krajów tolerancji wyznaniowej i wolności sumienia.

Wybrałem Kalisz nie tylko dlatego, że jestem z tym miastem związany urodzeniem ale również dlatego, że na podstawie prowadzonych przez tutejszy sąd procesów można idealnie prześledzić genezę, rozwój i upadek (związany z apogeum w sprawie doruchowskiej) „polowania na czarownice” w całym kraju. Ważny odnotowania jest również fakt, że nie kto inny ale właśnie wojewoda kaliski August Sułkowski był głównym pomysłodawcą ustawy sejmowej, która przyczyniła się do wygaśnięcia polowań na osoby oskarżone o czary w Polsce (1776 r.).3

Pojęcia i geneza zjawiska

Młot na czarownice / Jacques Sprenger i Heinrich Kramer

Dla lepszego zrozumienia tematu pragnę zarysować genezę zjawisk, jakimi były „szaleństwo czarownic” oraz „polowania na czarownice”. Niezbędne będzie przy tym odwołanie się nie tylko do terytorium Polski, ale również naszkicowanie sytuacji zaistniałej w Europie, ponieważ to właśnie z jej zachodnich stron przywędrowała „czarownica” jaką znamy z czasów nowożytnych. W ślad za nią (a może odwrotnie?) nasi przodkowie otrzymali gotowe sposoby radzenia sobie ze złem, w postaci popularnych i poczytnych poradników.

W terminologii magicznej dwie nazwy: „czarownica” i „wiedźma”, które zwykliśmy traktować jako jedno, mają różne znaczenia. Czarownica jest osobą, która magii musi się nauczyć lub dostać ją w darze np. od złego ducha, wiedźma zaś swoje zdolności posiada od urodzenia. Obydwie bywają złośliwe, ale to głównie czarownice po reformie trydenckiej uznane zostały za wspólniczki szatana.4

Sam termin „polowanie na czarownice” został po raz pierwszy użyty w XX wieku i związany jest z kulturą Stanów Zjednoczonych. W rozumieniu dosłownym może zaciemniać obraz zjawiska, gdyż sugeruje odgórnie zorganizowaną akcję ścigania czarownic – o czym w Europie nie może być mowy.5 Termin będę jednak stosował określając zjawisko dowolnych, niepowiązanych ze sobą procesów w sprawie czarów.

Bardzo ciekawym i pasującym do polskich realiów pojęciem jest „szaleństwo czarownic”, które stanowi zbiór wspólnych wierzeń i jest określeniem zjawisk występujących w tej epoce. Same czary to nazwa wszelkich działań o charakterze magicznym, których wykonywanie (związane zazwyczaj ze światem symboli) ma przynieść zamierzone efekty w świecie materialnym. Procesy o czary to zazwyczaj konfrontacja świata mężczyzn, postrzeganych w tamtych czasach jako istoty doskonałe i związane z Bogiem, ze światem kobiet, które uważano za skłonne do grzechu i bliskie diabłu. Świetnym tego przykładem jest pochodzący z XIII w. cysterski pamflet na kobiety, w którym czytamy, że: Ewa przekazała zarazek bałwochwalstwa wsączony jej przez diabła pod postacią węża, swoim córkom, to znaczy głupim kobietom.6

To właśnie pochodzące z wczesnych czasów dzieła budowały piramidę nienawiści do płci kobiecej, która potem znalazła wyraz w wielkiej liczbie kobiet skazanych na śmierć. Początkowo w Europie grzechem była sama wiara w istnienie czarów, a wszelkimi odstępstwami od doktryny kościoła katolickiego zajmowały się trybunały biskupie. Potem do walki z heretykami Rzym powoływał miejscowe trybunały inkwizycyjne. W 1327 roku Jan XXII powołuje trybunał dla Polski.

Jednak już wcześniej nastąpiła znacząca zmiana kościelnego poglądu na czary. Za Tomaszem z Akwinu uznano, że magia istnieje, a jest nią wszystko, co wymaga ingerencji sił demonicznych. Kościół sam zaczął napędzać wiarę w czary, a bulla papieża Innocentego VIII dotycząca procesów czarownic ukształtowała ich obraz jako niezwykle groźnej odmiany herezji. Początkowo sprawa czarów została podpisana pod sądy kościelne, a różne poradniki jak np. sławny poradnik inkwizytora Bernarda Gui pomagały takie procesy prowadzić.

Kiedy działania te doprowadziły do ukształtowania obrazu czarownicy i czarownika jako sługi diabła, można zacząć mówić o wierze w pewien front magiczny, którego celem było zniszczenie boskiego porządku. I tak zbliżamy się do roku 1486, kiedy ukazała się sztandarowa praca poświęcona walce z czarownicami. Mowa oczywiście o słynnym Młocie na czarownice (Malleus maleficarum).

Autorami najpoczytniejszego opracowania demonologicznego na świecie było dwóch inkwizytorów: dominikanin Jacques Sprenger oraz Heinrich Kramer, znany jako Insistoris. Ich dzieło przetłumaczone na wiele języków (w Polsce ukazał się jedynie fragment w roku 1614) składało się z trzech części. Pierwsza opisywała sposób walki z czarownicami, druga mówiła o czarach jako takich i sposobie radzenia sobie z nimi, trzecia była poradnikiem dla inkwizytorów i sędziów prowadzących proces.7 Dzieło to sprawiło, że ławnicy z całej Europy dostali do ręki prawdziwy „młot”, za pomocą którego każda nie przystająca do wspólnoty kobieta stawała się czarownicą. Wpływ dzieła Insistorisa i Sprengera, jak i inne tego typu dzieła, stały się przyczynkiem prześladowań w naszym kraju.

Równie ważnym czynnikiem było samo oskarżenie. Kiedy procesy o czary zaczynają się upowszechniać, ludzie dostrzegają, że pozwanie kogoś staje się dogodnym narzędziem do usunięcia go ze wspólnoty lokalnej. Dlatego bardzo często szafowano tym argumentem chcąc usunąć z otoczenia osobę inną, dziwną, wydającą się zagrażać istnieniu wspólnoty, nie wspominając o innych powodach niskiej natury ludzkiej jakimi były: zazdrość, gniew czy chęć zemsty.

Powszechnie uznawano, iż czarostwo jest grzechem – grzech zaś utożsamiany był w tamtych czasach z przestępstwem. Czary uznane zostały za obrazę majestatu (jedna z najgorszych przewin), za którą, jak pisał polski jurysta Bartłomiej Groicki, groziła kara miecza, ćwiartowania lub ognia. 8 Czary to wystąpienie przeciwko porządkowi wspólnoty.9 Wspólnoty, której przestrzenią było przede wszystkim miasto. To właśnie tam odbywały się prawie wszystkie procesy.

W Polsce geneza procesów o czary również sięga czasów, kiedy głównym przeciwnikiem wiary byli heretycy. Już Władysław Jagiełło w swoim wieluńskim edykcie rozkazał ścigać heretyków i karać ich wedle przewin, których się dopuścili. W 1512 roku na synodzie łęczyckim nakazano duchowieństwu zwalczać wszelkie herezje szerzące się w ich diecezjach. Rozpoczęła się niezwykle krótka historia inkwizycyjnego zwalczania czarownic. Niezwykle krótka, gdyż głównym przeciwnikiem kleru okazała się polska szlachta.10 Dążenia naszych herbowych miały na celu uwolnienie się od prawa kościelnego oraz zrzucenie ciążących na nich świadczeń takich jak np. dziesięcina. Janusz Tazbir z wątpliwością wyraża się o szczytnych, mających na celu jedynie tolerancję, powodach walki szlachty polskiej z klerem. Była to tolerancja rozumiana raczej jako obojętność, niekoniecznie szacunek.11

Walka polityczna pomiędzy duchowieństwem a szlachtą zakończyła się przełomową dla spraw czarownic konstytucją sejmową z 1543 roku kiedy wszelkie czary szkodzące ludziom i ich majątkowi oddano pod jurysdykcję świecką. Było to postanowienie tymczasowe, ale kolejne sejmy (1563, 1565) tylko utrwaliły tę praktykę.12 W 1552 roku sejm postanawił o całkowitym wyjęciu szlachty spod jurysdykcji inkwizycyjnej. Powyższe postanowienia dotyczyły również poddanych szlachty, o co do końca „szaleństwa czarownic” walczył kler, uważając że nieprzygotowane sądy świeckie skazują bardzo często niewinne kobiety na śmierć.

Zanim przejdziemy do procesów w regionie kaliskim opiszę pokrótce na czym opierały się polskie sądy miejskie podczas procesów osób oskarżonych o czary. W głównej mierze praktyka sądowa opierała się na tzw. Karolinie (Constitutio Criminalis Carolina), która rozróżniała różne rodzaje maleficiów a wydana została w 1532 roku. Dzieło to uzupełniało a czasami nawet zastępowało popularne Zwierciadło saskie (1220-1235 r.). Zwyczajni mieszkańcy Korony nie wchodząc w zbyt skomplikowane rozróżnienia czarów korzystali z XIV artykułu Postępku około karania na gardle (1559 r.) , który dopuszczał kary za gusła i zabobony.13 Te oraz inne księgi wzmocnione przez Malleus maleficarum zaowocowały w 1511 roku procesem chwaliszewskim. Nieznana z imienia starsza kobieta, oskarżona o gusła po raz pierwszy, złożyła życie na stosie. Wyrok został wydany przez sąd miasta Poznań. Od tego momentu mówić możemy o właściwym „polowaniu na czarownice” na ziemiach Polski.

Twarzą w twarz z diabłem

Sabat czarownic / Andries Jacobsz

Kim były polskie czarownice? Czym się charakteryzowały? I w końcu kim były czarownice powołane przed sąd kaliski? Wiemy, że nasze rodzime „wspólniczki diabła” różniły się od tych zachodnich w przeważającej mierze swoimi pogańskimi, ludowymi korzeniami. Rzadko kiedy powoływały się otwarcie na kontakty z diabłem, a jeśli już, to na skutek poddawania ich rozmaitym torturom. Najczęściej, jak to miało również miejsce w Kaliszu, „zamawiały” w imię Boga, Maryi i wszystkich świętych. Nasze czarownice o wiele rzadziej bywały też na sabatach, które jeśli już się odbywały przypominały biesiadne uczty.

Jeśli chodzi o społeczne pochodzenie polskich czarownic, to przeważały wieśniaczki i mieszczanki, które jednak opowiadały o spotkaniach z zakapturzonymi czarownicami, obcującymi z elitą diabelską. Mówiły najprawdopodobniej o szlachciankach, które z równym upodobaniem oddawały się praktykom magicznym. Jeśli jednak chodzi o ich karalność, to prawie żadne nie były powoływane przez sąd i ani jedna nie złożyła swojego życia na stosie.14 Ludności wiejskiej nawet w czasach nowożytnych przypisywano skłonności ku pogaństwu i trwaniu w zabobonnej wierze. Jak pisze anonimowy autor: Wolą oni udać się do lasu niż do świątyni, a kiedy już przyjdą do kościoła, to najchętniej pozostają na cmentarzu, spędzając czas na rozmowach, aby tylko nie iść na nabożeństwo.15

Polskie czarownice swojego fachu często uczyły się podczas służby we dworze, jak to było w przypadku kaliskiej czarownicy Apolonii Porwitowej, która nauczyła się wszystkiego na zamku w Sieradzu. Jeśli chodzi o płeć, to jedynie 10,6% oskarżonych stanowili mężczyźni.16 Co ciekawe kara stosu dotknęła też szlachcica, ale to na zasadzie samosądu dokonanego przez ludność wiejską, która uznała swojego pana za upiora, kiedy ten wałęsał się w nocy po lesie w poszukiwaniu zaginionego konia.17 Ów Michał Makowski spłonął w roku 1738 a więc już w czasach, kiedy wiara w czarownice pomału przechodziła we wszechogarniającą obawę przed wampirami, upiorami i wilkołakami.

Osoby parające się magią najczęściej pozostawały na uboczu lokalnej wspólnoty i często utrzymywały kontakty z diabłem. Jak wyznawały Kaliszanki na torturach, znały one nawet imiona swoich demonicznych panów. Ceną za otrzymywanie od diabła pomocy było nieprzyjemne z nim obcowanie fizyczne. Kaliskie diabły często zmuszały do stosunku swoje służki bijąc je i rzucając po kątach, czyniąc często krzywdę fizyczną, jak to było w przypadku grupy czarownic ze wsi Kucharki z regionu kaliskiego. W tym rejonie demony rzadko kiedy zabierały jednak swoje wybranki na Łysą Górę. Częściej sabaty odbywały się na pobliskich, bliżej nie sprecyzowanych bagnach, gdzie oprócz wymienionych z imienia diabłów pojawiali się różni muzykanci i inne czarownice.

Te szatańskie opowieści dotyczą procesów z początku XVI wieku, gdyż wcześniejsze sprawy o czary rozsądzane przez kaliski sąd tylko powierzchownie dotykały ingerencji diabelskich mocy. Zeznania wyznawane podczas tortur były zazwyczaj bardzo szczegółowe i wymyślne, jak w przypadku wspomnianych wyżej czarownic ze wsi Kucharki. Połączone z zeznaniami innych tworzyły przebogaty świat diabelski gdzie demony często paradowały w szlacheckich strojach i zdawały się być podzielone społecznie – zupełnie jak mieszkańcy świata rzeczywistego.

Czy można mówić w Polsce o prawdziwych opętaniach? Jeśli chodzi o rejon kaliski mam co do tego szczere wątpliwości. Pozwolę sobie jednak przytoczyć dwa niezwykle ciekawe przykłady, pochodzące z poza obszaru moich zainteresowań, ale dające dużo do myślenia i stawiające całą sprawę w zupełnie innym świetle. Obydwa dotyczą ludzi pochodzenia szlacheckiego. Pierwszy miał miejsce w Krakowie 13 czerwca 1588 roku w kościele ojców karmelitów pod wezwaniem N. Marii Panny na Piasku. Podczas nabożeństwa do kościoła wszedł herbowy Zakrzewski krzycząc coś w różnych językach. Kiedy doszedł do ołtarza wyciągnął szablę i ranił nią księdza, mnicha oraz ciężko okaleczył małego ministranta, który w wyniku obrażeń niedługo potem zmarł. Chwilę później zbezcześcił ołtarz i rzucił się do ucieczki. Schwytany zeznał, że jest katolikiem i dokonał tego wszystkiego w przypływie szału. Za profanację i zbrodnię spalono go na rynku krakowskim.18

Drugi przykład dotyczy szlachcianki Magdy Gładyszówny i również związany jest z Krakowem. Owa szlachcianka została opętana przez 116 diabłów i sąd nie był w stanie poradzić sobie z jej przesłuchaniem. Sprawę oddano duchownym, którzy po przesłuchaniu wskazali winną. Była nią wieśniaczka Anna Markowa, która w 1645 roku została skazana na śmierć za sprowadzenie na Gładyszówną ogromnej ilości diabłów.19 Czarownicą stawało się w momencie oskarżenia, a powody ku temu były przeróżne.

Kim były czarownice kaliskie? Przykład z roku 1580 wskazuje, że sądzonymi były głównie osoby z nizin społecznych – dwie wędrowne złodziejki i prostytutki, którym żadne hańbiące zajęcie nie było obce. Sytuacja zdaje się być podobna w późniejszych procesach, które dotykają przeważnie wieśniaczek albo kobiet z rejonów oddalonych od centrum miasta. Co powodowało, że były stawiane przed sądem? Zazwyczaj oszczerstwa, mające swoje korzenie w prawdziwych wydarzeniach.

Kaliszanki postawione przed rajcami miejskimi trudniły się leczeniem i zielarstwem. Już sam fakt posiadania przy sobie zielarskich amuletów był wystarczający, jak możemy to zaobserwować na przykładzie kaliskim.20 Najczęściej jednak, zgodnie z obawami duchownych, mylono prawdziwe czary ze zwyczajnym zabobonem, do którego w pierwszej kolejności przyznawały się kaliskie czarownice. Opowieści o sabatach, demonach i diabelskich ślubach wychodziły z ich ust dopiero pod naciskiem przerażających tortur.

Echo kaliskich sal sądowych

Egzekucja czarownic przez powieszenie

Historia procesów o czary w Kaliszu zaczyna się według protokołów sądowych zebranych przez Bohdana Baronowskiego pod koniec XVI wieku. Jest to więc czas, kiedy „szaleństwo czarownic” w Polsce panuje i zbiera swoje żniwo. Pierwsza sprawa Zofii z Łekna i Barbary z Radomia ma miejsce w 1580 roku, a ostatni opisany przez niego proces dotyczył Reginy Dereniowej i odbył się w 1616. Na historię zawartą w wydawnictwie źródłowym Baronowskiego składa się sześć procesów z czego tylko niektóre kończą się śmiercią, a jedynie ostatnie noszą charakter kontaktów z diabłem. Dalej rozszerzę opis procesów o dwa dodatkowe, które udało mi się znaleźć w zamieszczonej w bibliografii literaturze przedmiotu.

Na szczególną uwagę zasługuje ostatni proces kilkunastu czarownic skazanych tuż przed wydaniem konstytucji z 1776 roku, który odbył się w niedalekim od Kalisza Doruchowie. Miał on bardzo tajemniczy charakter i do dzisiaj wielu badaczy omija go, uważając iż jest on zbyt mało udokumentowany przez źródła. Ja jednak nie będę go pomijał gdyż zdecydowanie jest to proces o charakterze najbardziej pasującym do romantycznej koncepcji czarownic, a mgła tajemnicy, która go osnuwa, dodaje mu tylko ciekawości. Omawiając go będę bazował głównie na książce Szymona Wrzesińskiego Wspólniczki Szatana. Czarownice na ziemiach polskich, gdyż właśnie tam znalazłem najdokładniejszy jego opis.

Należy przypuszczać, że dopiero po roku 1616 miało miejsce nasilenie polowania w regionie kaliskim, ale biorąc pod uwagę brak źródeł historycznych i protokołów, które by o tym donosiły dobra rekonstrukcja nie jest możliwa.21 Historia zaczyna się od dwóch jarmarcznych złodziejek: Zofii z Łekna i Barbary z Radomia.22 Obydwie miały status kobiet luźnych, a trudniły się złodziejstwem, prostytucją i paserstwem. Nie bały się nawet sprzedawać takich rzeczy, jak kradzione z kościoła krzyże. Obydwie poznały się przez wspólnego znajomego złodzieja Szymka, a do Kalisza udawały się by kraść na tutejszym jarmarku. Zostały jednak przyłapane na noszeniu ziołowych amuletów, czym wywołały podejrzenie i doprowadzenie przed sąd.

Po przesłuchaniu Zofia została oczyszczona z zarzutu o czary, ale to nie jej, tylko zeznania Barbary są dla nas bardzo interesujące. Poddana torturom opowiedziała swoją historię, która zwraca uwagę, gdyż jest bardzo podobna do historii czarownic z terenów niemieckich. Barbara magii uczyła się od matki i przez długi czas działała w Gdańsku, gdzie kradła mleko i robiła gusła z chleba. Była również znana z usuwania ciąży. Jak niemieckie czarownice, obchodziła różne magiczne święta w tym noc Walpurgii. Po kolejnych torturach wymuszono na niej zeznania kontaktów z diabłami, które przyzywała, by jej służyły za pomocą różnych magicznych przedmiotów.

Różnica polega na tym, że czarownica wzywa demony aby jej służyły a nie, jak to ma miejsce później, sama jest służebnicą diabła. Zapytana o spowiedź, powiedziała, że początkowo ksiądz kazał jej zadość uczynić wszystkim, którym czyniła zło. Później na spowiedziach już nie mówiła o swoich magicznych poczynaniach. Co ciekawe podczas próby jej pławienia, zamawiała diabła aby jej pomagał mówiąc: Czarcie nie daj mię jeszcze topić, iż jeszcze będę na tym świecie wojowała i obiecał mi to, że nie utoniesz.23 Dalszy los dwójki kobiet nie jest znany.

Kolejna sprawa dotyka Elżbiety z Tyńca, która oskarżona została o czary cztery lata po pierwszym procesie.24 Protokół jest bardzo zwięzły i mówi, że powołana nosiła amulety i obmywała bydło wodą pobraną z pobliskiej rzeki, aby dawało więcej mleka. Wróżyła również kobietom z wosku, aby przepowiedzieć losy płodu. Wszystko to czyniła w imieniu Boga, Maryi i wszystkich świętych, co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla polskich czarownic. Z protokołów przytoczonych przez Baronowskiego znamy wynik sprawy. Elżbieta z Tyńca została wygnana z miasta. Wygnanie może się wydawać karą bardzo łagodną ale biorąc pod uwagę fakt, że osoby wygnane często nie znały świata poza swoją lokalną wspólnotą i nie miały innej możliwości zarobkowania, był to często wyrok powolnej i bolesnej śmierci.25

Trzecia sprawa z czarami ma związek jedynie z nazwy, gdyż w czasie procesu oskarżona została oczyszczona z zarzutu. Proces dotyczy Małgorzaty z Chmielnika, która przez swojego pana, szlachcica Pawła Pawłowskiego, postawiona została przed sądem z zarzutem czarów i kradzieży.26 Kobieta wyparła się wszelkich czarów, a jedyne do czego się przyznała, to kradzież pańskiej skrzyni z różnymi bibelotami. Dopuściła się tego przestępstwa dlatego, iż dowiedziała się, że pan nie zamierza jej zapłacić za ostatnie pół roku pracy. Przez kaliskich ławników skazana została na chłostę, a prośba o tortury w celu wymuszenia na niej zeznań o czary została oddalona.

Zupełnie inny wymiar ma sprawa, która miała miejsce w roku 1593 i dotyczyła Apolonii Porwitowej z Glinek.27 Kobieta została oskarżona o czary przez swojego męża, co spowodowała domniemaną zdradą. Oskarżenia posypały się dalej lawinowo, a wśród nich znalazł się nawet zarzut psucia piwa u niejakiego pana Sobka. Za swoją nauczycielkę podała Jadwigę Pieczanowską, od której nauczyła się wszystkiego służąc na dworze w zamku Sieradzkim. Zajmowała się zamawianiem bydła i piwa w celu ich uzdrowienia i naprawienia.

W świetle źródeł wydaje się być osobą, która ludziom raczej pomagała niż szkodziła. Za przykład niech posłuży prośba pewnej kobiety, która udała się do Porwitowej w sprawie otrucia jej męża. Apolonia podała jej zwyczajną wodę, a ta później dowiedziawszy się o wszystkim dziękowała jej za niedopuszczenie do śmierci męża, gdyż ich stosunki już się polepszyły. Podczas procesu opowiadała o innych kobietach, które parają się bardziej zabobonem niż magią i czynią to wszystko, jak zresztą i ona, w imię Boga, Maryi i wszystkich świętych. Jej główną przeciwniczką, którą oskarżyła, była żona miejskiego kata.

Prawdziwą rewolucją w kaliskich procesach o czary jest sprawa czarownic ze wsi Kucharki, skazanych na spalenie w 1613 roku.28 Opisane w protokole kobiety miały bezpośredni kontakt z diabłami i pasują do właściwego znaczenia terminu „czarownica”. Na samym początku oskarżono Dorotkę z Siedlikowa, która ponoć rzuciła czar na Macieja Gorczyce. Kobieta została pojmana w karczmie, gdzie nie raz kłóciła się z wyżej wymienionym Maciejem. Po torturach przyznała się do czarów, mówiąc że wszystkiego nauczyła się od matki i wróżki Serbicy. Mówiła, że pomagała ludziom odszukiwać zaginione rzeczy, o których opowiadał jej na ucho diabeł Kacper. Nie raz też nawiedzana była przez diabły, które w młynie w pewien czwartek dusiły ją i przymuszały do obcowania fizycznego. Dorota wydała też swoją przyjaciółkę Magdę Młynarkę, która również spierała się nie raz z Gorczycą. Magda opowiedziała na przesłuchaniach, że oddała się diabłu w celu polepszenia swojego życia.

Kiedy tak wzywała szatana pojawił się jej diabeł Marcin, który obiecał poprawę losu po czym dopuścił się na niej gwałtu. Kolejną oskarżoną była Gierusza Klimerzyna, która początkowo wyparła się wszystkiego. Kiedy kat poddał ją torturze opalania nad płomieniem świecy zeznała, że miała z diabłem romanse. Oprócz tej trójki również inne oskarżone kobiety opowiadały o seksualnych kontaktach i obietnicach, że tak długo jak będą sypiać z inkubem, tak długo będzie się im powodzić.

W sprawach czarownic z Kucharek występują też sabaty (odbywające się na pobliskich bagnach) i likantropia. Po wysmarowaniu się specjalnymi maściami kobiety zmieniały się w kotki i w takiej postaci wysysały mleko krowom pani Wysockiej. Im również zawdzięczamy dość szczegółowy opis ich piekielnych kochanków. Jak mówiły: Ci wszyscy diabli w ręku mieli długie palce u nich pazury długie ostre i czarne, kosmaci byli, używali z nimi póki kur nie zapiał, a mówili im oddawajcie się nam będziecie się przy nas dobrze miały.29 Po zakończeniu procesu wszystkie niewiasty skazane zostały na stos, na którym spłonęły ku uciesze miejscowej ludności.

Kolejny proces związany jest z rzekomym pożarem Kalisza. Powołana przed sąd Regina Dereciowa ze Stawiszyna, skazana została na spalenie w roku 1616.30 Zarzucono jej znajomość ze spaloną niedawno w Stawiszynie Maruszą. Dereciowa przyznała, że Maruszę znała, ale czarów uczyła się od wróżki z Cholowa i Jagnieszki Korabskiej. Ta czarownica, chociaż próbowała pomagać ludziom, lecząc ich dzieci okazała się niezbyt skuteczna w tym, co robiła. Większość zaczarowanych umierała, a Dereciowa nie mogła pochwalić się zbyt dużą ilością udanych czarów. Przyznała się również do szkodzenia ludziom, ale starała się im zadość uczynić, jak jej kazał spowiednik. Posądzona o wywołanie pożaru, skazana została na stos.

Do mniej znanych, ale równie ciekawych procesów, należy sprawa Reginy Organiściny, która o czary została oskarżona przez Zygmunta Jaraczewskiego w 1680 roku.31 Czarownica zamieszkiwała dobra jego sąsiada Adama Kurczewskiego, właściciela wsi Kowalew, który swojej poddanej za nic nie chciał wydać na sąd. Jaraczewski namówił przyjaciela Jędrzeja Jaroszewskiego, żeby nakłonił Kurczewskiego do wydania czarownicy. Kiedy jednak Jaroszewski wraz z dwoma swoimi ludźmi wjechali na tereny Kurczewskiego, ten chcąc za wszelką cenę chronić czarownicy, dobył szabli i rzucił się na przyjezdnych.

Regina w swoich okolicach uchodziła za tak zwaną jawną czarownicę czyli taką, o której profesji wszyscy wiedzieli. Posądzano ją o zabicie 17 sztuk bydła i podpalenie młyna. Do stawianych jej zarzutów sama zresztą się przyznawała, wciąż pozostając na wolności. Jaraczewski złożył protestację do grodu kaliskiego przeciw samemu Adamowi Kurczewskiemu, którą rozpatrzono gdyż dotyczyła naruszenia pokoju publicznego (mowa o obiciu niewinnych sług pana Jędrzeja Jaroszewskiego).

Ostatnim i najbardziej kontrowersyjnym procesem o czary jest sprawa kilkunastu doruchowskich czarownic. Kontrowersyjnym dlatego, iż miał on charakter samosądu i odbył się tuż przed uchwaleniem konstytucji sejmowej zakazującej karania śmiercią za czary.32 W 1775 roku w Doruchowie dziedzicem był niejaki Stokowski, którego żona zachorowała na kołtun. Wezwana do wyleczenia kobiety wróżka stwierdziła, że jest to wynik rzuconych na jego żonę czarów. Wróżka wskazała też domniemane czarownice. Okazały się nimi Dobra, żona zamożnego gospodarza Kazimierza oraz pewna nieznana z imienia wdowa, której cała wieś przypisywała najgorsze rzeczy z uśmierceniem swojej córki na czele. Trzecią czarownicą miała być również nieznana z imienia dziewka, rzucająca przy wietrze w niebo liście mówiąc, że w taki sposób tworzy myszy. Stokowski aresztował te oraz inne podejrzane z powodu wykonywania szemranych zawodów kobiety. Oskarżonych zostało pięć córek gospodarskich, jedna wdowa i służąca.

Lokalny proboszcz prosił o nieczynienie samosądu, ale jego starania na nic się nie zdały. Pan wsi był tak zawzięty w polowaniu na doruchowskie czarownice, że wkrótce do zamkniętej już grupy kobiet doprowadzono kolejną siódemkę. Dziedzic wymusił na wójcie i gromadzie wiejskiej próbę wody, którą oczywiście wykonano. Nie rozebrano jednak wcześniej kobiet, co podobno sprawiło, iż nie utonęły, gdyż długie i grube suknie powoli nasiąkały wodą. Skoro nie tonęły zostały uznane za czarownice. Szybko wyciągnięto je z wody i zaciągnięto do pobliskiego spichlerza gdzie wsadzono je w beczki, w których wycięto uprzednio otwory, które były tak uciążliwe, że kobiety mogły w nich jedynie klęczeć. Od góry beczki przykryto płótnem a na boku przyczepiono kartki z napisami Jezus, Maria, Józef i w tych okrutnie ciężkich warunkach trzymano je jakiś czas. Stokowski nie chcąc przepuścić „czarownicom” odpowiedzialnym za krzywdę jego żony rozkazał sprowadzić do wsi kilku zakonników, kata i sędziów pochodzących z pobliskiego Grabowa.

Salą sądową uczyniono dom podstarosty gdzie ustawiono stół i sporządzono prowizorycznie narzędzia tortur. Procesy rozpoczynały się od rozebrania do naga oskarżonych i wieszaniu ich na hakach, które zadawały im taką krzywdę, że część z kobiet w ogóle procesu nie przeżyła. Cały proces był zwyczajnym teatrem, gdyż los „czarownic” już dawno został przesądzony. Na placu podczas przesłuchań zdążono ustawić wielki stos, na którym potem spalono wszystkie kobiety (nawet te, które umarły podczas tortur). Ten makabryczny proces jak podaje Wrzesiński musiał odbić się szerokim echem w całej Polsce, gdyż już niedługo sejm postanowił zakazać tego typu spraw.

Ostatni, makabryczny proces jest moim zdaniem idealnym zobrazowaniem do czego mogły prowadzić wynaturzenia postępowania w sprawie o czary. Mimo, iż jego autentyczność nie jest w zupełności poświadczona, to osobiście uznaję go za ostatni element „szaleństwa czarownic” na ziemiach kaliskich. Nawet jeśli nie wszystkie informacje dotyczące tamtejszych wydarzeń są prawdziwe, proces ten z pewnością zachował się w umysłach i pamięci ludzi jako część wyżej wymienionego zjawiska. W ten sposób doszliśmy też do końca rozdziału poświęconego „polowaniom na czarownice” w Kaliszu – regionie, który przez Baronowskiego został uznany za miejsce, gdzie z wyjątkową zawziętością walczy się z diabłem.33

Zakończenie

Piekło / Fra Angelico, 1435-1440

Niedługo po wydarzeniach, które miały miejsce w Doruchowie, sejm pod wpływem coraz popularniejszej idei humanitaryzmu, uchwalił konstytucję znoszącą tortury i karę śmierci za czary. Miało to miejsce w roku 1776 i dla uczczenia tego wydarzenia król Stanisław August nakazał bić pamiątkowy medal z napisem: Mękami wyciągać zawsze wątpliwe wyznania zbrodni, pociągać do sądu obwinionych o rzekome związki z mocą szatańską zakazał sejm roku 1776 na wniosek Króla Stanisława Augusta.34

Podsumowująć całość zjawiska na ziemiach polskich Bohdan Baronowski szacował w swoich pracach, że w Polsce śmierć poniosło 40.000 osób oskarżonych o magię.35 Małgorzata Pilaszek w swojej najnowszej książce stwierdza jednak, że taka liczba jest nie do przyjęcia, a za powód jej podania uważa umiłowanie historyków epoki PRL do krwi i podkreślania dramatyzmu. Sama szacuje zjawisko na trochę ponad 1000 procesów zaznaczając przy tym, że na pewno nie udało jej się dotrzeć do wszystkich zapisków.36 W skali europejskiej współcześni mówią o 60.000, co mnie osobiście wydaje się być liczbą prawdopodobną.37

Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego w tak wielkim kraju jak Polska było tak mało procesów w skali całej Europy. Za przyczynę tego zjawiska może uchodzić zbyt słabe wykształcenie teologiczne i niski poziom edukacji prawniczej Polaków w sprawach demonologicznych.38 Ocenę prawdziwości zeznań kobiet oskarżonych o czary zostawiam czytelnikom, którzy sami wyrobili już sobie pewnie jakiś konkretny pogląd. Nie dysponujemy niestety żadnym aparatem, który pozwoliłby nam zweryfikować w sposób obiektywny idee, które tkwiły w umysłach przesłuchiwanych kobiet. Liczby ujawniają nam jednak pewną bezdyskusyjną prawdę.

„Polowanie na czarownice” było ruchem wymierzonym w kobiety, ruchem bezlitosnym, często podszytym chorą seksualnością. Napędzały go przyziemne ludzkie emocje takie jak zazdrość, zawiść, strach przed nieznanym. Same czarownice bardzo często nie były do końca świadome tego co robią i jakie skutki może to przynieść. O losowym powodzeniu ich działań może świadczyć kaliski przykład Reginy Dereciowej. Wszystkie zarzuty, zgodnie z obawami kościoła, dotyczyły raczej zabobonu niż prawdziwego „wysokiego” czarodziejstwa i paktowania z diabłami. Zabobon nie był jednak karalny.

Nie można też za niego winić kobiety tamtych czasów, gdyż dzisiejsze społeczeństwo bardzo często charakteryzuje się tymi samymi skłonnościami. Mam nadzieję, że moja praca, choć zbyt krótka by przedstawić całość zjawiska, w sposób zadowalający daje do myślenia. Należy zastanowić się przede wszystkim czy „polowania” były tak naprawdę konfrontacją z diabłem rzeczywistym i jego sługami, czy raczej z tym, który siedzi w każdym z nas? Być może zasądzane przez sędziów wyroki były jedynie obroną przed ich własnymi, ciemnymi stronami natury – tej. która była i jest obecna w każdym człowieku.

Michał „AntAgonist” Knychaus

 

Przypisy:

1. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 17-20.

2. Ibidem, s. 21.

3. Ibidem, s. 222.

4. Ibidem, s.48-51.

5. Ibidem, s. 54-55.

6. Katalog Magii mnicha Rudolfa z Rud Raciborskich, fragment rozdziału VIII, [za:] Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 9.

7. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 20-22.

8. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s.136.

9. Ibidem, s. 140-141.

10. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 51-53.

11. Ibidem, s. 7.

12. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 209-220.

13. Ibidem, s. 65.

14. Janusz Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit, upadek, relikty, Warszawa 1978, s. 57.

15. Anonim, fragment z dzieła Podpora konfederacji, [za:]Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 108.

16. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 297.

17. Ibidem, s. 287.

18. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów, [w:] Janusz Tazbir, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000, s. 130.

19. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 233.

20. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 19-21.

21. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 8.

22. Ibidem, s. 13-24.

23. Ibidem, s. 23.

24. Ibidem, s. 24-27.

25. Małgorzata Pilaszek, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002, s. 16-17.

26. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 27-30.

27. Ibidem, s. 30-39.

28. Ibidem, s. 39-58.

29. Ibidem, s. 46.

30. Ibidem, s. 56-66.

31. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 71-72 i 261.
32. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s.58-60.

33. Bohdan Baronowski, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951. s. 6.

34. Szymon Wrzesiński, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006, s. 60.

35.Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 266.

36. Małgorzata Pilaszek, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002, s. 16.

37. Ibidem.

38. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008, s. 195.

 

Bibliografia:

– Baronowski Bohdan, Najdawniejsze procesy o czary w Kaliszu, Lublin 1951.
– Pilaszek Małgorzata, Procesy czarownic w Polsce XVI-XVIII wieku, [w:] Mówią Wieki. Magazyn Historyczny, nr 1, 2002.
– Pilaszek Małgorzata, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII, Kraków 2008.
– Ryś Grzegorz, Inkwizycja, Kraków 1998.
– Tazbir Janusz, Kultura szlachecka w Polsce. Rozkwit, upadek, relikty, Warszawa 1978.
– Tazbir Janusz, Państwo bez stosów, [w:] Tazbir Janusz, Państwo bez stosów i inne szkice, Kraków 2000.
– Wrzesiński Szymon, Wspólniczki szatana. Czarownice na ziemiach polskich, Warszawa 2006.

Anioły spod znaku Skorpiona i świt Nowej Ery!

Mimo że kluby motocyklowe zostały wprowadzone do kina amerykańskiego w połowie lat ’50 wraz z wejściem na ekrany klasycznego obrazu Dziki z Marlonem Brando w roli głównej, musiało upłynąć kilkanaście lat, żeby tematyka upowszechniła się do tego stopnia, że stworzyła gatunek filmowy sam w sobie. Za sprawą takich geniuszy kina klasy B, jak Russ Meyer czy Roger Corman, wyjęci spod prawa brutale na motocyklach stali się jednym z najpopularniejszych tematów filmowych lat ’60 otwierając jednocześnie drogę do artystycznych wizji. To Kenneth Anger miał jednak nadać temu fenomenowi magiczne znaczenie swoim kultowym filmem Skorpion powstaje.

Gdy Mars szaleje, narody drżą!

Skorpion powstaje jest zazwyczaj zaliczany do trzech najważniejszych dzieł Angera obok Lucyfer powstaje i Inauguracji domeny rozkoszy. Ze wszystkich trzech jest też filmem najbardziej surowym, korzystającym w dużej mierze ze scen, wysamplowanych z innych obrazów tj. Dziki czy Jezus z Nazaretu. Dopełniony przez homoerotyczne ujęcia motocyklisty wciągającego amfetaminę i przygotowującego się do jazdy, a następnie całego klubu motocyklowego, dokonującego gwałtu na młodym chłopcu w obskurnej stodole ozdobionej swastykami, stwarza wrażenie chaotycznego i bezsensownego, jeśli patrzeć na niego tylko z perspektywy reżyserii i montażu.

Film ten posiada jednak nade wszystko silne, okultystyczne przesłanie, wykorzystujące odkrycia Aleistera Crowleya na polu astropsychologii i eoniki, które Anger wprawnie zaprzągł do swojej małej produkcji. Nie można też oczywiście pominąć wielkiego hitu Elvisa Presleya Devil In Disguise, wykorzystanego przez reżysera jako część ścieżki dźwiękowej – dzięki czemu film trafia do wszystkich fanów rockabilly (a czemu nie?).

To tajemnicze przesłanie nie jest jednak łatwe do odczytania, jeśli dobrze nie wgryźć się w film. Wschodzący skorpion? Motocykliści? Jezus? Elvis? Amfteamina? Swastyki? Jak to wszystko się ze sobą łaczy? Interpretację ułatwiają nam oczywiście deklaracje samego Angera, który wielokrotnie wypowiadał się na temat swojej sztuki jako magiji, narzędzia mającego powodować zmianę – tak w małej, jak i dużej skali. J

ego film miał ją proklamować i zarazem otwierać na nią głowę odbiorcy. Skorpion powstaje może być więc na pewnym poziomie interpretowany jako film zwiastujący rewolucję społeczną, która miała całkowicie roznieść klatkę starego świata… co z kolei było idealnym odzwierciedleniem myśli Aleistera Crowleya, proklamującego początek Ery Horusa w 1904, która sprawi iż „rytuały starych czasów szczernieją” – staną się innymi słowy irrelewantne i odejdą w przeszłość. Czym miały być te rytuały? Jedyną prawidłową odpowiedzią zdaje się: wszystkim czyli wierzeniami, zwyczajami, kodami, przyzwyczajeniami, tradycjami etc.

Skorpion został użyty przez Angera jako magiczny symbol tej przemiany – jeden z wielu agentów duchowej rewolucji! Brutalny motocyklista, której artysta użył jako filmowej personifikacji tego symbolu, był o tyle wyborem idealnym, że łączył kontrowersyjny wizerunek autasajdera społecznego z żelazną wolą przetrwania w swojej własnej niszy… która w latach ’60 powoli wykraczała poza granice, wyznaczone przez konserwatywne społeczeństwo. Innymi słowy, Anger wyciągnął na wierzch podziemny fenomen, by nadać mu nowe, okultystyczne znaczenie!

Jak pisze Crowley w swojej książce The Complete Astrological Writings, skorpion powinien być interpretowany jako ognisty stan żywiołu wody – jego aktywna, wzburzona postać (sztorm). Oczywiście, nie można zapominać że żywioł wody jest tradycyjnie w alchemii, jak też w thelemicznej astrologii, postrzegany jako element sam w sobie bierny, ale najbardziej podatny na zmianę, tym samym zaś posiadający największą moc transformacji.

Skorpion silnie koresponduje z Dużym Arkanem XIII Tarota Thotha, znanym jako Śmierć. Planetą rządzi przede wszystkim moc Marsa – symboliczna reprezentacja instynktów wojny, zagłady i zniszczenia. Jak wykłada to Crowley w The Book Of Thoth, Śmierć reprezentuje proces alchemiczny prowadzący od putrefakcji do egzaltacji, co oznacza iż element wymusza zmianę, ale panując nad procesem nie znajduje się w niebezpieczństwie bycia zmiażdżonym przez bieg wypadków.

Karta Śmierć przedstawia szkielet z kosą (który Anger zamienił na motocyklistę) oraz rybę (Jezusa), która symbolizuje zwrotność i zimnokrwistą zdolność przetrwania. W istocie reżyser zagrał więc wszystkimi symbolami, żeby objawić nam naturę nadchodzącej zmiany społecznej, która miała być dzika i brutalna, ale w końcu otworzyć drogę dla nowych energii duchowych – po części interpretowanych przez niego – jak i samego Crowleya – jako energii homoseksualnych. Jeśli popatrzymy na jego dzieło po prawie 50 latach z perspektywy kulturowej, miał sporo racji!

Scena z filmu Skorpion powstaje (1964)

Anger nakręcił swój kultowy film w 1963 roku, kiedy na amerykańskiej scenie kontrkulturowej wciąż kręciły się niedobitki Bitników, ale na horyzoncie nie widać było jeszcze nowej siły, która dojrzeć miała wraz z nowym pokoleniem Amerykanów w ciągu następnych 3-4 lat. Jeśli jednak zaczniemy się przyglądać latom ’60 zaczynając od krwawych rozruchów podczas Konwencji Partii Demokratycznej w Chicago, w 1968, wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce.

Pomimo tego, że Anger nie mógł przewidzieć dokładnie, co czekało świat wraz z ekstremizacją ruchów studenckich, Nowej Lewicy, psychedelicznej kontrkultury oraz zwiększającą się polaryzacją poglądów Amerykanów na Wojnę w Wietnamie, zaprzęgnięcie do swojej twórczości systemu Crowleya w pewien sposób dało mu ogląd rzeczywistości społecznej i pozwoliło ukazać punkty zapalne kilka lat zanim rewolucja społeczna stała się faktem.

Jako przepowiednia Skorpion powstaje sięga jednak znacznie dalej niż kilka lat do przodu zwiastując w istocię długofalową, kulturową i duchową przemianę, jakiej ulec miał cały świat za sprawą marsowej energii Horusa, zastępującej sztywną analność tradycji oralną radością zabawy, jaką odnaleźć możemy w każdym dziecku. Ta przemiana nadal trwa, a siła Skorpiona daleka jest od wyczerpania!

Diabły na motorach i kinowa eksploatacja

Dzieło Angera pomimo tego, że niezwykle istotne dla kina eksperymentalnego i magicznego, miało bardzo ograniczony wpływ na masową wyobraźnię i w zasadzie do dzisiaj jest znane jedynie  koneserom gatunku. Jeśli ktoś miał więc dać masowego szturchańca marsowej energii by obudzić ze snu Skorpiona, musiał mieć znacznie bardziej komercyjne podejście! Kto nadawał się bardziej do  spopularyzowania kulturowej rewolucji niż kino klasy B, którego wpływy sięgały każdego drive-inu, mieszczącego się praktycznie w każdej zapadłej, amerykańskiej dziurze?

Gdy boom ekonomiczny lat ’50 dawał młodzieży do ręki coraz więcej gotówki, ta zostawiała ją coraz częściej w kinie samochodowym, gdzie wyświetlane filmy dawały idealne spełnienie jej oczekiwaniom. Nie były ambitne, nie były długie i zdawały się ciągle powielać te same klisze w różnych ujęciach: erotyzm, akcję i grozę. Dla nastolatków wychowanych na komiksach i literaturze typu pulp fiction była to idealna propozycja kulturalna, z którą do połowy lat ’60 nawet Hollywood przestał konkurować skupiając się na starszym, bardziej konserwatywnym odbiorcy, będącym odbiciem wieku dyrektorów dużych studiów filmowych, a zatem łatwiejszym do zrozumienia.

Gdy Hollywood powoli odpuszczał, niezależne studia filmowe odnosiły duże sukcesy w drive-inach ze swoją masowo produkowaną ofertą. Momentem przełomowym dla niezależnego biznesu filmowego był rok 1956, gdy pewne małe studio, które przez dwa lata nie odnosiło większych sukcesów zmieniło swoją nazwę na American International Pictures zatrudniając też nowego reżysera o nazwisku Roger Corman.

Jego pierwszym filmem dla AIP był hotrodowy The Fast And Furious (na potrzeby którego Corman wypożyczał samochody na godziny). Miał on wkrótce wyznaczyć styl następnych kilku setek produkcji, z których praktycznie każda była sukcesem kasowym! Corman nie dbał zbytnio o artystyczną warstwę swoich filmów, która także w amerykańskim kinie mainstreamowym tego okresu była swoją drogą częściej pomijana niż rozwijana, ale za to skupił się mocno na wątkach, które wywoływały silny efekt w odbiorcy eksploatując je do upadłego.

Roger_Corman_Godfather_2
Roger Corman (po lewej) w „Ojcu chrzestnym 2”

Sukcesy finansowe filmów Cormana były tak wielkie, że pozwoliło to AIP szybko reinwestować zyski z jego szybkich produkcji i koniec końców potężnie rozwinąć działalność w kluczowej sferze marketingu. Jeśli pierwsze obrazy AIP były filmami hotrodowymi, wkrótce dołączyć do nich miały takie podgatunki eksploatacji, jak: film o nastoletnim potworze, thriller sci-fi, horror gotycki, film plażowy, eksploatacja wojenna, a w końcu film motocyklowy.

Mimo że większość z tych filmów nie zawierała początkowo żadnych kulturowo-społecznych alegorii będąc rzeczywistością sui generis – te pierwsze jako kluczowy element kreacji wprowadzili do kina przedstawiciele włoskiej i francuskiej Nowej Fali – do połowy lat ’60 także one zaczęły igrać z odbiorcą poprzez wprowadzenie swoistego rodzaju metanarracji i ukazywanie drugiego dna. Stąd droga prowadziła już bezpośrednio do renesansu kina autorskiego, który pod koniec lat ’60 stał się faktem!

Zanim goście z AIP zrozumieli jednak ducha lat ’60, na niezależnej scenie filmowej rozpychał się już kolejny talent o nazwisku Russ Meyer, mający za sobą długą karierę kamerzysty filmów dokumentalnych i doświadczenie wojskowe. Widząc możliwości, jakie daje umiejętne operowanie w kinie wątkami erotycznymi, sukcesywnie przesuwał do przodu granicę tego co można było pokazać zaczynając od swojego pierwszego filmu Immoral Mr. Teas (1959), który zrewolucjonizował film nudystyczny ze względu na wprowadzenie do niego – jakby nie było – wątku.

Scena z Motorpsycho! (1965)

Pomimo tego, że Meyer sukcesywnie otrzymywał od cenzorów kategorię „X”, co ograniczało możliwości dystrybucji do grindhouses, z każdym kolejnym obrazem udawało mu się zarabiać coraz więcej pieniędzy i powiększać budżet. Gdy na ekrany weszła Lorna (1964) – rewolucyjny, jak na lata ’60 film, zawierający frontalne ujęcia nagiego ciała i krótkie sceny seksu, który nie bawił się w delikatne, artystyczne aluzje typu La Dolce Vita (1960) – jego intuicję, co do preferencji widzów potwierdziły wpływy z box office. Wkrótce Meyer podążył w stronę roughie (którego pionierem był Herschell Gordon Lewis ze swoim filmem Scum of the Earth), mieszanki nagości i przemocy, jedynie delikatnie zaznaczonej w Lornie. Jak się szybko okazało, był to bardzo udany ruch.

Następnym filmem artysty został Motorpsycho! (1965), czysta eksploatacja przemocy i erotyzmu z dużą domieszka specyficznego humoru, która była pierwszą w kinie klasy B pozycją proponującą brutalnych motocyklistów jako temat główny. Meyer umieścił w swoim filmie wszystko, co już wkrotce miało stać się podstawą filmów motocyklowych: pełnych przemocy brutali na motorach, rozebrane panienki, zbrodnię, pogoń przez amerykańskie pustkowia i garażową ścieżkę dźwiękową.

Historia, zaproponowana przez Meyera była prosta, trzej motocykliści rozbijają się po rubieżach Kalifornii napastując ładne kobiety o dużych piersiach (bardzo charakterystyczny fetysz artysty), które następnie zostają zgwałcone, sponiewierane, zabite (niekoniecznie w tej kolejności) i tylko nielicznym udaje się ujść z życiem. Gdy banda doprowadza jednak do stanu krytycznego dziewczynę miejscowego weterynarza gwałcąc ją pod nieobecność narzeczonego w domu, ten rusza w pogoń za brutalami kipiąc żądzą zemsty.

Pomimo tego, że bohater ciśnie ile koni mechanicznych da silnik jego jeepa, nie może ich dogonić. Na bezdrożu odnajduje jednak półżywą, piękną brunetkę – świeżą ofiarę bandytów, która wkrótce odegra bardzo ważną rolę, gdyż przyda się do wysysania jadu grzechotnika z ukąszonego uda (film jest słynny z powodu tej właśnie sceny). Nie minie dużo czasu, a własnoręcznie zabije ona też jednego ze swoich oprawców nożem, gdy ten wraca na miejsce zbrodni i próbuje ją zgwałcić zrywając z niej wcześniej ubranie.

W dramatycznej scenie drugi z bandytów ginie z ręki samego przywódcy (strzelca wyborowego), który uznaje jego niepewność za zagrożenie dla całej sprawy. Ten z kolei zostaje pod koniec filmu wysadzony w powietrze znalezionym przez ledwo żywego weterynarza dynamitem! Film jest fantastycznym przykładem wielkiego talentu Meyera do pisania autentycznego scenariusza, kręcenia dynamicznych kadrów i wpisywania pewnej dawki humoru do akcji.

Jeśli Motorpsycho! był dla Meyera sukcesem, następne oglądadło wyprodukowane przez AIP, eksploatujące te same wątki, miało stać się prawdziwym finansowym tajfunem! Był nim film Dzikie anioły (1966), wyreżyserowany przez Rogera Cormana, który okazał się największym cudem finansowym w jego reżyserskiej karierze. Wyprodukowany za $360 tys., zgarnął okrągłą sumkę $10 mln.

Był to bez wątpienia przełomowy film także dla AIP, która okazała się trzymać całkowicie rękę na pulsie zainteresowań młodych Amerykanów z towarzyszącym temu sukcesowi, głośnym upadkiem hollywoodzkich kolosów, już wkrótce podminowanych spektakularnymi klapami tj. Hello, Dolly! (1969). Dzikie anioły osiągnęły w istocie tak wielki sukces rynkowy, że film promował nawet Stany Zjednoczone na festiwalu w Cannes, w 1967 i dał zielone światło pracującemu nad nim Peterowi Bogdanovichowi do zrealizowania swojego pierwszego samodzielnego filmu Żywe tarcze (1968).

Scena z filmu Dzikie anioły (1966)

Film skupia się na losach kalifornijskiego klubu motocyklowego Wild Angels, a przede wszystkim jego lidera Blue (granego przez Petera Fondę) oraz jego dziewczyny (w tej roli Nancy Sinatra). Klub ma problemy z Meksykanami, którzy kradną na początku filmu jednego z Harleyów, a także z prawem, które nieustannie ściga klub za jego brutalne wyskoki. Kiedy jeden z członków klubu (Bruce Dern) zostaje ranny i wpada w ręce policji, Blue postanawia go podstępem odbić ze szpitala, w którym jest przetrzymywany wywołując przy tym niezłą zadymę!

Jednak gdy pozbawiony dostępu do kroplówki motocyklista po ewakuacji ze szpitala w efekcie umiera, Blue wiedziony swoistym poczuciem honoru, postanawia mu wyprawić pogrzeb kościelny. Jako że klub jest jednak ścigany przez policję, daje nura do Nevady, gdzie dochodzi do dramatycznego finału, w ktorym ginie miejscowy ksiądz, klub zostaje z nienawiścią powitany przez miejscowych, a sam Blue postanawia się oddać w ręce prawa wyczekując na przybycie policji nad grobem swojego przyjaciela!

Dzikie anioły to jeden z największych gniotów Cormana ze scenariuszem przepisanym przez Bogdanovicha, ale tak absurdalnym, że ciężko recenzować. Tandetne, jak w burdelu dialogi i papierowe postacie głównych bohaterów oraz akcja, jak z komiksu, rysowanego przez licealistę składają się na mizerny szkielet, któremu nie pomagają ani reżyseria, ani doskonała muzyka Davie Allana & The Arrows. O aktorstwie w zasadzie w ogóle można nie mówić, Nancy Sinatra nie potrafi wykrzesać nic ponad bazową mimikę, a Fonda gra Blue jakby się sam okłamywał, że jest aktorem wypowiadając kluczową kwestię pod koniec filmu (Chcemy być wolni, by jeździć…) tak kiepsko, że widz mimowolnie zaczyna się śmiać.

Najlepszym momentem filmu jest bodajże pierwsze pięć minut, kiedy długie ujęcie kamery wprowadza do akcji Blue, po czym w tle zaczyna lecieć Blue’s Theme. Konwencja, w której został nakręcony początek filmu zostanie później wykorzystana przez Hoppera, Kovacsa i Fondę w Easy Riderze. Pomijając jednak zupełnie warstwę „artystyczną”, obraz ten stał się natychmiastowym blueprintem gatunku i zgarnął taką masę gotówki, że można tylko podziwiać rynkowy geniusz Cormana. Z tego punktu widzenia nie można go więc nie doceniać.

davie_Allan_the_arrows_1967
Davie Allan & The Arrows / 1967

Następne trzy lata staną się dla niezależnego przemysłu filmowego prawdziwym złotym okresem, w którym biker movie będzie wiódł prym jako najbardziej dochodowy podgatunek kina eksploatacji. Pomoże temu w dużej mierze wynaleziony przez genialnego gitarzystę Davie Allana, nowy styl gitarowy znany jako biker sound, oparty o brzmienie dwugryfowego modelu Mosrite’a i przester typu fuzz box.

Z „nieznanej przyczyny” nowo opublikowana książka Hunter S. Thompsona Hell’s Angels (1966), brzmienie utwórów Davie Allana & The Arrows oraz kinowa eksploatacja klubów motocyklowych okażą się idealnymi partnerami, a drive-inowa publiczność stanie się łakoma na wszelkie obrazy z motocyklistami, przemocą i dragami na pierwszym planie. Czy Meyer oraz Corman dotknęli właśnie silnego strumienia zbiorowej nieświadomości z taką mocą objawionego przez Kennetha Angera? Jeśli kontrkultura psychedeliczna, społeczna rewolucja i jeżdżenie na motorach były częściami jednej układanki z Horusem w tle, kino amerykańskie już wkrótce miało dać temu jeszcze lepszy dowód.

Jointy, motory i jazda do sławy

Jeśli istnieje jeden kultowy film, który zrobił pełen użytek z przełomu paradygmatu w latach ’60, jest nim bez wątpienia Easy Rider (1969). Silnie zakotwiczony w tradycji kina klasy B i nawet zaakceptowany z początku do produkcji przez American International Pictures (z tytułem roboczym The Loners), był manifestem pokoleniowym, jak też przykładem, że banda frików zarzucająca kwas co tydzień i paląca duże ilości marihuany jest w stanie wyprodukować coś niezwykle istotnego i do tego zarobić na tym duże pieniądze!

Mimo że dzisiaj film jest postrzegany jako atefakt popkultury (wykorzystany nawet w reklamie samochodów, co potwierdziło jego wpływ na masową wyobraźnię), w swoim czasie był rewolucyjnym dziełem, które otworzyło oczy widzów na wschodzące talenty amerykańskiego kina niezależnego i zupełnie nową szkołę kręcenia filmów, która miała przejść do historii jako „kino autorskie”.

Paradoksalnie, większość przedstawicieli tej kluczowej fali kina amerykańskiego, została wyszkolona przez Rogera Cormana, na pieniądzach AIP, przy kręceniu tanich filmów eksploatacji, które miały niskie lub żadne ambicje artystyczne! Wśród nich znaleźli się zaś m.in.: Monte Hellman, Martin Scorsese, Francis Ford Coppola i Peter Bogdanovich.

Easy Rider (1969) został zrealizowany przez trójkąt złożony z: Dennisa Hoppera, Petera Fondy i Terry’ego Southerna. Z wyjątkiem Southerna, który w połowie lat ’60 był już znany przez mainstream jako genialny nowelista i piekielnie dobry scenarzysta, dwójka przyjaciół stanowiła kontrkulturowy trzon American International Pictures.

Dennis Hopper był najbardziej kreatywnym, ale też przy tym najbardziej nerwowym członkiem ekipy, który swoje ostrogi zdobył grając role szekspirowskie w Old Globe Theatre, w San Diego. Wypatrzony przez Columbię nie polubił się jednak z producentem Barrym Cohenem i zamiast tego znalazł swoje miejsce w Warner Bros., gdzie dał się poznać grając niezapomniane role w duecie z Jamesem Deanem występując w kultowych filmach Buntownik bez powodu (1955) i Olbrzym (1956).

To właśnie James Dean zapalił w Hopperze kreatywne instynkty każąc mu prowadzić własne duchowe poszukiwania, co stało się jednym z długotrwałych wpływów w karierze buntowniczego artysty. Zainspirowany naukami swojego mentora, Hopper obudził w sobie dość szybko sporą świadomość artystyczną, która stanęła na drodze jego współpracy z hollywoodzką machiną. Kiedy został wyrzucony z planu filmu Z piekła do Texasu (1958) za odmowę zagrania sceny w zgodzie z poleceniami reżysera, Henry’ego Hathawaya, ten oficjalnie uczynił go wyrzutkiem z systemu studyjnego.

To jednak tylko podnieciło płomień, gdyż wkrótce Hopper zwrócił się w kierunku kina podziemnego oraz kina eksploatacji grając w niezależnych produkcjach tj. Key Witness (1960) czy genialny Nocny przypływ (1961) w reż. Curtisa Harringtona. Sukcesywnie podjął także naukę aktorstwa w tradycji Stanisławskiego, w okresie 1958-63, co pomogło mu rozwinąć jego naturalny talent do ekspresji scenicznej.

Jeśli Hopper był buntowniczym demonem, Peter Fonda był wrażliwą jednostką z największym bagażem emocjonalnym wśród całej trójki. Jako syn hollywoodzkiej gwiazdy, Henry’ego Fondy miał od małego kontakt z biznesem filmowym czując na sobie wymagający wzrok ojca, który jednak nigdy nie był zadowolony z poczynań swojego syna. Peter, jak się okazało, miał w sobie ducha buntownika i na skutek walki z kolegą, z prestiżowej szkoły średniej, do której uczęszczał, został z niej wydalony, po czym odesłany do dziadków w Omaha, w stanie Nebraska.

Tam rodzinny talent miał się wkrótce obudzić, gdyż Peter jako student szkoły aktorskiej wygrał pierwszoplanową rolę w spektaklu Krew, pot i Stanley Poole (1961) na Broadwayu, która została rozpoznana jako bardzo udana kreacja przez nowojorskich krytyków. Dzięki swojemu talentowi, a także znanemu nazwisku debiutujący aktor wkrótce dostał rolę w filmie Tammy i doktor (1963), a następnie w filmach The Victors (1964) oraz Lilith (1964).

Młody Fonda okazał się jednak zawodem dla hollywoodzkich producentów i został sukcesywnie wyrzucony z „listy młodych talentów”, co zmusiło go do szukania swojego miejsca w filmach klasy B. Do dzisiaj talent aktorski młodego Fondy pozostaje dyskusyjny ze względu na taką samą ilość ról dobrych, co i kiepskich, jak też szybkie pożegnanie się z karierą filmową.

Ostatni element układanki, Terry Southern, był z pochodzenia teksańczykiem, który ukończył Uniwersytet Northwestern w Chicago, by przenieść się do Francji, gdzie studiował na Sorbonie, której nie ukończył, gdyż poświęcił się karierze pisarskiej wydając takie powieści jak Flash And Filigree oraz The Magic Christian. Przełomem w karierze pisarza był komercyjny sukces jego satyryczno-erotycznej powieści Candy (1964), a także współpraca przy scenariuszudo filmu Dr. Strangelove czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1963) Stanleya Kubricka.

Terry Southern do 1967 roku wykształcił całą sieć znajomości w środowisku artystycznym i filmowym znając praktycznie każdego od Andy’ego Warhola do Lenny’ego Bruce’a, będąc osobistością rozchwytywaną do współpracy nad scenariuszami filmowymi. Jednymi z jego znajomych byli Dennis Hopper i Peter Fonda, którzy po wstępnym obgadaniu swojego nowego projektu właśnie do niego zwrócili się z prośbą o współpracę.

Jak głosi legenda, Peter Fonda wpadł na pomysł Easy Ridera paląc jointa i pijąc Heinekeny w hotelu, w Toronto – gdzie przebywał promując swój nowy film Podróż (1967) – gapiąc się na zdjęcie promocyjne Dzikich aniołów. Jak mówi sam: Nagle pomyślałem, że to jest to, współczesny western, dwóch kolesi jadących przez cały kraj… może odwalili duży numer, więc są pełni gotówki.

W ten właśnie sposób, od marihuanowej produkcji kreatywności, wykrystalizowała się jedna z najbardziej inspirujących wizji kinowych wszechczasów, która miała wznieść komercyjny film motocyklowy na zupełnie inny poziom i mimo że zazwyczaj interpretuje się Easy Ridera jako przełomowy głos znikąd, jest w tym bardzo mało prawdy. Film Hoppera i Fondy startował ze znanego gruntu i miał zatwierdzony budżet przez Raybert (BBC) – najbardziej hipsterską kompanię filmową lat ’60!

Dennis Hopper na pierwszym planie w filmie Buntownik bez powodu (1955)

Jak można także wywnioskować z sylwetek samych twórców, wszyscy byli doświadczonymi, a przy tym aspirującymi artystami, którzy szukali nowych środków wyrazu na marginesach systemu filmowego. Także Laszlo Kovacs, który został zwerbowany jako dyrektor zdjęć, miał za sobą gruntowne wykształcenie filmowe na Węgrzech i warsztat techniczny, wypolerowany przez ponad dziesięć lat pracy nad filmami klasy B w Kalifornii.

Nawet Jack Nicholson, który podjął się roli Hansona z nadania Berta Schneidera – producenta filmu – miał za sobą kilkadziesiąt ról filmowych i był właśnie w trakcie odpalania kariery scenarzysty. Mówimy więc bez wątpienia o kolektywie artystów, trawionych dużą pasją, którzy w swojej idei widzieli generalny deser kontrkulturowych marzeń, pragnień i wizji po 1968 obracających się coraz bardziej w nicość, a jednak wartych przeniesienia na ekran w postaci mitycznej opowieści.

Easy Rider posiłkował się w swojej narracji psychedelicznymi wariacjami na temat tripu na kwasie, które zostały uwiecznione przez Cormana w Podróży (1967), zbanowanej na 25 lat w USA tuż po premierze. Film wychodził jednak od standardowego biker movie, z którym zarówno Fonda (via Dzikie anioły) oraz Hopper (via The Glory Stompers) mieli styczność poprzez AIP i z którym czuli się mocno związani. Ta świeżo odkryta konwencja kina eksploatacji niosła ze sobą w istocie klasyczne wątki westernowe, tak charakterystyczne dla kina amerykańskiego końca lat ’50 i połowy lat ’60.

Dwóch współczesnych kowbojów, którzy zamienili konie na choppery Harleya, byli idealnym tematem do podoboju amerykańskiej świadomości, tak przyzwyczajonej do oglądania wyalienowanych indywidualistów z rewolwerem w ręku wędrujących przez Dziki Zachód i wymierzających sprawiedliwość.

Faktycznie, imiona obydwóch charakterów w scenariuszu to: Billy i Wyatt. Pochodzą one od imion legendarnych rewolwerowców: Billy The Kida i Wyatta Earpa. Połączenie pomiędzy kontrkulturowym filmem drogi, a westernem zachodzi nawet na ekranie w scenie, w której Billy i Wyatt wymieniają gumę na drugim planie, podczas gdy na pierwszym farmer podkuwa swojego konia… niezbyt delikatna, ale bardzo efektowna alegoria, która wyjaśnia wszystko widzowi nie znającemu backgroundu filmu.

Mimo że Easy Rider zapożyczył w swojej formie wiele z westernów i filmów klasy B, to właśnie duch czasów sprawił, że treść filmu stanęła o poziom wyżej od jego inspiracji. Southern, a następnie Hopper, utalentowany storyteller i wielbiciel aktorskiej improwizacji, postarali się o głębię i autentyzm postaci, krytyczne ostrze oraz odpowiednie zakończenie, które podsumowywało tą psychedeliczną opowieść.

Było to oczywiście filmowe „związanie” kontrkulturowego mitu, ale z wpisaną weń tragedią, która symbolicznie reprezentowała finał walki bojowników o wolność z popierającą LBJ cichą większością – w praktyce koalicją faszystów, konserwatystów, rasistów i popleczników wojny dla interesu – która wkrótce wyniosła do władzy jeszcze bardziej skorumpowanego Richarda Nixona na fali ukierunkowanego przez reklamę telewizyjną gniewu społecznego wobec hipisów, zboczeńców i lewaków.

Właśnie zakończenie filmu okazało się punktem bardzo trudnym dla wielu do przełknięcia. Nawet Bob Dylan, który dostarczył kompozycję do ścieżki dźwiękowej, nie mógł strawić końcowej tragedii bohaterów. Jednak artysta się mylił, gdyż była to esencja całej opowieści, nie mówiąca o tym, jak piękna jest Ameryka i jakie daje możliwości, ale o tym, jak okrutna staje się dla tych, którzy chcą ją zmieniać. Następne lata miały pokazać, że Easy Rider był jednym z pierwszych obrazów, podsumowujących upadek kontrkulturowego snu o wolności absolutnej, która nie mogła zostać osiągnięta zewnętrznymi środkami.

To, że film był robiony w permanentnych oparach marihuanowego dymu za pieniądze najbardziej niezależnych producentów w Hollywood, z nutą artystycznego szaleństwa i na koniec otrzymał jeszcze od Hoppera fantastyczną ścieżkę dźwiękową, tylko dodawało mu autentyzmu, którego nie miały inne filmy. Dwóch palących jointy motocyklistów napotykających na swojej drodze przedstawicieli wszystkich sfer amerykańskiego społeczeństwa w magiczny sposób zadziałało na zbiorową nieświadomość i wybudziło ją ze snu ukazując naturę zodiakalnego Skorpiona.

Jak bowiem pokazuje nam karta Śmierć, zmianę osiąga się na wojnie, ale jeśli nie można wygrać bitwy w polu, trzeba zwrócić się ku partyzantce. To zaś prowadzi nas w kierunku lat ’70 – następnej dekady, która właśnie dzięki skacowanej kontrkulturze okazała się czasem społecznych reformy na całym świecie.

Okres ten rozpatrywany jest albo pod kątem całkowitej porażki skrajnych ruchów rewolucyjnych, albo pod kątem ich połowicznego zwycięstwa. Skorpion miał jednak mimo wszystko prokalmować swoją żądzę.

Jak twierdzi Peter Fonda, to właśnie Easy Rider umieścił kokainę na kulturowej mapie, która dużą falą nagle zalała świat po sukcesie filmu za sprawą tych samych libertariańskich przedsiębiorców, wcześniej dostarczających hipisom trawę z Meksyku!

Conradino Beb

 

Źródło: Trans:Wizje, nr 2, wiosna 2012 (jako Konrad Szlendak).

Georgij Iwanowicz Gurdżijew (1866-1949)

Georgij Iwanowicz Gurdżijew urodził się w tureckim Aleksandropolu w 1866 r. Jego ojciec był Grekiem, a matka Ormianką. Tajemniczy mistrz duchowy po raz pierwszy pojawił się na „jasno oświetlonej scenie” w Moskwie, w 1912 r. Kontakt z nim zawsze był próbą, a pierwsze spotkanie osią, wokół której obracało się całe życie jego uczniów.

W wieku 12 lat młody Georgij przeprowadził się wraz z rodziną do malutkiego Karsu. Ponieważ poziom miejscowych szkół greckich i ormiańskich był bardzo niski (uczono w nich głównie podstaw katechizmu), chłopca uczyli zaprzyjaźnieni guwernerzy jego ojca oraz diakoni prawosławni. Ponadto w szpitalu wojskowym uczył się anatomii i fizjologii. Był bardzo zdolny: potrafił naprawić zegarek, zamek, różne maszyny i urządzenia. Już jako dziecko poznał kilka języków, poza ojczystym ormiańskim i dialektem turecko-tatarskim, jakim mówiono w jego okolicy, uczył się także greckiego, rosyjskiego i tureckiego.

Od dzieciństwa otaczała go atmosfera cudowności. Jego młode lata upłynęły w atmosferze bajek, legend i tradycji. Obserwował cudowne wyleczenia paralityka przy grobie świętego oraz dziewczynki umierającej na gruźlicę, która wyzdrowiała po wypiciu wywaru z owoców dzikiej róży, co zaleciła jej we śnie Maryja. Był też świadkiem niespodziewanego pojawienia się deszczu pod wpływem procesji niosącej ikonę i modlitw zebranych. Spirytyzmem zainteresował się w 1881 roku po śmierci ukochanej siostry. W tym czasie Gurdżijew spotykał wielu jasnowidzów i innych ludzi dysponujących niezwykłymi mocami. Wszystko to już w bardzo młodym wieku wytworzyło w nim skłonność ku temu, co tajemnicze, niezrozumiałe i magiczne.

W 1912 przywiózł do Moskwy gotowy system nauczania duchowego, które nie było religią, ani filozofią, ale praktyczną nauką doświadczania życia. Na drodze, którą proponował, nie było niczego, w co trzeba by wierzyć. Nie porzucało się także dotychczasowego sposobu życia. Była to droga, na której stopniowo trzeba było wszystko podać w wątpliwość: swoje przekonania, wierzenia, postawy, całą wizję życia człowieka na Ziemi. Tego samego roku  Gurdżijew ożenił się z Polką, Julią Ostrowską w Sankt Petersburgu. W 1915 napisał swój balet Walka Magów i książkę Przebłyski Prawdy. Zaakceptował również P.D. Uspienskiego jako ucznia, zaś w 1916 przyjął do swojego grona kompozytora Thomasa de Hartmanna oraz jego żonę Olgę. Miał w tym czasie około 30 studentów.

Thomas de Hartmann (1886-1956) i Olga byli bliskimi towarzyszami Gurdżijewa przez 12 lat. Dzięki nim dotarła do nas pisemna relacja ich wspólnej drogi z Piotrogradu – objętego kryzysem w 1917 – przez góry Kaukazu do Tyflisu, a w końcu do Paryża w 1922.  Wrażenie, jakie wywiera na nas w ich dziele Gurdżijew, jest spore. Widzimy, jak porusza się prawie niewidocznie poprzez sceny zamętu i walk bratobójczych witając każdą trudność i niebezpieczeństwo jako nową okazję do praktycznego nauczania.

W październiku 1922 r. Gurdżijew nabył Prieuré w Fontainebleau – Avon, zamek położony na obszarze 200 akrów. Tam w krótkim czasie stworzył warunki do pracy nad sobą, niespotykane nigdzie indziej w Europie. Gurdżijew miał szczególny kontakt z dziećmi uczniów dbając o ich edukację w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Od czasu do czasu stawiał ich w obliczu wyzwania, a czasem kierował ich z wielką delikatnością w stronę uzyskania istotnego wglądu w siebie. Jego nauczanie zawsze zawierało element zaskoczenia i odznaczało się praktycznością.

Wiosną 1924 Gurdżijew wraz z przygotowanymi uczniami przybył do USA, by dać publiczne pokazy swoich świętych tańców. Wywarły one znaczny wpływ na kluczowych intelektualistów. Tańce te przemówiły dobitnie także do młodego Anglika- Stanley’a Notta (1887-1978). Miał on inne, mniej wyszukane wykształcenie – podróżował po całym świecie imając się ciężkiej pracy w różnych zawodach, a jego uczucia zostały okaleczone przez cierpienia podczas wojny. Jak napisal Nott: Tutaj znajduje się to, w poszukiwaniu czego poszedłem na koniec świata. Jego lojalność wobec Gurdżijewa okazała się być zupełna i trwająca całe życie; spędził kilka lat w Prieuré, a w Teachings of Gurdjieff przekazuje nam swoje doświadczenia.

Dekadę 1925-1935 Gurdżijew poświęcił działalności pisarskiej, którą parał się w rozpraszających uwagę warunkach Café de Paix. Tam wiosną 1932 spotkała go amerykańska pisarka Kathryn Hulme (1900-1981), która potem uzyskała sławę dzięki powieści The Nun’s Story. Pragnęła zostać jego bezpośrednią uczennicą, ale upłynęły prawie 4 lata zanim jej wytrwałość została nagrodzona. Przywołuje ona swoje doświadczenia w niezwykłej grupie czterech kobiet (wszystkie starannie wykształcone, awangardowe i niezamężne, a niektóre o odmiennej orientacji seksualnej), które codziennie spotykały się w mieszkaniu Gurdżijewa na Rue Labie. Formacja ta znana była jako „Lina”. Kathryn doskonale ukazuje człowieczeństwo Gurdżijewa i jego zdolność do pracy z różnorodnymi typami ludzkimi oraz emocjonalne zaangażowanie grupy w stosunku do nauczyciela i siebie nawzajem.

Namawiany do ucieczki z Paryża przed wejściem do miasta Niemców w 1940, Gurdżijew wolał pozostać w swoim skromnym mieszkaniu na 6 Rue des Colonels-Rénard. Choć był już dobrze po 70-tce, nie oszczędzał swojej energii udzielając indywidualnych porad, ucząc nowej serii świętych tańców i ruchów w Salle Pleyel, w jakiś sposób utrzymując w tamtych ciężkich czasach niedostatku patriarchalną gościnność na swoich hucznych przyjęciach.

Zainteresowanie Francuzów Gurdżijewem – poprzednio niewielkie – wzrosło w tym okresie przyciagając do niego wielu intelektualistów, wśród nich René Zubera (1902-1979), reżysera filmowego. Jego niewielka książeczka Who Are You Monsieur Gurdjieff? jest precyzyjną i drobiazgową medytacją. W konfrontacji z zagadkowością Gurdżijewa i głęboko zainteresowany umiejscowieniem go w odniesieniu do Chrześcijaństwa, Zuber jest nieustannie zmuszany do kwestionowania siebie.

Piętnaście miesięcy przed śmiercią Gurdżijewa, J.G.Bennett (1897-1974) – który przelotnie zetknął się z nim w latach dwudziestych – nawiązał bardziej głęboki, choć z konieczności nieregularny kontakt. Elizabeth Mayall (1918-1991), która później została żoną Bennetta, bez problemu mogła zamieszkać w Paryżu od stycznia 1949 r. i dlatego pełniej uczestniczyła w unikalnym świecie Rue des Colonels-Rénard. Z jej relacji wynika, iż podczas ostatnich wieczerzy Gurdżijewa jego tajemniczy rytuał „Toasty Idiotów” służył jako wehikuł ostatecznego i ściśle zindywidualizowanego nauczania. Georgij Gurdżijew po bardzo intensywnych, ostatnich miesiącach życia, zmarł w Neilly 29 października 1949.

Na czym polegało nauczanie Gurdżijewa? Jedyne nieustanne żądanie brzmiało: „Poznaj siebie”, na potrzeby którego dostarczył metafizykę, metapsychologię, metachemię, ludzką typologię, fenomenologię świadomości i quasi- matematyczną skalę łączącą makrokosmos i mikrokosmos.  Tę złożoną aparaturę oświetla jedna nadrzędna idea: człowiek jest wezwany do tego, by dążyć do samodoskonalenia, służąc naszemu świętemu, żyjącemu Wszechświatowi.

W latach 1915-1918, Gurdżijew hojnie obdarował swoje rosyjskie grupy zdumiewającą  ilością dokładnych danych, których odnalezienie kosztowało go 20 lat poszukiwań. W tamtym okresie jego najwybitniejszym uczniem był P.D.Uspieński (1878-1947), dziennikarz, matematyk i intelektualista, już sławny dzięki swej książce Tertium Organum. Tamta epoka, z jej masową destrukcją i skrajnymi sprzecznościami, wyostrzyła w Uspieńskim trwający całe życie głód wartości i wiedzy innego rodzaju.

Pośmiertnie opublikowane Fragmenty nieznanego nauczania. W poszukiwaniu cudownego składają się w trzech czwartych ze słów Gurdżijewa, zachowanych z tamtych dni i błyskotliwie zorganizowanych. Praca ta, poparta przez samego Gurdżijewa, niewątpliwie oferuje najbardziej przystępne sprawozdanie z jego psychologicznych i kosmologicznych idei, jednocześnie przybliżajac nas tak blisko, jak jest to możliwe w przypadku książki, do specyficznych warunków panujących w grupie.

W wielkim skrócie Gurdżijew wolał Dzisiaj niż Wczoraj, nie zachęcał nas ani do analizowania jego osoby, ani do czynienia z niego bożyszcza, lecz do szukania siebie. Nieustannie wracając do jego książek nieomal słyszymy przejmujący głos autora skierowany do jego „wnuków” – dzieci New Age – rosnącej generacji, która nie mogła go spotkać, a która niesie ziarna jego idei w nieznaną przyszłość.

James Moore / red. Conradino Beb

 

Źródło: Gurdjieff Studies