Archiwa tagu: polityka

Medyczna marihuana może zostać zalegalizowana na Filipinach po tym jak przywrócono karę śmierci za łamanie prawa antynarkotykowego!

Dzień po tym jak filipiński parlament przywrócił karę śmierci za ciężkie przestępstwa narkotykowe, komisja ds. zdrowia zaaprobowała projekt legalizacji medycznej marihuany. Autorzy projektu zwracają uwagę, że legalizacja pomoże tysiącom pacjentów cierpiącym na ciężkie schorzenia, którzy będą mogli skorzystać z leczniczych właściwości rośliny. Projekt ustawy popiera sam prezydent Rodrigo Duterte, którego prywatna Wojna z Narkotykami przyniosła do tej pory 7 tys. ofiar.

Projekt ustawy przewiduje stworzenie systemu identyfikacji chorych, zakładanie marihuanowych centrów opieki, a także szkolenie lekarzy i terapeutów w korzystaniu z marihuany. Projekt oprócz sejmowej komisj ds. zdrowia ma poparcie Filipińskiego Stowarzyszenia Walki z Rakiem.

Inicjatywa, co ciekawe, cieszy się również dużym poparciem walczącego bez pardonu z narkotykami prezydenta Rodriga Duterte, który dał policji przyzwolenie do mordowania dilerów i użytkowników narkotyków bez sądu, a często nawet bez żadnych dowodów, na ulicy, w barach czy w mieszkaniach.

Promotor projektu, poseł Seth Jalosjos powiedział: Pokładam wielkie nadzieje w administracji Duterte na przegłosowanie tego projektu. W końcu mamy nadzieję dla naszych ludzi, szczególnie dzieci, którzy cierpią z powodu wielu dolegliwości takich jak rak czy stwardnienie rozsiane. W przeciwieństwie do wielu lekarzy, prezydent Duterte ma otwarty umysł w sprawie medycznej marihuany.

Faktem jest, że tu „otwarty umysł” Duterte się kończy, gdyż polityk nie ma już tego samego zdania o używaniu marihuany w celach rekreacyjnych, które absolutnie potępia. Tak dla medycznej marihuany, ponieważ jest to teraz składnik współczesnej medycyny. Obecnie pracuje się nad lekarstwami lub są one już obecne na rynku, które mają w składzie marihuanę – powiedział Duterte zanim został prezydentem.

Jednak już po objęciu urzędu oświadczył: Nigdy nie pozwolę na palenie jej jak papierosów. Pozostaje ona środkiem zabronionym i zawsze grozi ci aresztowanie. Jeśli będziesz walczył z organami ścigania, zginiesz. Faktycznie, po tym jak nowe prawo antynarkotykowe wejdzie w życie, posiadanie marihuany na użytek rekreacyjny będzie karane dożywotnim więzieniem.

Tymczasem pomysłodawczyni ustawy, Isabela Rep. Rodito Albano zachęca flipińskie społeczeństwo do otwarcia się na roślinę i odrzucenia antymarihuanowej propagandy, która zasiała w nim ziarno niepewności. Odrzuć swój strach przed nieznanym – powiedziała posłanka, stwierdzając ponadto, że „marihuana nie jest szkodliwa tak jak tytoń czy alkohol”.

Źródło: Asian Correspondent

Wszyscy kłamią, ale politycy robią to znacznie częściej

Znany amerykański dowcip mówi: „Skąd wiesz, że polityk kłamie? Bo rusza ustami”. Duża część społeczeństwa jest świadoma, że w polityce prawda jest o wiele bardziej względna, niż w książkach Richarda Rorty’ego. Ale nauczyliśmy się z tym żyć, bo przyjęliśmy do wiadomości, że traktować politykę jako ostoję szczerych intencji się po prostu nie da. Wiedzą to też politycy wszystkich opcji, którzy w erze post-prawdy z kłamstwa uczynili wygodne narzędzie polityczne, zdając sobię sprawę, że władza ważniejsza jest od prawdy.

Nikt nie jest bardziej świadomy roli kłamstwa w naszym życiu od psychologów, którzy od przynajmniej dwóch dekad badają wyczerpująco to zagadnienie. Jednym z najważniejszych naukowców zajmujących się kłamstwem jest profesor Kang Lee z Uniwersytetu w Toronto, specjalista od kognicji społecznej, który twierdzi, że uczymy się kłamać w wieku 2 lat.

Profesor Lee przeprowadził wiele badań na dzieciach, z których najbardziej znanym jest „doświadczenie z zabawką”. W jego ramach psycholog zainstalował monitoring wideo w pokoju, w którym umieścił dzieci w różnym wieku. W pierwszej fazie badania profesor powiedział dzieciom, że za ich plecami znajduje się zabawka, którą dostaną w prezencie, ale tylko w wypadku, gdy nie będą się oglądać za siebie.

W drugiej fazie naukowiec opuścił pokój, by wrócić po krótkiej chwili i spytać, czy dzieci faktycznie nie oglądały się za siebie? Wyniki: w wieku 2 lat zaledwie 30% dzieci kłamie, w wieku 3 lat jest to już 50%, ale w wieku 5-6 lat ten współczynnik podskakuje aż do 90%… co sprawiło, że profesor Lee oświadczył, że boi się o pozostałe 10%, bo badanie to objawia uniwersalny charakter kłamstwa, potwierdzany na bieżąco przez inne doświadczenia.

Profesor Lee twierdzi także, iż w rozwijaniu zdolności kłamania dużą rolę odgrywają rodzice, którzy każą na przykład swoim dzieciom udawać zadowolenie z prezentów od babci, żeby sprawić przyjemność swoim rodzicom/teściom.

Profesor Lee tłumaczy, w jaki sposób dzieci kłamią

Inną badaczką zainteresowaną kłamstwem jest psycholog z Harvardu, Bella DePaulo, której książka The Hows and Whys of Lies, wydana w 2010, pobiła rekordy popularności, opisując banalność i powszechność kłamstwa. Znacznie wcześniej, bo w 1996, DePaulo przebadała swoich studentów pod kątem prawdomówności, żeby stwierdzić, iż kłamią oni średnio w co trzeciej rozmowie trwającej 10 minut. Dorośli zaskakująco kłamali w tym doświadczeniu tylko raz na pięć rozmów.

Podobne wnioski wyłaniają się z badań Roberta Feldmana z Uniwersytetu w Massachusetts czy Maurice’a Schweitzera z Wharton School of Business Uniwersytetu w Pensylwanii. Ten drugi twierdzi, że kłamiemy zasadniczo cały czas.

Ze względu na powszechność kłamstwa dla psychologów znacznie ważniejsze są jego skutki uboczne czy cel. Czy bowiem kłamstwo, które nazwać można „społeczną lubrykacją” lub dobrym wychowaniem, polegające na unikaniu niewygodnego faktu i komplementowaniu, przykładowo, wyglądu swojej żony jako idealnego pomimo 20 kilogramów nadwagi i stresu na twarzy uznać można za moralnie niewskazane? Nie ma znaczenia, że fakt był motywowany dobrymi intencjami i że była to mało znacząca kwestia – mówi jednak DePaolo.

Ale jak twierdzi Feldman: Zostaliśmy wytrenowani do oszustwa. Jeśli tego nie robimy i zawsze jesteśmy całkowicie prawdomówni, nie jest to wcale dobre i będziemy musieli za to zapłacić. Nie lubimy ludzi, którzy zawsze mówią nam prawdę. A stąd jest już tylko mały krok do tego, co robią politycy. Kłamstwa, które akceptujemy obecnie z ust polityków, wydają się do zaakceptowania, gdyż właśnie to chcemy usłyszeć – podsumowuje Feldman.

Ludzie nauczyli się akceptować kłamstwo jako narzędzie polityczne, usprawiedliwiając i racjonalizując je takimi stwierdzeniami jak „polityka to brudna sprawa, nie da się inaczej” albo „musi kłamać, bo w innym wypadku go zagryzą”. I faktycznie, sami politycy bardzo często działają na zasadzie „cel uświęca środki” lub „liczą się powody”, co oznacza iż będą kłamać ile wlezie, jeśli tylko pomoże im to osiągnąć dany cel polityczny.

Robert Feldman o tym, że ludzie kłamią wszędzie i cały czas

Ale eksperci są zszokowani „nową falą polityki”, którą ochrzczono jako post-prawdę, co oznacza iż prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a politycy są zainteresowani tylko i wyłącznie komunikatami ułatwiającymi im sprawowanie lub zdobywanie władzy.

Inną sprawą jest mechanizm psycholgiczny znany jako „efekt potwierdzenia” polegający na tym, że ludzie mają tendencję do wiary w to, co wzmacnia i potwierdza ich dotyczasowe wierzenia/założenia, więc korzystają ze stronniczych źródeł, z którymi się zgadzają i którym często bezgranicznie ufają, co bez skrupułów wykorzystują politycy, oferując wizję rzeczywistości zaprojektowaną specjalnie pod swój elektorat (czyt. kłamstwa), zawiązując polityczne sojusze (często nieformalne) z mediami dającymi się łatwo manipulować lub zawłaszczyć.

Dodatkowo, w badaniach socjo-psychologicznych kłamstwo zostaje ujawnione jako zjawisko społeczne, które bardzo często skorelowane jest z indeksem korupcji. Im bardziej skorumpowany kraj, tym częściej politycy i zwykli obywatele rozmijają się z prawdą, tłumacząc sobie to w ten sposób: „Wszyscy oszukują, więc nie jestem inny od reszty”.

Ostatecznie, jak twierdzą psychologowie, ludzie przywykają do kłamiących polityków na zasadzie stopniowej znieczulicy. Gdy ich faworyci zostaną złapani na kłamstwie po raz pierwszy, mogą wprawdzie na chwilę zastygnąć w niewygodnym bezruchu, ale za drugim czy trzecim razem nie zwracają już w zasadzie uwagi.

Jak twierdził w końcu Machiavelli: Książęta, którzy dokonują wielkich czynów, przywiązują małą wagę do swojego słowa i wiedzą, jak zwodzić ludzkie umysły bystrością i przebiegłością.

Conradino Beb

 

Źródło: AP

Aldous Huxley w liście do George’a Orwella: „Narko-hipnoza jest bardziej wydajna”

W październiku 1949, kilka miesięcy po publikacji klasycznej dystopijnej powieści, 1984, George Orwell otrzymał list od Aldousa Huxleya, który 17 lat wcześniej wydał swoją własną książkę podejmującą temat koszmaru przyszłości, Nowy wspaniały świat. Huxley właśnie ukończył czytać 1984 i miał do powiedzenia autorowi kilka słów.

Wrightwood. Cal.
21 października, 1949

Drogi panie Orwell,

Było bardzo uprzejmie z twojej strony polecić wydawcom wysłanie mi twojej książki. Została ona doręczona w trakcie pracy wymagającej ode mnie dużo czytania i sprawdzania odniesień; a że słaby wzrok wymaga ode mnie oszczędnego czytania, musiałem czekać dłuższy czas zanim byłem w stanie porwać się na 1984.

Zgadzając się ze wszystkim co napisali krytycy, nie muszę ci powtarzać po raz kolejny, jak świetna i jak wielce ważna jest to książka. Czy mogę zamiast tego zagłębić się w materię, o której traktuje – ostateczną rewolucję? Pierwsze podrygi filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji, która leży poza polityką i ekonomią, a której celem jest totalne obalenie psychologii i fizjologii jednostki – można znaleźć u Markiza de Sade’a, który uważał się za kontynuatora i konsumatora Robespierre’a i Babeufa.

Filozofia rządzącej mniejszości w 1984 to sadyzm, który został doprowadzony do swojej logicznej konkluzji poprzez przekroczenie popędu seksualnego, a następnie jego zaprzeczenie. Wątpliwe wydaje się jednak, aby politykę buta na twarzy można było faktycznie kontynuować w nieskończoność. Osobiście wierzę w to, iż rządząca oligarchia znajdzie mniej wymagające i marnotrawne sposoby na rządzenie czy satysfakcjonowanie swojego pożądania władzy, a będą one przypominały te opisane przeze mnie w Nowym wspaniałym świecie.

Miałem ostatnio okazję zerknąć na historię zwierzęcego magnetyzmu i hipnotyzmu, i niezwykle uderzyło mnie to, jak przez 150 lat świat nie chciał brać poważnie pod uwagę odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i całej reszty. Częściowo z powodu dominującego materializmu, a częściowo z powodu dominującego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie chcieli badać dziwnych faktów psychologicznych dla ludzi praktycznych takich jak politycy, żołnierze czy policjanci, by dać im narzędzia rządzenia.

Dzięki ochotniczej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji zostało oddalone o pięć czy sześć pokoleń. Innym szczęśliwym przypadkiem była niezdolność hipnotyzowania przez Freuda z powodzeniem i jego konsekwentna dyskredytacja hipnotyzmu. To oddaliło generalne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o przynajmniej 40 lat. Ale teraz psychoanaliza jest łączona z hipnozą, która stała się łatwa, wydłużona bez ograniczeń dzięki zastosowaniu barbituranów, które indukują hipnotyczny i podatny na sugestię stan nawet u najbardziej opornych pacjentów.

Wierzę, iż następne pokolenie władców świata odkryje, iż kondycjonowanie niemowląt i narko-hipnoza są bardziej wydajne jako instrumenty sprawowania władzy od klubów i więzień, oraz że pożądanie władzy może zostać zaspokojone w takim samym stopniu poprzez zasugerowanie ludziom pokochania swojego poddaństwa, jak poprzez tortury i wymuszanie posłuszeństwa.

Innymi słowy, czuję że przeznaczeniem koszmaru 1984 jest transformacja w koszmar świata, który ma więcej wspólnego z wyobrażeniem zawartym w Nowym wspaniałym świecie. Wprowadzona zmiana zostanie spowodowana potrzebą zwiększonej wydajności. W międzyczasie możemy mieć oczywiście do czynienia z wojną atomową lub biologiczną na dużą skalę – w przypadku której będziemy mieć koszmary zupełnie innego, trudnego do wyobrażenia sobie rodzaju.

Dziękuję ci ponownie za książkę.

Twój oddany,

Aldous Huxley

tłum. Conradino Beb

Źródło: Letters of Note

Zwolennicy legalizacji planują rozdawać jointy na inauguracji Trumpa!

DCMJ, grupa zwolenników legalizacji marihuany z Dystryktu Kolumbii, planuje rozdanie 4,200 jointów podczas inauguracji Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie.

Organizatorzy zbiorą się 20 stycznia o 8 rano w okolicach Dupont Circle, by następnie pomaszerować w stronę National Mall, gdzie dokładnie po 4 minutach i 20 sekundach od rozpoczęcia przemówienia przez Donalda Trumpa odpalą jointy.

Jak twierdzi przedstawiciel DCMJ, Adam Eidinger, manifestacja jest w pełni legalna pod warunkiem, że jej uczestnicy przebywają na terytorium Dystryktu Kolumbii, gdzie posiadanie małych ilości marihuany zostało zalegalizowane w 2015.

Eidinger twierdzi, że grupa chce w ten sposób zmusić rząd federalny do legalizacji używki, obawiając się zwrotu o 180° po tym, jak urząd prokuratora generalnego obejmie oficjalnie Jeff Sessions, senator z Alabamy, społeczny konserwatysta i przeciwnik marihuany, wytypowany na ten urząd przez Donalda Trumpa.

Źródło: DCMJ.org

Teoria domknięcia kognitywnego tłumaczy popularność ekstremizmów politycznych

W czasach silnej polaryzacji społeczno-politycznej powracającym pytaniem dla humanistów jest to, skąd bierze się pociąg ludzi do skrajnych idei? Im większy bowiem rozłam światopoglądowy, tym silniejsze postawy po obydwóch stronach barykady, zbudowane na przekonaniu o wzajemnej wyższości.

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Arie Kruglanski, amerykański psycholog, zajmujący się m.in. badaniem motywacji ludzi zasilających szeregi organizacji terrorystycznych takich jak ISIS.

Dr Kruglanski jest znany najlepiej z teorii „kognitywnego domknięcia” (cognitive closure), którą powołał do życia w 1989. Domknięcie oznacza tu moment, w którym jednostka dokonuje sądu lub podejmuje decyzję, jednocześnie zamykając się na alternatywny strumień informacyjny.

Jak twierdzi Kruglanski: Poglądy polityczne ludzi są wynikiem ich potrzeb psychologicznych. Ludzie, którzy są nerwowi, ponieważ otacza ich niepewność, widzą ukojenie w komunikatach oferujących pewność.

Potrzeba domknięcia jest potrzebą pewności, posiadania uproszczonej wiedzy. Czujesz, że nie jesteś w stanie uporać się z nadmiarem informacyjnym, że musisz przestać słuchać różnych punktów widzenia i powinieneś się skupić na jakiejś wersji prawdy. Potrzeba domknięcia oszukuje twój umysł iluzją prawdy, która zostaje zaakceptowana bez ostrożnej analizy dowodów.

W teorii Kruglanskiego, jeśli jednostka wykazuje wysoką potrzebę domknięcia, ma ona zwykle tendencję do szybkiego podejmowania decyzji i do podtrzymywania dualistycznej wersji świata (widzenia go w czarno-białych barwach). W przypadku niskiej potrzeby domknięcia, jednostka toleruje jednak ambiwalencję, choć ma przy tym problemy z podejmowaniem decyzji.

arle_kruglanski_promo
Arie Kruglanski

Jednak w czasach dominacji strachu i niepewności – na przykład w tych, w których żyjemy obecnie – potrzeba domknięcia wzrasta u wszystkich jednostek. Wynikiem są szybkie sądy niezależne od faktów i dowodów, a także populistyczne idee. W górę idzie przy tym popularność liderów politycznych, którzy są zdecydowani i proponują proste, bardzo często skrajne rozwiązania.

Przykładowo, tuż po atakach z 9/11 dr Kruglanski razem ze swoim zespołem stwierdził, iż w momencie, w którym wzrosło zagrożenie islamskim terroryzmem, wzrosły też słupki poparcia dla George’a W. Busha (wcześniej borykającego się z drastyczną stratą poparcia).

Opierając się na tym wydarzeniu, w 2010 Kruglanski ponownie przebadał swoją teorię, analizując potrzebę domknięcia kognitywnego w obliczu terroryzmu u wybranych jednostek w serii pięciu eksperymentów, stwierdzając iż wspomnienie ataków na Nowy Jork prowadziło do wzrostu „obecności silnych przekonań, formowania uproszczonych wrażeń, a także klasyfikowania obiektów i wydarzeń w ostro definiowanych kategoriach, w celu doświadczenia pewności i uniknięcia ambiwalencji”.

Jednym z centralnych punktów eksperymentu było pokazanie amerykańskim studentom siedmiominutowej projekcji slajdów, które albo omawiały atak z 9/11, albo zalety pracowania w Google. Następnym krokiem było przebadanie czynności zastępczych (filler tasks) uczestników badania, a wreszcie zmierzenie ich potrzeby domknięcia na 42-punktowej skali, stworzonej w 1994 przez Kruglanskiego i dr Donnę Webster.

Ci, którzy obejrzeli slajdy związane z 9/11, wykazywali znacznie wyższy współczynnik kognitywnego domknięcia, co udowodniło, że do jego podbicia wystarczy obejrzenie materiału na temat kryzysu – nie trzeba go wcale doświadczyć na własnej skórze.

Badacze mieli także okazję, by sprawdzić swoją teorię w naturalnych warunkach, tuż po zamachach na komunikację miejską w Londynie w lipcu 2005, kiedy cztery bomby zabiły 56 ludzi i raniły ponad 700. Psychologowie zwerbowali wtedy dwie grupy liczące ponad 100 osób, każąc im odpowiedzieć na serię pytań. Badanie ujawniło bardzo wysoką potrzebę kognitywnego domknięcia i przewidziało wzrost znaczenia oddziałów antyterrorystycznych.

Teoria Kruglanskiego wyróżnia dwa etapy domknięcia kognitywnego: etap uchwycenia (seize) i etap zawieszenia (freeze). Pierwszy jest motywowany pilnością dokonania domknięcia, czego wynikiem jest chwytanie się każdego możliwego strzępu informacji bez (zwykle przeprowadzanej?) weryfikacji.

Drugi jest natomiast powodowany potrzebą permanencji, czyli zachowania naszego domknięcia na tak długo, jak to tylko możliwe, skutkujący „zamrożeniem punktu widzenia”, którego skutkiem jest z kolei wzrost pewności siebie – ostateczny cel każdej jednostki obcującej z chaosem informacyjnym.

Ale jak tłumaczy psycholog, jest to błędne koło, ponieważ frenetycznie szukamy rozwiązania, ale w momencie, gdy nasz sąd się krystalizuje, na stałe blokujemy jego zmianę. Jeśli potwierdzamy go zaś aktywnie poprzez media społecznościowe lub rozmowę z innymi, utrwalamy go jeszcze bardziej, wszelkie odstępstwa traktując jako odchylenia.

Kruglanski nie sądzi jednak, że jesteśmy zawsze skazani na szybkie domknięcie, gdyż procesowi przeciwdziała m.in. strach przed kosztowną pomyłką, czyli taką, która skazuje nas na osobiste straty. Jeśli na przykład obawiamy się, że nasze poglądy lub wypowiedzi narażą nas na nieprzyjemności, stajemy się bardziej wyważeni w naszych osądach. Im więcej więc ostrożności i zimnej krwi, tym większa szansa na umiarkowanie.

The Price of Certainty / dokument

Conradino Beb

 

Źródło: The New Yorker / The New York Times

O czym mówiono na konferencji poświęconej medycznej marihuanie w Brukseli?

Reprezentanci 11 krajów członkowskich zebrali się w zeszłym tygodniu w Brukseli, by obradować w gmachu Parlamentu Europejskiego nad przyszłością medycznej marihuany w Unii Europejskiej. Konferencja została zorganizowana przez koalicję GUE/NGL (European United Left–Nordic Green Left).

W ramach dwóch paneli dyskusyjnych gorący temat omówiło 14 mówców. Centralne miejsce na konferencji zajęła reforma planowana przez irlandzki rząd, która została przedstawiona przez Grahama de Barrę, dyrektora organizacji Help Not Harm.

Ten przypomniał zgromadzonej publice o irlandzkim doktorze Williamie Brooke’u O’Shaughnessym, który w 1880 roku opublikował pierwszy artykuł naukowy traktujący o konopiach w historii zachodniej medycyny. Dzisiaj Irlandia pozostaje inkubatorem dla badań nad kannabinoidami. Jednak marihuana medyczna jest zabroniona przez prawo kryminalne – podsumował de Barra.

HSO-Green.Crack-Large
Green Crack / uprawa outdoor

Jak się okazało, kilka dni później Dáil (parlament irlandzki) przegłosował wstępną legalizację medycznej marihuany, po tym jak minister zdrowa Simon Harris ogłosił, że nie będzie sprzeciwiał się zmianom w prawie.

Szybkich zmian na konferencji domagał się praktycznie każdy z referentów, w tym niemiecki parlamentarzysta Stefan Eck, który powiedział na samo zakończenie konferencji: Przez 5 tys. lat konopie były wykorzystywane w medycynie i moim zdaniem nadszedł teraz czas, by zalegalizować je w Unii Europejskiej.

Dominique Lossignol, belgijski specjalista od leczenia raka i bólu, dodał iż większość z jego kolegów wciąż posiada mylne przekonania co do zastosowania konopi w medycynie: Wielu z neurologów nie wie nic na temat konopi. Wiedzą tylko, że to narkotyk Rastamanów. Myślą, że to dla ludzi słuchających reggae.

Doktor podkreślił, że konopie nie przyniosą poprawy wszystkim pacjentom, ale jeśli komuś pomagają, obowiązkiem lekarzy jest im je zapewnić.

Leżąc na przenośnym łóżku szpitalnym, dr. Franjo Grotenhemen, przewodniczący International Association for Cannabinoids in Medicine (IACM), zdał sprawozdanie z postępu w Niemczech, mówiąc: Niemiecki rząd przygotował ustawę. Został do tego zmuszony przez sądy. Ale jako przywódca polityczny mówisz: „Nikt mnie nie zmusił, zmieniłem zdanie”. Tak więc politycy ze wszystkich partii w Niemczech zmienili zdanie, opowiadając się za prawem pacjentów do produktów z konopi, jeśli ich potrzebują.

Wielu z mówców skupiło się na potrzebach pacjentów i niesamowitych rezultatach terapii medyczną marihuaną, ale pojawiły się także głosy wskazujące na korzyści ekonomiczne. Jednym z nich był Saul Kaye, izraelski farmakolog i aktywista, który zaakcentował, w jaki sposób jego kraj czerpie korzyści z marihuanowego programu medycznego, obecnie najstarszego na świecie.

grandma_smoking_weed
Obywatelka Kalifornii paląca medyczną marihuanę

Dla prawodawców nie jest to już pytanie czy, ale jak i kiedy. Każda decyzja, którą podejmujecie, będzie miała implikacje dla wartości tworzonego łańcucha produkcji i dystrybucji. To przemysł, który przeżywa boom na całym świecie, który będzie niezwykle zyskowny, co jest oczywiście głównym napędem. Powinniście pomyśleć o tym, czy chcecie tę inicjatywę blokować, czy być jej częścią – podsumował Kaye.

Wielkie wrażenie wywołało przemówienie młodej Very Twomey z Irlandii, która opowiedziała o swojej sześcioletniej córce Avie, cierpiącej na Zespół Dravet.

Jej córka została zdiagnozowana, gdy miała cztery miesiące, a lekarze nie dawali jej szans ani na chodzenie, ani na mówienie. Vera próbowała 11 różnych lekarstw, ale żadne nie skutkowało i dopiero terapia olejem CBD sporządzonym ze słynnej odmiany Charlotte’s Web, rozpoczęta we wrześniu tego roku, przyniosła dramatyczną poprawę zdrowia.

W październiku, który był pierwszym pełnym miesiącem, w którym Ava przyjmowała olej CBD, częstotliwość jej napadów spadła o 90%. Jej życie całkowicie się zmieniło i widzimy teraz zupełnie nową osobę – podsumowała Vera.

Conradino Beb

Źródło: Leafly

Obrazy z serii „Pink” gwałtownie zmieniają naszą percepcję znanych polityków

W swojej serii „Pink”, Scott Scheidly, artysta zamieszkujący na co dzień w amerykańskim stanie Floryda, eksploruje wpływ koloru różowego na tożsamość znanych osobistości politycznych lub też na to, jak szybko zmienia się ich wizerunek, gdy poddane zostaną „satyrycznej operacji plastycznej”.

Obrazy Scheidly’ego zadebiutowały w 2011 na ekspresowej wystawie Spoke Art w Nowym Jorku, by zostać zaprezentowane rok później na wystawach w Miami Beach i San Francisco.

Jak wspomina artysta: Pierwszy obraz powstał dla wystawy „Quentin vs. Coen” zorganizowanej w galerii Spoke Art. Namalowałem postać Hitlera z Bękartów wojny. Uwielbiam malować najgorszych dyktatorów czy największych drani pop kultury w taki sposób, żeby dobrze zestawić kolor z percepcją. Hitler jest moim ulubieńcem z oczywistych powodów, ale również Kim Jong-il, bo mam z niego bekę.

pink_10
Józef Stalin
pink_9
Barack Obama
pink_8
Heinrich Himmler
pink_7
Fidel Castro
pink_6
Ruhollah Khomeyni
pink_5
Ronald Reagan
pink_4
Władimir Putin
pink_3
Fikcyjny Adolf Hitler z „Bękartów wojny”
pink_2
Donald Trump
pink_1
Kim Jong-il

Brak zgody ekspertów na kontynuowanie Wojny z Narkotykami w przeddzień Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ!

Specjalna Sesja Zgromadzenia Generalnego ONZ, której głównym tematem będzie Wojna z Narkotykami, odbędzie się w dniach 19-21 kwietnia w Nowym Jorku. Ale hasła o świecie wolnym od narkotyków będą tym razem grać znacznie mniejszą rolę od głosów wołających otwarcie o zmianę polityki międzynarodowej w sprawie substancji psychoaktywnych. Czy jednak zmiana stanowiska ONZ jest nieunikniona? Co do tego można mieć poważne wątpliwości...

Jeszcze w 1998 przedstawiciele państw biorących udział w Specjalnej Sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ (UNGASS) deklarowali, iż trzeba prowadzić twardy kurs wobec producentów, przemytników, handlarzy i użytkowników nielegalnych substancji psychoaktywnych, które niszczą zdrową tkankę społeczną, zagrażają rozwojowi ekonomicznemu, a ostatnio wspierają też terroryzm (patrz deklaracja z 2008)!

W preambule do Deklaracji Politycznej, przyjętej w 1998 przez Zgromadzenie czytamy: Narkotyki niszczą istnienia ludzkie i społeczności, podminowują zrównoważony rozwój i generują przestępczość. Narkotyki wpływają na wszystkie sektory społeczne we wszystkich krajach, nadużywanie narkotyków w szczególności wpływa na wolność i rozwój młodych ludzi, nasze najcenniejsze dobro. Narkotyki są śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zdrowia i dobrobytu ludzkości, niezależności państwowej, demokracji, stabilności narodów, struktury wszystkich społeczeństw, a także godności i nadziei milionów ludzi oraz ich rodzin.

Jednym słowem, nie ma na świecie gorszego zła niż narkotyki, nawet jeśli porównać je z otyłością, smogiem, bezrobociem, alkoholizmem, stresem, deforestacją i globalnym ociepleniem. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości sprzedają nam wszystkie reżimy polityczne, dla których narkotyki są idealnym wrogiem poprzez uosobienie cech „obcego” lub „niewidzialnego obcego”, który nie daje żadnych szans racjonalności i względnej obiektywności badań naukowych, pokazujących zupełnie inną wersję rzeczywistości.

Czym jest obcy? Pojęcie to wywodzi się z antropologii kultury (a konkretnie z prac Ruth Benedict i antropologów społecznych), w której używa się go często do zobrazowania kolektywnych fobii, najgłębszych lęków wspólnoty. Obcy symbolizuje grozę rozpadu pierwotnych więzi, utraty kontroli, powrotu do stanu zwierzęcego i chaosu. Konotuje również przy okazji wszelkie negatywne cechy, wobec których grupa może się postawić w opozycji, homogenizując swoje struktury wyobrażeniowe, czyli „zwierając szyki” na poziomie politycznym czy społecznym.

Problem w tym, że społeczeństwa na całym świecie zgodnie przestają wierzyć w mity i domagają się empirycznych dowodów, które potwierdzałyby zasadność Wojny z Narkotykami, kosztującej obecnie amerykańskich podatników $51 mld rocznie, brytyjskich £3,355 mld, australijskich $1,3 mld, a meksykańskich $9 mld, co równa się na poziomie międzynarodowym $100-150 mld rocznie wg raportu watchdoga Count The Costs.

Ale nawet gdyby budżet ten zwiększyć dwukrotnie, nie wystarczy on do zlikwidowania międzynarodowego rynku narkotykowego wartego $321 mld (który ten poziom osiągnął w 2005 zgodnie z raportem ONZ, bo od tego czasu na pewno się powiększył), z którego korzysta bardzo dużo obywateli Unii Europejskiej. Ci wydali w 2015 na narkotyki ponad €24 mld – głównie na marihuanę, która stanowi także najpopularniejszą nielegalną używkę na świecie – co ujawnił kilka dni temu raport EMCDDA.

A nie da się tego zrobić, gdyż jak trąbią dzisiaj na alarm wszystkie szanujące się media, agencje informacyjne i organizacje pozarządowe, nie udało się tego zrobić do tej pory… a mieliśmy czas od 1961, kiedy z inicjatywy Harry’ego J. Anslingera sygnowano pierwsze porozumienie międzynarodowe, wprowadzające globalną prohibicję, którego kolejne ratyfikacje ani na chwilę nie doprowadziły do zmniejszenia dostępności substancji uznanych za nielegalne! Nie, w ostatnich latach dostępność ta nawet się zwiększyła, Wojna z Narkotykami okazała się więc bardzo drogą porażką!

Udało się za to zapełnić więzienia, doprowadzić do niespotykanej wcześniej eskalacji przemocy, epidemii chorób zakaźnych i do minimum obniżyć zaufanie do organów ścigania, które zmuszone zostały do egzekucji absurdalnego prawa! W efekcie, w każdym kraju Zachodu, w tym w Polsce, znajdziemy dzisiaj grupy tworzone przez doświadczonych policjantów, domagające się zmiany prawa antynarkotykowego, których opinii również należy słuchać!

Nic również dziwnego w tym, że największymi wrogami kontynuowania Wojny z Narkotykami są dzisiaj Kolumbia, Ekwador, Wenezuela, Meksyk, Gwatemala i Urugwaj – kraje Ameryki Południowej, których narkotykowa prohibicja dotknęła najgłębiej, gdzie kartele narkotykowe stały się silniejsze niż demokratycznie wybrane rządy… tylko dlatego, że przez 40 lat miały do dyspozycji rynek nielegalnych substancji psychoaktywnych. Można nawet postawić śmiałą hipotezę, że nigdy nie mielibyśmy takiej epidemii kokainizmu i heroinizmu oraz korupcji, gdyby obrót tymi substancjami był legalny!

Potwierdza to bardzo obrazowo Maricio Rodriguez, dyplomata i ekonomista, który na nadchodzącym szczycie będzie reprezentował Kolumbię, mówiąc Los Angeles Times: Wojna narkotykowa w Cartagenie to największa tragedia, którą przeżyliśmy w Kolumbii i prawdopodobnie w całej Ameryce Łacińskiej. Całkowita liczba ofiar w tej wojnie przebija nawet liczbę ofiar wojennych w Syrii. Każdy dzień to strata kolejnych ludzi i setek milionów dolarów.

Rodriguez tłumaczy ten stan rzeczy odwołuje się do słów laureata Nagrody Nobla w ekonomii, Miltona Friedmana, który dorastał podczas prohibicji alkoholowej w Chicago, by zrozumieć wyraźnie, że gdy rząd zabrania sprzedaży jakiejkolwiek substancji (alkoholu, marihuany, MDMA czy kokainy), otwiera drzwi dla czarnego rynku i uzbrojonych gangów, które natychmiast zaczynają walczyć o kontrolę nad nim. Jednak gdy kończy się prohibicja, kończy się też przemoc.

I właśnie z tego powodu przed nadchodzącym szczytem z prohibicyjnego konsensusu wyłamują się także kraje bogate tj. Norwegia, Szwajcaria czy Australia, której sens uczestnictwa w UNGASS zakwestionował kilka dni temu dr Alex Wodak z Australian Drug Law Reform Foundation, mówiąc w wywiadzie dla Guardiana:

Nie sądzę, że Australia zostanie wysłuchana podczas UNGASS. Nie zobaczymy nic z tego, co Australia chciałaby zobaczyć. Co powinniśmy zaś zobaczyć w idealnym świecie, to jasne i wyraźne oświadczenie, że ścieżka obrana przez społeczność międzynarodową kilka dekad temu w ramach przeciwdziałania nielegalnym substancjom, nie doprowadziła do realizacji celów. Faktycznie, strategia kontroli narkotyków okazała się nieproduktywna i doprowadziła do bardzo poważnych, niezamierzonych konsekwencji.

To również potwierdzenie wątpliwości, iż nadchodzący szczyt zakończy się oficjalnym odwrotem od prohibicyjnej strategii narkotykowej. Jak pisze bowiem The Economist: Problem w tym, że na zmianę konwencji ONZ, które wprowadziły globalną prohibicję, potrzebna jest zgoda 193 państw członkowskich, z których wiele wciąż jest przeciwnych choćby minimalnym reformom. Najbardziej prawdopodobne jest więc to, iż samo zebranie skupi się na ględzeniu, konwencje ONZ wcale nie zostaną zreformowane, ale wiele krajów je zwyczajnie zignoruje.

W praktyce jest to bardzo realna możliwość, bo ONZ jako ciało ustawodawcze i kontrolne staje się z roku na rok coraz bardziej niewydolne i zwyczajnie nie jest w stanie powstrzymać reform prawa antynarkotykowego w wielu krajach, które tj. Urugwaj, już się z nich wyłamały, legalizując produkcję i obrót marihuaną. Paradoksalnie, od ONZ grubo dostaje się w ostatnich latach samym pionierom prohibicji, Stanom Zjednoczonym, za postępującą legalizację marihuany na szczeblu stanowym, których rząd mało sobie z tego jednak robi.

Conradino Beb

„Czasy sie zmieniają” – o medycznym zastosowaniu marihuany, czarnym rynku i pilnej potrzebie depenalizacji w Polsce z Jakubem Marcinem Gajewskim rozmawia Conradino Beb

Jakub Gajewski (znany też jako Siou) to inżynier, architekt krajobrazu, ogrodnik i miłośnik roślin. Praktykował w Instytucie Włókien Naturalnych pod okiem prof. Lidii Grabowskiej. Współzałożyciel i wiceprezes Wolnych Konopi, często reprezentuje ruch w mediach i debatach o polityce narkotykowej. Użył konopi w leczeniu obojga rodziców z zaskakująco dobrym skutkiem. Pomaga wielu chorym, doradza. Jakub stał się znany w całej Polsce, gdy w kwietniu 2015 r. został zatrzymany za import oleju z konopi. Za to grozi mu obecnie nawet 15 lat więzienia, ale ujmują się za nim różne środowiska, a w mediach pojawiły się nawet komentarze w jego obronie.

Poniższą rozmowę ciągnąłem z Jakubem chyba przez dwa miesiące, bo cały czas nie miał czasu, spędzając długie godziny w sądach, w urzędach, na spotkaniach i na wyjazdach (śmiech), ale w końcu udało się ją dociągnąć do końca, żeby każdy mógł się dowiedzieć dlaczego sprawy wyglądają tak, a nie inaczej. Nie będę tu tłumaczyć skąd pochodzą i czym są konopie, co to jest medyczna marihuana, THC, czy uprawa organiczna, bo w MGV można znaleźć objaśnienie każdego z tych tematów, kilkając w podane linki. Jakub tłumaczy wam za to rzeczy, o których wcześniej być może nie mieliście pojęcia!

Conradino Beb: Jak się zaczęła ta cała sprawa z konopiami? Kiedy zapaliłeś zioło po raz pierwszy i jak zareagowałeś na kontakt z THC?

Jakub Gajewski: Kiedyś, mając 16 lat i wracając z treningu koszykarskiego, spotkałem kolegę, który siedział na schodach przed klatką i palił jointa. Po krótkiej rozmowie, bez dłuższej chwili zastanowienia, wziąłem macha i zrobiło mi się weselej. Potem wziąłem kolejnych kilka i było jeszcze weselej, ale zaczęło się też robić dziwnie. Niestety, kilkanaście minut później leżałem już w bezruchu pod klatką z cieknącą śliną z buzi, drgawkami i niemożnością ruszenia nawet palcem u ręki.

Okazało się, że przesadziłem z ilością i wskutek tego najzwyczajniej w świecie skamieniałem. Czułem się tragicznie. Po wszystkim powiedziałem sobie, że nigdy w życiu nie wezmę tego ponownie do ust…. ale później nauczyłem się zasady „nigdy nie mów nigdy”. Wszystkie kolejne próby konsumpcji zioła cały czas kończyły się tzw. „betonami”… ale początkowe stany euforii bardzo mnie ciekawiły (śmiech).

Jak się później okazało, waga mojego ciała i słaba tolerancja genetyczna na używki grały tutaj pierwsze skrzypce. Dodam, że po używaniu alkoholu czułem się jeszcze gorzej. Minęło sporo czasu, zanim nauczyłem się stosować marihuanę zgodnie z zasadami mojego organizmu.

CB: Kiedy z palacza stałeś się aktywistą? Kiedy włączyłeś się do działalności Wolnych Konopi?

JG: Aktywistą zostałem niedługo po pierwszym spotkaniu z marihuaną. Zaciekawiłem się tą rośliną. Internet wtedy raczkował, a komputer to był taki rarytas, jak dzisiaj własnościowe mieszkanie (śmiech). Korzystałem wtedy z komputera u kolegi,  u którego chłonąłem wszelkie informacje dotyczące marihuany. W tamtych czasach informacji w Internecie o konopiach było niewiele, a w języku polskim nie było prawie nic. Wychwytywałem wszystko, co tylko się pojawiło.

Niestety, były to również czasy całkowitego zaostrzenia polityki narkotykowej w Polsce, czyli wprowadzenia represji na użytkownikach, w imię nośnego, aczkolwiek nieprzemyślanego w tamtych czasach hasła „Zero Tolerancji”.  Moi koledzy, którzy legalnie palili, już nie mogli palić. Ciężko było im to zrozumieć. Niedługo po wprowadzeniu nowego prawa i zorganizowaniu się policji pod tym kątem zaczęły się łapanki. Wielu ludzi zostało niesprawiedliwie osądzonych. Wielu trafiło za kratki. Wielu złamano życie.

Wtedy też trafiłem na forum internetowe, gdzie jak się okazało zbierali się ludzie, których zdążyła już dotknąć ręka niesprawiedliwości, a część z nich została nawet brutalnie pobita. Ja nie godzę się na taką niesprawiedliwość, tym bardziej, że myśląc wtedy młodzieńczo, ale i logicznie obserwując wszechobecny alkoholizm, porównywałem racjonalnie działanie obydwóch używek.

Denerwowałem się, że nie można marihuany legalnie wykorzystywać, mimo iż jest dużo mniej szkodliwa, a jedyna używka powszechnie dostępna i akceptowana społecznie to alkohol, który tworzy patologię i agresję. Wtedy wstąpiłem też do Kanaby, pierwszego ruchu konopnego w Polsce. Dzięki Internetowi zaczęliśmy się łatwo komunikować i każdy z nas mógł rozpocząć działalność pro-konopną. Zorganizowaliśmy kilka partyzanckich akcji i rozpadliśmy się. W 2006 założyliśmy w końcu Wolne Konopie i powoli zaczęliśmy drążyć kroplę w skale.

Manifestacja pro-konopna Kanaby / Gdynia, 2003

CB: Faktycznie, ruch legalizacyjny w Polsce dużo się zmienił od czasów Kanaby. Sam pamiętam pierwszą manifestację pro-legalizacyjną w Gdyni, organizowaną właśnie przez Kanabę, w której wzięło udział może ze 150 osób, a na każdy Marsz Wyzwolenia Konopi przychodzą dzisiaj tysiące. Jak to oceniasz?

JG: Tak, przeszedł dużą ewolucję wraz z dojrzewaniem jego założycieli. Z czasem zmieniły się priorytety, z młodzieńczego myślenia przeszliśmy na dojrzałe. Z walki w edukację. Zauważyliśmy, że problem jest dużo bardziej złożony, niż nam się wydawało. 15-20 lat temu bardzo trudno było się przebić. Przez społeczeństwo postrzegani byliśmy jako młodzi narkomani, przez funkcjonariuszy jako grupa przestępcza, przez dilerów jako zagrożenie dla ich interesów… i tak też po części było.

Kilku z nas zniszczyło sobie faktycznie życie przez niekontrolowane użycie środków psychoaktywnych – bynajmniej nie marihuany – osoby z Wolnych Konopi co rusz wchodziły w problemy z prawem, a „chłopaki z miasta” potrafili wywozić aktywistów do lasu. Ludzie się nas bali i wciąż się boją. Jednak wiedząc, że w przyszłości społeczeństwo zmieni swoje postrzeganie konopi – bo to nieuniknione – robiliśmy swoje i waliliśmy głową w mur. Organizowaliśmy się we własnym środowisku, budowaliśmy podwaliny.

Co jakiś czas wyskakiwaliśmy z jakąś akcją zaczepną wobec władzy. Uczyliśmy się odnajdywać na wrogim terenie i chłonęliśmy wiedzę, aby być lepiej uzbrojonym. Dzisiejsze czasy to już inna bajka, bo wytłumaczyliśmy dużej części społeczeństwa absurd w jakim żyjemy, pokazaliśmy naszą nieugiętość i rację, dziękie czemu mamy teraz duże wsparcie i dużo mniejszy nacisk organów ścigania wobec naszych aktywistów. Kiedyś przez kilka lat nie mogliśmy założyć stowarzyszenia, w którego nazwie znajdowały się słowa „wolne konopie”. Sądy i urzędy robiły wszystko, abyśmy nie mogli go pod żadnym warunkiem założyć.

jakub_marcin_gajewski_promo3
Jakub Gajewski na manfestacji poparcia dla chorych leczących się medyczną marihuaną / zdj. P. Tabencki

CB: Ale jak jest łatwiej skoro tobie samemu oraz rodzicom Andrzeja Dołeckiego wytoczono w tym roku sprawę?

JG: Czasy się zmieniają, bo działalność społeczna jest faktycznie dużo łatwiejsza niż kiedyś, co wciąż nie znaczy że łatwa. Zazdrościmy naszym kolegom po fachu z Zachodu spokoju, w jakim mogą pracować, ale jeszcze 10 lat temu nie mogliśmy nawet założyć stowarzyszenia. Wcześniej bardzo trudno było cokolwiek zrobić, powiedzieć lub uzyskać, bo konsument zioła był postrzegany jak wróg, ćpun i zły człowiek nie tylko przez instytucje, polityków i urzędników, ale i zwykłych ludzi!

A jeśli nie masz wsparcia społecznego, to dużo trudniej ci działać oddolnie. Ale jeżeli prawda jest po twojej stronie, to trzeba być twardym i pracować nieprzerwanie, mimo kłód rzucanych pod nogi. Dzisiaj, poziom narkofobii w Polsce wciąż jest na wysokim poziomie, ale udało się nam pokazać, że użytkownicy marihuany to też ludzie… i wcale niemała grupa. Teraz czekamy na instytucje, polityków i urzędników aż przestaną traktować nas jak wrogów i zwrócą uwagę na fakty!

Marzy mi się, abyśmy wspólnie wykonali dobrą robotę, aby pacjenci mieli dostęp do taniego lekarstwa, żeby dorośli mogli decydować o własnym życiu, a dzieci nie używały konopi w innych celach niż medyczne. Nie jesteśmy wrogami społeczeństwa, jesteśmy przydatnymi ludźmi, którzy niosą bardzo często bezinteresowną pomoc innym. Negatywne opinie na nasz temat to wynik propagandowych zagrywek prohibicjonistówi i innych ignoranckich środowisk. Nasza organizacja zawsze będzie miała taką opinię, jaką ma marihuana.

organic_weed_california
Organiczna uprawa konopi w Kalifornii

CB: Tak, kończy sie zawsze na kontrowersjach, bo ludzie kochają łączyć się w grupy i nawzajem skakać sobie do oczu, nie zwracając uwagi na zalety wielu rzeczy, które uważają za z gruntu zwyrodniałe… a politycy kochają tymi grupami manipulować… co prowadzi mnie do pytania, w jaki sposób spowodować zmianę w Polsce? Ruchowi pro-konopnemu za oceanem udało się na przykład doprowadzić do stopniowego zwrotu polityki antynarkotykowej dlatego, że w latach ’80 NORML (najstarsza istniejąca organizacja pro-legalizacyjna w USA) przestawiła się na akcentowanie marihuany jako leku.

Amerykańscy politycy musieli się nagle zacząć mierzyć nie z wyimaginowanym problemem uzależnienia, a realnym problemem bólu i cierpienia… i w przypadku zaprezentowania obojętnej lub negatywnej postawy wobec chorych, tracili zaufanie społeczne, bo byli okrutni i pozbawieni współczucia… a jakie demokratyczne społeczeństwo chce takich polityków? Jednak z drugiej strony za oceanem ruch legalizacyjny wystartował pod koniec lat ’60, a w Polsce nie ma takich tradycji…

JG: Tak, naszym priorytetem jest marihuana medyczna, ale nie ze względu na to, że chcemy zalegalizować marihuanę rekreacyjną. Główna różnicą między tymi zagadnieniami jest taka, że w przypadku MM chodzi o śmierć i życie, a w przypadku MR o chowanie się przed panami w mundurach. Bzdurą jest, że to tylna furtka do legalizacji MR, mimo iż poniekąd można tak przypuszczać.

Jak ludzie poznają marihuanę na nowo, to ona sama się obroni. Już nie będzie można ponownie oszukiwać społeczeństwa, że konopia to diabelska roślina. Ludzie sami ją zalegalizują, tylko najpierw poznają jej walory zdrowotne i gospodarcze. Przyjemność przyjdzie na końcu, ale będzie wisienką na torcie przemian mentalnych społeczeństwa.

CB: Co sądzisz o polskim rynku palenia?

JG: Kiedyś zioło było mniej dostępne ale za to jakość była lepsza. Nie było w ogóle domieszek. Było po prostu rozróżnienie na Holendra i Polaka. Różnicę było widać gołym okiem. Odkąd polscy plantatorzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce jest dużo mniej importowanego towaru, a więcej rodzimego.

Z powodu większej ilości krajowej produkcji jakość się pogorszyła. Jest źle aż tak, że część konsumentów postanowiła zacząć uprawiać na własny użytek i zbierać się w małe, zamknięte grupki, w których to rozprowadzają zebrane plony. W ten sposób uzyskano efekt zamkniętego koła. Po prostu zioło nie trafia na ulicę, a ekipa konsumentów jest bezpieczna, bo nie spotyka się z dilerami i konsumuje swoje własne wyroby.

CB: Czarny rynek zawsze psuje jakość towaru?

JG: Powiem ci tak, obecnie w bramach u dilerów najniższego szczebla kupisz chrzczone zioło o niepełnej wadze, ale jak masz lepsze dojścia, bezpośrednio do plantatora, to możesz nabyć marihuanę z najwyższej półki za około 12-16 PLN za gram. W Polsce jest coraz więcej dobrych plantatorów, ale trzeba poczekać kilka lat, aby ich liczba jeszcze się powiększyła a umiejętności wzrosły. Wtedy na pewno będzie więcej dobrej jakości marihuany.

Szkoda, że to wszystko odbywa się na czarnym rynku. Policja już dawno przekonała się, że plantatorzy, czy użytkownicy konopi, to z reguły dobrzy i wrażliwi ludzie, nie wyrządzający społeczeństwu ŻADNYCH szkód. I nie ma tu nawet porównania do sklepów monopolowych na rogu, których szkodliwość jest bardzo wysoka.

afghan_kush_indoor_veg
Afghan Kush w uprawie indoor

CB: Jest to mocny argument na rzecz depenalizacji uprawy konopi, nie sądzisz? Bo jeśli rośliny uprawiają ludzie, którzy się na tym znają, którzy mają do tego pasję, ich produkt jest znacznie bezpieczniejszy od masowych upraw hydroponicznych czy glebowo-chemicznych, w których masowo stosuje się szkodliwe dla zdrowia ludzkiego nawozy syntetyczne oraz pestycydy, nie mówiąc nawet o traktowaniu gotowych plonów Brixem, czy jakimkolwiek innym gównem. Ze swojej strony widzę wzrost zainteresowania uprawą organiczną konopi w Polsce, ale więcej obywateli powinno mieć prawo do marihuany z najwyższej półki, z pacjentami MM na czele, nie sądzisz?

JG: Oczywiście. Powinniśmy organizować seminaria dotyczące wiedzy o uprawie marihuany. Wydawać książki „jak uprawiać”, rozwijać dziedzinę rynku konopnego i mówić, że zawsze najlepiej jest zrobić sobie swoje własne lekarstwo! Jak pokazują przykłady innych krajów jeszcze trochę potrwa zanim w aptekach będzie produkt najwyższej jakości, odpowiednio tani i dostępny dla wszystkich, którzy go potrzebują. Uprawa ekologiczna to najczystszy produkt, najbliższy naturze, a według mnie taka marihuana jest najlepsza, jeśli chodzi o walory medyczne i nie tylko.

CB: Ilu na razie mamy w Polsce oficjalnych pacjentów medycznej marihuany? Na co sie leczą? Z jaką skutecznością?

JG: Oficjalnych pacjentów medycznej marihuany mamy na dzień dzisiejszy około 10. Leczą się na nowotwory, chorobę Leśniewskiego-Crohna, stwardnienie rozsiane czy epilepsję. Jak wiemy, Adam Wierzba oraz Jakub Bartol wyleczyli się z nowotworów dzięki olejowi z konopi. Jakub był chemio i lekooporny. Adam miał ledwie 2 cykle chemioterapii, z której zrezygnował i leczył się potem tylko olejem RSO, stosując przy okazji odpowiednią dietę.

jakub_marcin_gajewski_promo2
Jakub Marcin Gajewski na manifestacji Wolnych Konopi / zdj. PR Jakub Gajewski

Maks od czasu zastosowania MM przez 9 miesięcy miał mniej napadów niż przed stosowaniem jednego dnia. Zrezygnował prawie ze wszystkich tabletek, które niszczyły mu organy. Teraz zaczyna się rozwijać, wypowiada pierwsze sylaby, siada, komunikuje się. Karol funkcjonuje normalnie, nie wyleczy tej choroby, ale zrezygnował ze wszystkich tabletek, żyje normalnie i nie ma objawów Leśniewskiego-Crohna.

Marihuana całkowicie niweluje objawy w jego przypadku. Choroba nie daje znaku życia. Jakub Szpak, inhalując marihuanę powstrzymuje spastykę. Jest uznanym sportowcem z sukcesami międzynarodowymi. Uprawia parakajakarstwo i szykuje się na olimpiadę w Rio De Janeiro. Nie wiem, czy bez marihuany byłby w stanie uprawiać sport. Sam mówi, że byłoby mu dużo ciężej z powodu ograniczeń, jakie spowodował wypadek na motocyklu. Z czasem pacjentów będzie więcej i więcej, wyleczeń również!

jakub_marcin_gajewski_promo1
Jakub Marcin Gajewski w otoczeniu natury / zdj. PR Jakub Gajewski

CB: Czy wizerunkowi jakiegokolwiek polityka czy jakiejkolwiek partii politycznej dobrze służy traktowanie pacjentów, dla których MM jest JEDYNA OPCJĄ, jak przestępców?

JG: Na szczęście mentalność społeczeństwa zmienia się z roku na rok. Jeszcze rok, dwa lata temu, politykom nie opłacało się mieć tego postulatu w swoim programie. Ale w dzisiejszych czasach każdy kandydat na prezydenta, oprócz Andrzeja Dudy, ma na sztandarze legalizację marihuany, lub jej depenalizację przynajmniej do celów medycznych.

Nawet Zbigniew Ziobro, który jeszcze dwa lata temu proponował 25 lat odsiadki dla każdego, kto używa marihuany, poszedł po olej do głowy i powiedział, że medyczne zastosowanie ma sens. Jeszcze rok, dwa lata temu, konserwatywni politycy występowali w mediach, mówiąc totalne dyrdymały na ten temat, a teraz wolą milczeć i nie wypowiadać się w ogóle, bo kalkulują i wiedzą, że straszenie marihuaną się już nie opłaca.

Oczywiście, użytkownicy rekreacyjni jeszcze długo będą przestępcami, a polski rząd doprowadził do tego, że jako jedyne państwo na świecie zmieniliśmy obowiązującą od wielu dekad definicję marihuany.

CB: Ta nowa definicja to beka (śmiech), ale zmieńmy temat na bardziej aktualny i wytłumaczmy przy okazji, czym jest olej RSO i na jakie choroby jest skuteczny?

JG: Olej RSO to nic innego jak żywica konopi indyjskiej w postaci oleistego ekstraktu. Jest to skuteczny lek na wiele schorzeń, szczególnie autoimmunologicznych, czyli takich, na które medycyna akademicka nie ma zbyt wielu rozwiązań. Nie jest to panaceum na wszystkie choroby. ale potrafi otrzeć się o „cudotwórstwo”! Olej RSO jest przy tym bezpieczny, mało toksyczny i jeżeli używa się go odpowiednio to można całkowicie pozbawić organizm psychoaktywnych efektów ubocznych.

CB: Potrafiłbyś go sam zrobić, mając potrzebny susz i resztę składników?

JG: Tak, to nie jest trudny proces. Potrzebne są: kuchenka indukcyjna, wentylator stołowy, garnek lub dwa, filtry do kawy, miski plastikowe, materiał ekstrakcyjny (alkohol isopropylowy, nafta, benzyna, eter itp.), odpowiednia ilość zioła i już możemy rozpocząć uzyskiwanie leku poprzez zalewanie ziół ekstraktem, odfiltrowanie zanieczyszczeń oraz odparowanie ekstraktu, później proces dekarboksylacji i gotowe.

rso_oil
Olej RSO

Zabiera to kilka godzin w zależności od np. rodzaju ekstraktu, temperatury otoczenia, ilości półproduktów. Należy spełnić wszelkie zasady BHP, bo sam proces może być niebezpieczny. Należy przede wszystkim uważać, aby nie doprowadzić do wybuchu podczas parowania alkoholu.

Na stronie Wolnych Konopi dokładnie wyjaśniamy jak wykonać olej z konopi metodą Ricka Simpsona (Rick Simpson Oil = RSO), ale generalnie odradzam robienie go samemu w domu! Najlepszym wyjściem byłoby uzyskanie marihuany samoistnie i pójście do apteki, aby tam wytworzono odpowiedni lek. Jednak dopóty tak nie będzie, należy raczej korzystać z umiejętności ludzi, którzy mają doświadczenie w robieniu tego produktu.

CB: Dopóki… ech. I tu właśnie dotykamy prawdziwego problemu, bo spędzam wiele czasu tłumacząc ludziom w Internecie, że marihuana powinna być zdepenalizowana, gdyż jej szkodliwość zdrowotna czy społeczna jest żadna… ale niektórzy po prostu nie chcą dostrzegać faktów, woląc wierzyć w mity. Dlaczego ludzie wierzą w bzdury i dlaczego tak ciężko wykorzenić głupotę?

JG: To jest efekt wieloletniej propagandy prohibicjonistów, powierzchowność myślenia, brak analiz i łatwowierność obywatela w to, co się mu wmawia. Mity można wykorzenić tylko i wyłącznie edukując i być w tym edukowaniu niezłomnym!

CB: Jakie wymierne korzyści przyniosła depenalizacja konsumpcji i sprzedaży marihuany naszym sąsiadom, Czechom?

JG: W Czechach jest jeszcze dużo do zrobienia, ale depenalizacja przede wszystkim dała spokój ducha użytkownikom rekreacyjnym i pacjentom. Depenalizacja poprawiła również wykrywalność cięższych przestępstw, a zarazem przyczyniła się do obniżenia ogólnej skali przestępczości.  Wreszcie użytkownicy konopi mogą spać spokojnie, bez obaw o wizytę panów policjantów.

marijuana_happy_crowd
Euforia na ulicach po legalizacji marihuany w Colorado

CB: Jaki osobiście chciałbyś zobaczyć model polityki marihuanowej w Polsce? Bardziej przemawia do ciebie wzór hiszpański, urugwajski, czy ten przyjęty w Colorado lub Waszyngtonie?

JG: Dla mnie wszystko powinno być rozwiązane najprościej jak to możliwe. Chciałbym, aby konopie w PL były uregulowane tak, jak wino we Włoszech. Każdy może uprawiać na własny użytek, ale nie może sprzedawać innym. Jeżeli chcesz robić biznes, musisz się zarejestrować. Aby móc uprawiać medyczną marihuanę musisz mieć licencję.

Powinien być uruchomiony szereg zasad, które będą sprzyjać uprawianiu wysokiej jakości produktu. Całkowity zakaz reklam dotyczących marihuany. Dostępność dla użytku rekreacyjnego od 18 roku życia. Ale nie powinno się ułatwiać dostępności, a do tego prowadzić analizy i monitoring. Powinno się również wprowadzić rzetelną edukację na temat problemów, które mogą wystąpić u młodego użytkownika marihuany, bez wątków propagandowych!

CB: Dzięki za wywiad!

JG: To ja dziękuję!

 

Odwiedź także oficjalną stronę Wolnych Konopi i fanpejdż FB

Kandydat (1972)

the-candidate-1972-poster

1972 to przełomowy rok dla amerykańskiej polityki, kiedy frustracja powodowana niekończącą się Wojną w Wietnamie osiągnęła swoją kulminację, a z nią przyszło społeczne powołanie dla Partii Demokratycznej, by odsunąć w końcu od władzy Richarda Nixona i skierować USA na bardziej pokojowe tory, zająć się polityką wewnętrzną, spojrzeć na kruszącą się ekonomię i zrobić coś, by zjednoczyć społeczeństwo coraz bardziej podzielone przez pokoleniowy konflikt, rozbite na dwa skrajnie przeciwstawne obozy.

Konflikt pomiędzy fundamentalistyczną, chrześcijańską, otwarcie rasistowską większością amerykańskiego społeczeństwa, a socjaldemokratami, Nową Lewicą, libertarianami i reprezentującymi całe spektrum koncepcji politycznych kontrkulturowymi frikami, stał się w 1972 siłą napędową kampanii wyborczej mało znanego senatora z Południowej Dakoty, George’a McGoverna, który ze swoją pacyfistyczno-socjalną retoryką był symbolem zmian dla wyborców, którzy mieli ze swojego prawa skorzystać po raz pierwszy lub tych, którzy odczuwali zmęczenie wojną na wszystkich frontach.

1972 to także rok, w którym na jaw wyszły nixonowskie machinacje, zmierzające do utrzymania władzy politycznej, określone wkrótce jako Afera Watergate, a które miały zakończyć się pozbawieniem Nixona fotelu prezydenckiego dwa lata później i wsadzeniem większości jego współpracowników do więzienia. Ten klimat pełen napięcia był wodą na młyn dla wielu artystów, do których należał sam Hunter S. Thompson. Pisarz postanowił w tym czasie podjąć się czegoś, czego nie zrobił nigdy wcześniej, napisania książki na temat kuluarów kampanii prezydenckiej, która została opublikowana rok później jako Fear and Loathing on a Campaign Trail ’72 i natychmiast katapultowała go do rangi narodowego celebryty.

Co ciekawe, w lipcu tego samego roku na ekrany wszedł w USA mały osobisty film Michaela Ritchiego – który doskonale znany jest pokoleniu Y ze swoich późniejszych filmów tj. Złote dziecko z Eddiem Murphym – opowiadający historię idealistycznego adwokata, Billa McKaya, który za namową politycznego headhuntera, Marvina Lucasa, daje się namówić do kandydowania na senatora Kalifornii i w trakcie swojej kampanii przechodzi całkowitą metamorfozę pod kierunkiem PR-owych speców, pisarzy przemówień i doradców ds. wizerunku.

W rolę tytułową wcielił sie Robert Redford, a u jego boku stanął Peter Boyle, który rok wcześniej stracił rolę we Francuskim łączniku na rzecz Gene’a Hackmana, ale wcześniej dał się poznać jako przepełniony nienawiścią niebieski kołnierzyk, wysyłający hipisów na tamten świat ze strzelbą w ręku w Joe (1969) Johna G. Avildsena (znanego szerszej publiczności z Rocky’ego), który celnością swoich obserwacji spowodował prawdziwy szok w amerykańskich kinach. Obydwaj stworzyli w Kandydacie doskonały duet – zaprawiony w politycznych bojach, cyniczny menedżer kampanii prowadzi za rękę niepewnego celu, młodego polityka.

Jak pisze Hunter S. Thompson w ww. książce: Tego popołudnia pojawił się (McGovern – przyp. red.) w kinie w Custer, żeby zobaczyć promocyjny pokaz Kandydata, filmu pokazującego idealistycznego młodzieńca przeistoczonego w higienicznego polityka, sprzedającego ideały za sławę. Słychać było rozproszone oklaski w Harney Theater, kiedy jeden z charakterów oznajmił: „Polityka to gówno”. McGovern i jego rodzina śmiali się najbardziej, kiedy polityczny menedżer w filmie powiedział sekretarzowi prasowemu: „Wsadź wszystkich reporterów do autobusu prasowego i zjedź nim z klifu”.

Film Ritchiego w istocie jest pełen satyry na uprawianie polityki, której celność pozostaje zasługą Jeremy’ego Larnera (pisarza przemówień dla Eugene’a McCarthy’ego w 1968), który nie miał zbytniego doświadczenia w pisaniu scenariuszy filmowych, ale był w trakcie swojej pracy szkolony na bieżąco przez samego Roberta Towne’a (Ostatnie zadanie, Szampon, Chinatown), co ostatecznie poskutkowało zdobyciem przez niego Oscara dla pisarzy. Film odniósł także w swoim czasie spory sukces medialny, co jest o tyle znaczące, że został nakręcony dokładnie w 41 dni.

Głównym developerem Kandydata był sam Redford, który zaoferował wyreżyserowanie filmu Ritchiemu, ponieważ był on wcześniej doradcą medialnym przy wielu kampaniach politycznych, tak więc miał insajderską wiedzę na ich temat. Efektem jest wyjątkowy obraz transformacji Billa, człowieka z ambicjami i o dobrym pochodzeniu – jego ojciec jest ex-gubernatorem, co stanie się później ważnym elementem walki o głosy – ale idealistycznie nastawionego do problemów tego świata, działającego u podstaw i chcącego mówić prawdę.

Faktycznie, Lucas wabi Mckaya do gry obiecując mu, że będzie mógł mówić publicznie co tylko dusza zapragnie, bo w pojedynku ze swoim republikańskim rywalem, ubiegającym się o reelekcję senatorem Crocketem, jest przecież i tak stracony. Ale gdy słupki popularności na skutek sukcesu kampanii nagle zaczynają iść w górę, a McKay odkrywa prawdziwe przyjemności uczestniczenia w polityce (sława, wpływy i walenie panienek na boku), jego priorytety szybko zaczynają się zmieniać.

Koniec końców, nie rezygnuje się przecież z władzy na wyciągnięcie ręki, a stojący za młodym politykiem zakulisowi wyjadacze mają zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić swojemu pupilkowi rzucić ręcznik na ring. Raz wprawiona w ruch machina polityczna okazuje się silniejsza niż indywidualne fanaberie, a kandydat zaplątuje się nieuchronnie w sieć wpływów, nawet jeśli osobiście nie potrafi się z nimi utożsamić etycznie. Bo w politycznych rachunkach liczy się tylko to, kto przegrywa, kto wygrywa… i kto czerpie korzyści z wygranej.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Candidate
Produkcja: USA, 1972
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5