Archiwa tagu: przemysł filmowy

Jay i Cichy Bob zaatakują ponownie!

Kevin Smith ujawnił na swoim profilu instagramowym, że rozpoczął pracę nad scenariuszem do nowego filmu z Jayem i Cichym Bobem w rolach głównych po tym, jak nie udało mu się zrealizować Sprzedawców 3.

Jak mówi Smith: Niestety, nie będzie Sprzedawców 3 (jedna z naszych gwiazd zrezygnowała z udziału w filmie). Zamiast tego pracowałem nad kolejną częścią Szczurów z supermarketu… która też nie wypaliła, bo zamieniła się w serial (…) Tak więc miesiąc temu miałem najlepszy czas mojego życia pisząc nową część Jaya i Cichego Boba, rozrywkowego filmiku, w którym chłopcy z Jersey muszą wrócić do Hollywood, żeby zastopować reboot znienawidzonego filmu o Bluntmanie i Chronicu.

To ironiczna, głupawa satyra, która naśmiewa się z aktualnej obsesji przemysłu filmowego na punkcie remake’ów, z udziałem wszystkich gwiazd i znajomych twarzy! Spotkałem się już nawet z dobrymi ludźmi z Miramax, którym pomysł się spodobał, więc mam nadzieję na pierwsze zdjęcia latem tego roku!

Źródło: Instagram

Zobacz jak cyfrowo wykreowano twarze Petera Cushinga i Carrie Fisher w „Łotrze 1”

Jako że akcja Łotra 1 rozgrywa się pomiędzy Zemstą Sithów (częścią III), a Nową nadzieją (częścią IV), pewne postaci mogły zostać bezstresowo wciągnięte do „nowego epizodu”. Problem był jednak w tym przypadku innej natury, bo jeden z aktorów był już martwy. Ale dzięki cyfrowemu renderingowi na ekranie możemy ostatecznie podziwiać 19-letnią Carrie Fisher i 64-letniego Petera Cushinga, którzy zostali odtworzeni dzięki klatkom z 1977 roku.

Cushing grał w Nowej nadziei Wilhuffa Tarkina, komandora Gwiazdy Śmierci, a Carrie Fisher księżniczkę Leię – postaci, których wskrzeszenie okazało się bardzo dobrym krokiem dla fabuły Łotra 1.

Dzięki animatorom z Industrial Light & Magic obydwoje odegrało pośmiertny epizod (Carrie Fisher zmarła krótko po premierze światowej), który dał starym fanom dużo radości dzięki niemalże perfekcyjnemu odtworzeniu mimiki twarzy.

Jednak nie wystarczył sam program komputerowy, bo w nowym filmie pod postać graną przez Cushinga podłożona została kreacja innego angielskiego aktora, Guya Henry’ego, któremu nałożono na głowę specjalny materiał plastyczny, dzięki czemu w postprodukcji specjaliści od technologii motion capture wygenerowali w tym miejscu wersję cyfrową.

Odpowiedzialny za efekty specjalne w Łotrze 1, John Knoll, tłumaczy, że był to bardzo trudny, wymagający proces, który można by porównać do żmudnego nakładania makijażu.

Trzeba było dokonać zmian tak, by cyfrowy Tarkin nie odróżniał się od pozostałych bohaterów w najmniejszych szczegółach. Ale najpierw na odtworzenie charakteru granego przez Cushinga zgodę musiała wyrazić rodzina aktora.

W jednej z ostatnich scen Łotra 1 występuje ponadto księżniczka Leia – dokładnie taka, jaką pamiętamy z Nowej nadziei, w charakterystycznej białej szacie, ze swoją firmową fryzurą.

Epizod ten stanowi swoisty prequel do pierwszych scen starych Gwiezdnych Wojen, zaczynających się abordażem oddziału dowodzonego przez Dartha Vadera na statek kosmiczny, którym podróżuje księżniczka, dzięki czemu nowy film zgrabnie wiąże się z resztą sagi.

Zobacz dokument ABC (angielskie napisy)

„Filmmaker”: wczesny dokument George’a Lucasa o Francisie Fordzie Coppoli

W 1968 Francis Ford Coppola oddał Warner Bros Tęczę Finiana, pierwszą wysokobudżetową produkcję w swojej karierze, z udziałem takich gwiazd Starego Hollywood, jak Fred Astaire czy Petula Clark. Reżyser był jednak skrajnie niezadowolony z efektu swojej pracy i wkrótce przystąpił do realizacji o wiele bardziej osobistego projektu, który nazwał Ludzie z deszczu.

Jak artysta wspomina w wywiadzie dla BBC: Byłem bardzo nieszczęśliwy w trakcie produkcji, ponieważ nie mogłem wybrać obsady, nie mogłem wybrać scenografa i nie mogłem zmontować filmu tak jak chciałem. Jednym z jasnych punktów produkcji był jednak chudy dzieciak, który był mniej więcej w moim wieku i który nazywał się George Lucas.

Zawiązaliśmy spisek w celu opuszczenia studia. Władowaliśmy nasze kamery na ciężarówkę i pojechaliśmy na drugi koniec kraju, by wyreżyserować film bardziej osobisty, artystyczny. Dałem sobie więc spokój z robieniem czegoś w stylu Tęczy Finiana i zacząłem realizację Ludzi z deszczu razem z Georgem.

Film, zrealizowany na podstawie szybkiego scenariusza FFC, oscyluje wokół nieszczęśliwej kury domowej, Natalie Ravenny, która rzuca wszystko i rusza w drogę po tym, jak dowiaduje się, że jest w ciąży (co dało krytykom podstawę do porównywania go do Easy Ridera).

W obsadzie znaleźli się: James Caan jako Jimmy Kilgannon (Zabójca), Shirley Knight jako Natalie Ravenna, Robert Duvall jako Gordon, Marya Zimmet jako Rosalie oraz Tom Aldredge jako pan Alfred.

Towarzyszący Francisowi na planie George Lucas nie miał w tym czasie żadnego doświadczenia z filmami długometrażowymi, ale miał pomysł na film dokumentalny w stylu vérité o kulisach Ludzi z deszczu, który zostałby nakręcony na kamerze 16 mm.

Rezultat pt. Filmmaker: A diary by George Lucas, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących dokumentów na temat procesu twórczego FFC. Widzimy w nim artystę użerajacego się z Warner Bros przez telefon, rzucającego słynnym tekstem: System zawali się pod swoim własnym ciężarem! Nie może mu się nie udać!, czy krzyczącego na głos o Shirley Knight: Nie mogę jej rozpieszczać, to byłoby dla niej destruktywne!

Obserwujemy też Jamesa Caana walczącego z grypą żołądkową, próbującego grać pomimo choroby i kumulację twórczego chaosu, tak wielbionego przez Coppolę.

Ten rok później miał założyć American Zoetrope – legendarną wytwórnię, która sfinansowała w 1971 kultowy dzisiaj debiut Lucasa: THX 1138, a osiem lat później także Czas apokalipsy. Lucas scenariusz do swojego pierwszego filmu długometrażowego napisał zresztą kręcąc właśnie ten dokument.

Conradino Beb

Pedro Almodóvar: „Filmy są teraz gorsze niż kiedyś”

Pedro Almodóvar przebywa obecnie w Nowym Jorku, gdzie promuje swój nowy film Julieta, oparty na trzech opowiadaniach pochodzących ze zbioru Runaway autorstwa kanadyjskiej pisarki Alice Munro. Film skupia się na dezintegracji związku pomiędzy matką i córką, a swoją premierę miał na tegorocznym Festiwalu w Cannes.

W krótkim wywiadzie dla magazynu Variety hiszpański reżyser ujawnił swój krytyczny stosunek do współczesnych produkcji hollywoodzkich, mówiąc:

Bardzo ciężko jest mi pójść do kina i znaleźć filmy, które kocham, znacznie trudniej niż kiedyś. Może się starzeję. Albo to, albo trudniej jest mi znaleźć historię, która mnie zaskoczy. Sądzę, że filmy są teraz gorsze niż kiedyś. Nie sądzę, że da się obecnie znaleźć rodzaj filmów, który był kręcony w latach ’60 czy ’70.

Nie jestem tak naprawdę zainteresowany filmami o superbohaterach, sequelami, prequelami, wznowieniami, tym całym przemiałem. Fakt, że filmy zrobiły się technicznie doskonałe, wywołuje ironicznie efekt odwrotny.

Zanim efekty zrobiły się doskonałe interesowałem się kinem przygodowym czy pościgowym. Ale cyfrowy czy syntetyczny aspekt obrazu odebrał im wiele w moich oczach. Wcześniej istniało poczucie niebezpieczeństwa, które było emocjonujące.

Almodóvar zdradza oprócz tego, iż ostatnim filmem Spielberga, który oglądał, byli Poszukiwacze zaginionej arki, a z tegorocznych produkcji najlepszymi są dla niego: Milczenie Martina Scorsese oraz Manchester by the Sea Kennetha Lonergana. Reżyser przymierza się także do zobaczenia Moonlight.

 

Źródło: Variety

Męskość i kobiecość we włoskim kinie peplum

Peplum, z łaciny strój kobiecy składający się na kawałek lekkiej tkaniny z wyciętymi rękawami, charakterystyczny ubiór popularny w starożytnej Grecji i pozostałych krajach śródziemnomorskich. Nazwa odnosi się także do szerokiego nurtu filmów historyczno-przygodowych, których akcja toczy się w okolicach Morza Śródziemnego i Starej Europy.

Po raz pierwszy termin peplum w odniesieniu do kina pojawił się w 1958 r. na łamach francuskiego czasopisma Cahiers du Cinéma wraz z premierą filmu Le fatiche di Ercole (ang. Hercules) w reż. Pietra Francisciego. Od tamtego czasu można mówić o swoistym boomie na filmy peplum, którym na Zachodzie nadano równie trafną nazwę kina „miecza i sandałów”. Z dzisiejszej perspektywy najłatwiej podpiąć je pod gatunek filmu kostiumowego, najczęściej dramatu lub produkcji przygodowej.

Włoskie kino po śmierci Benita Mussoliniego w 1945 roku odetchnęło z ulgą i zachłystnęło się Hollywood. Włosi dostali okazję, by zapoznać się z takimi zachodnimi gatunkami jak western, który z miejsca pokochali. Jednak miłość ta odnosiła się do konwencji końskiej opery samej w sobie, nie zaś do propagowanej przezeń treści.

Podobnie było z wszelakiej maści widowiskami historycznymi, te definiowały głównie wartości religijne i zgodność z faktami. Kradnąc wzorce od swoich zachodnich kolegów, włoscy twórcy przekuwali je na komercyjne kino popularne. Wśród tej masy filmów znajdzie się oczywiście dużo produkcji podchodzących do tematu nieco ambitniej od zwykłej rozrywki, jednak nie one stoją u podstaw fenomenu peplum.

To właśnie te, na ogół tanie filmy, podbijały nie tylko półwysep o kształcie buta, ale i zagraniczne kina. Stały się zatem pierwszym, popkulturowym fenomenem filmowym, jaki zrodziła światu ojczyzna pizzy i faszyzmu. Tutaj także swoje pierwsze kroki stawiali późniejsi mistrzowie spaghetti westernu czy kina giallo.

Kolos z Rodos, samodzielny debiut Sergia Leone z roku 1961, Syn Spartakusa Sergia Corbucciego, uważany po dziś dzień za jeden z lepszych filmów gatunku, czy odważne, pionierskie połączenie peplum z horrorem, Hercules in the Haunted World maestra Maria Bavy, to pierwsze produkcje peplum, które odniosły spory sukces komercyjny.

the-colossus-of-rhodes_1961_kadr
Kolos z Rodos (1961)

Ramy gatunkowe to jednak rzecz zasadniczo umowna, szczególnie we włoskim kinie, tak więc peplum u schyłku swojej popularności romansowało często i gęsto z horrorem, dramatem czy nawet filmem psychodelicznym. Wszystko to, by utrzymać starych, bądź zdobyć nowych widzów.

Początków peplum szukać należy jeszcze w kinie niemym. Wszystko zaczęło się od filmu Cabiria, nakręconego w 1914 roku. To tutaj po raz pierwszy pojawia się naczelny bohater wielu późniejszych pepli, Maciste – znany także jako Goliat – którego przygody powielało wielu późniejszych twórców.

Niepokonany heros, będący wariacją mitycznego Herkulesa, przyozdobił swoją wielką klatą takie filmy jak: Maciste w piekle w reż. Riccarda Fredy, Goliat kontra wampiry Sergia Corbucciego, Zorro contro Maciste w reż. Umberta Lenziego, czy jeden z ostatnich filmów w tej konwencji, Maciste kontra królowa Amazonek w reż. niesławnego Jesusa Franco.

Oprócz Maciste, ikony przez kino dla kina ukłutej, Włosi korzystali z całej gammy innych postaci, mitologicznych bądź historycznych. Spartakus, Herkules czy Samson czerpali całymi garściami z hiszpańskich opowieści płaszcza i szpady, w których pojawiał się Zorro.

Ten pro-społeczny bohater, stający zawsze w obronie uciemiężonych i słabszych, inspirował wymienionych wcześniej półbogów, by w końcu stać się archetypem jeźdźca znikąd, częstego protagonisty spaghetti westernu.

Trudno zatem odmówić nakręconej przez Giovanniego Pastrone i opartej na motywach powieści Gustawa Flauberta Salambo, Cabirii, miana produkcji kanonicznej. Szał, jaki zapanował później wokół omawianej postaci sprawił, że odtwórca jej roli w filmie Pastrone, Bartolomeo Pagano, zmienił oficjalnie nazwisko na Maciste.

cabiria_1914_kadr
Cabiria (1914)

Nacisk na atletyczne, przypominające antyczną rzeźbę, męskie ciało, okryte kawałkiem tkaniny stało się gatunkowym must havem. Aspekt ten przypieczętował w roku 1949 Henri Vidal swoją rolą Rhuala w filmie Fabiola w reż. Alessandra Blasettiego. Ta produkcja dołożyła kolejną cegiełkę do pnącego się ku szczytom popularności nurtu, z miejsca stając się międzynarodowym hitem.

Lata 50-te to okres ukształtowania się peplum takiego, jakie znamy dzisiaj. Wszystko za sprawą amerykańskiego twórcy Cecila B. DeMille, który postanowił odświeżyć formułę biblijnego filmu epoki niemej i w 1956 stworzyć Dziesięcioro Przykazań.

Zdobywca Oscara za najlepsze efekty specjalne w 1957 roku osiągnął taki sukces, że z miejsca zainspirował włoskiego reżysera Pietra Fancesciego do nakręcenia odpowiedzi. Skromy w budżecie film dał podwaliny pod komercyjny sukces peplum i wykreował naczelną gwiazdę kina spod znaku miecza i sandałów, Steeve’a Reevesa!

Herkules, czyli męskość Steeve’a Reevesa

„Siła Herkulesa była wieczna, jak świat, do którego należał. Ale któregoś dnia spotkał na swojej drodze zwykłych śmiertelników, gotowych poświęcić swoje krótkie życie w imię wiedzy, sprawiedliwości i miłości…”. Tymi słowami rozpoczyna się Herkules, dzieło Pietra Francesciego.

Jeśli wierzyć plotkom, za obsadzenie w tytułowej roli Steeve’a Reevesa odpowiada córka Francesciego. Zauważyła ona kulturystę w jednym z teatrów w Atenach, gdzie ten grał u boku Jane Powell i od razu pobiegła do domu, oznajmiając „Tato, myślę że znalazłam twojego Herkulesa”.

Jak przyznaje sam Reeves w wywiadzie dla The Perfect Vision Magazine z lipca 1994 roku: „Pietro Francesci, reżyser Herkulesa napisał ten scenariusz i trzymał go około pięciu lat. We Włoszech trafiał się ktoś albo przystojny i wysoki, ale bez odpowiednio wyrzeźbionego ciała, albo ktoś kto wyglądał, dobrze jednak nie posiadał odpowiedniego wzrostu. Po prostu nie mógł znaleźć dobrej kombinacji”.

Dla urodzonego w Kalifornii olbrzyma (posiadał tytuł Mr. Universe 1950) była to pierwsza, ważna rola kinowa. W 1948 roku został obsadzony przez Cecila DeMille’a w widowisku Samson i Dallia, niestety po kilku miesiącach od podpisania kontraktu odsunięto go od projektu ze względu na brak doświadczenia.

steve_reeves_hercules_1958_kadr
Steve Reeves jako Herkules w filmie o tym samym tytule / 1958

Reeves jednak z początku odrzucił propozycję zagrania rzymskiego herosa, gdyż jako człowiek odpowiedzialny za PR amerykańskiego Health Studios zarabiał nienajgorsze pieniądze. Dopiero kolejny list od Pietra, brzmiący: „Słuchaj, to poważna sprawa! Oto bilet lotniczy i zaliczka, $5000”, dał mu do zrozumieniam że reżyserowi naprawdę zależym aby znalazł się w obsadzie.

Aktor zapuścił brodę, aby odróżniać się od innych aktorów na planie i zagrał też odpowiednio, bo Hercules z miejsca stał się hitem. W samych tylko Stanach Zjednoczonych film zarobił około $40 mln przy koszcie wynoszącym jedynie pół miliona zielonych, co jest imponującym zwrotem z inwestycji. Reeves zdeklasował takich popularnych w tamtym czasie aktorów, jak Rock Hudson, Doris Day czy John Wayne.

A jak ten film się odbiera? To bardzo pocieszna, luźna i rozrywkowa produkcja, fabularnie stojąca na dwóch klasycznych mitach. Historia nadludzkiego siłacza całkiem zgrabnie łączy się tutaj z wątkami Jazona i Argonautów. Herkules pomaga zatrzymać pędzący rydwan przypadkowo napotkanej kobiecie, która zdaje się uciekać ze swojego rodzinnego miasta. Iole, bo tak na imię piękna niewiasta, okazuje się być córką króla Peliasa, władcy greckiego królestwa Iolcus.

Herkules demonstruje swoją siłę

Przypadek sprawia, że Herkules właśnie zmierza odwiedzić króla w celu szkolenia jego syna. Dziewczyna wydaje się być jednak bardzo zaniepokojona pewną rodzinną tragedią sprzed lat, która sprawiła, że tron po swoim bracie przejął właśnie jej ojciec. Reszta jest tylko wymówką, by dać widzowi przeżyć wraz z bohaterem kilka jego prac, w tym walkę z lwem nemejskim, a w końcu być świadkiem wyprawy po mityczne Złote Runo.

Film, w odróżnieniu od większości pepli, dość mocno trzyma się swoich korzeni, mimo że to druga połowa z wizytą na wyspie Amazonek i walką z godzillopodobną bestią góruje nad wolno wleczącym się początkiem. Finał utrzymany jest ponadto w lekkim tonie, konsekwentnie budowanym przez całą resztę filmu. Możemy ti również podziwiać wspaniałą pracę wciąż niedocenionego Maria Bavy, który odpowiedzialny był w Herkulesie za scenografię i światła.

Wielki sukces filmu Pietra Francesciego był zielonym światłem dla twórców, którzy chcieli się podpiąć pod wykreowany przez niego nurt i samego bohatera. Herkules i królowa Lidia to sequel oryginału w reżyserii tej samej osoby.

Wcielający się w rolę sprytnego i dobrodusznego siłacza, Steeve Reeves rzucony zostaje tym razem w środek rodzinnego sporu o tron. Intryga kręci się wokół walki dwóch braci o władzę nad Tebami oraz biednego Herkulesa, omamionego toksycznym „urokiem” podstępnej królowej Omphale.

Produkcja przejawia wszystkie prawidła rządzące udanym sequelem, od znanych i lubianych postaci po samą konstrukcję fabuły, składającą się na fuzję dwóch klasycznych mitów.

W trakcie podróży do wspomnianych Teb, znana z oryginału Iole nuci sympatyczną piosenkę The Evening Star, która w rzeczywistości dubingowana jest przez amerykańską śpiewaczkę estradową, June Valli. „Jeszcze więcej tego samego”, takie słowa wydawać by się mogło przyświecały Francesciemu i jego ekipie na planie filmu.

Wartym wspomnienia jest fakt, że za światła i scenografię znów odpowiedzialny był Mario Bava, który nie szczędził kolorowych jarzeniówek, sztucznej mgły i malowniczej wręcz scenografii. Jednak tu gdzie pomógł budżet nie zadziałała fabuła. Nie jest to oczywiście scenariusz, po którym jego twórca powinien schować się za kamieniem na kolejną dekadę.

Oglądając film odczuwa się wyraźnie „wałkowanie tematu”, a opowiedziane historie, ratowanie Teb i ucieczka z wyspy złej królowej nie kleją się ze sobą zbyt dobrze. Niestety, na pierwszy rzut oka widać też nieco wolniejsze tempo akcji, zauważalne zwłaszcza w przeciągniętym prologu. Herkules i królowa Lidia – znane szerzej jako Hercules Unchained – zaspokoją głód tych, którzy od oryginału oczekiwali epickich starć na większą skalę.

Finałowa walka o Teby robi jednak wrażenie swoim rozmachem, liczbą statystów i dekoracji w postaci wież i machin śmierci. Większą rolę dostał także kręcący się u boku Herkulesa młody Ulisses. Postać, w którą w obu filmach Francesciego wcielił się Gabriele Antonini, zasilić miał później niejeden film spod znaku miecza i sandałów.

Francesci powróci do peplum jeszcze kilkakrotnie przed swoją śmiercią w 1977 roku. Nakręci nafaszerowanego testosteronem Herkulesa, Samsona i Ulissesa (niestety już bez udziału Steeve’a Reevesa), gdzie trzej herosi walczą z morskim potworem. Przygody mitycznego półboga i jemu podobnych pociągnie także w międzyczasie wielu innych twórców, raz lepiej, raz gorzej.

Sam legendarny Reeves swoją przygodę z kinem miecza i sandałów zakończył współpracą z legendą spaghetti westernu, człowiekiem odpowiedzialnym za takie tytuły jak Django (1966) czy Człowiek zwany Ciszą (1968), Sergiem Corbuccim. Nakręcony w 1962 Syn Spartakusa aka. The Slave, to historia rzymskiego centuriona, który odkrywa prawdę o swoim pochodzeniu, jest potomkiem słynnego Spartakusa. Staje się on obrońcą uciemiężonych pośród piasków pustyni niewolników, będących pod butem okrutnego i przekupnego konsula Crassusa.

Syn Spartakusa (1962)

Patrząc na Syna Spartakusa przez pryzmat późniejszych dokonań włoskiego kina, nie sposób dostrzec w nim westernowego sznytu reżysera. Nic więc dziwnego, że jednym z jego następnych filmów jest Minnesota Clay (1964). Dysponując dość pokaźnym budżetem, owocem poprzedniej produkcji Corbucciego i Reevesa pt. Romulus i Remus (1961), stworzono jeden z najbardziej epickich filmów peplum.

Wszystko to za sprawą zapierającej dech w piersiach choreografii walk oraz dość brutalnych momentach ukazujących śmierć. Syn Spartakusa to także pewien symbol na osi czasu, gdyż można zacząć mówić o umownej śmierci kina miecza i sandałów, a także przejęciu dzierżonego przezeń lauru popularności przez spaghetti western.

Steve Reeves zagrał jeszcze w dwóch filmach Umberta Lenziego, kręcących się wokół postaci bohatera malezyjskich piratów: Sandokan, Tygrys z Malezji (1963) oraz Piraci z Malezji (1964), by następnie odrzucić główną rolę w legendarnym Za garść dolarów Sergia Leone.

sandokan_tiger_steve_reeves
Steve Reeves jako Sandokan / 1963

Angaż ten zgarnął ostatecznie Clint Eastwood, z miejsca stając się naczelną twarzą końskiej opery, a sam Reeves zawitał na Dziki Zachód wraz z Camillo Bazzonim w jego Vivo per la tua morte (1968). Po zakończonej przygodzie z kinem, Steve osiadł na ranczo w kalifornijskim Valley Center, gdzie wraz z drugą żoną, Polką, Aliną Czartjarwicz, spędził resztę życia zajmując się końmi.

Kobiecość w kinie peplum

Tam gdzie muskularni mężczyźni, tam i piękne kobiety. Twórcy kina peplum wręcz prześcigali się w napychaniu swoich filmów znanymi nazwiskami. Choć kobiety zredukowane były najczęściej do obiektu westchnięć naszego herosa, który by zaimponować swojej wybrance serca musiał pokonać zło tego świata, ich rola wcale nie była drugoplanowa.

Nierzadko, tak jak w wspomnianym Herkulesie i królowej Lidii, kobiety stawały się ucieleśnieniem zła, dominą, która za pomocą swoich szemranych sztuczek uwodziła głównego bohatera. Zawsze zjawiskowo piękne, skąpo ubrane i przyozdobione biżuterią, antybohaterki knuły w swoich przepełnionym blichtrem grotach i zamczyskach.

Z drugiej strony, w peplum pojawiały się również niewinne, wydawać by się mogło nieskalane brutalnością otaczającego świata kobiety, w których bohater odnajdywał swój kawałek nieba. W ich ubiorze dominowała biel, a wszystkie dodatki w postaci biżuterii redukowane były do minimum.

pam_grier_arena_1974
Pam Grier i Margaret Markov w „Arenie” / 1974

Każdy wielki wojownik wie, że nic tak nie rozładuje napiętych mięśni po zaciętej bitwie, jak wizyta w alkowie. Kobiet przez peplum przewinęło się wiele, średnio na jednego herosa przypadały dwie piękne niewiasty. Najlepiej, jeśli na plakacie znalazło się jakieś egzotyczne nazwisko którejś z znanych, bądź debiutujących aktorek.
Oczywiście, aktorski staż nie szedł często w parze z wyjątkową urodą.

W filmie Rok 79: Zniszczenie Herkulanum czy Stary Testament w reż. Gianfranca Paroliniego zagrała austriacko-brytyjska piękność, Mara Lane, a Podróż Sindbada do Złotej Krainy podkręciła swoim ciałem jej wyspiarska rodaczka, Caroline Munro.

79ad_destruction_of_mara_lane
Mara Lane w „Zniszczeniu Herkulanum” (1962)

Ta druga, ówcześnie mało znana aktorka, właśnie w kinie peplum odnalazła chwilę wytchnienia od kręconych taśmowo przez wytwórnie Hammer horrorów.

Tutaj też swój epizod miała Tina Louise, amerykańska modelka, piosenkarka i gwiazda serialu Wyspa Giligana, która zagrała w dobrze przyjętych Oblężeniu Syrakuz i Safonie – Wenus z Lesbos, oba spod ręki prekursora Pietra Francesciego.

Kino peplum uratowało przed bankructwem rodzime aktorki. Przykładem niech będzie Scilla Gabel, której przesyt na włoskie aktorki w Hollywood nie pozwolił na rozwinięcie skrzydeł. Właśnie niezliczona ilość filmów spod znaku miecza i sandałów (wspomnę tylko Ostatnie dni Sodomy i Gomory czy Zemstę Spartakusa) pozwoliła jej zostać gwiazdą, może nie na Nowej Ziemi, ale pewnego razu na włoskim Zachodzie.

W latach 60-tych i 70-tych, czasie rewolucji seksualnej, peplum zabłysnęło nowym blaskiem. Był to oczywiście blask nagich, hojnie przez Boga obdarzonych pań, który rozpętał szum wśród cenzorów. Będąca czymś zupełnie nie do pomyślenia jeszcze kilka lat wstecz, twarda i miękka pornografia w szatach kostiumowego filmu historycznego zyskała nazwę „peplum x”.

Połączenie tych dwóch gatunków nie było trudne, oba nadawały się wręcz idealnie do kinematograficznej symbiozy. Trend ten eksploatowany był aż do lat 80-tych, a w 1979 roku zrobiło się o nim naprawdę głośno za sprawą kontrowersyjnego filmu koprodukcji włosko-amerykańskiej.

Kaligula, bo taką nazwę nosi dość odważna wizja starożytnego Rzymu, ulepiona w głowie Tinto Brassa, z miejsca zamieszała w filmowym kociołku, dzieląc ludzi na dwa radykalne obozy. Jedni bronili filmu, podnosząc go do rangi sztuki, obrazu dekadenckiego życia władców pełnego wyzwolonego seksu i krwawej makabreski.

caligula_1979_uncut_sex_scene
Scena orgii seksualnej / „Kaligula” (1979)

Z drugiej stroni stali ci, dla których Kaligula była niczym innym, jak kiczowatą eksploatacją, pozbawioną głębi chorą ekspozycja. Trudno znaleźć tutaj nić porozumienia, wszak jedni i drudzy mają całkowitą rację. Patrząc jednak chłodnym okiem, zrobienie „kiczowatej eksploatacji” przy takim budżecie to też swego rodzaju „sztuka”.

Jak to we Włoszech bywa, film Brassa doczekał się całej masy nieoficjalnych sequeli, spin-offów czy remake’ów. Te budżetowe produkcje podchwyciły wątek kontrowersji, by pod płaszczem mieczy i sandałów sprzedawać zwyczajne kino erotyczne. Przykładowo, Kaligula i Messalina (1981) spartańskiego rzeźnika kina Bruna Mattei – facet odpowiedzialny za nieoficjalne sequele Predatora, Terminatora i Obcego – przepełniona jest wymownymi sekwencjami erotycznymi na tle tekturowej scenografii i plastikowych makiet.

Jeszcze gorzej ogląda się Kaligulę II: Prawdziwą historię, za którą odpowiedzialny jest znany i lubiany w pewnych kręgach Joe D’Amato. Ten ekscentryczny twórca w 1974 roku zebrał na jednym planie Pam Grier, Margaret Markov i Lucretie Love, kręcąc wspólnie ze Stevem Carverem film Arena. Skąpo ubrane kobiety, w tym wspomniana gwiazda kina blaxploitation, na przemian oddają się krwawym walkom w Koloseum i miłosnym igraszkom z przedstawicielami obu płci.

caligula_et_messaline_1981_kadr
Seks grupowy / „Kaligula i Messalina” (1981)

Jednak w klasycznym formacie peplum trudno szukać obrazoburczej erotyki czy jednoznacznych scen. Zrodzony w najbardziej pruderyjnej dekadzie, latach 50-tych, gatunek trzymał się z dala od przekraczenia granicy dobrego smaku w kwestii pokazywania nagiego ciała.

Mające swoją premierę w sierpniu 1960 roku Miłostki Herkulesa w reż. Carla Ludovica Bragagli, rzucają targanego chęcią zemsty bohatera wprost w objęcia pięknej królowej Dianiry. Grany przez węgierskiego kulturystę Mickeya Hargitaya, Herkules zakochuje się w pięknej królowej, w której rolę wcieliła się tragicznie zmarła Jayne Mansfield. Jednak ta odrzuca jego zaloty na rzecz innego mężczyzny.

Intryga zostaje zawiązana, kiedy sympatyczny siłacz zostaje wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił, po czym walczy z mityczną hydrą i trafia do wioski Amazonek. Jak się okazuje, kobiety wojowniczki mają zwyczaj zamieniania niepotrzebnych mężczyzn w drzewa. Kobieta w filmie Bragagli jawi się jako jako istota przenikliwie zła, apodyktyczna, bywając też antagonistką.

Nawet główny obiekt westchnień Herkulesa pozwala mu się „skonsumować” dopiero, kiedy ten wyzwoli ją z rąk włochatego troglodyty. Film zasłużenie pokrył się kurzem zapomnienia, gdyż oprócz balansującej na granicy żenady i zabawy walki z hydrą, wyglądającej jak żywcem wyrwana z objazdowego lunaparku, nie oferuje zupełnie nic. Miłostki Herkulesa nie dostały nawet dystrybucji kinowej na terenie Stanów Zjednoczonych.

Dwuznaczną kobiecą naturę, spolaryzowaną na skrajne formy dobra i zła, zgrabnie zobrazował Vittorio Cottafavi w swoim filmie Hercules and the Captive Women aka. Hercules and the Conquest of Atlantis (1961). Herkules – w tej roli Reg Park – chcąc ratować Greków przed nieuchronną zagładą, pakuje się na łajbę i płynie w poszukiwaniu ostatniej nadziei.

hercules-and-the-conquest-of-atlantis-1961
„Hercules and the Conquest of Atlantis” (1961)

Gdy jego statek ulega destrukcji, siłacz ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie z miejsca pomaga zaklętej w skałę jasnowłosej niewiaście. Po walce z facetem w kostiumie lwa, wypchanym sępem oraz facetem w kostiumie legwana, kobieta uwalnia się i prowadzi Herkulesa do swojego rodzinnego miasta. Tam jednak rządzi zła do szpiku kości Antinea, królowa Atlantydy, w której rolę wcieliła się amerykańska aktorka Fay Spain.

Nie da się ukryć, że obraz kobiety w kinie peplum bywał często kliszą – kobieta do pokonania lub kobieta do uratowania. Rzadko kiedy twórcy wychodzili poza te bezpieczne schematy, nadając bohaterkom swoich filmów raczej ograne cechy. W filmie Herkules Pietra Francesciego pojawia się na przykład plemię Amazonek, kobiet nie znających uczuć.

W ten czy inny sposób kobiety w świecie mieczy i sandałów skazane były zazwyczaj na męskie towarzystwo. Czy był to niskobudżetowy film przygodowy, czy historyczny film pornograficzny, półnaga i piękna kobieta, usadowiona po którejś ze stron barykady, była obowiązkowym elementem gatunku.

Jednak fala peplum, jaka przetoczyła się przez Półwysep Apeniński to nie tylko granie na znanych modelach męskości i kobiecości, a przede wszystkim dość obszerne pole eksperymentalne dla całej masy twórców. Od gotyckiego horroru po klasyczny spaghetti western, od wybuchowej piro-dramy po obsceniczną pornografię, peplum stało się swoistym zwierciadłem gatunkowym.

Oskar „Dziku” Dziki

Czy w rozwodzie Angeliny Jolie i Brada Pitta tak naprawdę poszło o palenie trawy?

Od złożenia pozwu o rozwód z Bradem Pittem przez Angelinę Jolie minęły zaledwie 24 godziny, a media już podsuwają nowe tropy. Być może nie chodziło wcale o zdradę małżeńską, ale o palenie marihuany! Faktycznie, aktor przez lata próbował oczyścić swój wizerunek potheada, zapoczątkowany w kultowym filmie Prawdziwy romans (1993) Tony’ego Scotta, ale jego upalona przeszłość dopadała go na każdym kroku.

Rozwodowe śledztwo rozpoczął TMZ, pisząc: Nasze źródła mówią, że Angelina miała dosyć palenia trawy przez Brada i być może konsumpcji alkoholu, co w powiązaniu z „problemem gniewu” stało się w jej oczach niebezpieczne dla dzieci.

W szranki szybko poszedł Vulture, który wyciągnął z archiwów wywiad z aktorem przeprowadzony w 2009 przez Billa Mahera na łamach Real Time. Showman przypomniał Pittowi na antenie, jak ten spędził całą imprezę siedząc na podłodze i kręcąc jointy.

Kręciłeś idealne jointy. Najdoskonalsze jointy, jakie widziałem w życiu. Jak maszyna… były lepsze niż papierosy – powiedział Maher. Aktor nieśmiało odebrał komplement, mówiąc: Jestem artystą.

I mimo że na palenie przez Pitta jointów w trakcie jego związku małżeńskiego brak twardych dowodów, aktora niechcący zdradził w 2009 sam Quentin Tarantino, który na łamach tokszołu Jimmy Kimmel Live ujawnił, jak udało mu się zwerbować go do obsady Bękartów wojny.

Reżyser przebywał we francuskiej rezydencji aktora, gdzie obydwoje omawiali zawiłości scenariusza nad butelką rosé, gdy Brad położył nagle na stole fajkę do palenia marihuany o kształcie puszki w czerwono-srebrnym kolorze.

Tarantino dołożył nawet anegdotkę, jak Brad obudził się rano, zobaczył fajkę, po czym zaczął liczyć butelki, których było sześć. Reżyser poprawił się później, oświadczając, że aktor „nie pali marihuany na planie”.

Czy Angelina może użyć marihuanowego argumentu w sądzie, żeby pozbawić aktora praw do opieki nad dziećmi? Marihuana medyczna pozostaje legalna w Kalifornii i jedyne co potrzebne jest użytkownikowi to karta medyczna za $40.

Sędziowie rodzinni wciąż traktują jednak palenie marihuany jak picie alkoholu czy wciąganie kokainy i jeśli strona sądząca jest w stanie udowodnić, że partner nadużywał danej substancji, może być to zaliczone na jego niekorzyść.

Conradino Beb

 

Źródło: TMZ / Vulture

Nicolas Winding Refn przywalił Larsowi von Trierowi, ale dlaczego?

Nicolas Winding Refn zręcznie podgrzał atmosferę na piątkowej konferencji prasowej w Cannes, ogłaszając że jego krajan Lars von Trier „już dawno jedzie po równi pochyłej”, że „zażywał dużo dragów” i że „gdy go widział po raz ostatni, ten próbował stuknąć mu żonę”… ale teraz „znalazł sobie jakąś inną dziwkę”.

NWR nie po raz pierwszy skrytykował jednak twórcę Przełamując fale i Antychrysta, a wszystko zaczęło się na Festiwalu w Cannes w 2011, kiedy Lars von Trier sprowokował publikę nazistowskimi żartami, za co został w trybie ekspresowym ogłoszony persona non grata. NWR przeprosił wtedy za von Triera, mówiąc że „Duńczycy mają bardzo ograniczoną mentalność”.

Jak się jednak okazuje, reżyser miał znacznie głębszy motyw, co wypłynęło w artykule Los Angeles Times dwa miesiące później, gdzie NWR ogłosił: To co powiedział Lars było bardzo, bardzo podłe. Jako że pochodzę z żydowskiej rodziny, bardzo zasmuciło mnie to, że ktoś był w stanie powiedzieć coś takiego bez namysłu nad tym, jak mogą to odebrać inni ludzie.

Problem Danii jest taki, że kręci się w swoim małym świecie, nawet jeśli chciałaby się obracać w kręgach międzynarodowych. Mieliśmy podobny problem z tymi (anty muzułmańskimi) komiksami, które były kompletnie niepotrzebne i nie miały żadnego celu poza wywołaniem reakcji.

Konferencja prasowa w Cannes / 2011

Ale ten konflikt nie jest taki prosty, jak się wydaje, bo w wywiadzie dla New York Times z maja 2013 NWR mówi: Mam ogromny szacunek i podziw dla Larsa, ale gramy też w nieokreśloną grę. Wysłał mi SMS-a wiele lat temu, w którym stwierdził, że pewnego dnia wbiję mu nóż w plecy i obiorę prowadzenie. Od tego czasu tak sobie pogrywamy. Ale nie trzymamy się razem i nie imprezujemy razem.

W ramach tej gry NWR wysłał von Trierowi oprawiony w ramki plakat do Boys from Brazil, filmu z 1978 opowiadającego o próbie sklonowania Hitlera, mówiąc mediom że „wszystkie klony wyglądają jak jego młodzi akolici” i że „nie doczekał się od niego notki z podziękowaniami, bo Lars pogrążył się w pigułkach lub innych środkach”.

Conradino Beb

Przekraczając gatunek, czyli wokół „The Witch” i innych hybryd filmowych

Jak powiedział kiedyś w wywiadzie dla brytyjskiego magazynu Time Out William Friedkin: Rozumiem, że ludzie uważają Egzorcystę za horror. Totalnie to kumam. Nie musisz się o nic martwić, bo to tylko horror. Ale sądzę, że porusza on znacznie głębsze problemy, niż robi to przeciętny horror. Jeśli mam być z tobą szczery, ani Bill Blatty (mój scenarzysta), ani ja, nie planowaliśmy robienia żadnego horroru. Nie przyszło nam to nawet na myśl.

Hybrydy filmowe w perspektywie historycznej

Powyższa wypowiedź Friedkina pozostaje znacząca nie tylko w kontekście interpretacji jego najsłynniejszego dzieła, ale daje nam również klucz do zrozumienia dość świeżego fenomenu tzw. artystycznego kina gatunkowego, które określane również przez krytyków „artystycznym kinem akcji” bądź „hybrydą artyzmu i gatunku”, bądź „nową falą gatunkową”, reprezentuje zatarcie granic pomiędzy tradycyjnymi gatunkami takimi jak: horror, thriller, kino gangsterskie, science-fiction czy film akcji, a wizjami stricte autorskimi.

To wprawdzie duża zmiana na poziomie konceptualnym i marketingowym, ale oparta na solidnych precedensach, które możemy namierzyć u samego zarania kina. Faktycznie, jeden z kamieni milowych kinematografii, Podróż na Księżyc Georgesa Méliès, jest określany przez współczesnych krytyków zarówno jako film science-fiction oraz film eksperymentalny, bo ani pojęcie gatunku, ani pojęcie sztuki filmowej w 1902 roku nie były jeszcze znane – nie istniały więc standardy produkcji, do których stosować miał się twórca.

W retrospekcji to także Méliès miał wyreżyserować w 1896 pierwszy horror wszech czasów, znany jako Rezydencja diabła (Le Manoir du diable aka. The Haunted Castle aka. The Devil’s Castle), po którym przyszedł czas na japońskie Bake Jizo oraz Shinin no Sosei w 1898. Do innych pionierów gatunku zalicza się też Frankensteina (J. Searle Dawley, 1910), a w dalszej kolejności cztery dzieła niemieckiego ekspresjonizmu: Golema (Paul Wegener, 1920), Gabinet Dr. Caligari (Robert Wiene, 1920), Nosferatu (F. W. Murnau, 1922) i Człowieka, który się śmieje (Paul Leni, 1928).

MurnauNosferatuSchreck
„Nosferatu” / F. W. Murnau, 1922

Samo słowo horror pojawiło się jednak po raz pierwszy w dyskursie filmowym dopiero w 1931, kiedy wytwórnia Universal Pictures wypuściła Draculę z Belą Lugosim (po sukcesie sztuki teatralnej o tym samym tytule) i Frankensteina z Borisem Karloffem, używając go w kampanii promocyjnej.

Znaczący jest oczywiście fakt, iż dobrze znana szufladka literacka (horrory popularne już były w Europie w XVIII wieku), została przeniesiona na ekran przez przemysł filmowy z pragmatycznych powodów i nie była pochodną żadnej idei intelektualno-filozoficznej.

Geneza horroru, jak więc widzimy, związana jest przede wszystkim z marketingiem, a nie z krytyką filmową, która była przed drugą wojną światową w powijakach, chociaż już w 1908 pierwszą rubrykę filmową zaczął prowadzić na łamach amerykańskiego dziennika The New York Dramatic Mirror niejaki Frank E. Wood, a w 1912 dla brytyjskiego dziennika London Evening News recenzować filmy zaczął niejaki WG Faulkner.

Także Polacy nie byli z tyłu, gdyż w 1913 swój pierwszy artykuł na temat kina, zatytułowany nomen omen Śmierć kina, opublikował literat i poeta Karol Irzykowski. W 1924 wydał on również pionierską książkę Dziesiąta muza, w której przedstawił filozoficzną tezę, że „kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią”.

Ale mimo działalności Irzykowskiego na polu krytyki literackiej za znacznie ważniejszego na rodzimym podwórku uznaje się Antoniego Słonimskiego, którego inauguracyjny felieton pt. Kinematograf, ukazał się w październiku 1922 roku na łamach Kuriera Polskiego. To Słonimski jako pierwszy intelektualista w Polsce zaczął także interpretować kino nie tylko jako rozrywkę, ale przede wszystkim jako zjawisko kulturowe.

bela_lugosi_dracula_sztuka_teatralna
Plakat z występu Beli Lugosiego w Vista Theatre / 8.12.1947

To nie zmienia jednak faktu, że horror, thriller i kino gangsterskie były w dwudziestoleciu międzywojennym traktowane jako formy wyłącznie rozrywkowe, służące zabawianiu publiczności i zarabianiu pieniędzy, szczególnie od momentu, kiedy amerykański przemysł filmowy zaczął je traktować jako masowy produkt i wynalazł powtarzalną „formułę” – słowo kluczowe dla zrozumienia, czym w ogóle jest gatunek filmowy, jak pisze w The Shifting Definitions of Genre: Essays on Labeling Films, Television Shows and Media Marc Jancovich.

W ramach formuły przemysł filmowy kopiował skuteczne rozwiązania z filmów, które osiągały sukces kasowy i powielał je w kolejnych, aż do całkowitego wyczerpania danego tematu, co prowadziło do szukania nowego i powtarzania całego cyklu od początku.

Warto przy tym dodać, że tzw. system studyjny nie pozwalał w tym okresie ani aktorom, ani reżyserom, ani scenarzystom, na zajmowanie kreatywnych czy artystycznych postaw – wszyscy oni byli jedynie najemnikami przy kolektywnym projekcie, a do tego na długich kontraktach, co miało się sypnąć na dobre w latach ’60 i zainicjować Nowe Hollywood.

Z tego zresztą powodu klasyczne horrory nawet dziś rzadko bywają przez krytyków analizowane pod kątem treści artystycznych, które zgodnie z podstarzałą, ale bardzo w swoim czasie modną „teorią autora”, zapoczątkowaną przez francuski magazyn Cahiers du Cinéma we wczesnych latach ’50, są oznaką kina ambitnego. To musi zaś posiadać indywidualne piętno, którego znakiem rozpoznawczym jest często własnoręcznie napisany przez reżysera scenariusz, ale absolutną podstawą zaangażowanie duchowe we własne dzieło.

Zgodnie z tą teorią dzieło autorskie nie może być w żadnym wypadku częścią masowego systemu produkcji i dystrybucji, w ramach którego Hollywood wypluwa kolejne filmy gatunkowe. Może ono powstać jedynie poza nim… czy może jednak nie? Na styku teorii i praktyki filmowej w latach ’50 pojawiają się pierwsze problemy, które dręczą wielu filmoznawców po dziś dzień. Czy przykładowo Psychoza Hitchcocka, wyprodukowana w 1960 przez Paramount, a więc duże studio, jest produktem masowym czy dziełem sztuki?

pyscho_hitchcock
Scena z „Psychozy” Hitchcocka

A sprawa nie jest oczywista, bo z jednej strony mamy tu mały budżet (jak na film studyjny) i dużą kontrolę reżysera nad filmowany materiałem, a z drugiej strony pełną wytrychów, prawie że eksploatacyjną, kampanię reklamową, nakierowaną na masowego widza. Z jednej strony mamy veto studia (Hitchcock sam sfinansował swój film) i kontrowersje ratingowe, a z drugiej ostateczny sukces finansowy na całym świecie i masową popularność.

Z jednej strony mamy szok, grozę i mroki ludzkiej jaźni, a więc standardowe chwyty dla klasycznego thrillera, a z drugiej eksperymentalną kinematografię z bardzo nowatorskim jak na swoje czasy montażem i niejasne zakończenie bez żadnego przesłania moralnego. Czym jest więc ostatecznie Psychoza, filmem gatunkowym czy autorskim?

Kinomani piszący dla Cahiers du Cinéma nie mieli oczywiście wątpliwości, Psychoza była filmem autorskim, jak nie miał też wątpliwości amerykański krytyk Andrew Sarris, który na łamach Village Voice nazwał Hitchcocka po premierze „najodważniejszym filmowcem awangardowym w Ameryce”… co nie zmienia faktu, że dzisiaj Psychoza jest traktowana przez fanów kina jako klasyka thrillera/horroru z podkreślanym do znudzenia zdaniem „jak zmieniła gatunek”, a więc najrozsądniej byłoby ją nazwać filmem hybrydowym.

alfred_hitchcock_cahiers_du_cinema
Alfred Hitchcock na okładce „Cahiers du Cinéma”

Z perspektywy historycznej przełomowe dzieło mistrza suspensu nie było jednak pierwsze w hybrydowym świecie. Do najwcześniejszych z nich należą film edukacyjny, paradokument i horror w jednym, Czarownice (1922) Benjamina Christensena, a także Vampyr (1932), mało znany horror ekspresjonistyczny, operujący głównie sugestią i światłocieniem, wyreżyserowany przez legendarnego filmowca duńskiego, Carla Theodora Dreyera, który do historii kina przeszedł swoim niemym dziełem Męczeństwo Joanny D’Arc (1928), zrealizowanym we Francji… który nieprzypadkowo pozostaje jednym z ulubionych filmów Roberta Eggersa, twórcy The Witch, a także Larsa von Triera, twórcy Antychrysta.

Kultowe „horrory”, a teoria aktora-sieci

Jak mówi Eggers w wywiadzie dla RogerEbert.com: Carl Theodor Dreyer jest dla mnie gigantem. Lubię ten cały kanon artystyczny. Oprócz tego reżyser przypomina przy każdej okazji o swojej miłości do Ingmara Bergmana i Stanleya Kubricka, ale nie zapomina nazwać w tym samym wywiadzie kreacji ze Lśnienia „gównianymi”, „przesadzonymi” i „nieprawdziwymi”.

Dość ciekawe stanowisko człowieka, który miałby być nową nadzieją horroru, a w innym wywiadzie dodaje: Zawsze przyciągały mnie rzeczy mroczne i nieziemskie, ale horrory były dla mnie za dzieciaka wiecznie zbyt straszne.

Faktycznie, Eggers nie darzy horrorów jakimś szczególnie ciepłym uczuciem, a pracę przy The Witch określa nawet jako „daleką od widma wpadnięcia w pułapkę horroru”, co prowadzi nas do jedynego, choć być może kontrowersyjnego wniosku: jego debiut nie jest horrorem, tak jak nie jest nim Egzorcysta Friedkina, Opętanie Żuławskiego, Lśnienie Kubricka, czy żeby nie sięgać daleko ostatni film Jarmuscha: Tylko kochankowie przeżyją.

the-exorcist-1973-kadr
Słynna scena z „Egzorcysty” Williama Friedkina

Czy te dzieła zrealizowane zostały bowiem wg formuły horroru? Udowodnienie tego będzie bardzo ciężkie z wyżej wymienionego powodu. Pojęcie horroru w kinie nie jest dyskursywne (nie ma mocnej podstawy teoretycznej), ale marketingowo-ekonomiczne, tak więc nie można wobec niego zastosować logicznego wnioskowania, a tym bardziej dokonać semiotycznej analizy.

Horror w żadnym wypadku nie należy też do idei filozoficznych, a jako pojęcie filmowe jest zaledwie aktantem (to piękne słowo należy do teorii aktora-sieci, w skrócie ANT), który tworzy część sieci ekonomiczno-marketingowej, sieci odbiorców, sieci twórców, z wieloma silnymi aktorami (ponownie, w sensie przyjętym w ANT), z których każdy wywiera pewien wpływ na kształtowanie się idei horroru, ale także na ostateczny kształt fizycznego produktu w postaci DCP (Digital Cinema Package), krążka DVD czy Blu-ray, a wcześniej negatywu i odbitki filmowej, a ostatecznie także na ciągłą zmianę w pojmowaniu przyjętego znaczenia horroru jako gatunku, co odpowiada potrzebie ewolucji samego medium filmu.

To stwarza niestety problemy wielu fanom, którzy pod pojęciem horroru rozumieją zestaw pewnych klisz (nomen omen rozpropagowanych przez przemysł filmowy) i nierozumieniem, krytyką, a czasem nawet z oburzeniem czy wściekłością przyjmują filmy, które im się wymykają, ale wciąż są promowane i reklamowane jako horror, nie rozróżniając pomiędzy zabiegami producentów i dystrybutorów, a treścią tego co widzą na ekranie, do czego może dochodzić także frustracja finansowa, jako że za obejrzenie tego filmu przecież zapłacili.

To zamieszanie tłumaczy nam jednak całkiem sprawnie Bruno Latour, który pisze w Reassembling the Social: Nie ma bezpośredniego związku pomiędzy czymś realnym i niezaprzeczalnym, co można zastosować także do filmowego horroru, który jest zjawiskiem kulturowym (jako przedmiot zainteresowania i inspiracji), realnym (poprzez proces produkcji), a przy okazji zmysłowo-estetycznym (odbieramy go poprzez zmysł wzroku i słuchu) i finansowym, czyli jest idealnym zjawiskiem hybrydowym, jednak w żadnym wypadku nie jest zjawiskiem niezaprzeczalnym!

I faktycznie, bardzo surowe mapowanie kontrowersji horroru, czyli badanie sieci tworzącej horror i przez horror tworzonej (bo jako aktant horror swoją sieć dynamicznie podtrzymuje), ujawnia że wiele z największych osiągnięć gatunku nie było przez ich twórców określane jako horror, a zostały tak sklasyfikowane głównie na skutek zabiegów dystrybutorów i opinii krytyków, którzy rozpoznali w nich pewne elementy (nie zawsze te same), a następnie utrwalili swoje opinie w ramach książek i artykułów prasowych.

acta-mapping
Mapowanie kontrowersji na przykładzie sprawy ACTA

Nie zmienia to jednak faktu, że Kubrick nigdy nie stawiał w Lśnieniu na nadnaturalne przyczyny wydarzeń, używając ich jedynie jako rodzaju fałszywej sugestii, co wyjaśnił następująco w wywiadzie z 1980: Stephen Crane napisał historię pt. The Blue Hotel. Czytając ją dowiadujesz się szybko, że głównym charakterem jest paranoik. Bierze on udział w grze w pokera, decyduje że ktoś go oszukuje, rzuca oskarżenie, wszczyna walkę i zostaje zabity.

Sądzisz, że przesłaniem tej opowieści jest nieuchronność śmierci pokerzysty, który ostatecznie traci życie w fatalnym pojedynku rewolwerowym. Ale na końcu dowiadujesz się, że człowiek oskarżony o oszukiwanie naprawdę go oszukiwał. Sądzę, że Lśnienie używa podobnego rodzaju fałszywej sugestii psychologicznej w celu uprzedzenia wniosku, że paranormalne wydarzenia naprawdę mają miejsce.

Oczywiście, Lśnienie zostało oparte na książce-horrorze Stephena Kinga, który jednak z miejsca znienawidził scenariusz Kubricka napisany wspólnie z pisarką Diane Johnson głównie za to, że odarł on książkę z najbardziej wyrazistych elementów horroru, a aktorom kazał grać w sposób niezwykle nienaturalny, przez co jego film bywa przez część filmoznawców traktowany jako parodia gatunku (sic!), a więc w istocie jego przekroczenie. Stephen King pozostaje w tym kontekście rozdrażnionym fanem horroru, a wielu innych miłośników filmu pozostaje ślepych na wątki, które w żaden sposób nie nawiązują do gatunku, widząc tylko to co chcą widzieć!

shining_kubrick_kadr
Scena ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka

Na granicy gatunku/nie-gatunku z czasem pojawiło się jednak pojęcie artystycznego kina gatunkowego (wyśledzone przeze mnie jako precedens w recenzji Matrixa z 1999 roku), które nie reprezentuje gatunku przez to, że jest artystyczne i nie reprezentuje sztuki przez to, że jest gatunkowe, ale jako hybryda reprezentuje obydwa, czego idealnym przykładem są współczesne filmy takie jak: The Witch, Drive, Sicario, Pole w Anglii, Wolny strzelec czy Berberian Studio Sound, zrealizowane przez filmowców, którzy obejrzeli tyle samo filmów autorskich, co i filmów eksploatacji, ale już używane w retrospekcji do zdefiniowania bardzo dużej liczby filmów takich jak Lśnienie, a nawet Siedmiu samurajów.

Ale wprowadźmy na wokandę sprawę The Witch, która ma tę zaletę, że jest wciąż świeża, co pozwala na sprawne mapowanie kontrowersji. Oto Jason Coffman pisze na łamach Medium, że wiele z fanów horroru nie polubiło ani trochę Babadooka, Coś za mną chodzi i The Witch, stawiając tezę: Ci widzowie mieli wrażenie, że filmy te miały za dużo hajpu i że nie dostarczyły wcale treści, które obiecywała publiczność oglądająca je w obiegu festiwalowym.

Idąc dalej, niektórzy z niezadowolonych twierdzili nawet, że filmy te nie są wcale horrorami, że są „nudne”, „niestraszne” i że „prawdziwi fani horroru” przejrzą tę całą maskaradę na wylot i tylko dyletanci czy „pozerzy” mogą je w ogóle podziwiać. Bez zaskoczenia jest przy tym, że The Witch spotkał się z takimi samymi reakcjami wielu widzów.

Głosy te są jednak zaledwie kontynuacją dyskusji, która toczy się w środowisku kinomanów od wielu lat, co wynika ponownie z tego, że horror nie posiada żadnej definicji, a więc nie można go umieścić w granicach pewnego pola, w zamkniętej sieci. Faktycznie, wymienione przez Coffmana filmy są najczęściej określane mianem hybrydy (lub meta filmu), co oznacza że funkcjonują w ramach otwartej, żywej sieci i ze względu na aktywność można by je było określić aktorami w sensie przyjętym w ANT.

Żeby wytłumaczyć szybko to pojęcie, można ponownie przytoczyć słowa Latoura, który pisze: Aktor w zespolonej, charakteryzowanej przez ekspresję teorii aktora-sieci, nie jest źródłem akcji, ale ruchomym celem szerokiej gamy jednostek rojących się wokół. Przykładowo, The Witch jest celem zarówno widzów, krytyków, samego twórcy, dystrybutorów, plakacistów, grafików komputerowych i wielu innych jednostek, które mają ten film na celowniku, czyli krążą blisko wokół niego z różnych powodów, które także można wymapować (na co tutaj nie ma jednak miejsca). Czy taka (tu wyłożona w dużym uproszczeniu) sieć może funkcjonować bez kontrowersji? Jest to w zasadzie niemożliwe.

The-Witch-2015
Scena z „The Witch”

Uchwycenie tej sieci komplikuje przede wszystkim dynamiczna wymiana informacji w Internecie, która w dużej mierze zdominowała dość mechaniczną w przeszłości dystrybucję hierarchiczną, związaną z mediami papierowymi, radiem i telewizją – dzisiaj uznawanymi za tradycyjne ośrodki kreowania opinii na ich temat.

W efekcie, dzisiaj mamy do czynienia z tym, co Mark Pesce wiele już lat temu nazwał hiper dystrybucją, czyli dystrybucją informacji opartą o wymianę poziomą, która ma znacznie więcej punktów wejścia/wyjścia i sposobów rozprzestrzeniania informacji takich jak media społecznościowe, fora, blogi i magazyny filmowe.

Sztuka to przemoc, gatunek to tożsamość

Jednym z efektów tej dynamicznej wymiany informacji, a także wzrostu jej natychmiastowej dostępności, jest nieustanne ścieranie się różnych interpretacji zjawisk kulturowych, definicji, recepcji, punktów widzenia etc., wśród których pojęcia filmowe tj. nazwy gatunków zajmują dziś ważne miejsce, gdyż pozostają w dużej mierze składnikami naszej tożsamości.

W dużym uproszczeniu mamy dzisiaj sytuację, w której określenia takie jak „fan horroru”, „fan filmów gangsterskich” lub „fan giallo” nie są tylko pojęciami filmowymi, ale stały się również pojęciami wybitnie tożsamościowymi (a więc otwartymi dla badań antropologicznych), z czym łączy się walka o zachowanie tej tożsamości, łączenie się w grupy, tworzenie przymierzy i rozwijanie samoświadomości.

Centralne miejsce w tej dynamicznej sieci (w sensie ANT) zajmuje zaś opozycja fanów wobec krytyków lub też publiczności festiwalowej wobec publiczności masowego obiegu, czy też fanów kina gatunkowego wobec fanów kina artystycznego, która bardzo często zamienia się w werbalną wojnę i wcale niekoniecznie na argumenty!

basic_controversy_mapping
Podstawowy schemat mapowania kontrowersji

Na poziomie informacyjno-ekonomicznym widzimy z jednej strony potrzebę klasyfikacji gatunkowej, związaną z tworzeniem homogenicznych form znaczeniowych takich jak listy najlepszych horrorów (lub thrillerów, lub filmów wojennych, lub filmów science-fiction), które apelują do określonej grupy odbiorczej, ale z drugiej widzimy tej klasyfikacji ograniczenia, które wyrażone zostają przez krytyczne komentarze sceptyków. Innymi słowy, mamy do czynienia z dynamiczną siecią, której aktorzy na bieżąco tworzą kontrowersje, tak więc żaden statyczny model interpretacyjny nie wchodzi dłużej w grę.

To wynika przynajmniej częściowo z dynamiki medium filmu, a więc z interakcji reżyserów, dziennikarzy, widzów i producentów z filmem, z pewnej można by rzecz polifonii, która nie posiada jednak centrum tak jak powiedzmy posiada ją kwadratowy pokój, przestrzeń fizycznie statyczna, choć emocjonalnie już nie, ale która może zostać przynajmniej zdefiniowana geometrycznie (ma takie, a nie inne wymiary) czy estetycznie (ma taki, a nie inny kolor).

Ta dynamika nie może być jednak interpretowana abstrakcyjnie jako „sieć niewidzialnych więzów symbolicznych” czy „zestaw determinant kulturowych”, rozprzestrzeniających się w ramach równie niewidzialnego „systemu społecznego”, gdyż jesteśmy w stanie przebadać kształt sieci tworzonych przez film dzięki ich aktorom (konkretnym dziełom filmowym, reżyserom, producentom, krytykom, książkom) i aktantom (akcjom, mediom i związkom, które kreują aktorzy).

A jesteśmy tego w stanie dokonać dlatego iż film, w przeciwieństwie do przestrzeni statycznych, jest przestrzenią hybrydową, która łączy ekonomię, psychologię, emocje, estetykę, strategie polityczne, historię, technologię, sztukę, organizację pracy, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste. Do tego dochodzą zaś zabiegi interpretacyjne tj. ciągłe podważanie przyjętych założeń zarówno przez twórców filmowych, co i publiczność, które także byłyby aktantami.

reservoir_dogs_scene
Scena z „Wściekłych psów” Quentina Tarantino

W taki właśnie sposób ewoluują ramy gatunków filmowych, a razem z nim samo pojęcie gatunku. Przykładowo, w 1992 publiczność na Festiwalu w Sundance obejrzała film, który miał zmienić historię kina niezależnego. Filmem tym były Wściekłe psy Quentina Tarantino, który przyjęty został ze świętym oburzeniem i skrytykowany za „bycie społecznie nieodpowiedzialnym”, jak pisze Peter Biskind w Down and Dirty Pictures. Problemem dla publiczności były agresja i brutalność, bo ludzie w filmach niezależnych umierali do tej pory niezmiernie rzadko, a jak już to na AIDS przy melancholijnej muzyce.

Jednak 21 lat później Nicolas Winding Refn, w tym punkcie uznany już filmowiec, wyznał w wywiadzie dla RogerEbert.com: Hmm, użycie przemocy jest… wydaje mi się, że sztuka jest aktem przemocy w pewien sposób. To emocjonalny wylew i naprawdę nie wiem… sądzę, że przemoc w kinie jest potrzebnym fetyszem. Emocjonalnie, nasza ekspresja artystyczna składa się z seksu i przemocy. Wszystko sprowadza się do tych dwóch prostych emocji, które posiadamy. Ale podczas gdy erotyka i seksualność nie są fantazjami, ponieważ większość z nas je uprawia, przemoc pozostaje fetyszem, fantazją. Przemoc posiada swoją seksualność, którą uważam za bardzo narkotyczną. I to mnie jak sądzę nakręca.

Wypowiedź NWR oprócz bezpośredniego powiązania seksu i przemocy zdradza tajniki przemiany, do jakiej doszło w kinie w ostatnich latach za sprawą twórców takich jak on sam, którzy dorastając na filmach niskobudżetowych, ale doceniając także uroki kanonu artystycznego, w swojej twórczości od początku dawali ujście fascynacji obydwoma, tylko formalnie nie mającymi ze sobą związku, gałęziami kina.

nicolas_winding_refn_valhalla_rising
NWR na planie „Valhalla Rising”

Te w praktyce, jak w przypadku Hitchcocka, zawsze były podatne na hybrydyzację. Kino autorskie zasilane było bowiem od dawna inspiracjami gatunkowymi w stopniu, którego krytycy nigdy nie chcieli przyznać, gdyż to obnażyłoby słabość, a nawet absurdalność hołubionych teorii filmowych, rozpowszechnianych przede wszystkim w ramach festiwali filmowych, które od lat ’80 wykreowały powoli zjawisko tzw. kina festiwalowego, traktowanego przez bardziej liberalnych krytyków jako synonim współczesnego kina artystycznego, a które było odpowiedzią na szybko się popularyzujące (zarówno dzięki kasetom VHS, co i telewizji kablowej) kino akcji, będące tak naprawdę zreformowaną wersją kina eksploatacji, które dystrybuowane było od lat ’40 w drive-inach i grindhouse’ach w formie pakietów znanych jako double features.

Kino to miało się zaś znakomicie do późnych lat ’70, kiedy wielkie wytwórnie zupełnie przypadkowo rzuciły na rynek trzy filmy: Rocky, Gwiezdne wojny i Szczęki, które przyniosły wcześniej niewyobrażalne wpływy i na skutek tego całkowicie zmieniły strategię finansowania nowych produkcji w Hollywood.

W trakcie tego procesu wielkie wytwórnie ostatecznie przejęły rynek dotychczas zagospodarowany przez eksploatatorów takich jak New World Pictures pod wodzą Rogera Cormana, który stwierdził zresztą w American Grindhouse, że jak tylko zobaczył Szczęki, natychmiast wiedział że ma nowy problem, z którym nie jest w stanie konkurować finansowo.

Co jednak ciekawe, to że właśnie papież kina niskobudżetowego w latach ’70 upowszechnił w Stanach Zjednoczonych filmy Kurosawy, Bergmana i Felliniego, a więc wzorcowe dzieła autorskie, a spod jego skrzydeł wyszła grupa legendarnych nazwisk, która zapoczątkowała tzw. Nowe Hollywood, z których praktycznie wszyscy jako swoje debiuty nakręcili filmy w konwencji eksploatacji lub thrillera/horroru, a w swoich najsłynniejszych dziełach autorskich nieustannie prezentowali odniesienia do brutalnego kina gatunkowego, zarówno pośrednie jak i bezpośrednie.

roger_Corman_silence_of_the_lambs_kadr
Roger Corman w „Milczeniu owiec”

Dlaczego więc dalej upieramy się przy opozycji gatunek-sztuka, kino rozrywkowe-kino ambitne, filmy z przesłaniem-filmy bez przesłania? Nasze mini mapowanie kontrowersji związanej z horrorem pokazuje, że głównym powodem takiego stanu rzeczy są motywy ekonomiczne i tożsamościowe, które kreują sieć wzajemnych wpływów, działających na zasadzie feedbacku, a aktorzy którzy zmieniają jej kształt są często przyjmowani z rezerwą, niechęcią, a nawet otwartą krytyką.

W tym samym czasie horror pozostaje jednak medium wysoce plastycznym (aktantem), które z braku rdzennej definicji może być definiowane na wiele możliwych sposobów i z łatwością może być zawłaszczane przez różnych aktorów, a także włączane do „konkurencyjnych” sieci w ramach autorskiej decyzji o przekroczeniu gatunku, ale także zwykłej akcji promocyjnej lub obydwóch naraz (czy innych akcji, zarówno o charakterze artystycznym co ekonomicznym).

Ponadto, forma ta jest podatna na manipulację, parodię, a nawet łączenie z innymi formami kinowej ekspresji, czyli wtórną hybrydyzację, która pomaga w jej dalszym rozprzestrzenianiu się zarówno kanałami kinowymi, ale także internetowymi, papierowymi i w bezpośrednim zetknięciu dwóch aktorów w ramach sieci lub w trakcie procesu jej rozszerzania.

Pojawienia się nowego aktora w formie medium, jak mamy to okazję obserwować w przypadku The Witch, daje więc faktycznie okazję do podważenia zasadności wielu przekonań, które w innym wypadku ograniczyłyby wzrost sieci lub nadały jej zbyt uporządkowany kształt w stosunku do faktycznych związków pomiędzy jej poszczególnymi aktorami i aktantami.

Pojęcie sztuki w tym przypadku, jak też kina autorskiego, nadaje więc horrorowi większej wiarygodności w oczach wyrobionej publiczności filmowej niezainteresowanej gatunkiem, choć obnaża słabość definicyjną samej szufladki, jednocześnie kreując kryzys tożsamości wśród jej wielbicieli niezainteresowanych transgresją gatunku.

Conradino Beb

Denis Villeneuve: Od artystycznego rekluza do wybrańca Hollywood

Jeszcze dwa lata temu, poza najbardziej zapalonymi kinomanami, nikt nie miał pojęcia kim jest Denis Villeneuve. Mimo że kanadyjski artysta zadebiutował w 1998 francuskojęzycznym dramatem 32. sierpnia na Ziemi, do masowej świadomości przebił się dopiero zeszłorocznym Sicario, swoim pierwszym wysokobudżetowym filmem, który został nominowany do Oscara w trzech kategoriach i zjednał mu sympatię Hollywood.

Villeneuve przeszedł długą drogę od kręcenia niezależnych filmów w kanadyjskim Québecu do współpracy z Ridleyem Scottem przy drugiej części Łowcy androidów.

Jak twierdzi 47-letni reżyser, zupełnie niespodziewanie: Po pierwsze, nie planuję swojej kariery. Nie sądziłem, że będę robił filmy w Los Angeles. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Nie była to dla mnie żadna fantazja. Powtarzałem sobie, że jeśli się tam pojawię, to każą mi nakręcić Legalną blondynkę 5. Wolę robić swoje filmy w domu z małym budżetem, być wolny, by robić je tak jak mi się podoba. – wyznaje w wywiadzie dla The Independent.

I nie jest to bynajmniej kokietowanie garstki intelektualistów, bo jego wczesne filmy tj. Maelström (2000), którego bohaterką jest alkoholiczka z depresją, czy Politechnika (2009), oparta na prawdziwej historii strzelaniny w Montrealu, której ofiarą padło 28 osób, byłyby raczej ciężkie do sprzedania masowej widowni.

Ale potem przyszedł sukces Pogorzeliska (2010), które zostało nominowane do Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny i zwróciło na reżysera uwagę amerykańskiego przemysłu filmowego, jak i międzynarodowej krytyki.

Film opowiada historię dwójki bliźniaków, które testamentem swojej matki zmuszone zostają do podróży na Bliski Wschód, by odkryć jej zaskakującą przeszłość. Dzieło to jest nieco bardziej komercyjne od wcześniejszych obrazów Villeneuve’a, a ozdobione zostało nawet dwoma numerami Radiohead.

Film został pokazany na wszystkich najważniejszych festiwalach niezależnych w USA i Kanadzie, skąd strumieniem szerokiej dystrybucji popłynął w świat, co z kolei pozwoliło reżyserowi dokopać się do umieszczonego na czarnej liście scenariusza Aarona Guzikowskiego, traktującego o porwaniu dwójki dzieci w małym miasteczku w Pennsylvanii i pozyskać do współpracy nad jego ekranizacją znanego hollywoodzkiego dyrektora zdjęć, Rogera Deakinsa (Big Lebowski, Piękny umysł).

Labirynt miał swoją premierę w 2010 i stał się z miejsca beniaminkiem wielu krytyków, którzy umieścili go na swoich listach najlepszych filmów roku. Ze względu na wyjątkową brutalność ten mroczny thriller dostał rating R, co znaczy że jego oglądalność została ograniczona do widzów dorosłych, ale i tak okazał się hitem roku, czemu pomogła doskonała obsada z Jakiem Gyllenhaalem, Hugh Jackmanem, Paulem Dano i Marią Bello.

W Labiryncie Villeneuve objawił się jako mistrz thrillera w stylu Hitchcocka czy Polańskiego. Jego dzieło posiada suspense, mrok i ładunek emocjonalny, które stawiają go na równi z takimi klasykami kina o psychopatach jak Milczenie owiec.

To studium ludzkich zachowań sprowokowanych traumą i dziwnych dróg, jakie obiera sprawiedliwość, umiejętnie grające tajemnicą, a jednocześnie zadające pytania o źródło okrucieństwa, perwersji, nieszczęścia i ich związków z autorytetem czy pędem do władzy.

Udana kolaboracja reżysera z Gyllenhaalem na planie Labiryntu doprowadziła do kolejnej współpracy obydwóch przy Wrogu, jednym z najoryginalniejszych mystery thrillerów ostatniej dekady.

To film, który niezwykle wciąga widza dzięki bardzo oryginalnemu scenariuszowi, starannej reżyserii i odrealnionym zdjęciom Nicolasa Bolduca. Atmosfera snu stapia się tu z codzienną rzeczywistością, dając w efekcie teksturę pokrewną pierwotnemu, prawie że lovecraftowskiemu strachowi, co zbliża go bardzo do kina Davida Cronenberga.

Sukces Pogorzeliska i jego anglojęzycznych filmów ostatecznie doprowadził artystę do wyreżyserowania kasowego hitu Sicario ($84 mln wpływów) z Emily Blunt, Joshem Brolinem i Benicio Del Toro, do którego zdjęcia ponownie zapewnił Roger Deakins. Ten, myśląc o konkretnym stylu wizualnym, który pasowałby do historii, zaproponował reżyserowi posłużenie się bardzo specyficznym wzorcem, dziełami francuskiego mistrza kina gangsterskiego, Jean-Pierre’a Melville’a.

Film został dość dobrze przyjęty przez fanów i krytyków, choć nie wszyscy dają mu wysokie noty, ale nie ulega wątpliwości, że ma on bardzo dopieszczoną warstwę wizualną, a jego mocną stroną jest też stopniowanie przemocy poprzez odwołanie się do suspensu, a nie do akcji.

Mamy tu do czynienia z dwiema rzeczami. Po pierwsze, taki był scenariusz. Kiedy czytasz scenariusz, na końcu jesteś wykończony. Pamiętam, że kiedy oglądałem Siedmiu samurajów Kurosawy, były tam sceny, w których czekałem na przemoc. Ale nic się nie dzieje, wszystko jest spokojne.

Jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której samuraje czekają na przechodzących złodziei. Czekają, wiedzą że złodzieje nadchodzą, ale nic nie robią, tylko czekają. Przemoc wkrótce się pojawi. To uczucie czekania na nadchodzący moment było bardzo silne. Był to dla mnie wzór przy robieniu Sicario.

Presja czasu, rozciągnięcie go do tego stopnia, że tworzysz potrzebne napięcie. Rzecz, która bardzo mi się podoba, to że jak popatrzysz na ludzi oglądających Sicario z pewnego kąta, to widzisz jak przesuwają się na krawędź fotela, chociaż nic się nie dzieje! – wyjaśnia Villeneuve w wywiadzie dla Den of Geek.

Na chwilę obecną Villeneuve zakończył zdjęcia do swojego nowego filmu Story Of Your Life, thrillera science-fiction o lądowaniu obcych z Amy Adams i Jeremy Rennerem w rolach głównych, do którego zwiastun jest już gotowy, ale jeszcze nie został udostępniony publicznie.

Jego następnym projektem jest zaś sequel do Łowcy androidów z Harrisonem Fordem, Ryanem Goslingiem i Robin Wright, do którego scenariusz napisali Hampton Fancher oraz Michael Green. Reżyser twierdzi, że ma błogosławieństwo Ridleya Scotta, ale zrobi film całkowicie po swojemu.

Conradino Beb

Na jakich gatunkach przemysł filmowy zarabia najwięcej?

Myśląc o ogromnych pieniądzach, jakie hollywoodzkie wytwórnie zarabiają na filmach, instynktownie myślimy o naładowanych efektami specjalnymi blockbusterach z gwiazdorską obsadą. Jednak filmy te kosztują majątek i zwrot z inwestycji (ROI) jest bardzo niewielki w porównaniu z tymi, które mają średni lub niski budżet i często nie posiadają żadnych znanych nazwisk.

Faktycznie, na liście filmów, które przyniosły największy zwrot z inwestycji w historii przemysłu filmowego, nie znajdziemy Iron Mana, Władcy pierścieni czy Titanica, bo przychód z biletów, licencji telewizyjnych i wydań DVD/Blu-ray tych behemotów musiał zostać pomniejszony o koszty produkcji, promocji i dystrybucji, a także ubezpieczenia, od których na końcu trzeba było jeszcze zapłacić podatek dochodowy.

Oczywiście, Złote Globy i Oscary zwiększają rentowność każdego produktu, więc studia wydają również dużo na bankiety i prezenty dla jurorów, które jeśli poskutkują otrzymaniem nagrody, wydłużają „okres trwałości”, a więc zapewniają długofalowe przychody bez potrzeby kontynuowania wydatków marketingowych, które średnio stanowią 50-70% wydatków produkcyjnych.

Popularne filmy o superbohaterach są zazwyczaj sprzedawane przez Hollywod jako przygodowe kino akcji. Ich produkcja kosztuje majątek, ale dzięki obniżeniu kategorii wiekowej do minimum studia stawiają na szeroki zasięg. Ze względu na to, że promocja obejmuje masowe kampanie marketingowe, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, mogułowie obstawiają pewne wpływy kasowe… ale że wtopy zdarzają się często, ryzyko finansowe tych produkcji jest również niezwykle wysokie!

the-most-profitable-movies-since-2010
Filmy o najwyższym ROI od 2010

Jako że na filmy te wydaje się jednak masę pieniędzy, zwrot z inwestycji jest zazwyczaj bardzo niski. Przykładowo, Avatar zarobił $2,7 mld, ale ROI filmu to zaledwie 500%, co jest liczbą śmiesznie niską w porównaniu z klasykiem kina drogi, Mad Maxem (1979), walczącym w tej samej kategorii, którego ROI to oszałamiające 24.837,5%. Budżet filmu Millera w tym przypadku okazał się wielkim atutem ekonomicznym.

Innymi ważnymi gatunkami dla przemysłu filmowego są melodramat i komedia romantyczna, często targetowane do tej samej grupy odbiorczej. Budżety tych filmów znacząco odbiegają od filmów akcji, a więc w przypadku sukcesu, mogą one przynieść znaczący zwrot z inwestycji, jak irlandzki musical romantyczny Once (2007), który nakręcony za $150 tys. zarobił prawie $19 mln, osiągając ROI w wysokości 6.232,39%.

Wśród innych filmów z tej samej kategorii na liście filmów z najwyższym ROI wszech czasów dziewiąte miejsce zajmuje American Graffiti George’a Lucasa z wynikiem 8.909,01%. Niezależna komedia Napoleon Wybuchowiec (2004) nakręcona za $400 tys., dwunaste z wynikiem 5.667,62%, a klasyczny melodramat Przeminęło z wiatrem piętnaste z wynikiem 4.906,73%. Wśród tych filmów bardzo dużo znajdziemy niestety również finansowych porażek, które nie są jednak dla przemysłu tak znaczące jak porażki blockbusterów.

Ponad nimi znajduje się jednak gatunek, który zajmuje bardzo wyjątkową pozycję w kwestii zwrotów z inwestycji… a jest nim dokument. Z minimalnymi kosztami produkcji, brakiem wysoko opłacanych gwiazd czy efektów specjalnych, dokumenty potrafią przynosić astronomiczne zarobki, jeśli tylko przebiją się do szerokiej publiczności, a zdarza się to coraz częściej w dwóch ostatnich dekadach.

Niezależny hit Tarnation (2003) został nakręcony przez Jonathana Caouette’a za $218, a jego promocja kosztowała $400 tys., czyli cempletki w porównaniu z innymi filmami niezależnymi. W efekcie jego ROI sięgnęło 266.416.97%, co daje mu trzecią pozycję na liście zwrotów z inwestycji wszech czasów. Tuż za nim uplasował się inny hit, Super Size Me, który kosztował $65 tys. i osiągnął ROI w wysokości 22.614,90%. Dodać należy, że dokumenty które na siebie nie zarabiają, praktycznie nie istnieją.

box_office_roi
ROI w latach 2003-2012 podzielone na gatunki

Poza dokumentami, przemysł filmowy nie mógłby istnieć bez jednego gatunku, który jest niemal tak stary jak samo kino, a jest nim oczywiście horror. Paranormal Activity (2007) plasuje się na podium listy najwyższych ROI z budżetem $15 tys. i zarobkami w box office, które sięgnęły prawie $162 mln., dając ROI w wysokości 539.336,30%.

Inny niezależny horror, The Blair Witch Project (1999), który przywrócił modę na konwencję found footage, osiągnął z kolei zwrot w wysokości 20.591%, a klasyczna Noc żywych trupów (1968) 13.057,89%. W pierwszej dwudziestce znajdziemy ponadto Piątek 13-go ze zwrotem 5.332,24%, Ocean strachu (2003) ze zwrotem 5.110,09% , Piłę ze zwrotem 4.195,68% oraz Martwe zło ze zwrotem 3.820%.

Ogólnie rzecz biorąc, horror jako gatunek zajmuje najwięcej miejsc w pierwszej dwudziestce najwyższych ROI w historii przemysłu filmowego, zaliczając także najmniej wtop. W latach 2003-2012 horror zrzucił wprawdzie z tego piedestału dokument, ale w dłuższej perspektywie jest to absolutny król finansowego sukcesu w kinie, którego wspiera dobrze zorganizowana scena fanowska i długa tradycja, co tłumaczy częściowo dlaczego mimo okresów kryzysu gatunek ten zawsze dokonywał rewizji własnych klisz i ponownie stawał na nogi.

Conradino Beb

Źródło: Investopedia