Archiwa tagu: przemysł muzyczny

1969: Neil Young spotyka Charlesa Mansona i próbuje mu załatwić kontrakt nagraniowy

W 2012 Neil opublikował swoją pierwszą w życiu autobiografię pt. Waging Heavy Peace, która nie zawiera specjalnie dużo rock’n’rollowych szokerów z okresu Crosby, Stills, Nash & Young, zakulisowych historii z okresu Buffalo Springfield, ani żadnych tajemnic procesu twórczego. Artysta pokazuje się za to czytelnikowi jako miłośnik miniaturowych pociągów i kolekcjoner starych amerykańskich samochodów.

Jednak ta przyziemność nie jest całkowicie pozbawiona ciekawych momentów, z których najbardziej fascynującym pozostaje pewnie spotkanie Neila z Charlesem Mansonem w domu Dennisa Wilsona z The Beach Boys „mieszkającego wtedy z trzema czy czterema dziewczynami emitującymi bardzo intensywne wibracje, które były mocno odłączone”.

neil-young-1969
Neil Young / Laurel Canyon, 1969

Young opowiada o zdarzeniu w następujący sposób:

Po jakimś czasie pokazał się koleś, który chwycił za moją gitarę i zaczął grać mnóstwo piosenek. Nazywał się Charlie. Był przyjacielem dziewczyn, a teraz także Dennisa. Jego piosenki były improwizowane w trakcie grania i nigdy nie były dwa razy takie same. Jak u Dylana, ale w inny sposób, bo ciężko w nich było znaleźć jakieś prawdziwe przesłanie, lecz same w sobie były fascynujące. Był całkiem dobry.

Spytałem go, czy ma kontrakt nagraniowy. Powiedział mi, że nie, ale że chce nagrywać płyty. Powiedziałem o nim Mo Ostinowi z Reprise (wytwórni wydającej w USA m.in. płyty The Jimi Hendrix Experience – przyp. red.) i zarekomendowałem tej samej wytwórni… niedługo potem doszło do zabójstwa Sharon Tate i małżeństwa La Bianca, a imię Charlesa Mansona stało się sławne na całym świecie.

Neil Young o Charlesie Mansonie w dokumencie BBC

Ze względu na aresztowanie Charliego Reprise nigdy nie zgarnęła go na pokład, ale niedoszły muzyk miał się ostatecznie doczekać kontraktu nagraniowego rok później, który podpisał z nim Philip C. Kaufman (znany z legendarnego podpierdolenia ciała Grama Parsonsa i spalenia go w kalifornijskim Joshua Tree National Park).

Ten wydał jego trzy taśmy demo w formie kompilacji LIE: The Love and Terror Cult w marcu 1970 pod szyldem Awareness Records, która była dystrybuowana w USA przez ESP-Disk (oryginał jest obecnie warty przynajmniej €900).

Okładka była reprodukcją ikonicznego zdjęcia Mansona ze swastyką na czole, opublikowanego przez magazyn Life.

lie_the_love_and_terror_cult_cover
„LIE: The Love and Terror Cult” / Awareness Records, 1970

Jak twierdzi Kaufman w wywiadzie na The New York Times udzielonym w sierpniu 1970:

Spotkałem Charliego w więzieniu na Terminal Island w San Pedro. Siedziałem za przemycanie trawy z Meksyku, a Charlie za kradzież czeku z przesyłki pocztowej. Charlie wyszedł w 1967, a ja w 1968. Kiedy odbębniłem wyrok zamieszkałem z nim na dwa miesiące.

phil-kaufman-mug-photo-1967
Zdjęcie policyjne Philipa Kaufmana / 1967

Próbowałem go nakręcić na nagrywanie, ale zawsze był zajęty robieniem głupot na pustyni. Mógł mieć kontrakt nagraniowy, ale jak tylko pojawiał się moment podpisywania papierów, uciekał na pustynię. Nigdy nie zostawał w jednym miejscu zbyt długo. Ale każdy, kto tylko miał go okazję usłyszeć, chciał go nagrywać.

Tu warto dodać, że w połowie 1968 Manson nagrał także 10 kawałków w prywatnym studiu Briana Wilsona, które wyprodukował sam lider Beach Boysów wspólnie ze swoim bratem Carlem, a które nadzorował jako inżynier dźwięku Steve Desper (znany z pracy przy wielu albumach z początku lat ’70) dobrze pamiętający tę sesję. W jej trakcie zostały nagrane utwory, które w innych wersjach trafiły ostatecznie na LIE.

Conradino Beb

Połowa kupujących winyle w ogóle ich nie przesłuchuje

Wzrost rynku winylowego w ostatnich kilku latach jest imponujący, czego przykładem są głównie rynek amerykański i brytyjski, ale trend zdążył już także dotrzeć do naszego kraju, gdzie od grudnia zeszłego roku operuje nowa tłocznia GM Records, pracująca na maszynach sprzed 20 lat. Jak pokazuje jednak nowy sondaż brytyjski, dużo z kupujących nie przesłuchuje w ogóle swoich płyt.

Wielu odbiorców czarnych płyt podkreśla, że ich słuchanie przywołuje stary klimat, obecny w wieku dojrzewania u wielu miłośników muzyki, którzy teraz mają 30-60 lat i pragną przywrócić swojemu życiu trochę analogowej magii.

Brzmienie winylu ma ten specyficzny posmakWiększa głębia w dolnych częstotliwościach, bardziej plastyczny obraz stereofoniczny, wyraźniejsze plany dźwiękowe. No i ten nieuchwytny czynnik „magiczny”, kiedy dźwięk jest pozbawiony zimnej cyfry a winyl z czasem nabywa trzasków, zadrapań i artefaktów, które tworzą atmosferę podczas słuchania czarnej płyty – mówi w wywiadzie dla Metro Warszawa Dariusz Schwerin z działu authoringu i studia dźwiękowego GM Records.

Jak się jednak okazuje, miłość do kupowania nie zawsze równoznaczna jest z miłością do słuchania, bo niedawny sondaż ICM przeprowadzony dla BBC ujawnił, że 48% Brytyjczyków, którzy kupili płytę winylową w zeszłym miesiącu, jeszcze nie zdążyli jej przesłuchać, a 7% z nich nie posiada nawet gramofonu.

Jak powiedział student Jordan Katende: Mam w swoim pokoju winyle, ale bardziej dla dekoracji. Tak naprawdę ich nie przesłuchuję. Daje mi to oldskulową wibrację. O to właśnie chodzi w winylu.

Inny student, Duncan Willis, zasugerował z kolei, że chodzi głównie o nostalgię: Tak łatwo jest teraz słuchać muzyki na YouTube czy Spotify. Sądzę, że tęsknimy za czasami, gdy nasi rodzice musieli pójść i kupić piosenkę w sklepie.

Kolejnym czynnikiem wzrostu popularności winyli może być zaś tęsknota za fizycznym nośnikiem, który wyparty został w pewnym momencie przez streaming.

Naprawdę fajnie jest posiadać obiekt, który możesz potrzymać w ręce i fizycznie odtworzyć. Sądzę, że istotne jest również wspieranie artystów finansowo, jeśli tylko się da. Podoba mi się to, że ktoś wkłada dużo wysiłku w swoje wydawnictwo, żeby nadać mu specjalny wygląd – mówi 18-letnia Helena.

Źródło: The Telegraph / Metro Warszawa

Miłość i litość (2014)

loveandmercy_original_poster

Brian Wilson z The Beach Boys nie jest artystą specjalnie w Polsce znanym, ale dla reszty świata pozostaje jednym z największych kompozytorów i producentów związanych z muzyką popularną ubiegłego wieku, który swoim geniuszem przerósł w oczach wielu samego Phila Spectora (kolejną ważną osobowość ledwo w Polsce kojarzoną). Miłość i litość to jego biografia filmowa z brawurową rolą główną wielkiego Paula Dano, aktora w którego filmografii ciężko jest znaleźć film odstający od pewnego poziomu.

Dano oprócz Miłości i litości pojawił się ostatnio w bardzo dobrej Młodości Paula Sorrentina, oscarowym Zniewolonym Steve’a McQueena, a także fantastycznym Labiryncie Denisa Villeneuve’a, choć jego najlepszą rolą pozostaje prawdopodobnie ta purytańskiego pastora z Aż poleje się krew (2007) Paula Thomasa Andersona. Jednak w drugim filmie Billa Pohlada (nakręconym 14 lat po mało znanym debiucie) aktor daje prawdziwy popis swoich technicznych możliwości, wcielając się w Wilsona u szczytu sławy, w połowie lat ’60, kiedy ten skomponował przełomową płytę Pet Sounds i hicior Good Vibrations.

I nawet jeśli Pet Sounds mało ma wspólnego z umęczoną, sadomasochistyczną psyche przeciętnego Polaka, wpływ tej płyty na psychedeliczny pop drugiej połowy lat ’60 pozostaje nieoceniony, głównie z tego powodu, że stała się ona bezpośrednią inspiracją dla brzmienia i nastroju Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band Beatlesów, którzy skopiowali do tego stopnia niektóre chórki i partie orkiestrowe, że słuchając obydwóch krążków w jednej sesji można się naprawdę pogubić, co przyznał bez ogródek sam Paul McCartney.

Czego jednak nie wie wiele fanów muzyki lat ’60, to że w sunshine popowej słodyczy Beach Boysów Brian Wilson od początku ukrywał swój mrok, który miał eksplodować na dobre w psychotycznych epizodach, które nasiliły się gdy ten zaczął nagrywać Pet Sounds… nie oszczędzając przy okazji płuc w paleniu jointów, a także po raz pierwszy zarzucając LSD, co pokazane jest w filmie jako przełomowy moment dla jego twórczości. W tym samym czasie Brian toczył jednak również archetypowy, edypowy konflikt ze swoim sadystycznym ojcem-alkoholikiem, który miał przyczynić się do jego długotrwałego kryzysu psychologicznego.

Walka o wyzwolenie się spod ojcowskiej kontroli ma zresztą kluczowe znaczenie dla narracji Miłości i litości, która poza złotym okresem skupia się także na losach Wilsona 20 lat później, gdy ten po długim okresie depresji dostał się pod kontrolę innego sadystycznego osobnika, zdegenerowanego psychiatry dr Eugene’a Landy’ego (granego w filmie przez Paula Giamattiego). W tym wątku Wilsona zagrał John Cusack, który włożył sporo pracy w to, by oddać nadwrażliwego artystę na krawędzi, w wiecznej mgle psychotropowej, drżącego o swoje życie, co jest kolejnym jasnym punktem filmu.

Z otchłani nieszczęścia artystę – zgodnie z prawdą biograficzną – ratuje ostatecznie Melinda Leadbetter, była modelka i sprzedawczyni samochodów (grana przez Elizabeth Banks), która zbliża się do Briana w atmosferze wiecznej inwigilacji, by ostatecznie zakochać się w nim i wytoczyć proces sądowy jego psychiatrze z pomocą rodziny Wilsonów, posługując się jako głównym dowodem kopią testamentu, który ma oddać cały dorobek życia artysty Landy’emu.

Film nie szczędzi oprócz tego batów samym Beach Boysom, którzy zostają przedstawienia jako grupa w dużej mierze uzależniona od talentu Briana, a bez niego potrafiąca jedynie kontynuować nagrywanie słonecznych piosenek o niczym. Pohlad zdecydował się nawet umieścić w filmie legendarną rozmowę, w której Dennis Wilson stwierdza, że chłopcy nie mogą dłużej udawać, iż są grupą surfową, bo nikt z nich nie surfuje, a poza tym surferzy niespecjalnie interesują się ich muzyką… w ten sposób obalając do znudzenia powtarzany mit.

Należy także dodać, że Miłość i litość to film bardzo starannie zrealizowany, zawierający wiele scen-perełek, jak ta w której Brian u szczytu swojej sławy przez dwie godziny bada studio nagraniowe, by stwierdzić, że wibracje są zbyt negatywne i odwołać sesję z orkiestrą, czy ta, w której muzyk nagrywa kultowy song God Only Knows (umieszczony m.in. na soundtracku do Boogie Nights) i próbuje obsesyjnie doszlifować kawałek, własnoręcznie strojąc fortepian, by brzmienie odpowiadało dźwiękom w jego głowie.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Love & Mercy
Produkcja: USA, 2014
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Psychedeliczna historia „Eight Miles High”

Eight Miles High to jeden z największych klasyków rocka psychedelicznego. I choć nie był to numer, który odpalił gatunek – ten zaszczyt należy bez żadnej wątpliwości do You’re Gonna Miss Me The 13th Floor Elevators – był pierwszym granym przez popularne stacje radiowe, by równie szybko zostać zdjęty ze względu na kontrowersyjne słowo „high”!

Nagrany przez The Byrds pod koniec stycznia 1966 i wypuszczony na rynek 14 marca jako singiel 7″, kawałek korzystał z bogatego brzmienia dwunastostrunowej gitary elektrycznej Rickenbackera i minorowej skali melodycznej, w zawoalowany sposób odnosząc się do doświadczenia psychedelicznego. Muzycy świadomie próbowali emulować brzmienie Ravi’ego Shankara i Johna Coltrane’a, będąc od przynajmniej roku dobrze zaznajomieni z efektami LSD.

Jak potwierdza Guardianowi Roger McGuinn: Eight Miles High bywa nazywany pierwszym psychedelicznym kawałkiem. To prawda, że eksperymentowaliśmy z LSD i że tytuł zawiera słowo „high”, więc jeśli ludzie chcą się tego trzymać, to wspaniale. Ale Eight Miles High był tak naprawdę hołdem dla Johna Coltrane’a. To była nasza próba grania jazzu.

Byliśmy w trasie po USA i ktoś puścił nam dwa albumy Coltrane’a: Africa/Brass (ósmy album w karierze solowej Coltrane’a, wypuszczony w 1961 przez Impulse! Records – przyp. red.) oraz Impressions. Właśnie kupiłem odtwarzacz kaset, a że była to absolutna nowość, nigdzie nie można było kupić do niego żadnych taśm. Ale że miałem kilka czystych kaset, nagrałem na nie obydwa albumy razem z kilkoma płytami Ravi’ego Shankara i wziąłem je w trasę. To była jedyna muzyka, którą mieliśmy w autobusie, więc pod koniec trasy Coltrane i Shankar wryli nam się kompletnie w mózg.

Był jeden kawałek Coltrane’a zatytułowany India, w którym próbował on emulować sitar na saksofonie. Zawierał ciągle powtarzaną frazę „dee da da da”, którą przełożyłem na swojego Rickenbackera i do której dołożyłem trochę jazzowych nut. Byłem zakochany w jego grze na saksofonie: tych wszystkich śmiesznych nutkach i szybkich strzałach na samym dole skali.

John Coltrane – India (Impressions, 1963)

Podstawę rytmiczno-melodyczną utworu skomponował ostatecznie Gene Clark, a tekst w dużej mierze ułożył David Crosby, który nagrał też ścieżkę wokalną. Tytuł był z drugiej strony wynikiem zbiorowej burzy mózgów, w której rozmowa o trasie po Anglii w 1965 i o tym, jak wysoko leciał samolot, połączyła się swobodnie z Eight Days a Week Beatlesów, ostatecznie dając Eight Miles High.

Rewolucyjny jak na swoje czasy kawałek bardzo szybko stał się symbolem dla raczkującej kontrkultury młodzieżowej, największą popularność zdobywając oczywiście w Kalifornii, kolebce zespołu. Niestety, został on bardzo szybko zbanowany na skutek Raportu Gavina (konserwatywnej publikacji radiowej), w którym oskarżono go o reklamowanie narkotyków… czego nawet nie próbuje dementować David Crosby.

the_byrds_eight_miles_high_flyer
Plakat Columbii reklamujący „Eight Miles High”

Jak twierdzi artysta: Oczywiście, że Eight Miles High była piosenką o dragach. Jej głównym tematem jest wysokość lotu, ale celowo zawarliśmy w niej ukrytą aluzję (…) Wiedzieliśmy, że Eight Miles High była niezwykłą piosenką i chcieliśmy ją dobrze nagrać. Podpisaliśmy kontrakt z Columbią, której studia nagraniowe były pod kontrolą związków z regularnymi przerwami etc. Byli dla nas chujami.

W tym samym czasie Jefferson Airplane nagrywali na tej samej ulicy dla RCA z Alem Schmittem, jednym z największych inżynierów dźwięku w historii. Więc powiedziałem zespołowi: „Dlaczego się nie wymknąć i nie nagrać tego z prawdziwymi zawodnikami w prawdziwym studiu?” Wymknęliśmy się więc i nagraliśmy swoją wersję.

Kiedy dowiedziała się o tym Columbia, grozili nam zerwaniem kontraktu i sprawą sądową, w zasadzie wszystkim. Rozpętała się bitwa aż nasz menedżer w końcu się poddał i nagraliśmy nową wersję dla Columbii, która stała się klasykiem. Wciąż jednak uważam, że nasza była lepsza.

Eight Miles High (pierwsza wersja)

Conradino Beb

Bobby Cannavale: „Vinyl” docierał się 8 lat

Bobby Cannavale w końcu doczekał się roli godnej swojego talentu, choć aktor pokazał się wcześniej od dobrej strony w: Third Watch, Oz, Will & Grace, Nurse Jackie czy Zakazanym imperium. Vinyl, świeżo odpalony przez HBO serial, pisany 8 lat, w którym gra on postać nieobliczalnego Richiego Finestry, dyrektora fikcyjnego labela American Century Records, dał mu prawdziwe pole do popisu.

Bobby, zapytany w wywiadzie dla IndieWire, czy jest to rola, na którą czekał dłuższy czas, odpowiada skromnie: Tak przypuszczam, ale nie czekałem na nią świadomie. Pracowałem tylko tam, gdzie trzeba było. Czuję, że cały czas się przygotowywałem, ale nie poświęcałem temu w myślach dużo uwagi. Zawsze mówiłem: „Główne role w filmie i w telewizji mnie omijają”. Po prostu nie byłem tym gościem.

Grałem główne role w teatrze, naprawdę sporo. Mam więc doświadczenie w graniu kolesi, którzy są bardzo kolorowi czy wielowymiarowi, bo charaktery pierwszoplanowe zazwyczaj są bardziej zaokrąglone. Ale dopiero przy Zakazanym imperium miałem okazję pracować z pisarskim talentem innego kalibru, bo wcześniej nie miałem możliwości pracy z kimś takim, jak Terry Winter czy Martin Scorsese. To naprawdę przygotowało mnie do tej roli, a kiedy w końcu przyszła, przejście od jednej do drugiej było czymś naturalnym.

Aktor po raz pierwszy usłyszał o Vinyl od Terry’ego Wintera na planie Zakazanego imperium. Pisarz chciał, żeby ten przeczytał coś, nad czym Scorsese i Jagger pracowali 8 lat. Po zapoznaniu się ze scenariuszem przysłanym pocztą, natychmiast zgodził się zagrać nową rolę, do której przygotowywał się przesiadując m.in. z Dannym Goldbergiem i Lennym Kayem.

Lata ’70 były mu znane z dzieciństwa, Cannavale urodził się w 1970 i wychował we włosko-amerykańskiej części New Jersey, gdzie z muzyką miał do czynienia po raz pierwszy poprzez swoich kuzynów. A gdy w wieku kilkunastu lat przeczytał nieautoryzowaną biografię Led Zeppelin, Hammer of the Gods, napisaną przez Stephena Davisa, jego fascynacja stała się jeszcze silniejsza.

Przygotowując się do roli Richiego, aktor musiał wiele czytać, dzięki czemu znalazł fantastyczną (jak twierdzi) książkę Hitmen, która naprawdę pomogła mu zrozumieć tajniki przemysłu winylowego. Ale tę mimo wszystko biły na głowę opowiastki tego typu z ust Lenny’ego Kaye’a: No wiesz, pracowałem razem z Patti Smith w sklepie z płytami i ktoś powiesił ulotkę koncertową New York Dolls. I pamiętam, że myślałem: „Wow, zajebista nazwa. Pójdę i sprawdzę.”

Cannavale przebywał też z Mickiem Jaggerem i wesoło wspomina zachowanie ludzi wokół niego, mówiąc: Są naprawdę zabawni. Ludzie są zabawni. Zależy czego chcą. To jak ze światłem. To jak bujanie się ze słońcem (śmiech). Nie, naprawdę, to jak bujanie się ze słońcem. To naprawdę interesujące, obserwować jak ludzie do niego podchodzą, jak pytają go o różne rzeczy, jak dostają to czego od niego chcą.

Innym miłym wspomnieniem jest dla niego przywołanie przez ekipę produkcyjną klimatu „złego Nowego Jorku”, który został wyczarowany w modnej dzielnicy Hell’s Kitchen. Tę Cannavale zna z autopsji. Ekipa zdarła wszystkie maty z podłogi lokalnego placu zabaw, żeby realistycznie przedstawić klimat epoki, w której przestępczość i bieda w Nowym Jorku przebijały sufit. Dzielnicowi weterani bez trudu rozpoznali old schoolowy klimat, mijając plan zdjęciowy.

Nowy Jork został wysprzątany w połowie lat ’90 i dzisiaj nie przypomina w żadnym miejscu strefy wojennej z legendarnego filmu The Warriors.

Conradino Beb

Źródło: IndieWire

Stare wygrywa z nowym, czyli o retro rewolucji na rynku muzycznym

Wieść o tym, że stara muzyka – czyli licząca sobie więcej niż 18 miesięcy i nazywana wtedy przez korporacje muzyczne „katalogową” – zaliczyła w 2015 wyższy poziom sprzedaży od nowych wydawnictw w Stanach Zjednoczonych, rozprzestrzeniła się jak pożar w Internecie i zaliczyła nawet pięć wątków na reddicie, który słynie z komentowania bieżących trendów i informacji, choć od dłuższego czasu przeżywa kryzys z powodu trollingu.

Co mogę powiedzieć? Trend, który wykazuje największy rynek muzyczny na świecie, warty na dzień dzisiejszy $4,5 mld, jest dalszym powodem do przemyśleń nad tym, kto nadaje dziś rytm sprzedaży muzyki i dlaczego nowe wydawnictwa z roku na rok tracą na popularności za oceanem? Trend, który jak warto dodać, od kilku lat pozostaje dla ekspertów aż nadto wyraźny!

Fajnie by było oczywiście przeprowadzić taką analizę na przykładzie polskiego rynku – który z pewnością posiada własną specyfikę – ale rodzime dane są niestety zbyt ogólne i z tego powodu mogą służyć jedynie do fantazjowania.

Inną sprawą jest to, że wartość rodzimego tortu w 2014 wyniosła zaledwie 348 mln PLN, czyli $84,1 mln (przy 7% wzroście), co uplasowało nas poza pierwszą dwudziestką, którą zamknęły Indie z poziomem $100 mln, a jeśli przyjąć taki sam wzrost w 2015, to wciąż nie przebijamy poziomu azjatyckiej potęgi atomowej.

Zgodnie z badaniami Nielsena, nowe albumy (fizyczne i digitalne łącznie) przegrały w zeszłym roku w USA ze starymi o 4,3 mln kopii. Należy dodać, że nowe albumy wygrały wprawdzie ze starymi w formie streamingu lub downloadu w stosunku 52,5 do 50,9, ale jest to różnica minimalna, która w 2016 może się bardzo szybko odwrócić na korzyść muzyki katalogowej.

Duża w tym bez wątpienia zasługa rynku winylowego, który przeżywa od 4 lat prawdziwy boom na całym świecie i w 2015 urósł w USA o 30%, gdzie stanowi obecnie 5% sprzedaży fizycznych albumów i odpowiada za 8,4% wszystkich dochodów.

Winyle sprzedają w USA garściami zarówno Adele, Taylor Swift oraz Pink Floyd, The Beatles i Miles Davis. Te statystyki nie uwzględniają jednak rynku płyt używanych, który ma się doskonale dzięki Discogs. Ten zanotował w zeszłym roku poziom sprzedaży w wysokości $100 mln, z czego 8% zasiliło konta serwisu, a to nie wszystko, bo dużo sprzedano też na eBayu.

W istocie, 15% wzrost sprzedaży wszystkich form muzyki amerykański rynek zawdzięcza na dzień dzisiejszy wyłącznie płytom długogrającym i streamingowi, które ratują spadającą sprzedaż CD (-10,8%), downloadu albumów (-2,9%) i downloadu pojedynczych kawałków (-12,5%). Mimo tego, 65,6% dochodu wytwórnie muzyczne w USA pozyskują obecnie dzięki jakiejś formie usługi wykorzystującej Internet, tak więc kierunek rozwoju jest łatwy do przewidzenia.

Te proporcje odzwierciedla również rynek brytyjski (największy rynek muzyczny w Europie, warty na dzień dzisiejszy $1,3 mld), na którym download albumów zmalał w 2015 o 13,5%, sprzedaż CD o 3,9%… ale sprzedaż winyli wzrosła o 64%!

Ten stan rzeczy zaczyna prowadzić do sytuacji wcześniej niespotykanej, w której duże sieci tj. Tesco wprowadzają do sprzedaży winyle, blokując ograniczone możliwości przerobowe europejskich tłoczni dużymi zamówieniami, co odbija się negatywnie na małych, niezależnych wytwórniach.

Za tymi liczbami stoi jednak konsument, który przestał kupować CD, rzadko korzysta z downloadu, kupuje za to coraz więcej czarnych płyt i w tym samym czasie ma duży opór przed korzystaniem z płatnego streamingu, głównie natury finansowej, bo jak pokazuje raport 360 Nielsena, 46% tych, którzy wciąż nie płacą za żadną usługę typu Spotify, Apple Music czy Google Play (jak autor tego artykułu), nie robi tego ze względu na cenę, a 42% nie robi tego… bo może streamować muzykę za darmo z YouTube, który z tego właśnie powodu w pierwszym półroczu 2015 przebił o 60,6% wszystkie inne usługi streamingowe razem wzięte, płatne i darmowe!

To prowadzi nas do terminu multi channeler, co oznacza osobę słuchającą muzyki ze wszystkich dostępnych formatów (CD, winyl, streaming). Te stanowią wg badań BFI nawet 2/3 wszystkich odbiorców muzyki. Osoby te odsłuchują najpierw muzykę z YouTube, a potem kupują fizyczny album, żeby mieć go w wysokiej jakości lub po prostu, żeby postawić go na półce.

Co ciekawe, najliczniejsza grupa multi chanellerów, to nie tylko młodsi Milenialsi i nastolatki, ale przede wszystkim fani muzyki w wieku 35-54 lat (80%). To również ta grupa zasila renesans czarnej płyty, gdyż ma dużo pieniędzy w portfelu i zaczyna się starzeć, czemu towarzyszy nostalgia za latami, w której ukształtował się jej gust muzyczny.

Ten, jak wskazują badania, formuje się zaś na dobre po 33. roku życia i rzadko potem zmienia! Nieprawdą jest więc obiegowa opinia, że kupowanie winyli to syndrom hipsterów w wieku studenckim. Ci mogą pozować na modnych, wydając od czasu do czasu pieniądze w niezależnym sklepie muzycznym, ale nie są realną siłą rynkową.

Czy to odpowiada nam jednak na pytanie, dlaczego z półek coraz częściej schodzi muzyka katalogowa? Na to odpowiada nam w swojej nieocenionej Retromanii Simon Reynolds, logicznie wskazując na pojawienie się Internetu (a ściślej YouTube’a) jako na punkt zwrotny:

W erze przedinternetowej już było więcej informacji i kultury, niż jednostka była w stanie przetrawić. Jednak większość tej kultury i tkanki kulturowej była schowana przed ludzkim wzrokiem w bibliotekach, muzeach i galeriach. Dzisiaj silniki wyszukiwania zniwelowały opóźnienie związane z przeszukiwaniem mrocznych zakątków biblioteki.

Oznacza to, iż obecność przeszłości w naszym życiu ogromnie i podstępnie się zwiększyła. Stare rzeczy albo bezpośrednio przenikają teraźniejszość, albo czają się tuż pod powierzchnią w formie wiecznie obecnych okien do innych czasów.

Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tej wygody, iż ciężko nam sobie przypomnieć, że życie nie zawsze wyglądało w ten sposób; że w miarę niedawno żyliśmy wciąż w kulturze teraźniejszości, z przeszłością zamkniętą we własnych granicach, uwięzioną w konkretnych miejscach lub obiektach.

Conradino Beb

Wieża zegarowa w Oslo gra utwory Motörhead i Davida Bowiego do końca maja!

Urząd miejski w Oslo rozpoczął społeczny hołd dla zmarłych w ciągu ostatnich trzech tygodni, Davida Bowiego i Lemmy’ego Kilmistera z Motörhead, grając ich utwory z wieży zegarowej. Codziennie od 18:00 do 19:00 leci Electricity oraz Changes i tak będzie aż do końca maja.

Lemmy Kilmister, muzyk The Rockin’ Vickers, Hawkwind, Motörhead, odszedł z tego świata 28. grudnia 2015 i już stał się memem dekady. Myśleliśmy, że będzie nieśmiertelny także dlatego, że w ostatnich kilku miesiącach zmienił swoje życie, odszedł od whisky ze względów zdrowotnych na rzecz wódki (której reklamowania uporczywie jednak odmawiał) i odzyskał miłość do gier komputerowych… jednak rak nie dał mu żadnych szans.

Londyńczyk Davie Bowie, ikona mody i muzyki czy muzyko-mody, odszedł 10. stycznia 2016 po dłuższej, choć nigdy nie ujawnionej nikomu poza najbliższą rodziną, walce z rakiem, na Manhattanie w Nowym Jorku. Artysta w niesamowity sposób przetrwał próbę dekad, a przed swoją śmiercią zdążył wydać jeszcze jeden album, Blackstar, który właśnie zajął pierwsze miejsce na liście sprzedaży zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA (podwójne przyklepanie). Tak trzymać!

Zobacz relację z hołdu!

“Vinyl”: Mick Jagger, Martin Scorsese i Terence Winter łączą siły przy nowym serialu!

Kolejny atak retro. Po szpiegowskich zmaganiach w trakcie Zimnej Wojny, narodzinach amerykańskiej gangsterki alkoholowej, czy stylowej epopei o dziejach szamanów reklamy z Madison Avenue, nadszedł czas na serial o modnym temacie: przemyśle muzycznym. Vinyl odkrywa historię fikcyjnego labelu American Century Records, który robi zawrotną karierę pod koniec lat ’70, bezlitośnie ekspolatując scenę punkową, hip-hopową i disco.

Ekipa wywołuje prawdziwą ciekawość (może być abstrakcyjnie dobrze albo bardzo źle), bo znalazł się w niej Mick Jagger, Martin Scorsese i Terence Winter, który napisał 25 epizodów Rodziny Soprano i 15 epizodów Zakazanego imperium. Wszystko zostaje zaś sfinansowane przez stację HBO (zarządzaną przez Time Warner), która musi teraz walczyć o przetrwanie, rywalizując z Netflixem. Różnica przychodów wynosi już tylko $106 mln i bardzo możliwe, że Netflix ujawni wyższe zyski pod koniec 2015.

martin_scorsese_bobby_cannavale_vinyl
Martin Scorsese i Bobby Cannavale na planie „Vinyl”

Gwiazdą Vinyl został Bobby Cannavale (partner Rose Byrne), który wciela się w rolę lecącego na koksie Richiego Finestry (po wł. okno – sic!), prezydenta wytwórni. Razem z nim w obsadzie znalazła się także Olivia Wilde, która gra jego ex-żonę, Devon, a także syn Micka Jaggera, James, który gra niejakiego Kipa Stevensa, wokalistę nowojorskiego bandu proto-punkowego. Do nich dołączył jeszcze kontrowersyjny komik Andre „Dice” Clay, który występuje w serialu jako właściciel fikcyjnej sieci radiowej.

Vinyl będzie miał 10 odcinków, a premiera jest zapowiadana na styczeń 2016! Trailer jest bardzo obiecujący!

Źródło: IndieWire

Matematyczna formuła odkrywa tajemnicę kawałków, które czynią nas szczęśliwymi!

good_vibrations_france
The Beach Boys, Good Vibrations, 7″, Capitol, Francja 1966

Dr Jacob Jolij, holenderski psycholog kognitywny z Uniwersytetu w Groningen, stworzył formułę utworów muzycznych, które zalewają nas hormonami szczęścia. Przy współpracy z brytyjskim brandem Alba naukowiec przebadał 126 hitów rządzących na listach przebojów w ciągu ostatnich 50 lat i odkrył, że najskuteczniejszym z nich jest Don’t Stop Me Now Queen. 

Jego formuła wygląda następująco: FGI= ?L postivie / (BPM-150) +(K-[1/3+?,1/3,1/3-?])+1. Badanie wykazało ponadto, że aż 54% mieszkańców Wielkiej Brytanii używa muzyki, żeby się zmotywować i poprawić sobie nastrój.

Drugie miejsce na liście neuropsychologicznie uzasadnionych przebojów zajął klasyk Abby, Dancing Queen, a trzecie Good Vibrations The Beach Boys. Za nimi uplasował się Uptown Girl Billy’ego Joela oraz legendarny hicior z Rocky’ego, Eye of The Tiger zespołu Survivor.

W dalszej kolejności do pierwszej dziesiątki weszły I’m a Believer The Monkees, Girls Just Wanna Have Fun Cyndi Lauper, Livin’ On a Prayer Bon Jovi, I Will Survive Glorii Gaynor i Walking On Sunshine Katriny & The Waves.

Wykorzystując odkrycia dr Jolija, Alba już wykreowała na Spotify „Top Feel Good Tunes” – playlistę najpopularniejszych kawałków z każdej dekady, a sam psycholog dodaje: Piosenka, która poprawia ci samopoczucie, jest bardzo osobista. Muzyka jest nieodłącznie związana z pamięcią i emocjami, a te asocjacje silnie determinują to, czy piosenka wprawia cię w dobry nastrój, czy nie. Jednak można wskazać pewne kryteria dla kompozytorów, którzy chcą tworzyć utwory poprawiające nastrój. Są nimi: temat liryczny, tonacja i tempo.

Teksty traktujące o wakacjach naturalnie przypominają nam o radosnych chwilach, podczas gdy trójdźwięk durowy (np. C-E-G) brzmi dla naszych uszu szczęśliwie, co utożsamiamy z pewnością siebie. Wysokie tempo 150 bitów na minutę wyzwala do tego podświadomie uczucie energii. Łącząc te trzy elementy uzyskujesz formułę na idealną piosenkę poprawiającą samopoczucie.

Pierwsza dziesiątka wg dr Jacoba Jolija!

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

Źródło: Daily Mirror