Archiwa tagu: psychiatria

Ryzyko epizodów psychotycznych na skutek używania marihuany jest znacznie mniejsze, niż wcześniej sądzono!

Naukowcy z Uniwersytetu w Yorku wykazali w swoim najnowszym badaniu, że ryzyko wystąpienia epizodów psychotycznych takich jak halucynacje pod wpływem marihuany jest bardzo niewielkie, jeśli wziąć pod uwagę dużą liczbę użytkowników. Znacznie większym ryzykiem wg naukowców jest mieszanie marihuany z tytoniem.

Raport z badań został opublikowany w periodyku Addiction. W jego ramach przebadano ponad 2 miliony aktualnych użytkowników marihuany (czyli tych, którzy użyli środka w ciągu ostatnich 12 miesięcy) zamieszkujących Walię i Anglię.

Naukowcy potwierdzili wprawdzie, że marihuana może pogorszyć symptomy schizofrenii, ale epizody psychotyczne u zdrowych użytkowników występują wg nich niezmiernie rzadko, u 1 osoby na 20 tys. W związku z tym badacze dowodzą, iż penalizacja czy ostre prawo antymarihuanowe nie ma żadnego wpływu na poprawę stanu zdrowia psychicznego społeczeństwa.

Jak mówi dr Ian Hamilton, specjalista ds. zdrowia psychicznego na Wydziale Nauk Medycznych Uniwersytetu w Yorku: Związek pomiędzy konopiami i psychozą jest jednym z głównych przedmiotów badań od lat ’60. Większość z prestiżowych badań, do których mieliśmy dostęp, została jednak przeprowadzona w czasach, kiedy normą były odmiany o niskiej potencji, a dzisiaj coraz powszechniejsze są odmiany o wysokiej zawartości THC.

Marihuana ta zawiera mniej związków chemicznych, które, jak wierzymy, chronią przed negatywnymi efektami ubocznymi takimi jak psychoza, a więcej tych, które mogą ją powodować. W nowym badaniu przyjrzeliśmy się zarówno odmianom o niskiej, jak i wysokiej potencji, ale jasne jest, że potrzebujemy więcej przypadków używania tej drugiej, żeby głębiej przebadać fakty.

Naukowcy twierdzą więc, iż marihuana o wysokiej potencji zwiększa ryzyko wystąpienia problemów psychiczych, nawet jeśli statystycznie ich liczba jest bardzo ograniczona, ale znacznie większe ryzyko niesie ze sobą mieszanie marihuany z tytoniem, gdyż proceder ten powoduje uzależnienie od tytoniu już w młodym wieku, zwiększając ryzyko zachorowania na raka i choroby układu oddechowego.

Regulacja moglaby pomóc w zredukowaniu ryzyka, jakie niesie ze sobą używanie marihuany, gdyż uregulowany rynek wymusiłby kontrolę jakości. To dałoby również do ręki użytkownikom informację na temat potencji marihuany, coś co odkrywają oni obecnie dopiero po zastosowaniu używki – skutek nieuregulowanego rynku.

Komunikat dla społeczeństwa na temat związku pomiędzy używaniem marihuany, a psychozą nie jest łatwy i jednoznaczny, ale dowody wciąż wskazują na korzyść z regulacji, która zajęłaby się zapobieganiem największemu niebezpieczeństwu zdrowotnemu, jakim jest używanie tytoniu – mówi dr Hamilton.

Źródło: University of York

Dogłębny przegląd badań dotyczących marihuany ujawnia zarówno zalety, jak i wady jej stosowania!

Marihuana towarzyszy rodzajowi ludzkiemu od przynajmniej 11 tys. lat, ale wciąż nie wiemy o niej wystarczająco wiele. Nasza wiedza wzbogaciła się jednak znacząco w ciągu ostatnich 20 lat, kiedy używka dostała się ponownie pod lupę naukowców, głównie w USA, gdzie badania przeprowadzają niezależne instytucje naukowe w oparciu o prywatne fundusze.

Marihuana wzbudza wiele kontrowersji medycznych, politycznych, ekologicznych i prawnych, co sprawia, że niełatwo jest odróżnić fakty od uprzedzeń. By zapewnić opinii publicznej fachowy wgląd, na przegląd 10 tys. najważniejszych badań opublikowanych od 1999 roku zdecydował się więc pozarządowy zespół naukowy z National Academies of Sciences, Engineering, and Medicine, który swoje konkluzje zawarł w świeżym jeszcze sprawozdaniu.

Opublikowano w nim prawie 100 oficjalnych wniosków, które zostały oparte na pięciostopniowym „modelu pewności”. Wyjątkowo silne dowody są w nim nazywane „niewątpliwymi”, te nieco mniej silne „znaczącymi”, średniej wagi „umiarkowanymi”, słabe „ograniczonymi”, a te nie posiadające żadnego poważnego poparcia „ich brakiem”, co oznacza iż aktualnie nie można ich w żadnym stopniu zweryfikować!

Do niewątpliwych raport zalicza trzy medyczne zastosowania marihuany: łagodzenie nudności i wymiotów spowodowanych chemioterapią w trakcie leczenia raka, usuwanie chronicznego bólu u dorosłych, leczenie spastyczności u chorych na stwardnienie rozsiane.

Naukowcy stwierdzają jednak, że istnieją tylko umiarkowane dowody (lub są one słabe) na poprawianie przez marihuanę snu u jednostek cierpiących na zaburzenia takie jak: fibromialgia (gościec mięśniowo-włóknisty), obturacyjny bezdech senny (OBS), chroniczny ból czy stwardnienie rozsiane.

Do ograniczonych (wyjątkowo słabych) argumentów zaliczono z kolei te, twierdzące że marihuana leczy utratę apetytu i wagi u chorych na HIV/AIDS, zespół Tourette’a, PTSD czy zaburzenia lękowe. Naukowcy nie potwierdzają również nic ponad słabe dowody na to, iż marihuana pomaga szybciej dochodzić do siebie po traumatycznym urazie mózgu.

Co ciekawe, raport podważa również uznany wcześniej niemal za wiążący, pozytywny wpływ marihuanę na jaskrę. Marihuanie nie przyznaje się także cech leczących demencję starczą czy depresję związaną ze starzeniem się.

W raporcie naukowcy piszą także o tym, czego marihuana zdecydowanie, raczej lub prawdopodobnie nie powoduje. Wśród umiarkowanie zanegowanych twierdzeń znalazło się m.in. powiązanie pomiędzy używaniem marihuany, a rakiem płuc, mózgu czy karku, a słabo zanegowanych powodowanie przez używkę raka jąder.

Na całkowity brak dowodów wskazuje się jednak przy leczeniu przez marihuanę raka, anoreksji związanej z rakiem, syndromu jelita drażliwego, epilepsji, pląsawicy Huntingtona, choroby Parkinsona, uzależnienia od narkotyków, schizofrenii, stwardnienia zanikowego bocznego czy spastyczności u pacjentów z urazem rdzenia kręgowego.

Nie oznacza to jednak, że marihuana nie posiada właściwości leczniczych w przypadku tych chorób lub urazów, a jedynie że na dzień dzisiejszy brak badań naukowych, które mogłyby je bezwzględnie potwierdzić lub obalić, czy że nasz aktualny stan wiedzy nie pozwala na wysuwanie takich twierdzeń.

I nawet jeśli zespół wciąż nie był w stanie znaleźć ani jednego przypadku zgonu po marihuanie (jeden z mitów o najdłuższym okresie trwałości w świadomości społecznej), znaleziono znaczące dowody na to, iż marihuana może w niektórych przypadkach pogarszać lub wystawiać na ryzyko zdrowie użytkowników.

Do najważniejszych z nich należą: ryzyko chorób układu oddechowego (szczególnie zapalenia oskrzeli) u długoletnich palaczy marihuany, a także większe ryzyko rozwinięcia schizofrenii i innych form psychozy oraz zmniejszenie wagi noworodków matek palących marihuanę w ciąży. Istnieje ponadto faktyczny związek pomiędzy używaniem marihuany, a zwiększonym ryzykiem wypadku samochodowego.

Badacze znaleźli jednak minimalną ilość dowodów na większe ryzyko zachorowania na raka u dzieci, których matki używały marihuany. Bardzo mało znaleziono ich także na powodowanie przez marihuanę ataków serca, chronicznego zapalenia płuc, rozedmy płuc, astmy czy komplikacji ciąży, które przez wielu lekarzy były uważane niemal za pewnik.

Badacze nie znaleźli także wielu dowodów (opisane są one jako umiarkowane lub ograniczone) na pogarszanie przez marihuanę chorób psychicznych takich jak: depresja, zaburzenie dwubiegunowe, syndrom samobójczy, zaburzenia lękowe.

Umiarkowane dowody znaleziono także na upośledzanie przez marihuanę zdolności poznawczych i rejestracyjnych, a bardzo ograniczone na pogarszanie przez używkę wyników w szkole, pracy czy obniżanie zdolności ekonomiczno-społecznych.

Badacze wskazują przy tym, iż związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy stosowaniem marihuany, a zwiększonym ryzykiem pewnych chorób, może być w wielu wypadkach wynikiem rozpowszechnionej formy przyjmowania używki, czyli palenia, która ma swoje alternatywy w postaci przyjmowania doustnego czy waporyzacji. To potwierdzić musiałyby jednak kolejne badania.

Przy okazji kolejny raz zostaje obalona teoria inicjacyjna, znana także jako teoria furtki (gateway theory), gdyż naukowcy znaleźli umiarkowane lub ograniczone dowody na to, iż marihuana prowadzi do innych nielegalnych substancji, wskazując iż teoria ta często miesza związek kauzalny z korelacją, a więc nie ma żadnej wartości naukowej.

Conradino Beb

 

Źródło: Nationalacademies.org

Wpływ LSD na mózg ujawniony po raz pierwszy w historii na kolorowych skanach!

Badacze z Imperial College w Londynie, pracujący we współpracy z Beckley Foundation, ujawnili po raz pierwszy w historii, jak LSD wpływa na nasz mózg, wykonując serię skomplikowanych, nowatorskich skanów. Badaniu poddało się 20 zdrowych ochotników, a jego efekty znacznie powiększają naszą wiedzę o działaniu legendarnego środka psychedelicznego.

Naukowcy czekali 50 lat na moment, w którym ujawnione zostanie, w jaki sposób LSD zmienia biologię naszego mózgu. Po raz pierwszy naprawdę możemy zobaczyć, co dzieje się w mózgu w stanie psychedelicznym, a to pozwala nam lepiej zrozumieć dlaczego LSD miało tak ogromny wpływ na samoświadomość, muzykę i sztukę. To może mieć znaczące implikacje dla psychiatrii i kuracji pacjentów z takimi chorobami jak depresja. – powiedział znany badacz środków psychedelicznych, a także adwokat ich depenalizacji, profesor David Nutt.

lsd_brain_scan1
Mózg na LSD po prawej

Głównym odkryciem jest fakt, że ludzie przeżywający halucynacje na kwasie, działają pod wpływem wielu impulsów płynących z różnych stron mózgu. Przykładowo, wizualne informacje odbierane za pomocą zmysłu wzroku, są w normalnych warunkach przetwarzane dzięki strukturze zwanej pierwszorzędną korą wzrokową, ale nie pod wpływem LSD.

Jak powiedział dr Robin Carhart-Harris, szef zespołu badawczego: Zaobserwowaliśmy zmiany mózgu pod wpływem LSD, które sugerują, że nasi ochotnicy „widzieli z zamkniętymi oczami”, pomimo tego iż oglądali raczej wytwory własnej wyobraźni, a nie świata zewnętrznego. Odkryliśmy przy tym, że w przetwarzaniu informacji wizualnej na LSD brało udział znacznie więcej obszarów mózgu, nawet przy zamkniętych oczach ochotników. Ponadto, skala tego efektu odpowiadała ocenie wystawionej przez badanych swoim skomplikowanym, sennym wizjom.

Dr Carhart-Harris wyjaśnił także pokrótce, skąd na LSD bierze się dobrze znane jego użytkownikom poczucie jedności z kosmosem: Normalnie nasz mózg składa się z niezależnych sieci, które odpowiadają za wyspecjalizowane funkcje tj. widzenie, ruch, słuch, a także uwaga – ta jest bardziej skomplikowana. Jednak pod wpływem LSD izolacja tych sieci się załamuje i widzimy bardziej zintegrowany czy zjednoczony mózg.

Rezultaty naszego badania sugerują, że efekt ten jest podstawą głębokiego poziomu odmiennego stanu świadomości, o którym często mówią ludzie będący pod wpływem LSD. Jest on również związany z często wspominanym „rozpuszczeniem ego”, co oznacza iż normalne poczucie jaźni zostaje zniszczone i zastąpione przez poczucie połączenia z samym sobą, innymi czy światem natury. Doświadczenie to czasem nabiera wymiarów religijnych czy duchowych i wydaje się być utożsamiane z polepszeniem dobrobytu po tym, jak środek przestał działać.

lsd_brain_scan2
Mózg pod wpływem LSD na dole

Część z badania skupiła się również na efektach muzyki na ludzi pod wpływem LSD, ujawniając że prowokuje ona interesujące impulsy mózgowe, które zamieniają się w halucynacje. To współbrzmi z raportem opublikowanym niedawno w European Neuropsychopharmacology, który ujawnia że człowiek słuchający muzyki pod wpływem LSD otrzymuje dużo sygnałów ze strony parahipokampu – sfery mózgu zaangażowanej w przetwarzanie mentalnych obrazów i osobistych wspomnień – aktywujących pierwotną korę wzrokową, co prowadzi do kolorowych wizji.

Nasze mózgi stają się coraz bardziej ograniczone i posegregowane kiedy dorastamy, co może się przekładać na większe skupienie i sztywność w myśleniu. W wielu aspektach mózg pod wpływem LSD przypomina mózg dziecka: wolny i nieskrępowany. To ma także sens, jeśli pomyślimy o pełnej wyobraźni i hiper emocjonalnej naturze dziecięcego mózgu. – dodaje dr Carhart-Harris.

Conradino Beb

Źródło: Imperial College London News

Badacze z Uniwersytetu Yale odkryli gen odpowiedzialny za nadużywanie konopi

Badanie genetyczne naukowców z Uniwersytetu Yale, które objęło ponad 14 tys. ochotników, zidentyfikowało kilka alleli (części genu w kodzie DNA) odpowiedzialnych za skłonność do nadużywania konopi. Raport sugeruje ponadto, że te same allele zwiększają ryzyko zachorowania na depresję.

Raport z badań, który został opublikowany w czasopiśmie JAMA Psychiatry, wyjaśnia że punktem wyjścia dla naukowców była teoria, że podobnie jak w przypadku „genu alkoholizmu”, człowiek posiada gen odpowiedzialny za uzależnienie od konopi. Zaskoczyło nas znalezienie genetycznego związku pomiędzy uzależnieniem od konopi i chroniczną depresją. – wyjaśnia szef zespołu badawczego, dr Joel Gelernter, profesor psychiatrii, genetyki i neurologii.

Badanie objęło zarówno użytkowników konopi nie wykazujących żadnych oznak uzależnienia, co jednostki nie potrafiące obyć się bez używki i razem z monitoringiem trwało kilka lat. Badacze tłumaczą w podsumowaniu, że silna podstawa genetyczna pomiędzy zaburzeniami psychicznymi, a nadużywaniem marihuany, może tłumaczyć dlaczego schizofrenicy często diagnozowani są jako osoby uzależnione od tej substancji. Naukowcy odkryli również, że te same allele są związane z regulacją poziomów wapnia w organizmie, których zmiana prowokuje reakcję ze strony systemu nerwowego.

Próbka osób uzależnionych od konopi w badaniu wahała się od 18% do 36%, co przewyższa powszechnie przyjętą średnią społeczną wynoszącą 9-10%. Badacze tłumaczą to większym prawdopodobieństwem znalezienia genetycznego związku, który faktycznie udało się ujawnić.

Należy przy tym dodać, że w amerykańskiej literaturze psychiatrycznej, uzależnienie od konopi (cannabis use disorder) jest definiowane jako „kontynuacja używania marihuany pomimo klinicznie znaczącego uszkodzenia, wahającego się od łagodnego do poważnego” (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders), a więc nie ma żadnego związku z ilością konsumowanej marihuany w stosunku dziennym, tygodniowym czy miesięcznym.

Badanie zostało poprzedzone wcześniejszą analizą z 2002, w ramach której dr Gelernter zdołał ustalić, że 90% jednostek uzależnionych od konopi cierpi także na inne zaburzenia psychiatryczne. Nadużywanie substancji psychoaktywnych i choroby psychiczne mogą więc mieć wspólną podstawę genetyczną, ale dane te naukowcy na razie radzą traktować z dużym dystansem.

Środowisko naukowe nie jest bowiem zgodne, czy używanie marihuany w młodości prowadzi do depresji w późniejszym życiu, czy ludzie leczą marihuaną symptomy depresji, która jest uwarunkowana genetycznie. Ta druga hipoteza jest znana powszechnie jako „hipoteza samoleczenia” i potwierdzają ją niektóre badania, inne z kolei wspierają tę pierwszą.

Jak podkreśla także zapobiegawczo dr Gelernter: Wyniki naszego badania nie roszczą sobie żadnych pretensji, żeby potwierdzać szkodliwość używania marihuany czy zasadność legalizacji. Nasze badanie jest związane z zupełnie innym zagadnieniem, mówiącym że niektórzy użytkownicy marihuany są biologicznie bardziej wystawieni na ryzyko uzależnienia niż inni.

Conradino Beb

Źródło: Yale News / The Daily Beast

Urojenie Truman Show: choroba ery nowych mediów

Ludzie cierpiący na urojenie Truman Show wierzą, że ich życie to sekretny reality show, który realizowany jest przez niewidzialnego reżysera lub stację telewizyjną i transmitowany na cały świat bez ich zgody. Termin został stworzony w 2008 na cześć legendarnego filmu Petera Weira przez dr Joela Golda, profesora psychiatrii na Uniwersytecie Nowojorskim, oraz jego brata Iana Golda, filozofa psychiatrii na Uniwersytecie McGilla w Kanadzie.

Badacze sugerują, że w miarę jak ludzka kultura zmienia się pod wpływem nowych mediów i wszechobecności kamer, współbrzmieć z tym zaczynają także choroby psychiczne, wśród których ważną pozycję zajmują psychozy rodzące się częściowo ze stresu, częściowo z obaw o naszą pozycję w społecznej hierarchii, a częściowo ze strachu przez możliwościami technologii. Pojawiająca się choroba psychiczna (np. schizofrenia) wchodzi w interakcję z kulturową wszechobecnością rzeczywistości medialnej, aby w ten sposób dać początek urojeniom.

Bracia Gold uważają, że na powiązanie środowiska życia człowieka z psychozami nie zwraca się zbyt wiele uwagi w psychiatrii, co jest błędem. Jak mówi Joel Gold: Interesuje nas w jaki sposób zmienia się społeczeństwo jako całość. W erze reality show oraz zamkniętych obwodów telewizyjnych, w miastach takich jak Londyn, gdzie ludzie są naprawdę obserwowani, w erze internetu i YouTube, jaki wpływ może mieć to wszystko na ludzi, którzy mają predyspozycje do manii prześladowczej i paranoi?

Forma urojeń wg badaczy nie zmieniła się zasadniczo w ciągu ostatnich 100 lat, ale zmieniła się za to ich treść. Do przypadków opisywanych przez Joela Golda należą m.in. sprawa mężczyzny, który wdarł się do budynku federalnego w Nowym Jorku i zażądał odcięcia go od show, w którym grał główną rolę, a także przypadek człowieka, który wdrapał się na Statuę Wolności, wierząc iż w ten sposób spotka ponownie swoja dziewczynę ze szkoły średniej, dzięki czemu zostanie uwolniony z grania roli w reality show, którego był głównym bohaterem.

Jak opisuje również Gold, coraz częściej zdarza się, że zaburzenie to prezentują dziennikarze, z których jeden trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak uroił sobie, że jego koledzy fałszują wszystkie wiadomości telewizyjne i prasowe dla zabawy. Inny zaś sam faktycznie pracował przy reality show, ale z czasem zaczął wierzyć, że jest filmowany non stop (show miał być sponsorowany przez jego własną rodzinę) i że ekipa telewizyjna może kontrolować jego myśli.

Czasem urojenie Truman Show łączy się także z wiarą w spisek. Przykładowo, jeden z pacjentów Golda przyjechał do Nowego Jorku po 9/11 tylko po to, by sprawdzić czy bliźniacze wieże naprawdę zostały zniszczone, wierząc że był to sprytny zwrot akcji w narracji telewizyjnej, której był głównym przedmiotem.

Jednak najciekawszym przypadkiem był prawdopodobnie ten dotyczący niejakiego Nicholasa Marzano, który zaskarżył HBO o uczynienie z niego gwiazdy reality show bez jego wiedzy. W pozwie oskarżył on sieć telewizyjną o zainstalowanie ukrytych kamer w jego domu, urządzeń kontrolnych w samochodzie, a także o wciągnięcie na listę płac funkcjonariuszy policji i aktorów, którzy odgrywać mieli prawników, lekarzy, pracowników administracji rządowej, kolegów z pracy, członków rodziny i sąsiadów.

Mimo że zaburzenie to nie dostało się jeszcze na oficjalną listę chorób psychicznych, bracia Gold udokumentowali już ponad 100 tego typu przypadków, które opisane zostały w książce Suspicious Minds: How Culture Shapes Madness, a fenomen zyskuje na popularności dzięki rozpowszechnianiu się technologicznych fenomenów tj. monitoring publiczny, lifecasting na Snapchacie, egosurfing, uzależnienie od mediów społecznościowych czy „Kardashianowie w lodówce”.

Podsumowując swoje badania, bracia Gold apelują o odrzucenie mocno zakorzenionego przekonania, iż choroba psychiczna to efekt dysfunkcji mózgu i nawołują do większego zainteresowania się zgłębianiem roli pejzażu kulturowego, pisząc: To że teoria choroby psychicznej powinna odwoływać się do świata zewnętrznego nie jest bardziej zaskakujące od teorii raka odwołującej się do dymu papierosowego.

Conradino Beb

 

Źródło: upvoted / Biomedical.pl / New York Post

Zakładnicy umysłu lub fenomen chorób neuropsychiatrycznych

Emily rzuca się bezwiednie po całym łóżku, wierzga i odpycha trzymających ją pielęgniarzy, krzyczy pourywane frazy w nieznanych językach, nienaturalnym głosem. Trudno uwierzyć, że niektóre zachowania młodej dziewczyny, przedstawione w filmie Egzorcysta, mogłyby również obrazować  objawy choroby neuropsychiatrycznej. Niestety, wiedza na ten temat jest wciąż mało rozpowszechniona.

Informacje o postępach w medycynie często nie wychodzą poza wąskie grono specjalistów. I tak jest również w przypadku symptomów chorób utożsamianych z opętaniem, które są spowodowane zaatakowaniem układu limbicznego, co jest charakterystyczne dla przebiegu schorzeń autoimmunologicznych. Zapalenie układu limbicznego daje bardzo trudne do scharakteryzowania objawy neuropsychiatryczne, a samą chorobę można zdiagnozować tylko dzięki zbadaniu przeciwciał antyneuronalnych (anty-NMDA, anty-AMPA, anty-VGKC, anty GABAB rec.).

Czym są jednak te przeciwciała? To białka stanowiące część układu odpornościowego, które ogrywają zasadniczą rolę w jego funkcjonowaniu. Ich zadaniem jest identyfikacja i neutralizacja bakterii, wirusów i pasożytów, czyli wszystkich potencjalnych zagrożeń dla naszego organizmu. Zdarza się jednak, że układ odpornościowy zaczyna źle funkcjonować i wytwarza przeciwciała przeciwko strukturom własnego organizmu (autoprzeciwciała), które są przyczyną chorób autoimmunologicznych, w przypadku przeciwciał antyneuronalnych – chorób układu nerwowego.

Wykrycie tego typu schorzeń przysparza niestety dużo trudności. Popularne dolegliwości, takie jak np. angina dają o sobie znać wysyłając wyraźny sygnał – ból gardła. Tymczasem choroby autoimmunologiczne mogą wykazywać symptomy, które łatwo pomylić z chorobami o podłożu neurologicznym czy psychicznymi.

Dzieje się tak, ponieważ autoprzeciwciała atakują prawą półkulę mózgu, odpowiedzialną za uczenie się i cechy osobowości. Z tego względu zapalenie układu limbicznego może powodować tak różnorodne objawy jak: mimowolne ruchy ciała, zaburzenia czucia, niewyraźna mowa (często przypominająca mówienie w języku obcym), paranoja (w jednym z udokumentowanych przypadków chora bezpodstawnie oskarżała swojego partnera o zdradę), zmiany osobowości, agresja, zaburzenia ruchów twarzy, lęki czy nawet urojenia i halucynacje.

Ten zespół objwów charakteryzuje autoimmunologiczne zapaleniu mózgu, a dokładniej zapalenie układu limbicznego. Inne choroby neuropsychiatryczne wywołują szereg innych niespecyficznych objawów,  np. myasthenia gravis, która powoduje nienaturalnie szybkie męczenie się i osłabienie mięśni, a Zespół Devica może prowadzić do pełnej utraty wzroku.

Niestety prawidłową diagnozę utrudnia fakt, że przyczyna chorób neuropsychiatrycznych może powstawać poza układem nerwowym, np. w wyniku rozwinięcia się nowotworu innego organu. Taka grupa chorób zaliczana jest do neurologicznych zespołów paranowotworowych. Choroby te towarzyszą nowotworom złośliwym, ale nie są przez nie wywołane. W takich przypadkach, ze względu na to, że objawy neurologiczne występują o wiele wcześniej niż symptomy choroby nowotworowej, przeciwciała antyneuronalne mogą stanowić marker wczesnego wykrycia niektórych nowotworów.

O konieczności rozpropagowania wiedzy na ten temat przekonała się na własnej skórze nowojorska dziennikarka Susanah Cahalan. W jej przypadku choroba zaczęła się od obsesji na punkcie pluskiew, a rozwijała się wraz z objawami paranoji i zaburzeniami osobowości, a zakończyła dopiero po wielu miesiącach, kiedy pacjentka trafiła w ręce lekarzy mających doświadczenie w walce z chorobami o podłożu autoimmunologicznym.

Aby zaoszczędzić innym tych przeżyć, dziennikarka postanowiła opisać swoje doświadczenia w książce Umysł w ogniu, która rozeszła się w milionowym nakładzie, została przetłumaczony na kilkanaście języków i odegrała niebagatelną rolę w rozpowszechnieniu informacji na temat schorzeńwywoływanych przez przeciwciała antyneuronalne.

Utożsamianie halucynacji, paranoi oraz zaburzeń postrzegania rzeczywistości jedynie z chorobami o podłożu psychiatrycznym lub opętaniem, sprawia że chorzy na autoimmunologiczne schorzenia układu nerwowego długo czekają na diagnozę i są skazani na przewlekły proces diagnostyczny. Koszmar jaki przechodzą jest więc podwójny, ponieważ stają się zakładnikami niewiedzy i własnego umysłu.

Jędrek Jendrośka

 

Więcej informacji znajdziecie na stronie Antyneuronalne.pl

Amerykański psychiatra leczy zespół stresu pourazowego u żołnierzy dziwkami i koksem!

Poznajcie pułkownika Stanwicka Hardcastle’a, który jest obecnie najpopularniejszym psychiatrą w amerykańskim szpitalu wojskowym w Womack dzięki swojemu entuzjastycznemu poparciu dla leczenia zespołu stresu pourazowego – jednego z najbardziej nękającego żołnierzy zaburzeń – kokainą i profesjonalnymi usługami seksualnymi.

Jak mówi Hardcastle Duffel Blog: Wielu z moich kolegów ma problem ze zrozumieniem tego co robię. Ale ma to sens, jeśli tylko przełkniesz swoją początkową odrazę i zaczniesz się temu racjonalnie przyglądać. Czego szukają nasi podwładni, marynarze czy żołnierze piechoty morskiej, którzy cierpią na zespół stresu pourazowego? Seksu i narkotyków, ot czego.

W istocie, dla samego Hardcastle’a było to również szokujące odkrycie, ale szybko zaakceptował on fakt, iż chorzy żołnierze szukają tego, co jest skuteczne. Wiedziałem, że niektórzy z moich kolegów odnieśli sukces stosując LSD, kokainę i inne dragi w bardzo ograniczony sposób. Ale wtedy przeczytałem artykuł w pewnym magazynie naukowym na temat macierzyństwa seksualnego (przełomowej formy terapii seksualnej wypracowanej w latach ’70 – przyp. red.), połączyłem wszystko razem do kupy i postanowiłem przepisywać te rzeczy w formie terapii. – wyznaje Hardcastle.

Oczywiście, wojskowy establishment ma duży problem z zaakceptowaniem tego co robi dr Hardcastle, gdyż jego metody całkowicie wymijają przyjęte powszechnie normy prawne i medyczne. Za jego plecami słychać, że chodzi o „dziwki i koks”, a jego koledzy w zeszłorocznym panelu oceny skuteczności wyrazili ubolewanie, że „rzuca się on w nieprzetestowane, społecznie nieakceptowane formy terapii”.

Jednak skuteczność działań dr Hardcastle’a nie podlega żadnym wątpliwościom, gdyż od rozpoczęcia terapii ani jeden z jego pacjentów nie popełnił samobójstwa, ani nie rozpoczął masowej strzelaniny. Jednym z tych szczęśliwców jest emerytowany żandarm wojskowy Adam Frank, który żyje obecnie z pensji inwalidy wojskowego w Franklin w stanie Tennessee i zgłasza się do swojego psychiatry raz w tygodniu.

Przepytywany przez Duffel Blog mówi: To się zaczynało robić naprawdę śmieszne. Chodziłem na te wszystkie spotkania czy terapie grupowe i musiałem brać pigułki. Ale dr Hardcastle załatwił mi trzy rzuty koksu tygodniowo i tyle Paktiya Gold, ile tylko mogłem wypalić. Raz w tygodniu umawiam się też z jedną z najpiękniejszych dam z lokalnej agencji towarzyskiej. A za wszystko płaci oczywiście wujek Sam. Nie prowadziłem takiej zrelaksowanej i wolnej od koszmarów egzystencji odkąd wpadłem na minę.

Również inni pacjenci dr Hardcastle’a wyrażają podobne opinie, zauważając że bardzo trudno mieć myśli samobójcze, czy zacząć strzelać do cywilów w centrum handlowym lub na uniwersytecie, jeśli przyjemnie nakoksowany leżysz w ramionach czułej prostytutki. W istocie, cały ból odchodzi wtedy w niepamięć. I właśnie z tego powodu Hardcastle będzie kontynuował swoją terapię aż do czasu, gdy armia nie postanowi, że czas skończyć z tego rodzaju eksperymentami.

Źródło: Duffel Blog

Małpy, politycy i psychopaci, czyli od władzy nie ma ucieczki

Il potere logora chi non ce l’ha

– Giulio Andreotti –

W kręgu dyktatorów i psychopatów

Pytanie o to, dlaczego ludzi pociąga władza, jest jednym z najstarszych pytań zadawanych sobie przez cywilizację Zachodu. Kwestia ta interesowała już Platona, który w Państwie stwierdził, że władza idealna to władza absolutna (sic!) Po upadku Cesarstwa Rzymskiego władza stała się jednak tematem marginalnym w filozofii i literaturze, a na przestrzeni dziejów pojawiło się jedynie dwóch wybitnych teoretyków władzy: Machiavelli i Hobbes, których zaliczamy dzisiaj do wczesnej socjologii politycznej.

Ten stan zmienił się dopiero wraz ze stworzeniem psychonalizy przez Freuda na początku XX w., od którego niemal wszyscy jego wybitni uczniowie (Jung, Adler, Reich) przejęli zainteresowanie mechanizmami władzy, bardzo twórczo rozwijając teorie swojego nauczyciela. Warto zwrócić przy tym uwagę, że kształowanie się postfreudowskiej myśli psychoanalitycznej przypada na lata rozwoju faszyzmu, antysemityzmu i nacjonalizmu w Europie.

Sam Carl Gustav Jung miał wyjątkowe szczęście, gdyż był w stanie przeprowadzić własnoręczną analizę psychologiczną dwóch z trzech największych dyktatorów swoich czasów: Hitlera i Mussoliniego, podczas ich spotkania w Berlinie w 1939. Wg Junga Hitler nigdy się nie śmiał i miał cały czas wisielczy, ponury nastrój. Wydał się także Jungowi aseksualny i nieludzki z jednym tylko celem w głowie, zbudowaniem Trzeciej Rzeszy, która miała w mistyczny sposób zjednoczyć wszystkich Niemców, zniwelować wszystkich wrogów oraz wymazać obelgi historyczne.

Jak przyznał Jung, jedyną emocją, którą wywoływał w nim Hitler, był strach. Co ciekawe, Mussolini wydał się psychologowi bardzo oryginalnym człowiekiem pełnym ciepła i wigoru (Włosi byli w tej sprawie znacznie bardziej podzieleni). Z późniejszej perspektywy, obydwoje skończyli bardzo podobnie. Hitler zastrzelił się w berlińskim bunkrze pod kancelarią III Rzeszy przed wkroczeniem do miasta Armii Czerwonej, a Mussolini został rozstrzelany przez partyzantów w Giulino di Mezzegra, zaś jego ciało zostało wystawione na widok publiczny na mediolańskim placu. Pomimo wielkich zdolności przywódczych, obydwóch przerosła więc własna wizja.

W 2007 obserwacje Junga stały się podstawą badania przeprowadzonego przez Coolidge’a i Segala, które miało na celu zbadanie psychopatologicznych syndromów osobowości Hitlera przy pomocy czwartej edycji Diagnostyczego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych (DSM-IV). Dzięki wspomnieniom Junga i opiniom pięciu innych wybitnych ekspertów, psychologowie byli w stanie stwierdzić, że u faszystowskiego dyktatora można wyróżnić następujące zaburzenia psychologiczne: paranoję, osobowość antyspołeczną, narcyzm i sadyzm. W ogólnym rozrachunku Hitler mógł również przejawiać tendencje do schizofrenii, megalomanii i aberracyjnego myślenia.

Coolidge i Segal potwórzyli swoje badanie w tym samym roku, jednak pod lupę wzięli tym razem Saddama Husseina, posługując się jako materiałem badawczym zeznaniami 11 osób, które znały go osobiście przez jakieś 24 lata. Jakie było zdziwienie badaczy, gdy Hussein wykazał profil niezwykle zbieżny z profilem Hitlera (korelacja zaburzeń u obydwóch z nich wyniosła 79%). Kolejne badanie przeprowadzone w 2009 obrało sobie z kolei za przedmiot koreańskiego dyktatora Kim Jong-Ila, który ponownie wykazał te same zaburzenia osobowości.

Na podstawie tych trzech badań Coolidge i Segal stworzyli teorię „wielkiej szóstki”, konstelacji zaburzeń nagminnie występujących u dyktatorów, do których należą: sadyzm, osobowość antyspołeczna, paranoja, narcyzm, osobowość schizoidalna i osobowość schizotypowa. Pytaniem, które wymagało jednak szybkiej odpowiedzi, było to, w jaki sposób jednostki z tak poważnymi zaburzeniami psychologicznymi, były w stanie osiągnąć tak wysoką pozycję społeczną? Pozycję, w której mogły bez żadnej konsekwencji decydować o życu innych?

holocaust
Holocaust – jeden z najbardziej przerażających efektów psychopatii Adolfa Hitlera

Odpowiedź na to pytanie jest znacznie mniej przekonująca od wyników samych badań. Wg Coolidge’a i Segala psychopaci są generalnie znani z podporządkowywania sobie innych ludzi, którzy w ich obecności tracą wszelki zmysł krytyczny i tu podają przykład Charlesa Mansona oraz Jima Jonesa. Z drugiej strony psychopaci nie zawsze wybierają karierę polityczną, ale egzystują także w innych sferach życia społecznego, z których najbardziej znaną jest biznes! Okazuje się bowiem, że w wielkich korporacjach psychopaci stanowią 3% populacji, co przebija medianę społeczną o 2%. Psychopatia ułatwia, jak się okazuje, karierę zawodową!

Jakkolwiek przerażająco miałoby to brzmieć, intuicyjnie czujemy, że nie ma w tym nic dziwnego. Wtóruje zaś temu w swojej kultowej książce Psychopaths Alan Harrington – mniej znany ziomal Timothy Leary’ego, Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga – który stworzył jedną z najbardziej romantycznych i fascynujących teorii na ten temat. Psychopata to wg niego nikt inny, ale człowiek przyszłości, efekt cywilizacyjnej presji – istota obdarzona wszystkimi niezbędnym cechami zapewniającymi życiowy sukces.

I nawet jeśli wizję Harringtona potraktować jako niepokojący trip, zawiera ona pięć funtów prawdy, od której bardzo trudno uciec… a potwierdzonej również przez psychologów społecznych, którzy w ostatnich latach wzięli pod lupę mechanizmy ustalania hierarchii w międzynarodowych korporacjach. Jednym z tych badaczy jest Jon Ronson, który swoje badania szczytu korporacyjnej drabiny opisał w książce The Psychopath Test. Inną książką, która drąży ten sam temat, jest zaś Snakes In Suits: When Psychopaths Go To Work Paula Babiaka i Roberta Hare’a.

Obydwie z nich opierają się na analizie osobowości i zachowań menedżerów wyższego szczebla, którzy idealnie wpasowują się w standardową definicję psychopatii. Jak czytamy w książce Babiaka i Hare’a: Kilka zdolności – a właściwie umiejętności – sprawia, że ciężko jest przejrzeć na wylot prawdziwego psychopatę. Po pierwsze, są zmotywowani oraz mają talent do „czytania ludzi” i szybkiej ich oceny. Identyfikują to, co ludzie lubią i czego nie lubią, ich motywy, potrzeby, słabe strony i wrażliwe punkty. Po drugie, wielu psychopatów okazuje się mieć doskonałe ustne umiejętności komunikacyjne.

W wielu przypadkach umiejętności te są nad wyraz oczywiste ze względu na to, że są oni w stanie wskoczyć w środek rozmowy bez żadnych społecznych oporów, które powstrzymują wielu innych ludzi. Po trzecie, są mistrzami kreowania wrażenia; ich wgląd w psyche innych połączony z powierzchowną – ale przekonującą – płynnością werbalną, pozwala im na zręczną zmianę sytuacji w taki sposób, żeby odpowiadała ich własnej, a także planowi gry.

Autorzy dokonują w swojej książce jednej ważnej konkluzji, psychopaci nie powinni być zatrudniani w biznesie z następujących powodów: Niektórzy z nich nie mają wystarczających zdolności społecznych, komunikacyjnych lub edukacji, by efektywnie współżyć z innymi i polegają zamiast tego na zastraszaniu, wymuszaniu, szantażu i przemocy w celu dominowania innych lub by dostać to, czego chcą. Jednostki tego typu są zwykle nachalnie agresywne i raczej nieprzyjemne. Ale wystarczy, by opanowały podstawy tworzenia więzi społecznych i stają się śmiertelnie niebezpiecznymi osobnikami, których większość ze współpracowników nie jest nawet w stanie skojarzyć z zaburzeniami psychicznymi.

Jak pokazuje powyższy przykład dyktatorów, psychopaci bardzo często kierują się w stronę polityki. Z drugiej strony można ich także znaleźć na szczytach drabiny korporacyjnego biznesu… trzecia droga to zaś ścieżka seryjnego mordercy lub gwałciciela. We wszystkich przypadkach psychopaci grają jednak w tę samą grę władzy i dominacji, a ostatecznie sadyzmu, przemocy i zniszczenia, biorąc we własne ręce losy innych, jednak wyrzekając się przy tym wszelkich konsekwencji za swoje postępowanie… ale jak pokazują badania, są za to kochani.

W kręgu polityków i makaków

makaki
Makaki japońskie

Pomimo potu na czole lewicowych myślicieli, by znaleźć przekonujący przykład grupy ludzi lub nie-ludzi, która obywa się bez hierarchii (ergo bez nierówności), a więc mogłaby zapewnić oparcie teoretyczne dla społeczeństwa bezklasowego, badania antropologów, biologów i psychologów ewolucyjnych nieustannie te fantazje obalają. Walka polityczna to nasze zwierzęce dziedzictwo, część kodu DNA i nawet pomimo szczerej chęci wyeliminowania jej z systemu, nie da się tego zrobić.

Fenomen ustalania hierarchii jest znany u wszystkich zwierząt, ale najważniejszy dla ludzi pozostaje przykład małp człekokształtnych, przede wszystkim szympansów Bonobo i makaków. Te drugie wykazują zdumiewająco skomplikowany układ związków hierarchicznych, który aktywowany zostaje szczególnie w trakcie sporu o status w grupie lub, jak można powiedzieć, w walce o władzę polityczną. Makaki okazują się bowiem dysponować nie tylko zwierzęcą siłą, ale także sprytem politycznym.

Jak pisze psycholog Dario Maestripieri, walka u makaków nigdy nie odbywa się w próżni, a pojedynek pomiędzy dwoma samcami to zawsze pojedynek dwóch stronnictw, obserwowany uważnie przez neutralnych widzów, ale przede wszystkim przez wrogów i sprzymierzeńców. Wynik walki pomiędzy makakami jest przy tym zwykle zdeterminowany przez siłę danego stronnictwa. Jeśli napastnik nie dysponuje przeważającym zmysłem strategicznym i nie wygenerował wcześniej poparcia w stadzie, słabszy fizycznie przeciwnik może wygrać pojedynek poprzez wciągnięcie do sporu swoich protektorów.

Makaki rzadko tylko bowiem obserwują spór, a znacznie częściej spontanicznie włączają się do walki. Jednak najczęściej są do niej wzywane przez samców, którzy nie są w stanie poradzić sobie sami. W momencie pojawienia się samca alfa decyzja o rozsądzenie sporu zostaje mu oddana automatycznie, ale ta zależy od wielu czynników, przede wszystkim od pokrewieństwa, ale również od bliskości w hierarchii małpy proszącej o pomoc.

Jeśli obydwa czynniki faworyzują wygraną proszącego o pomoc, agresor musi zejść z ringu, ale jeśli słabszy makak znajduje się na dole drabiny społecznej i nie jest z samcem alfa spokrewniony, dostaje jeszcze dodatkowe cięgi za prośbę o interwencję, gdyż nie jest niej godny. W praktyce, samce alfa zajmujące wysoką pozycję w hierarchii stadnej zwykle pomagają silniejszym i bardziej wpływowym agresorom, od których oczekują lojalności na wypadek własnych kłopotów w przyszłości. Ci pomagają im zaś w sporach ze słabszymi małpami, które i tak zostaną z góry wygrane przez samców alfa, w ten sposób podlizując się i kupując sobie wpływy.

Walka o dominację wśród makaków to podstawa tego, co nazwalibyśmy w demokratycznym społeczeństwie, budowaniem stronnictw politycznych. Ich głównym mechanizmem, zarówno u małp człekokształtnych, jak i ludzi, jest kalkulacja potencjalnego zysku i straty oraz kosztów interwencji. Jeśli zysk przewyższa straty, a koszt jest mały, decyzja jest bardzo prosta. W innym wypadku zaczyna się niebezpieczna gra, w której o zwycięstwie decyduje spryt i inteligencja. Walka może bowiem zostać teoretycznie wygrana przez słabszego, jeśli ten znajdzie kozła ofiarnego, na którego można zrzucić ciężar sporu.

barclays_diamond
Bob Diamond – były CEO Barclays Bank, postawiony przed brytyjskim sądem za manipulowanie międzybankowymi stopami procentowymi i zmuszony do rezygnacji ze stanowiska

Zdumiewające jest to, że dokładnie te same reguły znajdziemy w naszych własnych procesach walki o władzę polityczną. Mała partia zawsze będzie szukała wsparcia dużej, szczególnie jeśli jej działacze nie mają doświadczenia politycznego. Z czasem może ona jednak powiększać poparcie i ostatecznie zaatakować swojego sprzymierzeńca z pomocą innego ugrupowania, dla którego połączenie sił będzie oznaczać wymierne korzyści. Duża partia z kolei będzie zawsze atakowała małe ugrupowania, by nie doprowadzić do ich rozwoju politycznego, co może zagrozić w przyszłości jej własnej pozycji.

Ze względu na to, że psychopaci posiadają wszystkie cechy pomagające w karierze politycznej, bardzo często zasilają oni górne szczeble drabin partyjnych, gdzie mogą swobodnie realizować swoje cele. Po zdobyciu władzy zaczyna się zaś niebezpieczny upadek standardów znany powszechnie jako relatywizm sytuacyjny, który jednak nie jest próbą usprawiedliwiania się przed światem. Jak pokazują bowiem badania psychologiczne wpływu władzy na ocenę etyczną, jednostki na górze hierarchii bezgranicznie wierzą w to, że mają wszelkie prawo do jej nadużywania.

Takie właśnie wnioski płyną z połączonych badań przeprowadzonych przez Adama Galinsky’ego z amerykańskiego Uniwersytetu Northwestern w Illinois oraz Jorisa Lammersa z holenderskiego Uniwersytetu w Tilburgu. W swoim teście psychologowie podzieli ochotników na dwie grupy, tę u władzy i tę bez władzy, poprzez zaszczepienie idei siły lub bezsilności. A poprzez serię pytań dotyczących m.in. naciągnięcia wydatków podróżnych, przekroczenia limitu prędkości w przypadku śpieszenia się na spotkanie oraz przywłaszczenia sobie roweru, uzyskali bardzo ciekawe odpowiedzi.

Podczas gdy grupa ludzi z niskim statusem społecznym była dla siebie bardzo surowa za przekraczanie etycznej granicy zachowania, grupa z wysokim statusem społecznym ciągle to bagatelizowała i za wszelką cenę się usprawiedliwiała. Jak konkludują więc psychologowie, władza faktycznie zmienia optykę i usprawiedliwia w oczach jej posiadaczy łamanie wszelkich reguł. Badacze sądzą, że kluczowym słowem dla takiego zachowania jest przywilej, w którego istnienie święcie wierzą ci, którzy sprawują wysokie stanowiska społeczne.

Jednocześnie z udowodniem istnienia hipokryzji w ocenie działań etycznych przez jednostki sprawujące władzę, psychologowie odkryli także istnienie innego ciekawego zjawiska, tzw. hiperkryzji, przez którą rozumieją wysoką samokrytykę jednostek na górze drabiny, jednak wciąż identyfikujących się z niższą grupą społeczną. Te mają wg nich tendencję do wybaczania przedstawicielom grup o niższym statusie czynów uważanych powszechnie za niemoralne.

Wniosek jest więc taki, że sprawować władzę efektywnie mogą jedynie jednostki, które są bezwględne w jej nadużywaniu. Innymi słowy, władza zawsze prowadzi do jej nadużywania i nie ma żadnej jasnej linii, która oddzielałaby dobrych polityków od złych polityków, dobrych menedżerów od złych menedżerów. Jeśli ktoś ląduje na szczycie przez przypadek, będzie zawsze dążył do projekcji swoich słabości poprzez psychologiczne przyznawanie swoich przywilejów innym, żeby odkupić wewnętrzną winę bycia przy władzy, a tym samym staje się łatwym celem dla konkurencji i raczej nie zagrzeje długo miejsca na szczycie.

W kręgu mediów, mitologii i teorii dominacji społecznej

Nixon-Hopkins
Anthony Hopkins jako Richard Nixon w paranoicznej biografii Olivera Stone’a

Jednym z najciekawszych osiągnięć psychologii społecznej ostatnich lat jest teoria dominacji społecznej (social dominance theory, SDT) stworzona w 1999 przez profesora Jima Sidaniusa i Felicię Pratto, która zajmuje się procesami UTRWALANIA hierarchii grupowych. Na poziomie ideologicznym jest to spotkanie neomarksizmu i psychologii ewolucyjnej, które ląduje jednak nie w optymistycznych rejonach wiecznego naprzód tak kochanego przez myślicieli lewicowych, ale w piekle przekonania, że jakiekolwiek fundamentalne zmiany są niemożliwe do przeprowadzenia.

Zasadniczą tezą teorii dominacji społecznej jest to, że ludzie sami utwalają nierówności społeczne poprzez trzy rodzaje zachowań: instytucjonalną dyskryminację, agregacyjną indywidualną dyskryminację i asymetrię behawioralną. Za ich legitymizację odpowiadają zaś społeczne mity, które są dystrybuowane przez różne grupy wpływów. Te mity należałyby z kolei do dwóch kategorii: wzmacniających hierarchię i osłabiających hierarchię. Do pierwszych z nich należy przykładowo rasizm i nacjonalizm, zaś do drugich socjalizm i antyseksizm.

Jednostki opowiadają się za jedną grupą mitów ze względu na swoją orientację dominacji społecznej, która z kolei zależy w dużej mierze od pozycji w hierarchii społecznej. Ci na dole będą wspierać mitologię osłabiającą hierarchię, podczas gdy ci drudzy będą się opowiadać za mitologią wzmacniającą hierarchię. Wynikiem walki tych dwóch mitologii jest zaś szereg nierówności społecznych będących w generalnym rozrachunku strukturalną częścią naszej natury lub zwierzęcego dziedzictwa, które nie pozwala na usunięcie hierarchii poza ramy społeczne.

O ile teoria ta jest kolejnym kamyczkiem do worka zwolenników „naturalnego stanu rzeczy” zawiera ona w sobie ciekawy opis walki społecznej, która sprzyja zachowaniu względnego stanu równowagi, gdyż jeśli obydwie zwalczające się mitologie pozostają aktywne, nie pozwalają sobie nawzajem na uzyskanie absolutnej hegemonii. Teoria ta jest także o tyle ciekawa, że jest względnie neutralna politycznie. Może ją w równym stopniu zaakceptować idealistyczny, lewicowy marzyciel wierzący, że walka ta zostanie wygrana w dalekiej przyszłości lub prawicowy konserwatysta marzący o utrwaleniu pewnego stanu rzeczy na wieki.

W każdym wypadku teoria dominacji społecznej nie daje szansy pozostawienia rzeczy samym sobie i wskazuje na człowieka jako bezwzględnego homo politicusa, który w walce o hierarchię widzi zmaganie o ład społeczny zgodny z jego osobistymi przekonaniami, mającymi jednak więcej wspólnego z neurologią niż ekonomią. To zostaje zaś opisane przez profesora Sidaniusa w formule asymetrii behawioralnej, która oznacza wieczne faworyzowanie własnej grupy, a w efekcie podtrzymywanie władzy nad innymi grupami.

Jeden z najciekawszych przykładów działania asymetrii behawioralnej Sidanius widzi jednak nie w zachowaniach przedstawicieli grupy dominującej, ale w zachowaniach jednostek należących do grup podporządkowanych. Ten typ zachowania Sidanius nazywa asymetryczną fobią wobec własnej grupy (asymetrical ingroup bias). Polega ona wg niego na faworyzowaniu przedstawicieli grupy dominującej przez przedstawiciela grupy podległej… a idealnym przykładem byłby Stephen, czarny niewolnik z Django Unchained Quentina Tarantino, co ponownie odsyła nas do części o mitologiach, gdyż żadna nie jest tak silna, jak mitologia filmowa.

Należy sobie bowiem zdać sprawę, że mitologie, które kiedyś były dystrybuowane wyłącznie dzięki ustnym przekazom pokoleniowym i świętym księgom (Biblia, Talmud, Koran, Bhagavadgītā) obecnie rozpowszechniają się głównie dzięki mediom (telewizja, gry komputerowe, radio, kino, Internet), których treść pozostaje generalnie tożsama z przekazem (medium is the messsage). Media są zaś zasadniczo komunikacyjnymi ekstensjami zmysłów (głównie wzroku, słuchu i dotyku) umożliwiającymi przyśpieszoną absorbcję informacji, która pozostaje z kolei podstawowym składnikiem każdej mitologii.

Wyłonienie się silnej kultury obrazkowej w drugiej połowie XX w. lub jak woli duża część medioznawców zwyczajny powrót do źródła kultury homo sapiens, pewnego rodzaju uwspółcześnienie czy też powrót archaicznych wątków, które zawsze pozostawały nam dostępne poprzez sny, doświadczenia psychedeliczne, malarstwo, rzeźbę i pogańskie rytuały, zdominował nagle faworyzowaną przez średniowieczno-renesansowo-oświeceniową kulturę słowa pisanego, funkcjonującą w dużej mierze na zasadzie negatywnego feedbacku, a więc dokonującą memetycznej repetycji.

Jak pisze w Present Shock Douglas Rushkoff (zainspirowany teoriami Korzybskiego): Istoty ludzkie mogą wiązać czas. Możemy wziąć doświadczenie jednego pokolenia i przekazać je następnemu dzięki językowi i symbolom. Możemy wciąż nauczyć nasze dzieci polowania czy łowienia w czasie rzeczywistym, ale nasze lekcje mogą również zostać skompresowane w formie historii, instrukcji czy diagramów. Informacja uzyskana przez jedno pokolenie może zostać przekazana wydajniej niż w przypadku, gdyby każde pokolenie miało nauczyć się wszystkiego z doświadczenia.

alfred_korzybski
Alfred Korzybski – twórca semantyki ogólnej

Elektroniczne media są oczywiście najbardziej efektywnym akceleratorem, jaki został stworzony do tej pory przez człowieka, nie tylko pozwalając na natychmiastowy dostęp do informacji, ale także na symultaniczny dostęp do wielu informacji naraz, co odróżnia je od jednokierunkowych mediów tj. książka czy telewizja. Mark Pesce określił tę właściwość jako hiperdystrybucję, wielokierunkowy układ rozpowszechniania informacji, która nie musi, ale w dużej mierze zostaje uporządkowana przez różnego rodzaju aktorów świadomie wchodzących do tego strumienia i przesiewających piasek w poszukiwaniu złota.

U podłoża tego zachowania leży zaś potrzeba narracji, która nadawałaby sens ludzkim poczynaniom, mitologii życia codziennego, która nawet jeśli nie posiada natury religijnej lub duchowej, musi zawierać ładunek bezpośredniego doświadczenia aktywującego nasze obwody neurologiczne przystosowane w trakcie długiej ewolucji gatunku do wiązania czasu (jak powiedziałby Korzybski). Ta intuicyjna symbolizacja rzeczywistości jest zaś odzwierciedlana w dużej mierze przez naukę, filozofię i wszelkie rodzaje sztuki, z których najbardziej wpływową jest prawdopodobnie film.

Kino odzwierciedla nie tylko wartości i napięcia społeczne, ale obrazuje również zasady ustalania hierarchii i reguły rządzące życiem stadnym. Jako medium film może kierować się zarówno w stronę absolutnej fantazji, eskapistycznej rozrywki, personalnego eksperymentu, dramatycznego mimetyzmu, społecznego komentarza, a nawet swoistego rodzaju psychoterapii. W każdym wypadku zobaczymy na ekranie jakiś składnik kulturowej mitologii, który im mniej zawiera elementów przyczynowo-skutkowych, tym szerszą posiada podatność na interpretację. Innymi słowy, nie ma obrazów nic nie znaczących…

Oczywiście, film abstrakcyjno-eksperymentalny to mała nisza, którą docenia nieliczna grupa kinomanów z artystyczno-intelektualnymi zamiłowaniami. Masowy sukces osiągają jedynie filmy naracyjne, fabularne, które mogą być oglądane z przyjemnością przez umysł nieprzystosowany do zawieszania zasad rządzących codzienną rzeczywistością. Arystotelesowska logika, jakkolwiek sztuczna i nieprzydatna do opisywania rzeczywistości, posiada jeden zasadniczy atut: jest prosta i niepodatna na paradoksy. Wszystkie nielinearne chwyty stosowane przez filmowców tę logikę zaś niszczą, co skutkuje narzekaniem publiki i niskimi wpływami do kasy.

Jak powiedział Paul Schrader (Taksówkarz) w Dekadzie pod wpływem: Zasadniczym założeniem filmów jest to, że mają być lekkie i zarabiać pieniądze. Oczywiście, kino europejskie wyrasta z kompletnie innej tradycji niż kino amerykańskie, gdyż na Starym Kontynencie film traktowało się od zawsze jako sztukę w przeciwieństwie do zwykłej rozrywki. I ten konflikt cały czas jest obecny w myśleniu krytyków z obydwóch stron Oceanu. Ci europejscy będą zawsze próbowali doszukiwać się elementów artystycznych w każdym filmie, nawet tam gdzie ich nie ma i w przypadku ich braku pozostaną zawiedzeni.

Z drugiej strony Amerykanie już dawno wpadli na koncept hybrydowy, połączenia sztuki z rozrywką. Tu szczególne zasługi położył Papież Kina Klasy B, Roger Corman, który stwierdził, że: Kino to w 50% handel i w 50% sztuka. W tym wypadku film nie rezygnuje z walki o wpływy finansowe, ale nie rezygnuje także z pewnych ambicji artystycznych. Idealnym przykładem są tu zaś oprócz kultowych filmów Cormana zrealizowanych dla AIP lub NWP, współczesne produkcje oscarowe. Mniej lub bardziej niezależne realizują one koncept ambitnej rozrywki… wystarczy obejrzeć Operację Argo.

Na tym, jakże politycznie uzasadnionym gruncie, przemysł filmowy przetwarza większość mitologii kulturowych, z których jedną z najważniejszych pozostaje mitologia psychopaty. Kto z nas nie oglądał Lśnienia, Milczenia owiec lub Siedem, nie wspominając o całej masie innych filmów? Fascynacja osobowością psychopaty to jeden z najważniejszych przedmiotów hollywoodzkiej eksploatacji, a dzisiaj wiemy z jakiego powodu. Psychopaci są sexy i nie tylko w glamourowym sensie, ale w sensie czysto psychologicznym. Kochamy psychopatów, gdyż symbolizują jakość alfa. Współczesny Übermensch to psychopata!

Psychopatyczny sex appeal został zbadany przez psychologów Nicholasa Holtzmana i Michaela Strube’a z Uniwersytetu w Sant Louis. W ramach eksperymentu przebadali oni 111 ochotników (w tym 64% kobiet), którym kazali się najpierw sfotografować w swoich ulubionych ciuchach i z makijażem, a następnie w szarych ciuchach bez żadnych elementów wyróżniających. Te fotografie zostały następnie ocenione przez ludzi, którzy nie znali ochotników osobiście.

W dalszej kolejności ochotnicy zostali przebadani pod kątem cech konstytuujących osobowość psychopatyczną, narcyzm i machiavellizm. Byli oni proszeni o własne deklaracje, ale ich cechy osobowości zostały także zweryfikowane poprzez wywiad środowiskowy. Wyniki zostały ostatecznie połączone w formie „mrocznej triady” i okazały się pozytywnie korelować z „przebraną atrakcyjnością”. Jednak triada okazała się nie skutkować w połączeniu z oceną fotek, na których ochotnicy pozowali bez swojego ulubionego ubrania i makijażu.

Badacze wyciągnęli z doświadczenia następujacy wniosek. Ludzie z psychopatycznymi cechami nie są seksowni w swoim naturalnym stanie, są za to bardzo skuteczni w kreowaniu seksownego wrażenia, które wywołuje w zwierzęcej części naszego mózgu tzw. efekt halo. Chodzi o to, że człowiek automatycznie dokonuje całego szeregu pozytywnych asocjacji na temat inteligencji, humoru, samopoczucia i pewności siebie danej osoby w oparciu o jej fizyczną atrakcyjność, co jest często wykorzystywane przez psychopatów do roztaczania kontroli nad innymi jednostkami.

Doświadczenie to potwierdza, że umiejętnie skonstruowany, kinowy portret psychopaty może być bardzo skutecznym magnesem zachęcającym publiczność do obejrzenia filmu. W przypadku połączenia zaś dobrego scenariusza z dobrym aktorstwem i kostiumami efekt jest niemal gwarantowany. Ludzie chcą bowiem pozostawać pod wpływem jednostki uznawanej za silniejszą, inteligentniejszą i przewrotniejszą, a to może być z pewnym wysiłkiem zrealizowane w formie filmu, który dostarcza tych samych emocji, ale z gwarancją osobistego bezpieczeństwa.

tony_soprano
Tony Soprano – archetyp współczesnego psychopaty

Ten sam mechanizm działa w przypadku figur polityków, mafiosów i gangsterów, których ekranowa charyzma apeluje do tych samych struktur mózgowych nieświadomie krzyczących o podporządkowanie się jednostkom wyższym w hierarchii. Stąd zaś rosnąca obsesja współczesnymi dramatami telewizyjnymi (Rodzina Soprano, Breaking Bad, House of Cards, True Detective), w których psychopatyczne figury symbolizujące władzę i bezwzględność stają się największym wabikiem, jednocześnie kreując wysokie wyniki oglądalności, bo to władza stała się w ostatnich latach głównym powodem renesansu serialu telewizyjnego jako formy medialnej.

Należy podkreślić, że nasza uwaga (lub nasze gusta) mówi nam bardzo ważną prawdę o współczesnej kulturze, psychopatia jest cechą nie tylko pożądaną, ale jest ona także podstawą biznesu rozrywkowego, który dosłownie podpięty jest do naszych neuronów mózgowych. To feedback pomiędzy naszym systemem nerwowym, a mediami, kreuje rzeczywistość. W niej główne miejsce zajmuje zaś poza jedzeniem, snem i seksem, walka o status i szukanie nowych przymierzy politycznych.

A życie w sieci tylko to zadanie ułatwia, a wręcz czyni z niego obowiązek. W czasie rzeczywistym, w wiecznym teraz, w globalnej skali, z dostępem do wszelkiej informacji, jak małpy wystrzelone w kosmos, porzucamy w końcu ideę własnych ograniczeń i wracamy do zwierzęcego źródła, którego nie da się postawić poza kulturą. Innymi słowy, natura musi zostać zastąpiona zupełnie innym terminem.

Conradino Beb