Archiwa tagu: psychologia

Wszyscy kłamią, ale politycy robią to znacznie częściej

Znany amerykański dowcip mówi: „Skąd wiesz, że polityk kłamie? Bo rusza ustami”. Duża część społeczeństwa jest świadoma, że w polityce prawda jest o wiele bardziej względna, niż w książkach Richarda Rorty’ego. Ale nauczyliśmy się z tym żyć, bo przyjęliśmy do wiadomości, że traktować politykę jako ostoję szczerych intencji się po prostu nie da. Wiedzą to też politycy wszystkich opcji, którzy w erze post-prawdy z kłamstwa uczynili wygodne narzędzie polityczne, zdając sobię sprawę, że władza ważniejsza jest od prawdy.

Nikt nie jest bardziej świadomy roli kłamstwa w naszym życiu od psychologów, którzy od przynajmniej dwóch dekad badają wyczerpująco to zagadnienie. Jednym z najważniejszych naukowców zajmujących się kłamstwem jest profesor Kang Lee z Uniwersytetu w Toronto, specjalista od kognicji społecznej, który twierdzi, że uczymy się kłamać w wieku 2 lat.

Profesor Lee przeprowadził wiele badań na dzieciach, z których najbardziej znanym jest „doświadczenie z zabawką”. W jego ramach psycholog zainstalował monitoring wideo w pokoju, w którym umieścił dzieci w różnym wieku. W pierwszej fazie badania profesor powiedział dzieciom, że za ich plecami znajduje się zabawka, którą dostaną w prezencie, ale tylko w wypadku, gdy nie będą się oglądać za siebie.

W drugiej fazie naukowiec opuścił pokój, by wrócić po krótkiej chwili i spytać, czy dzieci faktycznie nie oglądały się za siebie? Wyniki: w wieku 2 lat zaledwie 30% dzieci kłamie, w wieku 3 lat jest to już 50%, ale w wieku 5-6 lat ten współczynnik podskakuje aż do 90%… co sprawiło, że profesor Lee oświadczył, że boi się o pozostałe 10%, bo badanie to objawia uniwersalny charakter kłamstwa, potwierdzany na bieżąco przez inne doświadczenia.

Profesor Lee twierdzi także, iż w rozwijaniu zdolności kłamania dużą rolę odgrywają rodzice, którzy każą na przykład swoim dzieciom udawać zadowolenie z prezentów od babci, żeby sprawić przyjemność swoim rodzicom/teściom.

Profesor Lee tłumaczy, w jaki sposób dzieci kłamią

Inną badaczką zainteresowaną kłamstwem jest psycholog z Harvardu, Bella DePaulo, której książka The Hows and Whys of Lies, wydana w 2010, pobiła rekordy popularności, opisując banalność i powszechność kłamstwa. Znacznie wcześniej, bo w 1996, DePaulo przebadała swoich studentów pod kątem prawdomówności, żeby stwierdzić, iż kłamią oni średnio w co trzeciej rozmowie trwającej 10 minut. Dorośli zaskakująco kłamali w tym doświadczeniu tylko raz na pięć rozmów.

Podobne wnioski wyłaniają się z badań Roberta Feldmana z Uniwersytetu w Massachusetts czy Maurice’a Schweitzera z Wharton School of Business Uniwersytetu w Pensylwanii. Ten drugi twierdzi, że kłamiemy zasadniczo cały czas.

Ze względu na powszechność kłamstwa dla psychologów znacznie ważniejsze są jego skutki uboczne czy cel. Czy bowiem kłamstwo, które nazwać można „społeczną lubrykacją” lub dobrym wychowaniem, polegające na unikaniu niewygodnego faktu i komplementowaniu, przykładowo, wyglądu swojej żony jako idealnego pomimo 20 kilogramów nadwagi i stresu na twarzy uznać można za moralnie niewskazane? Nie ma znaczenia, że fakt był motywowany dobrymi intencjami i że była to mało znacząca kwestia – mówi jednak DePaolo.

Ale jak twierdzi Feldman: Zostaliśmy wytrenowani do oszustwa. Jeśli tego nie robimy i zawsze jesteśmy całkowicie prawdomówni, nie jest to wcale dobre i będziemy musieli za to zapłacić. Nie lubimy ludzi, którzy zawsze mówią nam prawdę. A stąd jest już tylko mały krok do tego, co robią politycy. Kłamstwa, które akceptujemy obecnie z ust polityków, wydają się do zaakceptowania, gdyż właśnie to chcemy usłyszeć – podsumowuje Feldman.

Ludzie nauczyli się akceptować kłamstwo jako narzędzie polityczne, usprawiedliwiając i racjonalizując je takimi stwierdzeniami jak „polityka to brudna sprawa, nie da się inaczej” albo „musi kłamać, bo w innym wypadku go zagryzą”. I faktycznie, sami politycy bardzo często działają na zasadzie „cel uświęca środki” lub „liczą się powody”, co oznacza iż będą kłamać ile wlezie, jeśli tylko pomoże im to osiągnąć dany cel polityczny.

Robert Feldman o tym, że ludzie kłamią wszędzie i cały czas

Ale eksperci są zszokowani „nową falą polityki”, którą ochrzczono jako post-prawdę, co oznacza iż prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a politycy są zainteresowani tylko i wyłącznie komunikatami ułatwiającymi im sprawowanie lub zdobywanie władzy.

Inną sprawą jest mechanizm psycholgiczny znany jako „efekt potwierdzenia” polegający na tym, że ludzie mają tendencję do wiary w to, co wzmacnia i potwierdza ich dotyczasowe wierzenia/założenia, więc korzystają ze stronniczych źródeł, z którymi się zgadzają i którym często bezgranicznie ufają, co bez skrupułów wykorzystują politycy, oferując wizję rzeczywistości zaprojektowaną specjalnie pod swój elektorat (czyt. kłamstwa), zawiązując polityczne sojusze (często nieformalne) z mediami dającymi się łatwo manipulować lub zawłaszczyć.

Dodatkowo, w badaniach socjo-psychologicznych kłamstwo zostaje ujawnione jako zjawisko społeczne, które bardzo często skorelowane jest z indeksem korupcji. Im bardziej skorumpowany kraj, tym częściej politycy i zwykli obywatele rozmijają się z prawdą, tłumacząc sobie to w ten sposób: „Wszyscy oszukują, więc nie jestem inny od reszty”.

Ostatecznie, jak twierdzą psychologowie, ludzie przywykają do kłamiących polityków na zasadzie stopniowej znieczulicy. Gdy ich faworyci zostaną złapani na kłamstwie po raz pierwszy, mogą wprawdzie na chwilę zastygnąć w niewygodnym bezruchu, ale za drugim czy trzecim razem nie zwracają już w zasadzie uwagi.

Jak twierdził w końcu Machiavelli: Książęta, którzy dokonują wielkich czynów, przywiązują małą wagę do swojego słowa i wiedzą, jak zwodzić ludzkie umysły bystrością i przebiegłością.

Conradino Beb

 

Źródło: AP

Aldous Huxley w liście do George’a Orwella: „Narko-hipnoza jest bardziej wydajna”

W październiku 1949, kilka miesięcy po publikacji klasycznej dystopijnej powieści, 1984, George Orwell otrzymał list od Aldousa Huxleya, który 17 lat wcześniej wydał swoją własną książkę podejmującą temat koszmaru przyszłości, Nowy wspaniały świat. Huxley właśnie ukończył czytać 1984 i miał do powiedzenia autorowi kilka słów.

Wrightwood. Cal.
21 października, 1949

Drogi panie Orwell,

Było bardzo uprzejmie z twojej strony polecić wydawcom wysłanie mi twojej książki. Została ona doręczona w trakcie pracy wymagającej ode mnie dużo czytania i sprawdzania odniesień; a że słaby wzrok wymaga ode mnie oszczędnego czytania, musiałem czekać dłuższy czas zanim byłem w stanie porwać się na 1984.

Zgadzając się ze wszystkim co napisali krytycy, nie muszę ci powtarzać po raz kolejny, jak świetna i jak wielce ważna jest to książka. Czy mogę zamiast tego zagłębić się w materię, o której traktuje – ostateczną rewolucję? Pierwsze podrygi filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji, która leży poza polityką i ekonomią, a której celem jest totalne obalenie psychologii i fizjologii jednostki – można znaleźć u Markiza de Sade’a, który uważał się za kontynuatora i konsumatora Robespierre’a i Babeufa.

Filozofia rządzącej mniejszości w 1984 to sadyzm, który został doprowadzony do swojej logicznej konkluzji poprzez przekroczenie popędu seksualnego, a następnie jego zaprzeczenie. Wątpliwe wydaje się jednak, aby politykę buta na twarzy można było faktycznie kontynuować w nieskończoność. Osobiście wierzę w to, iż rządząca oligarchia znajdzie mniej wymagające i marnotrawne sposoby na rządzenie czy satysfakcjonowanie swojego pożądania władzy, a będą one przypominały te opisane przeze mnie w Nowym wspaniałym świecie.

Miałem ostatnio okazję zerknąć na historię zwierzęcego magnetyzmu i hipnotyzmu, i niezwykle uderzyło mnie to, jak przez 150 lat świat nie chciał brać poważnie pod uwagę odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i całej reszty. Częściowo z powodu dominującego materializmu, a częściowo z powodu dominującego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie chcieli badać dziwnych faktów psychologicznych dla ludzi praktycznych takich jak politycy, żołnierze czy policjanci, by dać im narzędzia rządzenia.

Dzięki ochotniczej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji zostało oddalone o pięć czy sześć pokoleń. Innym szczęśliwym przypadkiem była niezdolność hipnotyzowania przez Freuda z powodzeniem i jego konsekwentna dyskredytacja hipnotyzmu. To oddaliło generalne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o przynajmniej 40 lat. Ale teraz psychoanaliza jest łączona z hipnozą, która stała się łatwa, wydłużona bez ograniczeń dzięki zastosowaniu barbituranów, które indukują hipnotyczny i podatny na sugestię stan nawet u najbardziej opornych pacjentów.

Wierzę, iż następne pokolenie władców świata odkryje, iż kondycjonowanie niemowląt i narko-hipnoza są bardziej wydajne jako instrumenty sprawowania władzy od klubów i więzień, oraz że pożądanie władzy może zostać zaspokojone w takim samym stopniu poprzez zasugerowanie ludziom pokochania swojego poddaństwa, jak poprzez tortury i wymuszanie posłuszeństwa.

Innymi słowy, czuję że przeznaczeniem koszmaru 1984 jest transformacja w koszmar świata, który ma więcej wspólnego z wyobrażeniem zawartym w Nowym wspaniałym świecie. Wprowadzona zmiana zostanie spowodowana potrzebą zwiększonej wydajności. W międzyczasie możemy mieć oczywiście do czynienia z wojną atomową lub biologiczną na dużą skalę – w przypadku której będziemy mieć koszmary zupełnie innego, trudnego do wyobrażenia sobie rodzaju.

Dziękuję ci ponownie za książkę.

Twój oddany,

Aldous Huxley

tłum. Conradino Beb

Źródło: Letters of Note

Nowa alchemia

Poza kamieniem filozoficznym, który zamieniłby prosty metal w złoto, jednym z wielkich poszukiwań alchemii, zarówno w Europie, jak i w Azji, był eliksir nieśmiertelności. Z naiwnym entuzjazmem dla tych poszukiwań niejeden chiński władca zmarł od bajecznych mikstur sproszkowanego jadeitu, herbaty, żeń-szenia i drogich metali, sporządzonych przez taoistycznych kapłanów.

I nawet jeśli proces transformacji ołowiu w złoto był w wielu przypadkach chemicznym symbolem duchowej przemiany samego człowieka, nieśmiertelność wywołana eliksirem nie była pojmowana dosłownie jako wieczny żywot, lecz raczej jako przeniesienie świadomości w stan bezczasowy.

Współcześni fizycy rozwiązali problem przemiany ołowiu w złoto, choć proces ten jest znacznie droższy niż samo wykopywanie złota z ziemi. Jednak w ostatnich latach chemicy sporządzili jedną lub dwie substancje, które w pewnych przypadkach są zdolne do wywołania stanu umysłu niesłychanie podobnego do kosmicznej świadomości.

Takie twierdzenia niepokoją wielu ludzi. Pierwsza przyczyna jest taka, że doświadczenie mistyczne wydaje się zbyt łatwe, gdy pochodzi z butelki, stając się tym samym dostępne dla ludzi, którzy nie zrobili nic, aby na nie zasłużyć, którzy ani nie pościli, ani nie modlili się czy nie praktykowali jogi.

Druga przyczyna leży w tym, że wspomniany fakt oznacza, iż wgląd duchowy jest tylko kwestią chemii ciała, pociągającej za sobą redukcję duchowości do materializmu. To są poważne zarzuty, mimo że można być przekonanym, iż na dłuższą metę trudność spoczywa w semantycznym pomieszaniu definicji „duchowego” i „materialnego”.

Ale powinniśmy wyraźnie zaznaczyć, że nie ma niczego nowego czy nieznanego w idei, że wgląd duchowy jest niezasłużonym darem boskiej łaski, często wywołanym przez takie materialne czy sakramentalne środki, jak woda podczas chrztu oraz chleb i wino podczas mszy.

Ksiądz, który na mocy swego powołania przeobraża chleb i wino w ciało i krew Chrystusa ex opere operato, przez zwykłe powtórzenie formuły z Ostatniej Wieczerzy, znajduje się w sytuacji nie tak radykalnie różnej od tej, w której znajduje się naukowiec, powtarzający formułę eksperymentu, która może wywołać transformację w ludzkim mózgu.

Porównywalna wartość tych dwóch działań musi być oceniona po ich efektach. Zawsze byli tacy, których sakramenty chrztu i komunii zdawały się „nie brać”, których życie pozostawało w żaden sposób niezmienione. Podobnie, żaden ze wspomnianych środków zmieniających świadomość nie jest dosłownie doświadczeniem mistycznym w butelce.

Wielu, którzy je zażywają, doświadcza jedynie ekstazy bez wglądu lub też nieprzyjemnego zamętu wrażeń i wyobraźni. Stany podobne do przeżyć mistycznych pojawiają się tylko u pewnych jednostek i nawet wtedy zależą od sporej koncentracji, wysiłku, by uczynić jakiś pożytek z tego stanu zmienionej świadomości.

Ważne jest również to, że ekstaza nie jest tożsama z autentycznym przeżyciem mistycznym, którego istota może być najlepiej opisana jako wgląd, w sensis w którym tego słowa używa się obecnie w psychiatrii.

Środek tego rodzaju może być uważany za pomoc w percepcji, tak samo jak teleskop, mikroskop czy spektroskop, pomijając w tym przypadku to, że tym instrumentem nie jest zewnętrzny obiekt, lecz wewnętrzny stan układu nerwowego. Ponadto, wszystkie tego typu instrumenty są względnie bezużyteczne bez właściwego treningu i przygotowania, nie tylko w samym użytkowaniu, lecz również w konkretnym polu badań.

Uwagi te niemal wystarczają, by wskazać, że użycie tych środków nie redukuje wglądu duchowego do kwestii jedynie chemii ciała. Należy dodać, że nawet wtedy, kiedy opisujemy pewne wydarzenia w terminach chemii, nie znaczy to, iż wydarzenia te mają jedynie charakter chemiczny. Chemiczny opis przeżycia mistycznego ma bowiem taką samą korzyść i takie same ograniczenia, jak chemiczny opis wspaniałego obrazu.

Dość łatwo jest dokonać chemicznej analizy obrazu. Zarówno dla artysty, jak i dla konesera, ma ona także pewien sens. Możliwe też pewnie pozostaje opracowanie chemicznego opisu wszystkich procesów, które mają miejsce w artyście podczas malowania, lecz byłoby to niewiarygodnie skomplikowane i w międzyczasie ten sam proces mógłby zostać opisany, zakomunikowany o wiele skuteczniej w jakimś innym języku niż chemicznym.

alan_watts
Alan Watts (1915-1973)

Moglibyśmy prawdopodobnie powiedzieć, że proces jest chemiczny tylko wtedy, kiedy język chemiczny jest najskuteczniejszym środkiem do jego opisania. Analogicznie, niektóre środki znane jako psychodeliki, zapewniają możliwość przeżycia wglądu mistycznego w taki sam sposób, w jaki gotowe farby i pędzle zapewniają możliwość stworzenia pięknego obrazu, a pięknie skonstruowane pianino wspaniałej muzyki. Ułatwiają to, lecz nie wykonują same całej pracy.

Dwa środki, które są najczęściej używane do otwierania świadomości na przeżycia duchowe, to meskalina i dietyloamid kwasu lizergowego (znany w skrócie jako LSD). Ten pierwszy jest syntetycznym ekstraktem aktywnych składników kaktusa pejotlu, a drugi czysto chemicznym związkiem z grupy indolowej, który wywołuje swe skutki nawet w dawce tak małej jak 25 mikrogramów.

Trudne jest jasne zidentyfikowanie dokładnych efektów tych środków, ale o tyle, o ile jest nam obecnie wiadomo, wydają się one działać na układ nerwowy poprzez znoszenie pewnych mechanizmów hamujących, które mają na naszą świadomość wpływ osłaniający.

Niektórzy psychiatrzy, którzy wydają się zbytnio polegać na społecznie uzgodnionym odbiorze rzeczywistości – mniej więcej takim, w jaki świat jest widziany w ponury poniedziałkowy poranek – klasyfikują te środki jako halucynogeny wywołujące toksyczne efekty i mające charakter schizoidalny lub psychotyczny.

Obawiam się, że jest to tylko psychiatryczny żargon, pewnego rodzaju autorytatywny wyraz dezaprobaty. Żadna z tych substancji nie jest uzależniającym narkotykiem, tak jak heroina czy opium. Nigdy nie udowodniono też, że mają one szkodliwy wpływ na ludzi, którzy nie byli wcześniej w jakiś sposób poważnie zaburzeni.

Niesłuszne jest także nazywanie zmian świadomości, które wywołują, halucynacjami, gdyż niektóre odczuwane i widziane po nich rzeczy nie są mniej realne, niż nieznane formy widziane przez mikroskop. Niesłuszne jest również nazywanie ich skutków działania toksycznymi, co może oznaczać „trującymi”, o ile słowa tego nie można użyć również do opisu działania witamin czy protein. Taki język jest wartościujący, ale nie jest wartościowym opisem naukowym.

Ponad dwa lata temu (w roku 1958) zostałem poproszony przez grupę badaczy–psychiatrów o zażycie 100 mikrogramów kwasu lizergowego, by sprawdzić, czy wywoła on cokolwiek podobnego do przeżycia mistycznego. Nie wywołało i z tego co wiem, powodem było to, że nie potrafiłem wtedy kierować swoimi procesami myślowymi, będąc pod wpływem tych środków.

Zamiast tego zdawało mi się, że moje zmysły uzyskały charakter kalejdoskopowy (jest to tylko metafora), co uczyniło cały świat czarująco skomplikowanym, jak gdybym znajdował się w wielowymiarowej arabesce. Kolory stały się tak żywe, że kwiaty, liście i tkaniny wydawały się rozświetlone od wewnątrz. Przypadkowe układy źdźbeł trawy wydawały się wytwornie zorganizowane, jednak bez żadnych faktycznych zniekształceń w polu widzenia.

Czarny tusz lub obrazy sumi-e chińskich i japońskich artystów wydawały się niemal trójwymiarowymi fotografami, a to, co zwykle jest ignorowane jako nieważne szczegóły mowy, zachowania, wyglądu czy formy, wydawało się w jakiś niewyjaśniony sposób ogromnie ważne.

Słuchając muzyki z zamkniętymi oczami, widziałem fascynujące formy tańczącej biżuterii, mozaiki, wzorów, ornamentów i abstrakcyjnych obrazów. W pewnym momencie wszystko wydawało się hałaśliwie śmieszne, szczególnie gesty i zachowanie ludzi goniących za swymi codziennymi sprawami.

Zwykłe uwagi wydawały się rozbrzmiewać podwójnymi, a nawet poczwórnymi znaczeniami, a zachowanie otaczających mnie ludzi, związane z odgrywaniem przez nich ról, stało się nie tylko niezwykle jasne, lecz również wskazywało ukryte postawy, przeciwne lub zgodne ze swymi jawnymi intencjami.

W skrócie, ochronny i wybiórczy aparat mojej normalnej, interpretującej selekcji doświadczeń został częściowo zawieszony, wskutek czego przypuszczalnie projektowałem wrażenie sensu i znaczenia na niemal wszystko, co widziałem. Całe to doświadczenie było niezmiernie rozrywkowe i interesujące, jednak nie przypominało żadnego przeżycia mistycznego, które przeżyłem wcześniej.

Dopiero rok później spróbowałem LSD ponownie, tym razem na prośbę innej grupy badawczej. Od tamtego razu powtórzyłem eksperyment pięciokrotnie, z dawkami od 75 do 100 mikrogramów. Odniosłem wrażenie, że takie eksperymenty są głębokie i pożyteczne do momentu, w którym staram się jak najuważniej obserwować zmiany w mej percepcji i osądzie, a następnie opisywać je tak jasno i wyczerpująco, jak to tylko możliwe, zwykle z pomocą dyktafonu.

Zdanie relacji, nagranie po nagraniu, z każdego eksperymentu może być klinicznie interesujące, lecz co mnie interesuje najbardziej, to filozoficzna dyskusja nad głębszymi wymiarami i powracającymi wątkami moich przeżyć. Psychiatrzy jeszcze się nie zdecydowali, czy LSD może być pomocne w terapii, lecz w tym momencie żywię silne przekonanie, iż większy pożytek z tej substancji może płynąć dla twórczego artysty, myśliciela lub naukowca, który uzyskuje w ten sposób wartościowe narzędzie.

Zauważyłem mimochodem, że ludzkie, naturalne otoczenie, w którym takie eksperymenty są przeprowadzane, gra wielką rolę, oraz że jego użycie w salach szpitalnych, gdzie grupa lekarzy zadaje kliniczne pytania badanemu, jest niepożądane. Nadzorujący lekarz powinien przyjąć ludzką postawę, porzucając wszystkie obronne dramaty naukowej obiektywności czy medycznego autorytetu i poprowadzić eksperyment w otoczeniu jakiegoś naturalnego lub artystycznego piękna.

Wspomniałem, że moje główne wrażenie z pierwszego eksperymentu było takie, iż „mechanizm”, poprzez który przesiewamy dane ze zmysłów i wybieramy tylko niektóre z nich jako ważne, został częściowo zawieszony. Odczuwałem wtedy, że konkretne wrażenie, które kojarzymy z czymś „sensownym”, jest projektowane na wszystko bezładnie, a potem racjonalizowane w sposób, który mogłyby uderzyć niezależnego obserwatora jako absurdalny, chyba że badany byłby niezwykle pomysłowy w tym racjonalizowaniu.

Jednak filozof nie może przeoczyć faktu, że nasz wybór niektórych danych zmysłowych jako ważnych, a odrzucenie innych jako nieważnych, jest zawsze związany z konkretnymi celami – przeżyciem, poszukiwaniem pewnych przyjemności, znajdowaniem drogi do celu lub z czymkolwiek innym. Ale w każdym eksperymencie z LSD jednym z pierwszych efektów, które zauważałem, było głębokie odprężenie połączone z porzuceniem celów, co przypomina mi taoistyczne powiedzenie: „Kiedy cel został użyty, by osiągnąć bezcelowość, to istota rzeczy została pojęta”.

Innymi słowy, czułem się obdarzony całym czasem świata, wolny w rozglądaniu się, jak gdybym żył w wieczności bez choćby jednego problemu do rozwiązania. Z tego powodu ruchliwe i celowe działania innych ludzi wydają się w takiej chwili komiczne, gdyż oczywiste staje się, że poprzez wyznaczanie sobie celów, które zawsze są w przyszłości, w „jutrze, które nigdy nie nadchodzi”, ludzie mijają się całkowicie z sednem bycia żywym.

Tak więc wtedy, kiedy nasza selekcja wrażeń zmysłowych nie jest zorganizowana w odniesieniu do żadnego konkretnego celu, wszystkie szczegóły otaczającego nas świata muszą wydawać się równie sensowne lub równie bezsensowne. Logicznie są to dwa sposoby mówienia o tym samym, lecz uczucie ogarniające mnie podczas moich doświadczeń z LSD było takie, że wszystkie aspekty świata były raczej sensowne niż bezsensowne.

Nie znaczy to, że nabierały znaczenia wskutek wskazywania na coś innego, lecz że wszystkie rzeczy wydawały się stanowić swój własny sens. Ich zwykłe istnienie, lub lepiej – ich obecna forma, wydawała się doskonała, stanowiąc swój własny cel i spełnienie bez jakiejkolwiek potrzeby usprawiedliwiania.

Kwiaty nie kwitną, by wydać nasiona, a nasiona nie kiełkują, by wydać kwiaty. Każdy etap procesu – nasionko, kiełek, pączek, kwiat i owoc – może być uważany za cel sam w sobie. Kura jest sposobem jajka na stwarzanie innych jajek. W naszym normalnym życiu podobne doświadczenia kreują muzyka i w taniec, których celem jest każdy moment trwania, a nie tylko ostateczny koniec ich wykonania.

Przetłumaczenie codziennego doświadczenia na zjawisko o takiej samej naturze jak muzyka, było początkowo przeważającym odczuciem we wszystkich moich eksperymentach. Jednak LSD nie zawiesza procesów selektywnych poprzez ich zwykłe odcięcie; właściwsze byłoby powiedzenie, że ukazuje względność naszych zwykłych osądów czy danych zmysłowych poprzez zasugerowanie innych – pozwala umysłowi zorganizować wrażenia zmysłowe w nowe formy.

Podczas mojego drugiego eksperymentu zauważyłem na przykład, że wszystkie powtarzalne formy – liście na gałęziach, książki na półkach, framugi w oknach – dawały mi wrażenie podwójnego, a nawet zwielokrotnionego widzenia, tak jakby drugie, trzecie i czwarte liście na gałęzi były odbiciem tych pierwszych, widzianych poniekąd w kilku gęstościach szyby okiennej. Kiedy zwróciłem na to uwagę, obecny lekarz podniósł palec, by zobaczyć, czy otrzymam podwójny obraz.

Przez chwilę wydawało mi się, że tak, lecz nagle dostrzegłem, że ten drugi obraz pochodzi z wiązki dymu papierosowego przelatującej obok jego palca, na którą moja świadomość wyprojektowała zarys i kształt drugiego palca. Gdy skoncentrowałem się wtedy na tym wrażeniu podwójnych, powtarzających się obrazów, nagle wydało mi się, że całe pole widzenia jest przezroczystym płynem marszczącym się w koncentryczne okręgi, jak wtedy, gdy wrzuci się do wody kamień.

Normalne obrazy rzeczy wokół mnie nie zostały zniekształcone tą formą, pozostały takie jak zawsze, lecz moja uwaga zwróciła się ku ich zarysom, liniom i cieniom, które pasowały do tej formy, pozostawiając te, które nie przydarzały się, jako względnie nieważne. Jednak gdy tylko zauważyłem tę projekcję i stałem się świadomy szczegółów niepasujących do tej formy, nagle zdało mi się, jakby w przestrzeń optyczną rzucono garść kamyczków, wokół których rozchodziły się koncentryczne okręgi zachodzące na siebie we wszystkich kierunkach, tak że każdy widoczny punkt stał się punktem przecięcia tych okręgów.

Faktycznie, pole optyczne wydawało się mieć ziarnistą strukturę, tak jak fotografia powiększona w celu reprodukcji, poza tym, że ułożenie ziarenek nie było linearne, lecz okrężne. W ten sposób każdy szczegół pasował do tej formy i pole wizji stało się puentylistyczne, tak jak obrazy Seurata.

To wrażenie wywołało ogrom pytań. Czy mój umysł władczo projektował swe własne kształty geometryczne na świat, stwarzając „halucynacyjną” strukturę rzeczy, które faktycznie nie istnieją? Czy to, co nazywamy „prawdziwą” strukturą rzeczy, jest po prostu wyuczoną projekcją lub halucynacją, którą wspólnie utrzymujemy? Czy może byłem jakoś świadomy faktycznej porowatości czopków i pręcików siatkówki mego oka, gdyż nawet halucynacja musi mieć jakąś faktyczną podstawę w układzie nerwowym?

delysid_sandoz
LSD-25 (Delysid) / produkt firmy Sandoz

Przy innej okazji patrzyłem z bliska na garść piasku, stając się świadomy, że nie mogę się na nim wyraźnie skoncentrować, dzięki czemu zdałem sobie sprawę z każdego szczegółu i sposobu, w jaki moje oczy zniekształcały obraz, a było to z pewnością spostrzeganie ziarniste lub zniekształcenie samego pola widzenia.

Ogólnym wrażeniem z tych optycznych sensacji było to, że oczy bez tracenia normalnego pola widzenia stały się mikroskopami, oraz że powierzchnia pola wizualnego była nieskończenie bogata i złożona. Nie wiem, czy to była świadomość faktycznej mnogości zakończeń nerwowych w siatkówce oka lub w tym przypadku w palcach, gdyż takie samo ziarniste uczucie powstało w zmyśle dotyku.

Powodem tego wrażenie mogło być również, że się tak wyrażę, zwrócenie zmysłów ku samym sobie i zdanie sobie sprawy z tego, że widzenie świata zewnętrznego jest także widzeniem oczu. Innymi słowy, stałem się namacalnie świadomy faktu, że to, co w świecie zewnętrznym nazywamy kształtami, kolorami i powierzchniami, to stany mojego układu nerwowego, to znaczy mnie samego.

Znając je, znam także siebie. Ale dziwną częścią tego pozornego odczucia mych własnych zmysłów było to, że nie było poczucia badania ich z zewnątrz czy też z dystansu, tak jak gdyby były przedmiotami. Mogę jedynie powiedzieć, że świadomość ziarnistości lub struktury zmysłów wydawała się świadomością świadomości lub siebie z wnętrza siebie.

Z tego powodu dystans lub oddzielenie się od zmysłów z jednej strony, a od świata zewnętrznego z drugiej, wydawały się zniknąć. Nie byłem już oderwanym obserwatorem, małym człowieczkiem wewnątrz własnej głowy odbierającym wrażenia; byłem tymi wrażeniami do tego stopnia, że nie pozostało ze mnie nic, żadne obserwujące ego, z wyjątkiem serii wrażeń wydarzających się – nie mnie, lecz tylko wydarzających się – chwila po chwili, jednego za drugim.

Stanie się wrażeniami, co jest zupełnie inne od ich posiadania, rodzi zdumiewające poczucie wyzwolenia i wolności, gdyż implikuje to, że doświadczenie nie jest czymś, w czym jest się uwięzionym lub przez co jest się popychanym lub z czym trzeba walczyć. Konwencjonalny dualizm podmiotu i przedmiotu, znającego i znanego, czującego i uczucia, zamienia się w biegunowość; znający i znany stają się biegunami, terminami lub fazami jednej rzeczy, która przydarza się nie mnie, nie ze mnie, ale sama z siebie.

Doświadczający i doświadczenie stają się pojedynczym, wiecznie zmiennym, samokształtującym się procesem, pełnym i spełnionym w każdej chwili swojego rozwoju, a także nieskończenie złożonym i subtelnym. Przypomina to nie oglądanie, lecz bycie zwijającą się arabeską kształtów dymu w powietrzu lub atramentu w wodzie. Być może jest to „narkotykowa halucynacja”, ale odnosi się to ściśle do tego, co Dewey i Bentley nazwali transakcyjnym związkiem organizmu ze swym środowiskiem.

Oznacza to, że wszystkie nasze działania i doświadczenia wywodzą się z organizmu i ze środowiska w tym samym czasie. Oczy widzą światło, dlatego że istnieje słońce, ale słońce jest też światłem, dlatego że istnieją oczy. Zwykle, będąc pod hipnotycznym wpływem społecznego uwarunkowania, odczuwamy siebie jako zupełnie różnych od fizycznego otoczenia, raczej stawiając mu czoła, niż należąc do niego.

W ten sam sposób ignorujemy i zaciemniamy fizyczny fakt naszej całkowitej współzależności ze światem naturalnym. Jesteśmy tak w niego wcieleni, jak nasze własne komórki i molekuły są wcielone w nas. Nasze lekceważenie i tłumienie tego związku stwarza zapotrzebowanie na wszystkie nowe nauki ekologiczne, na studiowanie współgrania organizmów ze swym środowiskiem oraz ostrzega nas przed ignoranckimi zaburzeniami równowagi natury.

Wrażenie, że rzeczy dzieją się same z siebie, że nic ich nie wywołuje i że nie przytrafiają się nikomu i niczemu, było zawsze głównym rysem moich doświadczeń z LSD. Możliwe, że środek ten dawał mi po prostu żywe zrozumienie mojej własnej filozofii, choć czasem doświadczenia te sugerowały mi zmianę mojego dotychczasowego myślenia.1 Ale tak jak wrażenie biegunowości podmiot-przedmiot potwierdzone zostało przez psychologię transakcyjną Deweya i Bentleya, tak wrażenie rzeczy dziejących się „z siebie” jest równe temu, jak spodziewalibyśmy się widzieć świat będący wyłącznie procesem.

Obecnie język nauki staje się coraz bardziej językiem procesu – bardziej opisem zdarzeń, relacji, działań i form, niż rzeczy i substancji. Świat opisany w ten sposób jest raczej światem działań, niż działających, raczej czasowników, niż rzeczowników, co przeczy zdroworozsądkowej idei, że działanie jest zachowaniem jakiejś rzeczy, jakiegoś materialnego bytu.

Ta zdroworozsądkowa idea, że działanie jest zawsze funkcją działającego, jest tak głęboko zakorzeniona, tak związana z naszym wrażeniem porządku i bezpieczeństwa, że widzenie świata w odmienny sposób może poważnie niepokoić. Bez sprawców działania zdają się pochodzić znikąd, nie mieć wiarygodnego źródła i na pierwszy rzut oka taka spontaniczność jest oszałamiająca.

W jednym eksperymencie wydawało mi się, że gdy tylko próbowałem postawić swoją (metaforyczną) stopę na jakimś pewnym gruncie, grunt ten zapadał się w pustą przestrzeń. Nie mogłem znaleźć żadnej rzeczywistej podstawy, z której mógłbym działać – moja wola była kaprysem, a moja przeszłość, siła warunkowania sprawczego, po prostu znikała – istniały tylko teraźniejsze zdarzenia. Przez chwilę czułem się zawieszony w próżni, przerażony, nierealny i niepewny do szpiku kości. Jednak wkrótce przyzwyczaiłem się do tego dziwnego uczucia.

Miejsce zajęła po prostu forma działania, procesu, który był jednocześnie mną i światem, poza którym nie było nic, czemu można by było ufać, bądź nie ufać. Wydawało się, że nie ma sensu sama idea ufania i nieufania, tak jak nie ma możliwości, by palec dotknął swego własnego zakończenia.

Po dogłębnym przemyśleniu w takim widzeniu świata nie ma nic dziwnego. Sprawcą każdego działania jest samo działanie. Jeśli mata może być matowaniem, to kota można nazwać koceniem. Faktycznie, nie musimy pytać, kto lub co „koci”, tak samo jak nie musimy pytać, jakie jest podstawowe tworzywo lub substancja, z której został uformowany świat, gdyż nie ma sposobu na opisanie tej substancji inaczej, jak tylko w terminach formy, struktury, porządku i działania.

Świat nie został stworzony w formie biernej gliny poddającej się dotykowi dłoni garncarza; świat jest formą lub lepiej – formacją, gdyż po zbadaniu każda substancja okazuje się ciasno splecioną formą. Ustalone pojęcie, że każda forma musi być zrobiona z jakiegoś podstawowego materiału, który sam w sobie jest bezforemny, bazuje na powierzchownej analogii pomiędzy naturalnym powstawaniem, a wytwarzaniem, jak gdyby gwiazdy i kamienie zostały z czegoś zrobione, tak jak cieśla robi stoły z drewna.

Stąd też sprawca, stojący za działaniem, jest po prostu wcześniejszym lub relatywnie bardziej stałym stanem tego samego działania – kiedy biegnie mężczyzna, mamy „mężczyznowanie-bieganie” przed i ponad zwykłym „mężczyznowaniem”. Co więcej, mówienie że zdarzenia teraźniejsze są wywołane przez przeszłe, jest niezgrabnym uproszczeniem, gdyż faktycznie mówimy o wcześniejszych i późniejszych etapach tego samego zdarzenia.

Z biegiem zdarzeń możemy odkryć regularności rytmu czy formy i w ten sposób przewidywać ich przyszłe konfiguracje, lecz przeszłe stany nie „popychają” teraźniejszych i przyszłych stanów, tak jak gdyby stały na końcu rzędu kostek domino i popchnięcie pierwszej przewracało wszystkie pozostałe.

Kostki, które upadły, leżą na swym miejscu, ale przeszłe zdarzenia znikają w teraźniejszości, co jest innym sposobem stwierdzenia, że świat jest samoporuszającą się formą, a kiedy jego następujące po sobie stany są zapamiętane, możliwe jest ukazanie jego pewnego porządku. Jego ruch, jego energia wydobywają się same z tej chwili, a nie z przeszłości, która zwyczajnie sięga poza pamięć, tak jak ślad za statkiem.

Kiedy zadajemy pytanie „dlaczego” tej poruszającej się formie, zwykle próbujemy udzielić odpowiedzi w terminach jej oryginalnego, przeszłego impulsu lub też jej przyszłego celu. Ale dawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli w jakimkolwiek sensie istnieje powód dla istnienia świata, trzeba go szukać w teraźniejszości, tak jak przyczyna śladu na wodzie musi być szukana w silniku poruszającego się statku.

Wspomniałem już, że LSD wywołuje u mnie szczególną świadomość muzycznego, tanecznego charakteru świata, kierując moją uwagę na jego teraźniejsze upływanie, gdzie znajduje się jego ostateczny sens. Byłem też w stanie dostrzec, że ten sens ma różne poziomy, że teraźniejszość wydobywa się z siebie energicznie, a to o wiele bogatsze od zwykłej obfitości.

Jeden z tych eksperymentów był prowadzony późną nocą. Jakieś pięć czy sześć godzin po jego rozpoczęciu lekarz musiał iść do domu i zostałem sam w ogrodzie. Jeśli chodzi o mnie, to ten etap eksperymentu daje mi zawsze najwięcej, jeśli chodzi o wgląd, po tym jak niektóre z bardziej niezwykłych i dziwnych wrażeń zmysłowych już miną.

Ogrodem był trawnik otoczony krzakami i wysokimi drzewami – sosnami i eukaliptusami. Z jednej strony znajdował się dom, z którego wydobywało się światło. Stojąc na trawniku, zauważyłem, że surowe płaty ziemi, gdzie trawa była rzadka lub upstrzona chwastami, nie wydawały się już skazą. Porozrzucane przypadkowo wydawały się układać w uporządkowany wzór, nadając otoczeniu aksamitną powierzchnię, a surowe płaty ziemi były częściami, gdzie meszek aksamitu był starty.

W czystej radości zacząłem tańczyć na tym zaczarowanym dywanie i przez cienkie podeszwy mych mokasynów czułem, że podłoże pod moimi stopami zaczyna żyć, łącząc mnie z ziemią, drzewami i niebem w taki sposób, że stawałem się jednym ciałem z całym moim otoczeniem. Patrząc w górę, widziałem, że gwiazdy miały takie same kolory czerwieni, zieleni i błękitu, które widać w wielobarwnym szkle, a pojedyncze światło samolotu potrzebowało wieczności, by przeciąć niebo.

W tym samym czasie drzewa, krzaki i kwiaty zdawały się żyjącą biżuterią, rozświetloną wewnętrznie tak jak złożone struktury jadeitu, alabastru czy koralu, dodatkowo oddychającą i płynącą strumieniem tego samego życia, które było we mnie. Każda roślina stała się swego rodzaju muzyczną wypowiedzią, wariacją na temat powtarzany od głównych konarów, poprzez łodygi i gałązki, do liści, do żyłek w liściach i do wspaniałej sieci naczyń włosowatych pomiędzy żyłkami. Każdy nowy wybuch wzrostu z centrum, powtarzanie i wzmacnianie podstawowej formy ze wzrastającą złożonością i radością, w końcu triumfował jako kwiat.

Z mojego opisu wydaje się, że ten ogród nabrał atmosfery wyraźnie egzotycznej, takiej jak w ogrodach z drogich kamieni w Nocach arabskich lub jak w scenach z perskich miniatur. Wtedy mnie to uderzyło i zacząłem zastanawiać się, dlaczego żarzące się widoki z tych miniatur wydawały się egzotyczne, zresztą tak samo jak wiele chińskich i japońskich obrazów. Czy artyści ci uwieczniali to, co widzieli, będąc również pod wpływem narkotyków?

Wiedziałem wystarczająco dużo o życiu i technikach malarzy Dalekiego Wschodu, by w to wątpić. Zastanawiałem się też, czy to, co widziałem, było „narkotyczne”. Innymi słowy, czy działanie LSD w moim układzie nerwowym było dodaniem mym zmysłom jakiejś chemicznej zasłony, która przekształcała wszystko co widziałem w nadnaturalne piękno? Czy też działanie polegało na usunięciu pewnych nawykowych, normalnych zahamowań umysłu i zmysłów, co umożliwiało nam widzenie rzeczy takimi, jakie byłyby, gdybyśmy nie byli tak chronicznie stłumieni?

Niewiele nam wiadomo o dokładnych skutkach działania LSD, lecz obecny stan wiedzy sugerowałby tę drugą możliwość. Jeśli tak jest, to możliwe też pozostaje, że formy sztuki innych kultur wydają się egzotyczne, tzn. niezwykle czarujące, ponieważ widzimy świat oczami artysty, którego tłumienie nie jest takie samo jak nasze. Blokady w ich widzeniu świata mogą nie pokrywać się z naszymi blokadami, tak że w ich przedstawieniu świata widzimy to, co zwykle sami ignorujemy.

Skłaniam się ku takiemu wnioskowi, ponieważ zdarzało mi się widzieć świat w tym magicznym aspekcie bez korzystania z LSD i były to chwile, kiedy byłem głęboko zrelaksowany, a moje zmysły były swobodnie otwarte na otoczenie. Czując wtedy, iż nie byłem naćpany, lecz że znajdowałem się w stanie niezwykłej otwartości na rzeczywistość, próbowałem rozpoznać znaczenie, wewnętrzny charakter tańczącej formy, która stanowiła zarówno o mnie, jak i o ogrodzie, oraz o całym sklepieniu nocy z jej kolorowymi gwiazdami.

Nagle oczywiste stało się to, że to wszystko jest grą miłosną, gdzie miłość znaczy wszystko, co z tym słowem związane – spektrum rozciągające się od czerwieni rozkoszy erotycznej, poprzez zieleń ciepła ludzkiego serca, do fioletu boskiego miłosierdzia – od freudowskiego libido do dantejskiej „miłości, która porusza Słońcem i innymi gwiazdami”. Ale nawet jeśli wszystkie kolory pochodziły ze zwykłego, białego światła, źródło to było czymś więcej od zwyczajnie pojmowanej miłości; było również inteligencją, nie tylko Erosem i Agape, lecz również Logosem.

Dostrzegłem, że zawiła budowa, zarówno roślin, jak i mojego własnego układu nerwowego, przypominających symfonie rozgałęziających się złożoności, nie były tylko manifestacjami inteligencji, tak jakby rzeczy takie jak inteligencja i miłość były substancjami lub bezforemnymi siłami. Było raczej tak, że sama forma była inteligencją i miłością, wbrew jej wszystkim powierzchownym, głupim i okrutnym zniekształceniom.

Prawdopodobnie nie ma sposobu na przeprowadzenie obiektywnej weryfikacji takich wglądów. Świat jest miłością dla tego, kto go traktuje tak, jakby nią był, nawet jeśli jest przez niego torturowany i niszczony, a w stanach świadomości, w których nie ma podstawowego rozczepienia na ego i świat, cierpienie nie może być odczuwane jako zło wyrządzone przez kogoś innego. Na mocy tej samej logiki wydawać się może, że bez oddzielenia jaźni i świata miłość nie może istnieć.

To mogłoby być prawdą, gdyby indywidualność i uniwersalność były formalnymi przeciwieństwami wykluczającymi się wzajemnie, tzn. gdyby nierozłączność jaźni i świata oznaczała, że wszystkie indywidualne zróżnicowania są po prostu nierealne. Ale w unitarnym, niedualistycznym poglądzie na świat, który opisywałem, rzeczy tak się nie mają. Indywidualne różnice wyrażają jedność tak jak gałęzie, liście i kwiaty z tej samej rośliny, a miłość między nimi jest realizacją ich podstawowej współzależności.

Nie miałem jeszcze możliwości zażycia LSD w okolicznościach wielkiego fizycznego lub moralnego bólu i dlatego moje badania problemu zła pod wpływem tego środka mogą wydawać się powierzchowne. Tylko podczas jednego z tych eksperymentów odczuwałem dotkliwy lęk, ale słyszałem o kilku przypadkach, w których LSD wywołało stany psychiczne w najwyższym stopniu niepokojące i nieprzyjemne.

Nieraz próbowałem wywołać i u siebie takie stany, patrząc na obrazy zwykle wywołujące „ciarki” – pająki, niebezpieczne ryby i owady. Jednak wywołały one u mnie jedynie wrażenie piękna i bogactwa, gdyż nasza normalna projekcja zła na te stworzenia jest wtedy całkowicie wycofana, tak że ich narządy destrukcji stają się nie bardziej złowieszcze, niż zęby pięknej kobiety.

Przy innej okazji wpatrywałem się długo w reprodukcję Sądu Ostatecznego Van Eycka, który bez wątpienia jest jednym z najstraszniejszych wytworów ludzkiej wyobraźni. Obraz piekła zdominowany jest przez postać Śmierci, kościotrupa, pod którego nietoperzymi skrzydłami znajduje się wijąca masa krzyczących ciał zjadanych przez węże, które przenikają je jak robaki owoc. Jednym z ciekawych skutków działania LSD jest wywoływanie złudzenia ruchu w nieruchomych obrazach, malunek ten więc ożył, a cała plątanina kończyn i węży zaczęła wić się przed moimi oczami.2

Zwyczajnie widok taki powinien być odrażający, lecz wtedy obserwowałem go z żywym zainteresowaniem, dopóki nie przyszła mi do głowy myśl: „Demon est deus inversus – Diabeł to odwrócony Bóg. Obróćmy zatem obraz do góry nogami”. Tak też zrobiłem, po czym wybuchnąłem śmiechem, gdyż od razu jasne stało się to, że obraz ten przedstawia pusty dramat, pewnego rodzaju duchowego stracha na wróble, wymyślonego, by chronić jakąś tajemnicę przed profanacją ze strony ignorantów. Wyrażenia męki potępionych wydawały się całkiem jawnie maskami, a co do głowy Śmierci, wielka czaszka w centrum obrazu stała się tym, czym jest czaszka – pustą skorupą, zatem skąd przerażenie, skoro w środku nie ma nic?

Zobaczyłem, rzecz jasna, eklezjastyczne piekła takie, jakie są. Z jednej strony są roszczeniem, by od autorytetu społecznego nigdy nie dało się uciec, gdyż istnieje pośmiertna policja, która złapie każdego kryminalistę. Z drugiej strony są znakiem „zakaz wjazdu”, zniechęcającym nieszczerych i niedojrzałych ludzi do osiągania wglądów, których mogliby nadużyć.

Dziecko jest umieszczane w kojcu, by nie miało dostępu do zapałek lub by nie spadło ze schodów i chociaż zadaniem kojca jest trzymanie dziecka w zamknięciu, rodzice są naturalnie dumni, kiedy dziecko urośnie na tyle, by się z niego wydostać. Podobnie człowiek może dokonywać czynów prawdziwie moralnych jedynie wtedy, kiedy nie motywuje go już strach przed piekłem, to znaczy, kiedy dorasta do unii z Dobrem, które jest poza dobrem i złem, i kiedy nie działa już z chęci nagrody lub ze strachu przed karą. Dokładnie taka jest natura świata uważanego za samoporuszające się działanie, wytwarzającego przeszłość, zamiast być przez nią motywowanym.

Poza tym dostrzeżenie pustej groźby Śmierci było z pewnością zrozumieniem faktu, że strach przed śmiercią, różny od strachu przed umieraniem, jest jednym z najbardziej bezpodstawnych złudzeń, które nas kłopoczą. Ponieważ zupełnie niemożliwe jest wyobrażenie sobie własnej nieobecności, wypełniamy pustkę w naszych umysłach obrazami bycia pogrzebanymi żywcem w wiecznej ciemności. Jeśli śmierć jest po prostu przerwaniem strumienia świadomości, to z pewnością nie ma się czego obawiać.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją pewne jawne dowody na istnienie życia po śmierci w postaci kilku nadzwyczaj niewyjaśnionych kontaktów mediumicznych i pamięci przeszłych żywotów. Przypisuję je w dość niejasny sposób subtelniejszym sieciom komunikacyjnym i związkom form życia, które normalnie postrzegamy.

Albowiem jeśli formy się powtarzają, jeśli struktura gałęzi drzewa rozbrzmiewa w kształcie biegu strumyka wody na pustyni, nie byłoby takie dziwne, gdyby forma tak skomplikowana, jak ludzki układ nerwowy, miała powtarzać konfiguracje, które powstają w świadomości jako prawdziwe wspomnienia najdawniejszych czasów.

Moje osobiste zdanie, a jest to oczywiście nic więcej jak tylko opinia, jest takie, że przekraczamy śmierć nie jako indywidualne systemy pamięciowe, lecz o tyle, o ile nasza prawdziwa tożsamość jest całkowitym procesem świata, różnym od pozornie oddzielonego organizmu.

Jak już wspomniałem, to uczucie bycia całym procesem jest często doświadczane pod wpływem LSD i jak dla mnie powstawało z silnego odczucia wzajemności przeciwieństw. Linia i płaszczyzna, koncepcja i percepcja, przestrzeń i materia, figura i tło, podmiot i przedmiot wydają się tak współzależne, że aż ze sobą zamienne.

W pierwszej chwili zdaje się na przykład, że w naturze nie ma linii, że istnieją tylko granice płaszczyzn, granice, które mimo wszystko są samymi płaszczyznami. Lecz zaraz po tym, patrząc dokładnie na strukturę tych płaszczyzn, odkrywa się, że są one niczym innym, jak gęstą siecią wzorzystych linii.

Patrząc na formę drzewa naprzeciw nieba, czułem w pierwszej chwili, że jego zarys „należy” do drzewa, wybuchając w powietrze. Ale chwilę później czułem, że ta sama forma jest „szczerbą” w niebie, przestrzenią wdzierającą się w drzewo. Każde pociągnięcie odczuwane jest jako popchnięcie i na odwrót, tak jak podczas obracania kierownicy w dłoniach. Ciągnie się ją czy popycha?

Wrażenie, że formy są także cechami przestrzeni, w której się rozwijają, nie jest wcale takie fantastyczne, gdy rozważy się naturę pól magnetycznych czy, powiedzmy, dynamikę wirującego atramentu wpuszczonego do wody. Pojęcia zwerbalizowanej myśli są tak nieporęczne, że skłaniamy się ku myśleniu tylko o jednym aspekcie związku na raz. Zmieniamy nasze widzenie danej formy raz jako cechy figury, a raz jako cechy tła, jak w gestaltowskim obrazie dwóch czarnych profili zbliżających się do pocałunku. Biała przestrzeń pomiędzy nimi wydaje się kielichem, ale naprawdę trudno jest widzieć jednocześnie całujące się buzie i kielich.

Jednak pod wpływem LSD człowiek okazuje się w stanie odczuwać tę jedność całkiem żywo, stając się świadomy wzajemności swej własnej formy i działania oraz formy otaczającego go świata. Obydwie wydają się kształtować i determinować siebie wzajemnie w tej samej chwili, współdziałając w doskonałej harmonii, wywołując uczucie, że faktycznie jest się sobą i światem.

Wewnętrzna tożsamość odczuwana jest na każdym poziomie otoczenia – fizycznym świecie gwiazd i przestrzeni, kamieni i roślin, społecznym świecie ludzi oraz ideowym świecie sztuki i literatury, muzyki i rozmowy. Wszystkie są podstawami, polami działającymi w najintymniejszym związku z naszą własną egzystencją i zachowaniem, tak że „źródło” działań leży i w nas, i w świecie, stapiając je w pojedyncze zdarzenie. Z pewnością z tego powodu zażycie LSD wspólnie z małą grupą może być doświadczeniem głębokiej eucharystii, zbliżającym jej członków w nadzwyczaj ciepłej i intymnej przyjaźni.

Podsumowując, uważam moje eksperymenty z tym zdumiewającym środkiem za bardzo cenne chwile – twórcze, pobudzające i przede wszystkim dające mi do zrozumienia, że „są na tym świecie takie rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło”.

Tylko raz odczuwałem zgrozę – wrażenie bycia bliskim obłędu, ale nawet wtedy uzyskany wgląd był wart tego bólu. Jednak wystarczyło to, bym się przekonał o tym, że bezkrytyczne użycie tej alchemii może być nadzwyczaj niebezpieczne oraz abym zaczął zadawać sobie pytanie, kto w naszym społeczeństwie jest na tyle kompetentny, by kontrolować jej użycie? Rzecz jasna, odnosi się to jeszcze bardziej do innych potęg nauki, takich jak energia atomowa, bowiem gdy tylko coś się stanie znane, nie ma sposobu na zamknięcie go w szafie.

W czasach obecnych, w roku 1960, LSD jest pod kontrolą farmakologów i kilku grup badawczych złożonych z psychiatrów, i choć istnieją pozbawieni skrupułów, jawnie szaleni psychiatrzy, to wydaje mi się, że jest to bardziej wiarygodna forma kontroli niż ta stosowana przez policję i biuro ds. narkotyków – co wcale nie jest kontrolą, lecz nieskutecznym tłumieniem i oddawaniem faktycznej kontroli siłom zorganizowanej przestępczości.

Ogólnie rzecz biorąc, czujemy się usprawiedliwieni, używając niebezpiecznych mocy, kiedy da się ustalić, że istnieje relatywnie małe ryzyko katastrofy. Życie ułożone w całkowicie bezpieczny sposób nie jest zwyczajnie warte przeżycia, ponieważ wymaga całkowitego zniesienia wolności. A ta doskonale racjonalna zasada ryzyka usprawiedliwia nasze korzystanie z samolotów, samochodów, urządzeń elektrycznych w domach i całej reszty innych niebezpiecznych narzędzi cywilizacji.

Jak dotąd rejestr katastrof wynikających z zażycia LSD jest bardzo mały i nie ma wcale dowodów na to, że jest ono uzależniające lub fizycznie szkodliwe. Oczywiście, możliwe jest psychiczne uzależnienie od bodźców, które nie stwarzają żadnego pragnienia identyfikowalnego w terminach fizjologicznych.

Osobiście nie jestem przykładem fenomenalnej siły woli, lecz uważam, że nie mam skłonności do zażywania LSD w taki sam sposób, w jaki używam tytoniu, wina czy likierów. Przeciwnie, doświadczenie to jest zawsze tak owocne, że odczuwam, iż muszę przetrawić je przez parę miesięcy, zanim zdecyduję się na nie ponownie.

Ponadto, uważam iż instynktownie nie jestem skłonny podejść do niego bez takiej samej chęci i poświęcenia, z którą podchodzi się do sakramentu, oraz że doświadczenie to jest warte zachodu, pod warunkiem że utrzymuję moje krytyczne i intelektualne moce w pogotowiu.

Powszechnie uważa się, że istnieje radykalna niezgodność pomiędzy intuicją i intelektem, poezją i logiką, duchowością i racjonalnością. Na mnie największe wrażenie w doświadczeniach z LSD wywarło to, że te formalnie przeciwstawne królestwa wzajemnie uzupełniały i wzbogacały się, sugerując tym samym modus życia, w którym człowiek nie jest już dłużej paradoksalnym wcieleniem anioła i zwierzęcia, rozumu walczącego z instynktem, lecz cudownym połączeniem Erosa i Logosu w jedno.

Przypisy:

1. Często stwierdzałem, jak w Drodze zen, że „realny” świat jest raczej konkretny niż abstrakcyjny i że dlatego konceptualne formy porządku, kategoryzacji i logiki, które ludzki umysł projektuje na naturę, są w jakiś sposób mniej realne. Lecz przy kilku okazjach LSD zasugerowało mi fundamentalną tożsamość percepcji i koncepcji, konkretu i abstrakcji. W końcu nasze mózgi i same formy w nim są częścią konkretu, fizycznego świata, i dlatego nasze abstrakcje są tak samo formami natury, jak jest nimi budowa kryształu lub organizacja paproci.

2. Później za pomocą morskiej muszelki byłem w stanie zrozumieć pewne przyczyny tego efektu. Wszystkie małe różowe wypukłości na muszelce wydawały się drgać, nie tylko wizualnie, lecz także w dotyku. Obserwując to zjawisko dokładnie, zdałem sobie sprawę z tego, że wraz z ruchem moich oczu badających powierzchnię muszelki wydawały się one zmieniać intensywność kolorów, przyczyniając się do zwiększania lub zmniejszania głębi cieniów. Nie miało to miejsca, gdy utrzymywałem oczy w bezruchu. Ten ruch, pozorny ruch cieniów, często wydaje się ruchem przedmiotu rzucającego je, w tym przypadku wypukłości na muszelce. W obrazie Van Eycka miała miejsce podobna zmiana, rozjaśnianie i ciemnienie faktycznych cieni, które artysta namalował, i stąd też takie samo złudzenie ruchu.

Alan Watts

(tłum. duseone / red. Conradino Beb)

 

Źródło: This is It and Other Essays on Zen and Spiritual Experience, Pantheon Books, New York 1960.

Teoria domknięcia kognitywnego tłumaczy popularność ekstremizmów politycznych

W czasach silnej polaryzacji społeczno-politycznej powracającym pytaniem dla humanistów jest to, skąd bierze się pociąg ludzi do skrajnych idei? Im większy bowiem rozłam światopoglądowy, tym silniejsze postawy po obydwóch stronach barykady, zbudowane na przekonaniu o wzajemnej wyższości.

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Arie Kruglanski, amerykański psycholog, zajmujący się m.in. badaniem motywacji ludzi zasilających szeregi organizacji terrorystycznych takich jak ISIS.

Dr Kruglanski jest znany najlepiej z teorii „kognitywnego domknięcia” (cognitive closure), którą powołał do życia w 1989. Domknięcie oznacza tu moment, w którym jednostka dokonuje sądu lub podejmuje decyzję, jednocześnie zamykając się na alternatywny strumień informacyjny.

Jak twierdzi Kruglanski: Poglądy polityczne ludzi są wynikiem ich potrzeb psychologicznych. Ludzie, którzy są nerwowi, ponieważ otacza ich niepewność, widzą ukojenie w komunikatach oferujących pewność.

Potrzeba domknięcia jest potrzebą pewności, posiadania uproszczonej wiedzy. Czujesz, że nie jesteś w stanie uporać się z nadmiarem informacyjnym, że musisz przestać słuchać różnych punktów widzenia i powinieneś się skupić na jakiejś wersji prawdy. Potrzeba domknięcia oszukuje twój umysł iluzją prawdy, która zostaje zaakceptowana bez ostrożnej analizy dowodów.

W teorii Kruglanskiego, jeśli jednostka wykazuje wysoką potrzebę domknięcia, ma ona zwykle tendencję do szybkiego podejmowania decyzji i do podtrzymywania dualistycznej wersji świata (widzenia go w czarno-białych barwach). W przypadku niskiej potrzeby domknięcia, jednostka toleruje jednak ambiwalencję, choć ma przy tym problemy z podejmowaniem decyzji.

arle_kruglanski_promo
Arie Kruglanski

Jednak w czasach dominacji strachu i niepewności – na przykład w tych, w których żyjemy obecnie – potrzeba domknięcia wzrasta u wszystkich jednostek. Wynikiem są szybkie sądy niezależne od faktów i dowodów, a także populistyczne idee. W górę idzie przy tym popularność liderów politycznych, którzy są zdecydowani i proponują proste, bardzo często skrajne rozwiązania.

Przykładowo, tuż po atakach z 9/11 dr Kruglanski razem ze swoim zespołem stwierdził, iż w momencie, w którym wzrosło zagrożenie islamskim terroryzmem, wzrosły też słupki poparcia dla George’a W. Busha (wcześniej borykającego się z drastyczną stratą poparcia).

Opierając się na tym wydarzeniu, w 2010 Kruglanski ponownie przebadał swoją teorię, analizując potrzebę domknięcia kognitywnego w obliczu terroryzmu u wybranych jednostek w serii pięciu eksperymentów, stwierdzając iż wspomnienie ataków na Nowy Jork prowadziło do wzrostu „obecności silnych przekonań, formowania uproszczonych wrażeń, a także klasyfikowania obiektów i wydarzeń w ostro definiowanych kategoriach, w celu doświadczenia pewności i uniknięcia ambiwalencji”.

Jednym z centralnych punktów eksperymentu było pokazanie amerykańskim studentom siedmiominutowej projekcji slajdów, które albo omawiały atak z 9/11, albo zalety pracowania w Google. Następnym krokiem było przebadanie czynności zastępczych (filler tasks) uczestników badania, a wreszcie zmierzenie ich potrzeby domknięcia na 42-punktowej skali, stworzonej w 1994 przez Kruglanskiego i dr Donnę Webster.

Ci, którzy obejrzeli slajdy związane z 9/11, wykazywali znacznie wyższy współczynnik kognitywnego domknięcia, co udowodniło, że do jego podbicia wystarczy obejrzenie materiału na temat kryzysu – nie trzeba go wcale doświadczyć na własnej skórze.

Badacze mieli także okazję, by sprawdzić swoją teorię w naturalnych warunkach, tuż po zamachach na komunikację miejską w Londynie w lipcu 2005, kiedy cztery bomby zabiły 56 ludzi i raniły ponad 700. Psychologowie zwerbowali wtedy dwie grupy liczące ponad 100 osób, każąc im odpowiedzieć na serię pytań. Badanie ujawniło bardzo wysoką potrzebę kognitywnego domknięcia i przewidziało wzrost znaczenia oddziałów antyterrorystycznych.

Teoria Kruglanskiego wyróżnia dwa etapy domknięcia kognitywnego: etap uchwycenia (seize) i etap zawieszenia (freeze). Pierwszy jest motywowany pilnością dokonania domknięcia, czego wynikiem jest chwytanie się każdego możliwego strzępu informacji bez (zwykle przeprowadzanej?) weryfikacji.

Drugi jest natomiast powodowany potrzebą permanencji, czyli zachowania naszego domknięcia na tak długo, jak to tylko możliwe, skutkujący „zamrożeniem punktu widzenia”, którego skutkiem jest z kolei wzrost pewności siebie – ostateczny cel każdej jednostki obcującej z chaosem informacyjnym.

Ale jak tłumaczy psycholog, jest to błędne koło, ponieważ frenetycznie szukamy rozwiązania, ale w momencie, gdy nasz sąd się krystalizuje, na stałe blokujemy jego zmianę. Jeśli potwierdzamy go zaś aktywnie poprzez media społecznościowe lub rozmowę z innymi, utrwalamy go jeszcze bardziej, wszelkie odstępstwa traktując jako odchylenia.

Kruglanski nie sądzi jednak, że jesteśmy zawsze skazani na szybkie domknięcie, gdyż procesowi przeciwdziała m.in. strach przed kosztowną pomyłką, czyli taką, która skazuje nas na osobiste straty. Jeśli na przykład obawiamy się, że nasze poglądy lub wypowiedzi narażą nas na nieprzyjemności, stajemy się bardziej wyważeni w naszych osądach. Im więcej więc ostrożności i zimnej krwi, tym większa szansa na umiarkowanie.

The Price of Certainty / dokument

Conradino Beb

 

Źródło: The New Yorker / The New York Times

Nowe badanie potwierdza, że regularne oglądanie pornografii wzmacnia uczucia religijne!

Świeże badanie opublikowane na łamach amerykańskiego periodyku Journal of Sex Research potwierdza, że ludzie oglądający porno więcej niż raz w tygodniu stają się z czasem bardziej religijni.

Szef zespołu badawczego, Samuel Perry, analizował zachowania 1,3 tys. Amerykanów przez sześć lat, by dowiedzieć się, jak oglądanie pornografii wpływa na wierzenia religijne. Ludzie oglądający pornografię bardzo często wydają się być najbardziej religijni, co przekłada się na większą częstotliwość modlitwy i uczęszczania na ceremonie religijne od ludzi, którzy pornografię lubią w bardziej umiarkowanych dawkach – powiedział dr Perry w wywiadzie dla The Independent.

Badacz odkrył, że w sześcioletniej perspektywie (w okresie 2006-2012) ludzie oglądający pornografię przynajmniej raz w tygodniu częściej odwoływali się do tradycyjnych praktyk religijnych od tych, którzy pornografią rozkoszowali się tylko raz w miesiącu lub rzadziej.

Ci drudzy należeli przy tym do najbardziej pobożnych i mających najmniej wątpliwości dotyczących swojej wiary, jednak z czasem następował u nich spadek zainteresowania rytuałami religijnymi.

Jak tłumaczy to dr Perry: Dla religijnych Amerykanów oglądanie pornografii pozostaje sprzeczne z poglądami na moralność seksualną. Dla tych ludzi jest to duży problem natury moralnej, szczególnie jeśli oglądają ją raczej regularnie.

Ale  problem ten przestaje istnieć w momencie, kiedy pornografię zaczyna się oglądać bardzo często, co wzmacnia uczucia religijne i likwiduje dylematy moralne.

Badacz stawia kilka hipotez wyjaśniających wyniki swojego badania, ale najbardziej logiczną wydaje mu się ta, że w momencie, w którym pornografia staje się częścią życia codziennego, wierzący przestają się czuć winni i swobodnie łączą swoje zachowania seksualne z praktykami religijnymi. Znika przy tym dysonans poznawczy, obydwie sfery zostają bowiem od siebie wyraźnie oddzielone.

Dr Perry podkreśla, że jego badanie nie potwierdza, iż religia skłania ludzi do nałogowego oglądania pornografii, ale to że fani porno chodzą do kościoła znacznie częściej, niż się przypuszcza i pozostają dobrymi wiernymi.

Naukowiec wyjaśnia to w taki sposób, że na poziomie duchowym ludzie ci mogą sobie wybaczać kontakt z pornografią poprzez swoją głęboką wiarę, która rekompensuje „niemoralne” zachowanie.

Źródło: The Independent

Urojenie Truman Show: choroba ery nowych mediów

Ludzie cierpiący na urojenie Truman Show wierzą, że ich życie to sekretny reality show, który realizowany jest przez niewidzialnego reżysera lub stację telewizyjną i transmitowany na cały świat bez ich zgody. Termin został stworzony w 2008 na cześć legendarnego filmu Petera Weira przez dr Joela Golda, profesora psychiatrii na Uniwersytecie Nowojorskim, oraz jego brata Iana Golda, filozofa psychiatrii na Uniwersytecie McGilla w Kanadzie.

Badacze sugerują, że w miarę jak ludzka kultura zmienia się pod wpływem nowych mediów i wszechobecności kamer, współbrzmieć z tym zaczynają także choroby psychiczne, wśród których ważną pozycję zajmują psychozy rodzące się częściowo ze stresu, częściowo z obaw o naszą pozycję w społecznej hierarchii, a częściowo ze strachu przez możliwościami technologii. Pojawiająca się choroba psychiczna (np. schizofrenia) wchodzi w interakcję z kulturową wszechobecnością rzeczywistości medialnej, aby w ten sposób dać początek urojeniom.

Bracia Gold uważają, że na powiązanie środowiska życia człowieka z psychozami nie zwraca się zbyt wiele uwagi w psychiatrii, co jest błędem. Jak mówi Joel Gold: Interesuje nas w jaki sposób zmienia się społeczeństwo jako całość. W erze reality show oraz zamkniętych obwodów telewizyjnych, w miastach takich jak Londyn, gdzie ludzie są naprawdę obserwowani, w erze internetu i YouTube, jaki wpływ może mieć to wszystko na ludzi, którzy mają predyspozycje do manii prześladowczej i paranoi?

Forma urojeń wg badaczy nie zmieniła się zasadniczo w ciągu ostatnich 100 lat, ale zmieniła się za to ich treść. Do przypadków opisywanych przez Joela Golda należą m.in. sprawa mężczyzny, który wdarł się do budynku federalnego w Nowym Jorku i zażądał odcięcia go od show, w którym grał główną rolę, a także przypadek człowieka, który wdrapał się na Statuę Wolności, wierząc iż w ten sposób spotka ponownie swoja dziewczynę ze szkoły średniej, dzięki czemu zostanie uwolniony z grania roli w reality show, którego był głównym bohaterem.

Jak opisuje również Gold, coraz częściej zdarza się, że zaburzenie to prezentują dziennikarze, z których jeden trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak uroił sobie, że jego koledzy fałszują wszystkie wiadomości telewizyjne i prasowe dla zabawy. Inny zaś sam faktycznie pracował przy reality show, ale z czasem zaczął wierzyć, że jest filmowany non stop (show miał być sponsorowany przez jego własną rodzinę) i że ekipa telewizyjna może kontrolować jego myśli.

Czasem urojenie Truman Show łączy się także z wiarą w spisek. Przykładowo, jeden z pacjentów Golda przyjechał do Nowego Jorku po 9/11 tylko po to, by sprawdzić czy bliźniacze wieże naprawdę zostały zniszczone, wierząc że był to sprytny zwrot akcji w narracji telewizyjnej, której był głównym przedmiotem.

Jednak najciekawszym przypadkiem był prawdopodobnie ten dotyczący niejakiego Nicholasa Marzano, który zaskarżył HBO o uczynienie z niego gwiazdy reality show bez jego wiedzy. W pozwie oskarżył on sieć telewizyjną o zainstalowanie ukrytych kamer w jego domu, urządzeń kontrolnych w samochodzie, a także o wciągnięcie na listę płac funkcjonariuszy policji i aktorów, którzy odgrywać mieli prawników, lekarzy, pracowników administracji rządowej, kolegów z pracy, członków rodziny i sąsiadów.

Mimo że zaburzenie to nie dostało się jeszcze na oficjalną listę chorób psychicznych, bracia Gold udokumentowali już ponad 100 tego typu przypadków, które opisane zostały w książce Suspicious Minds: How Culture Shapes Madness, a fenomen zyskuje na popularności dzięki rozpowszechnianiu się technologicznych fenomenów tj. monitoring publiczny, lifecasting na Snapchacie, egosurfing, uzależnienie od mediów społecznościowych czy „Kardashianowie w lodówce”.

Podsumowując swoje badania, bracia Gold apelują o odrzucenie mocno zakorzenionego przekonania, iż choroba psychiczna to efekt dysfunkcji mózgu i nawołują do większego zainteresowania się zgłębianiem roli pejzażu kulturowego, pisząc: To że teoria choroby psychicznej powinna odwoływać się do świata zewnętrznego nie jest bardziej zaskakujące od teorii raka odwołującej się do dymu papierosowego.

Conradino Beb

 

Źródło: upvoted / Biomedical.pl / New York Post

Ex Machina (2015)

ex-machina-poster-2015

Jedni mówią, że nie ma nic nowego pod słońcem, a inni, że wszystko jest remiksem, co na jedno wychodzi – kultura żywi się wiecznie samą sobą i kino nie jest tu wyjątkiem. Centralny wątek Ex Machiny przypomina Łowcę androidów, pytania poruszone przez debiutanta, Alexa Garlanda, 2001: Odyseję kosmiczną, a estetyka THX 1138 George’a Lucasa. Film ten należy jednak oceniać bardziej przez pryzmat egzekucji, niż przez źródła pomysłów, które zostają swoją drogą bezpośrednio zacytowane na ekranie.

Tajemniczy kod klepany przez programistę, Caleba, w drugiej części filmu, po uruchomieniu w Pythonie 2.7 kieruje do ISBN Embodiment and the inner life: Cognition and Consciousness in the Space of Possible Minds autorstwa Murraya Shanahana, prawdziwego specjalisty od sztucznej inteligencji. I jak tu nie kochać twórcy, który w ten sposób celebruje kulturę digitalną? Jego inne odniesienia są przy tym pełne osobistej wizji, co do roli której widz nie ma żadnych wątpliwości. To film, z którym reżyser w dużej mierze się utożsamia.

Dużym zaskoczeniem dla mnie była przede wszystkim prostota tej produkcji. Akcja rozgrywa się przez 95% czasu w czterech ścianach placówki badawczej, wybudowanej w malowniczej norweskiej głuszy, która stanowi ciekawy kontrast dla wysoce rozwiniętej technologii, będącej motywem przewodnim. A znajdujemy się w niedalekiej przyszłości, czy też w rzeczywistości alternatywnej, w której Nathan (znany m.in. z Drive Oscar Isaac), właściciel BlueBooka, gigantycznego silnika wyszukiwania, rozpoczął pracę nad stworzeniem sztucznej inteligencji.

Żeby zakończyć swój projekt, a jednocześnie potwierdzić sukces swojej pracy, Nathan werbuje na tydzień jednego z bardziej uzdolnionych programistów ze swojej firmy, Caleba (Domhnall Gleeson), który ma przeprowadzić na jego kreacji test Turinga – rodzaj testu sprawdzającego zdolności kognitywne sztucznej inteligencji, z dużym naciskiem na udowodnienie, że posiada ona samoświadomość na wzór ludzki. Problem w tym, że obiekt badania jest płci żeńskiej i nazywa się Ava, a Caleb nie ma wysokich zdolności interpersonalnych i jest także mocno aseksualnym geekiem.

Te słabości szybko dają o sobie znać, bo Ava okazuje się wysoce inteligentnym organizmem, który zasilany bezpośrednio przez BlueBooka, potrafi w zdumiewającym tempie pozyskiwać i analizować dostępną informację. Ava jest też niezwykle pociągająca, co zawdzięczamy delikatnej twarzy szwedzkiej piękności, Alicii Vikander (wciąż słabo znanej fanom kina, ale to się pewnie niedługo zmieni), której grę aktorską podziwia się od pierwszej do ostatniej sceny (było to dla mnie prawdziwe odkrycie).

Caleb zdaje codzienne raporty ze swoich sesji Nathanowi, który oprócz bycia geniuszem cybernetyki, okazuje się też pijakiem, kulturystą, fanem disco i miłośnikiem sushi o lumberseksualnym stylu. Nathan zadaje Calebowi pytania z pogranicza filozofii, kognitywistyki i psychologii, na które ten z trudem znajduje odpowiedzi, jednak zadowalające jego szefa na tyle, że ten szybko przekonuje się do jego geniuszu i do doniosłości jego pracy. Ale Caleb ma poważny problem, bo Ava zaczyna mu zdradzać informacje, które najpierw wywołują dysonans poznawczy, a w końcu kreują atmosferę paranoi…

I tak dzieło Garlanda, zgodnie z duchem czasów, z filmu wysoce artystycznego powoli zaczyna się zamieniać w klasyczny thriller, w którym napięcie rośnie aż do wybuchowego finału. Ten dla prawdziwych fanów kina gatunkowego nie będzie jednak wielkim zaskoczeniem, bo reżyser decyduje się operować „czerwonymi śledziami”, których nie powstydziłby się Lucio Fulci, Sergio Martino czy Dario Argento, a więc wpuszcza do swojego dzieła mnóstwo schematów wyjętych żywcem z filmów giallo. To jednak tylko drobny minus, który ma także swoje dobre strony, bo historia nabiera dzięki temu pewnej zwartości i nie schodzi na intelektualne manowce.

Ex Machina zadaje jednak – szczególnie w pierwszej połowie – mnóstwo istotnych pytań futurologicznych, psychologicznych czy duchowych. Poruszony zostaje problem człowieczeństwa, roli naszego gatunku w tworzeniu nowego życia, odpowiedzialności za inne życie, granic naszej inteligencji, a także roli chaosu czy przypadku w poszukiwaniu ideału. Są to pytania niezwykle fascynujące, które widz na pewnym poziomie będzie trawił jeszcze długo po zakończeniu seansu filmu Garlanda, który należy do najciekawszych produkcji europejskich ostatnich lat!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Ex Machina
Produkcja: Wielka Brytania, 2015
Dystrybucja w Polsce: United International Pictures
Ocena MGV: 4/5

Daczego synthwave?

Skąd wyrasta magia synthwave? Z nostalgicznego fetyszyzmu, który ewokuje ostatnią prostą Zimnej Wojny? Z elektronicznego pulsu stylizowanego na archaiczne syntezatory Rolanda? Czy też może z hipnotycznego eskapizmu, przypominającego starszym Milenialsom słodkie lata dzieciństwa przeżyte – zależnie od miejsca urodzenia – w cieniu Muru Berlińskiego, czołgów i kartek na mięso, lub na fali napędzanej reaganomiką i kokainą, na której surfowała nowa klasa japiszonów.

W ostatnich latach synthwave, znany też jako retrowave lub futuresynth, zrewolucjonizował pożerającą własny ogon muzykę elektroniczną. Korzystając z Internetu, młodzi artyści rozprzestrzenili muzycznego wirusa na cały świat. Duże znaczenie miała tu sieć NewRetroWave, która została założona w listopadzie 2011 i święci obecnie 4-tą rocznicę działalności.

Jak czytamy na oficjalnej stronie NRW: Retrowave to gatunek muzyczny, który poskramia brzmienie, pęd i czystą pasję do lat ’80. To najbardziej pobudzające brzmienie, które pojawiło się na scenie muzycznej, a które było już od dawna oczekiwane. Ludzie, rodzi się coś niesamowitego. Ruch muzyczny, który przywraca muzyce pasję i słuch, za którymi zdążyliśmy zatęsknić.

Podstawy kodu tego imponującego wirusa zostały napisane w połowie poprzedniej dekady przez graczy komputerowych i nerdów, zainspirowanych francuskimi artystami grającymi electro/tech house tj. Kavinsky (Teddy Boy EP), Justice (Water of Nazareth EP) czy College (Teenage Color EP), którzy z kolei zainspirowani zostali przez soundtracki filmowe Johna Carpentera, grupy Goblin czy Brada Fiedela (twórcy muzyki do Terminatora).

Ruch dostał pierwszy poważny zastrzyk energii po sukcesie Drive Nicolasa Windinga Refna, do którego muzykę napisał Cliff Martinez, były perkusista Captaina Beefhearta, The Dickies, The Weirdos, a także Red Hot Chili Peppers. Był to pierwszy komercyjny sukces rozwijającego się stylu, który stał się zauważalny głównie dzięki pięknie zaaranżowanym, wokalnym hitom tj. Under Your Spell grupy Desire, idealnie akcentującym znaną powszechnie retromanię NWR.

To słodkie uczucie nostalgii, które uderza w nas, gdy przypominamy sobie, jak oglądaliśmy po raz pierwszy Gliniarza z Beverly Hills, Akademię policyjną czy Terminatora na zdartej kasecie VHS, zostaje idealnie wyrażone przez synthwave’owe dźwięki, co potwierdza jedna z największych sław sceny, Mega Drive: Cały ten czas był bardzo magiczny, bo wszystko wciąż było wielkie i nowe.

Nasze uczucia potwierdza przy tym współczesna psychologia, która wskazuje na efekt czystej ekspozycji jako kluczowy dla odbioru muzyki. Emocje, które przechowywane są w centrum naszej pamięci długoterminowej, zostają na krótką chwilę uwolnione, gdy wyzwala je bodziec bezpośrednio z nimi powiązany, podświadomie kojarzony jako ich nośnik.

Ale to nie wszystko, bo artyści tj. Mitch Murder twierdzą, że lata ’80 reprezentują także dziwną mieszankę optymizmu i pesymizmu, fascynację latającymi samochodami i robotami, połączoną ze strachem przed III Wojną Światową, czy zagładą atomową: Z jednej strony kultura była pełna pozytywnego myślenia o najbliższej przyszłości, czego uosobieniem były filmy w stylu Powrotu do przyszłości, a z drugiej wszyscy obawiali się masowej zagłady na skutek wojny atomowej. Skutkiem tego ludzie żyli chwilą.

Ta dychotomia jest zdecydowanie obecna w synthwave’owych dźwiękach, które łączą technologiczne ciepło i futurystyczny magnetyzm ze strachem przed nieubłaganą apokalipsą, przeplatając syntezatorowe podkłady – bardzo często przesterowane – w średnich tempach i niskich tonacjach, słodkimi, eskapistycznymi samplami, które jednak ostatecznie zawsze znikają na rzecz monotonnego bitu. Sama muzyka ma przy tym bardzo maksymalistyczny charakter, odrzucając minimalistyczne samoograniczenie, pojmowane często przez artystów jako swoistego rodzaju estetyczny ascetyzm.

Synthwave w ostatnich latach stał się prawdziwie międzynarodowym fenomenem. Obecnie na scenie mamy m.in. Dynatron (Dania), Mitch Murder (Szwecja), Night Runner (Brazylia), Perturbator (Francja), Lazerhawk (USA), Power Glove (Australia), Miami Nights 1984 (Kanada), FutureCop (Wielka Brytania) czy Timecop1983 (Holandia). Żaden z tych twórców nie nagrywa jednak dla dużego labelu, a większość nie wypuszcza swoich EP-ek i abumów na żadnym innym nośniku poza mp3. Największym narzędziem promocyjnym jest oczywiście YouTube z takimi kanałami, jak New Retro Wave, Luigi Donatello i Maniac Synth (ostatnio zablokowany), które subskrybowane są przez 160 tys. użytkowników.

Conradino Beb

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym

timothy_leary_golden_gate_park_1967
Timothy Leary w parku Golden Gate / 1967

Człowiek z najwyższym w USA tytułem naukowym twierdził, że LSD jest darem od Boga. Darem pozwalającym odbyć zarówno podróż w głąb siebie, jak i udać się w podróż porównywalną do międzygalaktycznej wycieczki. Podróż umożliwiającą „rozkodowanie” własnego DNA i wyrwanie się otaczającej nas rzeczywistości, a tym samym uwolnienie umysłu z rąk wszelkiej maści kreatorów panującego systemu. Dr Timothy Leary.

Dar niebios wyglądający jak zwykła woda – przeźroczysty, pozbawiony smaku, zapachu, nawet od niej tańszy w produkcji – wykorzystywał do leczenia ciała i duszy. Prowadził badania i terapie z udziałem ochotników wyłanianych wśród studentów, alkoholików, narkomanów czy więźniów zakładów karnych. Jego eksperymenty zaskakiwały wyjątkowo dużą skutecznością w resocjalizacji skazanych, walce z wszelkimi nałogami, czy … leczeniu z homoseksualnych skłonności.

Rock’n’rollowe eksperymenty

Jak wiadomo, Timothy Leary nie skupiał się jedynie na naukowych aspektach swojej pracy. Angażował się w rozwój kultury i społeczeństwa także poprzez rozrywkę, film czy muzykę. Był wielkim źródłem inspiracji. Współpracował i przyjaźnił się nie tylko z wieloma światowej klasy pisarzami – jak np. Allen Ginsberg, Aldous Huxley, William S. Burroughs czy Ken Kesey – ale także takimi artystami, jak H. R. Giger czy John Lenon. Miał też swój udział w nagrywaniu albumu Linger Ficken Good Revolting Cocks, szalonej grupy rockmanów młodszej generacji.

Pod koniec pierwszej połowy lat 90-tych (czyli u schyłku życia) przez pewien czas w jego domu w Laurel Canyon (LA) mieszkały dwie, młodsze o niemal czterdzieści lat – można śmiało rzec – zwariowane postacie: Al Jourgensen, poznany w 1992 roku dzięki Burroughsowi (założyciel zespołu Ministry, członek grupy Revolting Cocks), oraz jego kumpel Gibby Haynes (lider Butthole Surfers). Obaj przy okazji pomagali Leary’emu w jego badaniach.

Doktor dostawał pocztą od różnych firm i uczelni sporo różnych psychodelików, a jako naukowiec chciał sprawdzić jakie efekty wywołują rózne halucynogeny w połączeniu z innymi substancjami: np. kokainą, heroiną, lekiem na przeziębienie czy… mrożonkami. Zachęcał swoich współlokatorów do brania wszelkich dragów, na jakie mieli tylko ochotę.

Co dwa tygodnie „karmił” ich przeróżnymi laboratoryjnymi środkami na bazie MDA, ayahuaski czy virolii, po czym towarzyszył swoim „królikom doświadczalnym”, nieustannie notując jak dane mikstury działają na ich organizmy. Dawki były podobno tak mocne, że efekt pojawiał się w postaci silnych halucynacji już niespełna 20 minut od zażycia.

Chodząca encyklopedia amerykańskiego baseballu

Zamiłowania Tima nie kończyły się na fascynacji możliwościami ludzkiego mózgu i (wiążącymi się z tym) psychodelicznymi eksperymentami z LSD. Tim interesował się również bardziej banalnymi sprawami, np. sportem, a dokładnie amerykańskim baseballem. Jak mało kto, w tym temacie był chodzącą encyklopedią .

tim_leary_ash_ra_tempel_2
Timothy Leary w trakcie nagrywania płyty z Ash Ra Tempel / lata ’70

Potrafił recytować baseballowe statystyki dotyczące każdego pałkarza od 1967 roku. Jego ulubionym zawodnikiem był Carl „Yaz” Yastrzemski – wybitnie utalentowany, wybrany do Galerii Sław, władający rodowitym językiem baseballista polskiego pochodzenia. Tim wiedział o nim wszytko.

Obiady w wyższych sferach

To, że Timothy Leary był człowiekiem oczytanym nie powinno nikogo dziwić – potrafił recytować Szekspira, Biblię, Burroughsa i wielu innych. Swoje poglądy czerpał jednak także z rozmów ze studentami, którzy uświadomili mu, że świat jest czymś więcej niż mały ludzki mózg. Był bardzo towarzyski, interesował go każdy aspekt życia.

Raz na tydzień urządzał kolacje, zapraszając miliarderów, polityków, dziennikarzy, sportowców, astronautów (Frank Borman), aktorów czy przemysłowców, wśród których sadzał przy stole rockandrollowych „świrów” w postaci Ala Jourgensena czy Trenta Reznora (NIN). Niezupełnie więc odciął sie od establishmentu, nie był tylko nixonowskim „wrogiem publicznym numer jeden”, lecz także człowiekiem otaczającym się „zwariowanymi” ludźmi z show businessu, jak i szanowanymi ludźmi z „wyższych sfer”.

Pomimo, że utrzymywał kontakty z tak różnymi ważnymi osobistościami, powtarzał: „To nie tak, że się im sprzedałem, nadal bowiem jestem tym samym Timem, rzecz w tym, że wielu z tych ludzi inwestuje olbrzymie pieniądze w moje pomysły”. Mawiał, że „nie osiągniesz sukcesu, dopóki nie przekonasz ludzi, aby płacili ci za to kim jesteś”.

Nie była to pusta teza. Dom w Los Angeles kupił mu ojciec jego chrześnicy, znanej amerykańskiej aktorki Winony Ryder. Już w 1963 roku, gdy został wydalony z Uniwersytetu Harvarda – będące spadkobiercami ogromnej fortuny rodzeństwo Hitchcocków udostępniło mu ogromną posiadłość w Millbrook, gdzie mógł kontynuować swoje eksperymenty.

Nie zapomniano o nim także w czasach, gdy miał znacznie poważniejsze kłopoty z prawem (trzy wyroki więzienia: 30, 20 i 95 lat). Przez odpowiednie wstawiennictwo wyciągnięto go z więzienia w Teksasie, umożliwiono ucieczkę z USA, przyznano azyl w Szwajcarii, czy w końcu załatwiono akt łaski u gubernatora.

Małżeństwa, romanse, miłość i … rozczarowanie

leary_2
Timothy Leary w latach ’80

Nigdy nie był samotnikiem. Podobno w czasie studiów został usunięty z listy studentów jednej z uczelni za zbyt częste wizyty w żeńskim akademiku. Cztery razy był żonaty. Pierwsze małżeństwo zakończyło samobójstwo żony, pozostałe skończyły się rozwodem.

Timothy Leary nawet jako 70-cio latek nie był pozbawiony wigoru. Miał w zwyczaju zapraszać do siebie – oprócz przeróżnych wybitnych gości, także kochanki. Bywało, że nawet dwie na raz! Jak wspominał jego przyjaciel – były to znacznie młodsze dziewczyny, same ponętne, młodziutkie studentki.

Trwało to do czasu, gdy zakochał się w młodszej o 37 lat Aileen Getty – wnuczce miliardera, potentata naftowego J.Paule Getty’ego. Jak można się domyślić, nie interesowały jej pieniądze i snobistyczny styl życia, bo wybierając filantropię i kontrkulturę, zrezygnowała z rodzinnej, kapitalistycznej drogi.

Aileen przyczyniła się jednak do jednego z największych rozczarowań życiowych Tima. Stało się to, gdy odrzuciła jego oświadczyny podczas wspólnej wyprawy do Las Vegas. Tim był zdruzgotany tym faktem. Przekonywał, że nie zależy mu na jej pieniądzach, ona zaś odparła: „Będę twoim przyjacielem, twoją kochanką, co tylko chcesz. Tego jednak nie zrobię”. Jak powiedziała, tak zrobiła – towarzyszyła mu do śmierci na raka prostaty w 1996 roku.

Kosmiczny trip z twórcą Star Treka

Zanim umarł, zaplanował, że siedem gramów jego prochów spłonie w przestrzeni kosmicznej. 21 kwietnia 1997 zostały one umieszczone na pokładzie rakiety Pegasus, w której znajdowały się również prochy twórcy Star Treka, Gene’a Roddenberry’ego, astronoma Gerarda O’Neila i naukowca Kraffta Ehricke.

Po sześciu dniach na orbicie rakieta spłonęła w atmosferze ziemskiej. Głowa Tima nie uległa jednak kremacji – zgodnie z ostatnią wolą została odseparowana od reszty ciała i zamrożona, gdyż Leary twierdził, że w przyszłości rozwój medycyny umożliwi transplantacje ludzkiego mózgu. Kto wie, być może pewnego dnia Timothy Leary zmartwychwstanie!

drtsando23

 

Źródło: Zaginione Ewangelie Według Ala Jourgensena (oryg. Ministry – The Lost Gospels According to Al Jourgensen)

 

Matematyczna formuła odkrywa tajemnicę kawałków, które czynią nas szczęśliwymi!

good_vibrations_france
The Beach Boys, Good Vibrations, 7″, Capitol, Francja 1966

Dr Jacob Jolij, holenderski psycholog kognitywny z Uniwersytetu w Groningen, stworzył formułę utworów muzycznych, które zalewają nas hormonami szczęścia. Przy współpracy z brytyjskim brandem Alba naukowiec przebadał 126 hitów rządzących na listach przebojów w ciągu ostatnich 50 lat i odkrył, że najskuteczniejszym z nich jest Don’t Stop Me Now Queen. 

Jego formuła wygląda następująco: FGI= ?L postivie / (BPM-150) +(K-[1/3+?,1/3,1/3-?])+1. Badanie wykazało ponadto, że aż 54% mieszkańców Wielkiej Brytanii używa muzyki, żeby się zmotywować i poprawić sobie nastrój.

Drugie miejsce na liście neuropsychologicznie uzasadnionych przebojów zajął klasyk Abby, Dancing Queen, a trzecie Good Vibrations The Beach Boys. Za nimi uplasował się Uptown Girl Billy’ego Joela oraz legendarny hicior z Rocky’ego, Eye of The Tiger zespołu Survivor.

W dalszej kolejności do pierwszej dziesiątki weszły I’m a Believer The Monkees, Girls Just Wanna Have Fun Cyndi Lauper, Livin’ On a Prayer Bon Jovi, I Will Survive Glorii Gaynor i Walking On Sunshine Katriny & The Waves.

Wykorzystując odkrycia dr Jolija, Alba już wykreowała na Spotify „Top Feel Good Tunes” – playlistę najpopularniejszych kawałków z każdej dekady, a sam psycholog dodaje: Piosenka, która poprawia ci samopoczucie, jest bardzo osobista. Muzyka jest nieodłącznie związana z pamięcią i emocjami, a te asocjacje silnie determinują to, czy piosenka wprawia cię w dobry nastrój, czy nie. Jednak można wskazać pewne kryteria dla kompozytorów, którzy chcą tworzyć utwory poprawiające nastrój. Są nimi: temat liryczny, tonacja i tempo.

Teksty traktujące o wakacjach naturalnie przypominają nam o radosnych chwilach, podczas gdy trójdźwięk durowy (np. C-E-G) brzmi dla naszych uszu szczęśliwie, co utożsamiamy z pewnością siebie. Wysokie tempo 150 bitów na minutę wyzwala do tego podświadomie uczucie energii. Łącząc te trzy elementy uzyskujesz formułę na idealną piosenkę poprawiającą samopoczucie.

Pierwsza dziesiątka wg dr Jacoba Jolija!

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

Źródło: Daily Mirror