Archiwa tagu: punk rock

Green Room (2015)

green_room_2015_poster
Nazwa green w tytule wcale nie jest przypadkowa, bo kolor ten towarzyszy nam przez cały seans. Zielone jest pole kukurydzy, w którym pierwszy raz widzimy bohaterów, muzyków garażowo-punkowej kapeli grającej dla idei.

Klub, do którego przypadkowo trafiają, by zagrać koncert dla grupy skrajnie prawicowych skinów, pogrążony jest również w blasku zielonych neonów, a finał rozgrywa się gdzieś pośród leśnych ostępów. Kolor ten, jako symbol nadziei, zdaje się towarzyszyć bohaterom przez cały czas akcji.

Jeremy Saulnier wypłynął na szersze wody kinowego bezkresu dobrze przyjętym Blue Ruin. Już tam udowodnił, że nawet prostą historię o zemście można ubrać w szaty stylowego kina niezależnego, nie odchodząc przy tym od surowego i brutalnego widowiska.

W swoim nowym filmie artysta znowu opowiada przystępną dla wszystkich fabułę, ale skupiając się bardziej na formie. Soczyście krwawa historia, zredukowana praktycznie do czterech ścian, przypomina coś na kształt kina przetrwania, przepuszczonego przez autorską maszynkę.

Gdy nasza ledwo wiążąca koniec z końcem grupa punków trafia do prowincjonalnej speluny, odpala się znana klisza gatunkowa – nieodpowiednie miejsce i czas. Będący świadkiem zbrodni rockersi stają się zakładnikami na obskurnym backstage’u i są terroryzowani przez menedżera klubu (Patrick Stewart).  Ale sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy miejscówka okazuje się zakonspirowaną fabryką herki, a do akcji wkracza elitarny oddział skinów – Czerwone Sznurówki.

Koncept nie najświeższy, ale przynajmniej estetycznie dopieszczony. Przez cały seans czuć wręcz namacalny, brudny klimat, na który składa się świetna scenografia i ładne zdjęcia spod ręki Seana Portera. Przez ograniczenie miejsca akcji praktycznie do małego pokoju, Saulnier buduje napięcie bazując na klaustrofobicznych lękach widza.

Jednak im dalej będziemy próbowali wychylić nos z feralnego pokoju, tym napięcie będzie stopniowo osiadać. Klimat zaszczucia ustąpi krwawej rzeźni, w której dosłownie w każdym ułamku sekundy ktoś może paść martwy z kulką w głowie.

Krwi w Green Room faktycznie leje się dużo, ale twórca ustąpił mocno w stosunku do Blue Ruin. Brutalność w jego nowym filmie przyjmuje raczej wymiar psychiczny, który ujście znajduje w drugiej połowie filmu. Zbrodnie, te najgorsze, jak zagryzienie przez psa czy szlachtowanie nożem, są przeważnie szczelnie pokryte psychologiczną osłoną ciemności.

Ten film kolejny raz udowadnia jednak trafność castingu Saulniera. Nieodżałowany Anton Yelchin, wcielający się w grającego na basie członka kapel,i tworzy w duecie z Imogen Poots fajny duet protagonistów.

Przeciwko nim staje wspomniany wcześniej Patrick Stewart, opanowany i niepokojąco spokojny lider neonazistowskiej bandy. Drugie skrzypce na planie gra Macon Blair. Główny bohater poprzedniego filmu Saulniera gra tutaj jednak zupełnie inną rolę i wychodzi z tego obronną ręką.

Ostatecznie, Green Room to solidna dawka naturalistycznego, brudnego kina autorsko-gatunkowego, które zdaje się dobrze definiować styl młodego twórcy. To brutalna rozrywka, która przypadnie do gustu wszelkim fanom nihilizmu filmowego, krwawej eksploatacji czy klasyków pokroju Atak na posterunek 13.

Saulnier co prawda nie sili się na redefinicję gatunku, czy choćby tchnięciu w niego odrobiny świeżości, ale w udany sposób przenosi utarte przez lata schematy i klisze na grunt gatunkowego kina niezależnego.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Green Room
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak danych
Ocena MGV: 4/5

„Jarocin 82” przypomina o stanie ducha polskiej Generacji X

Jarocin 82 to pierwszy dokument o Festiwalu w Jarocinie, który na mapie muzycznej Polski pojawił się w 1980. Zrealizowany przez Pawła Karpińskiego na filmie 16 i 35 mm, utrwalił on występy zespołów: FBT, Atomic, Rejestracja, Dezerter i CDN oraz wypowiedzi ludzi, którzy mówią o swoich osobistych uczuciach związanych z muzyką i samym festiwalem. 

Jak powiedział w 2002 reżyser dokumentu, Paweł Karpiński: W Jarocinie byłem wtedy po raz pierwszy (…) Władza traktowała wówczas muzykę rockową jako pewnego rodzaju wentyl. Gdzieś trzeba było odpuścić, coś dać. Być może były to próby sterowania polityką kulturalną. Nie udawało się sterować ludźmi dojrzałymi, na przykład aktorami. Próbowano więc sterować młodzieżą (…)

folder82
Archiwalna notka prasowa w Magazynie Folder / 1982

Teza tego filmu byla taka: Jest miejsce, gdzie następuje zespolenie przyjeżdzających tam ludzi i tych, którzy występują na scenie. Oni chcą tego samego, mówią to samo. To byla taka oaza wolności w tym zniewolonym kraju (…)

W Jarocinie w 1982 r. nie bylo widoczne, że wciąż obowiązywał stan wojenny, ale też ten film nie miał dotyczyć stanu wojennego. Miał być zapisem pewnego sposobu myślenia, powiedzenia, że ci młodzi ludzie nie mają żadnej alternatywy. Jedyny moment, w którym są szczęśliwi, to wtedy, kiedy mają swoją muzykę. Ta muzyka daje im radość życia, pokazuje, że w tym poczuciu beznadziejności może być nadzieja.

Dokument jest prawdziwą kapsułą czasu, pokazując stan ducha rodzimej Generacji X, która tłumnie nawiedzała Jarocin, by posłuchać muzyki, której nie można było posłuchać nigdzie indziej. Wywiady z muzykami i członkami publiki obnażają również, z jakimi wyzwaniami łączył się bunt na początku lat ’80 i jak wielka była frustracja brakiem zmian społecznych.

Punki kontra naziole w „Green Room”, nowym filmie Jeremy’ego Saulniera!

Jak się okazuje Jeremy Saulnier, twórca doskonale przyjętego Blue Ruin, jest starym punkiem, a jego nowy film, Green Room, to historia fikcyjnego bandu HC/punkowego The Ain’t Rights, który musi się przypadkowo mierzyć z bandą nazioli w kraju rednecków po świeżo zakończonym gigu, po którym muzycy przypadkowo odkrywają zakrwawione ciało na backstage’u.

Film jest krwawy jak Życzenie śmierci i brutalny jak Uwolnienie, a wczesne recenzje obiecują wszystkim fanom kina survivalowego atmosferę skrajnej nienawiści, strachu i bezsilności – maksimum emocji i mnóstwo szokujących scen, co zresztą widać w poniższym zwiastunie.

„Vinyl” nie zawsze trzyma pion, ale wspomaga go rock’n’roll!

W czasach, gdy ludzie oceniają serial z perspektywy 2-3 pierwszych odcinków, coraz ciężej się przegryźć przez bełkot dziennikarzy, blogerów i komentatorów. W tej perspektywie binge’owanie (oglądanie całego sezonu w krótkim czasie) ma sporo zalet, z których najważniejszą jest samodzielne ustalenie, jak chcemy oglądać daną produkcję. Ale co, jeśli zostajemy zmuszeni przez stację telewizyjną do powrotu w przeszłość?

Kultura oglądania zmienia się w błyskawicznym tempie, a kierunek dyktują jak zawsze gracze, którzy przewidują przyszłość w najbardziej namacalny sposób, za pomocą pieniędzy. Sukces Netflixa zagraża dzisiaj pozycji HBO, opartej o podobny model subskrypcyjny, która jednak swoje produkty rozprzestrzenia za pomocą przestarzałego modelu telewizji kablowej.

Z tym łączy się taktyka udostępniania odcinków seriali w tygodniowych odstępach czasowych, co często wywołuje frustracje u widzów i prowadzi do obniżenia poziomu oglądalności. Vinyl w trakcie swojej emisji nie wyrobił sobie takiej publiki, jak Gra o tron (aktualnie 6,789 mln widzów) czy True Detective (2,6 mln), ale ze swoimi 635 tys. wciąż wyprzedził beniaminka amerykańskich krytyków, serial Dziewczyny, którego piąty sezon właśnie dobiegł końca (choć ciężko jest tak naprawdę określić widownię absolutną serialu w dobie Internetu).

I w tej skromnej, ale zainfekowanej widowni, upatrywałbym sensu dalszego istnienia Vinyl, którego drugi sezon będzie miał premierę w przyszłym roku, bo to serial o muzyce dla muzyków i prawdziwych fanów muzyki, który ponad wszystko zręcznie operuje muzycznymi mitami epoki i igra z faktami w taki sposób, że wrzucamy na luz i nie doszukujemy się drugiego dna. Bo kto nie wspomina dobrze imprezy z Alicem Cooperem czy Ramonesów popalających fajki w tłumie koncertowym?

Zobacz jak robiono Vinyl

No właśnie, ludzie którzy niezbyt przejmują się historią muzyki gitarowej. Ci są pierwszym sezonem Vinyl zawiedzeni, bo na tym wewnętrznym dowcipie serial jest w dużej mierze zbudowany. Jasne, mamy też historię kryminalną, bardzo ciekawie skonstruowaną przez Martina Scorsese (dyżurnego artystę-dystrybutora nowojorskich klimatów mafijnych), ale niektórych może ona nie zachwycać, choćby Corrado Galasso (grany przez Armena Garo) był wybitnie popieprzonym charakterem.

Ale sęk w tym, że nie jest to serial mafijny, a nawet obyczajowy, a przynajmniej nie w takim samym stopniu co Mad Men czy Sex and the City. To serial o biznesie muzycznym, jego blaskach i cieniach, co widać dokładnie w pilocie serialu, jak i w finale – obydwa kończą się proto-punkowymi klasykami, które do pewnego stopnia zdefiniowały wczesną estetykę punk rocka, reprezentowaną w serialu przez The Nasty Bits.

Jest to także serial o temacie długim i szerokim jak Nil, czyli o dragach, które rock’n’rollowi, hip-hopowi czy disco towarzyszyły od samego początku i to że Richie Finestra (Bobby Cannavale) fruwa na koksie jest czymś zupełnie normalnym w historycznej perspektywie epoki, która żyła w kokainowym transie do tego stopnia, że gazety publikowały artykuły o tym, że koks nie ma żadnych właściwości uzależniających, puszczając jednocześnie reklamy najróżniejszych gadżetów, politycy wszystkich opcji, maści i odcieni regularnie czyścili nos, a kreskę mogła ci zaproponować dwudziestoletnia opiekunka do dzieci!

Z tego zresztą powodu lata ’70 zajmują wyjątkową pozycję w mitologii Boomerów, z których większość dałaby się pokroić za podróż w czasie na jeden dzień. Kobiety wyzwolone z patriarchalnej dominacji mogły wreszcie swobodnie eksplorować swoją seksualność, a mężczyźni… no tak, mogli szukać tych wszystkich wyzwolonych kobiet, bo sami byli wciąż czubkiem wszechświata, co Terence Winter przedstawił bez żadnych ogródek. A jeśli chcecie fabuły zgodnej z doświadczeniem tamtych czasów, nie możecie ferować argumentem o braku poprawności politycznej.

Olivia Wilde i Bobby Cannavale omawiają Vinyl

Szczególnie, że kobiety grają tu ważną rolę. Żona Richiego, Devon (w rolę której wcieliła się piękna i utalentowana Olivia Wilde), pozostaje bardzo ważną postacią, łączącą lajfstajl nowojorskiego undergroundu z ustatkowanym życiem rodzinnym, a Jamie Vine, agentka A&R American Century Records (przy okazji polskiego pochodzenia), reprezentuje nowe pokolenie amerykańskich kobiet, pewnych siebie i nie chcących pozostawać w cieniu mężczyzny, co udowadnia angażując się w romans z wokalistą The Nasty Bits, Skipem i uprawiając miłość w trójkącie z nim oraz jego ziomkiem z zespołu.

Czy jednak narkotyczny ciąg Richiego, udział w morderstwie, a także losy jego rodziny, przyjaciół i wytwórni, zostały w pierwszym sezonie wyreżyserowane z maksymalną dbałością o piękno fabuły? Czy przyjęta przez twórców forma teledysku, retro paradokumentu i komediodramatu sprawdziła się w każdym odcinku? Czy naprawdę potrzebny był dialog z nieboszczykiem i wątek śledztwa federalnego czy inne wątki, które w niektórych odcinkach zalatują nieco przerostem formy nad treścią?

Z drugiej strony Don Draper też rozmawia z duchami przeszłości i popada w stany transu, ale nikt nie zarzucił z tego powodu twórcom Mad Men operowania kliszami, co prowadzi nas do głównego problemu Vinyl, którym jest pojawienie się w momencie, kiedy złoty wiek telewizji powoli ustępuje srebrnemu. Jasne, wielkie seriale będą kręcone cały czas, ale będzie ich coraz mniej i coraz częściej będą one operowały środkami już wykorzystanymi, przez co wydawać się będą kopiami, nawet jeśli będą posiadać styl (dobrą obsadę, dobre dialogi, kosztowne kostiumy i scenografię).

Vinyl ze swoją poszarpaną, szaloną rytmiką w jakiś sposób namierza jednak klimat towarzyszący narodzinom punk rocka z przekrojem muzycznym początlu lat ’70 obecnym w postaci glamu, disco, hip-hopu, country rocka, easy listening, heavy metalu i wszystkich innych stylów, które zostają wplecione w pokręconą historię muzyki popularnej, opowiadaną w tym samy czasie, w którym American Century Records niemal upada na pysk.

A historia ta posiada przepiękne motywy tj. scena z Gretschem Bo Diddleya, która zamienia się w klip z legendarnym gitarzystą w roli głównej grającym swój wielki hit Pretty Thing, czy Richie przychodzący ze skruchą do swojego byłego przyjaciela, Lestera Grimesa, który każe mu wypierdalać, czy piękna rozmowa z Maurym Goldem, która staje się pierwszym wstępem Richiego za kulisy biznesu muzycznego.

A przemysł ten do wielce etycznych nigdy nie należał i dlatego bohaterowie Vinyl są skrajnie wyrachowani, operują niemal jak gangsterzy i nie mają skrupułów, żeby łamać wszelkie reguły panujące w stosunkach międzyludzkich, co jak na razie jest sednem tej opowieści. Choć nie brakuje tu także innych morałów tj. łatwo w tym świecie upaść, ale ciężko podnieść się na nogi i osiągnąć sukces… ten ostatni przesądzony oczywiście z góry, bo nikt nie chce oglądać serialu o frajerach.

I tak, z wieloma doskonałymi odcinkami i kilkoma wpadkami, twórcy Vinyl mają teraz czas na przetrawienie reakcji publiczności i być może zaproponują zupełnie inny sezon drugi lub też pogłębią go o nowe motywy, charaktery czy relacje międzyludzkie. Widzieliśmy już przecież produkcje, w których pierwszy sezon potraktowany został tylko i wyłącznie jako punkt wyjścia, więc miło byłoby zobaczyć podobny kierunek obrany przez scenarzystów i reżyserów w drugim sezonie tego obiecującego serialu.

Conradino Beb

Fotografie headbangerów Jacoba Ehrbahna

Jacob Ehrbahn to urodzony w 1970 duński fotograf żyjący nieopodal Kopenhagi. Headbangers, bo taki tytuł nosi jego album fotograficzny wydany w zeszłym roku przez powerHouse Books, zawiera bardzo intymne portrety ludzi wykonujących obrotowe ruchy głową (znane powszechnie jako headbanging) na festiwalach muzycznych tj. duński Copenhell, niemiecki Wacken Open Air i szwedzki Metaltown.

Na fotach Ehrbahna widzimy czystą radość z uczestniczenia w koncercie rockowym z ciałami zastygającymi w przedziwnych pozach, z twarzami o najdziwniejszych grymasach. Niektóre z nich wydają się zupełnie odrealnione, niektóre z nich w pełnej ekstazie, ale wszystkie łączy pierwotna ekspresja ciała wyzwolona pod wpływem muzyki.

Zobacz zdjęcia:

headbangers_11 headbangers_10 headbangers_9 headbangers_8 headbangers_7 headbangers_6 headbangers_5 headbangers_4 headbangers_3 headbangers_2 headbangers_1

Pilot „Vinyl” to najlepszy „film” Scorsese od lat!

Kokaina, rock’n’roll, testosteron, szaleństwo i brutalne kulisy przemysłu muzycznego przełomu lat ’60/’70 składają się na Vinyl, serial przy tworzeniu którego połączyli siły Mick Jagger, Terence Winter i Martin Scorsese. Trwający niemal dwie godziny pilot został własnoręcznie wyreżyserowany przez Scorsese, który chyba dawno nie miał już tyle zabawy przy pracy, bo ostateczny efekt eksploduje od energii (dosłownie i w przenośni), która sama w sobie jest wystarczającym powodem, żeby dać serialowi szansę!

Vinyl to 8-odcinkowa antologia wyprodukowana przez HBO, która szuka nowej Rodziny Soprano, The Wire czy True Detective i nie przebiera w środkach. Serial został oparty na sztuce telewizyjnej autorstwa Terence’a Wintera i George’a Mastrasa ze scenariuszem Micka Jaggera, Richa Cohena i Martina Scorsese, który eksploruje transformację niezależnego przemysłu muzycznego w złotej epoce muzyki gitarowej oraz lajfstajl ludzi związanych z nim na co dzień.

Pierwsze wrażenie to EKSCES! Scorsese jedzie po bandzie, jakby chciał wrócić do swoich najlepszych lat i jeszcze raz nakręcić Ulice nędzy (nie, to wciąż nie ten poziom, ale dajmy się trochę oszukać), tyle że w międzyczasie zrobił wiele innych rzeczy… czasem lepszych, czasem gorszych. Artysta w jakimś sensie kontynuuje też stylistykę znaną z Wilka z Wolf Street, tyle że HBO dało mu znacznie więcej swobody i w efekcie widzimy tu nawet inspiracje cormanowskie (o tak!)

Z tego zresztą powodu serialu nie da się traktować całkowicie poważnie, a kto będzie próbował racjonalizacji w stylu „Mad Men na dragach”, może się mocno zawieść, bo twórcy mimo wszystko mocno lecą w stronę rock’n’rollowej rozrywki (tak, szczególnie dla fanów okresu) i interpretują temat raczej via licentia poetica, niż posługując się jakimś konkretnym, historiograficznym filtrem.

To może czasem denerwować zagorzałych fanów muzyki, ale większość widzów nawet się nie zorientuje, że „skłamano” im w żywe oczy, a scenografia i kostiumy są mimo wszystko fantastyczne! Szerokie kołnierze, szerokie spodnie, wszystko nabiera kokainowego stylu, który był bardzo elegancki, ale jednocześnie bardzo rozpasany i szczerze mówiąc, miejscami graniczył z kiczem.

new_york_dolls_vinyl
Koncert The New York Dolls w „Vinyl”

Oczywiście, te granice są cienkie i Vinyl to rozumie, więc nie mamy tu jakiejś obsesyjnej dbałości o szczegóły, choć nie sądzę, żeby w tym względzie serial odbiegał od standardu w stylu American Hustle (swoją drogą, naprawdę dobrego filmu), który stał się beniaminkiem Akademii Filmowej kochającej obrazy retro… w dużej mierze dlatego, że jej członkowie to banda białych kolesi na szczycie, którzy częściej patrzą za siebie niż przed siebie.

Ale muza jak muza w Vinyl uderza konkretnie w palnik z glamem, proto-punkiem, punk rockiem (mylnie umieszczonym w 1973), hip hopem, bluesem, soulem… heavy metalem. Tak, ucieszą się fani Black Sabbath z Iron Mana, który idealnie rozpędza scenę z nawciąganym jak stodoła właścicielem pewnej stacji radiowej, grającym numer na perkusji po dwóch dniach maratonu narkotykowego z Frankensteinem Jamesa Whale’a lecącym w tle!

Zresztą nie ma tu nawet co zgadywać, bo Scorsese kocha horrory i thrillery. Wychował się przecież… tak, zgadliście u Rogera Cormana, który w jego filmach dostaje często hołd. Piękne dla niektórych, a dla innych obrazoburcze, Ostatnie kuszenie Chrystusa, zostało przez niego przecież nazwane filmem cormanowskim, bo reżyser chciał przywrócić świeżość produkowania filmu w dwa tygodnie!

Vinyl wydaje się nieco przywracać tę energię, szczególnie że Bobby Cannavale (mąż wielce utalentowanej Rose Byrne), który w serialu gra Richiego Finestrę, CEO niezależnej wytwórni American Century Records (wzorowanej bądź na Capitolu, bądź na Atlantic) ma konkretny styl gry, którego nie powstydziłby się młody De Niro. A że odkrywa hip-hop w południowym Bronxie, to już zupełnie inna sprawa.

Mick Jagger i Martin Scorsese na premierze „Vinyl”

Jasne, można narzekać, że to kolejna epopeja białego biznesmena, ale jest ona przedstawiona tak barwnie, że po zakończeniu seansu człowiek ma ochotę od razu wrzucić następny odcinek. Jasne, nie wszystkie kawałki są oryginalne i w soundtracku można usłyszeć dużo coverów, ale gdy widzimy rekreację koncertu The New York Dolls grających Personality Crisis, to człowiek ma ochotę wstać i śpiewać!

Scorsese upchnął w pilocie więcej takich smaczków, które mimo że czasem wydają się wymuszone, w swojej naiwności dają dużo radochy. A o radość z oglądania tu przede wszystkim chodzi, bo i lata ’70 w amerykańskiej mitologii popularnej należą do najbardziej wspominanych ze względu na niekończące się pasmo imprez, koncertów i wydarzeń połączonych kokainową kreską długości kilometra.

Kokaina, którą Scorsese, w swoim czasie konkretny ćpun, dobrze pamięta, jest oczywiście jednym z głównych tematów Vinyl. Koks napędza przemysł, koks daje więcej czasu, koks podkręca zabawę, koks wreszcie doprowadza do szaleństwa i to jest w serialu mocno podkreślone! Ale trzeba pamiętać, że koks w tym okresie był dostępny wszędzie, gdzie pracowała bądź imprezowała klasa średnia, był synonimem czasów, dragiem wyboru, którego efekty uboczne były PRAKTYCZNIE NIEZNANE!

Cieszy także, że Scorsese mógł bez żadnych przeszkód eksponować wątki erotyczne, bo dragi, seks i rock’n’roll to trójkąt, który stanowi osobną kulturę i który tylko ze wszystkimi końcami ma jakiś sens. Tu popisał się zresztą Jagger, którego syn James gra w serialu lidera punk rockowego bandu The Nasty Bits, wzorowanego częściowo na punkowej legendzie, Richardzie Hellu.

W jednej ze scen młoda agentka A&R wspomina nawet jego pierwszy zespół The Neon Boys, który w tym okresie był jednak kompletnie nieznany i dopiero później okazał się ciekawostką. To jedna z kobiecych kreacji, która ma szansę na rozwój w stylu Peggy Olson z Mad Men. Inną jest żona Richiego Finestry, Devon, która pilnuje żeby jej mąż nie poleciał na dno. Parytetu może nie ma, ale jest to już coś.

vinyl-juno-temple
James Jagger i Juno Temple

Vinyl powinien idealnie trafić w gusta widzów, którym w żyłach tańczy rock’n’roll lub którzy przynajmniej mogą dać mu szansę. Inni mogą mieć z tym serialem problem, bo za dużo tego, za mało tego i w obsadzie nie ma gwiazd. Wszystkich jednak zachęcam do wcześniejszego obejrzenia pilota, który sam w sobie jest ciekawym przykładem do czego jest zdolna autorska telewizja z dużym budżetem.

Conradino Beb

“Vinyl”: Mick Jagger, Martin Scorsese i Terence Winter łączą siły przy nowym serialu!

Kolejny atak retro. Po szpiegowskich zmaganiach w trakcie Zimnej Wojny, narodzinach amerykańskiej gangsterki alkoholowej, czy stylowej epopei o dziejach szamanów reklamy z Madison Avenue, nadszedł czas na serial o modnym temacie: przemyśle muzycznym. Vinyl odkrywa historię fikcyjnego labelu American Century Records, który robi zawrotną karierę pod koniec lat ’70, bezlitośnie ekspolatując scenę punkową, hip-hopową i disco.

Ekipa wywołuje prawdziwą ciekawość (może być abstrakcyjnie dobrze albo bardzo źle), bo znalazł się w niej Mick Jagger, Martin Scorsese i Terence Winter, który napisał 25 epizodów Rodziny Soprano i 15 epizodów Zakazanego imperium. Wszystko zostaje zaś sfinansowane przez stację HBO (zarządzaną przez Time Warner), która musi teraz walczyć o przetrwanie, rywalizując z Netflixem. Różnica przychodów wynosi już tylko $106 mln i bardzo możliwe, że Netflix ujawni wyższe zyski pod koniec 2015.

martin_scorsese_bobby_cannavale_vinyl
Martin Scorsese i Bobby Cannavale na planie „Vinyl”

Gwiazdą Vinyl został Bobby Cannavale (partner Rose Byrne), który wciela się w rolę lecącego na koksie Richiego Finestry (po wł. okno – sic!), prezydenta wytwórni. Razem z nim w obsadzie znalazła się także Olivia Wilde, która gra jego ex-żonę, Devon, a także syn Micka Jaggera, James, który gra niejakiego Kipa Stevensa, wokalistę nowojorskiego bandu proto-punkowego. Do nich dołączył jeszcze kontrowersyjny komik Andre „Dice” Clay, który występuje w serialu jako właściciel fikcyjnej sieci radiowej.

Vinyl będzie miał 10 odcinków, a premiera jest zapowiadana na styczeń 2016! Trailer jest bardzo obiecujący!

Źródło: IndieWire

The Sonics – This Is The Sonics (2015)

 

Kto by w ogóle pomyślał, że legenda garażowego punku wyda z siebie jeszcze jedno tchnienie? A tu proszę, taki albumik, że gardło zasycha w trakcie słuchania i serce rośnie! Ale gdy sobie ten materiał puściłem pierwszy raz, pozytywne impulsy zaczęły docierać do mózgu dopiero gdzieś w połowie tracklisty, kiedy nagle pomyślałem: „Ja pierdolę, to naprawdę nie jest złe”. I bez kitu nie jest! To album, który bije większość garażowego pierdzenia piątej fali, a Sonicy są przecież po siedemdziesiątce!

This Is The Sonics wytrzymuje zestawienie z Boom, z którym go zresztą sam zestawiłem. Jedyne co się tak naprawdę zmieniło, to głos Jerry’ego Roslie (wiadomo, postarzał się chłopak) i brzmienie basu (wiadomo, że w okresie 1964-67 w nagraniach grupy rządziła tania amplifikacja). Nawet produkcja jest podobna, wykonana razem z miksem i masteringiem przez Jima Diamonda z Ghetto Recorders z Detroit. Ale numery zostały wcześniej zarejestrowane w Seattle w Soundhouse, gdzie od 1999 nagrywają bardzo często High On Fire, a czasem także Earth. A jak? W MONO!!!!!

I nie ma co, to brzmienie jest rock’n’rollowe, solidne, z dobrym pierdolnięciem, ale bardzo ciepłe i miejscami tak old schoolowe, że zacząłem się zastanawiać, czy nie cofam się w czasie. Jednak garażowi pionierzy wyciągnęli mimo wszystko jakąś lekcję z tego, co działo się w ostatnich 5 dekadach, które minęły od czasu ich ostatniego wydawnictwa, Introducing The Sonics (Jerden, 1967) i dobrze czasem przyśpieszą, tak że punk’n’rollowe porównania nie są wcale nie na miejscu, a umcyk-umcyk w wersji The Sonics to prawdziwy miodzik!

No i te teksty, ten flow! Już tylko weterani potrafią grać rock’n’rolla bez artystycznych pretensji? A Sonicy śpiewają o szatanie, o doktorze, o panienkach i o tym, że pozory mylą, co sprawia że ten krążek rośnie we mnie z każdym następnym przesłuchaniem. Doskonale walą w palnik takie kawałki jak Be A Woman, The Hard Way, I Got Your Number czy Livin’ in Chaos, które sprawiają, że puls mocniej bije i chce się kurwa żyć! Jedna z tych płyt, które udowadniają, że comebacki mogą mieć jakiś inny sens niż tylko finansowy!

Conradino Beb

Eyehategod – Eyehategod (2014)

Przez 14 lat królowie sludge’u z podmokłej Luizjany nie weszli do studia na żadną dłuższą sesję i gdy już wydawało się, że Eyehategod najlepsze lata mają za sobą, nie bez powodu skupiając się głównie na koncertowaniu, dostajemy konkretny strzał w potylicę, godny legendarnych dokonań zespołu z lat ’90.

Ale nowy materiał to nie jest żadne patrzenie w boczne lusterko i macanie starych riffów, którym zdążyła w międzyczasie urosnąć broda. To prawdziwa masakra mózgu – nie tylko w wolnym tempie – przesterowanych gitar, topienie błędnika w bagnie brudnego basu i przywoływanie starego bólu, który nigdy nie został zapomniany.

Tak, pan Mike Williams może i „wyleczył się” z grzania, ale dalej wygrzebuje szkielety z szafy i każe im tańczyć w rytm nihilistycznych walców o społeczeństwie, które zostało pogrzebane pod grubą stertą gruzu. Robitussin and Rejection, ćpun na skraju wytrzymałości, ale z zerową tolerancją dla hipokryzji i bez złudzeń co do rzeczywistości, która nie staje się lepsza tylko dlatego, iż wierzymy, że taka stać się powinna. Ten materiał startuje jednak solidnym HC/punkowym kopniakiem Agitation! Propaganda! , który jest o tyle ciekawy, że całkowicie niespodziewany i nadaje od razu charakter płycie.

The Exploited? Charged G.B.H? Negative Approach? Do wszystkich tych legend znajdziecie w tym numerze odwołanie. To także dowód, że Eyehategod nie traci z oczu korzeni i dalej potrafi wykorzystywać najcenniejszą cnotę muzyki – prostotę.

Ale nie oszukujmy się, że zespół wszedł do studia, żeby ponapierdalać sobie umcyk-umcyk, bo kawałki tj. fantastyczny Parish Motel Sickness czy Quittter’s Offensive to wyraz wysokich umiejętności aranżacyjnych, które odkrywają swoją facjatę dzięki starannie wykonanemu miksowi i pokazują, że sludge z południa USA nie został jeszcze pochowany i rozwija się w wyjątkowo pięknym kierunku.

Tak, piąteczka przy okazji dla Phila Anselmo, który kolejny raz użyczył chłopakom wsparcia logistyczno-promocyjnego i płytę wydał pod swoim własnym szyldem Housecore Records. A nie wątpię, że wśród miłośników twórczości Eyehategod album rozejdzie się jak ciepłe bułeczki w tej, czy w innej formie, gdyż ten krążek trzeba po prostu szanować, jeśli wiernym fanem się jest.

Oprócz spodziewanych walców znajdziecie tu niesamowite jazz-noise’owe pasaże, jak w Worthless Rescue i numery wysoce kombinacyjne, oparte na ciągłym zmianie tempa i obsesyjnych bridge’ach, jak Framed To The Wall, a wszystko zasypane toną świeżej siarki, która świetnie jątrzy rany.

Conradino Beb

„Penis Landscape”: obraz H.R. Gigera, który zaprowadził Dead Kennedys przed sąd

Penis Landscape aka. Work 219 aka. Landscape XX to obraz autorstwa H.R. Gigera namalowany przez zmarłego kilka dni temu artystę farbą akrylową na drewnie pokrytym papierem w 1973. Przedstawia on wele członków w pochwach zaaranżowanych w formie… hmm, uroczystego zgromadzenia. Jeden z nich nosi nawet prezerwatywę. Obraz stał się sławny głównie z powodu afery medialnej, jaka rozpętała się wokół kultowego albumu Frankenchrist HC/punkowego bandu Dead Kennedys, który użył go jako plakatu.

Obraz został wybrany przez wokalistę Dead Kennedys, Jello Biafrę, na skutek rozmowy ze swoim ziomkiem z zespołu, Jayedem Scottim. Biafra pokazał mu reprodukcję w magazynie Omni, który został wydrukowany z okazji paryskiej wystawy Gigera w 1977, a ten zadzwonił do znajomego agenta Lesa Bareny’ego, żeby zorientować się, czy Giger wyraziłby zgodę na użycie swojej pracy jako okładki nowego albumu.

frankenchrist_penis_landscape
Oryginalny plakat-wkladka do „Frankenchrist”, Alternative Tentacles Records, 1985

Giger nie miał nic przeciwko i dał nawet 50% zniżki Mike’owi Bonanno, szefowi Alternative Tentacles Records, który ostatecznie zapłacił za wykorzystanie Penis Landscape $600. Pomysł Biafry zrobienia z obrazu okładki padł jednak podczas spotkania z resztą muzyków Dead Kennedys i ostatecznie zamieniony został w plakat-wkładkę do LP, który został wykonany ręcznie przez Scottiego. Album został do tego opatrzony naklejką ostrzegającą kupujących przed zawartością.

Frankenchrist pojawił się w sklepach muzycznych pod koniec 1985 i był pierwszym sygnałem transformacji brzmienia Dead Kennedys, które obfitowało teraz w trąbki i syntezatory. Jednak stał się również źródłem poważnych problemów prawnych zespołu, gdy płytę kupiła w lokalnym sklepie muzycznym nastoletnia dziewczynka z Los Angeles, której matka wystosowała skargę do prokuratora generalnego Kalifornii.

W ten sposób zespół oraz wytwórnia stanęli przed sądem na początku 1986 oskarżeni o rozpowszechnianie obscenicznych dla nastolatków materiałów. Prokuratura skupiła się w trakcie procesu na treści obrazu Gigera, akcentując jego nieprzyzwoitość, ale sędzina Susan Isacoff przychyliła się do potraktowania go jako jednego z elementów przekazu artystycznego, na równi z muzyką I tekstami. W efekcie, dystrybutorzy i producenci Frankenchrist zostali uniewinnieni.

Jednak Jello Biafra i Michel Bonanno musieli stanąć przed sądem w sierpniu 1987, ale zostali uniewinnieni tego samego miesiąca stosunkiem głosów 7 do 5, co dało prokuratorowi rejonowemu powód do apelacji, która została odrzucona. Sama płyta została jednak zbanowana ze sklepów muzycznych, a koszty procesu niemal zrównały Alternative Tentacles z ziemią! Sam Biafra wspomina, że był w tym czasie intensywnie szpiegowany przez policję.

Archiwalna relacja telewizyjna z całej afery

Conradino Beb