Archiwa tagu: queer cinema

Moonlight (2016)

moonlight-poster

Moonlight to adaptacja sztuki teatralnej Tarella Alvina McCraneya, Moonlight Black Boys Look Blue, Moonlight, która uprościła eksperymentalny styl autora, charakteryzujący się mnóstwem przeskoków czasowych, w zgrabny, trzyaktowy dramat o bolesnym dorastaniu w środowisku pełnym nienawiści i o nieodwracalnych zmianach, jakie powoduje przemoc wszelkiego rodzaju.

Akcja filmu rozgrywa się głównie w Liberty City, czarnej dzielnicy Miami, w której rządzą dwie rzeczy: crack i biedota, a jego bohaterem jest wrażliwy Chiron dający się zajeżdżać aż nie przeleje się miara i nie nastąpi wybuch furii, który znaczy też cezurę jego historii.

Chiron jest niestety biedny, czarny i przez większość życia naznaczony kryzysem tożsamości… jego niepewna seksualność jest od samego początku przedmiotem drwin i prześladowań wszystkich rówieśników, co szybko zamienia się w „bicie pedała” i cały spektakl przemocy werbalnej czy fizycznej, który nie pozwala mu na swobodne eksplorowanie swojej orientacji seksualnej i szukanie prawdy o swoich pragnieniach.

Tu chciałbym dodać, że osobiście nie widzę tego filmu jako manifestu LGBT czy historii szukania homoseksualnej tożsamości, a bardziej jako historię wrażliwego, nieśmiałego mężczyzny, który musi wyjątkowo długo czekać na prawdę o swoim życiu, a która okazuje się być w dużej mierze homoseksualna.

Protagonista jest najpierw Małym (Alex R. Hibbert), by stać się Chironem (Ashton Sanders), by stać się Czarnym (Trevante Rhodes) i w każdym kolejnym rozdziale życia musi się mierzyć ze swoją seksualnością, która pozostaje jednak tak stłamszona, że „w akcji” widzimy ją tylko raz, kiedy jego kolega Kevin stawia mu druta na plaży, po tym jak upala go (prawdopodobnie) pierwszym jointem, co jest w ogóle bardzo romantycznie sfilmowane, bez zbliżeń, prawie jak w latach ’50.

Faktem jest, że Chiron musi sobie oprócz problemów tożsamości radzić z uzależnioną od cracku matką (w tej roli niesamowita brytyjska aktorka Naomie Harris), która jest paranoiczną postacią domagającą się miłości i synowskiego oddania, w tym samym czasie nie wywiązując się ze swoich rodzicielskich obowiązków, krojąc nawet swoje dziecko z ostatniego siana i wywalając go z domu, kiedy ma klientów.

Chiron daje jednak radę, bo zawiązuje jeszcze w dzieciństwie owocną znajomość z lokalnym kingpinem narkotykowym kubańskiego pochodzenia, Juanem (nagrodzony Oscarem Mahershala Ali), który chroni go częściowo przed najcięższymi ciosami otoczenia, zanim nie ginie w nieznanych okolicznościach (ze względu na zawód sugerujących śmierć biznesową). Juan tłumaczy mu także pozytywne strony życia, które inaczej mogłyby Chironowi zupełnie umknąć „w dolinie rozpaczy”… nawet jeśli to on sprzedaje jego matce crack, co reżyser Barry Jenkins podsumowuje zresztą jedną piękną sceną.

Siłą Moonlight jest doskonały scenariusz, piękne zdjęcia i ciekawa reżyseria, która przywodzi na myśl styl Paola Sorrentina, a w dalszej kolejności klasyków kina europejskiego i powab azjatyckich mistrzów. Długie chwile ciszy czy sceny, w których głos aktorów celowo wyciszono i zastąpiono muzyką mogą miejscami wydawać się romansem z Tarkowskim czy Godardem. Z drugiej jednak strony film posiada twardość Peckinapaha czy uliczność wczesnych dzieł Schatzberga.

Warto przy tym wspomnieć, że jest to obraz niezwykle przystępny dla (względnie) masowej widowni, co z pewnością rozpoznała Akademia Filmowa przyznając mu Oscara za Najlepszy Film 2016. Tłumaczy on trudną tematykę tożsamości seksualnej w podobny sposób do Brokeback Mountain (2005), który – jak twierdzi wielu amerykańskich krytyków – nie dostał najcenniejszego Oscara głównie za wątki gejowskie. Te zaś w Moonlight Barry Jenkins potraktował tak łagodnie, jak tylko się dało (Fassbinder to nie jest), choć ciężko mu jednocześnie zarzucić granie pod publiczkę.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Mooonlight
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Solopan

Ocena MGV: 4/5

Służąca (2016)

the_handmaiden_korean_poster

Ten erotyczno-kryminalny thriller/dramat niewątpliwie przypomni fanom Oldboya o Park Chan-wooku – reżyserze lubującym sie w umiarkowanej ekstremie, który swego czasu ochrzczony nawet został „popularyzatorem eksploatacji w kinie mainstreamowym”.

PCw nie wyrzeka się artyzmu w swoich dziełach, ale bezwzględnie eksploruje przy tym wątki sadomasochistyczne, nie skąpi scen tortur czy groteskowej przemocy. Nierzadko romansuje też z czarną komedią czy romcomem, otwierając nawet dialog z klasycznymi thrillerami amerykańskimi czy włoskimi.

Służąca to przedziwna hybryda, która igra sobie z wątkiem kryminalnym, zamieniając go w wątek erotyczny, a potem w dramat, szał miłości, lesbijską przygodę, a także w poszukiwanie wolności w bezdusznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, który kruszy się pod własnym szaleństwem i manią wielkości… to historia, która swoją drogą jest bardzo wciągająca!

To film z jednej strony bardzo tradycyjny, przypominający dokonania azjatyckich formalistów w stylu Ozu, a z drugiej bardzo nowoczesny, oddany eklektycznej kreatywności, czego symbolem jest europejska muzyka i dom wujka Kouzukiego – główna sceneria filmu – składający się w połowie ze skrzydła japońskiego, a w połowie z angielskiego… choć akcja filmu rozgrywa się w okupowanej przez Japończyków Korei.

Dom ten zostaje odmalowany jako dzieło sztuki, a także metafora synkretyzmu zwierzęcego popędu seksualnego i kultury słowa pisanego, co szczególnie mocno widać w perspektywie okresu historycznego, w którym PCw osadził swoj film. Są to lata ’30, wiec TV i Internet nie wysadziły jeszcze z siodła czytania książek na głos, co w Służącej jest bardzo ważnym wątkiem.

Książki są też w filmie PCw walutą, która może być pomnożona dzięki oszustwie. Stanowią ponadto pewien kapitał, a przy okazji źródło największych podniet, bo księgozbiór Kouzukiego to głównie literatura erotyczna, inspirowana japońskimi perwersjami i dziełami Markiza de Sade, która ma wysoką wartość dla kolekcjonerów oddanych seksualnym fantazjom.

Do ich właściwego czytania wujek Kouzuki przykłada oczywiście wielką wagę, tak więc znajdująca sie pod jego opieką spadkobierczyni rodzinnej fortuny, panienka Hideko (Kim Min-hee), jest szkolona od dziecka w czytaniu ich na głos, a gdy już jest gotowa, swoim głosem sprzedaje pornograficzne manuskrypty klientom-zwyrolom, którzy po jej pokazach czytania rzucają się na nie nieprzytomni niemal z wrażenia.

Ta sama żądza z drugiej strony wyzwala Hideko, która zimna jak ryba i przebiegła jak wąż, wyłamuje się z własnego spisku przeciwko tytułowej służącej, Sook-Hee, mającej ją zasadniczo urobić pod szwindel zaplanowany przez „hrabiego” Fujiwarę, zawodowego oszusta widzącego okazję do pomnożenia swojej fortuny. Żądza staje się tu ważnym czynnikiem w grze o tożsamość i wolność młodej kobiety, której całe życie polegało na byciu narzędziem w cudzych rękach.

Misterna akcja została podzielona przez twórcę na trzy akty, które z czasem harmonijnie sie dopełniają, oferując widzowi dwie poetyckie niemal wolty. I nawet jeśli tajemnica przestaje być tak naprawdę interesująca zanim rozwiązana zostanie akcja, film do końca ogląda się z wielkim zainteresowaniem ze względu na przepiękne kadry i fantastyczny klimat.

W Służącej pasjonujące są postaci, które reprezentują świat bez uczuć i bez skrupułów, żywiący się własną fantazją i psychotycznymi aspiracjami. Dużo jest tu motywów charakterystycznych dla kultury azjatyckiej, choć reżyser jest głównie zainteresowany jej złodziejskim obliczem. Może to nie Imamura, ale nie jest to też film, który należy pominąć przy oglądaniu nowych niezależniaków ze Wschodu.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Agassi / The Handmaiden
Produkcja: Korea Pd., 2016
Dystrybucja w Polsce: Gutek Film
Ocena MGV: 4/5

Mandarynka (2015)

14004_JACKPOT_QUAD_AW.indd

Cassavetes pewnie piałby z zachwytu, że jego wyjątkowa domena sztuki – kino niezależne, cały czas wypluwa z siebie coś żywego, oryginalnego i nie podcinającego swojej własnej gałęzi onanizmem twórcy. A taka jest właśnie Mandarynka, kino transseksualne (motyw przewodni, ale wcale nie najważniejszy), uliczne, niskobudżetowe (wszystkie filmy niskobudżetowe mają jedną cechę wspólną – są kręcone na niskim budżecie), miejskie, etniczne, społeczne, amerykańskie i w przewrotny sposób romantyczne.

Historia Sin-Dee, latynoskiej, ulicznej prostytutki, która wychodzi z pierdla po krótkim pobycie, tylko po to by dowiedzieć się od swojej przyjaciółki i towarzyszki w zawodzie, Alexandry, że jej „tatuś” zaczął posuwać białą rybkę (tłumaczenie dosłowne słów głównej bohaterki), zostaje zamieniona w mini-odyseję – nomen omen wigilijną – przez Miasto Aniołów circa 2015, w którym, żeby zacytować Hanka Moody’ego z Californication (samo się narzuca): Seks zamawia się jak pizzę na wynos.

Ale jak na film o kurwach (lub jak kto woli, pracownicach seksualnych) w filmie jest zdumiewająco mało seksu, choć scena obciągania pały w myjni samochodowej należy do mistrzowskich i nie powstydziłby się jej żaden profesjonalny artysta. Jednak należy podkreślić, że nie jest to seks w znaczeniu pornograficznym czy eksploatacyjnym, tylko eksploracja aktu w wymiarze emocjonalno-uczuciowym. Tak, Mandarynka ma dużo paradoksów, ale tylko dlatego, że życie jest ich pełne i rzadko go starcza, żeby je wszystkie zrozumieć.

I za to należy reżyserowi, Seanowi Bakerowi, podać dłoń, bo niewielkimi środkami dokonał on cudu pokazania tych codziennych ludzkich absurdów, jak na dłoni. A że interesują go autsajderzy, ulicznicy, dilerzy, narkomani czy ludzie z marginesu społecznego, prezentuje je na przykładzie środowiska, które operuje minimalnymi regułami, w którym przemoc jest na porządku dziennym, a stabilizacja raczej rzadkością niż regułą, co tworzy z kolei bardzo silną presję na utrwalanie statusu grupowego i bezwzględną o niego walkę.

A o ten status walczy Sin-Dee, grana przez debiutującą na ekranie Kitanę Kiki Rodriguez, która „zdradzona” przez Chestera (wspomnianego alfonsa, a także dilera kokainy), za wszelką cenę próbuje znaleźć swoją konkurentkę i wytargać ją za włosy, co zresztą w końcu się udaje. Bocznym wejściem tymczasem wkrada się do filmu historia armeńskiego taksówkarza, który od domowych pieleszy (żony, dziecka, teściowej) woli płacić za seks z Alexandrą.

Razmik wnosi do tej opowieści optykę imigranta zakotwiczonego w tradycyjnej kulturze, która kontrastuje z brutalnym, choć bardzo wymownym, życiem transseksualnych prostytutek. Mimo tego istnieje nić łącząca te pozornie odmienne charaktery – determinacja i tragizm. Jakiekolwiek prowadzą bowiem życie codzienne, muszą walczyć o byt, jednocześnie będąc sobą i nie tracąc gruntu pod nogami, co zostaje przez reżysera bardzo zręcznie przeciwstawione sobie, a następnie wykorzystane do stworzenia wybuchowej kulminacji!

Film od warstwy realizacyjnej jest prawdziwą, niskobudżetową perełką (nakręconą za $100 tys). Cinema vérité wykorzystuje technologię cyfrową (a konkretnie iPhone’a) co skutkuje eksploatacyjnym realizmem ery YouTube, jednak bez utraty warstwy narracyjnej, która przypomina spotkanie Sprzedawców z Tarnation. Dzięki temu podczas seansu ani na chwilę nie pojawia się wątpliwość, że film jest tak surowy, jak tylko się da, a więc estetycznie prawdziwy.

Jako opowieść Mandarynka należy najbardziej do dramatu w stylu queer, ale film nie jest pozbawiony przy tym wątków komediowych, które ubarwiają go do tego stopnia, że można go nawet interpretować jako komediodramat czy dramedię. Innym, wartym przyjrzenia się bliżej, elementem tej historii jest elektroniczny soundtrack, który można potraktować jako przegląd muzycznego podziemia LA (dubstep, grime, syhthwave, trap, EDM).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Tangerine
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Tongariro Releasing
Ocena MGV: 4,5/5

Różowe anioły (1972)

pink_angels_poster_1972

Chociaż w kinie drive-inowym lat ’70 z pewnością nie brakuje kultowych ciekawostek, w koszyku tym pełno również owoców, które mogą sprawić że pewnym widzom opadnie szczęka ze zdumienia. Jedną z tych przedziwnych rozkoszy jest mało znany – nawet wśród maniaków filmów motocyklowych – obraz pt. Różowe anioły, który łączy standardową tematykę brutali na Harleyach z prawdziwie wizjonerskim kinem queerowym.

Film miał zostać zrealizowany przez studentów wydziału filmowego UCLA pod wodzą Larry’ego G. Browna, który kilka lat później ustrzelił rzadki slasher Psychopata (1975) i odpłynął w niepamięć, by wynurzyć się raz jeszcze spod ziemi w połowie lat ’80. Jego eksploatacyjny debiut to jeden z tych smakołyków, które być może nie są idealną propozycją do obejrzenia z mamą, tatą, dziadkiem, psem, ale są wystarczająco dobre, by sprawdzić jej samemu rozsiadając się wygodnie na kanapie z grubym lolkiem w dłoni. Film można ze szczerym serecem polecić zarówno kompletystom gatunku, jak i wspólnocie gejowskiej!

W klasycznej tradycji kina motocyklowego, historia osnuta jest wokół losów małej grupy barczystych miśków, którzy właśnie uderzają w drogę. Jednak scenariusz odstaje nieco od innych produkcji motocyklowych, jako że szybko dowiadujemy się, iż nasi brutale to w istocie grupa drag queens, która udaje się do Los Angeles, by wziąć tam udział w hucznej imprezie przebieranej. Oprócz jeżdzenia na swoich ciężkich maszynach bohaterowie kochają shopping, a prawdziwa gorączka zaczyna się gdy dorwą jakieś naprawdę ładne szpilki, gustowną sukienkę czy nową szminkę (jedna z najlepszych scen w filmie rozgrywa się w sklepie odzieżowym).

Jednak życie ciot-motocyklistów nie jest łatwe w nixonowskiej Ameryce, przepełnionej walką o zachowanie tradycyjnych, chrześcijańskich wartości i chłopcy muszą naprawdę mieć się na baczności, by przeżyć kolejny dzień. To jednak nie zawsze się udaje, gdyż ich przygody w drodze obfitują w przypadkowe – nie zawsze mile widziane – spotkania z policją, dziwkami barowymi, porterami hotelowymi, a także innymi motocyklistami, którzy nie mają zamiaru odstawać od wzoru połykania kilometrów w pełnej aurze machismo i są groźbą demistyfikacji!

Różowe anioły to bardzo zręcznie zrealizowany, wczesny przykład queerowej eksploatacji (jeśli tą fantazję można w ogóle sklasyfikować jako osobny podgatunek) i jeden z mało znanych skarbów kina gejowskiego, który rubasznie podważa schemat bezwzględnych twardzieli jebiących piwem i benzyną oraz zawiera kilka naprawdę zabawnych scen. Pomimo że początek może nieco mylić typowymi kostiumami i scenografią, a schemat rozwoju akcji przypomina wszystkie inne klasyczne produkcje z jazdą, jazdą, jazdą i obowiązkowym love-inem gdzieś w środku, tym razem bohaterowie wożą ze sobą obrusy i lubują się w degustacjach czerwonego wina, zagryzanych dobrym serem.

Lecz czujne oko reżimu będzie śledzić poczynania różowych aniołów – zupełnie jak w produkcjach blacksploitation, gdzie The Man (Wielki Brat) jest zwykle symbolem władzy i opresji. Siły porządkowe w istocie czekają za kulisami, by dorwać wszystkich długowłosych frików, wyrzutków i narkomanów, po czym powiesić ich na najbliższej gałęzi. Jako personifikacja prawicowo-konserwatywnego reżimu w USA początku lat ’70, służy w Różowych aniołach bezlitosny generał, rezydujący w swoim anonimowym biurze, którego poznajemy poprzez króciutkie sceny.

Generał praktycznie nie bierze udziału w akcji pozostając bardziej metaforycznym narzędziem władzy, ale jest bezwględny w wykonywaniu rozkazów, zawsze z amerykańską flagą w tle. Przez większą część czasu rozmawia ze swoimi podwładnymi lub przyjmuje rozkazy z góry, co jest kontrkulturową satyrą czy też krzywym zwierciadłem moralności establishmentu, czy też pewnego sposobu uprawiania polityki. Kiedy różowe anioły zawijają w końcu do Los Angeles, ścigane przez brutalnych motocyklistów, z którymi imprezowały jeszcze dzień wcześniej zostawiając ich skacowanych z odrobiną make-upu na ustach, nieustępliwa siła autorytetu moralnego zostaje wprawiona w ostateczny ruch, by chwycić słodkie zwierzaczki za dupę!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Pink Angels
Produkcja: USA, 1972
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 3/5

Skorpion powstaje (1964)

Scorpio Rising / wydanie Criterion Collection

Skorpion powstaje to jeden z trzech najważniejszych filmów Kennetha Angera, który wspaniale zachowuje niskobudżetowy charakter działań artysty jednocześnie posiadając całą intensywność okultystycznego manifestu. Anger zaprzągł do swojego filmu teorię zmiany eonicznej Aleistera Crowleya, która była kluczowym elementem stworzonego przez niego systemu magijno-religijnego zwanego Thelemą.

Poza duchowym przesłaniem obraz ten jest również wczesnym przykładem samplingu w kinie eksperymentalnym wykorzystując sceny z Dzikiego czy starej wersji Jezusa z Nazaretu łącząc je z homoerotycznymi ujęciami motocyklistów – członków fikcyjnego MC… na dokładkę dostajemy Elvisa śpiewającego Devil in Disguise, piękny klasyk rockabilly z czasu kiedy Król wciąż miał intensywność rockowego zwierzaczka. Wylewając się nieco na bok można powiedzieć, że Skorpion powstaje w przedziwny sposób zapowiadał eksplozję filmów motocyklowych klasy B, którą już wkrótce mieli odpalić Russ Meyer i Roger Corman.

Jednak przesłanie filmu Angera nie jest tak łatwe do odczytania, jak mogłoby się wydawać. Skorpion wprawdzie powstaje… ale motocykliści? Jezus? Elvis? Jak to się wszystko ze sobą łączy? Trzeba zacząć od tego, że Anger głęboko wierzył w praktykę magijną (związaną z naukami Thelemy) jako akt prowadzący do odsłonięcia Prawdziwej Woli, która powoduje Zmianę.

Jego film miał za zadanie otworzyć umysł widza na energie Eonu Horusa, którego przesłanie można streścić w kruszeniu się starych instytucji społecznych, politycznych i religijnych – obumieraniu patriarchalnego ładu podporządkowanego tłumieniu energii seksualnej. Nowy świat miał zostać zbudowany na tańczącym chaosie, na metaranarracji dziecka, które nie ma żadnego celu poza oralnością zabawy i beztroskim trwonieniem czasu. Jednak żeby zrozumieć tą ideę dogłębnie trzeba sięgnąć do astropsychologii i okultyzmu Aleistera Crowleya.

W systemie Wielkiej Bestii skorpion jako znak zodiaku – reprezentowany w filmie przez brutalnego motocyklistę – który sam w sobie jest symbolem kosmicznego i astralnego wpływu, jest interpretowany jako ognisty element wody, aktywny czynnik fluidu zmiany.

Koresponduje on z kartą numer XIII Tarota Thotha (Śmierć), rządzoną przez „planetę” Mars – symboliczną reprezentację instynktów wojny, destrukcji i zagłady. Jak wskazuje Crowley, karta ta opisuje alchemiczny proces prowadzący od putrefakcji do egzaltacji, co oznacza iż element wymusza potrzebną zmianę, ale bez niebezpieczeństwa bycia zmiażdżonym w koniecznym procesie destrukcji – przeżywa.

Karta Śmierć przedstawia szkielet z kosą (wyobrażenie średniowieczne), a ryba reprezentuje Adepta (z tego powodu w filmie widzimy migawki z Jezusem) – ryba jest także symbolem zwinności i zimnokrwistej woli przetrwania. Anger igra z obydwoma ikonami, by proklamować, że zmiana kulturowa jest nieunikniona, będzie ona brutalna i bezwzględna, a jej agentów nie da się zniszczyć. Energia Horusa w końcu zapanuje!

Jeśli popatrzymy na rewolucję lat ’60 (szczególnie rok 1968), wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce. Anger zrobił swój film zanim społeczny tumult zaczął się na dobre, ale pierwsze sygnały były już odczuwalne. Sam w końcu maszerował na Pentagon w 1967 rzucając klątwy na rząd amerykański z własnej platformy.

Nie chodzi jednak tylko o te parę lat, ale o ciągłość zmiany paradygmatycznej, którą wciąż przechodzimy na skutek wpływów Horusa. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, Skorpion powstaje okazuje się jedynym „filmem motocyklowym” w historii kina, w którym naspidowane friki na chopperach otrzymują duchowy status.

Tego nie znajdziecie ani w Motorpsycho!, ani w The Glory Stompers i nawet kontkulturowy Easy Rider stoi daleko! Jeśli nie oglądaliście jeszcze filmu Angera, a poważnie interesujecie się filmem eksperymentalnym, czas najwyższy nadrobić zaległości.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Scorpio Rising
Produkcja: USA, 1964
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Kenneth Anger

fot. i prawa autorskie Mark Berry

Reżyser filmowy, homoseksualista, okultysta, skandalista. Znał wszystkich liczących się w show biznesie, wiedział o ich głęboko ukrytych tajemnicach, których nie bał się wyjawiać w swoich książkach. Dla Kennetha Angera nie było żadnych świętołci, jest do dzisiaj jedną z najbardziej fascynujących postaci współczesnej kontrkultury. Kenneth Anger nigdy nie kręcił pełnometrażowych filmów, wybierając krótkie, eksperymentalne formy, które przepełnione są magiczną symboliką i homoerotycznymi wątkami. W swoim czasie szokowały i zachwycały jednocześnie, ale zrozumiałe były jedynie dla nielicznych. Sam głęboko tkwiąc w undergroundzie, wywarł jednocześnie olbrzymi wpływ na popkulturę i na o wiele bardziej znanych od niego artystów, wyznaczając nowe kierunki sztuki filmowej. A przeżył tyle ciekawych rzeczy, że można by nimi obdzielić parę osób.

Kenneth Anger urodził się w 1927 roku (wg innych źródeł w 1930) w Hollywood. Od wczesnego dzieciństwa miał styczność ze światem Srebnego Ekranu. Jego babka była garderobianą przy niemych filmach, a on sam już wieku czterech lat zagrał w filmie Sen nocy letniej w reż. Maxa Reinhardta u boku takich gwiazd, jak James Cagney i Mickey Rooney. Kiedy ten ostatni złamał nogę na nartach, co opóźniło zdjęcia, włciekły szef studia Warner Bros Jack Warner najpierw zagroził, że go zabije, a później… połamał mu druga nogę. Świadkiem takich właśnie wydarzeń był Anger – jak pokaże przyszłość, zapamiętał je wszystkie doskonale. Mały Kenneth miał wszelkie predyspozycje do bycia popularnym aktorem dziecięcym, uczęszczał do tej samej szkoły tańca, co Shirley Temple (najsłynniejsza mała gwiazda w historii Hollywood).

Już jako dziecko nastawiony był nie tylko na jasną, ale i ciemną stronę Fabryki Snów. W jednym z wywiadów bez ogródek opowiedział historię o tym, jak razem z babką odwiedził Walta Disneya: Walt Disney lubił małych chłopców. Był ukrytym pedofilem. Nigdy nie zdejmował im spodni, nie obciągał im czy coś podobnego. Ale oto co się wydarzyło. Posadził mnie na kolanie. Powoli poczułem w jego spodniach ośmiocalową erekcję. Na oczach mojej babci. Ona uważała go za nieszkodliwego ekscentryka, ale on był także na zimno kalkulującym potworem. To nie aktorstwo okazało się jednak powołaniem Angera, a reżyseria. W wieku 17 lat znalazł w domu rodzinnym kamerę i w trakcie jednego weekendu nakręcił swój pierwszy film.

Co to był za wybuchowy debiut! Fireworks to piętnastominutowa, oniryczna historia młodego chłopaka (reżyser sam wcielił się w tę rolę), którego gwałci grupa marynarzy (ponoć część wykorzystanych w filmie ujęć skradziono z biur Marynarki Wojennej). W 1947 roku nie było jeszcze mowy o kinie gejowskim czy sadomasochistycznym, a na dodatek przedstawienie wojennych bohaterów z U.S. Navy jako gwałcicieli było szokiem dla widzów. Co ciekawe, jednym z pierwszych kupców filmu był dr Alfred Kinsey z Instytutu Badań Nad Seksem, Płcią i Reprodukcją, autor pierwszych, słynnych badań nad seksualnością Amerykanów (tzw. „Raportów Kinseya”).

Znajomość przekształciła się w przyjaźń i Anger wspominał, że pomagał badaczowi w zbieraniu materiałów filmowych i przekazywał wiele eksponatów (erotyczne listy, czasopisma, zdjęcia, książki) do archiwum Instytutu, a nawet sam był obiektem jego badań (Kinsey filmował go np. podczas masturbacji). Nawet dzisiaj na oficjalnej stronie internetowej Instytutu przeczytać można wiele tekstów o reżyserze. Pomimo olbrzymich kontrowersji, jakie wzbudził jego debiut, krytyka padła przed nim na kolana. Fireworks porównywano nawet do Psa Andaluzyjskiego w reż. Luisa Bunuela czy Krwi poety w reż. Jeana Cocteau. Ten ostatni powiedział zresztą o filmie Angera, że: Pochodzi z tej pięknej nocy, z której wyłaniają się wszystkie prawdziwe dzieła.

Francuski reżyser zaprosił młodego Amerykanina do Paryża, gdzie szybko stał się ulubieńcem, a wręcz pieszczoszkiem artystycznej bohemy. Poznał wówczas m.in. Federico Felliniego i Johna Paula Getty’ego II (ten słynny filantrop i kolekcjoner książek aż do swojej śmierci w 2003 roku był kimś w rodzaju mecenasa reżysera). Mimo takich znajomości Angerowi szybko skończyły się pieniądze, więc aby dorobić, postanowił napisać książkę. A na czym znał się lepiej, niż na przemyśle filmowym z Hollywood i jego kulisach? Tak oto w 1959 roku światło dzienne ujrzała książka Hollywood Babylon, fascynujący zbiór historii na temat najgłębiej skrywanych sekretów gwiazd złotej ery filmu. Seksualne perwersje, gwałty, narkotykowe nałogi, przemoc, choroby psychiczne, tajemnicze zgony – to tylko kilka z trupów w szafie, które Anger ośmielił się wystawić na światło dzienne.

Pisał np. o sadomasochizmie Rudolfa Valentino, upodobaniu Charliego Chaplina do nieletnich dziewcząt czy orgiach, które szokowałyby nawet w czasach antycznego Rzymu, czy… Babilonu właśnie. Hollywood Babylon stała się bestsellerem we Francji, ale z powodów natury prawnej w USA książka ukazała się dopiero w 1975 roku. Jakże znamienny był fakt, że pierwszym francuskim wydawcą był Jean-Jacques Pauvert, który publikował dzieła Markiza de Sade. Każdy rozdział Hollywood Babylon poświęcony był innej postaci, obficie zapełniony często kontrowersyjnymi fotografiami oraz złośliwym poczuciem humoru Angera. New York Times nazwał tę książkę bombonierką pełną zatrutych czekoladek. Potem nadeszły lata ’60, które były wyjątkowo owocną i twórczą dekadą dla Angera, szczególnie dzięki jego zainteresowaniem okultyzmem, a zwłaszcza magiją Aleistera Crowleya. Filozofia „Bestii 666” przeżywała wówczas renesans popularności, a okultyzm stał się szalenie modny.

Fascynacja magią sprawiła, że zaprzyjaźnił się w tym czasie z zespołem The Rolling Stones stając się ich oficjalnym astrologiem. Jak twierdzi sam Anger, to włałnie on zainspirował zespół do napisania słynnego hitu, Sympathy For The Devil. Mick Jagger skomponował muzykę do jego filmu Invocation For My Demon Brother, a Keith Richards uważał go za rodzaj guru. Najsłynniejszym filmem Angera jest jednak Lucifer Rising, dzieło które powstawało w bólach przez ponad 10 lat.

Pomagało mu przy nim wielu sławnych znajomych (zagrała w nim np. piosenkarka i aktorka Marianne Faithfull (dziewczyna Micka Jaggera) i reżyser Donald Cammell – twórca filmu Performance, ale nad obrazem zdawała się ciążyć klątwa. Anger popadł w konflikt z Bobbym BeauSoleilem, swoim ówczesnym sublokatorem, aktorem i gitzraystą psychedelicznej grupy Love, który miał powiązania z „Rodziną” Charlesa Mansona. Bobby miał skomponować ścieżkę dźwiękową do filmu, ale kiedy Anger odkrył, że trzyma w ich domu kilkadziesiąt kilogramów marihuany, bezceremonialnie wyrzucił go na bruk.

W odwecie BeauSoleil ukradł rolki z filmem i ukrył je gdzies na pustyni – nigdy ich nie odnaleziono. W tej sytuacji o skomponowanie muzyki reżyser poprosił znajomego miłośnika magii Aleistera Crowleya – nikogo innego jak samego Jimmy’ego Page’a z Led Zeppelin. Szybko jednak obaj się pokłócili – Anger narzekał, że komponowanie zajęło 3 lata, a rezultatem było rozczarowujące 25 minut eksperymentów. Zdaniem reżysera na przeszkodzie stanął romans z „Białą Damą”, co było aluzją do nadużywania narkotyków przez gitarzystę. Ostatecznie muzykę napisał BeauSoleil w 1981 roku, ale uczynił to z więzienia, gdzie odsiaduje dożywocie za morderstwo.

Znajomość z Angerem nie skończyła się również dobrze dla pewnego egipskiego urzędnika z Departamentu Starożytności. Obaj panowie należeli do magicznego zakonu O.T.O. (Ordo Templi Orientis), kultywującego magiję Aleistera Crowleya. Dzięki tej znajomosci Anger dostał pozwolenie na kręcenie Lucifer Rising w antycznych lokacjach: przy Sfinksie, piramidach czy świątyni w Karnaku (żadne studio hollywoodzkie nie otrzymało takiej zgody). Jak sam reżyser wspomina, nie wie co później się stało z jego egipskim znajomym, bo przepadł bez wieści, najprawdopodobniej został rozstrzelany.

Temperament reżysera jest legendarny. Wiele zresztą mówi o nim fakt, że zmienił swoje nazwisko z Anglemeyer na Anger (czyli po angielsku gniew). Jego konfliktowa natura sprawiała, że nawet z najbliższymi przyjaciółmi czasem kłócił się paskudnie, nie uznając żadnych kompromisów. Denerwowanie maga nie należy zaś do najbezpieczniejszych rzeczy – reżyser po prostu rzucał klątwy na tych, którzy nadepnęli mu na odcisk. Bobby’ego Beausoleila przeklął w następujący sposób: uwięził żabę, która miała przedstawiać właśnie Bobby’ego, wrzucając ją do studni.

Wkrótce potem wróg Angera trafił do więzienia. Na Jimmy’ego Page’a i jego dziewczynę rzucił klątwę Midasa (czego się dotknął, zmieniało się w złoto), aby ukarać go za chciwość i skąpstwo: Mieli tylu służących, a nigdy nie zaproponowali mi kubka herbaty czy kanapki! Klątwa została także rzucona na Billa Landisa, autora nieprzychylnej biografii, w której reżysera potraktował z takim samym taktem, z jakim on sam opisywał życie gwiazd w Hollywood Babylon. Chociaż sam Anger bez skrupułów opowiada o najbardziej nawet kompromitujących szczegółach z życia innych, sam ma wręcz obsesję na punkcie własnej prywatności. Znane jest również negatywne nastawienie Angera do czarnoskórych i Latynosów. Można to przypisać temu, że w latach ’80, kiedy jeszcze mieszkał w Nowym Jorku, trzykrotnie padł ofiarą młodocianych gangów. Po ostatnim takim napadzie Anger ocknął się w szpitalu

Stąd wynikło też zainteresowanie Angera pomysłem pewnego ekscentrycznego kompozytora. David Woodard z San Francisco, bo o nim mowa, zapragnął przywrócić świetnołć paragwajskiej kolonii o nazwie Nueva Germania. Była to osada, którą stworzyli w XIX wieku osadnicy z Niemiec, marzący o utopijnej społecznołci aryjskich rodzin – pomysłodawczynią projektu była zresztą siostra filozofa, Friedricha Nietzschego. Eksperyment skończył się niepowodzeniem, a obecnie żyjący potomkowie pionierów wymieszali się z rdzenną ludnością i obecnie stanowią najuboższą częłć jednego z najbiedniejszych społeczeństw Ameryki Południowej.

Trudno przecenić wpływ, jaki Kenneth Anger miał i nadal ma na współczesne kino, kulturę popularną i niezależną. To on był pionierem wykorzystywania popowych podkładów dźwiękowych w filmie eksperymentalnym. Po raz pierwszy potraktował w ten sposób film Skorpion powstaje dodając znany hit rockabilly Devil in Disguise. W podobny sposób pracować będzie z muzyką wielu innych reżyserów, w tym Quentin Tarantino i Martin Scorsese, który określił Angera mianem wyjątkowego twórcy filmowego, artysty o nadzwyczajnej wyobraźni. Jego praca z dźwiękiem, korzystanie z krótkich ujęć i dynamicznego montażu zainspirowała świat filmów reklamowych i teledysków muzycznych. Do fascynacji jego dziełami przyznają się tacy awangardowi reżyserzy, jak John Waters (Lakier do włosów, W czym mamy problem), Paul Morrissey (Ciało Dla Frankensteina) czy Vincent Gallo.

Ten ostatni – znajomy Angera – przejął też od niego kolejny zwyczaj. Po tym, jak znany krytyk Roger Ebert niemiłosiernie zmieszał z błotem jego film Brown Bunny, Gallo oznajmił w wywiadzie dla New York Post, że rzucił na niego klątwę. Jej rezultatem miał być rak jelita grubego, a w odprawieniu uroku miał mu pomóc sam Anger. Dodać tutaj trzeba, że Ebert faktycznie zachorował na raka, co prawda nie złośliwego i nie jelita, ale zawsze… obecnie Anger żyje skromnie, niewiele słychać o jego nowych projektach filmowych. Jest bardzo staromodny: ubolewa nad końcem ery celuloidu i dominacją kamer cyfrowych.

Sztuka współczesna jest dla niego całkowicie wypalona, wyzuta z pomysłów. Co prawda docenia zalety internetu, ale uważa, że jest to sieć pająka, w której ludzie łatwo mogą zmienić się w elektroniczne muchy. Męczy go fakt, że nie ma już na świecie miejsc, które nie zostałyby zbrukane cywilizacją. Uważa też, że największym problemem, przed jakim stoi człowiek współczesny, to brak koncentracji. Otacza nas zbyt duża ilość informacji, które rozpraszają naszą uwagę, robimy zbyt wiele niepotrzebnych rzeczy naraz. Skupienie uwagi na jednym celu jest kluczem do jego zrealizowania. Ta sama zasada obowiązuje zarówno w magiji (Crowley mówił o koncentracji na jednej gwieździe na nieboskłonie), jak i sztuce. Dla Angera zaś każdy twórczy artysta jest magiem.

Patryk Balawender

 

Polecane stronki:

Profil na 3Cinema [pl]
Profil na Senses of Cinema [en]
The Magick Lantern Cycle – zbiór streamów [en]

Źródło: Relaz