Archiwa tagu: rock garażowy

People’s Temple – Musical Garden (2014)

Parę dni temu, gdy otworzyłem skrzynkę e-mailową, znalazłem 3 obszerne wiadomości z Piccadilly Records. Zawierały one szerokie zestawienie nowych albumów, kompilacji oraz reedycji wydanych w pierwszej połowie 2015.

Lada moment pojawi się wyczerpujące podsumowanie The Quietus, a ja sam już od dłuższego czasu szereguję w swojej głowie premiery, które szczególnie przypadły mi w tym roku do gustu. Wydaje się, że o 2014 wszyscy już zapomnieli, pędząc za kolejnymi wydawnictwami, na których wybite są cyfry 2 0 1 5.

Jest jednak jeden krążek, którego słucham nieprzerwanie od ubiegłego roku. W Polsce praktycznie olany, o którego istnieniu dowiedziałem się dzięki – złożonym kilka dni temu do sieciowego grobu – blogu Savage Saints. Mowa o Musical Garden, stworzonym przez People’s Temple. Kapelę, która od paru lat zdobywa coraz większą popularność na scenie Środkowego Zachodu USA.

W swojej dotychczasowej twórczości zespół balansował między psychedelicznym debiutem, a mocno garażowym More for the Masses. Na trzecim krążku oba te żywioły zostały jednak połączone, co dało najbardziej dojrzałe dzieło w jego karierze.

Musical Garden posiada siłę rażenia równą Hung at Hearts The Growlers. Ale to nie koniec porównań z gotyckim surferami, imprezującymi na plażach Kalifornii, bo album People’s Temple zaskakuje dopiero powyżej piątego przesłuchania. Jest to zaś spowodowane schizofreniczną mieszanką stylów, które łączy podskórna masa wzajemnych powiązań i pełnokrwiste, garażowe brzmienie.

Bez wysiłku usłyszymy echa Spiritualized, wyłapiemy spotkanie The Seeds z The Stone Roses, czy lizegeryczne riffowanie The 13 Floors Elevators. Nad całością unosi się niespokojny, rebeliancki duch The Rolling Stones, prowadzonych przez Briana Jonesa i Nuggetów.

Niemożliwym wydaje się wybranie kliku wyróżniających się hitów. Z równą mocą porywają mnie prostsze garażowo-glamowe kawałki tj. Handsome Nick czy Male Secretary, pełne psychedelicznych reverbów i loopów numery pokroju I don’t Mind lub The Dreamer. Musical Garden to schizofreniczny zbiór kapitalnych numerów, nad którym warto się na chwilę zatrzymać, zagłębić i dać się ponieść przywołanej na nowo magii kwasowo-grażowego grania z lat ‘60.

Jakub Gleń

A. J. Kaufmann – Kaufi (2015)

Każdy szanujący się songwriter, poruszający się w estetyce lo-fi, wypluwa swoje wydawnictwa z szybkością chainguna. Nie inaczej jest z A. J. Kaufmannem. Na jego profilu bandcampowym znajdziemy bez mała 30 tytułów. Z tego przepastnego archiwum dźwięków w moje ręce wpadł wydany w tym roku album Kaufi, który moim zdaniem w 100% oddaje filozofię tworzenia poznańskiego muzyka i poety.

Założenia stylu Kafumanna są bardzo proste – rejestracja na jak najtańszym sprzęcie, którego celem nie jest uzyskanie najpiękniejszej barwy dźwięku, lecz umożliwienie zapisu danej chwili,uchwycenia jej unikalnych wibracji. Narzuca to od razu skojarzenia z surrealizmem i to moim zdaniem jest słowo klucz do muzyki  i tekstów Adama.  Kreuje on świat zawieszony między jawą a snem, pełen halucynogennych podróży oraz odniesień do psychedelicznej kontrkultury lat ‘60.

W porównaniu do synkretycznego Stoned Gypsy Wonderer, Kaufi jest płyta prostszą i bardziej spójną pod względem stylistycznym. Choć w jednej z recenzji spotkałem się z licznymi odniesieniami do herosów psychodelicznej sceny z San Francisco, moje własne odczucia są zupełnie inne. Zawartość Kaufi, zarówno w kwestii stylu gry jak i wokalu Kaufmanna, przywodzi mi bardziej na myśl psychedeliczny neofolk w stylu Current 93, z okazjonalnymi dryfami w stronę Bowiego i garażu.

Kaufi to płyta, która zdecydowanie wymaga od słuchacza cierpliwości, która odkrywa swoje prawdziwe oblicza dopiero po kilkunastu przesłuchaniach. Wtedy to wyłapujemy pięknie skwaszone i niepokojące Waves, kipiące energią klasyczne rockery Fluctuaction oraz Dada Rock, czy pasję w Illicit.

Jednak choć album wywarł na mnie pozytywne wrażenie, nie do końca pasuje mi jej aura hipisowskiej naiwności, która przenika twórczość Adama.  Ale jeśli nie stoczyłeś się, tak jak ja, w odmęty muzycznego hipsterstwa, a twoim hot playem tygodnia, zamiast pakistańskiego psycho-popu jest Young Girl Sunday Blues, wrzuć pigułkę, jedną lub dwie i otwórz drzwi do surrealistycznego świata pana Kaufmanna.

Jakub Gleń

The Sonics – This Is The Sonics (2015)

 

Kto by w ogóle pomyślał, że legenda garażowego punku wyda z siebie jeszcze jedno tchnienie? A tu proszę, taki albumik, że gardło zasycha w trakcie słuchania i serce rośnie! Ale gdy sobie ten materiał puściłem pierwszy raz, pozytywne impulsy zaczęły docierać do mózgu dopiero gdzieś w połowie tracklisty, kiedy nagle pomyślałem: „Ja pierdolę, to naprawdę nie jest złe”. I bez kitu nie jest! To album, który bije większość garażowego pierdzenia piątej fali, a Sonicy są przecież po siedemdziesiątce!

This Is The Sonics wytrzymuje zestawienie z Boom, z którym go zresztą sam zestawiłem. Jedyne co się tak naprawdę zmieniło, to głos Jerry’ego Roslie (wiadomo, postarzał się chłopak) i brzmienie basu (wiadomo, że w okresie 1964-67 w nagraniach grupy rządziła tania amplifikacja). Nawet produkcja jest podobna, wykonana razem z miksem i masteringiem przez Jima Diamonda z Ghetto Recorders z Detroit. Ale numery zostały wcześniej zarejestrowane w Seattle w Soundhouse, gdzie od 1999 nagrywają bardzo często High On Fire, a czasem także Earth. A jak? W MONO!!!!!

I nie ma co, to brzmienie jest rock’n’rollowe, solidne, z dobrym pierdolnięciem, ale bardzo ciepłe i miejscami tak old schoolowe, że zacząłem się zastanawiać, czy nie cofam się w czasie. Jednak garażowi pionierzy wyciągnęli mimo wszystko jakąś lekcję z tego, co działo się w ostatnich 5 dekadach, które minęły od czasu ich ostatniego wydawnictwa, Introducing The Sonics (Jerden, 1967) i dobrze czasem przyśpieszą, tak że punk’n’rollowe porównania nie są wcale nie na miejscu, a umcyk-umcyk w wersji The Sonics to prawdziwy miodzik!

No i te teksty, ten flow! Już tylko weterani potrafią grać rock’n’rolla bez artystycznych pretensji? A Sonicy śpiewają o szatanie, o doktorze, o panienkach i o tym, że pozory mylą, co sprawia że ten krążek rośnie we mnie z każdym następnym przesłuchaniem. Doskonale walą w palnik takie kawałki jak Be A Woman, The Hard Way, I Got Your Number czy Livin’ in Chaos, które sprawiają, że puls mocniej bije i chce się kurwa żyć! Jedna z tych płyt, które udowadniają, że comebacki mogą mieć jakiś inny sens niż tylko finansowy!

Conradino Beb

Krótka historia „You Got Me”!

The_Kinks_debut_album
The Kinks, Self-titled, Pye Records, UK 1964

1964 to rok wielkich przemian w muzyce gitarowej. Za sprawą występu na żywo The Beatles w Ed Sullivan Show 9 lutego w USA traci nagle falę popularny surf rock, a grupy, które dzisiaj nazwalibyśmy sunshine popowymi tj. The Beach Boys, muszą przez długi czas błagać o czas antenowy. Za Beatlesami na amerykańskie listy przebojów wkradają się tymczasem inne zezpoły z Wielkiej Brytanii, wśród nich The Zombies, Dave Clark Five czy Gerry & The Pacemakers, które już zdążyły osiągnąć pewien sukces w Wielkiej Brytanii i Europie. Ta fala przejdzie do historii jako Brytyjska Inwazja.

Jedna z grup, które odnoszą sukces najpóźniej, mocno odstaje jednak od liverpoolskiego brzmienia i bubblegumowych tekstów typu chłopak spotyka dziewczynę. Ich znak rozpoznawczy to ciężkie, garażowe brzmienie. Są nimi oczywiście The Kinks, których przełomowy singiel 7″ You Really Got Me / It’s All Right pojawia się w brytyjskich sklepach 6 sierpnia 1964, a w Stanach Zjednocznych dwadzieścia dni później i dociera do #7 miejsca Listy Billboardu wywołując wielki szum wśród wielu młodych muzyków! You Really Got Me to prawdziwa muzyczna rewolucja!

Ten legendarny kawałek został skomponowany przez frontmana zespołu, Raya Daviesa, w marcu 1964 na pianinie, zainspirowany jazzowymi numerami Gerry’ego Mulligana i nagrany kilka dni później jako demo w londyńskim studiu Regent Sound. Druga, profesjonalna wersja, została nagrana 15 czerwca w studiu wytwórni Pye, która w międzyczasie wykupiła kontrakt zespołu od ich pierwszego labela, Kassner Music.

Na rynek singiel wypuszczony został jednak w trzeciej, szybszej wersji, która nagrana została w lipcu w studiu IBC, gdzie panowała lepsza atmosfera w porównaniu ze studiem Pye i zespół miał również dostęp do lepszej klasy sprzętu, 3-ścieżkowego rejestratora Ampexa, 24-wejściowej konsoli i głośników Altec. Producentem był Shel Talmy, który później stał się twórcą cudu brzmieniowego The Who.

Surowe, ciężkie brzmienie gitary Dave’a Daviesa uzyskano przez nagłośnienie wzmacniacza Elpico, którego membrana zostaje wcześniej pocięta żyletkami i nakłuta igłami, dając naturalny przester. Ten został następnie podpięty pod Voxa AC30 (sprzęt używany w tym czasie przez Beatlesów i wiele innych brytyjskich zespołów), co zostało dodatkowo wzmocnione przez rejesterację dźwięku kilkoma mikrofonami naraz i manipulację faderem na konsolecie.

Co znaczące, ostateczny kształt legendarnego riffu został wybrany przy pogrywaniu Louie, Louie w studiu przez muzyków, co dało mu mocno garażowy charakter. Mimo że Shel Talmy przez wiele lat twierdził, że został on zagrany przez Jimmy’ego Page’a, pogłoska ta została zdyskredytowana w ostatnich latach przez obydwóch – Page faktycznie znalazł się w studiu razem z Kinksami, ale przy nagrywaniu gitary rytmicznej na późniejszej sesji, która wyprodukowała kultowy debiut zespołu.

Conradino Beb

Gonzo & The Prezidents – Trixter EP (2014)

gonzo_and_the_prezidents

Gonzo & The Prezidents reprezentują warszawski front garażowego revivalu od kilku lat zamiatającego z sukcesem cały świat i mimo, że to już trzecia fala renesansu tego chropowatego stylu gitarowego, który został utrwalony w masowej świadomości przez MC5 i The Stooges, trend nie wygasa, bo garaż ma dwie mocne strony: prostotę i energię. I na tym w zasadzie zbudowana została debiutancka EP-ka zespołu, Trixter, która brzmi niemal jak nagranie live – minimum produkcji, ale maksimum emocji.

5 dynamicznych, z kopytem zagranych kawałków to fuzja trzech akordów na gitarze, organowych riffów i napierdalania w gary, ile wlezie. Ale efekt przekracza sumę wszystkich elementów, bo Trixter wchodzi bez smarowania, choć o achach i ochach nie ma raczej mowy. Zważywszy jednak na to, że chłopcy nagrali wszystko własnym sumptem i postarali się o to, żeby wykrzesać z siebie wszystko – a krążek to odzwierciedla – akustyczne niedostatki pozostawmy na dalekim planie.

Koniec końców nadają one Trixterowi soczystości i klimatu. To można zaś określić jako tango The Cramps z Count 5, The Sonics czy The Kinks. Retro na pełnej petardzie, ale nie bez własnego wkładu w postaci tekstów o waleniu panienek w windzie, jaraniu trawy, a nawet transgresji – bo dlaczego nie – który zawieszony jest we własnym świecie, bez żadnych gwiazdorskich pretensji (mówimy przecież o młodym bandzie), ale z bezbłędnym poczuciem szybko-i-do-przodu-zanim-nastanie-dzień.

Co należy także dodać, udzielający się na ryju Kacperro Guerrillero potrafi śpiewać po angielsku tak, że da się tego słuchać bez specjalnej żenady, a to w świecie polskich muzyków z ambicjami do eksportu swoich dźwięków za granicę już prawdziwa rewelacja. Pozytywnego efektu dopełnia okładkowy kolaż, w którym Bettie Page – słynnej striptizerce został poświęcony pierwszy numer – pływa wśród muchomorów, pejotli i apokaliptycznych symboli. Na Trixterze nie znajdziecie jednak specjalnie psychedelicznego klimatu, ale dużo surowego rock’n’rolla, który z powodzeniem umila wieczory i poranki.

Conradino Beb    

„Nic nie jest nasze i nic nie jest czyjeś” – wywiad z Kacprem Pokorskim, wokalistą i autorem tekstów Gonzo & The Prezidents

gonzo_and_the_presidents_promo_1
Zdj. Igor Romesz

Warszawscy królowie sceny garażowej: Gonzo & The Prezidents, atakują kolejną EP-ką. Tym razem najbliższą dźwiękowo temu, co zespół uosabia na żywo. Jest więc dużo seksu, psychodelii oraz niebezpiecznej jazdy bez trzymanki na rock’n rollowych autostradach. O nowej płycie, polskiej scenie alternatywnej, pojęciu „TriXter”, pierwszym oficjalnym klipie zespołu i wielu innych ciekawych historiach opowiada Kacper Pokorski, wokalista Gonzo & The Prezidents!

Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk: Poprzednim razem, gdy przeprowadzałem z Wami wywiad, siedzieliśmy na dachu legendarnego już „Metalowca”. Rozmawialiśmy m.in. o Waszym stosunku do programów typu „Mam Talent”. Dzisiaj własnym sumptem, bez konieczności promowania się w nich, wydajecie „małą płytkę”. Opowiedzcie o tym, jak ona powstawała, bo wiem, że nie był to łatwy proces? A zarówno jej oprawa, jak i sama „treść”, robią wrażenie.

Kacper „Kacperro” Pokorski: Tak jest Prze Pana (śmiech)… „Wydajemy” to dość poważne i duże określenie, ale owszem mamy małą 5-numerową płytę/Ep-kę w wersji digipack, wyprodukowaną własnymi siłami na naszych zasadach, bez niczyjego dyktatu, w naszym świecie i po swojemu. Nie było to faktycznie łatwe zadanie. To trochę tak jak z utratą dziewictwa, nadal uczymy się to robić i nabierać wprawy. Najwięcej kłopotów było na etapie mixu. Z braku kasy nagrywaliśmy gdzie się da, nawet w garderobie. Brzmienie finalne nadal jest dalekie od naszych zamiarów i wyobrażeń. To raczej dopiero przedsmak przyszłości. Aktualnie bierzemy sie mocno za eksperymenty z rejestracją na stówkę, by wyeliminować ścieżkową sterylność. Będzie fun!

Ł.Sz: Płyta zaczyna się od potępieńczych jęków i utworu Bettie Page. Dalej wcale nie zwalniacie tempa i przez cały czas atakujecie słuchacza skomasowaną nawałnicą dźwięków. Czy ta płyta ma jakiś swój własny klucz, czy wolicie po prostu, by muzyka płynęła swoim własnym życiem zanurzona w chaosie?

K: Tą kwestię musi słuchacz rozgryźć sam.

Ł.Sz: Ciekaw jestem znaczenia tytułu płyty. „TriXter”, cóż to takiego?

K: TriXter to mocno złożona postać i zagadnienie. To pojęcie wiążące sie z mitologią stworzenia świata, pojawiające się właściwie w każdym kręgu kulturowym, odnoszące sie również do ambiwalentnej istoty człowieczeństwa i życia. Motyw trixtera to motyw postaci Boga lub bohatera – przechery, złośliwego oszusta, antagonisty demiurga, który kreuje siejąc zamęt i chaos. Jak Prometeusz czy Samael kuszący Ewę przy Drzewie Poznania.

Trixter może też mieć znaczenie społeczne i oznaczać osobę niepokorną, transgresywną (transgresja to przekraczanie granic, wykraczanie poza nie i poznawanie nowego, przestarzałe w angielskim „transgress” oznaczało grzech i grzeszyć, wg Kościoła to zaś działane nieortodoksyjne, skłanianie się ku heterodoksji i kontestacji porządku. To chęć poznania i rozwoju piętnowana w kręgu chrześcijańskim i nie tylko…), bitnika burzącego porządek i codzienne schematy.

Ł.Sz: To w zasadzie Wasza druga EP-ka. Czym różni się ona od swojej poprzedniczki LSD (Little Sound Demo)?

K: Wszystkim, od brzmienia po opakowanie – LSD pakowaliśmy w koperty z papieru pakowego i mazaliśmy sprayem. To była jazda – opary unosiły się kilka dni w moim pokoju. Wyglądały jak znaczki z kwasem w ogromnej skali

Ł.Sz: Bettie Page opowiada o tytułowej królowej występku i sado-maso, znanej pin-up girl. Opowiedz o czym traktują pozostałe teksty na płycie. Czy tematyka poruszana w nich jest równie barwna i kontrowersyjna?

K: Oouu, no tak to są szczere, proste kawałki i nie sądzę, by były kontrowersyjne. Uptown to po prostu piosenka o niedostępnej, zepsutej, snobce zachłystującej się sobą, w której próżno szukać czegooś więcej poza pozerstwem i samouwielbieniem, której istotą życia jest zmiana oprawy dzióbka na fejsie…. Nr.3 (Naked, przyp. red.) to hymn kościoła nudystycznego. W skrócie mówi on o nagości ideologicznej, kulturowej i fizycznej jako akcie szczerości.

Elevator Sex w gruncie rzeczy nie jest wcale o stosunku w windzie, to raczej wzgarda dla windy statusowej jeżdżącej między różnymi piętrami hierarchii społecznej i okropnym uczuciu utknięcia za jej drzwiami z ludźmi, dla których jedynym priorytetem jest wysiąść na jej ostatnim, właściwym piętrze. Ostatni jest mocny Trix, który będzie tym czym chcesz, bo my tego jeszcze nie wiemy…

Ideologia prowadzi do zwyrodnień, patologii, agresji i wykluczenia.

gonzo_and_the_prezidents_promo_2
Zdj. Igor Romesz

Ł.Sz: Oczywiście od razu rzuca się w oczy kolorowa, psychodeliczna okładka. Czy te wszystkie symbole, postacie na niej zawarte, w jakiś sposób oddają klimat płyty, ideologii Gonzo & The Prezidents, czy to tylko barwny dodatek mający przyciągnąć potencjalnych kupców?

K: Myślę, że już wiesz i musisz sam zdecydować albo zapytać okładki. Gonzo to brak ideologii. Ideologia prowadzi do zwyrodnień, patologii, agresji i wykluczenia.

Ł.Sz: Kto jest odpowiedzialny za jej grafikę?

K: Mirabella Liz, czyli Kacperro.

Ł.Sz: Wiem, że sami zajmujecie się promocją kapeli. Zarówno tworzeniem plakatów, często organizowaniem gigów, robieniem zwariowanych akcji happeningowych i szumu w Internecie. Jak będzie wyglądała sprawa promocji tym razem? Słyszałem, że uderzacie do dużych rozgłośni radiowych i nie dacie żyć prezenterom owych stacji, póki nie puszczą Waszej muzyki w eter?

K: Taki jest plan, w najbliższym czasie między innymi właśnie tym zamierzamy się zająć w ramach promo. Zobaczymy co na to dinozaury?

Ł.Sz: Widziałem filmowe promo płyty i muszę przyznać, że robi ono wrażenie. Kto jest za nie odpowiedzialny i w jaki sposób ono powstało?

K: Video powstało ad hoc i dla śmiechu. Na pomysł wpadłem ja gadając z Carlosem, a on skołował swojego znajomego Adasia Symonowicza operatora, z którym kiedyś realizowali jakiś klip. Wypiliśmy piwo, odpaliliśmy racę, buum i jest (śmiech).

Ł.Sz: Macie na swoim koncie jeden koncertowy klip, który promował płytę Kulturka – Outsider Rock Prezentuje do utworu Bettie Page. Słyszałem, że nakręciliście właśnie oficjalny klip. Ma być ponoć niezła sieczka. Klip powstał do ostatniego na płycie utworu Trix. Uchylcie rąbka tajemnicy czego możemy, albo nie możemy się w nim spodziewać? Jak przebiegał proces nagrywania klipu? Gdzie został on nagrany, kto jest odpowiedzialny za scenariusz i wykonanie, a także jaki klimat panował podczas jego kręcenia?

K: Ze zdjęciami do klipu uporaliśmy się w 24 godziny, właściwie tyle zajął cały plan filmowy. Wszystkie sceny ogrywane były w warszawskiej, garażowo-motocyklowej knajpie o nazwie 2koła. W miejscu, które jest jak zupełne złudzenie na warszawskiej mapie. Vintage’owa, tarantinowska psychodelia. Ludzie szwendający się późną nocą w okolicach Dworca Zachodniego nie wierzą w realność tego miejsca z wkomponowaną we wnętrzu beczką śmierci (mur de la mort). Idealne miejscówka na plan! Już musisz sobie wyobrażać jaki był klimat.

Scenariuszem i reżyserią zajął się Kuba Tomaszewicz i jego przyjaciele: Olo Pawluczuk i operator Maciej Kukulski. To była jego stara inwencja z szuflady, zmodyfikowana trochę o elementy, które narzuca sam song. Kuba podobnie jak my lubuje się w tripowych psychodelicznych treściach typu Fear and Loathing in Las Vegas, Midnight Cowboy czy Easy Rider i wiele innych, a właśnie o to nam chodziło. Na planie mieliśmy reżyserowaną video imprezę wzbogacaną o duuużą ilość paliwa! To był świetny dzień. Nieocenieni byli nasi znajomi, którzy wypełnili knajpę i zagięli czasoprzestrzeń!

Ł.Sz: Wiem, że udział w powstawaniu płyty miał Przemo, Wasz ex- klawiszowiec. Nie ma go już w kapeli. Co było przyczyną takiego stanu rzeczy i czy jego odejście nie wpływa na braki w Waszym brzmieniu? W końcu klawisze to był jeden z Waszych znaków rozpoznawczych.

K: Rozstaliśmy się z różnych powodów, ale nadal się kochamy (śmiech). Kwestia brzmienia jest relatywna. Dla jednych to dobrze z powodu przestrzeni między instrumentami, dla drugich to właśnie ją nadawały klawisze. Jest to raczej tymczasowa zmiana. Na razie dobrze nam w takiej konfiguracji. Na gigach nie ma klawiszy, jest surowiej i drapieżniej, co nie znaczy, że w tworzeniu zrezygnowaliśmy z klawiszy. Olson (perkusista grupy, przyp.red.) jest świetnym multiinstrumentalistą.

Ł.Sz: Na zdjęciach we wkładce do płytki jawicie się jako zbuntowani rock’n rollowcy, jakby żywcem wyjęci z lat ’60/’70. Czy to tylko taka poza, by zdobyć jak najwięcej kobiecych tyłków, czy tacy jesteście naprawdę? A może jedno i drugie?

K: My tam tylko staliśmy, a Igor cykał. Ma dobry aparat, a tyłków nigdy za wiele, zwłaszcza kobiecych!!!

gonzo_and_the_prezidents_promo_3
Zdj. Igor Romesz

Ł.Sz: Mimo iż macie na swoim koncie naprawdę wiele koncertów. Można rzec, że jesteście profesjonalnymi muzykami, to jednak wciąż tkwicie w „podziemiu”, tylko nieśmiało pukając do drzwi mainstreamu. Czy to świadomy wybór, czy może w Polsce naprawdę jest tak ciężko się wybić?

K: Nie wiem, jak z tym jest, może potrzebna jest dobra rampa lub odskocznia?? Nie wiem też do końca, gdzie chcemy trafić i czy to ma być na pewno mainstream i koniecznie polski. Może po prostu wślizgniemy sie przez tylne drzwi… Nie wiem.

Ł.Sz: Skoro już jesteśmy w tym undergroundzie, to co sądzicie o polskiej scenie alternatywnej? Znacie jakieś ciekawe kapele godne polecenia naszym (i nie tylko) czytelnikom?

K: Najbardziej fascynują mnie kapele kreujące coś nowego, oryginalnego i niepowtarzalnego, nie tylko jak na polskie standardy, ale stojące na poziomie światowym. Część z nich już zaczyna się doceniać. Niestety myślę, że pod kontem finansowym w tym kraju to nie będzie nigdy możliwe. Ostatnio interesowało mnie zagłębie trójmiejskie i ciekawy projekt Pedal Distorsionador, czy Destructive Dasy – kobieca formacja, albo kapela Gówno, az Wa-wy to The Stubs, grząskie pojeby Latające Pięści, mniej znani pozaziemscy Augen X, czy jeżdżący na wschód Satellite Beaver. Zawsze podziwiam kapele, które same sobie radzą i walczą o przetrwanie – mam tu na myśli egzystencję artystyczną i nonkonformizm, ciągły kierunek pod prąd, co w tej rzeczywistości jest prawie równoznaczne z samobójstwem. Niemniej Ci ludzie robią to wszystko zupełnie samodzielnie.

Ł.Sz: Czy można w ogóle powiedzieć, że Gonzo gra w ramach jakiejś określonej sceny, czy może tworzycie coś zupełnie swojego?

K: To chyba międzygatunkowa mikstura, działamy intuicyjnie, nie lubimy sie ograniczać. Wszystko zaczyna sie od drobnego impulsu. Nic nie jest nasze i nic nie jest czyjeś.

Ł.Sz: Słyszałem, że pomimo iż dopiero co wyszła Wasza EP-ka, to w okolicach marca planujecie wypuszczenie kolejnej „małej płyty”. A kiedy pierwsza długogrająca płyta?

K: Może to będzie kwiecień, na pewno na wiosnę. Do LP jeszcze długa droga, to niestety zależy od naszego budżetu, a on jest gówniany, bo materiał jest gotowy od dawna.

Ł.Sz: Słuchając Waszej muzyki od razu wyświetlają się w mojej głowie obrazy do kilku filmów i komiksów razem wziętych. Mamy tutaj Kino Drogi, Bitnikowski klimat wiecznej, ekstatycznej jazdy w strumieniu świadomości, klimat jak w Cocksucker Blues, czy kino eksploatacji lat 70-tych. Jeśli mielibyście stworzyć własny fabularny film, to jaki gatunek byście chcieli eksplorować i o czym by opowiadało to wiekopomne dzieło? 🙂

K: Psychodeliczne porno!

Gonzo to nie do końca muzyka, to bardziej jednostka chorobowa

Ł.Sz: EP-ka trwa niewiele ponad 16 minut i nie ukrywam, że po jej przesłuchaniu pozostaje duży niedosyt. Chce się od razu zapuścić ją jeszcze raz, a potem jeszcze i jeszcze… Czy to był właśnie Wasz cel, czy zadecydowały kwestie finansowe, że jest ona tak krótka?

K: Celem było nagranie płyty i udało się sfinalizować 5 kawałków z sesji z brzmieniem oddającym najbliżej to, co robimy na żywo.

Ł.Sz: Wasza muzyka to wypadkowa wielu fascynacji. Słychać w niej echa rocka psychodelicznego lat ’60/’70, rocka garażowego, tradycyjnego rock’n’rolla, psychobilly w stylu The Cramps, ale również punku, ska czy reggae. Czy to świadomy eklektyzm, czy jeszcze poszukiwanie własnego „ja”? Czy Waszym zdaniem już teraz można mówić o stylu Gonzo& The Prezidents? A jeśli tak, to jak można go zdefiniować?

K: Hmmm… to breja z tego świństwa, którego lubimy słuchać. Chyba nie da się tego określić i sklasyfikować. Poza tym szuflady są duszne. Może to psych trip grunge. Gonzo to nie do końca muzyka, to bardziej jednostka chorobowa.

Ł.Sz: Jesteście typowo koncertową grupą. Kto nie był na Waszych koncertach ten nie do końca chyba zrozumie, czym jest Gonzo & The Prezidents. Opowiedzcie, więc o Waszych najbliższych planach koncertowych i tym czego się można na nich spodziewać?

K: Większość naszych koncertów wypada spontanicznie i dzieje się to dość szybko. Może w końcu uda nam się przestąpić granicę i zagrać gdzieś poza krajem. Na razie najbliższe ważniejsze daty to 7.02, impreza promująca klip oraz koncert z kalifornijską grupą z San Francisco: Glitter Wizard, 24.04.

Ł.Sz: Dziękuję za wywiad i zapraszamy do Sochaczewa.

K: Dzieki. Dozo i uszanowanko.

Wywiad przeprowadził Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk (Kulturka)

 

 

Oficjalny bandcamp Gonzo & The Prezidents

The 13th Floor Elevators – The Psychedelic Sounds of The 13th Floor Elevators (1966)

Mityczny debiut The 13th Floor Elevators to jeden z tych kamieni milowych muzyki gitarowej, który może być określony tylko jednym słowem: ponadczasowy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później prymitywna garażowa rebelia nie spotkała się z psychedeliczną kontrkulturą na jednym winylu. Nie da się przecenić wpływu tej płyty na działalność takich muzyków, jak Patti Smith i Lenny Kaye (Patti Smith Group), Billy Gibbons (The Moving Sidewalks, ZZ Top), Peter Kember i Jason Pierce (Spacemen 3), Robert Plant (Led Zeppelin) czy Thurston Moore (Sonic Youth, Chelsea Light Moving).

Historia The 13th Floor Elevators zaczęła się od spotkania dwóch teksaskich grup w listopadzie 1965: The Spades i The Lingsmen, a raczej „liderów” obydwóch kapel: Roky’ego Ericksona i Tommy’ego Halla.

Kombinacja LSD, jointów i wspólnych marzeń muzycznych połączyła dwójkę na domówce u Halla, gdzie młody Roky zdecydował się porzucić ostatecznie The Spades, których garażowy singiel You’re Gonna Miss Me podbijał w tym czasie lokalne stacje radiowe.

Wizje Tommy’ego z miejsca oczarowały młodego Roky’ego, którego wrodzona wrażliwość sprawiała, że bezkrytycznie akceptował wszystkie nowe pomysły. A te były na swój czas niezwykle rewolucyjne, bo nikt przed Tommym nie wpadł na pomysł grania koncertów na kwasie (poza The Grateful Dead), które miałyby poruszać umysły równie skwaszonej publiki, łamać sztuczną barierę pomiędzy wykonawcami i odbiorcami.

Z dostępem do LSD ze Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża USA Tommy był zaś w stanie wprowadzić swoje pomysły w czyn… i nazwał je rockiem psychedelicznym.

psychedelic_sounds_1966

Sama nazwa zespołu pojawiła się magicznie tuż przed pierwszym występem na żywo, który miał miejsce 8-9 grudnia 1965. Roky był od małego zafascynowany czarnym brzmieniem – w istocie, jego słynne screamo było wzorowane na wokalu Jamesa Browna – więc Tommy wraz ze swoją żoną Clementine zaczęli kombinować wokół frazeologii w stylu Temptations, Miracles etc., co skończyło się na haśle The Elevators, które zespół z miejsca zaakceptował, bo było w nim odniesienie do psychedelicznego lotu.

Ale że Tommy’emu wydawało się to za krótkie, Clementine zaproponowała dodanie liczby 13 (kod dla marihuany używany przez Hell’s Angels), z czego ostatecznie wyszła surrealistyczna nazwa The 13th Floor Elevators (na południu USA budynki w tym czasie miały najwyżej 12 pięter) i zespół był już gotowy do drukowania ulotek i plakatów.

Muzycznie Elevatorsi coverowali w tym czasie hity Boba Dylana, The Beatles, The Rolling Stones, Them i The Kinks, jednak ulubionym zespołem wszystkich byli The Yardbirds, którzy kilka miesięcy wcześniej podbili listy przebojów z orientalizującym, proto-psychedelicznym For Your Love – jednym z pierwszych numerów łamiących zasady bluesowej pentatoniki – i wprowadzili do muzyki rockowej tzw. rave-up, instrumentalną eksplozję z obowiązkową monadą rytmiczną, która idealnie sprawdzała się na żywo, bo zmuszała ludzi do tańca.

Swoją pierwszą sesję nagraniową grupa odbyła 2 stycznia 1966, podczas której nagrano nową wersję You’re Gonna Miss Me oraz Tried To Hide – numery, które stały się podstawą debiutu. Miesiąc później Hall, Erickson i Stacy Sutherland skomponowali zaś Roller Coaster, a krótko potem Roky wymyślił podstawę tekstu do Splash 1: I’ve seen your face before, I’ve known you all my life, po tym jak gapił się skwaszony na imprezie na twarz Janis Joplin (w tym czasie lokalną pieśniarkę i harfistkę folkową), która podobno „odwzajemniła” jego uczucia bez jednego słowa.

Duża częśc materiału z The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators została jednak skomponowana przez Johna St. Powella, jednego z najlepszych kompozytorów sceny z Austin, który wypracował zręby Kingdom Of Heaven, You Don’t Know (How Young You Are) oraz (Living On) Monkey Island wspólnie z Rokym, gdy ten tripował na dwóch butelkach Romilaru.

Tekstowo doszlifował je zaś Hall w duchu Korzybskiego i Gurdżijewa, którzy wywarli największy wpływ na przesłanie płyty. To zostało również zwerbalizowane w formie słynnego manifestu na tylnej części okładki.

Dzieje albumowej sesji nagraniowej, która zaczęła się w Dallas 9 października 1966, pozostają jednak przedmiotem dużych kontrowersji, gdyż Elevatorsi podpisali w kwietniu tego samego roku kontrakt na dystrybucję You’re Gonna Miss Me z teksaskim labelem International Artists, by zmyć się na kilka miesięcy do San Francisco.

Singiel był jednak bardzo kiepsko promowany i gdy po kilku miesiącach podbijania lokalnych list przebójów i powszechnego bootlegowania, nagle przedarł się na #55 miejsce Listy Billboardu, management uznał to za prawdziwy cud i postanowił szybko rzucić na rynek cały album.

Tego oczywiście nie dało się wykonać bez współpracy samego zespołu, który został zmuszony do powrotu do Teksasu przez prezydenta International Artists, Billa Dillarda. Ten zagroził im zamrożeniem rat za sprzęt muzyczny i wydaniem taśm demo jako pierwszego albumu (oczywiście, żaden muzyk nie chce chyba o tym słyszeć).

Ale Tommy Hall nie czuł się przygotowany, bo debiut miał być w jego wizji konceptem na miarę nagrań Dylana czy Beatlesów. Miał tłumaczyć naturę doświadczenia psychedelicznego, wokół którego grupa zbudowała swój styl. Do tego trzeba było zaś czasu.

Pomimo oporów band został jednak wepchnięty do Sumet Studios w Dallas, gdzie muzycy automatycznie zarzucili kwasa (oprócz Johna Ike’a), zjarali jointa, spędzili cztery godziny na nagrywaniu materiału i sześć godzin na miks.

Jako że materiał został nagrany tak szybko, a zespół odsłuchiwał wszystko na bieżąco i nagrywał ponownie to, co nie satysyfakcjonowało muzyków, sesja nie wyprodukowała w zasadzie żadnych odrzutów, a jedynie kilka alternatywnych miksów poszczególnych kawałków, z których wszystkie oprócz Don’t Fall Down zostały nagrane tej samej nocy.

Następny dzień poświęcono głównie na ukończenie miksu mono, a dzień później producent Lelan Rogers rozpoczął miksowanie albumu w surowym stereo, które w tym czasie nie było jeszcze popularnym formatem, więc traktowano je po macoszemu i z tego powodu album w stereo brzmi znacznie gorzej od mono.

Ponadto, z powodu niezrozumienia wizji muzycznej zespołu przez zarząd IA, z oryginalnego miksu został wycięty reverb na gitarze Stacy’ego Sutherlanda. Jednak słynny elektryczny dzbanek Halla, który zagłusza czasem inne instrumenty, pozostał.

Ale najbardziej gorzkim zaskoczeniem dla zespołu okazała się ingerencja wytwórni w misternie zaaranżowaną przez Halla playlistę, którą oryginalnie otwierał numer You Don’t Know Who You Are, a kończył Kingdom of Heaven is Within You.

Próba stworzenia z albumu mistycznego przewodnika po tripie na kwasie została zaorana przez komercyjne nastawienia wytwórni, która zdecydowała się otworzyć płytę największym hitem: You’re Gonna Miss Me, ale całkowicie zarzuciła przy tym jej promocję.

W efekcie, genialny jak na swoje czasy album, który wyprzedziła jedynie wyprawa w piąty wymiar pionierów z The Byrds i Revolver Beatlesów (obydwa nawet w połowie nie tak skwaszone, jak The Psychedelic Sounds), sprzedał się słabiutko.

Wszystkie te mankamenty zespół zauważył jednak dopiero miesiąc później, odkrywając także ku swemu przerażeniu, że wytwórnia zaaprobowała tani, źle brzmiący test pressing do masowego tłoczenia, który dusił całą energię zespołu.

Jednak pomimo tego, że The Psychedelic Sounds wywarł mały wpływ na rodzącą się scenę psychedeliczną w USA i na świecie – poza Teksasem, gdzie zainspirował masę zespołów – sława albumu zaczęła stopniowo rosnąć w latach ’70, kiedy odkryło go nowe pokolenie punk rockowców.

Garażowe lo-fi okazało się magnesem, a psychedeliczna krasa wyróżniała go z całego tłumu zespołów uprawiających szermierkę na trzy akordy. Pre-psych-popowy, narkotyczny freak-out The 13th Floor Elevators okazał się nie podrobienia, a koncepcja grania na tyle oryginalna, że do dzisiaj inspiruje cały szereg twórców!

Conradino Beb       

11 siarczystych kawałków o Szatanie z czasów, gdy śpiewanie o nim nie było jeszcze modne!

Zanim na scenę wkroczyli metalowcy w stylu Venom, Judas Priest i Celtic Frost, tematyka satanistyczna w muzyce rockowej była już bardzo dobrze znana. Wraz z eksplozją psychedelii i kontrkultury odkryte zostały kosmiczne wymiary świadomości, a wkrótce także mroki duszy i tanie dreszcze, inspirowane w dużej mierze niskobudżetowymi horrorami i średniowiecznymi legendami. Poznajcie 11 mniej lub bardziej znanych kawałków o Szatanie nagranych w złotym okresie muzyki gitarowej!

1. Things To Come – Speak of The Devil

Ta wybitnie nieznana kapela garażowa pochodziła z Long Beach w Kalifornii i swoją karierę zakończyła na jednej siódemce wydanej w 1966 przez niewielką Starfire Records, ale za to jakiej! Speak of The Devil to strona B singla, na której dziki, sfuzzowany garaż tańczy kwasowe pogo w takt trzeszczących organów wyraźnie inspirowanych blues rockowym stylem Them czy Rolling Stones. Ta acid punkowa perła to jednocześnie pierwszy znany hymn dla Szatana w muzyce rockowej, który czeka na skwaszonego młodzieńca przy złotym stole. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć!

2. Crazy World of Arthur Brown – Devil’s Grip

W połowie 1967 Arthur Brown wraz z zespołem podpisał dzięki wstawiennictwu Petera Townshenda kontrakt z wytwórnią Track Records, która była prowadzona przez managerów The Who, Kita Lamberta i Chrisa Stampa. Pierwszym singlem 7″ debiutującego zespołu stał się Devil’s Grip/Give Him a Flower, którego strona A wprowadziła satanistyczną symbolikę do brytyjskiej muzyki rockowej. Kwaśne organowe riffy mieszają się tu z dramatycznym crescendo wokalnym Browna, który jako pierwszy na Starym Kontynencie eksploruje duchowy wymiar mroku w bardzo wymownym tekście o tym, jak Szatan chwycił go za rękę!

3. The Rolling Stones – Sympathy For The Devil

Prawdopodobnie najsłynniejszy kawałek o Szatanie znany przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nie był jednak pierwszym w muzyce brytyjskiej (patrz wyżej). Numer pojawił się po raz pierwszy na płycie Beggar’s Banquet (1968) i został napisany przez Jaggera po przeczytaniu Mistrza i Małgorzaty, która została mu podarowana przez Marianne Faithfull. Cały zespół był w tym czasie pod wielkim wpływem okultysty i filmowca Kennetha Angera, a sam kawałek nosi ślady fascynacji afrykańskimi rytmami. Jagger nigdy nie przyznał się jednak do fascynacji satanizmem, a Sympathy For The Devil nie był wcale grany podczas zabójstwa Mereditha Huntera przez Hell’s Angels w Altamont, co stało się jednym z najbardziej popularnych mitów muzyki rockowej.

4. The Gun – Race with The Devil

The Gun byli brytyjskim power trio, które zostało utworzone na gruncie wcześniejszego projektu The Knack pod koniec 1966. Zespół nagrał dwa albumy, by rozpaść się w 1970, ale do historii przeszedł proto-metalowym hitem Race with The Devil, który przebił się do pierwszej dziesiątki największych hitów w Wielkiej Brytani pod koniec 1968. Numer zawiera szaloną solówkę gitarową z hendrixowskim vibrato i chwytliwy tekst, śpiewany z żarliwą, rock’n’rollową pasją. Warto też zwrócić uwagę na rewelacyjną sekcję dętą w stylu The Electric Flag. Być może jeden z najciekawszych kawałków hard rockowych dekady!

5. Black Widow – Come to the Sabbat

Okultystyczny lans końca lat ’60 skusił również czarodziejów-rockmanów z Black Widow, których największym hitem stał się numer Come to the Sabbat. Jego hipnotyczna siła tkwi w połączeniu rytualnych zaśpiewów, prostego rytmu i folkowego fletu. Z czasem atmosfera się zagęszcza, aż do finału w którym zespół ogarnia dionizyjska mania! Mimo dobrej sprzedaży singla stacje radiowe odmówiły puszczania Come to the Sabbat ze względu na kontrowersyjny tekst. Koncerty grupy ściągnęły też uwagę policji. Kres marzeniom o wielkiej karierze położyło odwołanie trasy po USA ze względu na dewocyjną nagonkę, jaka narosła po zbrodni dokonanej przez Rodzinę Mansona.

6. Coven – Pact With Lucifer

W Pact With Lucifer kwas napędzający psychedeliczne kapelki z Zachodniego Wybrzeża nabrał wyraźnego, siarkowego posmaku. Ale Coven pewnie nie zaistnieliby nigdy w pamięci szerszego grona odbiorców, gdyby nie Jinx Dawson, która brzmi jak Janis Joplin krocząca Ścieżką Lewej Ręki. To właśnie jej ostry, opętany wokal w połączeniu z satanistyczną tematyką tekstów, nadał mrocznego tonu Pact With Lucifer, który w innym wypadku mógłby równie dobrze trafić na Cheap Thrills. Dzisiaj słucha się tego numeru raczej z uśmiechem na ustach.

7. The Grateful Dead – Friend of The Devil

Friend of The Devil był jednym z numerów, który zrodził się w głowie Roberta Huntera (legendarnego tekściarza The Grateful Dead), gdy grał on na basie w New Riders of The Purple Sage – pobocznym projekcie Jerry’ego Garcii. Zespół zagrał nowy kawałek po raz pierwszy w lutym 1970, niedługo przed wydaniem Workingman’s Dead, który znaczył odwrót pionierów rocka psychedelicznego od kwasowych improwizacji w stronę melancholijnej Americany, bluegrass i country rocka. Numer ten jest rewitalizacją starej bluesowej legendy o przymierzu diabła-trickstera z bezdomnym muzykiem.

8. Black Sabbath – Black Sabbath

Co prawda to nie Black Sabbath jako pierwsi poruszyli satanistyczną tematykę w swoich utworach,  lecz to właśnie Ozzy’emu i spółce najwcześniej udało się przekuć diabelską grozę w zawodzące, walcowate riffy. Mimo całej innowacyjności brzmieniowej, legendarny numer Black Sabbath był oparty na prostej, bluesowej pentatonice, która w rękach Iommiego sięgnęła piekielnych alikwotów. Za sprawą tego kawałka historia zatoczyła krąg, wracając na rozdroże, na którym Robert Johnson zawarł pakt z diabłem. Tym razem jednak umowa pozwoliła jej sygnatariuszom podbić cały świat.

9. Bulbous Creation – Satan

Prawie nic nie wiadomo o tym ciężkim, hard rockowym strzale, poza tym że zespół pochodził z amerykańskiego stanu Missouri i nagrał swój jedyny album You Won’t Rememeber Dying na początku 1970 w obskurnym studiu Cavern Sound. Satan jest jednym z wolniejszych, proto-doomowych kawałków na płycie, której słucha się generalnie jak spotkania Cream z Blue Cheer, czy też lżejszej wersji Black Sabbath. Przesterowana gitara nawiązuje wyraźny dialog z bluesową przeszłością rocka, a dość oryginalny, lekko zachrypnięty wokal zabiera nas w podróż z Szatanem, który pojawia się tu bardziej w formie upadłego anioła.

10. Lucifer’s Friend – Lucifer’s Friend

Lucifer’s Friend to kultowa grupa w kręgu fanów hard rocka i wczesnego doom metalu, utworzona w 1970 w Niemczech z Anglikiem Johnem Lawtonem na wokalu, który w 1976 dołączył do znacznie lepiej znanych Uriah Heep. Tytułowy kawałek Lucifer’s Friend pochodzi z debiutanckiego krążka grupy wydanego przez Vertigo Records (stajnię, w której wydawali także Black Sabbath) i jest prawdziwą eksplozją muzycznej energii z przejmującym do szpiku kości tenorem Lawtona, dziką gitarą i gotyckimi organami gdzieś w tle. Kawałek operuje ciekawymi zmianami tempa w ramach progowo-metalowej aranżacji i ciekawą wizją Szatana jako gościa pukającego w szybkę, który ulatnia się w mroku nocy.

11. Astaroth – Satanispiritus

Tak naprawdę nikt nie wie, kiedy legendarna kapela Astaroth z Motor City wydała swój jedyny singiel 7″, jako że do dnia dzisiejszego zachowała się absurdalnie niska liczba kopii i żadna nie zawiera wskazówek. Jedni twierdzą, że był to 1968, a drudzy że początek lat ’70, ale chropowate, proto-punkowe brzmienie zdaje się potwierdzać tę drugą wersję. Satanispiritus to garażowy numer z porządnym pierdolnięciem, który z furią gitarowego przesteru ewokuje glorię Pana Ciemności. On się zbliża! Jest tuż tuż!

Conradino Beb / Jakub Gleń

Thee Oh Sees – Floating Coffin (2013)

thee-oh-sees_floating_coffin

Po mało frapującej EP-ce Putrifiers II neopsychedeliści z San Francisco przeszli do stajni Castle Face i efekt jest natychmiastowy. Floating Coffin to bardzo dobry krążek, na którym Thee Oh Sees powracają do wypracowanej wcześniej formuły, ale z większą lekkością i polotem. Nie brakuje tu jednak przesteru i zmyślnych gitarowych overdubów, które w połączeniu z nastrojowym wokalem Brigid Dawson i garażową produkcją tworzą równy i przebojowy materiał. Zespół ponownie nabrał skrzydeł i zanurzył się w sosie, w którym czuje się najlepiej.

Buzujące, dynamiczne rockery w stylu I Come From The Mountain czy Tunnel Time zostają uzupełnione o bardziej wyszukane numery tj. Strawberries One & Two czy tytułowy Floating Coffin, gdzie tempo nieco zwalnia, a Thee Oh Sees poświęcają się tworzeniu nastroju, co wychodzi im zresztą rewelacyjnie. Na płycie znajdziemy także odskoki w stronę klasycznego indie/noise’u – Maze Fancier przypomina dokonania Pavement czy Shellac, a w opartym na modulowanym brzmieniu gitary Night Crawler Talking Heads spotykają się z Teenage Jesus & The Jerks.

Kombinacje studyjne wychodzą Floating Coffin na zdecydowany plus. Płyta oprócz zwartej całości, nastrojonej pod klasyczny garaż, oferuje nieco dziwnych smaczków zainspirowanych klasykami lat ’80. Gdzieś w miksie od czasu do czasu pojawia się także wiola czy klawesyn, jak w kończącym płytę zapychaczu Minotaur. Największym hiciorem jest jednak Toe Cutter / Thumb Buster, bardzo ciekawy kawałek z hipnotycznym przesterem w przejściach, który milknie jednak, gdy wchodzą partie wokalne. Materiał nie zabija, ale też nie rozczarowuje.

Conradino Beb

Iggy And The Stooges – Ready To Die (2013)

iggy-the-stooges-ready-to-die

W nowym składzie The Stooges poza nieśmiertelnym Iggym Popem nie ma wprawdzie nikogo z oryginalnych muzyków, ale materiał spełnia wszystkie nadzieje pokładane w nowym wcieleniu pionierów punk rocka. Ready To Die jest pozbawionym kombinacji, energicznym krążkiem, który spokojnie można położyć na półce garage revival obok kapel, dla których trzy pierwsze albumy The Stooges stanowiły jedno z najważniejszych źrodeł inspiracji. Garażowe rytmy zostają podane z właściwą gatunkowi werwą i prostotą, która sprawia, że Ready To Die to jeden z najlepszych albumów Popa od lat.

Od pierwszych dźwięków Burn po ostatni akord The Departed nóżka sama składa się do przytupów, a buntownicze teksty Popa pozwalają wczuć się w klimat nawet nastolatkom – muzyka bez kitu młodzieżowa – choć da się tu nieomylnie wyczuć smak długoletniego doświadczenia. Na to nakłada się jednak druga młodość – Job to bezpardonowy, punkowy manifest, który Iggy mógłby spokojnie wlepić na Fun House. I nawet jeśli w numerach typu Unfriendly World czy The Departed da się wyczuć zainteresowanie artysty tworzeniem głębszych, poetyckich pejzaży, te nie dominują na szczęście płyty.

A dinozaur rock’n’rolla niewątpliwie jest w formie, gdyż spójność przekazu wylewa się z każdego wersu i każdego akordu, gdy płyta tak sobie pędzi naprzód. Powrót do krótkich, proto punkowych form okazał się zbawieńczy, jako że nowe numery wkręcają się same, a pomagają temu rewelacyjnie brzmiące gitary, nakarmione lekkim przesterem i buczący, sfazowany echem bas. Przepity i przepalony wokal Popa miejscami nie wytrzymuje przeciągania struny, ale tak czy siak daje dużo radochy. Ciekawie prezentują się przy tym żeńskie chórki w numerze Beat That Guy, które jednorazowo wspomagają tam wokal Iggy’ego.

Jak mówią załoganci: „nie ma to tamto” i jeśli Iggy nie dał się w przeszłości zabić naturalnymi środkami, czyli alkoholem, heroiną i fajkami, pewnie pokopie piłkę jeszcze ładnych parę lat. A Ready To Die pokazuje wyraźnie, że legenda nie zamierza jeszcze skakać z mostu i pewnie za jakiś czas możemy się spodziewać kolejnej odsłony studyjnej The Stooges. Jeśli chcecie posłuchać bezpretensjonalnej płyty proto punkowej w wykonaniu człowieka, który tę drapieżną odmianę rock’n’rolla grał zanim przyszliście na świat, dajcie szansę Ready To Die. Efekt gwarantowany!

Conradino Beb