Archiwa tagu: satanizm

„Mansfield 66/67” łączy śmierć słynnej aktorki z satanistyczną klątwą!

Jayne Mansfield była słynną aktorką i piosenkarką, która w latach ’50 stała się hollywoodzkim symbolem seksu. Do historii przeszedł jej pin-upowy wizerunek medialny, śmiertelny wypadek samochodowy w 1967… a także przyjaźń z Antonem Szandorem LaVeyem, głową Kościoła Szatana.

W 50-tą rocznicę śmierci aktorki na ekrany wchodzi film dokumentalny Mansfield 66/67 w reż. P. Davida Ebersole’a i Todda Hughesa, spekulujący że spowodowana ona została satanistycznymi rytuałami w towarzystwie Antona LaVeya, który rzucił na aktorkę magiczną klątwę.

mansfield-6667

Film złożony jest z materiałów archiwalnych przemieszanych z animacjami, performance’ami oraz wywiadami z takimi osobistościami, jak John Waters, Kenneth Anger, Peaches Christ czy Dolly Read, co pomaga twórcom w podtrzymaniu mitu o niezwykłości ostatnich dwóch lat życia gwiazdy. Jak głosi zresztą plakat: „Historia jest oparta na plotkach i pogłoskach”.

Dokument ma swoją premierę dzisiaj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Rotterdamie.

Zwiastun

Kolumbijska orchidea o twarzy Szatana!

Telipogon diabolicus to odkryta w tym roku przez polskich i kolumbijskich botaników rzadka orchidea występująca na obszarze południowej Kolumbii. Kwiat prezentuje w centrum charakterystyczną głowę diabła, Szatana czy demona w fioletowym kolorze, czemu zawdzięcza swoją nazwę. 

Nieszczęśliwie dla satanistów, roślinę ciężko będzie zamówić w lokalnej kwiaciarni, bo do tej pory zidentyfikowano zaledwie 30 osobników i orchidea została natychmiast umieszczona na liście gatunków zagrożonych wyginięciem.

telipogon_diabolicus_orchid_2
Telipogon diabolicus

The Witch (2015)

the-witch-poster-2015

Fama The Witch, debiutu Roberta Eggersa, zaczęła się od premiery na Festiwalu Sundance, gdzie film wywołał nie lada zamieszanie wśród zgromadzonej publiczności. Niektórzy już wtedy okrzyknęli go najlepszym horrorem XXI wieku, a wielu z miejsca porównało go do najlepszych dzieł Kubricka czy Bergmana. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą!

Film niedługo potem zdobył oficjalną aprobatę Świątyni Szatana, a po której stronie palety barw postawić taki PR? Trafili się więc tacy, którzy krytykowali go za diabelski pierwiastek, mogący zasiać okultystyczne fantazje w głowie młodszych. Czy ten policzek wymierzony purytańskiemu dziedzictwu Stanów Zjednoczonych może jednak przechylić szalę w wojnie między dobrem, a złem? To w zasadzie nieważne, bo bez względu na to po której stronie barykady się znajdujesz, The Witch to film, który zwyczajnie MUSISZ obejrzeć!

Akcja tej mrocznej opowieści proponuje kryzys już na starcie. Oto religijna rodzina zostaje skazana na opuszczenie swojego starego gospodarstwa i założenia nowego gdzieś na skraju dzikich ostępów Nowej Anglii. Rodzina wkrótce powiększa się też o jednego członka, jednak radość nie trwa długo, gdyż niemowlę ginie w niejasnych okolicznościach, porwane przez zamieszkujące posępny las wiedźmy. Każdy z domowników jest świadomy ich obecności, nikt jednak nie wie kto okaże się diabelska wtyką.

Eggers, mając całkowicie wolną rękę, stworzył niezwykle sprawnie działający mechanizm. Jego dzieło to horror okultystyczny, płynnie przeplatający się z dramatem rodzinnym, tworzący półtoragodzinne, pełne napięcia przeżycie. Tam gdzie inni twórcy wykorzystują krew, szok i terror, Eggers stosuje sugestię i tajemnicę. Wiedźmy, których istnienia nie jesteśmy nawet do końca pewni, przedstawione zostają w bardzo ambiwalentny sposób. Pierwsza scena jest mocnym ciosem, ale im dalej w las, tym więcej drzew, dosłownie!

Podjudzane przez nacisk na religijny wymiar „misji” odkrywców Nowej Ziemi, dzieci wkrótce zaczynają zachowywać się coraz bardziej podejrzanie. Słowa modlitwy, cytowane z ust przemierzającego samotnie leśną gęstwinę Caleba (Harvey Scrimshaw), przechodzą w formę przynęty zarzuconej na mieszkanki lasu. Chłopak wbrew litanii wiedziony jest bowiem na pokuszenie, w sidła magicznej siły, która wyprowadzi go wprost na spotkanie z Jezusem.

Film przesiąknięty jest zresztą religijno-okultystyczną symboliką, tą oczywistą, jak i tą niedostrzegalną na pierwszy rzut oka. A wszystko nakręcone zostało przez Eggersa w archaicznym wydawać by się mogło formacie 1:66:1 (tego samego używał w niemal wszystkich swoich filmach z lat ’70 Kubrick, wyjątkiem jest Odyseja kosmiczna nakręcona w formacie 2:20).

To nadaje The Witch niezwykle naturalistycznego rysu, spotęgowanego przez metaliczne i ziarniste filtry, które sprawiają że niesie on ogromny ładunek jeżących włos na plecach emocji. Tutaj, jak choćby w nagrodzonej Oscarem Zjawie, dominują tylko dwa kolory: czarny i szary. Z każdej sceny bije też autorska wizja twórcy, który wyjątkowo zadbał o zgodność z realiami historycznymi. Jednak dysponując dużo niższym budżetem, niż film Iñárritu, słusznie ograniczył historię do praktycznie jednego miejsca.

Pochwalić należy również tych, którzy odwalili całą robotę przed kamerą: aktorów. A tych nie mamy w filmie za wiele, ale żeby nie rzucać spoilerami, ograniczę się tylko do tych, których na ekranie widzimy najwięcej: Kate Dickie i Ralpha Inesona. Ci doświadczeni artyści tworzą filmowe małżeństwo, dla którego ewangelia to na tyle osobista sprawa, że zostaje ekskomunikowane z poprzedniego miejsca zamieszkania za lekceważenie jej misji w Nowym Świecie.

Ineson gra bardzo dobrze, ale to Dickie ze swoim demonicznym spojrzeniem przesuwa się stopniowo z drugiego planu na pierwszy. Dzieciaki też zagrały jednak jak należy, zważywszy na to, że oprócz Taylor-Joy nie miały okazji nigdy wcześniej stanąć przed kamerą.

Z tych i innych powodów The Witch to duże wydarzenie w świecie filmowej grozy – świecie, który z powrotem patrzy teraz na kameralne historie pełne folkloru i magii. To film, który śmiało można nazwać autorskim horrorem z mocnym naciskiem feministycznym i każdym innym, na który pozwoli tylko interpretacja widza.

Nakręcony z niezwykłą pieczołowitością i dbałością o każdy szczegół (aktorzy mówią staroangielskim dialektem), czy zwyczajnie piękny z artystycznego punktu widzenia, obraz Eggersa jest dla artysty przepustką do klasyki XXI wieku na miarę kubrickowskiego Lśnienia. Seans na pewno nadający się do powtórki, albowiem przy kolejnych obejrzeniach film będzie nabierał nowego wydźwięku.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Witch
Produkcja: Kanada/USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Horror „The Witch” zyskał oficjalną aprobatę Świątyni Szatana!

Świątynia Szatana (nie mylić z laveyowskim Kościołem Szatana) oficjalnie wsparła promocję sensacji zeszłorocznego Festiwalu Sundance – niezależnego horroru The Witch. Seansom filmu organizowanym przez Świątynię Szatana towarzyszą industrialne performances i rytualne proklamacje „nowej satanicznej ery”, która ma oddać władzę w ręce ludzi.

Jak czytamy w oświadczeniu prasowym wystosowanym przez Jex Blackmore, rzeczniczkę prasową Świątyni Szatana: The Witch to nie tylko potężne doświadczenie filmowe, ale także imponująca prezentacja satanistycznego światopoglądu, który wyjaśnia współczesnej widowni, czym jest doświadczenie religijne.

Ale The Witch to coś więcej niż film, to satanistyczne doświadczenie transformacji, które w swoim wołaniu do broni staje się aktem duchowego sabotażu i wyzwolenia od represyjnych tradycji naszych dziadów.

W trakcie „rytuałów” towarzyszących pokazom The Witch – jak pisze Jacob Hall na łamach Slashfilm – teoretycznie nie wolno robić zdjęć (ale kilka możecie zobaczyć tutaj), jednak pomimo ich mroczno-satanistycznej szatki są one tak naprawdę PR-owym chwytem mającym zwrócić uwagę na przesłanie organizacji, która promuje indywidualizm, liberalizm społeczno-obyczajowy, empatię i tolerancję religijną.

Świątynia Szatana stała się powszechnie znana w lipcu zeszłego roku, kiedy sfinalizowała konstrukcję posągu Bafometa w Detroit.

Źródło: The Satanic Temple / Slashfilm

1986: Roman Kostrzewski śpiewa „Wyrocznię” w Jarocinie i rozmawia z księdzem

Romek Kostrzewski od zawsze symbolizował w moich kręgach śląski folklor metalowy. 666 to jedna z najzabawniejszych płyt polskiego heavy, w zasadzie true stoner metal… bo ujarani tarzaliśmy się zawsze z ziomkami po ziemi, gdy tylko poleciała jakaś z bardziej absurdalnych linijek w stylu „Aaaaa w nocy Szatana przyjąć w dłoń… tak jak Faust!!!”! Top playlisty imprezowej tuż po Minor Threat/In My Eyes.

Ale trzeba uczciwie przyznać, że w drugiej połowie lat ’80 Romek prezentował prawdziwe wyzwanie, zarówno dla komunistycznych, jak i kościelnych autorytetów, co zostało uwiecznione, w obecnie ciężkim do trafienia, dokumencie telewizyjnym z 1986, który przepięknie naświetla nastawienie ojca polskiego satanizmu do Kościoła Katolickiego.

Z wielką radością dokonuję transkrypcji: Proszę księdza, w XX wieku to właściwie potrzeba ludziom zupełnie nowej doktryny. Szczególnie młodym ludziom. Doktryny, która wzięłaby ich do ich podstaw, takich które są dla nich naturalne. Nie takich, które Kościół narzucił przez lata. Jest to niezgodne z moim duchem. Odwrócony krzyż świadczy o tym, że z tymi doktrynami się w ogóle nie zgadzam.

Aż się łezka w oku kręci – materiał do obejrzenia poniżej – i żeby nie było, doskonała wersja live Wyroczni! A swoją drogą to RK udzielił kilka dni temu nowego wywiadu o metalu, religii i śmierci.

Conradino Beb

11 siarczystych kawałków o Szatanie z czasów, gdy śpiewanie o nim nie było jeszcze modne!

Zanim na scenę wkroczyli metalowcy w stylu Venom, Judas Priest i Celtic Frost, tematyka satanistyczna w muzyce rockowej była już bardzo dobrze znana. Wraz z eksplozją psychedelii i kontrkultury odkryte zostały kosmiczne wymiary świadomości, a wkrótce także mroki duszy i tanie dreszcze, inspirowane w dużej mierze niskobudżetowymi horrorami i średniowiecznymi legendami. Poznajcie 11 mniej lub bardziej znanych kawałków o Szatanie nagranych w złotym okresie muzyki gitarowej!

1. Things To Come – Speak of The Devil

Ta wybitnie nieznana kapela garażowa pochodziła z Long Beach w Kalifornii i swoją karierę zakończyła na jednej siódemce wydanej w 1966 przez niewielką Starfire Records, ale za to jakiej! Speak of The Devil to strona B singla, na której dziki, sfuzzowany garaż tańczy kwasowe pogo w takt trzeszczących organów wyraźnie inspirowanych blues rockowym stylem Them czy Rolling Stones. Ta acid punkowa perła to jednocześnie pierwszy znany hymn dla Szatana w muzyce rockowej, który czeka na skwaszonego młodzieńca przy złotym stole. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć!

2. Crazy World of Arthur Brown – Devil’s Grip

W połowie 1967 Arthur Brown wraz z zespołem podpisał dzięki wstawiennictwu Petera Townshenda kontrakt z wytwórnią Track Records, która była prowadzona przez managerów The Who, Kita Lamberta i Chrisa Stampa. Pierwszym singlem 7″ debiutującego zespołu stał się Devil’s Grip/Give Him a Flower, którego strona A wprowadziła satanistyczną symbolikę do brytyjskiej muzyki rockowej. Kwaśne organowe riffy mieszają się tu z dramatycznym crescendo wokalnym Browna, który jako pierwszy na Starym Kontynencie eksploruje duchowy wymiar mroku w bardzo wymownym tekście o tym, jak Szatan chwycił go za rękę!

3. The Rolling Stones – Sympathy For The Devil

Prawdopodobnie najsłynniejszy kawałek o Szatanie znany przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nie był jednak pierwszym w muzyce brytyjskiej (patrz wyżej). Numer pojawił się po raz pierwszy na płycie Beggar’s Banquet (1968) i został napisany przez Jaggera po przeczytaniu Mistrza i Małgorzaty, która została mu podarowana przez Marianne Faithfull. Cały zespół był w tym czasie pod wielkim wpływem okultysty i filmowca Kennetha Angera, a sam kawałek nosi ślady fascynacji afrykańskimi rytmami. Jagger nigdy nie przyznał się jednak do fascynacji satanizmem, a Sympathy For The Devil nie był wcale grany podczas zabójstwa Mereditha Huntera przez Hell’s Angels w Altamont, co stało się jednym z najbardziej popularnych mitów muzyki rockowej.

4. The Gun – Race with The Devil

The Gun byli brytyjskim power trio, które zostało utworzone na gruncie wcześniejszego projektu The Knack pod koniec 1966. Zespół nagrał dwa albumy, by rozpaść się w 1970, ale do historii przeszedł proto-metalowym hitem Race with The Devil, który przebił się do pierwszej dziesiątki największych hitów w Wielkiej Brytani pod koniec 1968. Numer zawiera szaloną solówkę gitarową z hendrixowskim vibrato i chwytliwy tekst, śpiewany z żarliwą, rock’n’rollową pasją. Warto też zwrócić uwagę na rewelacyjną sekcję dętą w stylu The Electric Flag. Być może jeden z najciekawszych kawałków hard rockowych dekady!

5. Black Widow – Come to the Sabbat

Okultystyczny lans końca lat ’60 skusił również czarodziejów-rockmanów z Black Widow, których największym hitem stał się numer Come to the Sabbat. Jego hipnotyczna siła tkwi w połączeniu rytualnych zaśpiewów, prostego rytmu i folkowego fletu. Z czasem atmosfera się zagęszcza, aż do finału w którym zespół ogarnia dionizyjska mania! Mimo dobrej sprzedaży singla stacje radiowe odmówiły puszczania Come to the Sabbat ze względu na kontrowersyjny tekst. Koncerty grupy ściągnęły też uwagę policji. Kres marzeniom o wielkiej karierze położyło odwołanie trasy po USA ze względu na dewocyjną nagonkę, jaka narosła po zbrodni dokonanej przez Rodzinę Mansona.

6. Coven – Pact With Lucifer

W Pact With Lucifer kwas napędzający psychedeliczne kapelki z Zachodniego Wybrzeża nabrał wyraźnego, siarkowego posmaku. Ale Coven pewnie nie zaistnieliby nigdy w pamięci szerszego grona odbiorców, gdyby nie Jinx Dawson, która brzmi jak Janis Joplin krocząca Ścieżką Lewej Ręki. To właśnie jej ostry, opętany wokal w połączeniu z satanistyczną tematyką tekstów, nadał mrocznego tonu Pact With Lucifer, który w innym wypadku mógłby równie dobrze trafić na Cheap Thrills. Dzisiaj słucha się tego numeru raczej z uśmiechem na ustach.

7. The Grateful Dead – Friend of The Devil

Friend of The Devil był jednym z numerów, który zrodził się w głowie Roberta Huntera (legendarnego tekściarza The Grateful Dead), gdy grał on na basie w New Riders of The Purple Sage – pobocznym projekcie Jerry’ego Garcii. Zespół zagrał nowy kawałek po raz pierwszy w lutym 1970, niedługo przed wydaniem Workingman’s Dead, który znaczył odwrót pionierów rocka psychedelicznego od kwasowych improwizacji w stronę melancholijnej Americany, bluegrass i country rocka. Numer ten jest rewitalizacją starej bluesowej legendy o przymierzu diabła-trickstera z bezdomnym muzykiem.

8. Black Sabbath – Black Sabbath

Co prawda to nie Black Sabbath jako pierwsi poruszyli satanistyczną tematykę w swoich utworach,  lecz to właśnie Ozzy’emu i spółce najwcześniej udało się przekuć diabelską grozę w zawodzące, walcowate riffy. Mimo całej innowacyjności brzmieniowej, legendarny numer Black Sabbath był oparty na prostej, bluesowej pentatonice, która w rękach Iommiego sięgnęła piekielnych alikwotów. Za sprawą tego kawałka historia zatoczyła krąg, wracając na rozdroże, na którym Robert Johnson zawarł pakt z diabłem. Tym razem jednak umowa pozwoliła jej sygnatariuszom podbić cały świat.

9. Bulbous Creation – Satan

Prawie nic nie wiadomo o tym ciężkim, hard rockowym strzale, poza tym że zespół pochodził z amerykańskiego stanu Missouri i nagrał swój jedyny album You Won’t Rememeber Dying na początku 1970 w obskurnym studiu Cavern Sound. Satan jest jednym z wolniejszych, proto-doomowych kawałków na płycie, której słucha się generalnie jak spotkania Cream z Blue Cheer, czy też lżejszej wersji Black Sabbath. Przesterowana gitara nawiązuje wyraźny dialog z bluesową przeszłością rocka, a dość oryginalny, lekko zachrypnięty wokal zabiera nas w podróż z Szatanem, który pojawia się tu bardziej w formie upadłego anioła.

10. Lucifer’s Friend – Lucifer’s Friend

Lucifer’s Friend to kultowa grupa w kręgu fanów hard rocka i wczesnego doom metalu, utworzona w 1970 w Niemczech z Anglikiem Johnem Lawtonem na wokalu, który w 1976 dołączył do znacznie lepiej znanych Uriah Heep. Tytułowy kawałek Lucifer’s Friend pochodzi z debiutanckiego krążka grupy wydanego przez Vertigo Records (stajnię, w której wydawali także Black Sabbath) i jest prawdziwą eksplozją muzycznej energii z przejmującym do szpiku kości tenorem Lawtona, dziką gitarą i gotyckimi organami gdzieś w tle. Kawałek operuje ciekawymi zmianami tempa w ramach progowo-metalowej aranżacji i ciekawą wizją Szatana jako gościa pukającego w szybkę, który ulatnia się w mroku nocy.

11. Astaroth – Satanispiritus

Tak naprawdę nikt nie wie, kiedy legendarna kapela Astaroth z Motor City wydała swój jedyny singiel 7″, jako że do dnia dzisiejszego zachowała się absurdalnie niska liczba kopii i żadna nie zawiera wskazówek. Jedni twierdzą, że był to 1968, a drudzy że początek lat ’70, ale chropowate, proto-punkowe brzmienie zdaje się potwierdzać tę drugą wersję. Satanispiritus to garażowy numer z porządnym pierdolnięciem, który z furią gitarowego przesteru ewokuje glorię Pana Ciemności. On się zbliża! Jest tuż tuż!

Conradino Beb / Jakub Gleń

Niełatwe są drogi black metalu… ale chrześcijańskiej odmiany nie rozumie nikt

Jak wszystkie gatunki muzyczne także black metal ma swoje podgatunki: nazi black metal, viking metal, troll metal i chrześcijański black metal… jak dyktuje nam narrator we wstępie. Problem w tym, że zatwardziali muzycy-szatanowcy nie pojmują tego ostatniego i pocą się próbując go zrozumieć. Wyborne miny, brawurowe odpowiedzi, masa zabawy!

Vegan Black Metal Chef pomoże ci ugotować smaczne dania z pomocą pentagramu i topora!

Vegan-Black-Metal-Chef

Mijają dwa lata od kiedy Brian Manowitz aka. Vegan Black Metal Chef storpedował YouTube’a autorskim przepisem na wegańskie Pad Thai, który dobił do miliona odsłon w tak szybkim tempie, że zaskoczyło to samego twórcę. Sukces kucharza, łączącego black metalowy kult szatana z promowaniem wegańskiej diety, ma swoje korzenie w bezpardonowym poczuciu humoru i misji kulinarnej.

Jak twierdzi Brian w wywiadzie dla portalu kulinarnego Chow: Moim głównym zadaniem było uczenie fantastycznej kuchni wegańskiej oraz robienie fantastycznej muzyki i jeśli te dwie rzeczy będą ze sobą współgrały, mój program będzie odnosił sukcesy. Podchodzę bardzo poważnie do black metalu od strony muzycznej, ale jeśli nie potrafisz dostrzec tu humoru, musisz trochę wrzucić na luz.

Wywiad z Brianem zrealizowany przez ABC News

A żeby naprawdę docenić talent wegańskiego chefa black metalowego, należy posiadać minimalną dawkę poczucia humoru, gdyż Brian tnie pomidorki mrocznym sztyletem, łupie orzeszki średniowiecznym toporem i przyrządza puree z ziemniaków z pomocą zabójczego buzdyganu. Wszystko zaś w takt nieświętego black metalu i szatańskich litanii – śpiewanych wskazówek dla gotujących.

W istocie nasz kucharz gra w dwóch zespołach: Forever Dawn – reprezentującym norweskie korzenie i Fields Of Grass – bardziej eksperymentalnym. A wszystko dzieje się na Florydzie, w słonecznym sercu Stanów Zjednoczonych, choć nasz chef przygotowuje swoje programy w środku piekielnej nocy, by potem poświęcić wiele dni na skomponowanie muzyki i zmiksowanie materiału.

I choć na pierwszy rzut oka Brian prezentuje się w swoim programie jak kolega chłopaków z Immortal czy Dimmu Borgir – których osobiście bardzo lubi – skórę zastąpił winylową zbroją, by nie łamać wegańskich ideałów. Niemniej, każde danie zostaje poświęcone szatanowi, gdyż cięcie i mieszanie składników odbywa się na czarnej desce z odwróconym pentagramem, bez którego nie ma mowy o black metalu.

Jeśli chcecie łyknąć nieco informacji na temat kuchni wegańskiej, a lubicie przy tym chłód norweskich gitar, obejrzenie przynajmniej jednego klipu Vegan Black Metal Chefa jest dla was nieświętym obowiązkiem. Możecie też odwiedzić stronę Briana, a nawet kupić DVD z całym sezonem przygód kulinarnych. Niech żyją fasolki, miecze i wiatry północy!

Najnowszy odcinek programu – Green Bean Holocaust

Conradino Beb

Nudyści, pornografia i pokłony dla Szatana – drogi kinowej eksploatacji mroku i cielesności

pan_i_koza
Pan i koza / starożytny Rzym

 Mimo że krytycy erotyzmu w kulturze, stojący na gruncie obyczajowego konserwatyzmu, najchętniej zepchnęliby aktywność człowieka do sfery pracy, religii i rozmnażania się, powodowani religijną schizofrenią, która wyklucza pozytywność cielesnej ekstazy czyniąc z niej narzędzie grzechu, winy i wstydu, nawet oni nie są w stanie zakopać długiej tradycji kultury zachodniej, która gloryfikowała ludzką nagość i potencję seksualną już w czasach starożytnych.

To właśnie w sztuce antycznej Grecji i Rzymu należy upatrywać korzeni nowożytnego odrodzenia erotyki, pornografii i ogólnej eksploatacji wątków seksualnych. Niemal wymazane przez nienawistny Kościół Katolicki w okresie Średniowiecza, nawiedziły one ponownie europejską świadomość w czasach Renesansu, kiedy artyści tj. Giulio Romano postanowili skupić się na przywróceniu obrazów naturalnej seksualności człowieka.

Od Priapusa do Adwokata diabła

Połączenie analizy wykopalisk archeologicznych, poezji i zapisów kronikarskich na temat kultury starożytnego Rzymu daje nam dość wiarygodne wyobrażenie seksualności mieszkańców Imperium. Szczególna zasługa przypada tu oczywiście Pompejom, które zachowane w całości znacznie posunęły naprzód badania historyków kultury nad życiem codziennym wszystkich warstw społecznych Rzymu. Jedną z najbardziej fascynujących aktywności, na które udało się dzięki temu rzucić więcej światła, jest sex. Niemal perfekcyjnie zachowane burdele rzymskie w Pompejach pokazują wyraźnie, że erotyzm silnie przenikał życie Rzymian – starożytna pornografia łączyła się swobodnie ze sztuką sakralną, jeśli te dwie sfery w ogóle były od siebie oddzielone.

Boskim źródłem erotyzmu i potencji był w starożytnym Rzymie Priapus, przedstawiany zwykle jako karzeł z wielkim członkiem w stanie erekcji. Priapiczne amulety w formie penisów ze skrzydłami były przez mieszkańców Imperium noszone na szyi jako wisiorki, które miały odpędzać złe czy też zawistne oko. Moc Priapusa nie ograniczała się jednak tylko do świątyń, wizerunki fallusa znaleziono bowiem w Pompejach i innych miastach rzymskich (nawet na terenie dzisiejszej Wielkiej Brytanii) w sklepach, na rogach ulic oraz nomen omen w burdelach.

Te stanowią zaś często prawdziwe światynie antycznej pornografii z wizerunkami kopulujących par, seksu oralnego, sodomii i hasłami w formie graffiti typu: „Tu Harpocras poruchał sobie konkretnie za denara.” (pisownia oryginalna, napis zachowany w Pompejach). Te ostatnie stanowiły prawdopodobnie źródło chluby właścicieli domów rozpusty służąc również jako zachęta dla nowych klientów.

Wraz z upadkiem Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w V w. n. e. i przejęciem rządu dusz przez dynamicznie rosnący od soboru w Konstantynopolu Kościół Katolicki, zaczął się bezlitosny proces niszczenia kultury rzymskiej. W ogień poszły pisma filozoficzne, poezja, kroniki, a figury bogów potrzaskano w drzazgi.

Mimo tego, kler musiał zaakceptować wiele z pogańskich zwyczajów tj. wypiekanie chleba fallicznego (który chrzczono teraz krzyżem), daty przesileń słonecznych i zrównań dnia z nocą (na które naniesono chrześcijańskie uroczystości), a nawet samą ikonografię (najlepszym przykładem jest wizerunek Matki Boskiej z dzieciątkiem, który przewędrował z Egiptu). Jednak pogańską pasję do sexu szybko wypędzono z nowego porzadku dziejów, a z bogów tj. Pan czy Priapus uczyniono demony, sługi Lucyfera. Nie mogąc się ich pozbyć ze zbiorowej podświadomości, zmieniono po prostu ich wartościowanie.

Biblia, na której całkowicie oparła się średniowieczna kultura, ukazuje sex niemal wyłącznie w kontekście negatywnym. I choć Chrześcijaństwo jest teoretycznie religią monistyczną, w praktyce szybko pojawiły się w nim elementy krypto manichejskie, dualistyczne, za sprawą stopienia się religii z polityką. Obrócenie go w teokratyczne narzędzie sprawowania władzy nad kulturą automatycznie wyniosło na wierzch wątki militarystyczne, represyjne i porządkowe, tworząc agresywną dychotomię pomiędzy naukami Jezusa, a imperialistyczną praxis.

Był on teraz używany do błogosławienia kopii i mieczy, które były z kolei używane przeciwko heretykom, poganom i innowiercom. Związek religii z militaryzmem jeszcze lepiej widać w ortodoksyjnym Islamie, który każdą walkę militarną niemal natychmiast sankcjonuje jako zmaganie duchowe, co jest zresztą pierwotnym znaczeniem słowa dżihad.

Katolicka walka z Szatanem jest wprawdzie przez teologów pojmowana jako zmaganie z duchowym złem, ale średniowieczna sensualność nie była jej w stanie oddzielić od oglądania się za ramię w lesie. Pogaństwo było przede wszystkim poczuciem wszechobecności natury w postaci setki realnych sił, które są dostrzegalne i odczuwalne na każdym kroku. Tego Chrześcijaństwo nie było w stanie zmienić, zamiast tego dokonano więc tabuizacji samej natury budując z roku na rok coraz większy strach przed nią w prostym ludzie.

Była to w zasadzie memetyczna bariera przed pewnym rodzajem aktywności, przed pewnymi roślinami, zwierzętami czy miejscami. Sex i Szatan utworzyli wkrótce nierozdzielną parą, ale nawet tutaj Kościół musiał zaakceptować stare, rzymskie wyobrażenie Pana – pół kozła, pół człowieka, bożka z rogami, racicami i brodą, obdarzonego niepohamowaną hucią. W wersji chrześcijańskiej Pan stał się jednak Księciem Ciemności, złowrogim niszczycielem porządku, patronem czarownic i mistrzem czarnej magii.

Perfidne wrzucenie do jednego worka przez Kościół erotyzmu z satanizmem, bestialstwem i czarownictwem udało się tak idealnie, że kilkaset lat później boleśnie ugryzło kler w tyłek. W 1922 roku czarno-biały, niemy film Czarownice wykorzystał tę samą ikonografię w odmalowaniu wizji sabatu czarownic osadzając w jego centrum Szatana z głową kozła tym samym czyniąc z niej pole eksploatacji artystycznej i kulturowej.

Jednak dopiero horrory sataniczne lat ’60 i ’70, zainspirowane m.in. współczesnym satanizmem Antona Szandora LaVeya – który postanowił  konsekwentnie wykorzystać średniowieczną mitologię reinterpretując ją na kontrkulturową, transgresyjną modłę ze szczyptą popkulturowych inspiracji – odkryły żywy potencjał rynkowy katolickiego strachu przed Złem i ruszyły do zmasowanego ataku na portfele głodnych wrażeń widzów.

Sukces był murowany, gdyż horrory te eksploatowały wyobrażenia, kultywowane w zbiorowej podświadomości przez setki lat, które dla wielu ludzi były czymś więcej niż sprawą wiary, były wymierną rzeczywistością! W nawałnicy Szatana, wylewającego się z każdego kina, Kościół Katolicki musiał zareagować i został w końcu paradoksalnie zmuszony do krytyki zasianych przez siebie setki lat wcześniej wyobrażeń. W terminologii insajderskiej można określić to jako próbę obezwładnienia zmontowanej własnoręcznie bomby PR-owej.

Sugestywność filmów tj. Egzorcysta Friedkina, AntyChryst De Martino, czy Opętanie Żuławskiego, stała się jednak szybko zbyt wielką siłą do obezwładnienia nawet przez doświadczonych, watykańskich PR-owców, którzy koniec końców ścisnęli pośladki i postanowili wyjść z modnym hasłem: „Szatan istnieje i ma się lepiej niż kiedykolwiek!” W efekcie siła filmowych egzorcystów wylała się w końcu z ekranu i Watykan produkuje ich dzisiaj więcej niż kiedykolwiek, głównie do walki z opętaniami w Polsce i we Włoszech.

Konsekwentnie, z czasem, do sztandarowej walki z Szatanem dorzucono także hasła walki z singlami, gejami, neopoganami, ateistami i buddystami, pracującymi dla wielkich korporacji, których wartości siłą rzeczy stoją w opozycji do modlenia się, wspomagania finansowego Kościoła i płodzenia nowych wyznawców.

Dzisiejszy Szatan miałby więc oficjalnie garnitur, pracował dla wielkiej korporacji, zarabiał dużo kasy, wciągał koks w weekendy, uprawiał sex tylko dla przyjemności i za żadne skarby nie chciał wstępować w związek małżeński. Te świeże przetasowania w socjotechnicznej mitologii propagandowej Watykanu idą przy tym łeb w łeb z popularnymi obrazami filmowymi, które w kulturze współczesnej pełnią główną rolę mitotwórczą. Nic nie może się równać z wdrukami, wpełzającymi do twojego mózgu w intymnej ciemności kina.

adwokat diabla
Al Pacino w „Adwokacie diabła”

Wypisz, wymaluj, idealnym nowym Rogatym jest korporacyjny władca życia i śmierci, grany przez Ala Pacino w Adwokacie diabła. Obraz Szatana jako bezbożnego prawnika, jako ateistycznego managera, jako kapitalistycznego pracownika biurowego, idealnie rezonuje z oficjalną ideologią Kościoła Katolickiego o cywilizacji śmierci, w której na każdym kroku marnowana jest przez materialistów święta sperma, a Jezus Chrystus płacze, gdy ujarany i nawalony spuszczasz się kochance na plecy.

Co mnie jednak dziwi, to że Watykan, siedzący na górze pieniędzy, nie postanowił zainwestować jeszcze we własną wytwórnię filmową, by aktywnie zmieniać, naginać i promować własny wizerunek zła, dobra, grzechu, kary, winy, wstydu, piekła, nieba, nagrody, odwagi i strachu. Jeśli Kościół w istocie jest tak zaniepokojony ostatnimi manifestacjami Księcia Ciemności w popkulturze, jak twierdzi, a stare metody prania mózgu już nie działają tak dobrze, jak kiedyś, dlaczego nie pójść z duchem czasów i nie programować po swojemu: filmami, jak robią to wszyscy? Telewizja Trwam i Andrzej Wajda mogą na dłuższą metę nie wystarczyć…

Pornografia, przemoc i nudyści

Eksplodujący we Włoszech Renesans przynosi nagły powrót zainteresowania sztuką antyczną wśród architektów, malarzy i rzeźbiarzy, którzy po niemal tysiącu lat bycia skazanymi na ciągłą interpretację motywów biblijnych, nagle odkrywają wielbione przez Rzymian piękno ludzkiego ciała wraz ze wszystkimi jego naturalnymi przymiotami.

A ciepły klimat Włoch – gdzie po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego germańscy Goci i Wandale zaczęli się swobodnie mieszać z rodzimą ludnością romańską – od zawsze zachęcała do poszukiwania cielesnej przyjemności. Ruiny siedzib i światyń dawnych władców Półwyspu Apenińskiego, jak nigdzie indziej, ułatwiają zaś artystyczną archeologię i odchodzenie od rygorystycznych, gotyckich wzorców tak popularnych na północy Europy. Wraz z pięknem ludzkiego ciała powróca też w końcu sex i erotyka, a obok nich rodzi się magia ceremonialna i alchemia.

Pierwszym dziełem renesansowym o charakterze erotyczno-pornograficznym staje się książka I modi (Le 16 posizioni), stworzona przez rysownika Marcantonia Raimondiego na podstawie 16 obrazów erotycznych, namalowanych przez Giulia Romana na zlecenia Federica II, który chciał nimi ozdobić swój Palazzo del Te w Mantovie (Lombardia).

Książka zostaje wydana w 1524 roku, lecz niemal natychmiast wpada w ręce papieża Klemensa VII, który konwiskuje cały nakład, pali go doszczętnie, a samego Raimondiego osadza w więzieniu. Kolejny nakład dzieła, zawierający również poezję Pietra Aretina, zostaje wydany trzy lata później, ale wkrótce spotyka go ten sam los. Raimondi ucieka wprawdzie z więzienia, ale musi się ukrywać do końca życia. Układ i treść dzieła poznajemy dzięki weneckiemu wydaniu z 1550, odkrytemu dopiero w 1920 roku.

achilles_i_bryzeida
16 pozycji / Achilles i Bryzeida

16 pozycji to w istocie erotyczna reinterpretacja wątków, pochodzących z mitologii grecko-rzymskiej i historii antycznej, wśród których znajdujemy m.in. przedstawienie zatytułowane Satyr i nimfa (nr 4) czy Mars i Wenera (nr 7). Niektóre z nich to typowe dla Renesansu, piękne, anatomiczne szkice, jedynie lekko erotyzujące, ale inne pokazują akt seksualny w całej jego oczywistości, z realistycznym członkiem w stanie erekcji i rozwartą waginą. Prekursorski styl spółki Raimondi i Romano ewoluuje w zasadzie niewiele przez następnych 400 lat, a do lamusa odchodzi dopiero wraz z wynalezieniem dagerotypu w 1835 i szybkim rozpowszechnieniem się zdjęć pornograficznych.

Co zdumiewające, to fakt, że wraz z pojawieniem się rynku nowej technologii, natychmiast wykorzystano ją do fotografowania nagiego ciała ludzkiego – pierwsze znane zdjęcia rozbierane pochodzą z 1835, a więc proces był ekspresowy. I mimo że erotyczne fotki krążyły jeszcze przez 100 lat wyłącznie w nieoficjalnym obiegu, droga do współczesnej pornografii została szeroko otwarta.

A powstanie oficjalnego obiegu uniemożliwiły ustawy, wymierzone w publikowanie erotyki tj. brytyjska Obscene Publications Act z 1857, czyniąca z procederu prawdziwe przestępstwo. „W Polsce” również zwalczano w tym czasie obsceniczność, jak wszędzie indziej. Na drodze pornografii stała jednak jeszcze inna sprawa: prawo rynku! Cena pornograficznych fotografii była początkowo wyższa niż wizyta w burdelu, tak więc krążyły one głównie w środowisku artystokratów i bogatych mieszczan, którzy mogli sobie na nie pozwolić.

W drugiej połowie XIX w. koszty odbitek z negatywu gwałtownie jednak spadły z powodu wynalezienia nowych technologii fotograficznych. To przyśpieszyło trend, jak też pozwoliło przeskoczyć z łagodnej erotyki, ukazującej samotnych nagich mężczyzn lub kobiety do pornografii z regularnym aktem seksualnym na pierwszym planie, zarówno klasycznym, jak i grupowym. Zdjęcia stały się też w końcu popularnym towarem, sprzedawanym w burdelach, salonach fotograficznych, jak i na rogach ulic. I mimo że ich rozpowszechnianie wciąż było nielegalne w większości krajów europejskich, stawały się one powoli normalną częścią kultury. Gdy Bracia Lumier wynaleźli jednak swój słynny kinematograf w 1895, pornografia zyskała medium, które miało się okazać dla niej przełomowe. Niemal natychmiast powstał film pornograficzny!

Pomimo że historycy kultury i seksuolodzy są pewni, iż pierwsze filmy pokazujące sex, zostały nakręcone jeszcze przed końcem XIX w. – znany jest np. tytuł Le Coucher De La Marie (1896) – do dnia dzisiejszego nie zachowały się niestety żadne przykłady. Znane jako stag movies lub blue movies, były wyświetlane głównie w burdelach na rozgrzanie dla klientów lub też w prywatnych rezydencjach dla ciekawskiej elity.

Ich długość nie przekraczała 15 minut i grały w nich głównie anonimowe prostytutki oraz ucharakteryzowani mężczyźni. Pierwszym zachowanym przykładem wczesnej pornografii filmowej jest argentyński obraz El Sartario, datowany na 1907. Film pokazuje trzy kobiety w kąpieli, które uprawiają sex grupowy. Jedna z nich zostaje następnie porwana przez diabła, z którym uprawia sex oralny, by przejść do pozycji 69 i w końcu klasycznej misjonarki. Wg wielu badaczy, w Buenos Aires tego czasu kwitł pierwszy, zorganizowany przemysł pornograficzny, którego produkty eksportowano głównie do USA.

Pierwszym, znanym, amerykańskim filmem pornograficznym jest Darmowa przejażdżka (A Free Ride aka. Grass Sandwich), datowana na 1915-1919. Aktorzy i reżyser pozostają anonimowi, jak też sama lokacja, gdzie nakręcono film. W tym dobrze przeanalizowanym klasyku kierowca podwozi dwie młode kobiety, z którymi jest w końcu zmuszony odbyć sex w plenerze po dwóch wojerystycznych scenach, w których bohaterowie obserwują się wzajemnie podczas oddawania moczu w trawę.

Biznes pornograficzny w USA miał zakwitnąć na dobre w latach ’20, kiedy obwoźni handlarze dostarczali taśmy bezpośrednio od producenta do klientów, którymi oprócz właścicieli burdeli były bractwa studenckie lub kluby dla gentlemanów. Ich koszt był w tym czasie dość wysoki, dlatego roczna ilość tytułów pozostawała ograniczona, choć czarny rynek był raczej chłonny i głodny nowych produktów.

wiktorianska_erotyka
Erotyczne zdjęcie z XIX w.

Stag movies, pomimo że bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych, nie były w stanie wyjść z podziemia aż do końca lat ’60, gdyż prawo przeciwko obsceniczności skutecznie blokowało wszelkie próby publicznego wyświetlania filmów pokazujących faktyczny sex! Po II Wojnie Światowej wielu pornograficznych reżyserów przeszło na kamerę 8 mm, a zwiększająca się dostępność projektorów, pozwalajacych wyświetlać format, poszerzyła nieco rynek.

Była to jednak wciąż kropla w morzu w stosunku do kanałów dystrybucji, którymi dysponowała gigantyczna machina Hollywood. Pornografia filmowa, nie ewoluuowała także ani trochę od momentu swojego powstania aż do wczesnych lat ’70 pozostając w dużej mierze indywidualnym, podziemnym fenomenem bez wspomagającej ją sceny czy środowiska krytyków, specjalizujących się w  oglądaniu tego konkretnego gatunku. W powojennej Polsce pornografia nie istniała przy tym z oczywistych względów.

Mimo że słynny Kod Hayesa (znany także jako Motion Picture Production Code) podciął skrzydła produkcjom Hollywood w purytańskich latach ’30 wykluczając pokazywanie w nich nagości, a tym bardziej sexu, jego normy były omijane przez małych producentów i reżyserów, którzy w tym samym czasie wykorzystywali nośne, tabloidowe tematy popularnych gazet, produkowanych przez imperium W. R. Hearsta i obracali je w czystą, filmową eksploatację.

Po sukcesie klasycznego Traffic in Souls (1913), obrazującego przymusową prostytucję szwedzkich imigrantek w Nowym Jorku, mali producenci zdali sobie sprawę, że sensacjonalizm jest kluczem do wyobraźni widzów, gwarantującym duże wpływy z biletów. A najbardziej emocjonującym tematem ze wszystkich pozostawał ponownie sex!

Narodziny i szybkie rozprzestrzenienie się kinowej seksploatacji (sexploitation) było o tyle łatwe, że Hollywood nie mógł konkurować w tej półce ze względów moralnych, a twarda pornografia ze względów prawnych. Kino eksploatacji poniosło zatem pałeczkę oferując publice treści, których nie można było zobaczyć nigdzie indziej w oficjalnym obiegu.

W namiotach rozstawianych na kilka wieczorów pojawiały się filmy tj. Modern Motherhood, Sins Of Love czy Because Of Eve, które śledziły fatalne konsekwencje sterylizacji, aborcji, prostytucji czy samej aktywności seksualnej pod płaszczykiem filmu edukacyjnego. Kilka linijek, wyjaśniających widzom smutny koniec, czekajacy bohaterów angażujących się w pewne zachowania, wystarczał cenzorom, jak też usprawiedliwiał pokazywanie nagości na ekranie, która nigdy nie mogłyby zostać wyeksploatowana przez kino hollywoodzkie.

W ten sposób sexploitation jako podgatunek kina eksploatacji mógł się rozwijać przez lata ’30 i ’40 w Stanach Zjednoczonych, kiedy II Wojna Światowa nagle stała się znacznie ważniejsza od walki z obscenicznością, a burleska i pisma erotyczne były postrzegane jako ważny element, wspomagający morale żołnierzy na froncie. To z kolei doprowadziło do powojennego boomu na grindhouses, czyli męskie lokale pokazujące burleskę i striptiz, w których coraz częściej gościły tzw. beaver movies, stanowiące kompromis pomiędzy narracyjnym sexploitation, a twardą pornografią.

Pierwsze beaver movies to zwyczajne zapisy rozbierających się gwiazd burleski, które następnie były dystrybuowane wszędzie tam, gdzie można było zarobić na nich jakieś pieniądze. Później sceny rozbierane były jednak inscenizowane przez samych reżyserów, co w końcu doprowadziło do przejścia od formuły prostego striptizu do filmu nudystycznego na początku lat ’50, gdzie zwyczajnie można było zobaczyć jeszcze więcej nagich ciał.

Jednym z najbardziej znanych filmów nudystycznych tego okresu jest nakręcony w kolorze Garden of Eden (1954) w reż. Maxa Nossecka, skupiający się na losach młodej wdówki Susan Lattimore, która po śmierci męża ucieka przed okrutnym teściem do obozu dla nudystów wraz ze swoją 6-letnią córką. Film obywa się bez intrygi, ale zawiera mnóstwo rozbieranych sekwencji, jak chociażby kultowa gra nudystów w siatkówkę. Garden of Eden przeszedł do historii głównie z tego powodu, iż reżyserowi wytoczono proces o obsceniczność, który ten wygrał, gdyż sąd orzekł w 1955, iż pokazywanie nagiego ciała w filmie nie jest obsceniczne, jeśli nie towarzyszy temu sam akt miłosny. To otworzyło z kolei furtkę filmowi nudystycznemu jako podgatunkowi, który kontynuował swoją karierą aż do początku lat ’60, kiedy został wyparty przez narracyjne nudie-cuties.

Rewolucja ta stała się zasługą innego kultowego twórcy – Russa Meyera, który w 1959 wyreżyserował swoją pierwszą samodzielną komedię nudystyczną Niemoralny pan Teas z głównym bohaterem, domokrążcą, który czy chce, czy nie, wszędzie gdzie nie wejdzie widzi rozebrane kobiety. Zasługa Meyera polegała generalnie na tym, że w swoim debiucie postawił na fabułę, która wcześniej – jakkolwiek to nie zabrzmi – nie była nawet rozważana przez reżyserów nudystycznych jako ważny element filmowy.

Meyer kontynuował robienie swoich nudie-cuties z czterema innymi filmami: Eve and the Handyman (1961), Erotica (1961), Wild Gals of the Naked West (1962) oraz Heavenly Bodies! (1963), po których, jak kilku innych twórców, podążył ścieżką wyznaczoną przez roughies.

immoral_mr_teas
Scena z filmu „Niemoralny pan Teas” (1959)

Za pierwsze roughie jest uznawany film Gordona Herschella Lewisa i Davida F. Friedmana pt. Scum of the Earth (1964), który wraz innymi seksploatacyjnymi dziełami, wypuszczonymi na ekrany w tym samym roku tj. Olga’s House of Shame w reż. Doris Wishman czy Olga’s Girls w reż. Josepha P. Mawry, wyznaczył kierunek rozwoju sexploitation na następne cztery lata. Roughies w przeciwieństwie do nudie-cuties, podkreślających niewinność nagości i eksploatujących wojeryzm, starających się zabrać widza poza chrześcijańskie memy wstydu i winy, eksplorowały walkę płci oraz przemoc towarzyszącą seksowi będąc również pierwszym, masowym wyrazem rozwijającej się kultury fetyszystycznej.

Nie mogąc pokazywać samego seksu, filmy te uczyniły przedmiotem obserwacji jego substytut – przemoc, która zajmując przeciwny biegun skali, posiada jednak podobne napięcie emocjonalne. Konsekwentnie, roughies ukazują nagość w połączenie z tragedią uzależnienia od heroiny, orgiami marihuanowymi czy lochami, torturami i perwersyjnymi kostiumami, niemal zawsze w czerni i bieli.

Roughies stały się szybko bardzo zyskownymi produktami, pokazywanymi we wszystkich dużych miastach Stanów Zjednoczonych, w dzielnicach obfitujących w grindhouses – w tym okresie już lokale kinowe – tj. słynna 42-ga ulica w Nowym Jorku. Na pokład wskoczył też szybko sam Russ Meyer, który z kieszeniami pełnymi dolarów, zarobionych na swoich zabawnych nudie-cuties, był teraz w stanie realizować filmy z prawdziwego zdarzenia.

Na terytorium roughie Meyer wkroczył wraz z filmem Lorna (1964), który był znacznie łagodniejszy niż większość nowojorskich produkcji, niemniej stanowił dalszy krok w zabarwianiu sexploitation ciekawą fabułą. Kultowe roughies Meyera znacznie różniły się jednak od większość grindhouse’owych produkcji dzięki genialnym scenariuszom, zawierającym elementy komiksowego feminizmu, dużą dawkę akcji i świetnie rozrysowane postaci głównych bohaterów. Należą do nich: Mudhoney (1965), Szybciej koteczku! Zabij! Zabij! (1965) oraz Motorpsycho! (1965). Ostatni z nich otwiera przy tym następny rozdział kina eksploatacji – film motocyklowy!

Także Russ Meyer dokonał ostatecznej hybrydy filmowej łącząc klasyczną pornografię, pokazującą wyłącznie sex, z narracyjnym sexploitation w formie podgatunku, który do historii przeszedł jako softcore (w przeciwieństwie do hardcore, oznaczającego w zasadzie wykorzystanie zbliżeń na członka i waginę w trakcie aktu miłosnego). Jego kultowy film Vixen! (1968) jest uznawany za pierwszy softcore wszech czasów!

Sam obraz nie ma w zasadzie nic wspólnego z pornografią, choć zawiera dużo nagości i sceny seksu bez zbliżeń, ale właśnie on otworzył drogę hardcore porno, jak też lirycznemu filmowi erotycznemu lat ’70. To słynne dzieło zawiera sceny miłości lesbijskiej, wątki niewierności małżeńskiej i kazirodztwa, które ślicznie wymieszane zostały z jadowitym, antysocjalistycznym pamfletem politycznym. I choć jego pokazy były pikietowane przez wszystkie organizacje chrześcijańskie w USA, Meyer zarobił na nim miliony.

Vixen! nigdy nie zostałby jednak stworzony, gdyby nie fundamentalne zmiany, jakie zaszły w obyczajowości amerykańskiej w okresie 1963-68. Okres ten charakteryzował się rewolucją w podejściu do ludzkiej seksualności, eksperymentowaniem z tożsamością – zarówno seksualną, społeczną, co i duchową – oraz odrzuceniem tradycyjnych, purytańskich wartości na skutek działań wszelkiej maści ruchów kontrkulturowych, niesionych na fali sprzeciwu wobec Wojny w Wietnamie, niekończących się kłamstw politycznych, a także zmian wywołanych przez środki psychedeliczne tj. LSD-25, meskalina, grzyby psylocybinowe czy powszechnie palona marihuana. Paradoksalnie, ani Russ Meyer, ani przemysł pornograficzny lat ’70 nie mieli nigdy nic wspólnego z ruchami lewicowymi, ani nową duchowością. Meyer wyrażał się krytycznie o Nowej Lewicy, a późniejsi pornografowie rekrutowali się zazwyczaj z typowych republikańskich rodzin.

Jeśli pod koniec lat ’60 doszło jednak do jakiegoś nieoficjalnego sojuszu, był to bardziej zbieg okoliczności i wynik ogólnego kierunku ewolucji kultury amerykańskiej, który mimowolnie zbliżył do siebie obydwa środowiska. Powrót do naturalnego stanu człowieka, tak silnie promowany przez yipisów i środowiska związane z Haight-Ashbury, dał jednak współczesnej kulturze pewien powszechnie dzisiaj znany fenomen natury społeczno-seksualnej – swingerów.

Słowo, jak i sama praktyka wymiany partnerów pochodzi wprost z anonimowej komuny hipisowskiej, zamieszkującej Haight-Ashbury w okresie 1967-68, która udziela wywiadu na temat swojego stylu życia w rzadkim dokumencie Revolution (1968). Swingerski styl życia rozpowszechnił się właśnie od niej, a rozwój kalifornijskiego przemysłu seksualno-erotycznego w latach ’70 pociągnął tylko temat dalej w świat.

Do prawdziwego przełomu miało jednak dojść cztery lata później, gdy na ekrany amerykańskich kina weszło legendarne Głębokie gardło w reż. Gerarda Damiano – film uznawany za pierwsze hardcore porno, dostępne w masowej dystrybucji i pierwszy film pornograficzny z prawdziwą fabułą. Mimo prób zamknięcia obiegu przez rząd federalny, Głębokie gardło było pokazywane bez przerwy we wszystkich amerykańskich drive-inach aż do końca lat ’70.

Film stał się także elementem przelotnego zjawiska porno ciekawości (porn chic), które skruszyło purytańską tamę i wyzwoliło zwykłą ludzką ciekawość, której nic nie było w stanie zatrzymać – oglądały go nawet 80-letnie babcie! Dodatkowo, film stał się także pierwszym przykładem inwestowania w pornografię przez włosko-amerykańską mafię, która zaszantażowała reżysera i przejęła kontrolę na jego dystrybucją, gdy zysk z biletów okazał się przechodzić wszelkie wyobrażenia.

Sukces Głębokiego gardła wykorzystała natychmiast masa amerykańskich filmowców, z których najbardziej obrotnymi okazali się słynni bracia Mitchell – w latach ’80 współpracował z nimi sam Hunter S. Thompson – którzy niemal natychmiast zaproponowali Amerykanom swoją własną, psychedeliczną wersję twardej pornografii w filmie Za zielonymi drzwiami. Główną rolę zagrała w nim modelka reklamowa Marilyn Chambers – jedna z najsłynniejszych gwiazd złotej ery filmów porno.

Przy okazji należy także zwrócić uwagę na wyjście z szafy pornografów gejowskich niemal rok przed wejściem na ekrany Głębokiego gardła, którzy zaproponowali masowej publice film Boys in the Sand (1971) – sam tytuł był parodią The Boys in the Band Williama Friedkina. Wyprodukowany za śmieszną sumę $8 tys. przez niejakiego Wakefielda Poole’a, przedstawiał życie erotyczne dwóch gejów w kurorcie na malowniczej Fire Island, gdzie marnotrawili swój czas na słodkiej penetracji.

devil_in_miss_jones_1973
Scena z filmu „The Devil in Miss Jones” (1973)

I choć masowe rozpowszechnianie hardcore porno w USA zostało uniemożliwione na skutek nowelizacji prawa przeciwko obsceniczności przez gabinet Richarda Nixona w 1973 (tuż przed jego rezygnacją po aferze Watergate), lata ’70 stały się znane jako złoty wiek porno. Setki początkujących reżyserów zwietrzyło w tym okresie łatwe pieniądze nosem i na ekrany zaczęły wchodzić rocznie tuziny nowych produkcji, a wśród nich takie klasyczne perełki, jak: The Devil in Miss Jones (1973), Score (1974), The Autobiography of a Flea (1976), The Opening of Misty Beethoven (1976), Candy Strippers (1978) czy Debbie Does Dallas (1978).

Dalszy rozwój hardcore umożliwiła rewolucja VHS i upowszechnienie się nośnika na początku lat ’80, co doprowadziło jednak do spadku jakości narracyjnej klasycznego porno. Wymiana pokoleniowa w tym okresie i wejście do biznesu młodych wilków – zainteresowanych trzaskaniem jeszcze szybszych i jeszcze tańszych obrazów, które można by natychmiast pakować i sprzedawać – sprawiła, że złoty wiek zmienił się w srebrny.

Jednak nośnik VHS został w końcu zdominowany przez media digitalne pod koniec lat ’90. Kamery cyfrowe umożliwiły produkowanie pornografii amatorom, praktycznie bez żadnych kosztów, a Internet stał się największą siecią dystrybucyjną w historii. Kolejnym wyzwaniem dla pornografii zdaje się obecnie zaprzęgnięcie do pracy technologii 3D, która wyniesie masturbację na zupełnie inny poziom! Czekamy!

Conradino Beb