Archiwa tagu: scena VHS

Szczury: Noc grozy! (1984)

rats_night_of_terror_vhs_ad_1984

Po wyniszczonych nuklearną wojną gruzach świata włóczą się niedobitki ocalałych ludzi. Jedna z grup pod wodzą Kurta (Ottaviano Dell’Acqua) trafia na laboratorium gdzieś pośród zgliszczy Manhattanu. Bohaterowie szybko orientują się, że trafili na prawdziwą oazę na post-apokaliptycznej pustyni i jedynym problemem okazują się zalegające wszędzie stada dziwnych szczurów.

Uważany przez wielu fanów kina za najlepszy film owianego legendą Włocha Bruna Mattei, Szczury: Noc grozy! jest sztandarowym przykładem kina trashowego z przypominającego kozaka półwyspu. Tak jak w produkowanych taśmowo na rynek VHS produkcjach, będących mniej lub bardziej zauważalnymi plagiatami amerykańskich filmów, także tutaj można odczuć silne wpływy Romero czy Carpentera.

Bezpieczna oaza szybko staje się pułapką bez wyjścia, z której bohaterowie, wyglądający jak rodem wyrwani z szalonego teledysku rock&rollowego, starają się wydostać możliwie w jednym kawałku. Jednocześnie Mattei serwuje nam garstkę ogranej psychologii, starając się pokazać jednostkę w stanie maksymalnego zagrożenia, ale widza nie da się niestety tak łatwo oszukać.

Szczury co prawda stanowią zagrożenie nie tylko w zbitej tłuszczy, bo atakują również pojedynczo twarz ofiary, jednak powiedzmy sobie szczerze, kto da się na to nabrać? Przerażeni czuć się mogą jedynie miłośnicy zwierząt, włochate kulki z błoniastymi ogonami giną na planie często i gęsto a w wielu scenach ucierpiały prawdziwe zwierzaki.

Choć wizja pogrążonej w popiołach Ziemi zredukowana jest tutaj do jednej przecznicy i systemu kilku pokoi, film posiada bardzo gęsty, mroczny klimat. Budowany jest on co prawda na śmiesznie taniej scenografii i nieco absurdalnej charakteryzacji postaci, ale w konfrontacji z sypiącymi się z każdej dziury zmutowanymi szczurami działa to zaskakująco dobrze!

Do tego wszystkiego przygrywa, starająca się wprowadzić widza w stan grozy, muzyka autorstwa Luigiego Ceccarelli, znanego ze współpracy przy innych projektach Mattei, czy z kolaboracji z innym rzeźnikiem włoskiego kina, Claudiem Fragasso. Fragasso w omawianej produkcji odegrał także rolę drugiego reżysera.

Znany z epatowania obskurnym gore, Włoch także tutaj nie szczędzi nam czerwonej farby. Choć gryzonie mordu dokonują przeważnie poza kadrem, ich ofiary mamy później przyjemność oglądać na co najmniej kilku konkretnych zbliżeniach. Na pochwałę zasługuje scena, w której nabrzmiałe ciało wybucha, ozdabiając znajdującymi się w środku szczurami wszystko dookoła. To trzeba zobaczyć!

W kategorii kina klasy Z, tandetnego science-fiction, czy obskurnego, taniego horroru, Szczury: Noc grozy! broni się na luzie. Gdybym miał to dzieło porównać do innych produkcji, to wybrałbym Piekło żywych trupów także w reż. Bruna Mattei. Jeśli ten film macie jednak za sobą, to wiecie czego spodziewać się po napromieniowanych gryzoniach. Jeśli nie, to jest to chyba najlepszy wstęp do długiej i pokręconej filmografii wyrobnika spartańskiego kina.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Rats: Night Of Terror / Blood Kill / Rats: Notte di terrore
Produkcja: Włochy, 1984
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3/5

Gliniarz samuraj (1991)

samurai_cop_1991_poster

Akcja tego reliktu z czasów panowania kaset VHS zabiera nas w samo serce rozgrzanego letnim słońcem zachodniego wybrzeża USA. Bezradna policja w konfrontacji z lokalnym kartelem narkotykowym zostaje zmuszona do wezwania biegłego w sztukach walki wschodu Joe Marshalla.

Zanim tytułowy gliniarz-samuraj uratuje jednak miłość swojego życia z paszczy smoka, zmuszony będzie do krwawej konfrontacji z nasłanymi na niego bandziorami oraz zadowalania w łóżku napotkanych kobiet.

Film w reż. Amira Shervana jest tym dla kina policyjnego, czym dla filmów wojennych jest niesławny Żywy cel. To produkcja na wskroś zła, na którą składają się wszelkie błędy, jakie tylko może popełnić ekipa filmowa na planie. Fabularnie, twórca czerpie pełnymi garściami z nurtu kung-fu, kina policyjnego oraz pełnych testosteronu akcyjniaków, masowo kręconych w drugiej połowie lat 80-tych.

Mamy zatem twardego komisarza, w którego wcielił się Jimmy Williams. Soczysty słowotok przerywa on zawsze kolejnym machem z cygara. Za pomagiera głównego bohatera robi zaś czarnoskóry Washington (Mark Frazer). Jego rola sprowadza się z kolei do oddania ostatniego strzału ratującego życie Marshalla.

Jednak to protagonista napędza to kuriozum pełne trafionych i nietrafionych pomysłów. Popisy aktorskie Mathew Karedasa, których określenie jako słabych byłoby jak porównywanie przydworcowej budy do restauracji z gwiazdką Michelin, są tu główną atrakcją. Facet albo stara się o status najbardziej drewnianego aktora na świecie, albo cierpi na zaawansowaną chorobę maskowatej twarzy.

Kiedy strzela z karabinu, uprawia seks z panią pilot helikoptera, czy poddaje się bezwzględnemu bossowi Okumura, wygląda zawsze jak podróbka. Po drugiej stronie barykady stoi z kolei Yamashita, którego gra tutaj znany choćby z trylogii o Maniakalnym glinie Robert Z’Dar (sic!) Koleś oprócz swojej dość pokaźnej żuchwy nie ma jednak nic innego do zaoferowania, co widać w każdej scenie z jego udziałem.

W całym tym chaosie, gdzie sceny mimo kilkusekundowej różnicy czasu wyglądają jakby nagrywane były w kilkugodzinnych odstępach, kryją się jednak pokłady czystej zabawy. To kino tak złe, że w niektórych kręgach osiągnęło już status kultowego, siadając obok takich dzieł jak The Room Tommy’ego Wiseau czy niesławnym Birdemic: Shock and Terror.

Film jest odpowiednio krwawy w swoim tandetnym sensie i przepełniony walkami kung-fu. Przez spłycenie fabuły seans mija zaskakująco szybko, bo zamiast zagłębiać się w zdegenerowane środowisko przestępcze USA, od razu kopiemy mu dupsko.

Z czystym sercem można polecić to dzieło wszystkim kinematograficznym masochistom, którzy w wyszukiwaniu takich „perełek” znajdują przyjemność. Jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądałoby Kung Fury nakręcone w latach 90-tych i (chyba) z dużo mniejszym budżetem, to śmiało odpal sobie Gliniarza samuraja, ale pamiętaj, by seans wszedł gładko pomoże tylko dobrze nabite bongo.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Samurai Cop
Produkcja: USA, 1991
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

2020: Gladiatorzy przyszłości (1982)

2020_texas_gladiators_vhs_cover
W lata 80-te Joe D’Amato wkroczył z pokaźnym dorobkiem filmowym na swoim koncie, na który składały się niskobudżetowe horrory i dziwne filmy erotyczno-przygodowe. Ale Włoch chciał również dołożyć cegiełkę do szalejącego wówczas kina post apokaliptycznego. Zanim jednak umoczył palce w dwóch podróbkach Mad Maxa: Wojownika szos – są to: W martwej strefie oraz Końcowa rozgrywka – nakręcił trashową produkcję o pięknym tytule 2020: Gladiatorzy przyszłości aka. Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020.

Maczał palce to swoją drogą dobre określenie, bo jeśli wierzyć samemu D’Amato, za dzieło to odpowiedzialny jest w większości George Eastman. Joe miał tylko nadzorować poczynania swojego kolegi, lecz ze względu na zaskakująco dobrą pracę Eastmana, spędził na planie filmu tylko kilka dni.

Ta pokręcona wizja przyszłości przenosi nas na zrujnowane południe USA, gdzie miarą wartości człowieka jest jego siła fizyczna. Poznajemy mieszkańców pewnej rafinerii, którzy pod wodzą Nisusa (Al Cliver) oraz jego małżonki, blond piękności Maidy (Sabrina Siani), wiodą spokojne życie pośród zgliszczy cywilizacji. Ta sielanka jednak nie trwa długo, gdyż osada zostaje najechana przez wojska faszyzującego łysego Donala (Donald O’Brien), współpracującego z najemnikami pod wodzą Catch Doga (Daniel Stephen).

Już sceny tego ataku są doskonałym pretekstem, aby wyłączyć mózg i rzucić się w wir szalonej wyobraźni scenarzystów. Uzbrojeni w karabiny najemnicy szarżują na swoich ryczących motorach, ubrani w skóry, futra i obwieszeni pasami naboi, z obowiązkowym okrzykiem na ustach.  Z drugiej strony mamy prujących do nich z karabinów obrotowych facetów w koszulach i białych kaskach. Myślicie że to szaleństwo? To poczekajcie jeszcze chwilę!

Choć pierwsza fala napastników zostaje odparta, rafineria zostaje ostatecznie podbita, w wyniku czego ginie jej zarządca, Nisus. Kobiety zostają przetransportowane do post apokaliptycznych burdeli i kasyn, a faceci do ciężkich robót w kopalniach. Z pozostałych przy życiu i na wolności tworzy się ruch oporu pod przywództwem Maidy, która za wszelką cenę chce odzyskać porwaną córkę.


I tutaj zaczyna się właściwa akcja filmu. Razem z grupą bohaterów będziemy uciekać przed zmotoryzowanymi oddziałami najemników, zwiejemy z kopalni, której zarządcą jest psychopatyczny szeryf, a także trafimy do lasu zamieszkanego przez Indian, którzy pomogą naszym towarzyszom w wygraniu nierównej wojny!

W kategorii kina śmieciowego film broni się całkiem dobrze! Fani kiczowatej rozrywki spod znaku Tromy, czy wszelakiego kina klasy D lub niżej, będą mieli dużo radochy. Wartka akcja co prawda bardziej śmieszy, niż trzyma w napięciu, ale nie ukrywajmy, kto dzisiaj bierze te filmy na poważnie? Widok strzelających z łuków Indian do zasłaniającej się plastikowymi tarczami gwardii Donala niejednego rozbawi do łez.

Największą wadą filmu jest słaby scenariusz, który niezbyt starannie łączy wątki, zmienia perspektywę z bohatera na bohatera, dzięki czemu czasami trudno się w tym wszystkim połapać. Ale kiedy wykrystalizują się już najważniejsze postaci, film nie będzie wymagał od nas niczego ponad pogodzenie się z obraną przez twórców konwencją.

Subiektywnie rzecz biorąc, Gladiatorzy z Teksasu Roku 2020 to jeden z lepszych filmów w dorobku D’Amato, a na pewno najlepszy spaghetti western, którego znamion łatwo się jest tu doszukać. Mikroskopijny budżet, czerstwi aktorzy i praca kamery, wołająca czasami o pomstę do nieba, to nic w porównaniu z tym, ile rozrywki dostarcza nam ta szalona produkcja. Po seansie na usta ciśnie się tylko jedna fraza: „I jak tu nie kochać lat 80-tych?”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: 2020 Texas Gladiators / Anno 2020 – I gladiatori del futuro / One Eye Force / 2020: Freedom Fighters / Gladiatorzy z Teksasu roku 2020 / 2020: The Rangers of Texas / Sudden Death
Produkcja: Włochy, 1982
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Daczego synthwave?

Skąd wyrasta magia synthwave? Z nostalgicznego fetyszyzmu, który ewokuje ostatnią prostą Zimnej Wojny? Z elektronicznego pulsu stylizowanego na archaiczne syntezatory Rolanda? Czy też może z hipnotycznego eskapizmu, przypominającego starszym Milenialsom słodkie lata dzieciństwa przeżyte – zależnie od miejsca urodzenia – w cieniu Muru Berlińskiego, czołgów i kartek na mięso, lub na fali napędzanej reaganomiką i kokainą, na której surfowała nowa klasa japiszonów.

W ostatnich latach synthwave, znany też jako retrowave lub futuresynth, zrewolucjonizował pożerającą własny ogon muzykę elektroniczną. Korzystając z Internetu, młodzi artyści rozprzestrzenili muzycznego wirusa na cały świat. Duże znaczenie miała tu sieć NewRetroWave, która została założona w listopadzie 2011 i święci obecnie 4-tą rocznicę działalności.

Jak czytamy na oficjalnej stronie NRW: Retrowave to gatunek muzyczny, który poskramia brzmienie, pęd i czystą pasję do lat ’80. To najbardziej pobudzające brzmienie, które pojawiło się na scenie muzycznej, a które było już od dawna oczekiwane. Ludzie, rodzi się coś niesamowitego. Ruch muzyczny, który przywraca muzyce pasję i słuch, za którymi zdążyliśmy zatęsknić.

Podstawy kodu tego imponującego wirusa zostały napisane w połowie poprzedniej dekady przez graczy komputerowych i nerdów, zainspirowanych francuskimi artystami grającymi electro/tech house tj. Kavinsky (Teddy Boy EP), Justice (Water of Nazareth EP) czy College (Teenage Color EP), którzy z kolei zainspirowani zostali przez soundtracki filmowe Johna Carpentera, grupy Goblin czy Brada Fiedela (twórcy muzyki do Terminatora).

Ruch dostał pierwszy poważny zastrzyk energii po sukcesie Drive Nicolasa Windinga Refna, do którego muzykę napisał Cliff Martinez, były perkusista Captaina Beefhearta, The Dickies, The Weirdos, a także Red Hot Chili Peppers. Był to pierwszy komercyjny sukces rozwijającego się stylu, który stał się zauważalny głównie dzięki pięknie zaaranżowanym, wokalnym hitom tj. Under Your Spell grupy Desire, idealnie akcentującym znaną powszechnie retromanię NWR.

To słodkie uczucie nostalgii, które uderza w nas, gdy przypominamy sobie, jak oglądaliśmy po raz pierwszy Gliniarza z Beverly Hills, Akademię policyjną czy Terminatora na zdartej kasecie VHS, zostaje idealnie wyrażone przez synthwave’owe dźwięki, co potwierdza jedna z największych sław sceny, Mega Drive: Cały ten czas był bardzo magiczny, bo wszystko wciąż było wielkie i nowe.

Nasze uczucia potwierdza przy tym współczesna psychologia, która wskazuje na efekt czystej ekspozycji jako kluczowy dla odbioru muzyki. Emocje, które przechowywane są w centrum naszej pamięci długoterminowej, zostają na krótką chwilę uwolnione, gdy wyzwala je bodziec bezpośrednio z nimi powiązany, podświadomie kojarzony jako ich nośnik.

Ale to nie wszystko, bo artyści tj. Mitch Murder twierdzą, że lata ’80 reprezentują także dziwną mieszankę optymizmu i pesymizmu, fascynację latającymi samochodami i robotami, połączoną ze strachem przed III Wojną Światową, czy zagładą atomową: Z jednej strony kultura była pełna pozytywnego myślenia o najbliższej przyszłości, czego uosobieniem były filmy w stylu Powrotu do przyszłości, a z drugiej wszyscy obawiali się masowej zagłady na skutek wojny atomowej. Skutkiem tego ludzie żyli chwilą.

Ta dychotomia jest zdecydowanie obecna w synthwave’owych dźwiękach, które łączą technologiczne ciepło i futurystyczny magnetyzm ze strachem przed nieubłaganą apokalipsą, przeplatając syntezatorowe podkłady – bardzo często przesterowane – w średnich tempach i niskich tonacjach, słodkimi, eskapistycznymi samplami, które jednak ostatecznie zawsze znikają na rzecz monotonnego bitu. Sama muzyka ma przy tym bardzo maksymalistyczny charakter, odrzucając minimalistyczne samoograniczenie, pojmowane często przez artystów jako swoistego rodzaju estetyczny ascetyzm.

Synthwave w ostatnich latach stał się prawdziwie międzynarodowym fenomenem. Obecnie na scenie mamy m.in. Dynatron (Dania), Mitch Murder (Szwecja), Night Runner (Brazylia), Perturbator (Francja), Lazerhawk (USA), Power Glove (Australia), Miami Nights 1984 (Kanada), FutureCop (Wielka Brytania) czy Timecop1983 (Holandia). Żaden z tych twórców nie nagrywa jednak dla dużego labelu, a większość nie wypuszcza swoich EP-ek i abumów na żadnym innym nośniku poza mp3. Największym narzędziem promocyjnym jest oczywiście YouTube z takimi kanałami, jak New Retro Wave, Luigi Donatello i Maniac Synth (ostatnio zablokowany), które subskrybowane są przez 160 tys. użytkowników.

Conradino Beb

80’s Guy fruwa przez film lat ’80 w 4:24!

Tak to właśnie jest jak człowiek zaczyna szukać dziwnych rzeczy na Jutjubie! Mnoży się liczba informacji na temat lat ’80 i już po kilku kliknięciach oglądamy kolejny hołd, klip, wideomontaż, mashup, wizualizację, krótkometrażowe dzieło amatorskiej – lub też nie – wyobraźni, które wibruje wręcz od nostalgii za estetyką VHS i za kultowymi bohaterami filmów z tej epoki.

1980 był jednym z ostatnich wielkich lat dla Nowego Hollywood, a na ekranach pojawił się Wściekły byk. Ale zanim 80’s Guy pokaże jedną ze scen z dramatycznego dzieła Martina Scorsese, odpala swoją podróż sceną z Czasu apokalipsy, filmu należącego do zupełnej epoki. Czyżby chciał pokazać, że czas nihilizmu dobiegł końca, kiedy wchodził on na ekrany w 1979? A może po prostu pasował mu klimat?

Ale wszystko się zgadza, bo jest też Akademia Policyjna, RamboIndiana Jones, Batman, Krokodyl Dundee oraz Tango i Cash. Mamy też dobry synthwave’owy klimat, numer Streets of Fire autorstwa VHS Glitch.

Pełna lista wykorzystanych filmów tutaj

Debbie Harry i kontrowersje wokół „Wideodromu”

Debbie Harry została obsadzona przez Davida Cronenberga w Wideodromie (1983) w roli Nicki, mimo że nie miała w zasadzie żadnego doświadczenia aktorskiego. Ale mało wówczas znany reżyser pokręconych horrorów nie mógł przejść obojętnie nad tym, że piosenkarka znała Williama Burroughsa, Allena Ginsberga, była gwiazdą nowojorskiej Nowej Fali, a jej zespół, Blondie, wyprzedał swój album Eat to the Beat (1979) na poziomie platyny!

Jak mówi Debbie w wywiadzie udzielonym magazynowi Prevue March w kwietniu 1983: Lubię horror, thriller, fantasy, także science-fiction. W ten sposób poznałam Davida. To bardzo etyczny filmowiec, który ma unikalną filozofię, przenikającą wszystkie jego obrazy. Podoba mi się to (…)

Horrory bardzo mnie przerażają, więc chowam się za rękami, zamykam oczy i dopiero wtedy zerkam przez dziurkę. Psychoza naprawdę mnie przeraziła, kiedy obejrzałam ją po raz pierwszy. Omen był dobry, ale trzecia część już mi się nie podobała. Podobał mi się też Halloween, ale sequel nie był już tak intensywny. Egzorcysta był przerażający. Nie widziałam Amerykańskiego wilkołaka, Halloween III, Poltergeista i kilku innych nowości.

debbie_harry_bbc1_interview_1983
Debbie Harry udziela wywiadu BBC1 / 1983

Jestem prawdziwą kinomanką. Wydaje mi się, że to sprawa myślenia wizualnego. Na przykład, kiedy mam jakiś pomysł, widzę go jako obraz, prawie jak film. Rozwijam go stosując wizualizację, zamiast używać słów czy uczuć. Nie oglądam jednak bardzo starych filmów, bo techniki aktorskie są dla mnie śmieszne, trochę nie na czasie.

Do obsady Wideodromu Debbie Harry trafiła standardowo. Skontaktował się z nią agent Cronenberga, który zorganizował spotkanie z producentami w Nowym Jorku, po którym gwiazda poleciała do Toronto na rozmowę z reżyserem. Artysta początkowo nie był przekonany, że piosenkarka pasuje do roli, ale ta przekonała go przechodząc pozytywnie test ekranowy. Dalsze rozmowy pozwoliły też filmowej debiutantce zrozumieć różnicę pomiędzy rockową ekspresją sceniczną i pracą aktorską.

Wideodrom zszokował nie tylko fanów Blondie, ale również dziennikarzy i wielu kinomanów. Film nie zrobił również furory kasowej, zarabiając $3 mln mniej niż kosztował. Jednak sukces artystyczny, połączony z pozytywnymi opiniami takich osobistości jak Andy Warhol, a także szeroka dystrybucja na VHS, popchnęły z czasem dzieło Cronenberga w stronę szufladki z obrazami kultowymi, w której figuruje on do dziś!

Ciekawym komentarzem do tych historycznych kontrowersji pozostaje wywiad Debbie Harry dla BBC1, w którym broni ona filmu Cronenberga. Ten pojawił się w Wielkiej Brytanii, gdy kraj zaczynała ogarniać histeria video nasties i „złego wpływu” telewizji. Piosenkarka sięga, co ciekawe, do myśli McLuhana, żeby wyjaśnić, iż szokująca warstwa Wideodromu ma swoją ideologiczną podbudowę, nawet jeśli warstwa wizualna jest bardzo niepokojąca.

Nail Gun Massacre (1985)

nail_gun_massacre_1985_vhs_poster

Horror to gatunek, w którym dosłownie każdy przedmiot może przyczynić się do czyjejś śmierci, zwłaszcza patrząc na niego przez pryzmat kina stalk & slash. Widzieliśmy już w użyciu piły mechaniczne, maczety, sekatory, a nawet trafił się puzon (The Town That Dreaded Sundown). Sięgnięcie po pistolet na gwoździe wydaje się więc być naturalnym odruchem dla slasherowego mordercy.

Pomysł ten podłapała dwójka reżyserów, Bill Leslie oraz Terry Lofton, kręcąc niskobudżetowy dreszczowiec o wszystko mówiącym tytule The Nail Gun Massacre. Choć film ten jednak ukazał się w złotych dla gatunku latach 80-tych, nie miał okazji zapisać się w panteonie gwiazd pokroju Piątek trzynastego czy znany wszystkim Koszmar z ulicy Wiązów.

Prolog otwiera scena gwałtu grupy robotników na młodej kobiecie gdzieś na odludnym placu budowy. Wstęp jest krótki i treściwy, a zaraz po nim przenosimy się w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której pracownicy budowlani stają się celem zamaskowanego mordercy, uzbrojonego w tytułowy pistolet na gwoździe.

Fabuła to charakterystyczna, gatunkowa sztampa, która jest niczym więcej, jak motorem napędowym do nabijania pokaźnego bodycountu. A ten jest dość pokaźny, bo pod nóż, czy raczej gwóźdź, idą nie tylko winni zbrodni sprzed lat, lecz także przypadkowo napotkane osoby na krwawym szlaku maniaka. Giną zarówno kobiety jak i mężczyźni, a wszystkie zabójstwa dokonywane są za pomocą wystrzeliwanych z noszonej na plecach sprężarki gwoździ.

Niestety, jest to jedyny powód, dla którego ktokolwiek mógłby po ten tytuł sięgnąć, gdyż oprócz całkiem krwistych scen uboju, nie ma on nic innego do zaoferowania. Wszystko jest tutaj do bólu wtórne, a film oprócz narzędzia zbrodni nie sili się nawet na szczyptę innowacyjności. Fabuła, jak po sznurku, zmierza ku przewidywalnemu finałowi, który notabene wygląda wręcz żałośnie, nie oferując widzowi żadnych twistów czy fałszywych poszlak.

Oprócz tego film cierpi również na wszystkie wady niskobudżetowego kina grozy. Aktorzy grają z wysoce amatorską manierą, a zaangażowanie na ich twarzy widzimy głównie w licznych scenach erotycznych przewijających się przez seans. Wydawać by się mogło, że większość budżetu przeznaczona była na sceny gore, które wypadają zaskakująco nieźle.

Duży procent w tworzeniu kultu i marki slasherów mają oczywiście motywy przewodnie – tutaj mamy przykładowo dziwne, syntetyczne dźwięki, które w połączeniu ze zmodulowanym głosem mordercy dają iście kosmiczny efekt. Ale gdybym komuś miał z czystym sercem polecić The Nail Gun Massacre, byliby to tylko fani starych, zapomnianych przez resztę świata, slasherów.

Widok nagich ciał, przebijanych ochoczo metalowymi kołkami to rozrywka przeznaczona dla nielicznych, można rzec kultura elitarna. Ta elita zapewne prędzej czy później po ten film sięgnie, a cała reszta prawdopodobnie nie dowie się nigdy o jego istnieniu.

Oskar “Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Nail Gun Massacre
Produkcja: USA, 1985
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Wes Craven (1939–2015)

wes_craven_promo

Najgłębszy strach jest w moim przekonaniu związany z tym, co twoje własne ręce i ręce innych ludzi robią z ciałem.

— Wes Craven –

Wes Craven urodził się 2 sierpnia 1939 w Cleveland w stanie Ohio i dał się poznać przede wszystkim jako reżyser kultowych eksploitów tj. Ostatni dom po lewej (1972) czy horrorów tj. Wzgórza mają oczy (1977), Potwór z bagien (1982), Koszmar z ulicy Wiązów (1984), Wąż i tęcza (1988) oraz Krzyk (1996), który uznawany bywa za ważne dzieło rewitalizujące slasher (film doczekał się trzech sequeli). Oprócz tego Craven próbował sił w innych gatunkach, wyreżyserował nastoletni dramat Koncert na 50 serc (1999) oraz thriller Red Eye (2005).

Craven wychował się w rodzinie fundamentalistycznych baptystów, przez co mógł oglądać tylko nieliczne filmy, wśród których znalazła się jednak Fantazja Disneya. Po skończeniu szkoły średniej w Cleveland Craven zdał do Wheaton College w stanie Illinois. Musiał jednak przerwać naukę po pierwszym roku ze względu na chorobę.

Kiedy wrócił na uczelnię, poświęcił się pisaniu, udzielając się w uniwersyteckim magazynie literackim, którego ostatecznie został nawet redaktorem naczelnym. Studia w Wheaton College zakończył licencjatem z psychologii i języka angielskiego, aby zostać magistrem pisarstwa i filozofii na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w 1964.

Po ukończeniu studiów magisterskich Craven objął na pewien czas profesurę języka angielskiego. W tym czasie pisał także krótkie opowiadania i poezję. Wkrótce porzucił jednak karierę uniwersytecką na rzecz reżyserowania tanich, lecz bardzo dochodowych filmów porno, pod pseudonimem.

Jego debiutem fabularnym stał się kultowy obraz Ostatni dom po lewej, zrealizowany w 1972 w konwencji kina eksploatacji (podgatunek rape’n’revenge), sfinansowany przez grupę producentów z Bostonu, a wyprodukowany przez przyjaciela Cravena, legendarnego Seana S. Cunninghama (Piątek trzynastego).

The-Hills-Have-Eyes-1977
Michael Berryman w filmie „Wzgórza mają oczy”

Nakręcony oszczędnym środkami ($87 tys.), napisany i zmontowany przez niego samego, film opowiadał historię niewinnej dziewczyny zgwałconej przez bandę kryminalistów. Ma on jednak bardzo mało grozy, słaby suspense i miejscami ociera się o farsę lub autoparodię. Z ciekawostek, występuje w nim kolega Cravena z przemysłu pornograficznego, Fred J. Lincoln. Najważniejsze jednak, że film zarobił $3,1 mln w box office i pozwolił twórcy kontynuować karierę.

Jego kolejnym hitem stał się niskobudżetowy horror Wzgórza mają oczy, którego centralnym motywem jest – zgodnie z duchem czasów – zagrożenie ze strony zmutowanych kanibali. W roli głównej wystąpił w nim kultowy aktor, Michael Berryman, cierpiący na hipohydrotyczną dysplazję ektodermalną. Film wyprodukowany za $230 tys. zarobił w 1977 okrągłą sumkę $25 mln.

W 1984 Craven dał światu dzieło, za które jest prawdopodobnie najbardziej pamiętany, horror Koszmar z ulicy Wiązów, w którym pojawia się Freddy Krueger (w tej roli Robert Englund), kultowy zabójca z krainy snów w przystrojonych nożami rękawicach. W filmie pojawia się także młodziutki Johnny Depp w jednej ze swoich pierwszych ról.

a-nightmare-on-elm-street-1984
Freddy w „Koszmarze z ulicy Wiązów”

Tytuł zarobił $25,5 mln i szybko stał się popularną franczyzą, która pociągnęła osiem kolejnych części, bardzo popularnych w Polsce na kasetach VHS, w których Craven grał w zasadzie małą rolę (napisał scenariusz do części trzeciej) aż do Nowego koszmaru Wesa Cravena (1994), który wyreżyserował – film został bardzo dobrze przyjęty przez fanów i krytyków.

W latach ’90, ze względu na kryzys slashera, Craven próbował swoich sił w różnych innych filmach tj. Wampir w Brooklynie z Eddiem Murphym czy Koncert na 50 serc z Meryl Streep (która została za tę rolę nominowana do Oscara), ale gatunek udało mu się zrewitalizować Krzykiem, który w udany sposób igrał sobie z horrorowymi kliszami. Napisany przez Kevina Williamsona, z udziałem Neve Campbell, Courtney Cox i Davida Arquette, film zarobił $100 mln i ponownie przerodził się w franczyzę. W trzeciej części wystąpił nawet sam Roger Corman.

W 2005 Craven wyreżyserował również thriller Red Eye z Rachel McAdams w roli głównej, aby w 2010 powrócić do horroru wraz ze Zbaw mnie od złego i czwartą odsłoną Krzyku. Artysta zmarł 30 sierpnia 2015 po długiej walce z rakiem mózgu w Los Angeles. Pozostawił trzecią żonę, Iyę Labunkę, oraz dwójkę dzieci ze swojego pierwszego małżeństwa: Jonathana i Jessikę.

Conradino Beb

Kot w mózgu (1990)

cat_in_the_brain_1990_Lucio_Fulci

Jeśli któryś z twórców kina grozy mógł pokusić się o stworzenie autotematycznego dzieła o rozterkach reżyserów horrorów, obrazu będącego przy okazji karykaturalnym, groteskowym sobowtórem Osiem i pół Felliniego, musiał to być Włoch. I bezwzględnie musiał to być Lucio Fulci! Jego Kot w mózgu to nieudana artystycznie, lecz wielce interesująca dla miłośników grozy i okropności przypowieść o narastającym wstręcie reżysera (horrorów) do makabrycznej materii, którą się para i która go kala, pozostawiającą psychiczne znamię na nadpobudliwej wyobraźni twórcy.

Rzecz jest fabularnie bardzo prosta i  w zasadzie mieści się nawet w klasycznym kanonie włoskiego giallo. Oto reżyser filmowy, cierpiący na zaburzenia psychiczne, udaje się na terapię do ekscentrycznego psychoanalityka, podczas gdy po okolicy grasuje szaleniec mordujący prostytutki. Dalej wszystko toczy się zgodnie z oczekiwaniami widza i bez zaskoczeń, aż po finałowe odwrócenie pozycji mordercy i ofiary, które też zresztą nikogo nie zaskakuje.

Film Fulciego jest nudny i doskonale przewidywalny, a zarazem niebywale intrygujący, za sprawą trzech elementów, które ujawnione zostają na samym wstępie i trzymają widza w napięciu do samego końca. Jednak warto im się przyjrzeć nieco uważniej. Pierwszym z nich jest akcentowany nieustannie autotematyzm: oto Lucio Fulci gra w filmie siebie samego – twórcę niezliczonych horrorów – Lucia Fulciego, zmęczonego pracą, przeżywającego kryzys twórczy, starzejącego się, bez wprawy i ochoty, a na dodatek – prześladowanego bez końca przez makabryczne sceny i obrazy z własnych filmów.

Pozwala mu to (Fulciemu–reżyserowi Kota, nie zaś Fulciemu–bohaterowi) grać z wielką wprawą rozlicznymi kliszami i cytatami z kina eksploatacji: opowieściami o „kulturalnych kanibalach” (jak choćby Perfumy kobiety w czerni, 1974, reż. F. Barilli), historiami nazistowskich perwertów (Ostatnia orgia gestapo, 1977, reż. C. Canevari), okultystyczno-satanistycznym horrorem (Wszystkie kolory ciemności, 1972, reż. S. Martino) a nawet nieśmiertelną „sceną prysznicową” z hitchcockowskiej Psychozy (Alfred Hitchcock jest bowiem, jak wiadomo, Szekspirem kina popularnego i nie da się uniknąć cytowania go – nawet mimowolnego).

Jednak Fulci–bohater, przekraczając nieustannie granicę między fikcją, a rzeczywistością, demaskuje filmowe mechanizmy grozy, ukazując kino jako monstrualną mistyfikację (gdy np. w ataku szału rozbija puszki z czerwoną farbą, która rozlewa się, wyglądając zupełnie jak krew z włoskich horrorów, o której wiemy przecież doskonale, że jest właśnie farbą – co każe nam myśleć w trybie paradoksalnym: „Och to przecież tylko farba, a zatem z pewnością musi to być krew!”). Odsłoniona więc tu zostaje perwersyjna natura kina grozy (jak w scenach, w których Fulci każe „nazistom” filmować własne orgietki – uwieczniając to oczywiście w filmie).

Koniec końców sam reżyser odsłania filmową fikcję grozy – w finałowej scenie, gdy – podobnie jak w Świętej górze Jodorowsky’ego czy The Snuff Michaela Findleya – kamera „odjeżdża”, odsłaniając plan filmowy, podczas gdy akcja toczy się dalej (naprawdę?). Drugim atutem filmu pozostaje jawnie przywołany kontekst psychoanalityczny, uosabiany przez ojcowską figurę psychoanalityka-hipnotyzera, u którego Fulci leczy się ze swych obsesji.

Nie zdradzę żadnego sekretu, pisząc że psychiatra okazuje się postacią diaboliczną i perwersyjną, pragnącą bezprawnie rozkoszować się lacanowskim jouissance, płynącym ze zbrodni, inspirowanych koszmarnymi historiami opowiadanymi przez reżysera (horrorów).

Ten psychoanalityczny wątek jest dopełniany przez jawnie seksualny aspekt wszystkich morderstw (ofiarami są prostytutki obsługujące lub czekające na klientów, zaś atak mordercy zastępuje akt seksualny). Towarzyszy temu zresztą swoiste „rzeźnickie przemienienie” ciała kobiety jako obiektu seksualnego w obiekt spożywczy – mięso (Fulci nie unika wszak obrazów kanibalizmu).

Wreszcie zaś film Fulciego posiada aspekt ironiczny, wyraźnie widoczny w niezliczonych cytatach i autocytatach, w nagromadzonych i przerysowanych obrazach makabry, z której rodzi się groteska, a także w ścieżce dźwiękowej, w której rzeźnickim poczynaniom zbrodniarza towarzyszy sentymentalna muzyka, spełniająca funkcję ironicznego kontrapunktu.

I w taki właśnie sposób broni się ten niezbyt udany technicznie film wirtuoza makabry, będąc zarazem jednym z najciekawszych w jego dorobku. Paradoks? Być może. Ale oglądając Kota w mózgu pamiętajmy, że reżyser horrorów zakłada, iż domeną grozy jest filmowa fikcja, a psychiatra to ten, który wie, że granica między fantazjowaniem, a rzeczywistością tak naprawdę nie istnieje.

Dariusz Brzostek

 

Znany pod tytułami: Un gatto nel cervello / Cat in the Brain / Nigthmare Concert
Produkcja: Włochy, 1990
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2,5/5

Oprawca (1985)

mutilator_1985_posterOprawca, powstały na fali popularności slasherów w złotych dla gatunku latach 80-tych, to film dzisiaj prawie zapomniany. Dysponujący dość niskim budżetem Buddy Cooper (reżyser i scenarzysta), czerpiąc z klasyki, nakręcił swoją własną historię o młodzieży będącej zwierzyną dla seryjnego mordercy. I choć jego produkcja nigdy nie odbiła się szerszym echem w horrorowym półświatku, to film miał okazję zawitać do kraju nad Wisłą na legendarnym nośniku VHS.

Ed Junior (Trace Cooper), chcąc zrobić prezent urodzinowy swojemu ojcu, postanawia wyczyścić składowaną przez niego hobbystycznie broń palną, ale zanim tata wraca do domu Ed nieumyślnie zabija swoją matkę (Pamela Weddle Cooper). Po tym prologu akcja przenosi się kilka lat w przód, kiedy wraz z przyjaciółmi Eda wybieramy się do położonego na wybrzeżu domu jego ojca. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że to sprytnie przygotowana vendetta na odpowiedzialnym za śmierć żony synu.

Jak na sztampowy horror klasy B, Oprawca wydaje się aż nazbyt trywialny i wtórny. Cały film, jak po sznurku, od początku do końca zmierza ku ogranemu finałowi, w którym nieświadomy Ed odkryje prawdziwe oblicze swojego prześladowcy. Szkoda, że pozbawiono nas elementu zaskoczenia, gdyż tożsamość mordercy znamy od pierwszych chwil jego aktywności. Trudno wprawdzie wymagać jakiejś złożonej fabuły od typowego slashera, ale tutaj jest ona oklepana i pozbawiona dedukcji kto morduje?

Cały budowany klimat to urokliwy standard, do jakiego przyzwyczaiła nas masa innych slasherów, z Halloween i Piątkiem Trzynastego na czele. Samotny dom letniskowy, usytuowany na plaży, to miejscówka niezbyt innowacyjna, lecz na całe szczęście większość akcji dzieje się nocą. Odbiór filmu psuje poniekąd źle dopasowana muzyka, która przypomina raczej soundtrack do podrzędnego filmu erotycznego, niż motyw z filmu grozy. Dodatkowo, aktorzy cały czas przypominają, z jakiej klasy produkcją mamy do czynienia i idealnie wtapiają się w campową stylistykę filmu.

Czym byłby jednak slasher bez charakterystycznego zabójcy? Ale tutaj taki charakterystyczny to on nie jest. Ot, zwykły facet w podeszłym wieku, którego przez większą część czasu skrywa mrok, człowiek czynu zastępujący gadkę wbijaniem wideł w gardła. Tekst na plakacie głosi ‘’By sword, by pick, by axe, bye bye’’ i słowa te mają twarde potwierdzenie w filmie. Jack (Jack Chatham) kłuje, siecze i dźga pokaźnym arsenałem broni białej, od mieczy po wielkie haki rybackie.

Każdy cios zadany nastoletnim ciałom wygląda tak jak należy. Czasami kamera specjalnie unika pokazywania szczegółów egzekucji, lecz jak na niskobudżetowy film efekty gore stoją na zaskakująco wysokim poziomie. Szkoda tylko, że scen tych jest tak mało i przez większość czasu widz zwyczajnie się nudzi, a to zły znak dla slashera. Film rozkręca się dopiero w kuriozalnej wręcz końcówce, która odbiega od w miarę realistycznej reszty filmu.

Oprawca to koniec końców obskurny, tani i sztampowy slasher, który prócz scen śmierci nie ma nic do zaoferowania. Jedynie ortodoksyjni fani gatunku łykną ten film bez większych problemów, a cała reszta może sobie go spokojnie darować. Gdyby wyciąć samo mięso (gore) i umieścić jako klip na YouTube, film dotarłby do większej ilości kinomanów. Dzisiaj sięgnie po niego jedynie garstka ludzi, którzy przebrnęli już przez klasyczne dla gatunku pozycje.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Mutilator
Produkcja: USA, 1985
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5