Archiwa tagu: science-fiction

The Void (2016)

Dla wszystkich, którzy przekroczyli już trzydziestkę, a są oddanymi fanami horroru i SF, nastały mroczne czasy. Pozornie wszystko gra. Groza – kosmiczna czy ta bardziej przyziemna – nadal wylewa się z ekranów. Do kin wrócili starzy wyjadacze: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael Myers, Obcy, Predator, a także Godzilla. Takie powroty bywają w miarę udane (Coś) , umiarkowanie udane (Predators) lub zupełnie chybione (prequele Obcego, głupawa seria AVP), ale zazwyczaj drażnią lub pozostawiają niesmak.

Odświeża się wszystko i każdego, a wysoki połysk poraża siatkówki widza. Dorzuca się bezjajeczne CGI. Scenariusze odtłuszcza z wszelkiego kożucha nieprzewidywalności, dzikich scen, odpału w tę czy inną stronę. Kto w latach 90-tych w dusznej dżungli wypacał ze strachu wnętrzności przez skórę (Predator), raczej nie będzie miał problemów z zaśnięciem po seansie serii Naznaczony czy Obecność.

Kto zamarzał razem z Kurtem Russellem na Antarktydzie, przerażony bliską obecnością Czegoś, uzna Egzorcyzmy Emily Rose za równie straszne, co seplenienie Kaczora Daffy’go. Na panujący karnawał zbyteczności i przeciętności część widzów reaguje niesmakiem.

Na szczęście czasami reagują też filmowcy, próbując dać nam dzieło nawiązujące do udanych pozycji sprzed dekad. The Void wyciąga rękę w stronę fana hororów i SF, który ma dość współczesnej brei. Czy warto mu podać własną? Policjant patrolujący okolicę znajduje nieprzytomnego człowieka. Zabiera go do szpitala, który praktycznie już nie funkcjonuje, bo właśnie przenosi się w inne miejsce. Jedna z pielęgniarek dostaje morderczych skłonności, więc policjant musi ją zabić.

Do tego samego miejsca trafiają dwaj uzbrojeni mężczyźni – chcą odstrzelić jednego z pacjentów. Jakby tego było mało, szpital zostaje otoczony przez zakapturzony kult, który ewidentnie nie ma dobrych zamiarów, a wewnątrz budynku pojawiają się mordercze kreatury. Brzmi jak niezły bigos? Bo tak właśnie smakuje. Przygotowano go z uwzględnieniem przepisów mistrzów kuchni: Cronenberga, Carpentera czy Clive’a Barkera, więc wiadomo, że danie jest mięsne i pikantne.

The Void nie jest filmem idealnym, ale swoją robotę robi. Siła tej pozycji nie tkwi w scenariuszu. Ten jest dość pretekstowy i grubymi nićmi szyty. Kto oczekuje koronkowej roboty jak spod ręki M. Night Shyamalana, może sobie odpuścić. Autorzy postawili na połączenie różnych inspiracji w jedną całość, ale sam film jest jednym wielkim nawiązaniem, z czym twórcy nie zamierzają się wcale kryć.

Kto nie urodził się wczoraj, wyłuska mnóstwo odniesień – głównie do kina lat 80-tych i okolic (Powrót z piekieł, Coś, Hotel siedmiu bram, Atak na posterunek 13). Wszystko zaś spina atmosfera kosmicznego horroru, wywiedziona od mistrza Lovecrafta, którego duch unosi się nad tym projektem.

The Void ewidentnie wyrasta z nostalgii, ale akcja toczy się w zawrotnym tempie, napędzana silnikiem nadnaturalnych zdarzeń. Narracja trochę się rwie pod ciężarem kolejnych zwrotów akcji i kumulacji mocnych scen (ktoś krzyczy, ktoś komuś grozi; postaci mierzą do siebie z broni, a dodatkowo wybiega potwór itp.).

Nie liczcie na rozbudowane relacje między bohaterami. Ci miotają się przerażeni, strzelają i umierają. Nierzadko zagrażają sobie nawzajem. Postaci są nijakie, co stanowi spory minus – zbyt szybko zaczyna nam być obojętne, co się z nimi stanie; czekamy za to na jakiś mięsisty frykas w postaci dziwoląga z innego wymiaru.

Ale Carpenter też nie kreował skomplikowanych bohaterów, choć byli oni wyraziści i przekonujący, co wystarczało. W The Void kreacje aktorskie są zanadto sztywne, a dialogi brzmią jak przegryzanie twardego chleba. Film zdecydowanie nie błyszczy, jeśli idzie o materiał ludzki.

Znacznie lepiej idzie mu z ekspozycją piekielnego inwentarza. Efekty specjalne to ręczna robota – stara, dobra szkoła, która lubi kłęby ohydy, strugi śluzu i szeroki asortyment ran i uszkodzeń. Jest na czym oko zawiesić, a biorąc pod uwagę niewielki budżet, jakim dysponowali filmowcy – można wręcz bić brawo. Poza tym obraz napędza ciągłe napięcie i okrutna konsekwencja złych mocy – te napierają zewsząd i przerabiają ludzi na papkę. Zło nie dyskutuje, woli unicestwiać!

Muzyka także trzyma poziom, acz tu nie obędzie się bez zastrzeżeń. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Lustmord, tytan dark ambientu i inżynier dźwięku przy wielu filmach, który jednak – poza muzyką do krótkiego metrażu – nie miał wcześniej na koncie żadnego soundtracku.

Wiele razy zastanawiałem się, kiedy ktoś poprosi ten żywy miotacz sonicznej grozy o współpracę przy jakimś horrorze. Stało się, a efektem jest solidna pulsująco-szumiąca oprawa. Biorąc pod uwagę, jak niesamowite pokłady mroku kreował artysta na swoich płytach, mogę tu jednak mówić o pewnym rozczarowaniu. Może wynika to z faktu, że część materiału wypuściła nieznana mi grupa Blitz/Berlin.

The Void to obraz daleki od doskonałości. To także kino, któremu nie brakuje ambicji, stworzone przez twórców świadomych i konsekwentnych, oddanych miłośników gatunku. Włożono w ten projekt mnóstwo pasji, ale przydałoby się mimo wszystko podrasować pewne elementy.

Ci goście nie rozróżniają kina na klasę A czy B, zasysając zmutowane odpady z szemranych wytwórni i klasyki sprzed lat. Sięgają po to, co charakterne i mocne. Dzięki The Void (polecam również wypełniony przaśną energią trailer do nieistniejącego filmu Bio cop) mają już moją uwagę. Może następnym razem zdobędą serce!

Tomasz Bot

 

Oryginalny tytuł: The Void
Produkcja: Kanada, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena: 3,5/5

„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” nie zostałby nigdy zrealizowany bez „Gwiezdnych wojen” i „Diuny” Jodorowsky’ego

Kto wie ile filmów science-fiction nie ujrzałoby nigdy światła dziennego (czy raczej ciemności kin), gdyby nie Gwiezdne wojny George’a Lucasa? Efektem kasowego sukcesu jednego z pierwszych blockbusterów w historii był dziki pęd hollywodzkich wytwórni do realizacji wszelkiej maści spin-offów i obrazów pokrewnych estetycznie… i tylko dzięki temu na ekrany wszedł Obcy – ósmy pasażer Nostromo!

Pierwsza część gwiezdnej sagi mocno pobudziła wyobraźnię niejakiego Dana O’Bannona, znanego w tym czasie tylko i wyłącznie ze scenariusza do niszowego dzieła Johna Carpentera – Ciemna gwiazda (1974), który szybko wpadł na pomysł horroru sci-fi, nazwanego przez niego roboczo They Bite. O’Bannon odpłynął jednak wkrótce w stronę realizacji Diuny razem z Alejandro Jodorowskym, która nigdy nie doszła do skutku.

Ale praca u boku Jodorowsky’ego nie poszła na marne, gdyż O’Bannon zapłodniony twórczo mrocznym konceptem graficznym H.R. Gigera, który zgodził się pracować nad Diuną, postanowił wykorzystać go w swoim własnym projekcie. Napisany przez niego w 1975 scenariusz nazwany został Star Beast (czyli Gwiezdna bestia), by niedługo później zmienić tytuł na Obcy.

Rok później scenariusz niemal wszedł w fazę produkcji, gdy jego reżyserii podjąć chciał się sam Roger Corman. W międzyczasie scenariuszem zainteresowała się jednak mała filia studia filmowego Fox, którego zarząd miał wielką ambicję zrealizowania własnych Gwiezdnych wojen i zlecił reżyserię Obcego brytyjskiemu reżyserowi Ridleyowi Scottowi. Ten postanowił zaś wejść w świat science-fiction, gdy tylko zobaczył Gwiezdne wojny w Chińskim Teatrze w Los Angeles.

Nigdy w życiu nie widziałem i nie czułem takiego uczestnictwa publiczności. Kino drżało w posadach. Kiedy na samym początku pojawiła się Gwiazda Śmierci, mój plan realizacji Tristana i Izoldy legł w gruzach, postanowiłem znaleźć coś innego. Zanim film skończył się na dobre, byłem zdruzgotany do tego stopnia, że czułem się beznadziejnie.

To największy komplement, jaki mogę dać; czułem się beznadziejnie przez tydzień. Nie znałem wtedy jeszcze George’a, ale myślałem sobie: „Kurwa, George”. I wtedy ktoś przysłał mi scenariusz pt. Obcy, więc powiedziałem „wow”, podejmę się tego – wspomina Scott w wywiadzie dla Deadline.

Dzieło Scotta weszło na amerykańskie ekrany 25.05.1979 i zarobiło $104 mln, pewnym krokiem wchodząc do kanonu filmów kultowych. Jak skomentował film jego producent, David Giler: Obcy jest dla Gwiezdnych wojen tym, czym The Rolling Stones dla The Beatles.

Conradino Beb

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (2016)

rogue_1_star_wars_poster

Po obejrzeniu Łotra 1 jedna rzecz tak naprawdę nie ulega wątpliwości: ten film żadnym spinoffem nie jest. To historia, która w integralny sposób została powiązana z głównym wątkiem gwiezdnej sagi i za kilka lat może się okazać seansem obowiązkowym dla wszystkich żółtodziobów, jak teraz jest już dla zagorzałych fanów.

To także film zdecydowanie lepszy od Przebudzenia mocy, które z trudem przeskoczyło trylogię prequelową, a które sam George Lucas nazwał remakiem, z czym naprawdę ciężko się kłócić, bo scenarzyści i reżyser ujawnili tyle kompromitujących szczegółów na temat preprodukcji, że w zasadzie należy im pogratulować zrealizowania dobrego remake’u (szperaczy odsyłam do riserczu).

Łotr 1 nie jest przy tym pozbawiony pewnych wad i powiedzmy sobie szczerze, starej trylogii wciąż nie przeskakuje (do Imperium kontratakuje dużo mu brakuje), ale film został przynajmniej zrobiony z ładem i składem, ma bardzo dobrą obsadę, ciekawe kreacje, gładki scenariusz, niezłą reżyserię – która umie odróżnić właściwe tempo od nieuzasadnionych zwrotów akcji – i nie dusi widza piardami narracyjnymi w stylu „obejrzyj następny film, to skumasz dlaczego”.

Czas akcji został osadzony pomiędzy upadkiem Republiki, wzorowanym oryginalnie przez Lucasa na upadku Stanów Zjednoczonych, czyli przejęciu władzy przez Richarda Nixona (oportunisty, paranoika i tyrana), jaki pamiętamy z nienajlepszej (choć może też nienajgorszej) Zemsty Sithów, kiedy ostatni Jedi udali się na galaktyczne wygnanie i nastały czasy mroku, grozy, i ciemności (sorki oczywiście za spojlery), a pierwszymi scenami Nowej nadziei.

W tymże mrocznym czasie zawiązał się szczęśliwie Sojusz Rebeliantów, który zaczął kombinować, jak skutecznie obalić Imperium i przywrócić ład w Galaktyce, co jak wiemy prawie się udało w Powrocie Jedi (sorki ponownie za spojlery), ale jednak się nie udało (sorry, ale nie mogłem się powstrzymać), dzięki czemu do boju ruszyli w końcu producenci Disneya i rozbudzili na świecie potrzebę Przebudzenia Mocy (2015), która tylko na terenie USA dała mocny wynik prawie $1 mld brutto.

Ale wracając do Łotra 1, film odkrywa przed widzem ważny epizod z okresu walki Sojuszu z Imperium, w którym grupa straceńców rabuje plany Gwiazdy Śmierci (megastacji kosmicznej o śmiercionośnej sile bojowej), by dać później Luke’owi Skywalkerowi okazję do zniszczenia jej raz i na zawsze, ale wcześniej musi ona odnaleźć Saw Gerrerę, schizmatyka w szeregach rebeliantów – jedyny ślad do miejsca przechowywania planów.

Wyreżyserowany przez Garetha Edwardsa, który zaczął swoją karierę w przemyśle filmowym od przygotowywania efektów specjalnych do programów BBC, PBS i Discovery, Łotr 1 nieco chwiejnie wprowadza widza w historię, która jednak dobrze się rozwija i już w połowie stoi na przyzwoitym poziomie, czemu pomagają znakomite role doświadczonych i utalentowanych aktorów takich jak: Ben Mendelsohn (Orson Krennic), Forest Whitaker (Saw Gerrera), Mads Mikkelsen (Galen Erso).

Biją oni na głowę warsztat Felicity Jones (Jyn Erso) i Diego Luny (Cassian Andor), wcielających się w protagonistów filmu, co jest z jednej strony bardzo zabawne, ale z drugiej zupełnie nie dziwi, jako że Disney na te role poszukuje przede wszystkim aktorów nadających się estetycznie do tłumaczenia franczyzy na język konsumencki, co sprawia, że są oni wymienni, jak felgi w legendarnym Golfie III.

Ale ich role nie są złe, a przez to że scenariusz uchwycił całkiem sporo dramatyzmu, a Edwards sam jest fanem sagi, ostateczny efekt daje sporo satysfakcji, która w moim osobistym wypadku pozostaje także wynikiem tego, iż nie znajdziemy na ekranie wyrachowanych prób wyciskania łez z widza, poza drobnymi ukłonami o bardzo nostalgicznym charakterze, które da się jednak w pełni usprawiedliwić po stronie narracji.

I choć jest to oczywiście film PG-13, bo innych Disney nie kręci, czyli dostajemy wojenną rzeź bez kropli krwi, Edwards montuje całkiem udaną wizję zmagań o losy Galaktyki z bohaterami, którzy muszą dokonywać trudnych decyzji, poświęcać się i ginąć, a więc mają jakiś zarys realizmu tak potrzebnego odświeżonym Gwiezdnym wojnom, balansującym w Przebudzeniu mocy na granicy kiczu.

Czy jest to jednak film polityczny? Zważywszy na to, że saga miała u swojego zarania bardzo polityczny charakter, co Lucas przyznał po latach bez owijania w bawełnę, Łotr 1 wraca po prostu do korzeni, choć nie naciągałbym teorii do tego stopnia, że film komentuje bieżące wydarzenia polityczne.

W efekcie dostajemy obraz, który próbuje być czymś więcej, niż próbą wyciągnięcia pieniędzy z portfela i w pełni zasługuje na uwagę wszystkich fanów Gwiezdnych wojen, którzy znajdą w nim poza nowymi także dobrze znane przez siebie charaktery – zaliczającego brutalny epizod Dartha Vadera oraz wygenerowanych cyfrowo Wilhuffa Tarkina (Peter Cushing) i księżniczkę Leię (Carrie Fisher).

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: Rogue One: A Star Wars Story
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Walt Disney Pictures Polska
Ocena MGV: 4/5

Zobacz jak cyfrowo wykreowano twarze Petera Cushinga i Carrie Fisher w „Łotrze 1”

Jako że akcja Łotra 1 rozgrywa się pomiędzy Zemstą Sithów (częścią III), a Nową nadzieją (częścią IV), pewne postaci mogły zostać bezstresowo wciągnięte do „nowego epizodu”. Problem był jednak w tym przypadku innej natury, bo jeden z aktorów był już martwy. Ale dzięki cyfrowemu renderingowi na ekranie możemy ostatecznie podziwiać 19-letnią Carrie Fisher i 64-letniego Petera Cushinga, którzy zostali odtworzeni dzięki klatkom z 1977 roku.

Cushing grał w Nowej nadziei Wilhuffa Tarkina, komandora Gwiazdy Śmierci, a Carrie Fisher księżniczkę Leię – postaci, których wskrzeszenie okazało się bardzo dobrym krokiem dla fabuły Łotra 1.

Dzięki animatorom z Industrial Light & Magic obydwoje odegrało pośmiertny epizod (Carrie Fisher zmarła krótko po premierze światowej), który dał starym fanom dużo radości dzięki niemalże perfekcyjnemu odtworzeniu mimiki twarzy.

Jednak nie wystarczył sam program komputerowy, bo w nowym filmie pod postać graną przez Cushinga podłożona została kreacja innego angielskiego aktora, Guya Henry’ego, któremu nałożono na głowę specjalny materiał plastyczny, dzięki czemu w postprodukcji specjaliści od technologii motion capture wygenerowali w tym miejscu wersję cyfrową.

Odpowiedzialny za efekty specjalne w Łotrze 1, John Knoll, tłumaczy, że był to bardzo trudny, wymagający proces, który można by porównać do żmudnego nakładania makijażu.

Trzeba było dokonać zmian tak, by cyfrowy Tarkin nie odróżniał się od pozostałych bohaterów w najmniejszych szczegółach. Ale najpierw na odtworzenie charakteru granego przez Cushinga zgodę musiała wyrazić rodzina aktora.

W jednej z ostatnich scen Łotra 1 występuje ponadto księżniczka Leia – dokładnie taka, jaką pamiętamy z Nowej nadziei, w charakterystycznej białej szacie, ze swoją firmową fryzurą.

Epizod ten stanowi swoisty prequel do pierwszych scen starych Gwiezdnych Wojen, zaczynających się abordażem oddziału dowodzonego przez Dartha Vadera na statek kosmiczny, którym podróżuje księżniczka, dzięki czemu nowy film zgrabnie wiąże się z resztą sagi.

Zobacz dokument ABC (angielskie napisy)

„Egzystencjalne gwiezdne wojny”, czyli Darth Vader cytuje Sartre’a!

W Egzystencjalnych gwiezdnych wojnach Darth Vader, Luke Skywalker, Obi Wan Kenobi, C3PO i R2D2 rzucają znanymi cytatami z Sartre’a typu: Bóg jest nieobecnością, Bóg jest samotnością ludzką albo Życie zaczyna się po drugiej stronie rozpaczy.

Ten zabawny klip bazuje na klasycznej technice sytuacjonistów znanej jako détournement, która buduje nowe treści poprzez integrację popularnej zwykle formy ekspresji, ale wykorzystywanej pierwotnie w zupełnie innym celu, w tym przypadku kultowego filmu science-fiction.

Jeśli pamiętacie Czy dialektyka może kruszyć cegły? (1973), macie tu godnego spadkobiercę, który całe szczęście zamyka się w nieco ponad 3 minutach i daje natychmiastową satysfakcję.

„3%” jest kolejną dystopią w stylu YAF, której daleko do perfekcji

3% to pierwsza produkcja sfinansowana przez Netflixa na brazylijskim gruncie, oferująca dystopijną historię w stylu YAF (Young Adult Fiction), bogatą w wątki psychologiczne i polityczne. Serialowi przeszkadza niski budżet, ale znacznie gorsze wrażenie robią przewidywalne rozwiązania narracyjne, które spłycają ciekawą w teorii koncepcję.

Tytułowe 3% to oligarchia, elita społeczna zamieszkująca tajemniczą Wyspę (klisza przynajmniej od czasów książki Aldousa Huxleya), z której kontroluje ona pozostałe 97%, walczące o przetrwanie w świecie zniszczonym przez enigmatyczną katastrofę demograficzno-polityczną. Jednak ten podział posiada swoją własną dynamikę w postaci Procesu – inicjacji społecznej w formie serii testów psychologicznych, którym zostają poddani wszyscy w wieku 20 lat.

W warstwie narracyjnej dostajemy więc mieszankę eksperymentów Philipa Zimbardo, Stanleya Milgrama i tajnych eksperymentów CIA z czasów Zimnej Wojny, połączoną w całość dzięki teorii dominacji społecznej Jima Sidaniusa i Felicii Pratto, która zasadniczo tłumaczy, w jaki sposób utrwalane zostają nierówności społeczne.

Młodzi ludzie ze slumsów przechodzą wielostopniowy proces weryfikacji, zaczynający się od prostego wywiadu, ale wkróce zamieniający się w bezlitosną konkurencję, który ma pozostawić na końcu jedynie 3% z nich. Ci, którzy wytrwają do końca, zostaną oczyszczeni i przetransportowani na Wyspę, gdzie dostąpią wszystkich przywilejów elity, ale Proces pozostawi też po drodze wiele ofiar.

Twórcy pod nos podsuwają widzowi grupę protagonistów, do której należą: włamywaczka trapiona wspomnieniem pewnego nieszczęśliwego wydarzenia, niepełnosprawny syn lidera quasi religijnego kultu utrwalającego wiarę w Proces, psychopatyczny członek rodziny, której każde kolejne pokolenie przechodziło do tej pory próbę, a także dwóch szpiegów Sprawy – rewolucyjnej organizacji walczącej o obalenie Procesu i powszechną równość.

Koncept 3% nie należy do specjalnie oryginalnych, a w ostatnich latach został niemał całkowicie wyeksploatowany przez Hollywood, które prześciga się w produkcji nowych odsłon Igrzysk Śmierci i 100 innych klonów.

W tym samym czasie klimaty dystopijne i postapokaliptyczne zaczęły się stawać popularnym tematem dramatów telewizyjnych w stylu The Leftovers, Last Man on Earth, The Walking Dead, The 100, a także Black Mirror czy Westworld, w konfrontacji z którymi 3% wypada bardzo blado.

Serial cierpi przede wszystkim na brak logicznej i przekonującej koncepcji, która mogłaby zostać pewnie stworzona, gdyby scenarzyści nie skupili się tak mocno na psychologii postaci, która swoją drogą też nie została naszkicowana zbyt błyskotliwie.

Tu wadzi po części słaba gra wielu aktorów, ale także nieudolnie zrealizowana ekspozycja postaci, która daje im bardzo słabą podstawę charakterologiczną, choć w tym samym czasie scenarzyści do bólu drążą temat determinacji i osobistej tragedii.

Strukturalnie produkcja Netflixa wypełniona jest wieloma bzdurami, jeśli na wiarę wziąć dogmat o przewadze technologicznej, politycznej i militarnej oligarchii rządzącej Wyspą i Procesem. Kamery są wszędzie, ale nigdzie nie ma mikrofonów. Centrum Procesu znajduje się na pustynnej górze, a miasto daleko u jej stóp, jednak wszyscy docierają na sam dół w pięć minut.

Sprawa, czyli spisek przeciwko rządzącej elicie, próbuje bez sukcesu zabić jego koordynatora Ezequiela Matheusa, choć ten wymyka się bez ochrony co kilka dni bez broni, wędrując w kiepskim przebraniu w centrum zagrożenia i zawsze wraca bez zadrapania. Wydaje się również absurdem, że tak ważny człowiek cały czas wystawia się na osobisty kontakt z ludźmi, co do których motywacji nie ma żadnych gwarancji.

Kolejnym problemem jest to, iż monitory dotykowe nowoczesnych w domyśle urządzeń komunikacyjnych nie mają żadnej ostrości, a te, z których co jakiś czas muszą korzystać kandydaci, mają tak absurdalne menu, że ciężko sobie nawet wyobrazić ich funkcjonalność. Z drugiej strony uboga reszta żyje w świecie, w którym brakuje tylko zawieszenia prawa grawitacji.

Wszyscy (czy prawie wszyscy) obywatele gorszego świata są rejestrowani cyfrowo przy porodzie, a jednak gdy szpieg Sprawy posługuje się skradzionym chipem, aby dokonać autoryzacji, system zostaje oszukany, jak gdyby biometryka pozostawała poza zasięgiem technologicznym elity. Do tego prymitywne metody tortur nie mają żadnego sensu, zważywszy na to, jak daleko musiała ewoluować technologia.

Niezdarne są także wątki polityczne, które odsłaniają kulisy walki o wpływy i władzę pośród elity. Ezequiel przedstawiony zostaje jako wyjątkowo sprytny i przebiegły osobnik, który sprawuje jedną z najważniejszych funkcji społecznych, jednak nie jest on w stanie przejrzeć prostej gierki swojej konkurentki, która szuka kompromitujących go dowodów w równie absurdalny sposób.

Serial nie obfituje przy tym w zaskakujące zwroty akcji, które dałyby mu przynajmniej jakąś wartość rozrywkową. Te, które zawdzięczamy nagłym wybuchom emocjonalnym kandydatów, są nie tylko schematyczne, ale prowadzą również do mało wyrafinowanych rozstrzygnięć narracyjnych, opartych o zarysowane od początku zakończenie, które swoją drogą broni się zaledwie jedną nogą.

Inną sprawą jest to, że w produkcji maczał palce sam César Charlone (Miasto Boga), który wyreżyserował 3 odcinki, czego w warstwie wizualnej nie tylko nie widać, ale ciężko się nawet domyślić. 3% to w istocie dużo hajpu i mało satysfakcji, którego główną zaletą jest promocja młodych brazylijskich aktorów i pokazanie przez Netflixa swojego „etnicznego” oblicza.

Conradino Beb

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

„Black Mirror” powraca z trzecim sezonem na Netflixie!

Netflix ujawnił datę premiery trzeciego sezonu kultowej brytyjskiej antologii telewizyjnej. W sześciu nowych odcinkach zobaczymy: Bryce’a Dallasa Howarda, Gugu Mbathę-Raw, Mackenzie Davis, Jerome’a Flynna oraz Kelly McDonald.

Jeden z odcinków został napisany przez Rashidę Jones (znaną z serialu The Office), a wśród reżyserów znaleźli się Joe Wright (nominowany w 2007 do Oscara za Pokutę) oraz Dan Trachtenberg (10 Cloverfield Lane).

Jak twierdzi twórca serialu, Charlie Brooker, nowy sezon będzie oscylował pomiędzy thrillerem, satyrą społeczno-polityczną i dramatem.

W sprawie przejścia do streamingowego giganta Brooker oznajmił: Netflix jest całkowicie różny od sieci telewizyjnej… nie masz obostrzeń takich jak cenzura, czas ekranowy czy przerwy na reklamy, możesz więc bardziej wczuć się w historię.

Black Mirror uderzy w widzów podłączonych do Netflixa już 21 października!

Ewolucja (2015)

evolution_original_poster_2015

Drugi film Lucile Hadžihalilović powstawał aż jedenaście lat. Francuska reżyserka przyznaje, że na początku projekt wiele czerpał ze stylu kina science fiction, jednak z biegiem lat pierwotny pomysł coraz bardziej się przeobrażał.

Ostatecznie powstała historia, która stanowi lustrzane odbicie debiutanckiej Niewinności – swoistej bajki inicjacyjnej, osadzonej w świecie dziewczynek. Ale Hadžihalilović postanowiła się teraz przyjrzeć dorastaniu chłopców.

Akcja Ewolucji rozgrywa się w nadmorskim miasteczku, zamieszkałym jedynie przez dorosłe kobiety i małych chłopców. 10-letni Nicolas znajduje zwłoki utopionego kilkulatka. Ale choć matka zapewnia go, że nikogo tam nie było, chłopiec nie potrafi zapomnieć o niepokojącej sytuacji. Niedługo potem trafia do szpitala, w którym pielęgniarki dokonują nietypowych zabiegów na jego rówieśnikach

Punktów wspólnych pomiędzy Niewinnością, a Ewolucją, znajdziemy bardzo wiele. Każdy trop interpretacyjny, pojawiający się przy okazji rozważań nad pierwszym filmem, jest równie uprawniony w analizie drugiego tytułu. Ale ta powtarzalność nie jest wywołana brakiem pomysłów, gdyż możemy tu mówić o konsekwentnie budowanym, unikalnym i bardzo wyrazistym, stylu autorskim.

Ważnym aspektem opowiadanych przez Hadžihalilović historii jest umieranie, otwierające w mniej lub bardziej dosłowny sposób obie opowieści. Pierwszym etapem pokwitania jest doświadczenie śmierci. Drugi to wdrożenie jednostki w działanie systemu. Trzecim jest zaś dorastanie, wymuszany na dziecku przemocą proces, który pozbawia je indywidualności.

W Ewolucji ten aspekt dojrzewania jest szczególnie widoczny, gdyż odbywa się w szpitalu, instytucji totalnej, doskonale opisanej choćby przez Ervinga Goffmana.

Ewolucja jest kinem artystycznym, które garściami czerpie z konwencji kina gatunków. Reżyserka wykorzystuje sposoby kreowania świata przedstawionego, znane z filmowych horrorów i powieści grozy, aby wyrazić dezorientację i niepokój dziecięcego bohatera. Hadžihalilović pokazuje rzeczywistość, która sama w sobie może nie być tak przerażająca, jednak z perspektywy 10-latka, który nie rozumie wielu zjawisk, przypomina senny koszmar.

Oprócz kina gatunkowego reżyserka odwołuje się także do tradycji kina eksperymentalnego i chętnie wykorzystuje symbole znane z surrealistycznego uniwersum. Najważniejszymi metaforami w Ewolucji są morze (wg Sigmunda Freuda oznaczające podświadomość) oraz rozgwiazda, tytułowa bohaterka filmu Man Raya z 1928 roku.

Rozgwiazda jest uważana za nieśmiertelny gatunek. Co ciekawe, umiejętność klonowania i regeneracji obumarłych komórek zapewnia im stały powrót do formy niedojrzałej płciowo. Trudno o symbol, który w bardziej spójny sposób połączyłby temat dojrzewania i (nie)śmiertelności.

Hadžihalilović chętnie odwraca również genderowe stereotypy. W jej filmie rolę dominującą odgrywają kobiety. Inwersja dokonuje się nie tylko w psychice, ale też w biologii – tytułowa Ewolucja każe młodym chłopcom wydawać na świat potomstwo. Przeobrażeniu poddany jest też popularny motyw nimfetki. Relację dorosłego mężczyzny z dziewczynką zastępuje tu jednak kobieta zafascynowana małym chłopcem.

Ewolucja to film-sen, który można interpretować na wielu płaszczyznach. Najbardziej zachwyca tu forma, przede wszystkim rewelacyjne zdjęcia nagrodzonego za nie w San Sebastian Manu Dacosse’a. Na tak estetycznie wysmakowane i niebanalne filmy warto czekać ponad dekadę, jednak mam nadzieję, że trzecia odsłona mrocznej krainy czarów Hadžihalilović nastąpi znacznie szybciej.

Sara Nowicka

Oryginalny tytuł: Évolution
Produkcja: Francja/Belgia/Hiszpania, 2015
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Przekraczając gatunek, czyli wokół „The Witch” i innych hybryd filmowych

Jak powiedział kiedyś w wywiadzie dla brytyjskiego magazynu Time Out William Friedkin: Rozumiem, że ludzie uważają Egzorcystę za horror. Totalnie to kumam. Nie musisz się o nic martwić, bo to tylko horror. Ale sądzę, że porusza on znacznie głębsze problemy, niż robi to przeciętny horror. Jeśli mam być z tobą szczery, ani Bill Blatty (mój scenarzysta), ani ja, nie planowaliśmy robienia żadnego horroru. Nie przyszło nam to nawet na myśl.

Hybrydy filmowe w perspektywie historycznej

Powyższa wypowiedź Friedkina pozostaje znacząca nie tylko w kontekście interpretacji jego najsłynniejszego dzieła, ale daje nam również klucz do zrozumienia dość świeżego fenomenu tzw. artystycznego kina gatunkowego, które określane również przez krytyków „artystycznym kinem akcji” bądź „hybrydą artyzmu i gatunku”, bądź „nową falą gatunkową”, reprezentuje zatarcie granic pomiędzy tradycyjnymi gatunkami takimi jak: horror, thriller, kino gangsterskie, science-fiction czy film akcji, a wizjami stricte autorskimi.

To wprawdzie duża zmiana na poziomie konceptualnym i marketingowym, ale oparta na solidnych precedensach, które możemy namierzyć u samego zarania kina. Faktycznie, jeden z kamieni milowych kinematografii, Podróż na Księżyc Georgesa Méliès, jest określany przez współczesnych krytyków zarówno jako film science-fiction oraz film eksperymentalny, bo ani pojęcie gatunku, ani pojęcie sztuki filmowej w 1902 roku nie były jeszcze znane – nie istniały więc standardy produkcji, do których stosować miał się twórca.

W retrospekcji to także Méliès miał wyreżyserować w 1896 pierwszy horror wszech czasów, znany jako Rezydencja diabła (Le Manoir du diable aka. The Haunted Castle aka. The Devil’s Castle), po którym przyszedł czas na japońskie Bake Jizo oraz Shinin no Sosei w 1898. Do innych pionierów gatunku zalicza się też Frankensteina (J. Searle Dawley, 1910), a w dalszej kolejności cztery dzieła niemieckiego ekspresjonizmu: Golema (Paul Wegener, 1920), Gabinet Dr. Caligari (Robert Wiene, 1920), Nosferatu (F. W. Murnau, 1922) i Człowieka, który się śmieje (Paul Leni, 1928).

MurnauNosferatuSchreck
„Nosferatu” / F. W. Murnau, 1922

Samo słowo horror pojawiło się jednak po raz pierwszy w dyskursie filmowym dopiero w 1931, kiedy wytwórnia Universal Pictures wypuściła Draculę z Belą Lugosim (po sukcesie sztuki teatralnej o tym samym tytule) i Frankensteina z Borisem Karloffem, używając go w kampanii promocyjnej.

Znaczący jest oczywiście fakt, iż dobrze znana szufladka literacka (horrory popularne już były w Europie w XVIII wieku), została przeniesiona na ekran przez przemysł filmowy z pragmatycznych powodów i nie była pochodną żadnej idei intelektualno-filozoficznej.

Geneza horroru, jak więc widzimy, związana jest przede wszystkim z marketingiem, a nie z krytyką filmową, która była przed drugą wojną światową w powijakach, chociaż już w 1908 pierwszą rubrykę filmową zaczął prowadzić na łamach amerykańskiego dziennika The New York Dramatic Mirror niejaki Frank E. Wood, a w 1912 dla brytyjskiego dziennika London Evening News recenzować filmy zaczął niejaki WG Faulkner.

Także Polacy nie byli z tyłu, gdyż w 1913 swój pierwszy artykuł na temat kina, zatytułowany nomen omen Śmierć kina, opublikował literat i poeta Karol Irzykowski. W 1924 wydał on również pionierską książkę Dziesiąta muza, w której przedstawił filozoficzną tezę, że „kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią”.

Ale mimo działalności Irzykowskiego na polu krytyki literackiej za znacznie ważniejszego na rodzimym podwórku uznaje się Antoniego Słonimskiego, którego inauguracyjny felieton pt. Kinematograf, ukazał się w październiku 1922 roku na łamach Kuriera Polskiego. To Słonimski jako pierwszy intelektualista w Polsce zaczął także interpretować kino nie tylko jako rozrywkę, ale przede wszystkim jako zjawisko kulturowe.

bela_lugosi_dracula_sztuka_teatralna
Plakat z występu Beli Lugosiego w Vista Theatre / 8.12.1947

To nie zmienia jednak faktu, że horror, thriller i kino gangsterskie były w dwudziestoleciu międzywojennym traktowane jako formy wyłącznie rozrywkowe, służące zabawianiu publiczności i zarabianiu pieniędzy, szczególnie od momentu, kiedy amerykański przemysł filmowy zaczął je traktować jako masowy produkt i wynalazł powtarzalną „formułę” – słowo kluczowe dla zrozumienia, czym w ogóle jest gatunek filmowy, jak pisze w The Shifting Definitions of Genre: Essays on Labeling Films, Television Shows and Media Marc Jancovich.

W ramach formuły przemysł filmowy kopiował skuteczne rozwiązania z filmów, które osiągały sukces kasowy i powielał je w kolejnych, aż do całkowitego wyczerpania danego tematu, co prowadziło do szukania nowego i powtarzania całego cyklu od początku.

Warto przy tym dodać, że tzw. system studyjny nie pozwalał w tym okresie ani aktorom, ani reżyserom, ani scenarzystom, na zajmowanie kreatywnych czy artystycznych postaw – wszyscy oni byli jedynie najemnikami przy kolektywnym projekcie, a do tego na długich kontraktach, co miało się sypnąć na dobre w latach ’60 i zainicjować Nowe Hollywood.

Z tego zresztą powodu klasyczne horrory nawet dziś rzadko bywają przez krytyków analizowane pod kątem treści artystycznych, które zgodnie z podstarzałą, ale bardzo w swoim czasie modną „teorią autora”, zapoczątkowaną przez francuski magazyn Cahiers du Cinéma we wczesnych latach ’50, są oznaką kina ambitnego. To musi zaś posiadać indywidualne piętno, którego znakiem rozpoznawczym jest często własnoręcznie napisany przez reżysera scenariusz, ale absolutną podstawą zaangażowanie duchowe we własne dzieło.

Zgodnie z tą teorią dzieło autorskie nie może być w żadnym wypadku częścią masowego systemu produkcji i dystrybucji, w ramach którego Hollywood wypluwa kolejne filmy gatunkowe. Może ono powstać jedynie poza nim… czy może jednak nie? Na styku teorii i praktyki filmowej w latach ’50 pojawiają się pierwsze problemy, które dręczą wielu filmoznawców po dziś dzień. Czy przykładowo Psychoza Hitchcocka, wyprodukowana w 1960 przez Paramount, a więc duże studio, jest produktem masowym czy dziełem sztuki?

pyscho_hitchcock
Scena z „Psychozy” Hitchcocka

A sprawa nie jest oczywista, bo z jednej strony mamy tu mały budżet (jak na film studyjny) i dużą kontrolę reżysera nad filmowany materiałem, a z drugiej strony pełną wytrychów, prawie że eksploatacyjną, kampanię reklamową, nakierowaną na masowego widza. Z jednej strony mamy veto studia (Hitchcock sam sfinansował swój film) i kontrowersje ratingowe, a z drugiej ostateczny sukces finansowy na całym świecie i masową popularność.

Z jednej strony mamy szok, grozę i mroki ludzkiej jaźni, a więc standardowe chwyty dla klasycznego thrillera, a z drugiej eksperymentalną kinematografię z bardzo nowatorskim jak na swoje czasy montażem i niejasne zakończenie bez żadnego przesłania moralnego. Czym jest więc ostatecznie Psychoza, filmem gatunkowym czy autorskim?

Kinomani piszący dla Cahiers du Cinéma nie mieli oczywiście wątpliwości, Psychoza była filmem autorskim, jak nie miał też wątpliwości amerykański krytyk Andrew Sarris, który na łamach Village Voice nazwał Hitchcocka po premierze „najodważniejszym filmowcem awangardowym w Ameryce”… co nie zmienia faktu, że dzisiaj Psychoza jest traktowana przez fanów kina jako klasyka thrillera/horroru z podkreślanym do znudzenia zdaniem „jak zmieniła gatunek”, a więc najrozsądniej byłoby ją nazwać filmem hybrydowym.

alfred_hitchcock_cahiers_du_cinema
Alfred Hitchcock na okładce „Cahiers du Cinéma”

Z perspektywy historycznej przełomowe dzieło mistrza suspensu nie było jednak pierwsze w hybrydowym świecie. Do najwcześniejszych z nich należą film edukacyjny, paradokument i horror w jednym, Czarownice (1922) Benjamina Christensena, a także Vampyr (1932), mało znany horror ekspresjonistyczny, operujący głównie sugestią i światłocieniem, wyreżyserowany przez legendarnego filmowca duńskiego, Carla Theodora Dreyera, który do historii kina przeszedł swoim niemym dziełem Męczeństwo Joanny D’Arc (1928), zrealizowanym we Francji… który nieprzypadkowo pozostaje jednym z ulubionych filmów Roberta Eggersa, twórcy The Witch, a także Larsa von Triera, twórcy Antychrysta.

Kultowe „horrory”, a teoria aktora-sieci

Jak mówi Eggers w wywiadzie dla RogerEbert.com: Carl Theodor Dreyer jest dla mnie gigantem. Lubię ten cały kanon artystyczny. Oprócz tego reżyser przypomina przy każdej okazji o swojej miłości do Ingmara Bergmana i Stanleya Kubricka, ale nie zapomina nazwać w tym samym wywiadzie kreacji ze Lśnienia „gównianymi”, „przesadzonymi” i „nieprawdziwymi”.

Dość ciekawe stanowisko człowieka, który miałby być nową nadzieją horroru, a w innym wywiadzie dodaje: Zawsze przyciągały mnie rzeczy mroczne i nieziemskie, ale horrory były dla mnie za dzieciaka wiecznie zbyt straszne.

Faktycznie, Eggers nie darzy horrorów jakimś szczególnie ciepłym uczuciem, a pracę przy The Witch określa nawet jako „daleką od widma wpadnięcia w pułapkę horroru”, co prowadzi nas do jedynego, choć być może kontrowersyjnego wniosku: jego debiut nie jest horrorem, tak jak nie jest nim Egzorcysta Friedkina, Opętanie Żuławskiego, Lśnienie Kubricka, czy żeby nie sięgać daleko ostatni film Jarmuscha: Tylko kochankowie przeżyją.

the-exorcist-1973-kadr
Słynna scena z „Egzorcysty” Williama Friedkina

Czy te dzieła zrealizowane zostały bowiem wg formuły horroru? Udowodnienie tego będzie bardzo ciężkie z wyżej wymienionego powodu. Pojęcie horroru w kinie nie jest dyskursywne (nie ma mocnej podstawy teoretycznej), ale marketingowo-ekonomiczne, tak więc nie można wobec niego zastosować logicznego wnioskowania, a tym bardziej dokonać semiotycznej analizy.

Horror w żadnym wypadku nie należy też do idei filozoficznych, a jako pojęcie filmowe jest zaledwie aktantem (to piękne słowo należy do teorii aktora-sieci, w skrócie ANT), który tworzy część sieci ekonomiczno-marketingowej, sieci odbiorców, sieci twórców, z wieloma silnymi aktorami (ponownie, w sensie przyjętym w ANT), z których każdy wywiera pewien wpływ na kształtowanie się idei horroru, ale także na ostateczny kształt fizycznego produktu w postaci DCP (Digital Cinema Package), krążka DVD czy Blu-ray, a wcześniej negatywu i odbitki filmowej, a ostatecznie także na ciągłą zmianę w pojmowaniu przyjętego znaczenia horroru jako gatunku, co odpowiada potrzebie ewolucji samego medium filmu.

To stwarza niestety problemy wielu fanom, którzy pod pojęciem horroru rozumieją zestaw pewnych klisz (nomen omen rozpropagowanych przez przemysł filmowy) i nierozumieniem, krytyką, a czasem nawet z oburzeniem czy wściekłością przyjmują filmy, które im się wymykają, ale wciąż są promowane i reklamowane jako horror, nie rozróżniając pomiędzy zabiegami producentów i dystrybutorów, a treścią tego co widzą na ekranie, do czego może dochodzić także frustracja finansowa, jako że za obejrzenie tego filmu przecież zapłacili.

To zamieszanie tłumaczy nam jednak całkiem sprawnie Bruno Latour, który pisze w Reassembling the Social: Nie ma bezpośredniego związku pomiędzy czymś realnym i niezaprzeczalnym, co można zastosować także do filmowego horroru, który jest zjawiskiem kulturowym (jako przedmiot zainteresowania i inspiracji), realnym (poprzez proces produkcji), a przy okazji zmysłowo-estetycznym (odbieramy go poprzez zmysł wzroku i słuchu) i finansowym, czyli jest idealnym zjawiskiem hybrydowym, jednak w żadnym wypadku nie jest zjawiskiem niezaprzeczalnym!

I faktycznie, bardzo surowe mapowanie kontrowersji horroru, czyli badanie sieci tworzącej horror i przez horror tworzonej (bo jako aktant horror swoją sieć dynamicznie podtrzymuje), ujawnia że wiele z największych osiągnięć gatunku nie było przez ich twórców określane jako horror, a zostały tak sklasyfikowane głównie na skutek zabiegów dystrybutorów i opinii krytyków, którzy rozpoznali w nich pewne elementy (nie zawsze te same), a następnie utrwalili swoje opinie w ramach książek i artykułów prasowych.

acta-mapping
Mapowanie kontrowersji na przykładzie sprawy ACTA

Nie zmienia to jednak faktu, że Kubrick nigdy nie stawiał w Lśnieniu na nadnaturalne przyczyny wydarzeń, używając ich jedynie jako rodzaju fałszywej sugestii, co wyjaśnił następująco w wywiadzie z 1980: Stephen Crane napisał historię pt. The Blue Hotel. Czytając ją dowiadujesz się szybko, że głównym charakterem jest paranoik. Bierze on udział w grze w pokera, decyduje że ktoś go oszukuje, rzuca oskarżenie, wszczyna walkę i zostaje zabity.

Sądzisz, że przesłaniem tej opowieści jest nieuchronność śmierci pokerzysty, który ostatecznie traci życie w fatalnym pojedynku rewolwerowym. Ale na końcu dowiadujesz się, że człowiek oskarżony o oszukiwanie naprawdę go oszukiwał. Sądzę, że Lśnienie używa podobnego rodzaju fałszywej sugestii psychologicznej w celu uprzedzenia wniosku, że paranormalne wydarzenia naprawdę mają miejsce.

Oczywiście, Lśnienie zostało oparte na książce-horrorze Stephena Kinga, który jednak z miejsca znienawidził scenariusz Kubricka napisany wspólnie z pisarką Diane Johnson głównie za to, że odarł on książkę z najbardziej wyrazistych elementów horroru, a aktorom kazał grać w sposób niezwykle nienaturalny, przez co jego film bywa przez część filmoznawców traktowany jako parodia gatunku (sic!), a więc w istocie jego przekroczenie. Stephen King pozostaje w tym kontekście rozdrażnionym fanem horroru, a wielu innych miłośników filmu pozostaje ślepych na wątki, które w żaden sposób nie nawiązują do gatunku, widząc tylko to co chcą widzieć!

shining_kubrick_kadr
Scena ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka

Na granicy gatunku/nie-gatunku z czasem pojawiło się jednak pojęcie artystycznego kina gatunkowego (wyśledzone przeze mnie jako precedens w recenzji Matrixa z 1999 roku), które nie reprezentuje gatunku przez to, że jest artystyczne i nie reprezentuje sztuki przez to, że jest gatunkowe, ale jako hybryda reprezentuje obydwa, czego idealnym przykładem są współczesne filmy takie jak: The Witch, Drive, Sicario, Pole w Anglii, Wolny strzelec czy Berberian Studio Sound, zrealizowane przez filmowców, którzy obejrzeli tyle samo filmów autorskich, co i filmów eksploatacji, ale już używane w retrospekcji do zdefiniowania bardzo dużej liczby filmów takich jak Lśnienie, a nawet Siedmiu samurajów.

Ale wprowadźmy na wokandę sprawę The Witch, która ma tę zaletę, że jest wciąż świeża, co pozwala na sprawne mapowanie kontrowersji. Oto Jason Coffman pisze na łamach Medium, że wiele z fanów horroru nie polubiło ani trochę Babadooka, Coś za mną chodzi i The Witch, stawiając tezę: Ci widzowie mieli wrażenie, że filmy te miały za dużo hajpu i że nie dostarczyły wcale treści, które obiecywała publiczność oglądająca je w obiegu festiwalowym.

Idąc dalej, niektórzy z niezadowolonych twierdzili nawet, że filmy te nie są wcale horrorami, że są „nudne”, „niestraszne” i że „prawdziwi fani horroru” przejrzą tę całą maskaradę na wylot i tylko dyletanci czy „pozerzy” mogą je w ogóle podziwiać. Bez zaskoczenia jest przy tym, że The Witch spotkał się z takimi samymi reakcjami wielu widzów.

Głosy te są jednak zaledwie kontynuacją dyskusji, która toczy się w środowisku kinomanów od wielu lat, co wynika ponownie z tego, że horror nie posiada żadnej definicji, a więc nie można go umieścić w granicach pewnego pola, w zamkniętej sieci. Faktycznie, wymienione przez Coffmana filmy są najczęściej określane mianem hybrydy (lub meta filmu), co oznacza że funkcjonują w ramach otwartej, żywej sieci i ze względu na aktywność można by je było określić aktorami w sensie przyjętym w ANT.

Żeby wytłumaczyć szybko to pojęcie, można ponownie przytoczyć słowa Latoura, który pisze: Aktor w zespolonej, charakteryzowanej przez ekspresję teorii aktora-sieci, nie jest źródłem akcji, ale ruchomym celem szerokiej gamy jednostek rojących się wokół. Przykładowo, The Witch jest celem zarówno widzów, krytyków, samego twórcy, dystrybutorów, plakacistów, grafików komputerowych i wielu innych jednostek, które mają ten film na celowniku, czyli krążą blisko wokół niego z różnych powodów, które także można wymapować (na co tutaj nie ma jednak miejsca). Czy taka (tu wyłożona w dużym uproszczeniu) sieć może funkcjonować bez kontrowersji? Jest to w zasadzie niemożliwe.

The-Witch-2015
Scena z „The Witch”

Uchwycenie tej sieci komplikuje przede wszystkim dynamiczna wymiana informacji w Internecie, która w dużej mierze zdominowała dość mechaniczną w przeszłości dystrybucję hierarchiczną, związaną z mediami papierowymi, radiem i telewizją – dzisiaj uznawanymi za tradycyjne ośrodki kreowania opinii na ich temat.

W efekcie, dzisiaj mamy do czynienia z tym, co Mark Pesce wiele już lat temu nazwał hiper dystrybucją, czyli dystrybucją informacji opartą o wymianę poziomą, która ma znacznie więcej punktów wejścia/wyjścia i sposobów rozprzestrzeniania informacji takich jak media społecznościowe, fora, blogi i magazyny filmowe.

Sztuka to przemoc, gatunek to tożsamość

Jednym z efektów tej dynamicznej wymiany informacji, a także wzrostu jej natychmiastowej dostępności, jest nieustanne ścieranie się różnych interpretacji zjawisk kulturowych, definicji, recepcji, punktów widzenia etc., wśród których pojęcia filmowe tj. nazwy gatunków zajmują dziś ważne miejsce, gdyż pozostają w dużej mierze składnikami naszej tożsamości.

W dużym uproszczeniu mamy dzisiaj sytuację, w której określenia takie jak „fan horroru”, „fan filmów gangsterskich” lub „fan giallo” nie są tylko pojęciami filmowymi, ale stały się również pojęciami wybitnie tożsamościowymi (a więc otwartymi dla badań antropologicznych), z czym łączy się walka o zachowanie tej tożsamości, łączenie się w grupy, tworzenie przymierzy i rozwijanie samoświadomości.

Centralne miejsce w tej dynamicznej sieci (w sensie ANT) zajmuje zaś opozycja fanów wobec krytyków lub też publiczności festiwalowej wobec publiczności masowego obiegu, czy też fanów kina gatunkowego wobec fanów kina artystycznego, która bardzo często zamienia się w werbalną wojnę i wcale niekoniecznie na argumenty!

basic_controversy_mapping
Podstawowy schemat mapowania kontrowersji

Na poziomie informacyjno-ekonomicznym widzimy z jednej strony potrzebę klasyfikacji gatunkowej, związaną z tworzeniem homogenicznych form znaczeniowych takich jak listy najlepszych horrorów (lub thrillerów, lub filmów wojennych, lub filmów science-fiction), które apelują do określonej grupy odbiorczej, ale z drugiej widzimy tej klasyfikacji ograniczenia, które wyrażone zostają przez krytyczne komentarze sceptyków. Innymi słowy, mamy do czynienia z dynamiczną siecią, której aktorzy na bieżąco tworzą kontrowersje, tak więc żaden statyczny model interpretacyjny nie wchodzi dłużej w grę.

To wynika przynajmniej częściowo z dynamiki medium filmu, a więc z interakcji reżyserów, dziennikarzy, widzów i producentów z filmem, z pewnej można by rzecz polifonii, która nie posiada jednak centrum tak jak powiedzmy posiada ją kwadratowy pokój, przestrzeń fizycznie statyczna, choć emocjonalnie już nie, ale która może zostać przynajmniej zdefiniowana geometrycznie (ma takie, a nie inne wymiary) czy estetycznie (ma taki, a nie inny kolor).

Ta dynamika nie może być jednak interpretowana abstrakcyjnie jako „sieć niewidzialnych więzów symbolicznych” czy „zestaw determinant kulturowych”, rozprzestrzeniających się w ramach równie niewidzialnego „systemu społecznego”, gdyż jesteśmy w stanie przebadać kształt sieci tworzonych przez film dzięki ich aktorom (konkretnym dziełom filmowym, reżyserom, producentom, krytykom, książkom) i aktantom (akcjom, mediom i związkom, które kreują aktorzy).

A jesteśmy tego w stanie dokonać dlatego iż film, w przeciwieństwie do przestrzeni statycznych, jest przestrzenią hybrydową, która łączy ekonomię, psychologię, emocje, estetykę, strategie polityczne, historię, technologię, sztukę, organizację pracy, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste. Do tego dochodzą zaś zabiegi interpretacyjne tj. ciągłe podważanie przyjętych założeń zarówno przez twórców filmowych, co i publiczność, które także byłyby aktantami.

reservoir_dogs_scene
Scena z „Wściekłych psów” Quentina Tarantino

W taki właśnie sposób ewoluują ramy gatunków filmowych, a razem z nim samo pojęcie gatunku. Przykładowo, w 1992 publiczność na Festiwalu w Sundance obejrzała film, który miał zmienić historię kina niezależnego. Filmem tym były Wściekłe psy Quentina Tarantino, który przyjęty został ze świętym oburzeniem i skrytykowany za „bycie społecznie nieodpowiedzialnym”, jak pisze Peter Biskind w Down and Dirty Pictures. Problemem dla publiczności były agresja i brutalność, bo ludzie w filmach niezależnych umierali do tej pory niezmiernie rzadko, a jak już to na AIDS przy melancholijnej muzyce.

Jednak 21 lat później Nicolas Winding Refn, w tym punkcie uznany już filmowiec, wyznał w wywiadzie dla RogerEbert.com: Hmm, użycie przemocy jest… wydaje mi się, że sztuka jest aktem przemocy w pewien sposób. To emocjonalny wylew i naprawdę nie wiem… sądzę, że przemoc w kinie jest potrzebnym fetyszem. Emocjonalnie, nasza ekspresja artystyczna składa się z seksu i przemocy. Wszystko sprowadza się do tych dwóch prostych emocji, które posiadamy. Ale podczas gdy erotyka i seksualność nie są fantazjami, ponieważ większość z nas je uprawia, przemoc pozostaje fetyszem, fantazją. Przemoc posiada swoją seksualność, którą uważam za bardzo narkotyczną. I to mnie jak sądzę nakręca.

Wypowiedź NWR oprócz bezpośredniego powiązania seksu i przemocy zdradza tajniki przemiany, do jakiej doszło w kinie w ostatnich latach za sprawą twórców takich jak on sam, którzy dorastając na filmach niskobudżetowych, ale doceniając także uroki kanonu artystycznego, w swojej twórczości od początku dawali ujście fascynacji obydwoma, tylko formalnie nie mającymi ze sobą związku, gałęziami kina.

nicolas_winding_refn_valhalla_rising
NWR na planie „Valhalla Rising”

Te w praktyce, jak w przypadku Hitchcocka, zawsze były podatne na hybrydyzację. Kino autorskie zasilane było bowiem od dawna inspiracjami gatunkowymi w stopniu, którego krytycy nigdy nie chcieli przyznać, gdyż to obnażyłoby słabość, a nawet absurdalność hołubionych teorii filmowych, rozpowszechnianych przede wszystkim w ramach festiwali filmowych, które od lat ’80 wykreowały powoli zjawisko tzw. kina festiwalowego, traktowanego przez bardziej liberalnych krytyków jako synonim współczesnego kina artystycznego, a które było odpowiedzią na szybko się popularyzujące (zarówno dzięki kasetom VHS, co i telewizji kablowej) kino akcji, będące tak naprawdę zreformowaną wersją kina eksploatacji, które dystrybuowane było od lat ’40 w drive-inach i grindhouse’ach w formie pakietów znanych jako double features.

Kino to miało się zaś znakomicie do późnych lat ’70, kiedy wielkie wytwórnie zupełnie przypadkowo rzuciły na rynek trzy filmy: Rocky, Gwiezdne wojny i Szczęki, które przyniosły wcześniej niewyobrażalne wpływy i na skutek tego całkowicie zmieniły strategię finansowania nowych produkcji w Hollywood.

W trakcie tego procesu wielkie wytwórnie ostatecznie przejęły rynek dotychczas zagospodarowany przez eksploatatorów takich jak New World Pictures pod wodzą Rogera Cormana, który stwierdził zresztą w American Grindhouse, że jak tylko zobaczył Szczęki, natychmiast wiedział że ma nowy problem, z którym nie jest w stanie konkurować finansowo.

Co jednak ciekawe, to że właśnie papież kina niskobudżetowego w latach ’70 upowszechnił w Stanach Zjednoczonych filmy Kurosawy, Bergmana i Felliniego, a więc wzorcowe dzieła autorskie, a spod jego skrzydeł wyszła grupa legendarnych nazwisk, która zapoczątkowała tzw. Nowe Hollywood, z których praktycznie wszyscy jako swoje debiuty nakręcili filmy w konwencji eksploatacji lub thrillera/horroru, a w swoich najsłynniejszych dziełach autorskich nieustannie prezentowali odniesienia do brutalnego kina gatunkowego, zarówno pośrednie jak i bezpośrednie.

roger_Corman_silence_of_the_lambs_kadr
Roger Corman w „Milczeniu owiec”

Dlaczego więc dalej upieramy się przy opozycji gatunek-sztuka, kino rozrywkowe-kino ambitne, filmy z przesłaniem-filmy bez przesłania? Nasze mini mapowanie kontrowersji związanej z horrorem pokazuje, że głównym powodem takiego stanu rzeczy są motywy ekonomiczne i tożsamościowe, które kreują sieć wzajemnych wpływów, działających na zasadzie feedbacku, a aktorzy którzy zmieniają jej kształt są często przyjmowani z rezerwą, niechęcią, a nawet otwartą krytyką.

W tym samym czasie horror pozostaje jednak medium wysoce plastycznym (aktantem), które z braku rdzennej definicji może być definiowane na wiele możliwych sposobów i z łatwością może być zawłaszczane przez różnych aktorów, a także włączane do „konkurencyjnych” sieci w ramach autorskiej decyzji o przekroczeniu gatunku, ale także zwykłej akcji promocyjnej lub obydwóch naraz (czy innych akcji, zarówno o charakterze artystycznym co ekonomicznym).

Ponadto, forma ta jest podatna na manipulację, parodię, a nawet łączenie z innymi formami kinowej ekspresji, czyli wtórną hybrydyzację, która pomaga w jej dalszym rozprzestrzenianiu się zarówno kanałami kinowymi, ale także internetowymi, papierowymi i w bezpośrednim zetknięciu dwóch aktorów w ramach sieci lub w trakcie procesu jej rozszerzania.

Pojawienia się nowego aktora w formie medium, jak mamy to okazję obserwować w przypadku The Witch, daje więc faktycznie okazję do podważenia zasadności wielu przekonań, które w innym wypadku ograniczyłyby wzrost sieci lub nadały jej zbyt uporządkowany kształt w stosunku do faktycznych związków pomiędzy jej poszczególnymi aktorami i aktantami.

Pojęcie sztuki w tym przypadku, jak też kina autorskiego, nadaje więc horrorowi większej wiarygodności w oczach wyrobionej publiczności filmowej niezainteresowanej gatunkiem, choć obnaża słabość definicyjną samej szufladki, jednocześnie kreując kryzys tożsamości wśród jej wielbicieli niezainteresowanych transgresją gatunku.

Conradino Beb