Archiwa tagu: seriale telewizyjne

Obejrzyjcie zwiastun do „Electric Dreams”, serialu opartego na prozie Philipa K. Dicka

Steve Buscemi, Anna Paquin, Terrence Howard, Vera Farmiga i Timothy Spall wystąpią w Electric Dreams, serialu-antologii wyprodukowanym przez Bryana Cranstona (Breaking Bad) i Ronalda D. Moore’a (Battlestar Galactica) dla australijskiego serwisu streamingowego Stan.

W Wielkiej Brytanii serial pokaże Channel 4, a reszta świata będzie go mogła oglądać dzięki Amazon Video. Nieznana jest jeszcze data premiery.

W oku tygrysa, czyli klimaty synthwave we współczesnych ścieżkach dźwiękowych

Lata 80-te nadal w modzie (spójrzmy na Drive, Kung Fury czy Stranger Things), ale w stronę ejtisów tęsknie spoglądamy nie od roku czy dwóch, tylko niemal od dekady. Nasza kultura w ogóle chętnie zerka do tyłu, z różnych względów i przy różnych okazjach – a to na lata 70-te, a to 90-te czy zupełnie wstecz (odwołania do kina noir są np. nieustannie obecne w kinie), jednak to estetyka czasów Karate Kid zdaje się obecnie nurtem szczególnie silnym.

Prawdopodobnie wszelkie retro znajdzie swoich odbiorców, bo retro zabiera nas stąd – z twardego, opresyjnego TERAZ – ku pięknym krainom TAM, GDZIEŚ, KIEDYŚ. Wywołuje przyjemną melancholię czy rozmarzenie. Twórcom pozwala też korzystać ze sprawdzonych wzorców, stając się w miarę bezpiecznym rozwiązaniem. Poza tym ułatwia dobrą sprzedaż, daje szansę na łatkę kultowości i erudycji.

Nie inaczej działają ejtisy, aczkolwiek ich witalność ciężko obecnie porównać z czymkolwiek innym. Lata 80-te to różne style, różne gatunki i zjawiska, ale najlepiej pamiętamy je za rzeczy proste. W kinie owa dekada to zarówno mroczne produkcje Johna Carpentera, jak i wesołe przygodówki w stylu Goonies. To i krwawy Robocop, i rubaszna Akademia policyjna.

Ejtisy miały też swój mrok, przemoc i poczucie zagrożenia, ale unikały przekombinowania. Łatwo streścić fabułę filmu z lat 80-tych. Pozostawały zrozumiałe nawet wtedy, gdy oglądałeś dany tytuł z niemieckim dubbingiem. Łatwo wyodrębnić w nim pozytywnych bohaterów.

Na pewno były to obrazy energetyczne – taki Kickboxer, Rambo czy Dirty Dancing przede wszystkim pobudzały. Sprawiały, że chciało się wzuć białe adidasy i obiec w nich kulę ziemską, nucąc Time Of My Life lub Fight For Love, czy jakikolwiek inny kawałek, który pozwoli, by krew płynęła szybciej.

Time Of My Life (Dirty Dancing)

Pomijamy tu oczywiście pozycje w stylu Nagiego lunchu, trzymając się głównego nurtu, który stanowił główny składnik nawozu dla młodocianej świadomości wielu z nas. Naczelnym przesłaniem ejtisów było: działaj, próbuj, idź do przodu. Oblatuj śmigłowce, wygrywaj turnieje, podrywaj blondynki i eksterminuj narkotykowe gangi. Nieważne, ile krwi, potu i wyrzeczeń będzie cię to kosztowało – rób swoje!

W latach 90-tych postmodernizm namieszał i wszystko stanęło na głowie. Plugawe zło i zbrodnia zalały ekrany! Tarantino ruszył ze swoją kawalkadą szemranych typów; Schwarzenegger zaszedł w ciążę, a Steven Seagal dał się wypchnąć z samolotu w dwudziestej minucie filmu – zabili go i nie uciekł! Potem kino stopniowo zaczęło gubić lekkość i szlachetną prostotę, by w końcu utknąć w sklepie z zabawkami powodującymi epilepsję i raka (Transformersy, Piraci z Karaibów i legion innych).

Być może dlatego lata 80- te „wracają” ostatnio naprawdę namiętnie, zewsząd i w dużej ilości. Twórcy mody, filmu, muzyki czy grafiki znów korzystają z patentów sprzed 40 lat. Mało tego, być może nawet ich nadużywają, jakby chcieli tę cytrynę wycisnąć do ostatniej kropli.

W muzyce zaroiło się od zespołów nawiązujących do Depeche Mode, New Order czy Pet Shop Boys. Na ulicach od ludzi ubranych tak, jakby właśnie opuścili plan Powrotu do przyszłości (tyle że mężczyźni zdążyli zapuścić wcześniej brody).

Nie bez znaczenia jest tu wpływ francuskiej sceny house, która z radością zaczęła żenić swoje tradycyjne brzmienie z wpływami muzyki lat 80-tych. To stamtąd trafił do głównego nurtu jeden z bohaterów tego tekstu – Kavinsky. Na modę zareagowało kino. Obrodziło tytułami z oldskulowym sznytem.

A że pojawiły się ejtisowe filmy, to muzyka do nich także musiała stać się retro. Jest to o tyle istotne, że filmowy ejtis – bardziej niż np. twór wzorowany na stylu kręcenia lat 70-tych – wymaga dopełnienia w postaci takiegoż soundtracku. Bo retro electro to dwa w jednym; aktywacja wzroku i słuchu, która umożliwia włączenie odbiorcy w tryb przyjemnej nostalgii.

Umówmy się, każdy filmowy ejtis musi być jak teledysk. Obraz i dźwięk muszą wytworzyć pewien szczególny nastrój, który odbiorca łatwo zdekoduje: rozpozna nawiązania, a jego świadomość przyjmie ten miks jako przyjazny i kojący. Możesz w owym dziele wykreślać dialogi, możesz uprościć fabułę, ale audio-wizualna otoczka ma wgryzać się w korę mózgową jak critter.

To nie musi być głębokie, ale zmysłowe i estetyczne, owszem. Poza tym senne i marzycielskie. Eskapizm i nostalgia jako podwójne uderzenie wprost w serce. Chwyty na granicy kiczu są dopuszczalne – ważne, żeby uwieść i porwać odbiorcę. Okazuje się, że połączenie ejtisowych obrazów z ejtisową muzyką potrafi przyciągać widzów i słuchaczy, jak dyskoteka Travoltę w Gorączce sobotniej nocy.

Perturbator – Technoir (feat. Noir Deco)

Youtube pęcznieje od klipów w klimacie synthwave. Kanały takie jak New Retro Wave zapewnią wam uderzeniową dawkę ejtisów. To nieoficjalne klipy do klasyków filmowych (choćby Terminator czy Robocop), gier komputerowych czy dzikie kolaże, łączące wszystkie smaki dekady – często towarzyszą im efekty świadczące o fascynacji technologią VHS czy maszynami marki Atari lub Commodore.

Niekiedy zamiast klipów oczy cieszy jakaś soczysta grafika z odpowiednio nasyconymi kolorami i błyszczącymi literami tytułu. Auta, plaże, piękne kobiety w bikini, silni mężczyźni na tle groźnie wyglądających miast; cyborgi, palmy, neony i wielkie gnaty; sam miód z pasieki lat 80-tych. Barokowa kaskada i zestaw cukierków w opakowaniach, które zaprojektowano bez cienia przypadku.

Timecop 1983, Com Truise, Perturbator czy Night Runner, Carpenter Brut i paru innych, to już uznani twórcy gatunku, którzy zbudowali swoje kariery na czerpaniu z wiadomej estetyki. Dla wygody nazwijmy ich neoejtisowcami. Podgryzają i wyszarpują swoje od klasyków lat 80-tych. Od gwiazd popu i dance po twórców muzyki do gier i klasyków soundtracku: Johna Carpentera, Brada Fiedela, Tangerine Dream, Jana Hammera, Harolda Faltermeyera, Vangelisa i wielu innych.

Neoejtisowcy nie tylko nie ukrywają, skąd czerpią inspirację, oni nią epatują. Bryzgają retro electro klimatem, zapożyczając się nierzadko u paru klasyków naraz. Chcą być kojarzeni z tym nurtem, a o przynależności do niego świadczą nazwy tytułów na płytach, krój pisma na okładkach i każdy element, z pomocą którego można podkreślić swoją przynależność.

Mitch Murder – Telefuture Theme

Mamy tu wiele smaków, jak w lodziarni. Kawałki zwiewne (Mitch Murder) i te z tłustszym bitem (Perturbator); bardziej romantic (Timecop1983) i ciążące w stronę mroku (GosT, który jest fanem metalu). Wielu neoejtisowców nagrywa ścieżkę dźwiękową do naszego wyobrażenia/wspomnienia o latach 80-tych, miksując wszystko ze wszystkim i bardziej dbając raczej o klimat całości niż oryginalność czy wymuskaną produkcję.

Otrzymujemy glitch, impresję i przyczynek do wspomnień na temat cudownego lata czy magicznego seansu z czasów, kiedy królowały radiomagnetofony. Twórcy ci zazwyczaj nie pracują przy tworzeniu profesjonalnych soundtracków do dużych produkcji. Zdarza się, że użyczają niekiedy gotowego kawałka do jakiegoś filmu, o czym będzie zresztą poniżej.

My jednak zajmijmy się pełnoprawnymi ilustracjami, które są współczesną egzemplifikacją synthwave. Weźmiemy pod uwagę zarówno muzykę ilustracyjną, jak i utwory śpiewane. Uwzględnimy i nowe kawałki, które tylko nawiązują do ejtisów, jak i stare, użyte jako składowa część współczesnych filmów.

Przyjmijmy, że interesująca nas ścieżka dźwiękowa musi wyraźnie nawiązywać do retro electro i wzbogacać względnie nowy tytuł. Nie oceniamy brzmienia muzyki na płycie, lecz jej funkcjonalność do spółki z obrazem – w myśl zasady “dwa w jednym” daje wyrób ejtisowy.

Szczególnie zwróciłbym tu uwagę na Johna Carpentera – pozostając reżyserem wielu świetnych, ikonicznych wręcz filmów, przeważnie pisał też do nich muzykę. W efekcie jest on dziś cytowany, miksowany i uwielbiany przez wielu twórców… w jakimś sensie to on właśnie stał się papieżem syntezatorowego retro!

Eksplozja ejtisów zaczęła się od filmu Drive Nicolasa Windinga Refna z 2011 roku, jednak coś wisiało w powietrzu już wcześniej. Rok przed owym boomem strzelali na ekranie Niezniszczalni, a po ekranach od lat kręcili się bohaterowie przeszczepieni z lat 80-tych – a to w remake’ach, a to kontynuacjach (Indiana Jones, Rambo, Freddy Krueger, Terminator i inni).

Tron Dziedzictwo (Soundtrack)

Pojawił się też obraz Tron: Dziedzictwo – sequel przeboju z 1983 roku. Istotną rolę w kontynuacji odegrała muzyka. Stworzyli ją członkowie grupy Daft Punk wraz z 80-osobową orkiestrą, łącząc ilustrację symfoniczną i elektroniczną. Wyszedł im specyficzny misz- masz, który w wielu miejscach zahaczał o stylistykę retro electro.

Francuski duet nawiązywał do brzmienia Jeana Michaela Jarre’a czy Kraftwerk, ale wpływy te zostały przygniecione ciężarem orkiestry, walcującej całość w dość klasyczne brzmienie muzyki filmowej. Płyta okazała się sukcesem.

W tym samym roku na ekrany zawitał The Social Network Davida Finchera. Obraz o powstaniu Facebooka zilustrowano brzmieniem jak z thrillera, o co zadbał Trent Reznor, na co dzień władający kultową formacją Nine Inch Nails, i niejaki Atticus Ross. Ambientowe plamy i industrialne trzaski spotkały się z dźwiękami rodem z 8-bitowych gier.

Nawiązania do ejtisów były oczywiste, ale nie stanowiły dominanty na albumie. Soundtrack wyróżniał się i udowadniał, że nie potrzebujesz wielkiej orkiestry dmącej w rogi, żeby zaciekawić widza/słuchacza. Film był przebojem, a muzyka Reznora zgarnęła Oscara. Z pewnością to unaoczniło widzom na całym świecie, że igraszki z ejtisami są teraz w dobrym tonie i to na wagę złota.

Trent Reznor And Atticus Ross (Soundtrack do The Social Network)

Ale to Drive Nicolasa Windinga Refna (inspirowany kultowym Kierowcą Waltera Hilla) sprawił, że tamy puściły. Obraz o kierowcy-kaskaderze prowadzącym życie na krawędzi i uczuciu rodzącym się między nim, a jego sąsiadką, był jednocześnie romantyczny i brutalny. Film – z uproszczoną fabułą, małą ilością dialogów – postawił na klimat i niedopowiedzenia. Zabrał widzów na wieczorną przejażdżkę w stylu neo-noir i nasycił serią estetycznych obrazków.

A dla Ryana Goslinga stał się tym, czym kiedyś Top Gun dla Toma Cruise’a. Refn ma ten sam zmysł, co lata temu miał Tarantino (Pulp Fiction) czy Michael Mann (Gorączka). Chodzi o tę alchemiczną zdolność łączenia obrazów i dźwięków, których wynikiem jest zawładnięcie wyobraźnią widza. Film urzekł widownię, a tego, zdaje się, jej brakowało. Hipnotycznego zapomnienia. Wciągnięcia w historię przez oczy i uszy.

Nie udałoby się to jednak nigdy, gdyby nie ścieżka dźwiękowa. Jest ona prosta i oparta na elektronice. Zapomnijcie o przeładowanej orkiestracji, kotłach, kanonadzie dźwięków, jak u Hansa Zimmera czy Johna Williamsa, rażących bezlitośnie patosem i próbujących z ciebie wyciskać łzy, jak pan Endo informacje z Riggsa w Zabójczej broni.

Ścieżka z Drive to rzecz pożeniona z wieczornym nastrojem, prosta forma mająca indukować bogate emocjonalne reakcje. Większość utworów stanowią kompozycje Cliffa Martineza – czołowego obecnie dostawcy ambientu w kinie i byłego członka Red Hot Chili Peppers. Kompozytor i tym razem stawia na stonowane elektroniczne tło, gładko wprowadzając widza/słuchacza w świat pełen zagrożenia i napięcia.

Ale to nie on, lecz trzy electro popowe piosenki pociągnęły ten soundtrack w stronę ejtisów i kultowego statusu, jakim obecnie się cieszy. Z drugiej strony gdyby nie sugestywne obrazy filmowego Los Angeles, owe kawałki (zgrabne, ale nic ponadto) nie stałyby się takimi hitami, a ich wykonawcy nadal gnieździliby się w niszy.

Piosenki Under Your Spell Desire i Real Hero College to romantyczny electro pop. Nightcall Kavinskiego to podobna konwencja, choć w nieco mroczniejszej tonacji. Wszystkie one brzmią, jakby powstały w melancholijny wieczór pełen powolnego żucia gumy i wpatrywania się w plakat Sylvestra Stallone albo przejażdżki w deszczu po mieście pełnym neonów.

Kavinsky – Nightcall (Soundtrack do Drive)

Ejtisowo brzmi też instrumentalne Ticks of the Clock Chromatics – zespołu, którego cała twórczość również skłania do melancholijnych nocnych eskapad (ostatnio mignęli w trzecim sezonie Twin Peaks, grając samych siebie i prezentując kawałek Shadow).

Dodatkowo dostaliśmy utwór Oh My Love Ritza Ortolaniego (doskonały twórca soundtracków do włoskiego kina sprzed dekad). Jest to jedyna emocjonalnie rozbuchana kompozycja na płycie, całkowicie instrumentalna, z klasycznie użytym wokalem; ot, urozmaicenie, szczypta czegoś “innego”, która jednak świetnie uzupełnia całość.

Ponownie Refn udowodnił że kocha szperać w różnych dekadach kina i wie, jak korzystać z tego, co znajduje. Zresztą już we wcześniejszym Bronsonie pokazał, że jeśli kręcić scenę dyskoteki w psychiatryku, to tylko przy dźwiękach Pet Shop Boys. Drive rozpalił wyobraźnię widowni, ale nie zaspokoił głodu. Trzeba było więcej ejtisów – więcej obrazów i muzyki. Fala ruszyła.

W tym samym roku pojawił się też thriller Następny jesteś ty, nawiązujący do kina “home invasion” i stojący w wyraźnej opozycji do blockbusterów. Obraz wskrzeszał ducha z czasów Ostatniego domu po lewej czy Nędznych psów. Towarzysząca mu muzyka to już czystej wody retro electro. Syntezatorowe bicze, psychotyczne pulsowanie, groźne buczenia i pogłosy dają w efekcie materiał kojarzący się z muzyką do pierwszego Terminatora, a także ze slasherami w stylu Halloween.

Oto smakowita elektroniczna kaźnia. Klimat zaszczucia i walki o przetrwanie został zaznaczony dobitnie. Praca nie była odkrywcza, ale skutecznie wspomagała pompowanie adrenaliny do krwi. Rok 2012 przyniósł film światu Maniaka – remake obskurnego thrillera z lat 80-tych.

W roli dewianta mordującego kobiety wystąpił Elijah Wood. Jego mroczną historię zilustrował artysta tytułujący się Rob, decydując się na syntezatorowe brzmienie – zawiesiste i ciemne. Efektem jest dynamiczna, pełna napięcia muzyka, praktycznie pozbawiona lżejszych momentów. Praca nawiązuje zarówno do dokonań Carpentera, jak i włoskiego zespołu Goblin (autorzy muzyki do Odgłosów Argenta i wielu innych klasyków grozy).

BSO – You’re Next (Soundtrack do Następny jesteś ty)

Wkrótce zaskrzyło się od kolejnych dokonań synthwave. Gość z 2014 roku – kolejny film reżysera Następny jesteś ty – czerpie z retro electro równie ostentacyjnie co Drive. Estetycznie jest to po prostu skok w czasie – do tyłu, w stronę hitów epoki VHS. Muzycznie to kanonada piosenek z epoki. Nie dość więc, że opowiadana historia jest jak żywcem wyciągniętą z wypożyczalni, to jeszcze podpiera się zestawem kawałków z epoki.

Od popu po alternatywę, ale – zgodnie z programem Michaela Manna – zawsze z wyczuciem. Kultowe Sisters Of Mercy, równie kultowe Siouxsie And The Banshees, Stevie B w pościelówie Because I Love You, pan Perturbator w kawałku Vengeance i wielu innych.

Różna stylistyka w służbie jednego celu: uwypuklić, podkręcić emocje i – paradoksalnie – stworzyć spójny klimat. To jedna z tych płyt, które przepadłyby jako “zwykła” składanka, ale mając za sobą silnie oddziałujący film, przyciąga jego widzów, którzy chcą jeszcze raz – przynajmniej muzycznie – przeżyć emocje znane im z seansu.

Kolejnym obrazem był Chłód w lipcu – mieszanka thrillera i kina akcji. W roli głównej wystąpił znany z serialu Dexter Michael C. Hall, który tym razem nie ma zabójczych skłonności, ale takiż look – ewidentnie ejtisowy – i Dona Johnsona do pomocy. Dawny Sonny Crockett z Miami Vice samą obecnością dorzucił swoje do retro klimatu. Oto kolejny przykład filmu, który opowiada prostą historię, kładąc nacisk na styl i napięcie.

Wyszła z tego bardzo solidna rzecz z ewidentnie ejtisowym sznytem. Obraz nie byłby tak elektryzujący i dynamiczny, gdyby nie jego ścieżka dźwiękowa. Jeff Grace – zazwyczaj zajmujący się horrorami – stworzył elektroniczny soundtrack, pulsujący poczuciem zagrożenia. Kompozytor nawet nie próbował ukrywać, ile zawdzięcza Carpenterowi. Praca do Chłodu w lipcu to – w przeciwieństwie do Gościa – muzyka ilustracyjna. Brak na niej piosenek.

Jeff Grace – He’s In the House (Soundtrack do Chłodu w lipcu)

Całość ciągnie syntezator brzmiący nieco jak w Coś czy Mgle. Poza kawałkami Grace’a znalazło się tu też miejsce dla jednego utworu Dynatron, który doskonale wypadł na ekranie. Wykonawca ten należy do posteejtisowych wyjadaczy pokroju Pertubatora czy Timecop 1983, więc doskonale zna konwencję.

Przejażdżka kabrioletem w rytm Cosmo Black z Johnsonem na pokładzie wskrzesza ducha Miami Vice. Soundtrack do Chłodu w lipcu nie stanowi rewolucji czy rewelacji, ale fanom wiadomej estetyki powinien zapewnić sporą dozę frajdy.

O wiele oryginalnej brzmi muzyka do horroru Coś za mną chodzi. Film znacząco wyróżnia się na polu współczesnej grozy. To swoisty hołd dla Carpentera i lat 80-tych, ale też kino zaskakująco poważne, bazujące na ciekawym pomyśle i efektowne. Obraz jest klimatyczny i nieoczywisty. Ucieka od serwowania krwawej młócki na rzecz zagęszczania napięcia.

Muzyka podążyła w tym samym kierunku. Artysta o xywce Disasterpeace stworzył soundtrack mroczny i unikający utartych ścieżek. Owszem, słuchać tu gdzieniegdzie Carpentera czy Martineza, ale twórca nie pozostaje zbyt długo w jednym miejscu. Znajdziemy u niego ambient, muzykę atonalną, zgrzyty, trzaski czy sporo pokręconej motoryki, mającej opisywać skrajne przerażenie.

Nie tylko lata 80-te, ale i 70-te (momentami brzmienie zbliżone do muzyki z obrazu Andromeda znaczy śmierć), jednak całość – pomimo dużego eklektyzmu – pozostaje spójna i świeża. Jest to jedna z tych prac, które świetnie spełniając kryteria ejtisowości, wielokrotnie też opuszczają tę szufladkę. Dla miłośników intrygujących ilustracji to rzecz nie do przeoczenia!

Coś za mną chodzi (Soundtrack)

Gdzieś na uboczu dużych filmowych wydarzeń pojawił się horror Gwiazdy w oczach (2014). Mocna niszowa produkcja przywodziła na myśl zarówno filmy Cronenberga, jak i Polańskiego. Film opowiadał historię początkującej aktorki gotowej na wszystko, by zostać gwiazdą, nawet jeśli ceną będzie rozpad ciała i psychiki. Tak deliryczne kino musiało otrzymać oczywiście odpowiednią oprawę.

Kompozytor Jonathan Snipes postawił na carpenterowskie brzmienie, chwilami pozwalając sobie na wycieczki w stronę Komedy z czasu Dziecka Rosemary – rzecz jasna, w wariancie synth. Wyszła z tego dość świeża, niepokojąca oprawa, która znacząco wzbogaca obraz.

Gwiazdy w oczach (Soundtrack)

W 2014 pojawiły się też kolejne efekty współpracy Trenta Reznora i Atticusa Rossa z Davidem Fincherem. Ścieżka dźwiękowa do Zaginionej dziewczyny ma w sobie pewien ejtisowy pierwiastek, ale jest to przede wszystkim elektroniczna tuba pełna różnych odniesień. Dominują na niej niepokojące plamy dźwiękowe i plumkania. Rzecz jest sugestywna, ale pozostaje raczej na marginesie naszych poszukiwań, bo prawdziwego retro nie ma tu zbyt wiele.

Za to prace Wojciecha Golczewskiego – Polaka, który po cichu i bez większego szumu tworzy oprawy muzyczne dla kina i świata gier – są już na tyle ejtisowe, że musimy się mu przyjrzeć bliżej. Golczewski – młody twórca zafascynowany elektroniczną muzyką i gatunkiem SF – zaczął od stworzenia ścieżki dźwiękowej do gry Linger in Shadows na PS3, a w chwilę potem trafił do kina.

W ciągu paru lat zilustrował kilkanaście tytułów filmowych (w grę wchodzą tylko tytuły zagraniczne, bo w Polsce jeszcze nikt nie wykorzystał jego talentu). Golczewski zadomowił się w ukochanym gatunku SF, horrorze i thrillerach. Projekty, w których bierze udział, często mają posmak retro (jak choćby inspirowane VHS-owymi horrorami Beyond the Gates z czy We Are Still Here z 2015, nawiązujące do twórczości włoskiego twórcy grozy, Lucia Fulciego).

Nieco bardziej znaną pozycją, przy której pracował muzyk, są Późne fazy człowieczeństwa z 2014 – udany obraz o wilkołakach. Golczewski stawia na proste, nieprzekombinowane brzmienia. Słychać tu – jakżeby inaczej – Carpentera, którego autor podobno ceni, ale zna dopiero od niedawna i nie na wyrywki, a poza tym Jarre’a czy Tangerine Dream. Jest w tej muzyce sporo naiwności i niemało uroku; warto śledzić dalsze kroki pana Golczewskiego.

Wojciech Golczewski – Being Human

W 2015 niedomówienia się skończyły: synthwave i cały ten kult wokół ejtisów to epidemia. Koronnym dowodem było Kung Fury – szwedzkie tornado pod postacią krótkiego metrażu. W trzydziestu minutach skondensowano tu taką ilość ejtisów, że antyfani tego okresu mogą zakończyć seans jako rozgotowany brokuł.

Film opowiada o niekonwencjonalnym, nieprzestrzegającym regulaminu, ultra skutecznym gliniarzu z Miami stającym do walki z Kung Fuhrerem – mistrzem kung fu i zła, znanym szerzej jako Adolf Hitler. Podróże w czasie, walki karate, dinozaury, nordycki bóg i wstawki animowane – to wszystko znajdziecie w Kung Fury.

Owa oda do ejtisów opakowana została w stosownie brokatowe szatki. Dajmy na chwilę odpocząć Carpenterowi; tym razem oprawa poszła w kierunku Faltermeyera, odpowiedzialnego za muzykę do Tango i Cash czy Fletch.

Mamy tu zadzierzyste, wesołe brzmienia ilustrujące bycie kozakiem i uber-gliną. Kawałki (wśród wykonawców dominuje Mitch Murder – neoejtisowiec) są niewyszukane i podobne do siebie, ale na ekranie robią dobrą robotę. Śpiewanym utworem True Survivor błysnął tu David Hasselhoff, trzymając poziom swoich wcześniejszych dokonań. Ta muzyka jest ostentacyjna i właściwie użyta, tak więc misja zakończyła się sukcesem.

David Hasselhoff (Soundtrack do Kung Fury)

W tym samym roku pojawił się jeszcze jeden hołd dla epoki – dłuższy, ale również ekscentryczny i ostentacyjny. Mowa o Turbo Kid, czyli Mad Maxie z bmx-ami. Kanadyjsko-nowozelandzkie postapo, które wyrosło z krótkometrażówki i uderzyło w widza nostalgiczną historią, dziką (acz niezbyt serio) brutalnością i nietypowym klimatem.

Film ma wyraźnie niszowy posmak, ale muzyka z niego to produkcja jak najbardziej profesjonalna. Kanadyjski zespół Le Matos przygotował koktajl oparty na inspiracjach Kraftwerk, Depeche Mode i Tangerine Dream. Jest raczej dynamicznie niż melancholijnie (pamiętajmy, sporo się w filmie gna na bmx-ach) i z pewnością atrakcyjnie dla słuchacza.

Moda na ejtisy nie ominęła także seriali. Stranger Things – przebojowa produkcja Netflixa – uderzyła skondensowaną dawkę retro. Serial gładko i zaskakująco naturalnie przeniósł nas w przeszłość. Akcja toczy się w latach 80-tych, a narracja przypomina filmowe hity z epoki. Muzyka postanowiła wskazywać ten sam kierunek, ale zrobiła to dwutorowo.

Po pierwsze, postarano się o zbiór odpowiednich piosenek. Clash, Joy Division, New Order , Peter Gabriel i wielu innych popularnych wykonawców, dobranych bez cienia przypadku, uświetniło liczne sceny z serialu, dodając do nich swoisty komentarz.

Głównie gitarowe brzmienia, ale także elektronika. Pop obok alternatywy – ramię w ramię i pożenione bez pudła. Głównie lata 80-te, ale także 60-te (The Doors i Jefferson Airplane). Powstał soundtrack równie retro i równie udany (i o zbliżonym klimacie), co ten z Donnie Darko.

Po drugie, do współpracy zaprzęgnięto też duet, który zadbał o muzykę ilustracyjną. Michael Stein i Michael Dixon z zespołu Survive to kolekcjonerzy syntezatorów. Używają sprzętu z lat 70-tych i 80-tych, będących celem ich eksploracji. Panowie mieli już wcześniej styczność z kinem – użyczyli dwóch swoich kawałków do filmu Gość, o którym było powyżej.

Na potrzeby serialu nagrali elektroniczną oprawę w swoim stylu. Co to oznacza? Jest mrocznie, tajemniczo, ale mniej klaustrofobicznie niż u Carpentera i bardziej przystępnie niż u Reznora. Artyści celują raczej w stylistyczne okolice Tangerine Dream, niż w klawiszową dyskotekę.

Survive płynnie łączą różne nawiązania i bez problemu utrzymują zainteresowanie słuchacza. Ich praca jest znacznie dojrzalsza niż wielu innych twórców, łasych na korzystanie z mody na retro, a z drugiej strony perfekcyjnie zestrojona z klimatem serialu.

Twórcy zostali zaskoczeni wielkim sukcesem własnej pracy. Ścieżka dźwiękowa, której Netflix początkowo nie chciał nawet wydać, okazała się hitem, a Survive stali się gwiazdami. Ciekawy zespół – znany dotąd niewielkiej garstce miłośników elektroniki – wypłynął na szerokie wody i aktualnie nie może sobie pozwolić, by na koncercie nie zagrać tematu z czołówki serialu.

Stranger Things – Full Main Theme

Popularność okazała się tak duża, że przez szał medialny twórcy mieli problem ze skończeniem swojej płyty RR7349, która nie będąc żadnym soundtrackiem, brzmi jak świetny soundtrack do nieistniejącego filmu z pogranicza grozy i SF.

W 2016 roku nastąpiło ponowne uderzenie Nicolasa Windinga Refna. Twórca Drive wraz ze swoim nadwornym muzykiem, Cliffem Martinezem, dali światu Neon Demon – obraz, który podzielił publiczność. Ta prosta opowieść o okrutnym świecie mody była tak przeestetyzowana, że dla jednych niestrawna, a dla innych zachwycająca. Muzykę powszechnie uznano za jeden z najważniejszych atutów obrazu.

Film bez tych dźwięków (i psychodelicznych zdjęć) nie miałby racji bytu. Cliff Martinez zaproponował ambient kojarzący się z Brianem Eno, Jarrem, Vangelisem. Zestaw pulsacji i niepokojących motywów wykreował odrealnioną atmosferę – gdzieś pomiędzy baśnią, a sennym koszmarem. Mamy tu zarówno igiełki grozy, jak i drony makabry.

Trudno stwierdzić, czy jest to bardziej klimat ejtisowy, czy może praca zahaczająca o lata 70-te. Dość powiedzieć, że Martinez jest tu w świetnej formie, szarpiąc nerwami widza jak szmacianą lalką. Poza tym prace tego autora zawsze łączy pewien eklektyzm, co oznacza, że nawet jeśli czerpie on z ejtisów, to łączy je w spójną całość z innymi wpływami.

Julian Winding – The Demon Dance (Soundtrack do Neon Demon)

Retro electro zadomowiło się także w świecie gier komputerowych. Duet Pover Glowe – neoejtisowcy – to dwaj panowie o pociesznych pseudonimach Michael Dudikoff i Michael Biehn. Są z Australii i dali się poznać światu dzięki kawałkowi Hunters do filmu Włóczęga ze strzelbą.

W pewnym momencie pojawiła się propozycja ze strony firmy Ubisoft – tytana świata gier. Chodziło o zilustrowanie dodatku do gry Far Cry 3. Panowie się zgodzili i wyprodukowali bardzo ejtisowy soundtrack do gry inspirowanej ejtisowymi filmami. Żeby było jeszcze bardziej ejtisowo, głosu jednej z postaci w grze użyczył Michael Biehn, znany z Terminatora czy Aliens.

Futurystyczna rozwałka bazująca na byciu twardzielem, pełna wybuchów i wymyślnej broni, to kwintesencja klimatu lat 80-tych. Wtóruje jej oprawa, która nie próbuje powalać oryginalnością, ale zagrzewać do walki i wykreować atmosferę radosnego eskapizmu. Płyta z muzyką z gry została wydana na płycie, co zdarza się coraz częściej, ale jeszcze nie tak często, jak w przypadku filmowych soundtracków.

I tu wrócimy do Johna Carpentera. Reżyser Coś i Halloween to bez dwóch zdań klasyk kina. Tytuły ten jednak nie ułatwiały mu pracy ostatnimi laty. Artysta miał problemy z tym, żeby się odnaleźć, już w latach 90-tych, a w nowym tysiącleciu nakręcił ledwie parę rzeczy – bez większego niestety sukcesu.

Wyglądo to tak, jakby jego twórczy potencjał, którym kipiał pod koniec lat 70-tych i przez całe lata 80- te, wyczerpał się. Z pewnością nie pomogły też inne czynniki, takie jak zmiana upodobań widza i brak zaufania ze strony producentów, którzy czuli, że autorski styl reżysera niekoniecznie musi owocować wielkimi kasowymi przebojami.

Jednak zamiast iść na emeryturę, reżyser postanowił zabrać się za muzykę. Nie po raz pierwszy, bo tworzył przecież (często do spółki z Alanem Howarthem) ścieżki dźwiękowe do swoich filmów. Carpenter wybrał syntezatory, bo pozwalały tanio produkować soundtracki.

Postawił na proste motywy muzyczne, chłodne i pulsujące grozą, i na tyle wyraziste, że obecnie stanowią wzór dla młodych twórców, i mają status absolutnej klasyki. Lata temu taki minimalizm w świecie muzyki filmowej miał posmak punkowego przewrotu.

Dziś także uwodzi prostotą i staje w ostrym kontraście do przeładowanych ilustracji, w których orkiestrowy patos lub inwazyjny elektroniczny wyziew świdruje nam mózgi na papkę. Za dowód żywotności tych dźwięków niech posłuży fakt, że ostatnio mieliśmy okazję usłyszeć motyw przewodni z Ataku na posterunek 13 w scenie orgii w Love Gaspara Noé.

John Carpenter – Night

Całkiem niedawno też Carpenter wziął do pomocy swojego syna i Daniela Daviesa (twórca muzyki do obrazu Ja, Frankenstein) i postanowił pobawić się klawiszami. Bez żadnego ciśnienia i na własnych zasadach stworzył płytę Lost Themes, którą wydała wytwórnia Sacred Bones (ta sama, która ma w katalogu muzyczne poszukiwania Davida Lyncha).

Brzmi ona jak przegląd ulubionych filmowych klimatów reżysera: horror, thriller, SF. Dominuje elektronika, pojawiają się też gitarowe riffy i organy – jak to zwykle u twórcy Mgły. Jest złowieszczo, trochę naiwnie i w starym stylu. I jakby czyściej niż w przypadku wykonawców z kręgu new retro – bez pastiszu, ostentacji, przeładowania.

Może dlatego, że Carpenter gra tu Carpentera, a nie Carpentera w sosie z Faltermeyera i muzykę rodem z Macgyvera oraz Airwolfa. Kto lubi styl reżysera, nie rozczaruje się. Płyta spotkała się z pozytywnym odbiorem, więc Carpenter stworzył jej kontynuację – Lost Themes 2, która okazała się kolejnym dobrym zestawem mrocznego grania.

Za Lost Themes wzięli się także muzycy alternatywni (JG Thirwell czy Silent Servant), nagrywając album Lost Themes Remixed. Wyszła z tego elektroniczna smoła – jest jeszcze mroczniej, wręcz piekielnie, i bardziej nowocześnie.

W końcu, dobiegający 70-tki reżyser postanowił uświetnić sukces trasą koncertową po Europie i U.S.A. Nie reklamując przy okazji żadnego konkretnego filmu, hipnotyzując chłodnym, motorycznym brzmieniem, rzucał na publiczność urok – dziwny wąsacz w otulinie z siwizny i za konsoletą, która przenosi w czasie.

A co będzie z ejtisami? Na razie mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć z areny. Być może dlatego, że wielu obecnych 30-40 latków mających wpływ na świat filmu, muzyki czy mody funkcjonuje właśnie w trybie nostalgicznej tęsknoty za “tymi pięknymi czasami, kiedy wszystko było prostsze”.

I nawet jeśli w świecie muzyki filmowej ejtisy trzymają się raczej na uboczu, w okolicach niszy, ich obecność zaznacza się dość dobitnie. Są z całą pewnością rozwiązaniem ożywczym i energetycznym, dającym wytchnienie od zjełczałych orkiestrowych wycieczek pod Wagnera, co zdaje się obecnie dominować w głównym nurcie soundtracków.

Niemniej kultura jest kapryśna; łatwo się nudzi i niezmiennie szuka nowej krwi. Za jakiś czas ejtisy mogą uchodzić za towar drugiej świeżości. Ale nawet jeśli moda wyhamuje, to i tak sądzę, że będą wracać. Może inaczej niż w obecnej formie, może jeszcze mocniej zmixowane z innymi epokami, ale wróżę im liczne “comebacki”.

Prawdą jest bowiem, że łaknącą świeżego mięsa popkultura pędząc do przodu, zawsze spogląda też wstecz, a retro electro rzuca zbyt jasny blask, żeby pozostać jedynie bladym wspomnieniem. Podobno świat dąży ku coraz większej komplikacji, a otaczająca nas rzeczywistiść zdaje się potwierdzać tę tezę. Co to oznacza w kontekście ejtisów? Synthwave, guma do żucia i proste kino będą nam jeszcze potrzebne. Do zobaczenia na potańcówce w Tech-Noir.

Tomasz Bot

„Manhunt: Unabomber” odświeża historię Teda Kaczyńskiego!

Manhunt: Unabomber to nowy serial fabularny produkcji Discovery, który odsłania karierę owianego złą sławą Teda Kaczyńskiego, profesora matematyki z Berkeley, który odrzucił zdobycze cywilizacji i przeprowadził się do małej chatki w Montanie, skąd przez 17 lat siał postrach własnoręcznie skonstruowanymi bombami, wysyłanymi pocztą.

W roli głównej Paul Bettany (bohater drugiego planu, znany z filmu Gangster numer jeden), który w ten sposób interpretuje swój wybór: Poczucie prześladowania Teda i jego motywacje były niewiarygodnie skomplikowane i pokręcone, ale dalekie od jego idealistycznych wizji. Jestem przekonany, że został on zbrutalizowany jako wrażliwy, utalentowany, 16-letni chłopiec i to w pewnym sensie dało mu do ręki broń.

Z kadrów, które widzimy w trailerze możemy dostrzec solidną pracę, jaką wykonał Bettany dokonując transformacji w Kaczyńskiego, czytając jego ulubione lektury, a nawet odwiedzając jego legendarną chatę w leśnej głuszy.

Widzimy w nim wszystkie ikoniczne oblicza eko-terrorysty: zarośniętą twarz pustelnika, anonimową, zakapturzoną twarz w okularach słonecznych (przez wiele lat jedyny ślad dla FBI), a także przygotowaną na wszystko twarz osadzonego w areszcie skazańca.

W ciągu swojej 17-letniej kariery terrorystycznej Kaczyński wysyłał bomby do wyższych uczelni, linii lotniczych, a także sklepów ze sprzętem komputerowym, zabijając w efekcie 3 osoby i poważnie raniąc 29. Jego książka Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość. Manifest wojownika, zawierająca przemyślenia zaszufladkowane jako anarchoprymitywizm, została wydana w Polsce przez wydawnictwo Nowy Świat.

Kaczyński został ostatecznie aresztowany w 1996 na skutek współpracy własnej rodziny z FBI i wysiłków niejakiego Jamesa „Fitza” Fitzgeralda (granego przez Sama Worthingtona), który awansował w produkcji Discovery do roli głównego antagonisty.

Jeśli historia brzmi tak: „Fitz jest bohaterem, a Ted jest potworem, to bardzo króka historia”. Serial nie ma sympatii dla Teda Kaczyńskiego, ale jest próbą jego zrozumienia. To ważne, ponieważ w innym wypadku rozmowa kończy się na „potworze” – podsumowuje Bettany.

Serial będzie miał premierę 1. sierpnia.

Zobacz zwiastun

David Lynch potwierdza, że nie wyreżyseruje już więcej filmów!

Jak spekulowaliśmy prawie cztery lata temu, David Lynch, guru kina niezależnego, pragnie zakończyć karierę reżysera filmowego, co teraz kategorycznie potwierdził w wywiadzie dla australijskiego dziennika The Sydney Morning Herald.

Jak powiedział Lynch z goryczą: Sytuacja bardzo się zmieniła. Wiele filmów nie osiągnęło sukcesu kasowego, pomimo tego że mogły być to znakomite filmy, a te które podbijały box office nie miały nic wspólnego z tematami, które chciałem realizować.

Co jednak ważniejsza, to że artysta potwierdził silnym „TAK, to prawda”, choć po chwili wahania, że Inland Empire (2006), spektakularna klapa, która uczyniła z niego konia, na którego nikt nie chce postawić, oddalając jakąkolwiek szansę na sfinansowanie kolejnej produkcji, był jego ostatnim filmem w karierze.

Lynch skupia się teraz na zbliżającej się premierze trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks, która będzie miała miejsce 21 maja, choć wciąż nie chce ujawniać żadnych szczegółów na temat fabuły, mówiąc:

Współczesny marketing kompletnie to (doświadczenie – przyp. red.) rujnuje. Ludzie chcą wiedzieć, aż w końcu się dowiadują, po czym tracą zainteresowanie. Tak więc, mówiąc za siebie, nie chcę wiedzieć nic na temat tego, co zobaczę. Chcę tego doświadczyć bez żadnego oczyszczenia, czystego. Chcę pójść w świat i pozwolić się temu stać.

Źródło: The Sydney Morning Herald

Trzeci sezon „Better Call Saul” już na starcie ma właściwy ton!

Ostatnie odcinki poprzedniego sezonu Better Call Saul były idealne z konfliktem pomiędzy Jimmym (Bob Odenkirk), a jego bratem Chuckiem, który przerodził się w prawdziwą serię ciosów poniżej pasa zakończoną przepięknym cliffhangerem. Mieliśmy także okazję dowiedzieć się co nieco o mrocznej przeszłości małomównego zazwyczaj Mike’a Ehrmantrauta i zrobić kolejny krok w stronę Breaking Bad.

Trzeci sezon kultowego już spinoffu jest (jak już wiemy lub jak za chwilę się dowiemy) tym, w którym na ekranie pojawi się ponownie Gustavo Fring, co każe przypuszczać, że Mike musiał odstąpić od swojego planu zabójstwa właśnie na skutek interwencji narkotykowego kingpina.

Jednak w pierwszym odcinku Fringa jeszcze nie zobaczymy (ma to nastąpić w drugim, jak twierdzi Variety). Będziemy za to świadkami przedziwnego epizodu z sekretnego życia Saula w Omaha – gdzie ukrywa się on przed FBI i DEA, pracując w filii Cinnabon, umiejscowionej w jednym z wielu anonimowych centrów handlowych – nie pozostawiającego złudzenia, że wciąż siedzi w nim niepokorny prawnik!

Jimmy nie może się wprawdzie wywinąć z tego co zrobił firmie swojego brata, na co Chuck ma teraz swoistego rodzaju dowód, ale próbuje przywrócić braterskie stosunki do stanu w miarę pokojowego, co prawie mu się udaje. Tymczasem Kim pokazuje swoją perfekcjonistyczną stronę w próbie udowodnienia swojej prawdziwej wartości „z trudem wygranemu” klientowi.

Sezon trzeci ma być także tym, w którym Jimmy ostatecznie dokona transformacji w Saula dzięki kreatywnym wysiłkom Petera Goulda i Vince’a Gilligana. Ten drugi powiedział Variety:

Biznesowa sztuczka polega na tym, żeby wycisnąć z historii tyle epizodów, ile się da w granicach rozsądku, ale żeby nie nadużywać gościnności. W taki sposób podeszliśmy do Breaking Bad i w taki sam sposób podchodzimy do Better Call Saul. Wraz z trzecim sezonem zdecydowanie zbliżamy się do przemiany Jimmy’ego w Saula Goodmana. A wraz z kolejnymi motywami z Breaking Bad pojawiającymi się w serialu wszystko nabiera dodatkowego tempa.

A mowa tu oczywiście o powrocie Gusa Fringa, który będzie jednak przedstawiony w nieco inny sposób. Chciałem Gusa nieco mniej doświadczonego, chciałem przedstawić jego drogę na szczyt i chciałem też pokazać jego przeszłość, w jaki sposób stał się tym kim jest – twierdzi Peter Gould.

Conradino Beb

David Simon, twórca „The Wire”, na temat kryzysu dziennikarstwa i Wojny z Narkotykami!

David Simon, 57-letni twórca kultowego serialu The Wire, a ostatnio The Deuce z Jamesem Franco, to także dziennikarz Baltimore Sun, który kilka dni temu otrzymał za swoje zawodowe osiągnięcia nagrodę im. Damona Runyona, by przy okazji objaśnić Denver Post swoje zdanie na temat kryzysu zawodowego dziennikarstwa, Wojny z Narkotykami, tegorocznych Oscarów i swoich ulubionych seriali telewizyjnych.

Jak mówi Simon: Obecnie przed upadkiem na dno ratują się (w USA – przyp. red.) tylko The Washington Post i The New York Times, ponieważ są to produkty narodowe o pewnej wiarygodności, za które każdy czuje się zobowiązany płacić.

Ale problem z niezależnym dziennikarstwem zawsze polegał na wspieraniu lokalnych gazet. Wykonują one trudną do zastąpienia pracę, ale to towar sprzedawany po promocyjnej cenie. Moja gazeta wykonuje solidną robotę, ale zostało nas w redakcji tylko 120 z około 500, więc nie opisujemy już wszystkiego tak szeroko jak kiedyś.

Nikt nie dostał tak popalić, jak dziennikarstwo. Może muzyka. Nie wytwarzamy już w tym kraju wielu rzeczy, ale wciąż produkujemy sporo idei, co zostało zaprzepaszczone.

W dalszej części wywiadu Simon przedstawia swoją opinię na temat konsumpcji i ścigania konsumpcji narkotyków w odpowiedzi na pytanie o to, czy legalizacja marihuany w Kolorado pomoże w dalszej liberalizacji prawa:

Powiedz mi, czy coś się zmieniło? Czy spożycie Oxycontinu (syntetycznego opiatu – przyp. red.) w Kolorado po legalizacji marihuany wzrosło w stosunku do innych stanów, czy też nie ma różnicy? To główny argument przeciwko legalizacji marihuany, że jest to furtka do innych środków. Mimo że 94% wszystkich pijaków na Cross Street Market, chlejących whisky, zaczynała od piwa. Ale czy piwo jest furtką?

Na pewnym poziomie 94% wszystkich morderców, którzy chwycili za broń palną, miała pewnie na koncie mandat drogowy. Czy przewinienia drogowe są jednak nieuchronnym wstępem do agresywnych zbrodni? Przez 50 czy 60 lat Wojny z Narkotykami sprzedawano nam to pokrętne twierdzenie. A ludzie o zachowaniach kompulsywnych będą walczyli z uzależnieniem niezależnie od tego, od czego zaczynali, od kawy, od piwa, czy od środków nasennych.

Pójdą tą drogą, jeśli jakiś zewnętrzny czynnik ich z niej zdecydowanie nie zawróci. Siły antymarihuanowe ignorują fakt, że miliony ludzi używają marihuany rekreacyjnie i nigdy się nie uzależnili w ten sam sposób, w jaki ludzie pijący alkohol nigdy nie zostali narkomanami. Mam więc sporo wątpliwości co do teorii progowej.

Simon potwierdza, że jego zdaniem Wojna z Narkotykami jest przede wszystkim batalią o kontrolę nad kulturą i społeczeństwem: Powodem, dla którego mamy Wojnę z Narkotykami, jest ściganie tego, czego się boimy, nie niebezpiecznych narkotyków czy środków, które wyrządzają największe szkody i tylko dlatego ścigamy marihuanę.

Z drugiej strony szafuję nieintuicyjnym argumentem przeciwko polityce Kolorado, który nie ma nic wspólnego z moimi obawami na temat marihuany. I choć jestem w tym odosobniony, postrzegam to jako polityczną konieczność: jeśli bylibyśmy w stanie odseparować marihuanę od Wojny z Narkotykami, ten kraj pozwoliłby na dysproporcjonalne ściganie i wsadzanie do więzienia ludzi o innym kolorze skóry czy białej biedoty.

W momencie, kiedy białe dzieciaki z klasy średniej mogą jarać legalnie, to jak zakończenie poboru do wojska. Nie powoływaliśmy dzieciaków należących do elit, tak więc wywoływane przez nas wojny były łatwiejsze do walczenia z armią poborową. Ale wojsko nigdy nie przywróci poboru, ponieważ obecna sytuacja daje im znacznie większe usprawiedliwienie do kontynuowania niekończących się, niszczących wszystko w proch wojen, ponieważ walczą w nich jedynie zawodowcy.

Białe dzieciaki z klasy średniej przestały protestować przeciwko wojnie w campusach, gdy przestało im grozić ryzyko poboru. Opozycja wobec Wojny z Narkotykami powinna być wszechstronna i posiadać prawdziwe zrozumienie tego, że prawo nie jest równe dla czarnych dzieciaków. Jeśli poważnie myślisz o zakończeniu tego koszmaru w całości, złym pomysłem jest prawdopodobnie postrzeganie marihuany jako problemu osobnego od metamfetaminy czy heroiny.

Simon zdradza również, że wciąż lubi telewizję, chociaż jest w swoich gustach specyficzny: Ktoś musi mi powiedzieć, czy serial zaczął się i zakończył dobrze, i tylko wtedy zacznę go oglądać. Nienawidzę oglądania czegoś, czego zakończenia nie jestem w stanie merytorycznie ocenić od strony historii, więc nie jestem dobrym konsumentem własnych produktów. Naprawdę śmieję się przy Archerze. Doceniam w nim głupawy humor… który jest po prostu zabawny.

Naprawdę trzymałem kciuki za Moonlight podczas ceremonii oscarowej, ale następnego dnia łyknąłem screener La La Land, który mnie zaczarował. Nie chodzi mi więc wcale o jakieś wielkie idee.

Źródło: The Know/Denver Post

„3%” jest kolejną dystopią w stylu YAF, której daleko do perfekcji

3% to pierwsza produkcja sfinansowana przez Netflixa na brazylijskim gruncie, oferująca dystopijną historię w stylu YAF (Young Adult Fiction), bogatą w wątki psychologiczne i polityczne. Serialowi przeszkadza niski budżet, ale znacznie gorsze wrażenie robią przewidywalne rozwiązania narracyjne, które spłycają ciekawą w teorii koncepcję.

Tytułowe 3% to oligarchia, elita społeczna zamieszkująca tajemniczą Wyspę (klisza przynajmniej od czasów książki Aldousa Huxleya), z której kontroluje ona pozostałe 97%, walczące o przetrwanie w świecie zniszczonym przez enigmatyczną katastrofę demograficzno-polityczną. Jednak ten podział posiada swoją własną dynamikę w postaci Procesu – inicjacji społecznej w formie serii testów psychologicznych, którym zostają poddani wszyscy w wieku 20 lat.

W warstwie narracyjnej dostajemy więc mieszankę eksperymentów Philipa Zimbardo, Stanleya Milgrama i tajnych eksperymentów CIA z czasów Zimnej Wojny, połączoną w całość dzięki teorii dominacji społecznej Jima Sidaniusa i Felicii Pratto, która zasadniczo tłumaczy, w jaki sposób utrwalane zostają nierówności społeczne.

Młodzi ludzie ze slumsów przechodzą wielostopniowy proces weryfikacji, zaczynający się od prostego wywiadu, ale wkróce zamieniający się w bezlitosną konkurencję, który ma pozostawić na końcu jedynie 3% z nich. Ci, którzy wytrwają do końca, zostaną oczyszczeni i przetransportowani na Wyspę, gdzie dostąpią wszystkich przywilejów elity, ale Proces pozostawi też po drodze wiele ofiar.

Twórcy pod nos podsuwają widzowi grupę protagonistów, do której należą: włamywaczka trapiona wspomnieniem pewnego nieszczęśliwego wydarzenia, niepełnosprawny syn lidera quasi religijnego kultu utrwalającego wiarę w Proces, psychopatyczny członek rodziny, której każde kolejne pokolenie przechodziło do tej pory próbę, a także dwóch szpiegów Sprawy – rewolucyjnej organizacji walczącej o obalenie Procesu i powszechną równość.

Koncept 3% nie należy do specjalnie oryginalnych, a w ostatnich latach został niemał całkowicie wyeksploatowany przez Hollywood, które prześciga się w produkcji nowych odsłon Igrzysk Śmierci i 100 innych klonów.

W tym samym czasie klimaty dystopijne i postapokaliptyczne zaczęły się stawać popularnym tematem dramatów telewizyjnych w stylu The Leftovers, Last Man on Earth, The Walking Dead, The 100, a także Black Mirror czy Westworld, w konfrontacji z którymi 3% wypada bardzo blado.

Serial cierpi przede wszystkim na brak logicznej i przekonującej koncepcji, która mogłaby zostać pewnie stworzona, gdyby scenarzyści nie skupili się tak mocno na psychologii postaci, która swoją drogą też nie została naszkicowana zbyt błyskotliwie.

Tu wadzi po części słaba gra wielu aktorów, ale także nieudolnie zrealizowana ekspozycja postaci, która daje im bardzo słabą podstawę charakterologiczną, choć w tym samym czasie scenarzyści do bólu drążą temat determinacji i osobistej tragedii.

Strukturalnie produkcja Netflixa wypełniona jest wieloma bzdurami, jeśli na wiarę wziąć dogmat o przewadze technologicznej, politycznej i militarnej oligarchii rządzącej Wyspą i Procesem. Kamery są wszędzie, ale nigdzie nie ma mikrofonów. Centrum Procesu znajduje się na pustynnej górze, a miasto daleko u jej stóp, jednak wszyscy docierają na sam dół w pięć minut.

Sprawa, czyli spisek przeciwko rządzącej elicie, próbuje bez sukcesu zabić jego koordynatora Ezequiela Matheusa, choć ten wymyka się bez ochrony co kilka dni bez broni, wędrując w kiepskim przebraniu w centrum zagrożenia i zawsze wraca bez zadrapania. Wydaje się również absurdem, że tak ważny człowiek cały czas wystawia się na osobisty kontakt z ludźmi, co do których motywacji nie ma żadnych gwarancji.

Kolejnym problemem jest to, iż monitory dotykowe nowoczesnych w domyśle urządzeń komunikacyjnych nie mają żadnej ostrości, a te, z których co jakiś czas muszą korzystać kandydaci, mają tak absurdalne menu, że ciężko sobie nawet wyobrazić ich funkcjonalność. Z drugiej strony uboga reszta żyje w świecie, w którym brakuje tylko zawieszenia prawa grawitacji.

Wszyscy (czy prawie wszyscy) obywatele gorszego świata są rejestrowani cyfrowo przy porodzie, a jednak gdy szpieg Sprawy posługuje się skradzionym chipem, aby dokonać autoryzacji, system zostaje oszukany, jak gdyby biometryka pozostawała poza zasięgiem technologicznym elity. Do tego prymitywne metody tortur nie mają żadnego sensu, zważywszy na to, jak daleko musiała ewoluować technologia.

Niezdarne są także wątki polityczne, które odsłaniają kulisy walki o wpływy i władzę pośród elity. Ezequiel przedstawiony zostaje jako wyjątkowo sprytny i przebiegły osobnik, który sprawuje jedną z najważniejszych funkcji społecznych, jednak nie jest on w stanie przejrzeć prostej gierki swojej konkurentki, która szuka kompromitujących go dowodów w równie absurdalny sposób.

Serial nie obfituje przy tym w zaskakujące zwroty akcji, które dałyby mu przynajmniej jakąś wartość rozrywkową. Te, które zawdzięczamy nagłym wybuchom emocjonalnym kandydatów, są nie tylko schematyczne, ale prowadzą również do mało wyrafinowanych rozstrzygnięć narracyjnych, opartych o zarysowane od początku zakończenie, które swoją drogą broni się zaledwie jedną nogą.

Inną sprawą jest to, że w produkcji maczał palce sam César Charlone (Miasto Boga), który wyreżyserował 3 odcinki, czego w warstwie wizualnej nie tylko nie widać, ale ciężko się nawet domyślić. 3% to w istocie dużo hajpu i mało satysfakcji, którego główną zaletą jest promocja młodych brazylijskich aktorów i pokazanie przez Netflixa swojego „etnicznego” oblicza.

Conradino Beb

Wisecrack rozbiera na kawałki filozofię BoJacka Horsemana!

Powiem wam szczerze, nie oglądałem jeszcze analizy BoJacka Horsemana pod kątem filozofii życiowej głównych bohaterów, z tą praktykowaną przez tytułowy charakter włącznie, którą Jared z Wisecrack definiuje dwoma słowami: egzystencjalny nihilizm.

Poglądy BoJacka są bardzo trafnie konfrontowane z myślami Pascala, Camusa i Sartre’a, co okazuje się idealnym kluczem do kultowego już serialu animowanego.

Materiał z angielskimi napisami

Nowy teaser do „Miasteczka Twin Peaks” nie zdradza nic z fabuły!

Stacja Showtime udostępniła nowy teaser do wznowionego Miasteczka Twin Peaks, w którym powracająca po 25 latach obsada mówi głównie o swoich uczuciach i odczuciach.

Pojawiają się: Kyle MacLachlan, Jim Belushi, Miguel Ferrer, Kimmy Robertson, Dana Ashbrook, Amy Shiels, James Marshall, Robert Knepper, Chrysta Bell oraz Harry Goaz.



Trzeci sezon będzie miał swoją premierę w pierwszej połowie 2017, najprawdopodobniej w kwietniu lub maju, jak wskazują dystrybutorzy!

„High Maintenance” to serial, w którym marihuana rzadko bywa śmieszna

W High Maintenance wszystko jest nietypowe. Główny bohater prawie nigdy nie zajmuje pierwszego planu, nie ma długich łuków narracyjnych, opowiadane historie rzadko prowadzą do klasycznego rozwiązania akcji, narrator może się zmienić z minuty na minutę, a sama marihuana – umowne spoiwo serialu, od którego bierze on swoją nazwę – jest tak normalna, jak woda w kranie.

Zanim High Maintenance trafił oficjalnie do HBO we wrześniu tego roku, był undergroundowym hitem, którego sława rosła przez cztery lata, w trakcie których nowojorczycy Katja Blichfeld i Ben Sinclair rzucili na Vimeo 19 odcinków (pierwszy pojawił się w listopadzie 2012) zrealizowanych na niskim budżecie i nie przekraczających często pięciu minut.

Główna różnica pomiędzy odcinkami netowymi, a nowymi, wyprodukowanymi przez HBO (stare są dostępne na HBO GO), jest taka, że para twórców ma teraz w rękach pół godziny czasu antenowego, w trakcie którego może tworzyć dłuższe historie, co skutkuje bardziej „artystycznym” efektem końcowym.

Ale o czym jest High Maintenance? Na to pytanie dość trudno odpowiedzieć jedynym zdaniem, gdyż nawet jeśli wszystkie odcinki łaczy postać dilera marihuany (Ben Sinclair), jego imię i życie osobiste pozostają dla widza tajemnicą (przez twórców nazywany jest po prostu Kolesiem)… co sprawia, że na pierwszy plan wysuwają się jego niecodzienni czasem klienci.

Jak przyznają Sinclair i Blichfeld w wywiadzie dla IndieWire: To serial o ludziach tworzony przez ludzi. Każdy odcinek High Maintenance skupia się na jednym z członków tej zbieraniny. Mamy twardziela wymachującego mieczem, młodą studentkę-muzułmankę, ogarniętego obsesją na punkcie mediów społecznościowych miłośnika selfie i wielu innych.

W necie każdy odcinek skupiał się na jednym z klientów. W odcinkach zrealizowanych dla HBO pokazujemy wiele charakterów w ciągu pół godziny, ale skupiamy się zawsze na jednym z nich. Oznacza to, że każdy epizod jest miniaturą życia i że styl filmowania czy ton mogą się zmieniać z odcinka na odcinek.

I tak nasz Koleś krąży po Nowym Jorku, który stanowi równie ważny element High Maintenance, co on sam, doręczając najnowsze rewelacje marihuanowego rynku (z OG Kushem włącznie) swoim stałym (czasem nowym) klientom. Ich historie często jednak rozwijają się na dobre zanim ten w ogóle pojawi się na ekranie, przeplatając się z historiami innych bohaterów, które czasem biorą górę na kilka minut, żeby ustąpić początkowemu wątkowi na sam koniec.

W jednym z odcinków oglądamy na przykład historię młodej muzułmanki pakistańskiego pochodzenia, która właśnie przeprowadziła się z Texasu do Nowego Jorku i szuka nowego dilera. Jej los przeplata się opowieścią o kryzysie grupy swingerów, używającej zioła do wzmacniania intensywności swoich orgazmów, co prowadzi do zabawnego zakończenia.

W innym stajemy się świadkiem ciężkich chwil związku młodej kobiety z mężczyzną-gejem, który wystawiony zostaje na próbę, gdy ten korzysta z aplikacji sextingowej, żeby zostać słodko wyruchany przez mężczyznę-ideał, a następnie udaje uzależnionego od kryształu, by przedłużyć swój romantyczny czas na spotkaniu Anonimowych Narkomanów.

W kolejnym śledzimy zaś Nowy Jork z perspektywy psa, którego nową miłością po przeprowadzce do miasta staje się młoda dog walkerka. Los dwójki bardzo ciekawie wiąże się z losem Kolesia, który pojawia się z jointem tuż na zakończenie, ale nie ma praktycznie znaczenia dla fabuły całego odcinka.

Conradino Beb