Archiwa tagu: slasher

Bodom (2016)

W czerwcu 1960 roku fińskie jezioro Bodom stało się świadkiem przerażającej zbrodni dokonanej na trójce z czwórki biwakujących u jego brzegów nastolatków. Przez lata główne podejrzenia padały na jedynego ocalałego z masakry, osiemnastoletniego wówczas Nilsa Gustafssona, a nieścisłości związane z całym zajściem do dziś elektryzują internetowych kryminologów, którzy nadbudowali wokół incydentu paranormalny aneks.

Taneli Mustonen w swoim drugim pełnometrażowym obrazie próbuje opowiedzieć autorską wersję wydarzeń sprzed pół wieku, kultywując przy tym tradycję skandynawskiego kina grozy. A przez tradycję tę rozumiem przeszczepienie znanego, zachodniego schematu filmu w surowe, fińskie plenery.

Bodom zaczyna się jak schematyczny, sztampowy slasher, który klimatem przypomina najlepsze odsłony z okresu renesansu tego podgatunku, by w ostatecznym rozrachunku, przez nagromadzenie fabularnych zwrotów, stanąć obok francuskiego Bladego Strachu (2003).

Film łączy popularną, obecną w warstwie audiowizualnej retro stylistykę oraz sprawdzone schematy kina siekanego. Niestety, twórcy podeszli do swojego dzieła bardzo na serio, przez co film może trącić w finale lekką pretensjonalnością. Brak autoironii zastępuje jednak sugestywny, zbrodniczy klimat, który niczym mgła wisi nad głowami naszych bohaterów oraz między otaczającymi ich zewsząd drzewami.

Jednak choć gęsty, bywa on często nierówny – winą jest wielomodułowy schemat budowania fabuły, na którą składają się różne, nie całkiem do siebie pasujące sekwencje. Bo jak inaczej nazwać sytuację w której oglądamy świetnie nagraną, zalaną mrokiem próbę wyciągnięcia kluczyków z zatopionego w jeziorze ciała, by chwilę później ogarniać wzrokiem chaotycznie nakręconą scenę z holownikiem.

Na ekranie widzimy młodych, w głównej mierze debiutujących aktorów, którzy bez żadnych wyjątków przypominają żywe schematy kina grozy. Od wytatuowanego osiłka przez nerda po zamkniętą, cichą dziewczynę – czy można zebrać bardziej ikoniczną dla gatunku ekipę? W opozycji do nich stoi oczywiście morderca, ale jest on niestety nader nudny i pozbawiony jakiegokolwiek atrybutu zapadającego w pamięć.

Twórca znany głównie z produkcji komediowych starał się w Bodom ująć szerszy aspekt filmowej grozy, równocześnie nie poświęcając żadnej z płaszczyzn odpowiedniej uwagi. Widz spodziewający się suspensu znajdzie go więc tu w prostej postaci… niestety niedziałającej. Ostatecznie jest to zaledwie solidny, rzemieślniczy twór, będący mirażem tego co znane i lubiane.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Bodom
Produkcja: Finlandia, 2016
Dystrybucja w Polsce: Kino Świat
Ocena MGV: 3/5

Pięć zakazanych twarzy kina eksploatacji!

O kinie eksploatacji powiedziano wiele, jednak wciąż nie udało się go zamknąć w gatunkowe ramy. Przyjęło się mówić, że to nurt mający u podstaw przekraczanie granic moralnych czy też estetycznych. To kino brudne, opowiadające o brudzie, a w następnej kolejności w brudzie emitowane (patrz drive-iny). Jednak eksploatacja to nie tylko dziewczyna z dwururką i czerwony cadillac, to także cała sieć podgatunków, nurtów i schematów prowadzenia fabuły. Oto pięć wyjątkowo ohydnych wymiarów filmowej eksploatacji, o których być może nie mieliście pojęcia!

Ozploitation

Ten popularny w latach ’70/’80 nurt ze spalonej słońcem Australii uczył nas jednego: australijskie bezdroża zawsze pełne są zmotoryzowanych bandytów. Na czerwonym pustkowiu spotykały się najczęściej filmy motocyklowe, horrory i kino survivalowe.

Ozploitation zrodził nam takie klasyki, jak Mad Max czy Polowanie na indyka. Gatunek ten przeżywa dzisiaj swojego rodzaju renesans i właśnie do niego śmiało możemy zaliczyć takie hity jak Mad Max: Na drodze gniewu, Wolf Creek, czy odjechane do granic Wyrmwood.

Charakterystyczną cechą tych filmów jest niewątpliwie scenografia, w jej różnorodności Australia na pewno nie wiedzie prymu. 99% filmów kręcone było albo na pustynnych bezdrożach lub w gęstym buszu.

Australijscy twórcy nie patyczkowali się także z obśmiewaniem przywar i stereotypów dotyczących swojego narodu. Za przykład niech posłuży pełny humoru film Bruce’a Beresforda pt. The Adventures of Barry Mckenzie, opowiadający historię typowego Australiczyka na wycieczce w Wielkiej Brytanii.

Warte obejrzenia: Forteca (1986) / reż. Arch Nicholson

Oparty na faktach film Nicholsona skupia się na grupie dzieciaków porwanych i przetrzymywanych dla okupu w jednej z jaskiń gdzieś w australijskim buszu. Młodzi pod wodzą wychowawczyni Sally (w tej roli Rachel Ward) wydostają się z kamiennej pułapki i postanawiają zaserwować swoim oprawcom danie najlepiej smakujące na zimno.

fortress_1986_kadr
Forteca / 1986

Niezwykle klimatyczna, duszna wręcz produkcja o zemście i sztuce przetrwania, oferująca widzowi spory ładunek emocjonalny. Mimo że film z początku całkiem zgrabnie sprawia pozory realistycznego, kotara ta opada w fantastycznej końcówce, która niejednego przyprawi o szeroki uśmiech. Film jak najbardziej wart obejrzenia, polecany nie tylko fanom australijskiej eksploatacji.

Sasquatchploitation

Wierzycie w to że po lasach Północnej Ameryki biega wielka, człekokształtna małpa, której do dzisiaj nie udało się nawet porządnie sfilmować? Jeśli tak, ta kategoria jest specjalnie dla Was! Trudno wyznaczyć jakiś konkretny moment, w którym narodził się ten nurt.

Za jeden z pierwszych uznaje się film The Legend of Bigfoot z 1976 roku. To w nim nieustraszony traper Ivan Marx rusza śladem legendarnej istoty, ucząc nas przy tym godowych rytuałów bobrów, diety łosi i opowiadając o trudach życia w leśnej głuszy.

Od czasu do czasu w kadrze pojawia się facet w naprawdę źle skrojonym kostiumie goryla, pomacha łapami i poryczy, na czym jego robota się kończy. Streszczając ten film, streściłem zarazem esencję tego zapomnianego nurtu. Filmy te sprawdzają się bowiem bardziej jako kino przyrodnicze, niż rasowy horror z tajemniczym hominidem.

Osobiście, cenię sobie kino Sasquatchploitation za przepiękne, ręcznie malowane plakaty i nierzadko wspaniałe plenery, w których oglądamy sielskie łapanie piżmaków we wnyki. Reszta istnieje tylko na papierze.

Warte obejrzenia: Noc demona (1980) / reż. James C. Wasson

Legenda video nasties, mokry sen każdego fana chałupniczego gore i w końcu niechlubna cegiełka dla kina grozy. Ten film można spokojnie włożyć do szuflady z etykietą „tak złe że aż dobre!”. Fabuła? Grupa studentów wraz z profesorem antropologii rusza w puszczę by udowodnić bla bla bla.

night-of-the-demon-1980
Noc demona / 1980

Jednak kogo to obchodzi? Wielka Stopa tnie w tym filmie siekierą, rzuca śpiworami z zawartością w środku, czy odrywa kutasa sikającemu motocykliście, wyglądającemu jak Dennis Hopper z Easy Ridera. Absolutny must-have każdego fana obskury i złego kina.

Ale jeśli nadal czujecie się nieprzekonani, to dodam że w filmie pojawia się też wątek okultystyczny z bandą rednecków w roli głównej. Noc demona to idealny przykład tego, że kiedyś robiło się filmy naprawdę z potrzeby serca, a to jak ostatecznie wyglądały, było w tym wszystkim mało ważne.

Hixploitation

Gatunek będący mokrym snem wszystkich fajnych dziewczyn jarających się brodatymi, dobrze zbudowanymi facetami w koszulach w kratę. To filmy, które jadą na mieszkańcach amerykańskich prowincji, szczególnie lesistych Appalachów i południowych równin.

Trudno powiedzieć, kiedy nurt ten się wykrystalizował, ale największy boom osiągnął w latach 70-tych i 80-tych, kiedy powstały takie dzieła, jak Uwolnienie Johna Boormana czy znana i kochana Teksańska masakra piłą mechaniczną. Nurt ten najczęściej ocierał się o slasher czy kino survivalowe, choć nie bał się podejmować także trudniejszych tematów, vide Mississippi w ogniu Alana Parkera.

Filmy kręcono często niskim nakładem kosztów. Wystarczyło pojechać za miasto i namówić kilku bywalców lokalnej speluny, by za setkę Danielsa postraszyli swoimi zarośniętymi gębami przed kamerą, a za scenariusze przyjmowały się najczęściej bliźniaczo podobne schematy.

Ot, grupa mieszczuchów zachodzi za skórę bytującej na odludzi społeczności, dochodzi do dysonansu kulturowego czy obcy pojawiają się po prostu w złym miejscu i czasie.

Warte obejrzenia: Myśliwska krew (1986) reż. Robert C. Hughes

Historia jest prosta: piątka bogatych facetów rusza za miasto, by upolować największego byka w lesie. Po obowiązkowej scenie w przydrożnej knajpie, gdzie bohaterowie przeżywają pierwszy kontakt z lokalsami, uzbrojeni w sprzęt i broń ruszają w głuszę. Jednak widz wie, że to oni sami staną się zwierzyną łowną dla bandy rezydujących w lesie, na wpół zdziczałych kłusowników. Zasada jest jedna, my albo oni.

Hunter's_Blood_1986
Myśliwska krew / 1986

Film Hugesa nie sili się na nic więcej, niż dostarczenie widzowi rozrywki i garści napięcia, choć mamy tutaj postacie nie będące tylko mięsem armatnim dla łaknących krwi rednecków. Co prawda film posiada lekko mroczny, brudnawy klimat, ale niknie on szybko gdzieś między ciągła wymianą ognia, pościgami po leśnych bezdrożach, czy najbardziej „z dupy wziętym” wątkiem ratowania kobiety.

Produkcja nie należy przy tym do najłagodniejszych, znajdziemy tutaj bardzo fajnie pokazane przebicie korpusu wielkim porożem jelenia czy obdzieranie ze skóry pewnego natrętnego strażnika leśnego.

Canuxploitation

Pewnie nie wiecie jak dużo Waszych ulubionych dzieł można wrzucić do worka z napisem Canuxploitation! Znacie Czarne Święta? Lubicie Bal maturalny, studniówkowy slasher z młodą Jamie Lee Curtis? A może zdziwi Was fakt że Elza – Syberyjska tygrysica wolała śniegi prowincji Quebec niż te spod Uralu?

Ten nurt to nic innego, jak niskobudżetowe filmy z Kanady. Wśród nich królują oczywiście horrory, bo jakże by inaczej? Nie zaskoczy was pewnie też fakt, że większość z nich kręcona była w kanadyjskiej głuszy. Filmy te łączy dość mroczna, zimna atmosfera, kojarząca się głównie z pogrążoną w wiecznej zmarzlinie, dziką północą Ameryki.

Trudno jednak uchwycić Canuxploitation w jakieś ramy czasowe, bo Kanadyjczycy niewyczerpanie dokładają do niego cegiełki od lat 20-tych XX wieku. Z ostatnich szalonych produkcji ludzi północy można wymienić choćby wypuszczonego w 2001 roku Jezusa Chrystusa – Łowcę wampirów, w której sam Cieśla z Nazaretu wraz z meksykańskim zapaśnikiem stają do walki z wampirom lesbijko bójcom.

Warte obejrzenia: Moja krwawa walentynka (1981) / reż. George Mihalka

Naprawdę nie wiem, kto wpadł na genialny pomysł skojarzenia Walentynek z kopalnią, ale cholera, udało mu się! Ten film to kolejna próba zmierzenia się z tematem slasherów. Nie jest to wprawdzie produkt tak unikatowy, jak Czarne Święta Boba Clarka, czy wciąż niedoceniane a genialne Rytuały Petera Cartera. To raczej solidny przedstawiciel kina stalk&slash ze swoją atmosferą i całkiem fajnie wyglądającym killerem.

my-bloody-valentine-killer-hot-dog-boiling-water-1981
Moja krwawa walentynka / 1981

Nic tak przecież nie uprzykrza życia zakochanych w ich święto, jak szaleniec w pełnym stroju górniczym wymachujący wielkim kilofem. Jeśli już sięgnięcie po Moją krwawą walentynkę, warto zaopatrzyć się w niepociętą wersję z dogranymi scenami zabójstw. Na to, z jaką łatwością kilof przechodzi przez ciała młodych ludzi, warto popatrzeć.

Film Mihalki zapisał się na stałe w moim filmowym kalendarzu pod datą 14 lutego. Przykro mi wobec innych slasherów, ale ta data już jest zarezerwowana, więc mogą poszukać gdzie indziej.

Nazisploitation

Gatunek tak obskurny w swojej definicji, posiada pierwiastek, który naturalnie odtrąca od siebie wielu ludzi. Żyjąc w społeczeństwie, które tak mocno zostało dotknięte piętnem Holocaustu, filmy próbujące przekuć go na szokujący, acz wciąż komercyjny produkt traktowane są z odpowiednią rezerwą.

Pionierami eksploatacji nazistowskich zbrodni byli Włosi – no bo kto inny? Inspiracji dla tego niechlubnego nurtu można się doszukiwać w słynnym neorealistycznym dramacie Rzym, miasto otwarte Roberta Rosselliniego. To właśnie ten i kolejne filmy Rosselliniego pokazywały że Niemcy to nie tylko komory gazowe i masowe egzekucje, ale także okropne tortury seksualne, często z osobnikami tej samej płci.

ilsa_she_she_wolf_ss_1975
Elza – Wilczyca z SS / 1975

Największą popularnością do dzisiaj cieszy się seria filmów o ponętnej Elzie (historyczna kreacja Dyanne Thorne), bardzo swobodnie inspirowanej postacią Ilsy Koch, zwanej pieszczotliwie bestią z Buchenwaldu.

Za produkcję kina okrzykniętego przez publiczność „najbardziej niegodziwym z niegodziwych” brali się tacy twórcy, jak słynny rzeźnik filmowy Bruno Mattei czy Sergio Garrone. Ten drugi nakręcił takie głośne produkcje, jak Eksperymentalny obóz SS czy SS Camp 5: Women’s Hell.

Warte obejrzenia: Dziewczyny SS (1977) / reż. Bruno Mattei

Nie bierzcie tego akapitu jako zwykłej polecanki! Choć sama tematyka jest mi zupełnie nie po drodze, Dziewczyny SS, znany szerzej pod nazwą Private House of the SS, były dla mnie naprawdę pozytywnym zaskoczeniem!

Zamiast wychudzonych, ludzkich szkieletów w pasiastych piżamach, przeżywających kaźnie za kolczastym drutem, otrzymałem stylowy erotyk z naprawdę fajnymi kobietami w pełnych przepychu apartamentach.

Co prawda Mattei stworzył później S.S. Extermination Love Camp – kino wyjątkowo odrażające, brudne i złe, ale lepiej zacząć od Dziewczyn SS.

Mamy tu nie tylko odważne sceny seksu, z jak zawsze gustownie ubranymi oficerami Gestapo, ale również kilka scen batalistycznych (podkradzionych cichutko z innych filmów) oraz zapadających w pamięć obrazków tj. kopulujący karzeł oraz grana przez papieża Toccata i Fuga Sebastiana Bacha.

Oskar „Dziku” Dziki

„The Neon Demon” to spotkanie „Teksaskiej masakry piłą mechaniczną” i „Doliny lalek”…

Nowy film Nicolasa Windinga Refna, finansowany przez Amazon Studios, ma się ukazać w kinach latem tego roku, a trzy miesiące później w streamingu Amazon Prime. Tymczasem kompozytor muzyki do filmu, Cliff Martinez, zdradza że The Neon Demon będzie do pewnego stopnia przypominał Drive, łącząc melodramat i klasyczny slasher.

W roli głównej występuje Elle Fanning (Babel, Deja Vu), wspomagana przez Keanu Reevesa (Johnny Mnemonic, Matrix), Christinę Hendricks (Mad Men, Drive), Jenę Malone (Wszystko za życie, Wada ukryta) , Abbey Lee (Mad Max: Na drodze gniewu, Bogowie Egiptu), and Bellę Heathcoate (Not Fade Away, Mroczne cienie).

Śledzimy historię wschodzącej modelki, która przeprowadza się do Los Angeles, gdzie jej młodość i witalność zostają skonsumowane przez grupę kobiet ogarniętych obsesją posiadania wszystkiego co ma.

Kompozytor muzyki do filmu, Cliff Martinez, powiedział kilka słów na temat swojej pracy w wywiadzie dla Thump (serwisu klubowego Vice): Sądzę, że Neon Demon jest w jakimś stopniu podobny do Drive. Elektroniczny soundtrack ma dużą rozpiętość i jest niemal w całości zagrany na syntezatorze. W wielu miejscach zostaje nawet wypchnięty naprzód bardziej, niż w Drive. Dostałem naprawdę znaczącą rolę w tym filmie, co mi pochlebia.

Martinez wyraził także swoją opinię o samym filmie, mówiąc: Opisujemy pierwszą połowę filmu jako melodramat w stylu Doliny lalek, a drugą jako Teksaską masakrę piłą mechaniczną. To nie jest konwencjonalny horror, ale najbliżej mu do horroru. Pierwsza połowa filmu wydaje się wręcz romantyczna, więc jest duż romantycznej muzyki. Ale potem wchodzi zimnokrwisty horror i to może naprawdę przyprawić o dreszcze.

Źródło: Thump

Cicha noc, śmierci noc (1984)

silent-night-deadly-night-movie-poster-1984

Popkultura przerobi na swoją modłę wszystko, co tylko wpadnie jej w łapy. O tym, że Święta Bożego Narodzenia dawno wyzbyły się sfery sacrum i nabrały komercyjnego charakteru, świadczą już nie tylko tłumy w rozświetlonych lampkami centrach handlowych, ale przede wszystkim ramówka telewizyjna: Kevin, Zły Mikołaj, czy rodzimy potworek Listy do M., to gwoździe programu! Ale fani kina nie powinni zapominać o produkcjach, które Boże Narodzenie zamieniają w prawdziwy horror. W Cichej nocy, świętej nocy Święty Mikołaj odwiedza tylko niegrzeczne dzieci!

Mamy Wigilię, w trakcie której Billy Chapman wraz z malutkim bratem cudem uchodzi z zasadzki zastawionej na autostradzie przez przebranego w strój Świętego Mikołaja bandyty. Na jego oczach facet zabija ojca, a matkę przed poderżnięciem gardła brutalnie gwałci.

Akcja przewinięta zostaje do przodu i wkrótce dowiadujemy się, że mając 18 lat Billy dalej żyje w traumie pozostawionej przez feralną noc. Wychowany w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne, trafia w końcu do roboty w sklepie z zabawkami. Jak co roku, wybucha świąteczny szał zakupów, a Billy zostaje poproszony o przebranie się w strój Mikołaja.

Film w czasie premiery został obsmarowany przez rodziców, którzy zarzucali mu niszczenie wizerunku Świętego na rzecz psychopatycznego mordercy. Wszak kiedy Billy przyodziewa czerwony strój ze sztuczną brodą, budzą się w nim wspomnienia i staje się on cieniem koszmaru z dzieciństwa.

Uzbrojony w siekierę, przemierza zasypane śniegiem miasteczko, wyznaczając karę napotkanym po drodze, niegrzecznym dzieciakom. Oczywiście, zamiast rózgi woli skrócić grzesznika o głowę, lub nabić go na robiące za trofeum poroże. Swoje kroki kieruje jednak w końcu do przykościelnego sierocińca, gdzie przebywa jego młodszy brat oraz naprawdę niegrzeczna Matka Przełożona.

Trudno o bardziej świąteczny horror niż film Charlesa Selliera Juniora. Jak na prosty slasher film oferuje całkiem interesującą fabułę z mocno antykościelnym przesłaniem. Siostry prowadzące sierociniec uprawiają seks pod nieobecność apodyktycznej Matki Przełożonej – w tej roli świetna Lilyan Chauvin – która stosuje wymyślne kary za każdy przejaw naruszenia jej definicji grzechu. Sam Billy () rzuca charakterystycznym tekstem „PUNISHMENT!” przed każdą egzekucją. Film ma jasne przesłanie: lepiej być grzecznym w te Święta.

Film nie zawodzi na polu technicznym, a jak na slasher jest wyjątkowo krwawy! Pomysłowość Billy’ego w zadawaniu śmierci nie ogranicza się tylko do machania siekierą, w ruch idzie wszystko, co wpadnie mu w ręce. W sekwencji masakry w sklepie z zabawkami, w ruch idzie nawet łuk! Choć jak na tor, który film obiera w drugiej połowie, jest to wciąż za mało. Wydawać by się mogło, że wyszukane sceny śmierci są tylko dodatkiem, a nie motorem napędowym.

Ta klimatyczna produkcja obrosła już swoistym kultem i podobnie jak w przypadku Czarnych Świąt jest obowiązkowym seansem świątecznym dla każdego fana horroru. Pod otoczką krwawej masakry kryje się historia o tragedii i choroby psychicznej, choć jako film czysto rozrywkowy sprawdza się on znakomicie za sprawą unikalnego pomysłu, który łączy wszystkie elementy kina grozy lat 80-tych i podaje je w formie świątecznego prezentu. Po uroczystym rytuale Świąt Bożego Narodzenia możecie się spokojnie dać ponieść świątecznej psychozie.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Silent Night, Deadly Night
Produkcja: USA, 1984
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Halloween (1978)

halloween_1978_original_poster

John Carpenter to jeden z tych twórców, który przecierał szlaki kina gatunkowego w drugiej połowie XX w. To spod jego ręki wyszły takie klasyki, jak nieśmiertelna Ucieczka z Nowego Jorku, czy trzymający w napięciu Atak na posterunek 13. Zapoznając się z jego filmografią nie można jednak ominąć Halloween – produkcji, która zdefiniowała slasher!

Niskim nakładem budżetu Carpenter stworzył film, na który można wskazywać jako podręcznikowy przykład dreszczowca nowej fali szalejącej w latach 70-tych. Produkcja ta dała światu postać Michaela Myersa, który straszył nas potem w sześciu sequelach, dwóch remake’ach Roba Zombiego i całej masie fanowskich spin-offów. Choć seria przeżywała zdecydowanie więcej upadków niż wzlotów – można rzec, że podniosła się z pierwszym filmem Roba – oryginalne Halloween należy do tych filmów, które zwyczajnie należy znać.

Film zaczyna się klasycznie, od „trzęsienia ziemi”. Sześcioletni chłopak podczas święta Halloween morduje brutalnie swoją starszą siostrę, w wyniku czego zostaje skazany na pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych. Badaniami nad nim zajmuje się dr. Loomis (Donald Pleasence), twierdząc że Michael jest wyzbytym z uczuć wcieleniem samego Szatana.

Po 15 latach dorosłemu już mordercy udaje się zbiec z zakładu i powrócić w rodzinne strony, do sennego amerykańskiego miasteczka Haddonfield. Rzecz oczywiście dzieje się w Halloween, a ubrany w sterylnie białą maskę Myers za cel obiera sobie młodziutką Laurie Strode (Jamie Lee Curtis) oraz jej znajomych.

Carpenter cały czas gra na nerwach widza, budując napięcie w takich sposób, że w każdej chwili może ono eksplodować. Michael, niczym zjawa, snuje się między białymi domkami amerykańskiego przedmieścia, raz po raz dając się zauważyć kątem oka naszym bohaterom. Mimo że film rozkręca się powoli, takie zabiegi nie dają nam chwili na popuszczenie nerwów, bo zagrożenie cały czas jest wokoło.

Za dnia bohaterowie chodzą do szkoły lub palą jointa w samochodzie, słuchając (Don’t Fear) The Reaper Blue Öyster Cult. Poczucie grozy potęguje także pojawienie się dr. Loomisa, który przybywając do Haddonfield, stara się przekonać lokalne władze o zagrożeniu, jakie spłynęło na miasteczko.

Gdy zapada noc, na oświetlone wydrążonymi dyniami ulice wychodzą dzieci w wymyślnych przebraniach, a Michael rusza na łowy. Wizyta w rodzinnym domu kończy się morderstwem pary kochanków, bo seks w opuszczonym, posępnym domostwie, to zawsze zły pomysł. Chłopak zostaje przybity do drzwi nożem kuchennym, a dziewczyna zaszlachtowana. Dalej jest jeszcze mocniej! Kolejne trupy ściągają uwagę policji, lecz wydaje się że tylko Loomis jest w stanie powstrzymać psychopatę.

Halloween oferuje widzowi całą paletę barwnych i ciekawych postaci. Sam Myers jest zdecydowanie człowiekiem czynu, a słowa zastępuje dźganiem ogromnym nożem. Ten dorodnej postury maniak w przerażająco bladej, gumowej masce, zasłużenie zasiada w panteonie gwiazd pokroju Freedy’ego Krugera, Jasona Voorheesa czy Leatherface’a z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Jego motywy nie są do końca znane, jednak każdy kto stanie mu na drodze, służy do nabicia większego bodycountu.

Jego nemesis staje się Donald Pleasence, który w roli dr. Loomisa stara się powstrzymać niepowstrzymane. Jego wnioski są demonicznej natury, jest on przekonany jakoby za Michaelem stała zła i nieczysta siła. Pośrodku tego starcia znajduje się zaś charakter grany przez młodziutką Jamie Lee Curtis, królową krzyku i najbardziej rozchwytywaną final girl ubiegłego wieku.

I choć do roli Pleasence’a można się trochę przyczepić, w końcu gra tutaj z widocznie teatralną manierą, Jamie Lee Curtis spisała się na medal. Wystarczy wspomnieć słynną scenę, w której skryta w garderobie Laurie odpiera atak zamaskowanego mordercy.

Filmy Carpentera słynną do tego z oryginalnych ścieżek dźwiękowych, tworzonych przez samego reżysera. Tutaj pojawia się zaś chyba najbardziej kultowy soundtrack w świecie horroru. Syntetyczna, pozbawiona wokalu, elektroniczna muzyka, przyprawia o dreszcze, nawet jako samodzielny twór. Spróbujcie udać się do kibla nocą w rytm Halloween Theme, emocje gwarantowane.

Ten klasyczny obraz z czystym sercem można nazwać horrorem kompletnym! Wielu twórców starało się dosięgnąć poziom Carpentera i po upływie lat możemy stwierdzić, że udało się to naprawdę nielicznym. Wraz z sequelem i większym budżetem przyszło bardzo dobre Halloween 2, kończąc przy tym niepodzielną władzę Michaela Myersa. Jednak oryginał Carpentera to jedno z największych osiągnięć amerykańskiego kina gatunkowego i absolutny klasyk, który powinien znać każdy. Wytnijcie więc swoje dynie, zasiądźcie przed telewizorem, bo „Here comes the Boogeyman”.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Halloween
Produkcja: USA, 1978
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Nail Gun Massacre (1985)

nail_gun_massacre_1985_vhs_poster

Horror to gatunek, w którym dosłownie każdy przedmiot może przyczynić się do czyjejś śmierci, zwłaszcza patrząc na niego przez pryzmat kina stalk & slash. Widzieliśmy już w użyciu piły mechaniczne, maczety, sekatory, a nawet trafił się puzon (The Town That Dreaded Sundown). Sięgnięcie po pistolet na gwoździe wydaje się więc być naturalnym odruchem dla slasherowego mordercy.

Pomysł ten podłapała dwójka reżyserów, Bill Leslie oraz Terry Lofton, kręcąc niskobudżetowy dreszczowiec o wszystko mówiącym tytule The Nail Gun Massacre. Choć film ten jednak ukazał się w złotych dla gatunku latach 80-tych, nie miał okazji zapisać się w panteonie gwiazd pokroju Piątek trzynastego czy znany wszystkim Koszmar z ulicy Wiązów.

Prolog otwiera scena gwałtu grupy robotników na młodej kobiecie gdzieś na odludnym placu budowy. Wstęp jest krótki i treściwy, a zaraz po nim przenosimy się w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której pracownicy budowlani stają się celem zamaskowanego mordercy, uzbrojonego w tytułowy pistolet na gwoździe.

Fabuła to charakterystyczna, gatunkowa sztampa, która jest niczym więcej, jak motorem napędowym do nabijania pokaźnego bodycountu. A ten jest dość pokaźny, bo pod nóż, czy raczej gwóźdź, idą nie tylko winni zbrodni sprzed lat, lecz także przypadkowo napotkane osoby na krwawym szlaku maniaka. Giną zarówno kobiety jak i mężczyźni, a wszystkie zabójstwa dokonywane są za pomocą wystrzeliwanych z noszonej na plecach sprężarki gwoździ.

Niestety, jest to jedyny powód, dla którego ktokolwiek mógłby po ten tytuł sięgnąć, gdyż oprócz całkiem krwistych scen uboju, nie ma on nic innego do zaoferowania. Wszystko jest tutaj do bólu wtórne, a film oprócz narzędzia zbrodni nie sili się nawet na szczyptę innowacyjności. Fabuła, jak po sznurku, zmierza ku przewidywalnemu finałowi, który notabene wygląda wręcz żałośnie, nie oferując widzowi żadnych twistów czy fałszywych poszlak.

Oprócz tego film cierpi również na wszystkie wady niskobudżetowego kina grozy. Aktorzy grają z wysoce amatorską manierą, a zaangażowanie na ich twarzy widzimy głównie w licznych scenach erotycznych przewijających się przez seans. Wydawać by się mogło, że większość budżetu przeznaczona była na sceny gore, które wypadają zaskakująco nieźle.

Duży procent w tworzeniu kultu i marki slasherów mają oczywiście motywy przewodnie – tutaj mamy przykładowo dziwne, syntetyczne dźwięki, które w połączeniu ze zmodulowanym głosem mordercy dają iście kosmiczny efekt. Ale gdybym komuś miał z czystym sercem polecić The Nail Gun Massacre, byliby to tylko fani starych, zapomnianych przez resztę świata, slasherów.

Widok nagich ciał, przebijanych ochoczo metalowymi kołkami to rozrywka przeznaczona dla nielicznych, można rzec kultura elitarna. Ta elita zapewne prędzej czy później po ten film sięgnie, a cała reszta prawdopodobnie nie dowie się nigdy o jego istnieniu.

Oskar “Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: Nail Gun Massacre
Produkcja: USA, 1985
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

Wes Craven (1939–2015)

wes_craven_promo

Najgłębszy strach jest w moim przekonaniu związany z tym, co twoje własne ręce i ręce innych ludzi robią z ciałem.

— Wes Craven –

Wes Craven urodził się 2 sierpnia 1939 w Cleveland w stanie Ohio i dał się poznać przede wszystkim jako reżyser kultowych eksploitów tj. Ostatni dom po lewej (1972) czy horrorów tj. Wzgórza mają oczy (1977), Potwór z bagien (1982), Koszmar z ulicy Wiązów (1984), Wąż i tęcza (1988) oraz Krzyk (1996), który uznawany bywa za ważne dzieło rewitalizujące slasher (film doczekał się trzech sequeli). Oprócz tego Craven próbował sił w innych gatunkach, wyreżyserował nastoletni dramat Koncert na 50 serc (1999) oraz thriller Red Eye (2005).

Craven wychował się w rodzinie fundamentalistycznych baptystów, przez co mógł oglądać tylko nieliczne filmy, wśród których znalazła się jednak Fantazja Disneya. Po skończeniu szkoły średniej w Cleveland Craven zdał do Wheaton College w stanie Illinois. Musiał jednak przerwać naukę po pierwszym roku ze względu na chorobę.

Kiedy wrócił na uczelnię, poświęcił się pisaniu, udzielając się w uniwersyteckim magazynie literackim, którego ostatecznie został nawet redaktorem naczelnym. Studia w Wheaton College zakończył licencjatem z psychologii i języka angielskiego, aby zostać magistrem pisarstwa i filozofii na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w 1964.

Po ukończeniu studiów magisterskich Craven objął na pewien czas profesurę języka angielskiego. W tym czasie pisał także krótkie opowiadania i poezję. Wkrótce porzucił jednak karierę uniwersytecką na rzecz reżyserowania tanich, lecz bardzo dochodowych filmów porno, pod pseudonimem.

Jego debiutem fabularnym stał się kultowy obraz Ostatni dom po lewej, zrealizowany w 1972 w konwencji kina eksploatacji (podgatunek rape’n’revenge), sfinansowany przez grupę producentów z Bostonu, a wyprodukowany przez przyjaciela Cravena, legendarnego Seana S. Cunninghama (Piątek trzynastego).

The-Hills-Have-Eyes-1977
Michael Berryman w filmie „Wzgórza mają oczy”

Nakręcony oszczędnym środkami ($87 tys.), napisany i zmontowany przez niego samego, film opowiadał historię niewinnej dziewczyny zgwałconej przez bandę kryminalistów. Ma on jednak bardzo mało grozy, słaby suspense i miejscami ociera się o farsę lub autoparodię. Z ciekawostek, występuje w nim kolega Cravena z przemysłu pornograficznego, Fred J. Lincoln. Najważniejsze jednak, że film zarobił $3,1 mln w box office i pozwolił twórcy kontynuować karierę.

Jego kolejnym hitem stał się niskobudżetowy horror Wzgórza mają oczy, którego centralnym motywem jest – zgodnie z duchem czasów – zagrożenie ze strony zmutowanych kanibali. W roli głównej wystąpił w nim kultowy aktor, Michael Berryman, cierpiący na hipohydrotyczną dysplazję ektodermalną. Film wyprodukowany za $230 tys. zarobił w 1977 okrągłą sumkę $25 mln.

W 1984 Craven dał światu dzieło, za które jest prawdopodobnie najbardziej pamiętany, horror Koszmar z ulicy Wiązów, w którym pojawia się Freddy Krueger (w tej roli Robert Englund), kultowy zabójca z krainy snów w przystrojonych nożami rękawicach. W filmie pojawia się także młodziutki Johnny Depp w jednej ze swoich pierwszych ról.

a-nightmare-on-elm-street-1984
Freddy w „Koszmarze z ulicy Wiązów”

Tytuł zarobił $25,5 mln i szybko stał się popularną franczyzą, która pociągnęła osiem kolejnych części, bardzo popularnych w Polsce na kasetach VHS, w których Craven grał w zasadzie małą rolę (napisał scenariusz do części trzeciej) aż do Nowego koszmaru Wesa Cravena (1994), który wyreżyserował – film został bardzo dobrze przyjęty przez fanów i krytyków.

W latach ’90, ze względu na kryzys slashera, Craven próbował swoich sił w różnych innych filmach tj. Wampir w Brooklynie z Eddiem Murphym czy Koncert na 50 serc z Meryl Streep (która została za tę rolę nominowana do Oscara), ale gatunek udało mu się zrewitalizować Krzykiem, który w udany sposób igrał sobie z horrorowymi kliszami. Napisany przez Kevina Williamsona, z udziałem Neve Campbell, Courtney Cox i Davida Arquette, film zarobił $100 mln i ponownie przerodził się w franczyzę. W trzeciej części wystąpił nawet sam Roger Corman.

W 2005 Craven wyreżyserował również thriller Red Eye z Rachel McAdams w roli głównej, aby w 2010 powrócić do horroru wraz ze Zbaw mnie od złego i czwartą odsłoną Krzyku. Artysta zmarł 30 sierpnia 2015 po długiej walce z rakiem mózgu w Los Angeles. Pozostawił trzecią żonę, Iyę Labunkę, oraz dwójkę dzieci ze swojego pierwszego małżeństwa: Jonathana i Jessikę.

Conradino Beb

Kot w mózgu (1990)

cat_in_the_brain_1990_Lucio_Fulci

Jeśli któryś z twórców kina grozy mógł pokusić się o stworzenie autotematycznego dzieła o rozterkach reżyserów horrorów, obrazu będącego przy okazji karykaturalnym, groteskowym sobowtórem Osiem i pół Felliniego, musiał to być Włoch. I bezwzględnie musiał to być Lucio Fulci! Jego Kot w mózgu to nieudana artystycznie, lecz wielce interesująca dla miłośników grozy i okropności przypowieść o narastającym wstręcie reżysera (horrorów) do makabrycznej materii, którą się para i która go kala, pozostawiającą psychiczne znamię na nadpobudliwej wyobraźni twórcy.

Rzecz jest fabularnie bardzo prosta i  w zasadzie mieści się nawet w klasycznym kanonie włoskiego giallo. Oto reżyser filmowy, cierpiący na zaburzenia psychiczne, udaje się na terapię do ekscentrycznego psychoanalityka, podczas gdy po okolicy grasuje szaleniec mordujący prostytutki. Dalej wszystko toczy się zgodnie z oczekiwaniami widza i bez zaskoczeń, aż po finałowe odwrócenie pozycji mordercy i ofiary, które też zresztą nikogo nie zaskakuje.

Film Fulciego jest nudny i doskonale przewidywalny, a zarazem niebywale intrygujący, za sprawą trzech elementów, które ujawnione zostają na samym wstępie i trzymają widza w napięciu do samego końca. Jednak warto im się przyjrzeć nieco uważniej. Pierwszym z nich jest akcentowany nieustannie autotematyzm: oto Lucio Fulci gra w filmie siebie samego – twórcę niezliczonych horrorów – Lucia Fulciego, zmęczonego pracą, przeżywającego kryzys twórczy, starzejącego się, bez wprawy i ochoty, a na dodatek – prześladowanego bez końca przez makabryczne sceny i obrazy z własnych filmów.

Pozwala mu to (Fulciemu–reżyserowi Kota, nie zaś Fulciemu–bohaterowi) grać z wielką wprawą rozlicznymi kliszami i cytatami z kina eksploatacji: opowieściami o „kulturalnych kanibalach” (jak choćby Perfumy kobiety w czerni, 1974, reż. F. Barilli), historiami nazistowskich perwertów (Ostatnia orgia gestapo, 1977, reż. C. Canevari), okultystyczno-satanistycznym horrorem (Wszystkie kolory ciemności, 1972, reż. S. Martino) a nawet nieśmiertelną „sceną prysznicową” z hitchcockowskiej Psychozy (Alfred Hitchcock jest bowiem, jak wiadomo, Szekspirem kina popularnego i nie da się uniknąć cytowania go – nawet mimowolnego).

Jednak Fulci–bohater, przekraczając nieustannie granicę między fikcją, a rzeczywistością, demaskuje filmowe mechanizmy grozy, ukazując kino jako monstrualną mistyfikację (gdy np. w ataku szału rozbija puszki z czerwoną farbą, która rozlewa się, wyglądając zupełnie jak krew z włoskich horrorów, o której wiemy przecież doskonale, że jest właśnie farbą – co każe nam myśleć w trybie paradoksalnym: „Och to przecież tylko farba, a zatem z pewnością musi to być krew!”). Odsłoniona więc tu zostaje perwersyjna natura kina grozy (jak w scenach, w których Fulci każe „nazistom” filmować własne orgietki – uwieczniając to oczywiście w filmie).

Koniec końców sam reżyser odsłania filmową fikcję grozy – w finałowej scenie, gdy – podobnie jak w Świętej górze Jodorowsky’ego czy The Snuff Michaela Findleya – kamera „odjeżdża”, odsłaniając plan filmowy, podczas gdy akcja toczy się dalej (naprawdę?). Drugim atutem filmu pozostaje jawnie przywołany kontekst psychoanalityczny, uosabiany przez ojcowską figurę psychoanalityka-hipnotyzera, u którego Fulci leczy się ze swych obsesji.

Nie zdradzę żadnego sekretu, pisząc że psychiatra okazuje się postacią diaboliczną i perwersyjną, pragnącą bezprawnie rozkoszować się lacanowskim jouissance, płynącym ze zbrodni, inspirowanych koszmarnymi historiami opowiadanymi przez reżysera (horrorów).

Ten psychoanalityczny wątek jest dopełniany przez jawnie seksualny aspekt wszystkich morderstw (ofiarami są prostytutki obsługujące lub czekające na klientów, zaś atak mordercy zastępuje akt seksualny). Towarzyszy temu zresztą swoiste „rzeźnickie przemienienie” ciała kobiety jako obiektu seksualnego w obiekt spożywczy – mięso (Fulci nie unika wszak obrazów kanibalizmu).

Wreszcie zaś film Fulciego posiada aspekt ironiczny, wyraźnie widoczny w niezliczonych cytatach i autocytatach, w nagromadzonych i przerysowanych obrazach makabry, z której rodzi się groteska, a także w ścieżce dźwiękowej, w której rzeźnickim poczynaniom zbrodniarza towarzyszy sentymentalna muzyka, spełniająca funkcję ironicznego kontrapunktu.

I w taki właśnie sposób broni się ten niezbyt udany technicznie film wirtuoza makabry, będąc zarazem jednym z najciekawszych w jego dorobku. Paradoks? Być może. Ale oglądając Kota w mózgu pamiętajmy, że reżyser horrorów zakłada, iż domeną grozy jest filmowa fikcja, a psychiatra to ten, który wie, że granica między fantazjowaniem, a rzeczywistością tak naprawdę nie istnieje.

Dariusz Brzostek

 

Znany pod tytułami: Un gatto nel cervello / Cat in the Brain / Nigthmare Concert
Produkcja: Włochy, 1990
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2,5/5

Oprawca (1985)

mutilator_1985_posterOprawca, powstały na fali popularności slasherów w złotych dla gatunku latach 80-tych, to film dzisiaj prawie zapomniany. Dysponujący dość niskim budżetem Buddy Cooper (reżyser i scenarzysta), czerpiąc z klasyki, nakręcił swoją własną historię o młodzieży będącej zwierzyną dla seryjnego mordercy. I choć jego produkcja nigdy nie odbiła się szerszym echem w horrorowym półświatku, to film miał okazję zawitać do kraju nad Wisłą na legendarnym nośniku VHS.

Ed Junior (Trace Cooper), chcąc zrobić prezent urodzinowy swojemu ojcu, postanawia wyczyścić składowaną przez niego hobbystycznie broń palną, ale zanim tata wraca do domu Ed nieumyślnie zabija swoją matkę (Pamela Weddle Cooper). Po tym prologu akcja przenosi się kilka lat w przód, kiedy wraz z przyjaciółmi Eda wybieramy się do położonego na wybrzeżu domu jego ojca. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że to sprytnie przygotowana vendetta na odpowiedzialnym za śmierć żony synu.

Jak na sztampowy horror klasy B, Oprawca wydaje się aż nazbyt trywialny i wtórny. Cały film, jak po sznurku, od początku do końca zmierza ku ogranemu finałowi, w którym nieświadomy Ed odkryje prawdziwe oblicze swojego prześladowcy. Szkoda, że pozbawiono nas elementu zaskoczenia, gdyż tożsamość mordercy znamy od pierwszych chwil jego aktywności. Trudno wprawdzie wymagać jakiejś złożonej fabuły od typowego slashera, ale tutaj jest ona oklepana i pozbawiona dedukcji kto morduje?

Cały budowany klimat to urokliwy standard, do jakiego przyzwyczaiła nas masa innych slasherów, z Halloween i Piątkiem Trzynastego na czele. Samotny dom letniskowy, usytuowany na plaży, to miejscówka niezbyt innowacyjna, lecz na całe szczęście większość akcji dzieje się nocą. Odbiór filmu psuje poniekąd źle dopasowana muzyka, która przypomina raczej soundtrack do podrzędnego filmu erotycznego, niż motyw z filmu grozy. Dodatkowo, aktorzy cały czas przypominają, z jakiej klasy produkcją mamy do czynienia i idealnie wtapiają się w campową stylistykę filmu.

Czym byłby jednak slasher bez charakterystycznego zabójcy? Ale tutaj taki charakterystyczny to on nie jest. Ot, zwykły facet w podeszłym wieku, którego przez większą część czasu skrywa mrok, człowiek czynu zastępujący gadkę wbijaniem wideł w gardła. Tekst na plakacie głosi ‘’By sword, by pick, by axe, bye bye’’ i słowa te mają twarde potwierdzenie w filmie. Jack (Jack Chatham) kłuje, siecze i dźga pokaźnym arsenałem broni białej, od mieczy po wielkie haki rybackie.

Każdy cios zadany nastoletnim ciałom wygląda tak jak należy. Czasami kamera specjalnie unika pokazywania szczegółów egzekucji, lecz jak na niskobudżetowy film efekty gore stoją na zaskakująco wysokim poziomie. Szkoda tylko, że scen tych jest tak mało i przez większość czasu widz zwyczajnie się nudzi, a to zły znak dla slashera. Film rozkręca się dopiero w kuriozalnej wręcz końcówce, która odbiega od w miarę realistycznej reszty filmu.

Oprawca to koniec końców obskurny, tani i sztampowy slasher, który prócz scen śmierci nie ma nic do zaoferowania. Jedynie ortodoksyjni fani gatunku łykną ten film bez większych problemów, a cała reszta może sobie go spokojnie darować. Gdyby wyciąć samo mięso (gore) i umieścić jako klip na YouTube, film dotarłby do większej ilości kinomanów. Dzisiaj sięgnie po niego jedynie garstka ludzi, którzy przebrnęli już przez klasyczne dla gatunku pozycje.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Mutilator
Produkcja: USA, 1985
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 2/5

5 wakacyjnych dreszczowców na deszczowe chwile

piranha-3dd-kadr
Pirania 3DD (2012)

Jeśli twoje wakacje są nudne i do bani, lub pogoda po prostu nie pozwala ci na twoje ulubione aktywności, to nic straconego. Zaproś kumpli, kup browary, usiądź wygodnie w fotelu przed telewizorem i sprawdź te pięć filmów idealnych na wakacyjny seans.

Szczęki (1975) / reż. Steven Spielberg

Pierwszy blockbuster wszechczasów oraz absolutny klasyk ery VHS i nocnych transmisji w telewizji publicznej. Historia o niepowstrzymanej sile natury w postaci wielkiego rekina ludojada, urządzającego rzeźnię na pełnej opalających się ludzi plaży w nadmorskim kurorcie.

Do walki z wielką rybą staje szeryf Brody (Roy Scheider) razem z oceanologiem Mattem (Richard Dreyfuss) i wilkiem morskim, pogromcą rekinów, Quintem (Robert Shaw). Wakacyjna sielanka ustępuje tutaj ciągłemu suspensowi i krwawym atakom animatronicznego rekina, prowadzonym ręką samego Stevena Spielberga!

Piątek trzynastego (1980) / reż. Sean S. Cunningham

Skrywający swoją zdeformowaną twarz pod maską hokejową Jason to ikona filmowego horroru. W tym zestawieniu można by umieścić każdy z łącznie dwunastu (sic!) filmów w których występuje, jednak to właśnie pierwszy Piątek trzynastego pozostaje tym najlepszym.

Klimat odosobnionego letniego obozu, położonego nad malowniczym jeziorem Crystal Lake po którym przechadza się tajemniczy morderca idealnie wpasowuje się w okres wakacji. Fenomenalne sceny morderstw, w tym jedna z udziałem młodego Kevina Bacona, powinny usatysfakcjonować każdego fana filmowej przemocy.

Pirania 3DD (2012) / reż. John Gulager

Dlaczego nie oryginał? Dlaczego nie remake? W końcu dlaczego nie Pirania II: Latający mordercy? Bo właśnie na najnowszej odsłonie serii bawiłem się najlepiej! Nie okłamujmy się, jest to film niebywale więc głupi, ale idealnie sprawdzający się na ciepły wieczór z kumplami i krążącym w kółeczko jointem. Dużo silikonowych cycków, absurdalnego gore, humoru niskich lotów, a także występ Davida Hasselhoffa, idealnie wpisują się w wakacyjny charakter filmu.

Wolf Creek (2005) / reż. Greg McLean

Mimo że moje serce kupił bardziej komediowy i utrzymany w konwencji Ozploitation sequel, to oryginałowi nie można odmówić jednego, potrafi przestraszyć. Historia po części oparta na faktach opowiada o trójce przyjaciół, którzy zwiedzając bezdroża Australii, by wpaść w ręce seryjnego mordercy Micka (John Jarratt). Zapewniam was, że po seansie, każda podróż gdzieś dalej, niż do McDonalda na obrzeżach miasta, będzie mieć dodatkowy dreszczyk emocji.

Podpalenie (1981) / reż. Tony Maylam

Nazywany klonem Piątku trzynastego film Maylama, to powstały na fali gatunku podręcznikowy camp slasher. Letni obóz Blackfoot był świadkiem tragicznego w skutkach żartu grupy gówniarzy na dozorcy Cropsym (Lou David).

Jednak pięć lat później oszpecony Cropsy wraca w okolice obozu i rozpoczyna krwawą wendettę na nastoletnich wychowankach przy pomocy wielkiego ogrodowego sekatora! Jak na horror klasy B Podpalenie wybija się nienajgorszym aktorstwem i fantastycznymi efektami gore w wykonaniu samego mistrza, Toma Saviniego.

Oskar „Dziku” Dziki