Archiwa tagu: socjologia

Wszyscy kłamią, ale politycy robią to znacznie częściej

Znany amerykański dowcip mówi: „Skąd wiesz, że polityk kłamie? Bo rusza ustami”. Duża część społeczeństwa jest świadoma, że w polityce prawda jest o wiele bardziej względna, niż w książkach Richarda Rorty’ego. Ale nauczyliśmy się z tym żyć, bo przyjęliśmy do wiadomości, że traktować politykę jako ostoję szczerych intencji się po prostu nie da. Wiedzą to też politycy wszystkich opcji, którzy w erze post-prawdy z kłamstwa uczynili wygodne narzędzie polityczne, zdając sobię sprawę, że władza ważniejsza jest od prawdy.

Nikt nie jest bardziej świadomy roli kłamstwa w naszym życiu od psychologów, którzy od przynajmniej dwóch dekad badają wyczerpująco to zagadnienie. Jednym z najważniejszych naukowców zajmujących się kłamstwem jest profesor Kang Lee z Uniwersytetu w Toronto, specjalista od kognicji społecznej, który twierdzi, że uczymy się kłamać w wieku 2 lat.

Profesor Lee przeprowadził wiele badań na dzieciach, z których najbardziej znanym jest „doświadczenie z zabawką”. W jego ramach psycholog zainstalował monitoring wideo w pokoju, w którym umieścił dzieci w różnym wieku. W pierwszej fazie badania profesor powiedział dzieciom, że za ich plecami znajduje się zabawka, którą dostaną w prezencie, ale tylko w wypadku, gdy nie będą się oglądać za siebie.

W drugiej fazie naukowiec opuścił pokój, by wrócić po krótkiej chwili i spytać, czy dzieci faktycznie nie oglądały się za siebie? Wyniki: w wieku 2 lat zaledwie 30% dzieci kłamie, w wieku 3 lat jest to już 50%, ale w wieku 5-6 lat ten współczynnik podskakuje aż do 90%… co sprawiło, że profesor Lee oświadczył, że boi się o pozostałe 10%, bo badanie to objawia uniwersalny charakter kłamstwa, potwierdzany na bieżąco przez inne doświadczenia.

Profesor Lee twierdzi także, iż w rozwijaniu zdolności kłamania dużą rolę odgrywają rodzice, którzy każą na przykład swoim dzieciom udawać zadowolenie z prezentów od babci, żeby sprawić przyjemność swoim rodzicom/teściom.

Profesor Lee tłumaczy, w jaki sposób dzieci kłamią

Inną badaczką zainteresowaną kłamstwem jest psycholog z Harvardu, Bella DePaulo, której książka The Hows and Whys of Lies, wydana w 2010, pobiła rekordy popularności, opisując banalność i powszechność kłamstwa. Znacznie wcześniej, bo w 1996, DePaulo przebadała swoich studentów pod kątem prawdomówności, żeby stwierdzić, iż kłamią oni średnio w co trzeciej rozmowie trwającej 10 minut. Dorośli zaskakująco kłamali w tym doświadczeniu tylko raz na pięć rozmów.

Podobne wnioski wyłaniają się z badań Roberta Feldmana z Uniwersytetu w Massachusetts czy Maurice’a Schweitzera z Wharton School of Business Uniwersytetu w Pensylwanii. Ten drugi twierdzi, że kłamiemy zasadniczo cały czas.

Ze względu na powszechność kłamstwa dla psychologów znacznie ważniejsze są jego skutki uboczne czy cel. Czy bowiem kłamstwo, które nazwać można „społeczną lubrykacją” lub dobrym wychowaniem, polegające na unikaniu niewygodnego faktu i komplementowaniu, przykładowo, wyglądu swojej żony jako idealnego pomimo 20 kilogramów nadwagi i stresu na twarzy uznać można za moralnie niewskazane? Nie ma znaczenia, że fakt był motywowany dobrymi intencjami i że była to mało znacząca kwestia – mówi jednak DePaolo.

Ale jak twierdzi Feldman: Zostaliśmy wytrenowani do oszustwa. Jeśli tego nie robimy i zawsze jesteśmy całkowicie prawdomówni, nie jest to wcale dobre i będziemy musieli za to zapłacić. Nie lubimy ludzi, którzy zawsze mówią nam prawdę. A stąd jest już tylko mały krok do tego, co robią politycy. Kłamstwa, które akceptujemy obecnie z ust polityków, wydają się do zaakceptowania, gdyż właśnie to chcemy usłyszeć – podsumowuje Feldman.

Ludzie nauczyli się akceptować kłamstwo jako narzędzie polityczne, usprawiedliwiając i racjonalizując je takimi stwierdzeniami jak „polityka to brudna sprawa, nie da się inaczej” albo „musi kłamać, bo w innym wypadku go zagryzą”. I faktycznie, sami politycy bardzo często działają na zasadzie „cel uświęca środki” lub „liczą się powody”, co oznacza iż będą kłamać ile wlezie, jeśli tylko pomoże im to osiągnąć dany cel polityczny.

Robert Feldman o tym, że ludzie kłamią wszędzie i cały czas

Ale eksperci są zszokowani „nową falą polityki”, którą ochrzczono jako post-prawdę, co oznacza iż prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a politycy są zainteresowani tylko i wyłącznie komunikatami ułatwiającymi im sprawowanie lub zdobywanie władzy.

Inną sprawą jest mechanizm psycholgiczny znany jako „efekt potwierdzenia” polegający na tym, że ludzie mają tendencję do wiary w to, co wzmacnia i potwierdza ich dotyczasowe wierzenia/założenia, więc korzystają ze stronniczych źródeł, z którymi się zgadzają i którym często bezgranicznie ufają, co bez skrupułów wykorzystują politycy, oferując wizję rzeczywistości zaprojektowaną specjalnie pod swój elektorat (czyt. kłamstwa), zawiązując polityczne sojusze (często nieformalne) z mediami dającymi się łatwo manipulować lub zawłaszczyć.

Dodatkowo, w badaniach socjo-psychologicznych kłamstwo zostaje ujawnione jako zjawisko społeczne, które bardzo często skorelowane jest z indeksem korupcji. Im bardziej skorumpowany kraj, tym częściej politycy i zwykli obywatele rozmijają się z prawdą, tłumacząc sobie to w ten sposób: „Wszyscy oszukują, więc nie jestem inny od reszty”.

Ostatecznie, jak twierdzą psychologowie, ludzie przywykają do kłamiących polityków na zasadzie stopniowej znieczulicy. Gdy ich faworyci zostaną złapani na kłamstwie po raz pierwszy, mogą wprawdzie na chwilę zastygnąć w niewygodnym bezruchu, ale za drugim czy trzecim razem nie zwracają już w zasadzie uwagi.

Jak twierdził w końcu Machiavelli: Książęta, którzy dokonują wielkich czynów, przywiązują małą wagę do swojego słowa i wiedzą, jak zwodzić ludzkie umysły bystrością i przebiegłością.

Conradino Beb

 

Źródło: AP

Teoria domknięcia kognitywnego tłumaczy popularność ekstremizmów politycznych

W czasach silnej polaryzacji społeczno-politycznej powracającym pytaniem dla humanistów jest to, skąd bierze się pociąg ludzi do skrajnych idei? Im większy bowiem rozłam światopoglądowy, tym silniejsze postawy po obydwóch stronach barykady, zbudowane na przekonaniu o wzajemnej wyższości.

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Arie Kruglanski, amerykański psycholog, zajmujący się m.in. badaniem motywacji ludzi zasilających szeregi organizacji terrorystycznych takich jak ISIS.

Dr Kruglanski jest znany najlepiej z teorii „kognitywnego domknięcia” (cognitive closure), którą powołał do życia w 1989. Domknięcie oznacza tu moment, w którym jednostka dokonuje sądu lub podejmuje decyzję, jednocześnie zamykając się na alternatywny strumień informacyjny.

Jak twierdzi Kruglanski: Poglądy polityczne ludzi są wynikiem ich potrzeb psychologicznych. Ludzie, którzy są nerwowi, ponieważ otacza ich niepewność, widzą ukojenie w komunikatach oferujących pewność.

Potrzeba domknięcia jest potrzebą pewności, posiadania uproszczonej wiedzy. Czujesz, że nie jesteś w stanie uporać się z nadmiarem informacyjnym, że musisz przestać słuchać różnych punktów widzenia i powinieneś się skupić na jakiejś wersji prawdy. Potrzeba domknięcia oszukuje twój umysł iluzją prawdy, która zostaje zaakceptowana bez ostrożnej analizy dowodów.

W teorii Kruglanskiego, jeśli jednostka wykazuje wysoką potrzebę domknięcia, ma ona zwykle tendencję do szybkiego podejmowania decyzji i do podtrzymywania dualistycznej wersji świata (widzenia go w czarno-białych barwach). W przypadku niskiej potrzeby domknięcia, jednostka toleruje jednak ambiwalencję, choć ma przy tym problemy z podejmowaniem decyzji.

arle_kruglanski_promo
Arie Kruglanski

Jednak w czasach dominacji strachu i niepewności – na przykład w tych, w których żyjemy obecnie – potrzeba domknięcia wzrasta u wszystkich jednostek. Wynikiem są szybkie sądy niezależne od faktów i dowodów, a także populistyczne idee. W górę idzie przy tym popularność liderów politycznych, którzy są zdecydowani i proponują proste, bardzo często skrajne rozwiązania.

Przykładowo, tuż po atakach z 9/11 dr Kruglanski razem ze swoim zespołem stwierdził, iż w momencie, w którym wzrosło zagrożenie islamskim terroryzmem, wzrosły też słupki poparcia dla George’a W. Busha (wcześniej borykającego się z drastyczną stratą poparcia).

Opierając się na tym wydarzeniu, w 2010 Kruglanski ponownie przebadał swoją teorię, analizując potrzebę domknięcia kognitywnego w obliczu terroryzmu u wybranych jednostek w serii pięciu eksperymentów, stwierdzając iż wspomnienie ataków na Nowy Jork prowadziło do wzrostu „obecności silnych przekonań, formowania uproszczonych wrażeń, a także klasyfikowania obiektów i wydarzeń w ostro definiowanych kategoriach, w celu doświadczenia pewności i uniknięcia ambiwalencji”.

Jednym z centralnych punktów eksperymentu było pokazanie amerykańskim studentom siedmiominutowej projekcji slajdów, które albo omawiały atak z 9/11, albo zalety pracowania w Google. Następnym krokiem było przebadanie czynności zastępczych (filler tasks) uczestników badania, a wreszcie zmierzenie ich potrzeby domknięcia na 42-punktowej skali, stworzonej w 1994 przez Kruglanskiego i dr Donnę Webster.

Ci, którzy obejrzeli slajdy związane z 9/11, wykazywali znacznie wyższy współczynnik kognitywnego domknięcia, co udowodniło, że do jego podbicia wystarczy obejrzenie materiału na temat kryzysu – nie trzeba go wcale doświadczyć na własnej skórze.

Badacze mieli także okazję, by sprawdzić swoją teorię w naturalnych warunkach, tuż po zamachach na komunikację miejską w Londynie w lipcu 2005, kiedy cztery bomby zabiły 56 ludzi i raniły ponad 700. Psychologowie zwerbowali wtedy dwie grupy liczące ponad 100 osób, każąc im odpowiedzieć na serię pytań. Badanie ujawniło bardzo wysoką potrzebę kognitywnego domknięcia i przewidziało wzrost znaczenia oddziałów antyterrorystycznych.

Teoria Kruglanskiego wyróżnia dwa etapy domknięcia kognitywnego: etap uchwycenia (seize) i etap zawieszenia (freeze). Pierwszy jest motywowany pilnością dokonania domknięcia, czego wynikiem jest chwytanie się każdego możliwego strzępu informacji bez (zwykle przeprowadzanej?) weryfikacji.

Drugi jest natomiast powodowany potrzebą permanencji, czyli zachowania naszego domknięcia na tak długo, jak to tylko możliwe, skutkujący „zamrożeniem punktu widzenia”, którego skutkiem jest z kolei wzrost pewności siebie – ostateczny cel każdej jednostki obcującej z chaosem informacyjnym.

Ale jak tłumaczy psycholog, jest to błędne koło, ponieważ frenetycznie szukamy rozwiązania, ale w momencie, gdy nasz sąd się krystalizuje, na stałe blokujemy jego zmianę. Jeśli potwierdzamy go zaś aktywnie poprzez media społecznościowe lub rozmowę z innymi, utrwalamy go jeszcze bardziej, wszelkie odstępstwa traktując jako odchylenia.

Kruglanski nie sądzi jednak, że jesteśmy zawsze skazani na szybkie domknięcie, gdyż procesowi przeciwdziała m.in. strach przed kosztowną pomyłką, czyli taką, która skazuje nas na osobiste straty. Jeśli na przykład obawiamy się, że nasze poglądy lub wypowiedzi narażą nas na nieprzyjemności, stajemy się bardziej wyważeni w naszych osądach. Im więcej więc ostrożności i zimnej krwi, tym większa szansa na umiarkowanie.

The Price of Certainty / dokument

Conradino Beb

 

Źródło: The New Yorker / The New York Times

Millennialsi gotują dosłownie ze smartfonem w ręku!

Millennialsi nie tylko kochają siedzieć z tabletem czy ze smartfonem w łóżku, w łazience czy w poczekalni na lotnisku, przeglądając Facebooka, Instagram lub szukając czegoś w Google, ale używają również urządzeń mobilnych do namierzania przepisów kulinarnych i gotowania. Razem z tym wzrasta także ich zainteresowanie gorącymi trendami kulinarnymi!

Badanie przeprowadzone przez agencję Haygarth we współpracy z grupą konsultingową Flamingo, liderem ds. brandingu, wykazały że 40,4% Millennialsów bardziej ceni sobie wiedzę dotyczącą jedzenia, niż mody (przeciwnego zdania było 26,7% respondentów). W parze idzie z tym zainteresowanie społecznościowymi kanałami poświęconymi sztuce kulinarnej i obsesja dzielenia się zdjęciami spożywanych posiłków.

Millennialsi udostępniają zdjęcia pożywienia w mediach społecznościowych średnio trzy razy w tygodniu, 30% razy więcej w porównaniu ze swoimi rodzicami. 35% z nich eksperymentuje również z nieznanymi przepisami kulinarnymi, przynajmniej sześć razy miesięcznie próbując czegoś zupełnie nowego. 47% z badanych przyznaje ponadto, że media społecznościowe są ważnym źródłem inspiracji kulinarnej.

Jak twierdzi CEO Haygarth, Sophie Daranyi: Millennialsi stanowią obecnie 20% populacji, ale wciąż nie stanowią znaczącej grupy odbiorczej w oczach wielu brandów. A to dziwne, jeśli zważyć na fakt, że 59% z nich wciąż robi duże zakupy raz w tygodniu, głównie zaopatrując się w żywność. Co różni ich jednak od starszych pokoleń, to fakt że 74% z nich świadomie wspiera lokalny handel, często robiąc zakupy w małych sklepach. Coraz więcej z nich zaopatruje się też w zdrową żywność online.

Ten trend doczekał się już pierwszych książek tj. A Taste of Generation Yum: How the Millennial Generation’s Love for Organic Fare, Celebrity Chefs, and Microbrews Will Make or Break the Future of Food autorstwa Eve Turow. Autorka przekonuje w niej, że Millennialsi, którzy jako pierwsze pokolenie wychowali się lub dorastali w erze wszechobecności nowych mediów, pojmują jedzenie jako fenomen angażujący wszystkie zmysły, jednoczący ludzi we wspólnej przestrzeni.

Przepytywana przez The Atlantic, Turow tłumaczy dlaczego technologia i pożywienie to dla Millennialsów idealne połączenie: Naprawdę sądzę, że sprowadza się to do technologii z kilku powodów. Jednym z nich jest deprywacja sensoryczna. Stworzyliśmy społeczeństwo, które przez większą część dnia siedzi przed ekranem i wystukuje. I prawdą jest, że nie jest to bardzo ekscytujące dla naszych zmysłów. W wywiadach ciągle słyszę, że ludzie chcą czegoś namacalnego, czegoś co mogą poczuć, powąchać, posmakować i że jesteśmy myszami doświadczalnymi dla życia w cyfrowym świecie.

Źródło: Foodbev / The Atlantic

Urojenie Truman Show: choroba ery nowych mediów

Ludzie cierpiący na urojenie Truman Show wierzą, że ich życie to sekretny reality show, który realizowany jest przez niewidzialnego reżysera lub stację telewizyjną i transmitowany na cały świat bez ich zgody. Termin został stworzony w 2008 na cześć legendarnego filmu Petera Weira przez dr Joela Golda, profesora psychiatrii na Uniwersytecie Nowojorskim, oraz jego brata Iana Golda, filozofa psychiatrii na Uniwersytecie McGilla w Kanadzie.

Badacze sugerują, że w miarę jak ludzka kultura zmienia się pod wpływem nowych mediów i wszechobecności kamer, współbrzmieć z tym zaczynają także choroby psychiczne, wśród których ważną pozycję zajmują psychozy rodzące się częściowo ze stresu, częściowo z obaw o naszą pozycję w społecznej hierarchii, a częściowo ze strachu przez możliwościami technologii. Pojawiająca się choroba psychiczna (np. schizofrenia) wchodzi w interakcję z kulturową wszechobecnością rzeczywistości medialnej, aby w ten sposób dać początek urojeniom.

Bracia Gold uważają, że na powiązanie środowiska życia człowieka z psychozami nie zwraca się zbyt wiele uwagi w psychiatrii, co jest błędem. Jak mówi Joel Gold: Interesuje nas w jaki sposób zmienia się społeczeństwo jako całość. W erze reality show oraz zamkniętych obwodów telewizyjnych, w miastach takich jak Londyn, gdzie ludzie są naprawdę obserwowani, w erze internetu i YouTube, jaki wpływ może mieć to wszystko na ludzi, którzy mają predyspozycje do manii prześladowczej i paranoi?

Forma urojeń wg badaczy nie zmieniła się zasadniczo w ciągu ostatnich 100 lat, ale zmieniła się za to ich treść. Do przypadków opisywanych przez Joela Golda należą m.in. sprawa mężczyzny, który wdarł się do budynku federalnego w Nowym Jorku i zażądał odcięcia go od show, w którym grał główną rolę, a także przypadek człowieka, który wdrapał się na Statuę Wolności, wierząc iż w ten sposób spotka ponownie swoja dziewczynę ze szkoły średniej, dzięki czemu zostanie uwolniony z grania roli w reality show, którego był głównym bohaterem.

Jak opisuje również Gold, coraz częściej zdarza się, że zaburzenie to prezentują dziennikarze, z których jeden trafił do szpitala psychiatrycznego po tym, jak uroił sobie, że jego koledzy fałszują wszystkie wiadomości telewizyjne i prasowe dla zabawy. Inny zaś sam faktycznie pracował przy reality show, ale z czasem zaczął wierzyć, że jest filmowany non stop (show miał być sponsorowany przez jego własną rodzinę) i że ekipa telewizyjna może kontrolować jego myśli.

Czasem urojenie Truman Show łączy się także z wiarą w spisek. Przykładowo, jeden z pacjentów Golda przyjechał do Nowego Jorku po 9/11 tylko po to, by sprawdzić czy bliźniacze wieże naprawdę zostały zniszczone, wierząc że był to sprytny zwrot akcji w narracji telewizyjnej, której był głównym przedmiotem.

Jednak najciekawszym przypadkiem był prawdopodobnie ten dotyczący niejakiego Nicholasa Marzano, który zaskarżył HBO o uczynienie z niego gwiazdy reality show bez jego wiedzy. W pozwie oskarżył on sieć telewizyjną o zainstalowanie ukrytych kamer w jego domu, urządzeń kontrolnych w samochodzie, a także o wciągnięcie na listę płac funkcjonariuszy policji i aktorów, którzy odgrywać mieli prawników, lekarzy, pracowników administracji rządowej, kolegów z pracy, członków rodziny i sąsiadów.

Mimo że zaburzenie to nie dostało się jeszcze na oficjalną listę chorób psychicznych, bracia Gold udokumentowali już ponad 100 tego typu przypadków, które opisane zostały w książce Suspicious Minds: How Culture Shapes Madness, a fenomen zyskuje na popularności dzięki rozpowszechnianiu się technologicznych fenomenów tj. monitoring publiczny, lifecasting na Snapchacie, egosurfing, uzależnienie od mediów społecznościowych czy „Kardashianowie w lodówce”.

Podsumowując swoje badania, bracia Gold apelują o odrzucenie mocno zakorzenionego przekonania, iż choroba psychiczna to efekt dysfunkcji mózgu i nawołują do większego zainteresowania się zgłębianiem roli pejzażu kulturowego, pisząc: To że teoria choroby psychicznej powinna odwoływać się do świata zewnętrznego nie jest bardziej zaskakujące od teorii raka odwołującej się do dymu papierosowego.

Conradino Beb

 

Źródło: upvoted / Biomedical.pl / New York Post

Anarchia, kontrola, dragi i seks analny – koślawa hierarchia wartości Williama S. Burroughsa

Spójrzcie tylko na niego… suchy, siwy, pomarszczony i jeszcze ta wiecznie zafrasowana gęba. Ginsberg mawiał o nim: „indywiduum o przejawach duchowej inteligencji”. U Kerouaca opisywany był jako „nauczyciel”. Francuski filozof Deleuze widział w nim „niesamowitego myśliciela”. William S. Burroughs. Mędrzec? Profeta? Mistyk? Co najmniej trzy pokolenia uważały go za swojego mentora, a on sensu stricto nigdy nie należał do żadnej z duchowych generacji; do żadnego głównego prądu myślowego. Był indywidualistą, człowiekiem, który potrafi zamknąć się w celi swoich poglądów i wyjść dopiero, gdy samemu uda mu się z niej wyprowadzić.

Pomarszczeni filozofowie, siwi uczeni, wybitni ludzie wielkiego umysłu zazwyczaj posiadali jakieś systemy etyczne; normy, którymi się kierowali. Natomiast Burroughs – który wybitnym człowiekiem wielkiego umysłu niewątpliwie był – sprawę hierarchii wartości zdaje się pozostawiać otwartą.

Choćbyśmy znaleźli poszlakę w którejś z jego książek czy biografii, którymś z artykułów czy wywiadów, która nagle poukładałaby nam całą „burroughsowską etykę”, to brnąc dalej w jego twórczość, z pewnością szybko natknęlibyśmy się na coś, co niniejszy uporządkowany system bezpowrotnie burzy. Dlatego też ta hierarchia wartości Mistrza będzie koślawa, a tak naprawdę będzie to tylko plansza wybranych kwestii, których wydźwięk w całej filozofii Burroughsa wydaje się najmocniej dawać po mordzie wnikliwemu odbiorcy. Także zapraszam do chaosu. Ale zacznijmy od początku.

Etyka – próba nieudana

Z całej twórczości Burroughsa możemy wyszczególnić jeden tylko pomysł na stworzenie całościowej filozofii, która obejmowałaby w sposób kompletny wszystkie dziedziny życia. Jest poukładana, spójna, lecz jednocześnie banalnie prosta, a nazwać ją można faktualizmem. Koncepcja to dość specyficzna, bo wszelakie rozważania, analizy, filozoficzne wywody, mądre dysputy i inne tego typu teorie, określające właściwe postawy moralne, wciskała w szczęki niszczarki zapomnienia.

Nie liczy się żaden akt na papierze, liczy się tylko to, co jest w rzeczywistości – liczą się fakty. W tym zamyśle jedyną słuszną etyką miała być całkowita wolność wyboru. Sam Burroughs nigdy nie wystosował żadnego dokumentu określającego dokładnie zasady tej filozofii, gdyż – rzecz jasna – byłoby to niezgodne z duchem faktualizmu. O istnieniu tej koncepcji wiemy wyłącznie z listów.

Rozmyślając nad tą filozofią – podobnie jak nad wieloma pomysłami Burroughsa – przychodzi mi na myśl cytat z Gombrowicza: Ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna. Jednak pomysł amerykańskiego pisarza zdaje się być zdecydowanie „szerszy” i przez to dość utopijny, aczkolwiek to podobny „trop myślowy”.

Po kilku latach od powstania koncepcja ta musiała zmierzyć się z rzeczywistością, niestety sam Mistrz na własnej skórze doświadczył jej bezsensowności. Faktualizm będę więc musiał pominąć w tworzeniu niniejszej „hierarchii”. Lecz nic straconego, bowiem podobnych pomysłów Burroughs miał na pęczki.

Wolność

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w kraju – gdzie słowo freedom urosło do miana wyświechtanego sloganu, wyskrobywanego na badziewnych billboardach – mógł pominąć tę najwyższą wartość w swej życiowej filozofii, nawet gdyby takowej nie posiadał… jednak przy definiowaniu burroughsowskiej wolności należy odgrodzić ją od naszych podstawowych wyobrażeń. Bowiem wartość ta nie miała nic wspólnego z jej narodowym, czy też narodowowyzwoleńczym pojmowaniem.

Wiązało się to po części z amerykańskimi realiami społecznymi i historycznymi, a po części ze specyficzną, kosmopolityczną postawą samego Williama. Nie należy również łączyć jego postawy z typowym dla współobywateli przekonaniem, że wolność jest odgórnie dana każdemu człowiekowi i gwarantują ją wzniosłe formułki, wyryte na pamięć słowa Konstytucji.

Podobnie trzeba odciąć się od wolności firmowanej przez młodzieżowe ruchy kontrkulturowe, które wykrzykiwały piękne hasła związane z pacyfizmem, egalitaryzmem czy socjalizmem. Burroughs głównie hołdował wolności, która (przede wszystkim!) odnosiła się do jednostki i to w bardzo wąskim znaczeniu. W jego pojmowaniu ludzkiej swobody można zauważyć dość dużą dozę relatywizmu, co bezpośrednio neguje zasadę równości społecznej.

Poglądy te najlepiej ilustruje sposób, w jaki Burroughs odnosił się do kolejnych narracji społeczno-politycznych, które przyświecały Amerykanom na przestrzeni XX wieku. William urodził się 5 lutego 1914 roku w Saint Louis i jego młodość przypadła na lata dwudzieste i trzydzieste, a więc Wielki Kryzys (z lat 1929-1933), prohibicję, Nowy Ład Gospodarczy, wojny mafijne i upadek wolnorynkowego kapitalizmu, związany z ekspansją państwowego interwencjonizmu.

Były to czasy, gdy jeden ruch w gospodarce mógł cię wynieść na szczyt społecznej drabiny, a drugi zrobić z ciebie kloszarda bez centa przy dupie. Te realia, do których przyspawany został slogan „od zera do bohatera”, zakorzeniły w umysłach wszystkich obywateli USA piękny „amerykański mit”. Wedle narodowej mitologii opowiadał on przede wszystkim o wolności. Natomiast Burroughs – którego rodzina zasmakowała bycia na szczycie, jak i wielkiego upadku – widział w tym coś innego.

W jego rozumowaniu „amerykański mit” nie mówi o wolności, tylko o pieniądzach, które z kolei zniewalają człowieka. W przeciwieństwie do republikanów czy też amerykańskich konserwatystów nie uważał dobrobytu za główny czynnik bycia wolnym, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem pieniądze to gówno, które zabija w człowieku spontaniczność, kreatywność i beztroskę. Wolność istnieje dopiero po odrzuceniu konwencji społecznych, które przez wieki narzucano ludowi.

Z tych przyzwyczajeń rodziło się wg niego zniewolenie przez pieniądz, ślepa uległość wobec władz i przyjmowanie z góry narzuconych ról w demokratycznym układzie. Dojście do prawdziwej swobody miało nastąpić poprzez ukonstytuowanie się człowieka wokół własnego „ja” – dotarcie do kompletnego indywidualizmu życiowego.

A jak to uczynić? Po pierwsze odciąć się od norm społeczeństwa, zerwać z wszelakimi nawykami nabytymi w ciągu całego cyklu uspołeczniania jednostki i pozbyć się konwencji wyprodukowanych przez cywilizację. Dzięki temu człowiek miał stać się naprawdę wolny i mógł krytycznie spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość.

Sprawa z kontrkulturową ideą wolności lat ‘60 i ‘70 wyglądała nieco inaczej. Burroughs cieszył się, że młodzież nareszcie doszła do głosu, ale dostrzegał słabość kontrkultury, gdy ta była jeszcze w powijakach. Wolność wyrażana w słowach „pokój i miłość” mogła posłużyć Mistrzowi tylko jako model, na którym można pokazać naiwność człowieka. William uważał bowiem, że jeśli chce się przeprowadzić rewolucję, należy raczej mówić o wojnie, a nie o pokoju. Wojna angażuje człowieka, rozwija go, pobudza do działania i to szybkiego działania, natomiast podczas pokoju człowiek gnuśnieje.

Warto zaznaczyć, że mimo tej radykalnej politycznie perspektywy Burroughs zdecydowanie potępiał działania skrajnych bojówek lewackich, które porównywał do działań nacjonalistów, nazistów oraz faszystów. A jeśli chodzi o miłość, to miał on z nią ogromny problem (o czym szerzej jeszcze tu napiszę), bo przez większość czasu uważał, że to bezsensowny wytwór żeńskiej części cywilizacji, który dobrze się sprzedaje w społeczeństwie. A poza tym miłość widział jako nonsens, więc powoływanie się na nią w hasłach rewolucyjnych było dla niego żałosne.

Ponadto, krytykował źródła ideowe ruchu hipisowskiego. Choć sam sięgał po księgi z Dalekiego Wschodu, to nie uważał ich za dobry fundament do budowania na nich filozofii. Jego zdaniem, by przekonać się o „nieżyciowości” filozofii hinduskiej, należy spojrzeć na dzisiejsze Indie, które: nie poradziły sobie z przeludnieniem, gdzie dominuje ubóstwo, gdzie ludzie są mocno uwikłani w społeczne siatki norm i konwencji.

Ogólnie, jak to mają w swoim zwyczaju indywidualiści, Burroughs nie przepadał za ludźmi, nie lubił tłoku, ścisku, zgiełku wielkich miast, co nawet zgadzało się z jego postulatami, które miały uratować ziemię, bowiem w jego mniemaniu należało tylko pozbyć się połowy ludności i świat byłby lepszy. Prócz tego w hipisach niebotycznie wkurwiały go idee braterstwa, przyjaźni, miłości, które realizowane miały być poprzez wspólne życie w komunach.

William podawał prosty argument: komuny są bezsensowne z powodów czysto ekonomicznych, gdyby hipisów odłączyć od społeczeństwa, to zdechliby z głodu – szach, kurwa, mat! (że pozwolę sobie zażartować). Ostatnim ważnym elementem kontrkultury krytykowanym przez Burroughsa był zaś hipisowski sposób bycia w społeczeństwie. Co go tu uwierało? Przede wszystko uważał, że jako mniejszość, która chce wywołać rewolucję, zbytnio rzucali się w oczy.

Rebelia musiała wg niego przebiegać po cichu i uderzać w najbardziej wrażliwe miejsca państwowego organizmu. Natomiast hipisi – pstrokaci, wiecznie odurzeni, wykrzykujący swoje naiwne hasła – nie nadawali się na rebeliantów. Taka rewolta szybko gaśnie, a sam sposób bycia staje się nie życiowym przesłaniem, a zwykłą modą. No i chyba miał tu sporo racji; w szczególności, gdy popatrzymy na nowoczesne wytwory popkultury tj. hipster, czyli jednostka żyjąca przejściową modą.

Po całej tej krytyce chyba nie trzeba się rozpisywać zbytnio o stosunku Burroughsa do wolności, jaka była głównym celem statecznych Amerykanów w statecznych czasach. Dokładnie chodzi mi tu o „klasę średnią”, która stała się grupą najbardziej reprezentatywną. Jej dążenia do dobrobytu, który pod II wojnie światowej wyrażał się w domku z ogródkiem, żonie (lub mężu), dzieciach, kolorowym telewizorze, spokojnej pracy w firmie oraz amerykańskiej furze w garażu, były dla Williama żałosne. Co więcej uważał, że należy dla dobra ogółu zmieść całą „klasę średnią” z powierzchni ziemi – w ich życiu nie ma miejsca nawet na gram wolności!

Warto tez wspomnieć, że Burroughs nieczęsto mówi o wolności sensu stricto. Najczęściej jest to wolność od czegoś: od rządu, od terroru, od konsumpcji, od norm społecznych, od narkotyków itd. Jeśli szukalibyśmy najbardziej powszechnego obrazu wolności w twórczości Williama, to zapewne taką ideą byłaby „prawda życiowa” z Nova Mit. Wartość ta usytuowana jest w otoczeniu specyficznych ram anarchii i ozdobiona legendami z odległego świata, w którym kultura Zachodu nie mogła nigdy zakiełkować.

„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi sentencja Hasana ibn Sabbaha, którą podobno przyswoił sobie Burroughs (a tak naprawdę sam stworzył). Receptę na wyzwolenie człowieka zawartą w tym przesłaniu należy odczytywać w ten sposób: negacja rzeczywistości + rzeczywista wolność = istota człowieczeństwa.

Oczywiście, odrzucenie wszystkiego co nas otacza jest niezwykle ryzykowne, ale zgodne z nauczaniem Mistrza. Lekko abstrahując, brzmi to niczym słowa Jezusa podczas głoszenia idei apostolstwa, no ale kto w naszym współczesnym katolicyzmie o tym pamięta? Niemniej, Burroughs był bardzo odważny w swoich poglądach i twierdził stanowczo: niebezpieczeństwo jest czymś nieodzownym dla każdego człowieka; nie ma bezstresowego wychowania; nie ma bezstresowego życia; człowiek definiuje sam siebie w ciągłej styczności z niebezpieczeństwem, taka jest konieczność, którą każdemu organizmowi żywemu daje natura.

 Kontrola/władza

burroughs_3
WSB był wielkim miłośnikiem broni palnej

Jeśli połączyć wszystkie poglądy społeczno-polityczne Burroughsa można by otrzymać konstrukcję przybliżoną do anarchistycznego konserwatyzmu. Choć może brzmi to dość dziwnie, to trudno mi znaleźć trafniejsze określenie na jego złożoną planszę światopoglądową. Burroughs miał jednak pasję do badania mechanizmów władzy, która po jakimś czasie urosła u niego do rangi obsesji.

Podstawy jego rozmyślań na ten temat wyrosły ze studiów nad semiotyką ogólną. Zasady funkcjonowania społeczeństwa według tej dziedziny normują symbole, a kto rządzi symbolami, ten rządzi również społeczeństwem. Symbol ma dość szeroki kontekst i wyraża się na wielu płaszczyznach społecznych. Żeby uwolnić się od kontroli należy zniszczyć te symbole. W jaki sposób? Z pomocą przychodzi tu burroughsowska technika „cut-up” (stworzona na bazie pomysłu Briona Gysina), czyli cięcie słów, a w konsekwencji zdań, obrazów, wyobrażeń itd. W ten sposób człowiek również odcina się od zastanej rzeczywistości, czyli dąży do faktycznej wolności.

Kolejnymi narzędziami, za pomocą których Burroughs badał mechanizmy władzy, były dwie dziedziny: „psychologia kontroli” i „socjologia kontroli” (w każdym razie tak je można nazwać, choć sam William wprost nie używa takich haseł). O co w nich chodziło? Po zakończeniu ery wielkich monarchii, tyranii i despotyzmu mamy do czynienia z nowym modelem zachodniego społeczeństwa postmodernistycznego – społeczeństwem kontroli.

I nie chodzi to bynajmniej o demokrację fasadową, czy jakiekolwiek pozorne modele państwowości. Chodzi tu o normalny ład polityczny, w którym dąży się do dobrobytu, bezpieczeństwa i powszechnie wielbionego socjalu. Kontrola w tych społeczeństwach jest zewnętrzna i wewnętrzna. Władza ingeruje zarówno w materialne oblicze obywatela, jak i w jego psychikę.

Państwo działa na zasadzie mętnego organicyzmu. Wewnątrz demokracji funkcjonują przedsiębiorstwa, które wprowadzają czynniki rywalizacji motywujące konflikty miedzy jednostkami i wewnątrz samych jednostek. Są to jednak konflikty jałowe, które przynoszą tylko pozorne rozwiązania. Ale są tak absorbujące dla obywateli, że ci nawet nie myślą o zmianach na wyższych poziomach politycznych (czy ogólnie – na wyższych poziomach otaczającego ich świata).

Dzięki temu postmodernistyczna i postindustrialna kontrola doskonale radzi sobie z ludem. A jej główne idee, to: równość, stabilność, unikanie ostatecznych rozgrywek, ład, bezpieczeństwo, życie rodzinne, życie bezstresowe, dobrobyt. Zatem, czy anarchia była najlepszym sposobem do wydobycia się spod macek władzy?

Z pewnością była to jedna z możliwości, po którą – po części – można sięgnąć w procesie konstytuowania swojego ja, a przez to zmieniania również całego świata. Z tym że burroughsowskiemu anarchizmowi daleko było do koncepcji spod znaku Bakunina, a jeszcze dalej do mutualizmu, czy innych opcji lewicowo-anarchistycznych, splecionych mocno z socjalizmem/komunizmem.

Człowiek, który chce żyć w społeczeństwie, musi mimo wszystko podlegać jakiejś kontroli. Burroughs podkreślał, że jednostka na nowo ukonstytuowana zawsze sceptycznie będzie podchodziła do władzy. Jednak główna kontrola, która będzie na niej spoczywała, zawsze będzie kontrolą, jaką sama nad sobą wytworzyła. Wszystko zależy tutaj od świadomości.

Kontrola i władza na zawsze pozostały wielkimi zagadkami dla Williama. Oczywiście nie był on tylko zwykłym badaczem. Sam, tworząc niezliczone teorie i projekty, próbował nie tylko zdefiniować mechanizmy kontroli, ale również samemu je posiąść. Niestety, ale przez prawie połowę swojego życia sam znajdował się pod – jak sam twierdził – „idealnym narzędziem kontroli”.

Uzależnienie od opiatów – bo o nich mowa – było dla niego czymś bardzo pouczającym, ale jednocześnie wyniszczającym. Nałóg z pewnością dał mu wiele doświadczeń, które niejednokrotnie opisywał w książkach i artykułach, lecz prócz tego pokazał mu jak nisko można upaść. Uzależnienie doprowadziło do destrukcji jego życie towarzyskie, „moralne” i po części intelektualne.

Oczywiście, nie byłby wielkim indywiduum, gdyby nie udało mu się z tego wyjść i ze zdwojoną siła przystąpić na nowo do pracy. Ponadto był tak aktywnym człowiekiem, że niemalże do końca swych dni (przeżył ponad 8 dych!) zachował trzeźwość umysłu. Zatem, czy udało mu się osobiście posiąść mechanizmy kontroli? Jeśli tak, to maksymalnie kilka sekund przed swoja śmiercią…

 Sztuka

By stać się artystą trzeba być twórczym. Niniejszej definicji raczej nikt nie uzna za wielkie odkrycie. Jednak konsekwencje powyżej określonego artyzmu dla Burroughsa nie były już takie oczywiste. Czemuż to? Przede wszystkim ze względu na to, jak rozumiał on bycie twórczym. Bycie twórczym polega u niego na ciągłym dozowaniu sobie mocnych wstrząsów, które doprowadzają do przyjęcia zewnętrznej perspektywy w odbiorze własnego ja.

Artysta nie może być sobą(!) – artysta musi być sobą, lecz tylko w sensie metafizycznym. Z kolei lista opcji, które kryły się pod terminem „mocne wstrząsy” była dość długa. Zaczynając od lekkich dragów, przez ciężkie, cięższe, najcięższe, nie omijając przeróżnych form zboczeń, dewiacji, medytacji, aż po sceniczne improwizacje w zamkniętym gronie znajomych, podczas których delikwent wcielał się w zupełnie nowe osobowości.

Sztuka była też ważnym elementem w ponownym ukonstytuowaniu się swojego „ja”. Zrywając z konwencjami starego świata, człowiek musi na bieżąco tworzyć nową rzeczywistość. Z tym, że w owym momencie do aspektu sztuki dołącza aspekt religii. Jednak nie jest to połączenie na zasadzie „zostajemy ateistami i jest porządek ze wszystkim, bo religii już nie ma i problem z głowy”.

Zdaniem Burroughsa, jednym z największych błędów współczesnej cywilizacji jest całkowite wyzbywanie się sfery duchowej. Magia, która wchodzi w skład pola religijnej tożsamości, jest koniecznym elementem w tworzeniu nowych mitów, które na nowo tworzą wolnego człowieka. Wiara jest potrzebna, lecz nie taka, jaką proponuje np. religia katolicka, ale taka, która przywraca nadzieje, że jest coś poza tym, co tu i teraz.

Następstwem takiego rozumowania jest specyficzna rola artysty, który staje się prorokiem dla samego siebie. Pisarz powinien być „szalonym wieszczem”, który pisze to, co jego zdaniem ma się wydarzyć. I nie ma tu miejsca na modernistyczne masturbowanie się do swoich artystowskich wierszyków. Jest tu tylko miejsce na kierowanie swojej pięści w stronę własnej mordy, a jeśli „przez przypadek” komuś obok się dostanie, to dla niego lepiej. Ból działa oczyszczająco, a blizny to trofea. Jedyne o czym trzeba pamiętać to warunek, że wszystko ma odbywać się w głowie, a nie na niej.

Zamiast narcyzmu i politykowania William proponował ciągłe tworzenie. Wyśmiewał literatów, którzy częściej niż po pióro sięgali po zaangażowane slogany oraz kolorowe transparenty i z całym polityczno-ideowym bagażem wyruszali na manifesty, czy też inne tego typu imprezy. Jeśli czegoś się nie stworzy (napisze), to można krzyczeć do końca życia, a i tak nic z tego się nie zachowa. Umysł jest silniejszy od ciała, a jeśli się tak nie uważa, to może lepiej nie bawić się w sztukę.

Jeśli chodzi o formę i technikę tworzenia, to Burroughs nie był już tak radykalny. Sam praktykował niemalże wszystko, co mu się nawinęło. Próbował własnych sił w filmie undergroundowym. Strzelał do puszek z farbą, które po eksplozji rozbryzgiwały się na płótno, tworząc „niewysublimowane” grafiki w jego autorskiej konwencji „shooting art”. Pisał na haju. Pisał na trzeźwo. Miał od groma pomysłów na zagospodarowanie własnej kreatywności.

Jeśli doszukać się najważniejszej zasady w podejmowaniu kolejnych inicjatyw twórczych Mistrza, to należałoby ponownie wspomnieć o technice „cut-up”. Oczywiście, w inny sposób odnosiła się ona do filozofii, a w inny do literatury czy sztuki. Jednym z ciekawszych sposobów tworzenia literatury było spisywanie nagranych przez Burroughsa „audycji”, które uprzednio „kroił”, by stworzyć treść możliwie „odsączoną” od norm kulturowych, językowych i społecznych.

„Cut-up” świetnie współgrał z całym zamysłem filozofii Williama. Odcinanie się, cięcie, przecinanie, krojenie, to nie tylko rewelacyjne metafory w postmodernistycznej rzeczywistości, opartej na klejeniu i odtwarzaniu cytatów, ale również ostre odpowiedzi na zarzuty braku spójności jego teorii. Bowiem w jaki lepszy sposób możemy uchwycić skomplikowaną rzeczywistość, jak nie poprzez rozczłonkowanie jej na drobne skrawki?

Prócz tego z takich kawałków można stworzyć coś zupełnie nowego, w przeciwieństwie do nakładania na siebie kolejnych warstw, jak to zwykli czynić wielcy filozofowie. Zresztą… dla lepszego zilustrowania tego procesu wewnątrz sztuki Szybki strzał Burroughsa:

Nie twierdzę, że moje metody są w stu procentach ludzkie, jednak mówię,

że jeśli nie możemy myśleć o niczym cichszym i czystszym niż to…

Jesteśmy wszyscy niewiele lepsi niż nowe cierpienia ziemi.

 Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Potnij linie słów

Potnij linie muzyki

Zniszcz obrazy kontrolne

Zniszcz machinę kontrolną

 Używki/narkotyki

william_s_burroughs_smoking
WSB próbował w życiu wielu używek…

O nich można by napisać wiele. Burroughs już za młodu wmieszał się w niziny społeczne i dzięki temu zyskał dostęp do wszelakich środków odurzających, jakie tylko były „dostępne na rynku”. Na początku brał z głupoty, później stawał się coraz bardziej świadomym użytkownikiem, by skończyć jako doświadczony psychonauta. Ale co ważne, William jako dojrzały człowiek wskazywał na jedną podstawową zasadę – człowiek nie potrzebuje żadnych substancji odurzających, by wprowadzić się w wyższe stany świadomości.

W szczególności osoby młode są zdolne wywołać u siebie doświadczenia psychodeliczne bez użycia jakichkolwiek narkotyków. Burroughs zdecydowanie bardziej zalecał medytację i nienarkotyczne metody pokrewne. Jeśli chodzi o „rekreacyjne” ćpanie, to również nie był wielkim zwolennikiem. Jaranie, łykanie czy walenie w żyłę tylko dla zabawy, łatwo może doprowadzić człowieka do stanu upodlenia.

William był zwolennikiem ciągłego poszerzania swoich granic umysłowych i rozwoju wewnętrznego, dlatego też wizja człowieka, który przychodzi z pracy do domu, włącza telewizor, łyka browca, odpala skręta, idzie spać, wstaje do pracy… i tak w kółko, budziła w nim odrazę (taki osobnik staje się idealnym obiektem do kontroli). Zapewne niemniejsze zniesmaczenie wzbudzałaby w nim wizja współczesnego nastolatka, który poza graniem w gry, zrastaniem się z ekranem komputera, jaraniem zielska i waleniem konia, nie robi dokładnie nic.

Nietrudno więc chyba zrozumieć jego postulat, iż narkotyki nie są tak naprawdę potrzebne, a z pewnością nie są potrzebne wszystkim. Pamiętajmy, że Mistrz postulował ciągłe zmaganie się z przeciwnościami – bezpieczeństwo obniża potencjał jednostki. I choć takie rady mogą wyglądać dość dziwnie – szczególnie że William przez kilkanaście lat nie wychodził z opiatowego cugu, a ćpał przeróżny towar przez zdecydowaną większość swojego życia – gdy  głębiej się to przemyśli, można stwierdzić, że jest to sensowne (a może tylko dla mnie?). Bo jeśli sami nie potrafimy zmobilizować organizmu do wytężonej pracy intelektualnej, to zawsze możemy odpocząć, pomedytować itd.

Ale jeśli chcemy wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, za co gotowi jesteśmy poświecić sporo kasy oraz część swojego zdrowia i jesteśmy tego w stu procentach świadomi, to droga wolna i jebać medytację. Jak na moje oko, w takim wypadku wjebanie dwóch ścieżek fety zamiast porannej kawy jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. Natomiast jeśli mamy wjebać tę samą dawkę z nudów, bez świadomości możliwych konsekwencji, to lepiej się napierdolić czymś z akcyzą i rano włączyć telewizor lub pograć w grę. Tak by to chyba widział Mistrz.

Warto również zaznaczyć, że Burroughs w swym rozumowaniu nie traktował wszystkich używek tak samo. Rozróżniał przede wszystkim dwie grupy. Pierwszą można nazwać – „prawdziwe narkotyki”, drugą – „normalne używki”. Jego zdaniem „normalne używki” nie były groźne, nie wprowadzały człowieka w nałóg i jeśli brać je świadomie (jak to wyjaśniliśmy sobie powyżej), to można uzyskać wyłącznie pozytywne efekty.

Do tych niegroźnych specyfików zaliczał m.in.: marihuanę, hasz, meskalinę, LSD, grzybki i inne halucynogeny. Natomiast „prawdziwe narkotyki” to opiaty – wszelakie możliwe formy. Jego zdaniem jedynie one mogą zupełnie upodlić „świadomego ćpuna”. Pochodne maku działają jak państwowa władza, są idealnym narzędziem kontroli.

Opisując proces opiatowego cugu, William widzi w nim istotę zła, którą definiuje jako „algebrę głodu”. „Dealer maku nie sprzedaje produktu konsumentowi, tylko konsumenta produktowi” – pisze Burroughs. Człowiek uzależniony od opium odczuwa głód totalny; nie zna żadnych barier i nie zna żadnej kontroli, prócz tej, którą wywiera na nim narkotyk.

Sam Mistrz przerwał swój nałóg dopiero po kuracji apomorfiną, ale wkrótce do niego wrócił, by ostatecznie zdecydować się na kurację metadonową, którą kontynuował do końca życia, w trakcie którego podtrzymywał, że mak to „wirus” silniejszy od jakiejkolwiek choroby cywilizacyjnej.

Zupełnie inaczej Burroughs odnosił się do narkotyków z grupy „zwykłych używek”. Bo niby tak je tu przedstawiam, ale ich normalność odnosi się tylko do stosowania, a już same efekty i ich otoczka jest – można by rzec – niezwykła. William od zawsze interesował się tubylczymi plemionami Ameryki, ich kulturą, religią itd. Oczywiście, w sferze religijnej tych społeczności często pojawiały się dragi.

W jego artykułach możemy przeczytać o kultach peyotlu, banisteriopsis, haszyszu, świętych grzybków wśród ludów, które takowymi specyfikami się posługiwały lub posługują. Toteż wszelakie halucynogeny są przez Burroughsa opisywane pozytywnie, gdyż on – jako mędrzec-psychonauta – wiedział, w jakim celu takie „używki” należy sobie przyswajać. William tak był zainteresowany poszerzaniem swojej świadomości, że pewnego dnia wybrał się specjalnie do lasów Amazonii, by tam skosztować mistycznego wywaru yage.

Oczywiście, tenże skosztował, doświadczenia spisał, a później jego psychodeliczna korespondencja z Allenem Ginsbergiem została opublikowana. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki, gdzie niniejsza korespondencja się znajduje, czyli do The Yage Letters – dzieła sylwicznego, powieści epistolarnej, specyficznej próby „cut-up”, a może po prostu zbieraniny wysłanych i niewysłanych listów? (serio, konkretnie popierdolona książka, nawet jak na Beat Generation).

Dla zachęty wspomnę jeszcze, że fragment jednej z narkotycznych wizji po yage został wykorzystany w Nagim lunchu. Sam charakter The Yage Letters świetnie oddaje stosunek Mistrza do narkotyków, które są tutaj niczym mistyczne porty świadomości, wiążące się jednak z pewną formą twórczej odpowiedzialności.

Kończąc rozważania o narkotykach wspomnę jeszcze, że Burroughs musiał mieć bardzo dobry organizm – po prostu wygrał los na loterii – a ponadto zawsze był aktywny, zawsze się czegoś uczył, coś czytał, rozmyślał, analizował, tworzył. Ćpał niemal przez całe swoje życie. Zaczął we wczesnych latach ‘30, a skończył w późnych ’90, tuż przed wyciągnięciem kopyt.

 Miłość-seks-konsumpcja

Lepiej pójść do gejowskiego burdelu niż do supermarketu – zdaje się krzyczeć życiowa filozofia Williama. Miłość u Burroughsa jest tą wartością, z której definicją najtrudniej mi się zgodzić. I już nie chodzi o samo negowanie istnienia takowego „uczucia”, ale o sposób odnoszenia się do niego w perspektywie związku kobiety i mężczyzny.

Burroughs był biseksualny, ale z większą skłonnością do posuwania chłopców. Ponadto był mizoginem. Kobieta już jako sam archetyp odbierana jest w kulturze zachodniej jako strażniczka bezpieczeństwa domowego ogniska. Kobiety chcą stabilizacji. Przez naturę obdarzone są instynktem macierzyńskim, a przez waginę oraz cycki rządzą męskim gatunkiem, sprowadzając mężczyzn do roli statecznych grubasów z pilotami od TV w łapach.

William nienawidził bezpieczeństwa i nienawidził stabilizacji. Jego naturą była wojna, która sprawiała, że non stop się rozwijał. Kobiety nazywał „pomyłkami natury”, więc związek osobników płci żeńskiej i męskiej uważał za jeden z największych błędów naszej cywilizacji. Samą miłość nazywał natomiast „wirusem”, który wymyśliły kobiety, by lepiej kontrolować mężczyzn.

Ponadto, „romantyczna miłość” mieściła się w kręgu cywilizacyjnych konwencji, które trzeba wyrzucić ze swojego umysłu zaraz na początku konstytuowania się swojego nowego „ja”. Cóż można stwierdzić? Nic dziwnego, że 6 września 1951 William podczas pijackiej zabawy w Wilhelma Tella rozpierdolił łeb swojej konkubinie. Przypadek? Hmm… no chyba tak, bo później przeżył deprechę życia i bardzo płakał.

Kolejny aspekt nienawiści: zdaniem Burroughsa wszystko, co normowało ludzkie życie towarzyskie i seksualne pochodzi z nauczania św. Pawła, o czym szeroko pisze w Sexual Conditioning. Chrześcijańska idea trwałego związku kobiety i mężczyzny, idea miłosierdzia, idea czystości przedmałżeńskiej były dla Williama czymś kuriozalnym, co należy usunąć ze wszystkich umysłów.

Zresztą, za największe osiągnięcie kontrkultury lat ‘60 uważał „rewolucję seksualną”. Seks był dla niego idealnym środkiem odreagowania, czy też pozbycia się zbędnego napięcia w świecie kapitalizmu. Uczucia wyższe związane z tym aktem nie grały w jego pojmowaniu żadnej roli, tak więc podczas stosunku partnerzy mogą traktować się niemal jak przedmioty. Reasumując, jeśli jesteśmy w stanie permanentnego napięcia, to z opcji: naćpać się; pójść na zakupy lub poruchać – wybierzmy ostatnią możliwość.

Jak Burroughsa lubię, tak tu mnie niebotycznie wkurwia, toteż pozwolę sobie potraktować go Freudem. William nie miał łatwego dzieciństwa. W wieku 4 lat został zgwałcony przez fagasa swojej niańki. Później odkrywał swoją seksualność w konserwatywnej rzeczywistości, gdzie bycie nieheteroseksualnym równało się ze społecznym ostracyzmem.

Jeszcze później zastrzelił przez przypadek swoją konkubinę, z którą mimo wszystko łączyła go intelektualno-emocjonalna więź. Następnie, podczas przeprowadzanych na nim sesji psychoanalitycznych, okazało się, że gnieździ w sobie spory pierwiastek kobiecy. Prócz tego wolał „w anal” i zdecydowanie bardziej w swój.

Podczas analizowania… problemu romantyczności i miłości mógł mu się włączyć standardowy mechanizm wyparcia, typowy dla homofobów, którzy brzydzą się gejów czy lesbijek ze względu na własne, skrywane zainteresowanie seksualne osobami tej samej płci. William nie miał też szczęścia do związków, bo raz go ktoś nie chciał, raz kogoś musiał zostawić, a raz kogoś przez przypadek zastrzelił.

Do tego dochodzi element traumy z wczesnego dzieciństwa oraz dorastania w czasach piętnowania gejów. Dodatkowy aspekt w deprecjonowaniu miłości pochodzi z jego „filozofii wojny”, w której nie ma miejsca na tego typu ograniczające emocje. Dla uporządkowania wspomnę jeszcze, że na dzień przed swoją śmiercią pisał właśnie o miłości i chyba się do niej przekonał, częściowo… Bowiem zdefiniował ją następującymi słowami: „Najbardziej naturalny środek uśmierzający ból”. A całą notkę zamknął napisem: „L O V E”.

Rekapitulacja

Burroughs na początku swojego rozwoju miał być zupełnie kimś innym (trochę jak ten artykuł). No ale życie jakoś tak go urządziło, że skończył jako ćpun, pedał, mizogin, socjopata i niedoceniony geniusz. Choć dla wielu pokoleń młodzieży stał się idolem, to w „poważnym naukowym świecie” nigdy nie zajął godnego swoich czynów miejsca.

Jego przemyślenia w swoich projektach wykorzystywali m.in.: Gilles Deleuze, Michel Foucault, Marshall MacLuhan czy też Felix Guattari. Queer, gender, skrajny postindustrializm, posthumanizm – to Burroughs dał początek tym wszystkim „wynalazkom” na długo przed ich nazwaniem!

Dlaczego więc studenci filozofii, filologii czy socjologii nie muszą mieć najmniejszego pojęcia o Mistrzu? Niestety, odpowiedź jest prosta i udzieliłem jej powyżej… winą jest jego „koślawa hierarchia wartości”, a przede wszystkim to, że przed nikim jej nie krył.

W świecie akademickim dominuje obłuda, układy, fałszywa nieskazitelność. Więc – jako fascynaci kontrkultury czy też kulturowego buntu – chcąc oddać cześć Williamowi, dążmy zawsze do rzeczywistej wolności, nie kryjąc się z własnymi „koślawymi hierarchiami”. A na zakończenie (i zmotywowanie) wieloletni przyjaciel Burroughsa (jaki i kochanek) – Allen Ginsberg ze swoim wierszem On Burroughs’ Work.

(…) Nagi lunch to dla nas norma,
wszak zjadamy kanapki z rzeczywistością.
Jednak alegorie rozsadza od sałaty.
Nie kryj w sobie tego szaleństwa.

 

Dezydery Barłowski

 

Fragmenty, cytaty:

  1. S. Burroughs, Naked Lunch
  2. S. Burroughs, Quick Fix
  3. S. Burroughs, Queer
  4. S. Burroughs, A. Ginsberg, The Yage Letters
  5. Ginsberg, On Burroughs’ Work

i kilka innych…

Tłumaczenie z języka angielskiego: Dezydery Barłowski

Brytyjscy naukowcy twierdzą, że palenie marihuany nie obniża ilorazu inteligencji u nastolatków

Jak twierdzą naukowcy z University College of London, nie ma związku pomiędzy okazjonalnym używaniem marihuany przez nastolatków, a niższymi rezultatami testów na iloraz inteligencji. Ale mimo że badanie wskazuje, iż umiarkowane używanie marihuany nie prowadzi do gorszych wyników w szkole, czy gorszej sprawności intelektualnej, jej naudużywanie, zdaniem naukowców, może wciąż prowadzić do gorszych rezultatów egzaminów u 16-latków.

Badanie wskazuje, że używanie marihuany pozostaje mocno skorelowane z konsumpcją innych używek tj. alkohol, tytoń, czy innych środków psychoaktywnych. Jak mówi szef badania przeprowadzonego przez University College of London, Claire Mokrysz: Nasze wnioski sugerują, iż konopie mogą wcale nie mieć negatywnego wpływu na świadomość, jeśli tylko uwzględnimy cały szereg innych używek tj. tytoń czy alkohol. To może zaś sugerować, że wyniki wcześniejszych badań, które pokazywały gorsze funkcjonowanie procesów poznawczych u użytkowników konopi, mogły być bardziej rezultatem ich zachowania i stylu życia, niż samego używania konopi.

Jako podstawy badania naukowcy użyli danych z Przekrojowego Badania Dzieci i Rodziców w Avonie (Avon Longitudinal Study of Parents and Children), które śledzi zdrowie dzieci urodzonych w okolicach Bristolu pomiędzy 1991 i 1992. Analitycy przestudiowali dane 2,162 dzieci, które przeszły test na iloraz inteligencji w wieku 8 lub 9, a potem 15 lat, kiedy każda z osób będących przedmiotem badania przeszła sondę na temat używania konopi.

Analitycy wykorzystali analizę regresyjną w celu przestudiowania tego, w jaki sposób marihuana wpływała na wyniki w edukacji. Wstępne rezultaty pokazywały wprawdzie, że używanie konopi wydawało się mieć związek z pogorszoną aktywnością intelektualną, jednak marihuana okazała się być ostatecznie skorelowana z innymi zachowaniami o pewnym stopniu ryzyka tj. picie alkoholu i palenie tytoniu.

marihuana_trichomy
Powiększenie na trichomy na dojrzałym szczycie konopi

Po uwzględnieniu tych czynników w badaniu naukowcy nie znaleźli żadnego związku pomiędzy używaniem konopi i niższym ilorazem inteligencji u 15-latków. Jednak bardziej notoryczni użytkownicy konopi – którzy wypalili marihuanę przynajmniej 50 razy do czasu osiągnięcia 15 lat – pokazali marginalne upośledzenie zdolności edukacyjnych. Dzieci te miały tendencję do osiągania gorszych wyników, dokładnie 3% niższych od innych dzieci, na obowiązkowych egzaminach w wieku 16 lat, nawet przy uwzględnieniu wpływu innych czynników tj. alkohol, tytoń i inne środki psychoaktywne.

Jak tłumaczy Mokrysz: Ludzie często wierzą, że używanie konopi może mieć w dłuższej perspektywie niszczący wpływ na zdolności intelektualne, ale niezwykle trudno jest oddzielić bezpośrednie efekty marihuany od innych czynników. Ciężko jest ustalić co powoduje co, czy dzieci gorzej się uczą, ponieważ palą zioło, czy też palą zioło, ponieważ źle się uczą? I to jest właśnie ważna wiadomość dla społeczeństwa, bo wiara w to, że konopie są wyjątkowo szkodliwe, może odciągać uwagę od innych, potencjalnie groźnych zachowań.

Wyniki badań zostaną zaprezentowane na dorocznym Kongresie Europejskiej Szkoły Neuropsychofarmakologii w Berlinie. Jak dodał dla BBC News prezes kongresu, Guy Goodwin, wykładowca na Uniwersytecie Oksfordzkim: To potencjalnie ważne badanie, ponieważ sugeruje, iż skupianie się na nieudowodnionych szkodach powodowanych przez konopie może przesłaniać fakt, że ich używanie pozostaje często powiązane z innymi, o wiele bardziej dostępnymi środkami psychoaktywnymi, oraz czynnikami lajfstajlowymi.

 

Źródło: International Business Times / BBC News

Every Noise At Once – interaktywna mapa muzyki

Every Noise At Once to ostateczne spełnienie marzeń wszystkich maniaków, dziennikarzy i kolekcjonerów muzycznych, zaprezentowane w formie fraktalnej audiowizualizacji 1127 szufladek, gatunków i podgatunków muzycznych. Ten działający na ciągle aktualizowanym algorytmie wykres punktowy został oparty o analizę przeprowadzoną przez trendsettera na rynku gromadzenia informacji, firmę The Echo Nest, do klientów której należą m.in.: Clear Channel’s iHeartradio, MOG, Rdio, SiriusXM, Spotify, BBC.com, Foursquare, MTV, Twitter, VEVO i Yahoo!

Kalibracja jest mglista, ale im bardziej zjeżdżamy w dół, tym więcej do czynienia mamy z akustycznymi, organicznymi dźwiękami, a im bardziej poruszamy się w górę, tym więcej słyszymy energii elektrycznej i zdobyczy technologicznych. Wykres funkcjonuje również horyzontalnie. Po prawej stronie usłyszymy więcej rytmicznych, tanecznych dźwięków, a po lewej więcej dźwięków spokojnych i atmosferycznych. Dodatkowo, mamy także możliwość przełączenia się na tryb chronologiczny.

Nisze muzyczne już kilka lat temu stały się obiektem badań zarówno marketerów, jak i naukowców, do których należy socjolog z Uniwersytetu Stanforda, Noah Mark. Jego artykuł pt. Birds of a Feather Sing Together z 1998 skupia się na ewolucji nisz muzycznych oraz związanych z nimi gustów niszowych.

Jak mowi Mark: Odkryłem, że jeśli siedzisz w dużej liczbie nisz muzycznych, jednocześnie zmniejsza się proporcja typów muzyki, które lubisz. Wierzę, że powodem takiego związku jest konkurencja form muzycznych o ograniczony czas i energię potencjalnych fanów. Jeśli spojrzymy na słabe preferencje (niewyrobiony gust muzyczny – przyp. tłum.), zobaczymy że związek ten jest również słaby. A to ma sens, ponieważ podtrzymywanie silnego gustu zabiera człowiekowi więcej energii niż słabego. Z tego powodu konkurencja jest bardziej intensywna pomiędzy silnymi preferencjami.

Małpy, politycy i psychopaci, czyli od władzy nie ma ucieczki

Il potere logora chi non ce l’ha

– Giulio Andreotti –

W kręgu dyktatorów i psychopatów

Pytanie o to, dlaczego ludzi pociąga władza, jest jednym z najstarszych pytań zadawanych sobie przez cywilizację Zachodu. Kwestia ta interesowała już Platona, który w Państwie stwierdził, że władza idealna to władza absolutna (sic!) Po upadku Cesarstwa Rzymskiego władza stała się jednak tematem marginalnym w filozofii i literaturze, a na przestrzeni dziejów pojawiło się jedynie dwóch wybitnych teoretyków władzy: Machiavelli i Hobbes, których zaliczamy dzisiaj do wczesnej socjologii politycznej.

Ten stan zmienił się dopiero wraz ze stworzeniem psychonalizy przez Freuda na początku XX w., od którego niemal wszyscy jego wybitni uczniowie (Jung, Adler, Reich) przejęli zainteresowanie mechanizmami władzy, bardzo twórczo rozwijając teorie swojego nauczyciela. Warto zwrócić przy tym uwagę, że kształowanie się postfreudowskiej myśli psychoanalitycznej przypada na lata rozwoju faszyzmu, antysemityzmu i nacjonalizmu w Europie.

Sam Carl Gustav Jung miał wyjątkowe szczęście, gdyż był w stanie przeprowadzić własnoręczną analizę psychologiczną dwóch z trzech największych dyktatorów swoich czasów: Hitlera i Mussoliniego, podczas ich spotkania w Berlinie w 1939. Wg Junga Hitler nigdy się nie śmiał i miał cały czas wisielczy, ponury nastrój. Wydał się także Jungowi aseksualny i nieludzki z jednym tylko celem w głowie, zbudowaniem Trzeciej Rzeszy, która miała w mistyczny sposób zjednoczyć wszystkich Niemców, zniwelować wszystkich wrogów oraz wymazać obelgi historyczne.

Jak przyznał Jung, jedyną emocją, którą wywoływał w nim Hitler, był strach. Co ciekawe, Mussolini wydał się psychologowi bardzo oryginalnym człowiekiem pełnym ciepła i wigoru (Włosi byli w tej sprawie znacznie bardziej podzieleni). Z późniejszej perspektywy, obydwoje skończyli bardzo podobnie. Hitler zastrzelił się w berlińskim bunkrze pod kancelarią III Rzeszy przed wkroczeniem do miasta Armii Czerwonej, a Mussolini został rozstrzelany przez partyzantów w Giulino di Mezzegra, zaś jego ciało zostało wystawione na widok publiczny na mediolańskim placu. Pomimo wielkich zdolności przywódczych, obydwóch przerosła więc własna wizja.

W 2007 obserwacje Junga stały się podstawą badania przeprowadzonego przez Coolidge’a i Segala, które miało na celu zbadanie psychopatologicznych syndromów osobowości Hitlera przy pomocy czwartej edycji Diagnostyczego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych (DSM-IV). Dzięki wspomnieniom Junga i opiniom pięciu innych wybitnych ekspertów, psychologowie byli w stanie stwierdzić, że u faszystowskiego dyktatora można wyróżnić następujące zaburzenia psychologiczne: paranoję, osobowość antyspołeczną, narcyzm i sadyzm. W ogólnym rozrachunku Hitler mógł również przejawiać tendencje do schizofrenii, megalomanii i aberracyjnego myślenia.

Coolidge i Segal potwórzyli swoje badanie w tym samym roku, jednak pod lupę wzięli tym razem Saddama Husseina, posługując się jako materiałem badawczym zeznaniami 11 osób, które znały go osobiście przez jakieś 24 lata. Jakie było zdziwienie badaczy, gdy Hussein wykazał profil niezwykle zbieżny z profilem Hitlera (korelacja zaburzeń u obydwóch z nich wyniosła 79%). Kolejne badanie przeprowadzone w 2009 obrało sobie z kolei za przedmiot koreańskiego dyktatora Kim Jong-Ila, który ponownie wykazał te same zaburzenia osobowości.

Na podstawie tych trzech badań Coolidge i Segal stworzyli teorię „wielkiej szóstki”, konstelacji zaburzeń nagminnie występujących u dyktatorów, do których należą: sadyzm, osobowość antyspołeczna, paranoja, narcyzm, osobowość schizoidalna i osobowość schizotypowa. Pytaniem, które wymagało jednak szybkiej odpowiedzi, było to, w jaki sposób jednostki z tak poważnymi zaburzeniami psychologicznymi, były w stanie osiągnąć tak wysoką pozycję społeczną? Pozycję, w której mogły bez żadnej konsekwencji decydować o życu innych?

holocaust
Holocaust – jeden z najbardziej przerażających efektów psychopatii Adolfa Hitlera

Odpowiedź na to pytanie jest znacznie mniej przekonująca od wyników samych badań. Wg Coolidge’a i Segala psychopaci są generalnie znani z podporządkowywania sobie innych ludzi, którzy w ich obecności tracą wszelki zmysł krytyczny i tu podają przykład Charlesa Mansona oraz Jima Jonesa. Z drugiej strony psychopaci nie zawsze wybierają karierę polityczną, ale egzystują także w innych sferach życia społecznego, z których najbardziej znaną jest biznes! Okazuje się bowiem, że w wielkich korporacjach psychopaci stanowią 3% populacji, co przebija medianę społeczną o 2%. Psychopatia ułatwia, jak się okazuje, karierę zawodową!

Jakkolwiek przerażająco miałoby to brzmieć, intuicyjnie czujemy, że nie ma w tym nic dziwnego. Wtóruje zaś temu w swojej kultowej książce Psychopaths Alan Harrington – mniej znany ziomal Timothy Leary’ego, Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga – który stworzył jedną z najbardziej romantycznych i fascynujących teorii na ten temat. Psychopata to wg niego nikt inny, ale człowiek przyszłości, efekt cywilizacyjnej presji – istota obdarzona wszystkimi niezbędnym cechami zapewniającymi życiowy sukces.

I nawet jeśli wizję Harringtona potraktować jako niepokojący trip, zawiera ona pięć funtów prawdy, od której bardzo trudno uciec… a potwierdzonej również przez psychologów społecznych, którzy w ostatnich latach wzięli pod lupę mechanizmy ustalania hierarchii w międzynarodowych korporacjach. Jednym z tych badaczy jest Jon Ronson, który swoje badania szczytu korporacyjnej drabiny opisał w książce The Psychopath Test. Inną książką, która drąży ten sam temat, jest zaś Snakes In Suits: When Psychopaths Go To Work Paula Babiaka i Roberta Hare’a.

Obydwie z nich opierają się na analizie osobowości i zachowań menedżerów wyższego szczebla, którzy idealnie wpasowują się w standardową definicję psychopatii. Jak czytamy w książce Babiaka i Hare’a: Kilka zdolności – a właściwie umiejętności – sprawia, że ciężko jest przejrzeć na wylot prawdziwego psychopatę. Po pierwsze, są zmotywowani oraz mają talent do „czytania ludzi” i szybkiej ich oceny. Identyfikują to, co ludzie lubią i czego nie lubią, ich motywy, potrzeby, słabe strony i wrażliwe punkty. Po drugie, wielu psychopatów okazuje się mieć doskonałe ustne umiejętności komunikacyjne.

W wielu przypadkach umiejętności te są nad wyraz oczywiste ze względu na to, że są oni w stanie wskoczyć w środek rozmowy bez żadnych społecznych oporów, które powstrzymują wielu innych ludzi. Po trzecie, są mistrzami kreowania wrażenia; ich wgląd w psyche innych połączony z powierzchowną – ale przekonującą – płynnością werbalną, pozwala im na zręczną zmianę sytuacji w taki sposób, żeby odpowiadała ich własnej, a także planowi gry.

Autorzy dokonują w swojej książce jednej ważnej konkluzji, psychopaci nie powinni być zatrudniani w biznesie z następujących powodów: Niektórzy z nich nie mają wystarczających zdolności społecznych, komunikacyjnych lub edukacji, by efektywnie współżyć z innymi i polegają zamiast tego na zastraszaniu, wymuszaniu, szantażu i przemocy w celu dominowania innych lub by dostać to, czego chcą. Jednostki tego typu są zwykle nachalnie agresywne i raczej nieprzyjemne. Ale wystarczy, by opanowały podstawy tworzenia więzi społecznych i stają się śmiertelnie niebezpiecznymi osobnikami, których większość ze współpracowników nie jest nawet w stanie skojarzyć z zaburzeniami psychicznymi.

Jak pokazuje powyższy przykład dyktatorów, psychopaci bardzo często kierują się w stronę polityki. Z drugiej strony można ich także znaleźć na szczytach drabiny korporacyjnego biznesu… trzecia droga to zaś ścieżka seryjnego mordercy lub gwałciciela. We wszystkich przypadkach psychopaci grają jednak w tę samą grę władzy i dominacji, a ostatecznie sadyzmu, przemocy i zniszczenia, biorąc we własne ręce losy innych, jednak wyrzekając się przy tym wszelkich konsekwencji za swoje postępowanie… ale jak pokazują badania, są za to kochani.

W kręgu polityków i makaków

makaki
Makaki japońskie

Pomimo potu na czole lewicowych myślicieli, by znaleźć przekonujący przykład grupy ludzi lub nie-ludzi, która obywa się bez hierarchii (ergo bez nierówności), a więc mogłaby zapewnić oparcie teoretyczne dla społeczeństwa bezklasowego, badania antropologów, biologów i psychologów ewolucyjnych nieustannie te fantazje obalają. Walka polityczna to nasze zwierzęce dziedzictwo, część kodu DNA i nawet pomimo szczerej chęci wyeliminowania jej z systemu, nie da się tego zrobić.

Fenomen ustalania hierarchii jest znany u wszystkich zwierząt, ale najważniejszy dla ludzi pozostaje przykład małp człekokształtnych, przede wszystkim szympansów Bonobo i makaków. Te drugie wykazują zdumiewająco skomplikowany układ związków hierarchicznych, który aktywowany zostaje szczególnie w trakcie sporu o status w grupie lub, jak można powiedzieć, w walce o władzę polityczną. Makaki okazują się bowiem dysponować nie tylko zwierzęcą siłą, ale także sprytem politycznym.

Jak pisze psycholog Dario Maestripieri, walka u makaków nigdy nie odbywa się w próżni, a pojedynek pomiędzy dwoma samcami to zawsze pojedynek dwóch stronnictw, obserwowany uważnie przez neutralnych widzów, ale przede wszystkim przez wrogów i sprzymierzeńców. Wynik walki pomiędzy makakami jest przy tym zwykle zdeterminowany przez siłę danego stronnictwa. Jeśli napastnik nie dysponuje przeważającym zmysłem strategicznym i nie wygenerował wcześniej poparcia w stadzie, słabszy fizycznie przeciwnik może wygrać pojedynek poprzez wciągnięcie do sporu swoich protektorów.

Makaki rzadko tylko bowiem obserwują spór, a znacznie częściej spontanicznie włączają się do walki. Jednak najczęściej są do niej wzywane przez samców, którzy nie są w stanie poradzić sobie sami. W momencie pojawienia się samca alfa decyzja o rozsądzenie sporu zostaje mu oddana automatycznie, ale ta zależy od wielu czynników, przede wszystkim od pokrewieństwa, ale również od bliskości w hierarchii małpy proszącej o pomoc.

Jeśli obydwa czynniki faworyzują wygraną proszącego o pomoc, agresor musi zejść z ringu, ale jeśli słabszy makak znajduje się na dole drabiny społecznej i nie jest z samcem alfa spokrewniony, dostaje jeszcze dodatkowe cięgi za prośbę o interwencję, gdyż nie jest niej godny. W praktyce, samce alfa zajmujące wysoką pozycję w hierarchii stadnej zwykle pomagają silniejszym i bardziej wpływowym agresorom, od których oczekują lojalności na wypadek własnych kłopotów w przyszłości. Ci pomagają im zaś w sporach ze słabszymi małpami, które i tak zostaną z góry wygrane przez samców alfa, w ten sposób podlizując się i kupując sobie wpływy.

Walka o dominację wśród makaków to podstawa tego, co nazwalibyśmy w demokratycznym społeczeństwie, budowaniem stronnictw politycznych. Ich głównym mechanizmem, zarówno u małp człekokształtnych, jak i ludzi, jest kalkulacja potencjalnego zysku i straty oraz kosztów interwencji. Jeśli zysk przewyższa straty, a koszt jest mały, decyzja jest bardzo prosta. W innym wypadku zaczyna się niebezpieczna gra, w której o zwycięstwie decyduje spryt i inteligencja. Walka może bowiem zostać teoretycznie wygrana przez słabszego, jeśli ten znajdzie kozła ofiarnego, na którego można zrzucić ciężar sporu.

barclays_diamond
Bob Diamond – były CEO Barclays Bank, postawiony przed brytyjskim sądem za manipulowanie międzybankowymi stopami procentowymi i zmuszony do rezygnacji ze stanowiska

Zdumiewające jest to, że dokładnie te same reguły znajdziemy w naszych własnych procesach walki o władzę polityczną. Mała partia zawsze będzie szukała wsparcia dużej, szczególnie jeśli jej działacze nie mają doświadczenia politycznego. Z czasem może ona jednak powiększać poparcie i ostatecznie zaatakować swojego sprzymierzeńca z pomocą innego ugrupowania, dla którego połączenie sił będzie oznaczać wymierne korzyści. Duża partia z kolei będzie zawsze atakowała małe ugrupowania, by nie doprowadzić do ich rozwoju politycznego, co może zagrozić w przyszłości jej własnej pozycji.

Ze względu na to, że psychopaci posiadają wszystkie cechy pomagające w karierze politycznej, bardzo często zasilają oni górne szczeble drabin partyjnych, gdzie mogą swobodnie realizować swoje cele. Po zdobyciu władzy zaczyna się zaś niebezpieczny upadek standardów znany powszechnie jako relatywizm sytuacyjny, który jednak nie jest próbą usprawiedliwiania się przed światem. Jak pokazują bowiem badania psychologiczne wpływu władzy na ocenę etyczną, jednostki na górze hierarchii bezgranicznie wierzą w to, że mają wszelkie prawo do jej nadużywania.

Takie właśnie wnioski płyną z połączonych badań przeprowadzonych przez Adama Galinsky’ego z amerykańskiego Uniwersytetu Northwestern w Illinois oraz Jorisa Lammersa z holenderskiego Uniwersytetu w Tilburgu. W swoim teście psychologowie podzieli ochotników na dwie grupy, tę u władzy i tę bez władzy, poprzez zaszczepienie idei siły lub bezsilności. A poprzez serię pytań dotyczących m.in. naciągnięcia wydatków podróżnych, przekroczenia limitu prędkości w przypadku śpieszenia się na spotkanie oraz przywłaszczenia sobie roweru, uzyskali bardzo ciekawe odpowiedzi.

Podczas gdy grupa ludzi z niskim statusem społecznym była dla siebie bardzo surowa za przekraczanie etycznej granicy zachowania, grupa z wysokim statusem społecznym ciągle to bagatelizowała i za wszelką cenę się usprawiedliwiała. Jak konkludują więc psychologowie, władza faktycznie zmienia optykę i usprawiedliwia w oczach jej posiadaczy łamanie wszelkich reguł. Badacze sądzą, że kluczowym słowem dla takiego zachowania jest przywilej, w którego istnienie święcie wierzą ci, którzy sprawują wysokie stanowiska społeczne.

Jednocześnie z udowodniem istnienia hipokryzji w ocenie działań etycznych przez jednostki sprawujące władzę, psychologowie odkryli także istnienie innego ciekawego zjawiska, tzw. hiperkryzji, przez którą rozumieją wysoką samokrytykę jednostek na górze drabiny, jednak wciąż identyfikujących się z niższą grupą społeczną. Te mają wg nich tendencję do wybaczania przedstawicielom grup o niższym statusie czynów uważanych powszechnie za niemoralne.

Wniosek jest więc taki, że sprawować władzę efektywnie mogą jedynie jednostki, które są bezwględne w jej nadużywaniu. Innymi słowy, władza zawsze prowadzi do jej nadużywania i nie ma żadnej jasnej linii, która oddzielałaby dobrych polityków od złych polityków, dobrych menedżerów od złych menedżerów. Jeśli ktoś ląduje na szczycie przez przypadek, będzie zawsze dążył do projekcji swoich słabości poprzez psychologiczne przyznawanie swoich przywilejów innym, żeby odkupić wewnętrzną winę bycia przy władzy, a tym samym staje się łatwym celem dla konkurencji i raczej nie zagrzeje długo miejsca na szczycie.

W kręgu mediów, mitologii i teorii dominacji społecznej

Nixon-Hopkins
Anthony Hopkins jako Richard Nixon w paranoicznej biografii Olivera Stone’a

Jednym z najciekawszych osiągnięć psychologii społecznej ostatnich lat jest teoria dominacji społecznej (social dominance theory, SDT) stworzona w 1999 przez profesora Jima Sidaniusa i Felicię Pratto, która zajmuje się procesami UTRWALANIA hierarchii grupowych. Na poziomie ideologicznym jest to spotkanie neomarksizmu i psychologii ewolucyjnej, które ląduje jednak nie w optymistycznych rejonach wiecznego naprzód tak kochanego przez myślicieli lewicowych, ale w piekle przekonania, że jakiekolwiek fundamentalne zmiany są niemożliwe do przeprowadzenia.

Zasadniczą tezą teorii dominacji społecznej jest to, że ludzie sami utwalają nierówności społeczne poprzez trzy rodzaje zachowań: instytucjonalną dyskryminację, agregacyjną indywidualną dyskryminację i asymetrię behawioralną. Za ich legitymizację odpowiadają zaś społeczne mity, które są dystrybuowane przez różne grupy wpływów. Te mity należałyby z kolei do dwóch kategorii: wzmacniających hierarchię i osłabiających hierarchię. Do pierwszych z nich należy przykładowo rasizm i nacjonalizm, zaś do drugich socjalizm i antyseksizm.

Jednostki opowiadają się za jedną grupą mitów ze względu na swoją orientację dominacji społecznej, która z kolei zależy w dużej mierze od pozycji w hierarchii społecznej. Ci na dole będą wspierać mitologię osłabiającą hierarchię, podczas gdy ci drudzy będą się opowiadać za mitologią wzmacniającą hierarchię. Wynikiem walki tych dwóch mitologii jest zaś szereg nierówności społecznych będących w generalnym rozrachunku strukturalną częścią naszej natury lub zwierzęcego dziedzictwa, które nie pozwala na usunięcie hierarchii poza ramy społeczne.

O ile teoria ta jest kolejnym kamyczkiem do worka zwolenników „naturalnego stanu rzeczy” zawiera ona w sobie ciekawy opis walki społecznej, która sprzyja zachowaniu względnego stanu równowagi, gdyż jeśli obydwie zwalczające się mitologie pozostają aktywne, nie pozwalają sobie nawzajem na uzyskanie absolutnej hegemonii. Teoria ta jest także o tyle ciekawa, że jest względnie neutralna politycznie. Może ją w równym stopniu zaakceptować idealistyczny, lewicowy marzyciel wierzący, że walka ta zostanie wygrana w dalekiej przyszłości lub prawicowy konserwatysta marzący o utrwaleniu pewnego stanu rzeczy na wieki.

W każdym wypadku teoria dominacji społecznej nie daje szansy pozostawienia rzeczy samym sobie i wskazuje na człowieka jako bezwzględnego homo politicusa, który w walce o hierarchię widzi zmaganie o ład społeczny zgodny z jego osobistymi przekonaniami, mającymi jednak więcej wspólnego z neurologią niż ekonomią. To zostaje zaś opisane przez profesora Sidaniusa w formule asymetrii behawioralnej, która oznacza wieczne faworyzowanie własnej grupy, a w efekcie podtrzymywanie władzy nad innymi grupami.

Jeden z najciekawszych przykładów działania asymetrii behawioralnej Sidanius widzi jednak nie w zachowaniach przedstawicieli grupy dominującej, ale w zachowaniach jednostek należących do grup podporządkowanych. Ten typ zachowania Sidanius nazywa asymetryczną fobią wobec własnej grupy (asymetrical ingroup bias). Polega ona wg niego na faworyzowaniu przedstawicieli grupy dominującej przez przedstawiciela grupy podległej… a idealnym przykładem byłby Stephen, czarny niewolnik z Django Unchained Quentina Tarantino, co ponownie odsyła nas do części o mitologiach, gdyż żadna nie jest tak silna, jak mitologia filmowa.

Należy sobie bowiem zdać sprawę, że mitologie, które kiedyś były dystrybuowane wyłącznie dzięki ustnym przekazom pokoleniowym i świętym księgom (Biblia, Talmud, Koran, Bhagavadgītā) obecnie rozpowszechniają się głównie dzięki mediom (telewizja, gry komputerowe, radio, kino, Internet), których treść pozostaje generalnie tożsama z przekazem (medium is the messsage). Media są zaś zasadniczo komunikacyjnymi ekstensjami zmysłów (głównie wzroku, słuchu i dotyku) umożliwiającymi przyśpieszoną absorbcję informacji, która pozostaje z kolei podstawowym składnikiem każdej mitologii.

Wyłonienie się silnej kultury obrazkowej w drugiej połowie XX w. lub jak woli duża część medioznawców zwyczajny powrót do źródła kultury homo sapiens, pewnego rodzaju uwspółcześnienie czy też powrót archaicznych wątków, które zawsze pozostawały nam dostępne poprzez sny, doświadczenia psychedeliczne, malarstwo, rzeźbę i pogańskie rytuały, zdominował nagle faworyzowaną przez średniowieczno-renesansowo-oświeceniową kulturę słowa pisanego, funkcjonującą w dużej mierze na zasadzie negatywnego feedbacku, a więc dokonującą memetycznej repetycji.

Jak pisze w Present Shock Douglas Rushkoff (zainspirowany teoriami Korzybskiego): Istoty ludzkie mogą wiązać czas. Możemy wziąć doświadczenie jednego pokolenia i przekazać je następnemu dzięki językowi i symbolom. Możemy wciąż nauczyć nasze dzieci polowania czy łowienia w czasie rzeczywistym, ale nasze lekcje mogą również zostać skompresowane w formie historii, instrukcji czy diagramów. Informacja uzyskana przez jedno pokolenie może zostać przekazana wydajniej niż w przypadku, gdyby każde pokolenie miało nauczyć się wszystkiego z doświadczenia.

alfred_korzybski
Alfred Korzybski – twórca semantyki ogólnej

Elektroniczne media są oczywiście najbardziej efektywnym akceleratorem, jaki został stworzony do tej pory przez człowieka, nie tylko pozwalając na natychmiastowy dostęp do informacji, ale także na symultaniczny dostęp do wielu informacji naraz, co odróżnia je od jednokierunkowych mediów tj. książka czy telewizja. Mark Pesce określił tę właściwość jako hiperdystrybucję, wielokierunkowy układ rozpowszechniania informacji, która nie musi, ale w dużej mierze zostaje uporządkowana przez różnego rodzaju aktorów świadomie wchodzących do tego strumienia i przesiewających piasek w poszukiwaniu złota.

U podłoża tego zachowania leży zaś potrzeba narracji, która nadawałaby sens ludzkim poczynaniom, mitologii życia codziennego, która nawet jeśli nie posiada natury religijnej lub duchowej, musi zawierać ładunek bezpośredniego doświadczenia aktywującego nasze obwody neurologiczne przystosowane w trakcie długiej ewolucji gatunku do wiązania czasu (jak powiedziałby Korzybski). Ta intuicyjna symbolizacja rzeczywistości jest zaś odzwierciedlana w dużej mierze przez naukę, filozofię i wszelkie rodzaje sztuki, z których najbardziej wpływową jest prawdopodobnie film.

Kino odzwierciedla nie tylko wartości i napięcia społeczne, ale obrazuje również zasady ustalania hierarchii i reguły rządzące życiem stadnym. Jako medium film może kierować się zarówno w stronę absolutnej fantazji, eskapistycznej rozrywki, personalnego eksperymentu, dramatycznego mimetyzmu, społecznego komentarza, a nawet swoistego rodzaju psychoterapii. W każdym wypadku zobaczymy na ekranie jakiś składnik kulturowej mitologii, który im mniej zawiera elementów przyczynowo-skutkowych, tym szerszą posiada podatność na interpretację. Innymi słowy, nie ma obrazów nic nie znaczących…

Oczywiście, film abstrakcyjno-eksperymentalny to mała nisza, którą docenia nieliczna grupa kinomanów z artystyczno-intelektualnymi zamiłowaniami. Masowy sukces osiągają jedynie filmy naracyjne, fabularne, które mogą być oglądane z przyjemnością przez umysł nieprzystosowany do zawieszania zasad rządzących codzienną rzeczywistością. Arystotelesowska logika, jakkolwiek sztuczna i nieprzydatna do opisywania rzeczywistości, posiada jeden zasadniczy atut: jest prosta i niepodatna na paradoksy. Wszystkie nielinearne chwyty stosowane przez filmowców tę logikę zaś niszczą, co skutkuje narzekaniem publiki i niskimi wpływami do kasy.

Jak powiedział Paul Schrader (Taksówkarz) w Dekadzie pod wpływem: Zasadniczym założeniem filmów jest to, że mają być lekkie i zarabiać pieniądze. Oczywiście, kino europejskie wyrasta z kompletnie innej tradycji niż kino amerykańskie, gdyż na Starym Kontynencie film traktowało się od zawsze jako sztukę w przeciwieństwie do zwykłej rozrywki. I ten konflikt cały czas jest obecny w myśleniu krytyków z obydwóch stron Oceanu. Ci europejscy będą zawsze próbowali doszukiwać się elementów artystycznych w każdym filmie, nawet tam gdzie ich nie ma i w przypadku ich braku pozostaną zawiedzeni.

Z drugiej strony Amerykanie już dawno wpadli na koncept hybrydowy, połączenia sztuki z rozrywką. Tu szczególne zasługi położył Papież Kina Klasy B, Roger Corman, który stwierdził, że: Kino to w 50% handel i w 50% sztuka. W tym wypadku film nie rezygnuje z walki o wpływy finansowe, ale nie rezygnuje także z pewnych ambicji artystycznych. Idealnym przykładem są tu zaś oprócz kultowych filmów Cormana zrealizowanych dla AIP lub NWP, współczesne produkcje oscarowe. Mniej lub bardziej niezależne realizują one koncept ambitnej rozrywki… wystarczy obejrzeć Operację Argo.

Na tym, jakże politycznie uzasadnionym gruncie, przemysł filmowy przetwarza większość mitologii kulturowych, z których jedną z najważniejszych pozostaje mitologia psychopaty. Kto z nas nie oglądał Lśnienia, Milczenia owiec lub Siedem, nie wspominając o całej masie innych filmów? Fascynacja osobowością psychopaty to jeden z najważniejszych przedmiotów hollywoodzkiej eksploatacji, a dzisiaj wiemy z jakiego powodu. Psychopaci są sexy i nie tylko w glamourowym sensie, ale w sensie czysto psychologicznym. Kochamy psychopatów, gdyż symbolizują jakość alfa. Współczesny Übermensch to psychopata!

Psychopatyczny sex appeal został zbadany przez psychologów Nicholasa Holtzmana i Michaela Strube’a z Uniwersytetu w Sant Louis. W ramach eksperymentu przebadali oni 111 ochotników (w tym 64% kobiet), którym kazali się najpierw sfotografować w swoich ulubionych ciuchach i z makijażem, a następnie w szarych ciuchach bez żadnych elementów wyróżniających. Te fotografie zostały następnie ocenione przez ludzi, którzy nie znali ochotników osobiście.

W dalszej kolejności ochotnicy zostali przebadani pod kątem cech konstytuujących osobowość psychopatyczną, narcyzm i machiavellizm. Byli oni proszeni o własne deklaracje, ale ich cechy osobowości zostały także zweryfikowane poprzez wywiad środowiskowy. Wyniki zostały ostatecznie połączone w formie „mrocznej triady” i okazały się pozytywnie korelować z „przebraną atrakcyjnością”. Jednak triada okazała się nie skutkować w połączeniu z oceną fotek, na których ochotnicy pozowali bez swojego ulubionego ubrania i makijażu.

Badacze wyciągnęli z doświadczenia następujacy wniosek. Ludzie z psychopatycznymi cechami nie są seksowni w swoim naturalnym stanie, są za to bardzo skuteczni w kreowaniu seksownego wrażenia, które wywołuje w zwierzęcej części naszego mózgu tzw. efekt halo. Chodzi o to, że człowiek automatycznie dokonuje całego szeregu pozytywnych asocjacji na temat inteligencji, humoru, samopoczucia i pewności siebie danej osoby w oparciu o jej fizyczną atrakcyjność, co jest często wykorzystywane przez psychopatów do roztaczania kontroli nad innymi jednostkami.

Doświadczenie to potwierdza, że umiejętnie skonstruowany, kinowy portret psychopaty może być bardzo skutecznym magnesem zachęcającym publiczność do obejrzenia filmu. W przypadku połączenia zaś dobrego scenariusza z dobrym aktorstwem i kostiumami efekt jest niemal gwarantowany. Ludzie chcą bowiem pozostawać pod wpływem jednostki uznawanej za silniejszą, inteligentniejszą i przewrotniejszą, a to może być z pewnym wysiłkiem zrealizowane w formie filmu, który dostarcza tych samych emocji, ale z gwarancją osobistego bezpieczeństwa.

tony_soprano
Tony Soprano – archetyp współczesnego psychopaty

Ten sam mechanizm działa w przypadku figur polityków, mafiosów i gangsterów, których ekranowa charyzma apeluje do tych samych struktur mózgowych nieświadomie krzyczących o podporządkowanie się jednostkom wyższym w hierarchii. Stąd zaś rosnąca obsesja współczesnymi dramatami telewizyjnymi (Rodzina Soprano, Breaking Bad, House of Cards, True Detective), w których psychopatyczne figury symbolizujące władzę i bezwzględność stają się największym wabikiem, jednocześnie kreując wysokie wyniki oglądalności, bo to władza stała się w ostatnich latach głównym powodem renesansu serialu telewizyjnego jako formy medialnej.

Należy podkreślić, że nasza uwaga (lub nasze gusta) mówi nam bardzo ważną prawdę o współczesnej kulturze, psychopatia jest cechą nie tylko pożądaną, ale jest ona także podstawą biznesu rozrywkowego, który dosłownie podpięty jest do naszych neuronów mózgowych. To feedback pomiędzy naszym systemem nerwowym, a mediami, kreuje rzeczywistość. W niej główne miejsce zajmuje zaś poza jedzeniem, snem i seksem, walka o status i szukanie nowych przymierzy politycznych.

A życie w sieci tylko to zadanie ułatwia, a wręcz czyni z niego obowiązek. W czasie rzeczywistym, w wiecznym teraz, w globalnej skali, z dostępem do wszelkiej informacji, jak małpy wystrzelone w kosmos, porzucamy w końcu ideę własnych ograniczeń i wracamy do zwierzęcego źródła, którego nie da się postawić poza kulturą. Innymi słowy, natura musi zostać zastąpiona zupełnie innym terminem.

Conradino Beb

Skuteczność kampanii antynarkotykowych jest niska lub żadna

Mimo że kampanie antynarkotykowe mają bardzo długą tradycję – szczególnie na Zachodzie – każdy kolejny rok przynosi coraz więcej dowodów ich niemal zerowej skuteczności. Wielkie reklamy z wypalonymi twarzami metamfetaministów i ścigane marihuanowymi koszmarami twarze nastolatków nie działają z jednego powodu – docierają do potencjalnego targetu o wiele za późno. Poza tym, nastolatki które już zdążyły spróbować dragów, wyśmiewają oczywistą propagandę.

Dwa lata temu amerykańskie media zrelacjonowały wyniki szczegółowych badań naukowych, z których raport okazał się mało zaskakujący dla ogółu społeczeństwa, ale na pewno zelektryzował marketerów. Metoda paternalistycznego ostrzegania czy działania strachem dociera tylko do jednej grupy… trzynastoletnich dziewczynek ze szkoły podstawowej. Z powodu, który badacze przypisali faktowi, iż jest to średni wiek pierwszego kontaktu z dragami, kampanie antynarkotykowe trafiają od tego momentu na mur, szczególnie wśród chłopców.

Nie jest to jednak zjawisko zarezerwowane tylko dla Stanów Zjednoczonych, gdyż także europejskie (w tym polskie) kampanie antynarkotykowe rzadko trafiają w cel. Problem ten podjął w swojej pracy naukowej z 1998 profesor Carson Wagner z Uniwersytetu Stanowego w Ohio. Dzisiaj tłumaczy on, że: Kiedy reklama antynarkotykowa mówi „nie bierz narkotyków”, automatycznie podnosi wewnętrzne pytanie „czy powinienem zażywać narkotyki?”. Reklamy mogą przyciągać uwagę do zagadnienia wiedzy dotyczącej narkotyków, sprawiając że odbiorca robi się ciekawszy tematu. Można to porównać do nieodebranej pomyłki telefonicznej, która sprawia, że zaczynasz się zastanawiać kto dzwonił.

Wnioski mogą być dla niektórych odkrywcze, ale efektem większości kampanii antynarkotykowych jest to, że nastolatek który nigdy wcześniej nie miał pojęcia czym są dragi, nagle intensywnie zaczyna się nimi interesować. W efekcie, w jego umyśle powstaje często obraz narkotyków jako wszechobecnych substancji o zniewalającej, magicznej mocy, w myśl mitu o zakazanym owocu. To zaś prowadzi oczywiście do poszukiwania dostępu, które często kończy się sukcesem, jako że starsi koledzy nie będą oponować mając okazję inicjowania kolejnej osoby do „wewnętrznego kręgu”.

A to każe nam się zmierzyć z kolejnym problemem kultury Zachodu – zanikiem struktur inicjacyjnych, które w społeczeństwach typu plemiennego rytualizowały przechodzenie kobiet i mężczyzn z jednego stadium wiekowego do następnego. Te ostały się wprawdzie w społeczeństwach katolickich w formie sakramentów przyjmowania wiary (chrzest, komunia, bierzmowanie), ale pustota ich treści nie gwarantuje młodej jednostce żadnego sposobu na uchwycenie bezpośredniego doświadczenia życia, które z drugiej strony obiecują środki psychedeliczne i narkotyki – wątek zwykle pomijany przez socjologów.

Nieważne jednak jaki mamy stosunek do zażywania substancji halucynogennych czy narkotyków, ich wszechobecność pozostaje poza wszelką kontrolą, a państwo może wydawać miliardy na ich ściganie i podwyższać kary więzienia. Bezskutecznie, gdyż nielegalność dragów pozostaje największym magnesem i głównym czynnikiem, który wzmacnia ich dostępność. Dopóki marże na produkcji, handlu i przemycie marihuany, kokainy, MDMA, heroiny i setki innych produktów będą wysokie, zawsze znajdzie się ktoś chętny na spróbowanie sił w intrantnym biznesie. Szczególnie w kraju, w którym średnie zarobki nie gwarantują godnego życia.

Te wnioski już dziesięć lat temu dotarły do racjonalnie myślących Brytyjczyków, którzy postanowili zastosować nowe podejście do marketingu antynarkotykowego i stworzyli kampanię Talk To Frank, która obchodzi właśnie swoje dziesięciolecie. Slogan agencji Mother, która stworzyła kampanię, brzmi: Dragi są nielegalne, ale rozmowa o nich nie, więc porozmawiaj z Frankiem. Imię Frank jest tu symbolem National Drug Helpline – telefonu, pod który mogą dzwonić nastolatki, kiedy chcą zasięgnąć informacji.

W przeciwieństwie do wcześniejszych kampanii, Talk To Frank osadza dragi w humorystycznym kontekście korzystając z maskotki Pabla psa-przemytnika kokainy. Reklama za radą ekspertów nie skupia się już dłużej na negatywnych efektach zażywania narkotyków – iluzorycznych czy prawdziwych – a zapewnia jedynie fragmentaryczne informacje, które mogą być traktowane przez nastolatków jako punkt wyjścia. Niedawne badania przeprowadzone przez Home Office wskazują, że 67% młodych ludzi zadzwoniłoby do Franka po poradę, który w okresie 2011-12 otrzymał 225,852 telefony.

I choć nie ma żadnego dowodu, że popularna kampania faktycznie powstrzymała kogoś przed zapaleniem jointa czy wciągnięciem kreski, ogólne spożycie dragów w Wielkiej Brytanii spadło oficjalnie o 9% w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W Polsce spożycie dragów aktualnie rośnie, jak stwierdza to jasno świeży raport Unii Europejskiej, w którym czytamy, iż 17,1 % Polaków w wieku 15-35 lat zapaliło w 2012 marihuanę, a amfetaminę wciągnęło 1,3 %. Z drugiej strony spożycie kokainy w naszym kraju wciąż utrzymuje się na niskim poziomie – około 0,5% dorosłej populacji, mimo że widać zwiększającą się popularność cukierków ery disco w dużych miastach.

Conradino Beb

 

Źródło: Pop-Sci / BBC / EMCDDA

Skręt z marihuany pachnie tajemnicą

og_kush_indica_strain
OG Kush

Był pewien okres, zarówno przed transformacją ustrojową Polski, jak i krótko po niej, że zapach marihuany był rozpoznawany jedynie przez rycerzy undergroundu: artystów, załogantów, muzyków reggae i starych punków. Paradoksalnie, nasz kraj podpisał podszytą amerykańską propagandą polityczną Single Convention on Narcotic Drugs bardzo późno, bo dopiero w 1986, ale czynne uczestnictwo w Wojnie z Narkotykami rozpoczął dopiero w 1997, kiedy w życie weszła Ustawa o Przeciwdziałaniu Narkomanii, uchwalona głosami SLD i Unii Wolności.

Jednak wielu zapomina, że dzięki ówczesnemu Marszałkowi Sejmu, Mikołajowi Kozakiewiczowi – który, jak donoszą wiewiórki, sam był wielkim miłośnikiem palenia konopi – do ustawy wpisano rezolutnie możliwość posiadania marihuany na własny użytek nie precyzując przy tym wartości granicznych, a więc chroniąc samych użytkowników. To zmieniło się dopiero w 2001 dzięki Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP, Barbarze Labudzie (ponownie SLD), która pozytywnie zopiniowała zaostrzenie prawa, a wiele lat później przyznała się do popełnienia błędu.

Liberalny stosunek PRL-u w latach ’80 zarówno do marihuany, jak i heroiny (wtedy prawdziwego problemu) nie został niestety nigdy porządnie przebadany socjologicznie czy antropologicznie, ale zasadnym wnioskiem wydaje się, że marginalizowanie zjawisk społecznych stojących w opozycji do oficjalnej propagandy państwowej, było główną przyczyną. Zwyczajnie udawano, że w kraju, który żyje szczytnymi ideałami społeczeństwa socjalistycznego, nie istnieją ciemne strony, rezerwując ostrą krytykę dla zgniłego Zachodu.

palenie_jointa_marihuana
Joincik

W efekcie edukacja antynarkotykowa była marginalna – nie było szeroko zakrojonych akcji społecznych, a sama policja posiłkowała się podrzędnymi broszurami samej marihuany nigdy nie widząc na oczy, nie będąc więc w stanie rozpoznać ani jej charakterystycznego zapachu, ani człowieka pod jej wpływem. Do tego, liczba palaczy marihuany w Polsce była stosunowo mała aż do końca lat ’90, kiedy… na skutek wprowadzenie szkodliwej ustawy konopie stały się pożywką dla histerii politycznej i medialnej, a przy okazji do popularności wyniosła ją polska scena hip-hopowa.

Faktycznie, w połowie lat ’90 pod domem mojego lokalnego dilera ustawiały się kolejki ludzi, kiedy ten przyjeżdżał ze świeżym towarem i policja nie reagowała nie dlatego, że nie wiedziała co się dzieje, ale dlatego iż był to dla niej abstrakcyjny problem. Sam miałem w tym czasie kolegę w policji, który nie tylko był częstym gościem lokalnego baru dla „odpadków społecznych”, ale dilował marihuaną z radiowozu i jeździł w plener jarać jointy z guru lokalnych „ćpunów”, swoim długoletnim przyjacielem. Dodatkowo, policja kryminalna w tym czasie oddała kilkukrotnie towar złapanym przez siebie (znanym mi) małolatom mówiąc, że ma poważniejsze sprawy na głowie.

Mógłbym jeszcze długo wymieniać, jak pozytywne skutki dawała ustawa sprzed 1997 czy nawet ta sprzed 2001, ale tu na pomoc przychodzi nam TVP, która w 1994 zrealizowała piękny odcinek Polskiej Kroniki Filmowej pod tytułem Skręt. Duet (bieszczadzkich?) rastamanów opowiada w nim bez skrępowania, że jara i hoduje trawę, co pomaga im wyluzować się po pracy i że nie czują się w żadnym stopniu uzależnieni. Dodatkowo, hodowcy wyjawiają jak emocjonalny kontakt z roślinami kształtuje w nich poczucie łączności z naturą i przynosi szersze otwarcie się na starożytną mądrość, która zostaje poetycko podsumowana przez narratora: „Skręt z marihuany pachnie tajemnicą”.

Conradino Beb