Archiwa tagu: środki psychedeliczne

Nowa alchemia

Poza kamieniem filozoficznym, który zamieniłby prosty metal w złoto, jednym z wielkich poszukiwań alchemii, zarówno w Europie, jak i w Azji, był eliksir nieśmiertelności. Z naiwnym entuzjazmem dla tych poszukiwań niejeden chiński władca zmarł od bajecznych mikstur sproszkowanego jadeitu, herbaty, żeń-szenia i drogich metali, sporządzonych przez taoistycznych kapłanów.

I nawet jeśli proces transformacji ołowiu w złoto był w wielu przypadkach chemicznym symbolem duchowej przemiany samego człowieka, nieśmiertelność wywołana eliksirem nie była pojmowana dosłownie jako wieczny żywot, lecz raczej jako przeniesienie świadomości w stan bezczasowy.

Współcześni fizycy rozwiązali problem przemiany ołowiu w złoto, choć proces ten jest znacznie droższy niż samo wykopywanie złota z ziemi. Jednak w ostatnich latach chemicy sporządzili jedną lub dwie substancje, które w pewnych przypadkach są zdolne do wywołania stanu umysłu niesłychanie podobnego do kosmicznej świadomości.

Takie twierdzenia niepokoją wielu ludzi. Pierwsza przyczyna jest taka, że doświadczenie mistyczne wydaje się zbyt łatwe, gdy pochodzi z butelki, stając się tym samym dostępne dla ludzi, którzy nie zrobili nic, aby na nie zasłużyć, którzy ani nie pościli, ani nie modlili się czy nie praktykowali jogi.

Druga przyczyna leży w tym, że wspomniany fakt oznacza, iż wgląd duchowy jest tylko kwestią chemii ciała, pociągającej za sobą redukcję duchowości do materializmu. To są poważne zarzuty, mimo że można być przekonanym, iż na dłuższą metę trudność spoczywa w semantycznym pomieszaniu definicji „duchowego” i „materialnego”.

Ale powinniśmy wyraźnie zaznaczyć, że nie ma niczego nowego czy nieznanego w idei, że wgląd duchowy jest niezasłużonym darem boskiej łaski, często wywołanym przez takie materialne czy sakramentalne środki, jak woda podczas chrztu oraz chleb i wino podczas mszy.

Ksiądz, który na mocy swego powołania przeobraża chleb i wino w ciało i krew Chrystusa ex opere operato, przez zwykłe powtórzenie formuły z Ostatniej Wieczerzy, znajduje się w sytuacji nie tak radykalnie różnej od tej, w której znajduje się naukowiec, powtarzający formułę eksperymentu, która może wywołać transformację w ludzkim mózgu.

Porównywalna wartość tych dwóch działań musi być oceniona po ich efektach. Zawsze byli tacy, których sakramenty chrztu i komunii zdawały się „nie brać”, których życie pozostawało w żaden sposób niezmienione. Podobnie, żaden ze wspomnianych środków zmieniających świadomość nie jest dosłownie doświadczeniem mistycznym w butelce.

Wielu, którzy je zażywają, doświadcza jedynie ekstazy bez wglądu lub też nieprzyjemnego zamętu wrażeń i wyobraźni. Stany podobne do przeżyć mistycznych pojawiają się tylko u pewnych jednostek i nawet wtedy zależą od sporej koncentracji, wysiłku, by uczynić jakiś pożytek z tego stanu zmienionej świadomości.

Ważne jest również to, że ekstaza nie jest tożsama z autentycznym przeżyciem mistycznym, którego istota może być najlepiej opisana jako wgląd, w sensis w którym tego słowa używa się obecnie w psychiatrii.

Środek tego rodzaju może być uważany za pomoc w percepcji, tak samo jak teleskop, mikroskop czy spektroskop, pomijając w tym przypadku to, że tym instrumentem nie jest zewnętrzny obiekt, lecz wewnętrzny stan układu nerwowego. Ponadto, wszystkie tego typu instrumenty są względnie bezużyteczne bez właściwego treningu i przygotowania, nie tylko w samym użytkowaniu, lecz również w konkretnym polu badań.

Uwagi te niemal wystarczają, by wskazać, że użycie tych środków nie redukuje wglądu duchowego do kwestii jedynie chemii ciała. Należy dodać, że nawet wtedy, kiedy opisujemy pewne wydarzenia w terminach chemii, nie znaczy to, iż wydarzenia te mają jedynie charakter chemiczny. Chemiczny opis przeżycia mistycznego ma bowiem taką samą korzyść i takie same ograniczenia, jak chemiczny opis wspaniałego obrazu.

Dość łatwo jest dokonać chemicznej analizy obrazu. Zarówno dla artysty, jak i dla konesera, ma ona także pewien sens. Możliwe też pewnie pozostaje opracowanie chemicznego opisu wszystkich procesów, które mają miejsce w artyście podczas malowania, lecz byłoby to niewiarygodnie skomplikowane i w międzyczasie ten sam proces mógłby zostać opisany, zakomunikowany o wiele skuteczniej w jakimś innym języku niż chemicznym.

alan_watts
Alan Watts (1915-1973)

Moglibyśmy prawdopodobnie powiedzieć, że proces jest chemiczny tylko wtedy, kiedy język chemiczny jest najskuteczniejszym środkiem do jego opisania. Analogicznie, niektóre środki znane jako psychodeliki, zapewniają możliwość przeżycia wglądu mistycznego w taki sam sposób, w jaki gotowe farby i pędzle zapewniają możliwość stworzenia pięknego obrazu, a pięknie skonstruowane pianino wspaniałej muzyki. Ułatwiają to, lecz nie wykonują same całej pracy.

Dwa środki, które są najczęściej używane do otwierania świadomości na przeżycia duchowe, to meskalina i dietyloamid kwasu lizergowego (znany w skrócie jako LSD). Ten pierwszy jest syntetycznym ekstraktem aktywnych składników kaktusa pejotlu, a drugi czysto chemicznym związkiem z grupy indolowej, który wywołuje swe skutki nawet w dawce tak małej jak 25 mikrogramów.

Trudne jest jasne zidentyfikowanie dokładnych efektów tych środków, ale o tyle, o ile jest nam obecnie wiadomo, wydają się one działać na układ nerwowy poprzez znoszenie pewnych mechanizmów hamujących, które mają na naszą świadomość wpływ osłaniający.

Niektórzy psychiatrzy, którzy wydają się zbytnio polegać na społecznie uzgodnionym odbiorze rzeczywistości – mniej więcej takim, w jaki świat jest widziany w ponury poniedziałkowy poranek – klasyfikują te środki jako halucynogeny wywołujące toksyczne efekty i mające charakter schizoidalny lub psychotyczny.

Obawiam się, że jest to tylko psychiatryczny żargon, pewnego rodzaju autorytatywny wyraz dezaprobaty. Żadna z tych substancji nie jest uzależniającym narkotykiem, tak jak heroina czy opium. Nigdy nie udowodniono też, że mają one szkodliwy wpływ na ludzi, którzy nie byli wcześniej w jakiś sposób poważnie zaburzeni.

Niesłuszne jest także nazywanie zmian świadomości, które wywołują, halucynacjami, gdyż niektóre odczuwane i widziane po nich rzeczy nie są mniej realne, niż nieznane formy widziane przez mikroskop. Niesłuszne jest również nazywanie ich skutków działania toksycznymi, co może oznaczać „trującymi”, o ile słowa tego nie można użyć również do opisu działania witamin czy protein. Taki język jest wartościujący, ale nie jest wartościowym opisem naukowym.

Ponad dwa lata temu (w roku 1958) zostałem poproszony przez grupę badaczy–psychiatrów o zażycie 100 mikrogramów kwasu lizergowego, by sprawdzić, czy wywoła on cokolwiek podobnego do przeżycia mistycznego. Nie wywołało i z tego co wiem, powodem było to, że nie potrafiłem wtedy kierować swoimi procesami myślowymi, będąc pod wpływem tych środków.

Zamiast tego zdawało mi się, że moje zmysły uzyskały charakter kalejdoskopowy (jest to tylko metafora), co uczyniło cały świat czarująco skomplikowanym, jak gdybym znajdował się w wielowymiarowej arabesce. Kolory stały się tak żywe, że kwiaty, liście i tkaniny wydawały się rozświetlone od wewnątrz. Przypadkowe układy źdźbeł trawy wydawały się wytwornie zorganizowane, jednak bez żadnych faktycznych zniekształceń w polu widzenia.

Czarny tusz lub obrazy sumi-e chińskich i japońskich artystów wydawały się niemal trójwymiarowymi fotografami, a to, co zwykle jest ignorowane jako nieważne szczegóły mowy, zachowania, wyglądu czy formy, wydawało się w jakiś niewyjaśniony sposób ogromnie ważne.

Słuchając muzyki z zamkniętymi oczami, widziałem fascynujące formy tańczącej biżuterii, mozaiki, wzorów, ornamentów i abstrakcyjnych obrazów. W pewnym momencie wszystko wydawało się hałaśliwie śmieszne, szczególnie gesty i zachowanie ludzi goniących za swymi codziennymi sprawami.

Zwykłe uwagi wydawały się rozbrzmiewać podwójnymi, a nawet poczwórnymi znaczeniami, a zachowanie otaczających mnie ludzi, związane z odgrywaniem przez nich ról, stało się nie tylko niezwykle jasne, lecz również wskazywało ukryte postawy, przeciwne lub zgodne ze swymi jawnymi intencjami.

W skrócie, ochronny i wybiórczy aparat mojej normalnej, interpretującej selekcji doświadczeń został częściowo zawieszony, wskutek czego przypuszczalnie projektowałem wrażenie sensu i znaczenia na niemal wszystko, co widziałem. Całe to doświadczenie było niezmiernie rozrywkowe i interesujące, jednak nie przypominało żadnego przeżycia mistycznego, które przeżyłem wcześniej.

Dopiero rok później spróbowałem LSD ponownie, tym razem na prośbę innej grupy badawczej. Od tamtego razu powtórzyłem eksperyment pięciokrotnie, z dawkami od 75 do 100 mikrogramów. Odniosłem wrażenie, że takie eksperymenty są głębokie i pożyteczne do momentu, w którym staram się jak najuważniej obserwować zmiany w mej percepcji i osądzie, a następnie opisywać je tak jasno i wyczerpująco, jak to tylko możliwe, zwykle z pomocą dyktafonu.

Zdanie relacji, nagranie po nagraniu, z każdego eksperymentu może być klinicznie interesujące, lecz co mnie interesuje najbardziej, to filozoficzna dyskusja nad głębszymi wymiarami i powracającymi wątkami moich przeżyć. Psychiatrzy jeszcze się nie zdecydowali, czy LSD może być pomocne w terapii, lecz w tym momencie żywię silne przekonanie, iż większy pożytek z tej substancji może płynąć dla twórczego artysty, myśliciela lub naukowca, który uzyskuje w ten sposób wartościowe narzędzie.

Zauważyłem mimochodem, że ludzkie, naturalne otoczenie, w którym takie eksperymenty są przeprowadzane, gra wielką rolę, oraz że jego użycie w salach szpitalnych, gdzie grupa lekarzy zadaje kliniczne pytania badanemu, jest niepożądane. Nadzorujący lekarz powinien przyjąć ludzką postawę, porzucając wszystkie obronne dramaty naukowej obiektywności czy medycznego autorytetu i poprowadzić eksperyment w otoczeniu jakiegoś naturalnego lub artystycznego piękna.

Wspomniałem, że moje główne wrażenie z pierwszego eksperymentu było takie, iż „mechanizm”, poprzez który przesiewamy dane ze zmysłów i wybieramy tylko niektóre z nich jako ważne, został częściowo zawieszony. Odczuwałem wtedy, że konkretne wrażenie, które kojarzymy z czymś „sensownym”, jest projektowane na wszystko bezładnie, a potem racjonalizowane w sposób, który mogłyby uderzyć niezależnego obserwatora jako absurdalny, chyba że badany byłby niezwykle pomysłowy w tym racjonalizowaniu.

Jednak filozof nie może przeoczyć faktu, że nasz wybór niektórych danych zmysłowych jako ważnych, a odrzucenie innych jako nieważnych, jest zawsze związany z konkretnymi celami – przeżyciem, poszukiwaniem pewnych przyjemności, znajdowaniem drogi do celu lub z czymkolwiek innym. Ale w każdym eksperymencie z LSD jednym z pierwszych efektów, które zauważałem, było głębokie odprężenie połączone z porzuceniem celów, co przypomina mi taoistyczne powiedzenie: „Kiedy cel został użyty, by osiągnąć bezcelowość, to istota rzeczy została pojęta”.

Innymi słowy, czułem się obdarzony całym czasem świata, wolny w rozglądaniu się, jak gdybym żył w wieczności bez choćby jednego problemu do rozwiązania. Z tego powodu ruchliwe i celowe działania innych ludzi wydają się w takiej chwili komiczne, gdyż oczywiste staje się, że poprzez wyznaczanie sobie celów, które zawsze są w przyszłości, w „jutrze, które nigdy nie nadchodzi”, ludzie mijają się całkowicie z sednem bycia żywym.

Tak więc wtedy, kiedy nasza selekcja wrażeń zmysłowych nie jest zorganizowana w odniesieniu do żadnego konkretnego celu, wszystkie szczegóły otaczającego nas świata muszą wydawać się równie sensowne lub równie bezsensowne. Logicznie są to dwa sposoby mówienia o tym samym, lecz uczucie ogarniające mnie podczas moich doświadczeń z LSD było takie, że wszystkie aspekty świata były raczej sensowne niż bezsensowne.

Nie znaczy to, że nabierały znaczenia wskutek wskazywania na coś innego, lecz że wszystkie rzeczy wydawały się stanowić swój własny sens. Ich zwykłe istnienie, lub lepiej – ich obecna forma, wydawała się doskonała, stanowiąc swój własny cel i spełnienie bez jakiejkolwiek potrzeby usprawiedliwiania.

Kwiaty nie kwitną, by wydać nasiona, a nasiona nie kiełkują, by wydać kwiaty. Każdy etap procesu – nasionko, kiełek, pączek, kwiat i owoc – może być uważany za cel sam w sobie. Kura jest sposobem jajka na stwarzanie innych jajek. W naszym normalnym życiu podobne doświadczenia kreują muzyka i w taniec, których celem jest każdy moment trwania, a nie tylko ostateczny koniec ich wykonania.

Przetłumaczenie codziennego doświadczenia na zjawisko o takiej samej naturze jak muzyka, było początkowo przeważającym odczuciem we wszystkich moich eksperymentach. Jednak LSD nie zawiesza procesów selektywnych poprzez ich zwykłe odcięcie; właściwsze byłoby powiedzenie, że ukazuje względność naszych zwykłych osądów czy danych zmysłowych poprzez zasugerowanie innych – pozwala umysłowi zorganizować wrażenia zmysłowe w nowe formy.

Podczas mojego drugiego eksperymentu zauważyłem na przykład, że wszystkie powtarzalne formy – liście na gałęziach, książki na półkach, framugi w oknach – dawały mi wrażenie podwójnego, a nawet zwielokrotnionego widzenia, tak jakby drugie, trzecie i czwarte liście na gałęzi były odbiciem tych pierwszych, widzianych poniekąd w kilku gęstościach szyby okiennej. Kiedy zwróciłem na to uwagę, obecny lekarz podniósł palec, by zobaczyć, czy otrzymam podwójny obraz.

Przez chwilę wydawało mi się, że tak, lecz nagle dostrzegłem, że ten drugi obraz pochodzi z wiązki dymu papierosowego przelatującej obok jego palca, na którą moja świadomość wyprojektowała zarys i kształt drugiego palca. Gdy skoncentrowałem się wtedy na tym wrażeniu podwójnych, powtarzających się obrazów, nagle wydało mi się, że całe pole widzenia jest przezroczystym płynem marszczącym się w koncentryczne okręgi, jak wtedy, gdy wrzuci się do wody kamień.

Normalne obrazy rzeczy wokół mnie nie zostały zniekształcone tą formą, pozostały takie jak zawsze, lecz moja uwaga zwróciła się ku ich zarysom, liniom i cieniom, które pasowały do tej formy, pozostawiając te, które nie przydarzały się, jako względnie nieważne. Jednak gdy tylko zauważyłem tę projekcję i stałem się świadomy szczegółów niepasujących do tej formy, nagle zdało mi się, jakby w przestrzeń optyczną rzucono garść kamyczków, wokół których rozchodziły się koncentryczne okręgi zachodzące na siebie we wszystkich kierunkach, tak że każdy widoczny punkt stał się punktem przecięcia tych okręgów.

Faktycznie, pole optyczne wydawało się mieć ziarnistą strukturę, tak jak fotografia powiększona w celu reprodukcji, poza tym, że ułożenie ziarenek nie było linearne, lecz okrężne. W ten sposób każdy szczegół pasował do tej formy i pole wizji stało się puentylistyczne, tak jak obrazy Seurata.

To wrażenie wywołało ogrom pytań. Czy mój umysł władczo projektował swe własne kształty geometryczne na świat, stwarzając „halucynacyjną” strukturę rzeczy, które faktycznie nie istnieją? Czy to, co nazywamy „prawdziwą” strukturą rzeczy, jest po prostu wyuczoną projekcją lub halucynacją, którą wspólnie utrzymujemy? Czy może byłem jakoś świadomy faktycznej porowatości czopków i pręcików siatkówki mego oka, gdyż nawet halucynacja musi mieć jakąś faktyczną podstawę w układzie nerwowym?

delysid_sandoz
LSD-25 (Delysid) / produkt firmy Sandoz

Przy innej okazji patrzyłem z bliska na garść piasku, stając się świadomy, że nie mogę się na nim wyraźnie skoncentrować, dzięki czemu zdałem sobie sprawę z każdego szczegółu i sposobu, w jaki moje oczy zniekształcały obraz, a było to z pewnością spostrzeganie ziarniste lub zniekształcenie samego pola widzenia.

Ogólnym wrażeniem z tych optycznych sensacji było to, że oczy bez tracenia normalnego pola widzenia stały się mikroskopami, oraz że powierzchnia pola wizualnego była nieskończenie bogata i złożona. Nie wiem, czy to była świadomość faktycznej mnogości zakończeń nerwowych w siatkówce oka lub w tym przypadku w palcach, gdyż takie samo ziarniste uczucie powstało w zmyśle dotyku.

Powodem tego wrażenie mogło być również, że się tak wyrażę, zwrócenie zmysłów ku samym sobie i zdanie sobie sprawy z tego, że widzenie świata zewnętrznego jest także widzeniem oczu. Innymi słowy, stałem się namacalnie świadomy faktu, że to, co w świecie zewnętrznym nazywamy kształtami, kolorami i powierzchniami, to stany mojego układu nerwowego, to znaczy mnie samego.

Znając je, znam także siebie. Ale dziwną częścią tego pozornego odczucia mych własnych zmysłów było to, że nie było poczucia badania ich z zewnątrz czy też z dystansu, tak jak gdyby były przedmiotami. Mogę jedynie powiedzieć, że świadomość ziarnistości lub struktury zmysłów wydawała się świadomością świadomości lub siebie z wnętrza siebie.

Z tego powodu dystans lub oddzielenie się od zmysłów z jednej strony, a od świata zewnętrznego z drugiej, wydawały się zniknąć. Nie byłem już oderwanym obserwatorem, małym człowieczkiem wewnątrz własnej głowy odbierającym wrażenia; byłem tymi wrażeniami do tego stopnia, że nie pozostało ze mnie nic, żadne obserwujące ego, z wyjątkiem serii wrażeń wydarzających się – nie mnie, lecz tylko wydarzających się – chwila po chwili, jednego za drugim.

Stanie się wrażeniami, co jest zupełnie inne od ich posiadania, rodzi zdumiewające poczucie wyzwolenia i wolności, gdyż implikuje to, że doświadczenie nie jest czymś, w czym jest się uwięzionym lub przez co jest się popychanym lub z czym trzeba walczyć. Konwencjonalny dualizm podmiotu i przedmiotu, znającego i znanego, czującego i uczucia, zamienia się w biegunowość; znający i znany stają się biegunami, terminami lub fazami jednej rzeczy, która przydarza się nie mnie, nie ze mnie, ale sama z siebie.

Doświadczający i doświadczenie stają się pojedynczym, wiecznie zmiennym, samokształtującym się procesem, pełnym i spełnionym w każdej chwili swojego rozwoju, a także nieskończenie złożonym i subtelnym. Przypomina to nie oglądanie, lecz bycie zwijającą się arabeską kształtów dymu w powietrzu lub atramentu w wodzie. Być może jest to „narkotykowa halucynacja”, ale odnosi się to ściśle do tego, co Dewey i Bentley nazwali transakcyjnym związkiem organizmu ze swym środowiskiem.

Oznacza to, że wszystkie nasze działania i doświadczenia wywodzą się z organizmu i ze środowiska w tym samym czasie. Oczy widzą światło, dlatego że istnieje słońce, ale słońce jest też światłem, dlatego że istnieją oczy. Zwykle, będąc pod hipnotycznym wpływem społecznego uwarunkowania, odczuwamy siebie jako zupełnie różnych od fizycznego otoczenia, raczej stawiając mu czoła, niż należąc do niego.

W ten sam sposób ignorujemy i zaciemniamy fizyczny fakt naszej całkowitej współzależności ze światem naturalnym. Jesteśmy tak w niego wcieleni, jak nasze własne komórki i molekuły są wcielone w nas. Nasze lekceważenie i tłumienie tego związku stwarza zapotrzebowanie na wszystkie nowe nauki ekologiczne, na studiowanie współgrania organizmów ze swym środowiskiem oraz ostrzega nas przed ignoranckimi zaburzeniami równowagi natury.

Wrażenie, że rzeczy dzieją się same z siebie, że nic ich nie wywołuje i że nie przytrafiają się nikomu i niczemu, było zawsze głównym rysem moich doświadczeń z LSD. Możliwe, że środek ten dawał mi po prostu żywe zrozumienie mojej własnej filozofii, choć czasem doświadczenia te sugerowały mi zmianę mojego dotychczasowego myślenia.1 Ale tak jak wrażenie biegunowości podmiot-przedmiot potwierdzone zostało przez psychologię transakcyjną Deweya i Bentleya, tak wrażenie rzeczy dziejących się „z siebie” jest równe temu, jak spodziewalibyśmy się widzieć świat będący wyłącznie procesem.

Obecnie język nauki staje się coraz bardziej językiem procesu – bardziej opisem zdarzeń, relacji, działań i form, niż rzeczy i substancji. Świat opisany w ten sposób jest raczej światem działań, niż działających, raczej czasowników, niż rzeczowników, co przeczy zdroworozsądkowej idei, że działanie jest zachowaniem jakiejś rzeczy, jakiegoś materialnego bytu.

Ta zdroworozsądkowa idea, że działanie jest zawsze funkcją działającego, jest tak głęboko zakorzeniona, tak związana z naszym wrażeniem porządku i bezpieczeństwa, że widzenie świata w odmienny sposób może poważnie niepokoić. Bez sprawców działania zdają się pochodzić znikąd, nie mieć wiarygodnego źródła i na pierwszy rzut oka taka spontaniczność jest oszałamiająca.

W jednym eksperymencie wydawało mi się, że gdy tylko próbowałem postawić swoją (metaforyczną) stopę na jakimś pewnym gruncie, grunt ten zapadał się w pustą przestrzeń. Nie mogłem znaleźć żadnej rzeczywistej podstawy, z której mógłbym działać – moja wola była kaprysem, a moja przeszłość, siła warunkowania sprawczego, po prostu znikała – istniały tylko teraźniejsze zdarzenia. Przez chwilę czułem się zawieszony w próżni, przerażony, nierealny i niepewny do szpiku kości. Jednak wkrótce przyzwyczaiłem się do tego dziwnego uczucia.

Miejsce zajęła po prostu forma działania, procesu, który był jednocześnie mną i światem, poza którym nie było nic, czemu można by było ufać, bądź nie ufać. Wydawało się, że nie ma sensu sama idea ufania i nieufania, tak jak nie ma możliwości, by palec dotknął swego własnego zakończenia.

Po dogłębnym przemyśleniu w takim widzeniu świata nie ma nic dziwnego. Sprawcą każdego działania jest samo działanie. Jeśli mata może być matowaniem, to kota można nazwać koceniem. Faktycznie, nie musimy pytać, kto lub co „koci”, tak samo jak nie musimy pytać, jakie jest podstawowe tworzywo lub substancja, z której został uformowany świat, gdyż nie ma sposobu na opisanie tej substancji inaczej, jak tylko w terminach formy, struktury, porządku i działania.

Świat nie został stworzony w formie biernej gliny poddającej się dotykowi dłoni garncarza; świat jest formą lub lepiej – formacją, gdyż po zbadaniu każda substancja okazuje się ciasno splecioną formą. Ustalone pojęcie, że każda forma musi być zrobiona z jakiegoś podstawowego materiału, który sam w sobie jest bezforemny, bazuje na powierzchownej analogii pomiędzy naturalnym powstawaniem, a wytwarzaniem, jak gdyby gwiazdy i kamienie zostały z czegoś zrobione, tak jak cieśla robi stoły z drewna.

Stąd też sprawca, stojący za działaniem, jest po prostu wcześniejszym lub relatywnie bardziej stałym stanem tego samego działania – kiedy biegnie mężczyzna, mamy „mężczyznowanie-bieganie” przed i ponad zwykłym „mężczyznowaniem”. Co więcej, mówienie że zdarzenia teraźniejsze są wywołane przez przeszłe, jest niezgrabnym uproszczeniem, gdyż faktycznie mówimy o wcześniejszych i późniejszych etapach tego samego zdarzenia.

Z biegiem zdarzeń możemy odkryć regularności rytmu czy formy i w ten sposób przewidywać ich przyszłe konfiguracje, lecz przeszłe stany nie „popychają” teraźniejszych i przyszłych stanów, tak jak gdyby stały na końcu rzędu kostek domino i popchnięcie pierwszej przewracało wszystkie pozostałe.

Kostki, które upadły, leżą na swym miejscu, ale przeszłe zdarzenia znikają w teraźniejszości, co jest innym sposobem stwierdzenia, że świat jest samoporuszającą się formą, a kiedy jego następujące po sobie stany są zapamiętane, możliwe jest ukazanie jego pewnego porządku. Jego ruch, jego energia wydobywają się same z tej chwili, a nie z przeszłości, która zwyczajnie sięga poza pamięć, tak jak ślad za statkiem.

Kiedy zadajemy pytanie „dlaczego” tej poruszającej się formie, zwykle próbujemy udzielić odpowiedzi w terminach jej oryginalnego, przeszłego impulsu lub też jej przyszłego celu. Ale dawno temu zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli w jakimkolwiek sensie istnieje powód dla istnienia świata, trzeba go szukać w teraźniejszości, tak jak przyczyna śladu na wodzie musi być szukana w silniku poruszającego się statku.

Wspomniałem już, że LSD wywołuje u mnie szczególną świadomość muzycznego, tanecznego charakteru świata, kierując moją uwagę na jego teraźniejsze upływanie, gdzie znajduje się jego ostateczny sens. Byłem też w stanie dostrzec, że ten sens ma różne poziomy, że teraźniejszość wydobywa się z siebie energicznie, a to o wiele bogatsze od zwykłej obfitości.

Jeden z tych eksperymentów był prowadzony późną nocą. Jakieś pięć czy sześć godzin po jego rozpoczęciu lekarz musiał iść do domu i zostałem sam w ogrodzie. Jeśli chodzi o mnie, to ten etap eksperymentu daje mi zawsze najwięcej, jeśli chodzi o wgląd, po tym jak niektóre z bardziej niezwykłych i dziwnych wrażeń zmysłowych już miną.

Ogrodem był trawnik otoczony krzakami i wysokimi drzewami – sosnami i eukaliptusami. Z jednej strony znajdował się dom, z którego wydobywało się światło. Stojąc na trawniku, zauważyłem, że surowe płaty ziemi, gdzie trawa była rzadka lub upstrzona chwastami, nie wydawały się już skazą. Porozrzucane przypadkowo wydawały się układać w uporządkowany wzór, nadając otoczeniu aksamitną powierzchnię, a surowe płaty ziemi były częściami, gdzie meszek aksamitu był starty.

W czystej radości zacząłem tańczyć na tym zaczarowanym dywanie i przez cienkie podeszwy mych mokasynów czułem, że podłoże pod moimi stopami zaczyna żyć, łącząc mnie z ziemią, drzewami i niebem w taki sposób, że stawałem się jednym ciałem z całym moim otoczeniem. Patrząc w górę, widziałem, że gwiazdy miały takie same kolory czerwieni, zieleni i błękitu, które widać w wielobarwnym szkle, a pojedyncze światło samolotu potrzebowało wieczności, by przeciąć niebo.

W tym samym czasie drzewa, krzaki i kwiaty zdawały się żyjącą biżuterią, rozświetloną wewnętrznie tak jak złożone struktury jadeitu, alabastru czy koralu, dodatkowo oddychającą i płynącą strumieniem tego samego życia, które było we mnie. Każda roślina stała się swego rodzaju muzyczną wypowiedzią, wariacją na temat powtarzany od głównych konarów, poprzez łodygi i gałązki, do liści, do żyłek w liściach i do wspaniałej sieci naczyń włosowatych pomiędzy żyłkami. Każdy nowy wybuch wzrostu z centrum, powtarzanie i wzmacnianie podstawowej formy ze wzrastającą złożonością i radością, w końcu triumfował jako kwiat.

Z mojego opisu wydaje się, że ten ogród nabrał atmosfery wyraźnie egzotycznej, takiej jak w ogrodach z drogich kamieni w Nocach arabskich lub jak w scenach z perskich miniatur. Wtedy mnie to uderzyło i zacząłem zastanawiać się, dlaczego żarzące się widoki z tych miniatur wydawały się egzotyczne, zresztą tak samo jak wiele chińskich i japońskich obrazów. Czy artyści ci uwieczniali to, co widzieli, będąc również pod wpływem narkotyków?

Wiedziałem wystarczająco dużo o życiu i technikach malarzy Dalekiego Wschodu, by w to wątpić. Zastanawiałem się też, czy to, co widziałem, było „narkotyczne”. Innymi słowy, czy działanie LSD w moim układzie nerwowym było dodaniem mym zmysłom jakiejś chemicznej zasłony, która przekształcała wszystko co widziałem w nadnaturalne piękno? Czy też działanie polegało na usunięciu pewnych nawykowych, normalnych zahamowań umysłu i zmysłów, co umożliwiało nam widzenie rzeczy takimi, jakie byłyby, gdybyśmy nie byli tak chronicznie stłumieni?

Niewiele nam wiadomo o dokładnych skutkach działania LSD, lecz obecny stan wiedzy sugerowałby tę drugą możliwość. Jeśli tak jest, to możliwe też pozostaje, że formy sztuki innych kultur wydają się egzotyczne, tzn. niezwykle czarujące, ponieważ widzimy świat oczami artysty, którego tłumienie nie jest takie samo jak nasze. Blokady w ich widzeniu świata mogą nie pokrywać się z naszymi blokadami, tak że w ich przedstawieniu świata widzimy to, co zwykle sami ignorujemy.

Skłaniam się ku takiemu wnioskowi, ponieważ zdarzało mi się widzieć świat w tym magicznym aspekcie bez korzystania z LSD i były to chwile, kiedy byłem głęboko zrelaksowany, a moje zmysły były swobodnie otwarte na otoczenie. Czując wtedy, iż nie byłem naćpany, lecz że znajdowałem się w stanie niezwykłej otwartości na rzeczywistość, próbowałem rozpoznać znaczenie, wewnętrzny charakter tańczącej formy, która stanowiła zarówno o mnie, jak i o ogrodzie, oraz o całym sklepieniu nocy z jej kolorowymi gwiazdami.

Nagle oczywiste stało się to, że to wszystko jest grą miłosną, gdzie miłość znaczy wszystko, co z tym słowem związane – spektrum rozciągające się od czerwieni rozkoszy erotycznej, poprzez zieleń ciepła ludzkiego serca, do fioletu boskiego miłosierdzia – od freudowskiego libido do dantejskiej „miłości, która porusza Słońcem i innymi gwiazdami”. Ale nawet jeśli wszystkie kolory pochodziły ze zwykłego, białego światła, źródło to było czymś więcej od zwyczajnie pojmowanej miłości; było również inteligencją, nie tylko Erosem i Agape, lecz również Logosem.

Dostrzegłem, że zawiła budowa, zarówno roślin, jak i mojego własnego układu nerwowego, przypominających symfonie rozgałęziających się złożoności, nie były tylko manifestacjami inteligencji, tak jakby rzeczy takie jak inteligencja i miłość były substancjami lub bezforemnymi siłami. Było raczej tak, że sama forma była inteligencją i miłością, wbrew jej wszystkim powierzchownym, głupim i okrutnym zniekształceniom.

Prawdopodobnie nie ma sposobu na przeprowadzenie obiektywnej weryfikacji takich wglądów. Świat jest miłością dla tego, kto go traktuje tak, jakby nią był, nawet jeśli jest przez niego torturowany i niszczony, a w stanach świadomości, w których nie ma podstawowego rozczepienia na ego i świat, cierpienie nie może być odczuwane jako zło wyrządzone przez kogoś innego. Na mocy tej samej logiki wydawać się może, że bez oddzielenia jaźni i świata miłość nie może istnieć.

To mogłoby być prawdą, gdyby indywidualność i uniwersalność były formalnymi przeciwieństwami wykluczającymi się wzajemnie, tzn. gdyby nierozłączność jaźni i świata oznaczała, że wszystkie indywidualne zróżnicowania są po prostu nierealne. Ale w unitarnym, niedualistycznym poglądzie na świat, który opisywałem, rzeczy tak się nie mają. Indywidualne różnice wyrażają jedność tak jak gałęzie, liście i kwiaty z tej samej rośliny, a miłość między nimi jest realizacją ich podstawowej współzależności.

Nie miałem jeszcze możliwości zażycia LSD w okolicznościach wielkiego fizycznego lub moralnego bólu i dlatego moje badania problemu zła pod wpływem tego środka mogą wydawać się powierzchowne. Tylko podczas jednego z tych eksperymentów odczuwałem dotkliwy lęk, ale słyszałem o kilku przypadkach, w których LSD wywołało stany psychiczne w najwyższym stopniu niepokojące i nieprzyjemne.

Nieraz próbowałem wywołać i u siebie takie stany, patrząc na obrazy zwykle wywołujące „ciarki” – pająki, niebezpieczne ryby i owady. Jednak wywołały one u mnie jedynie wrażenie piękna i bogactwa, gdyż nasza normalna projekcja zła na te stworzenia jest wtedy całkowicie wycofana, tak że ich narządy destrukcji stają się nie bardziej złowieszcze, niż zęby pięknej kobiety.

Przy innej okazji wpatrywałem się długo w reprodukcję Sądu Ostatecznego Van Eycka, który bez wątpienia jest jednym z najstraszniejszych wytworów ludzkiej wyobraźni. Obraz piekła zdominowany jest przez postać Śmierci, kościotrupa, pod którego nietoperzymi skrzydłami znajduje się wijąca masa krzyczących ciał zjadanych przez węże, które przenikają je jak robaki owoc. Jednym z ciekawych skutków działania LSD jest wywoływanie złudzenia ruchu w nieruchomych obrazach, malunek ten więc ożył, a cała plątanina kończyn i węży zaczęła wić się przed moimi oczami.2

Zwyczajnie widok taki powinien być odrażający, lecz wtedy obserwowałem go z żywym zainteresowaniem, dopóki nie przyszła mi do głowy myśl: „Demon est deus inversus – Diabeł to odwrócony Bóg. Obróćmy zatem obraz do góry nogami”. Tak też zrobiłem, po czym wybuchnąłem śmiechem, gdyż od razu jasne stało się to, że obraz ten przedstawia pusty dramat, pewnego rodzaju duchowego stracha na wróble, wymyślonego, by chronić jakąś tajemnicę przed profanacją ze strony ignorantów. Wyrażenia męki potępionych wydawały się całkiem jawnie maskami, a co do głowy Śmierci, wielka czaszka w centrum obrazu stała się tym, czym jest czaszka – pustą skorupą, zatem skąd przerażenie, skoro w środku nie ma nic?

Zobaczyłem, rzecz jasna, eklezjastyczne piekła takie, jakie są. Z jednej strony są roszczeniem, by od autorytetu społecznego nigdy nie dało się uciec, gdyż istnieje pośmiertna policja, która złapie każdego kryminalistę. Z drugiej strony są znakiem „zakaz wjazdu”, zniechęcającym nieszczerych i niedojrzałych ludzi do osiągania wglądów, których mogliby nadużyć.

Dziecko jest umieszczane w kojcu, by nie miało dostępu do zapałek lub by nie spadło ze schodów i chociaż zadaniem kojca jest trzymanie dziecka w zamknięciu, rodzice są naturalnie dumni, kiedy dziecko urośnie na tyle, by się z niego wydostać. Podobnie człowiek może dokonywać czynów prawdziwie moralnych jedynie wtedy, kiedy nie motywuje go już strach przed piekłem, to znaczy, kiedy dorasta do unii z Dobrem, które jest poza dobrem i złem, i kiedy nie działa już z chęci nagrody lub ze strachu przed karą. Dokładnie taka jest natura świata uważanego za samoporuszające się działanie, wytwarzającego przeszłość, zamiast być przez nią motywowanym.

Poza tym dostrzeżenie pustej groźby Śmierci było z pewnością zrozumieniem faktu, że strach przed śmiercią, różny od strachu przed umieraniem, jest jednym z najbardziej bezpodstawnych złudzeń, które nas kłopoczą. Ponieważ zupełnie niemożliwe jest wyobrażenie sobie własnej nieobecności, wypełniamy pustkę w naszych umysłach obrazami bycia pogrzebanymi żywcem w wiecznej ciemności. Jeśli śmierć jest po prostu przerwaniem strumienia świadomości, to z pewnością nie ma się czego obawiać.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją pewne jawne dowody na istnienie życia po śmierci w postaci kilku nadzwyczaj niewyjaśnionych kontaktów mediumicznych i pamięci przeszłych żywotów. Przypisuję je w dość niejasny sposób subtelniejszym sieciom komunikacyjnym i związkom form życia, które normalnie postrzegamy.

Albowiem jeśli formy się powtarzają, jeśli struktura gałęzi drzewa rozbrzmiewa w kształcie biegu strumyka wody na pustyni, nie byłoby takie dziwne, gdyby forma tak skomplikowana, jak ludzki układ nerwowy, miała powtarzać konfiguracje, które powstają w świadomości jako prawdziwe wspomnienia najdawniejszych czasów.

Moje osobiste zdanie, a jest to oczywiście nic więcej jak tylko opinia, jest takie, że przekraczamy śmierć nie jako indywidualne systemy pamięciowe, lecz o tyle, o ile nasza prawdziwa tożsamość jest całkowitym procesem świata, różnym od pozornie oddzielonego organizmu.

Jak już wspomniałem, to uczucie bycia całym procesem jest często doświadczane pod wpływem LSD i jak dla mnie powstawało z silnego odczucia wzajemności przeciwieństw. Linia i płaszczyzna, koncepcja i percepcja, przestrzeń i materia, figura i tło, podmiot i przedmiot wydają się tak współzależne, że aż ze sobą zamienne.

W pierwszej chwili zdaje się na przykład, że w naturze nie ma linii, że istnieją tylko granice płaszczyzn, granice, które mimo wszystko są samymi płaszczyznami. Lecz zaraz po tym, patrząc dokładnie na strukturę tych płaszczyzn, odkrywa się, że są one niczym innym, jak gęstą siecią wzorzystych linii.

Patrząc na formę drzewa naprzeciw nieba, czułem w pierwszej chwili, że jego zarys „należy” do drzewa, wybuchając w powietrze. Ale chwilę później czułem, że ta sama forma jest „szczerbą” w niebie, przestrzenią wdzierającą się w drzewo. Każde pociągnięcie odczuwane jest jako popchnięcie i na odwrót, tak jak podczas obracania kierownicy w dłoniach. Ciągnie się ją czy popycha?

Wrażenie, że formy są także cechami przestrzeni, w której się rozwijają, nie jest wcale takie fantastyczne, gdy rozważy się naturę pól magnetycznych czy, powiedzmy, dynamikę wirującego atramentu wpuszczonego do wody. Pojęcia zwerbalizowanej myśli są tak nieporęczne, że skłaniamy się ku myśleniu tylko o jednym aspekcie związku na raz. Zmieniamy nasze widzenie danej formy raz jako cechy figury, a raz jako cechy tła, jak w gestaltowskim obrazie dwóch czarnych profili zbliżających się do pocałunku. Biała przestrzeń pomiędzy nimi wydaje się kielichem, ale naprawdę trudno jest widzieć jednocześnie całujące się buzie i kielich.

Jednak pod wpływem LSD człowiek okazuje się w stanie odczuwać tę jedność całkiem żywo, stając się świadomy wzajemności swej własnej formy i działania oraz formy otaczającego go świata. Obydwie wydają się kształtować i determinować siebie wzajemnie w tej samej chwili, współdziałając w doskonałej harmonii, wywołując uczucie, że faktycznie jest się sobą i światem.

Wewnętrzna tożsamość odczuwana jest na każdym poziomie otoczenia – fizycznym świecie gwiazd i przestrzeni, kamieni i roślin, społecznym świecie ludzi oraz ideowym świecie sztuki i literatury, muzyki i rozmowy. Wszystkie są podstawami, polami działającymi w najintymniejszym związku z naszą własną egzystencją i zachowaniem, tak że „źródło” działań leży i w nas, i w świecie, stapiając je w pojedyncze zdarzenie. Z pewnością z tego powodu zażycie LSD wspólnie z małą grupą może być doświadczeniem głębokiej eucharystii, zbliżającym jej członków w nadzwyczaj ciepłej i intymnej przyjaźni.

Podsumowując, uważam moje eksperymenty z tym zdumiewającym środkiem za bardzo cenne chwile – twórcze, pobudzające i przede wszystkim dające mi do zrozumienia, że „są na tym świecie takie rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło”.

Tylko raz odczuwałem zgrozę – wrażenie bycia bliskim obłędu, ale nawet wtedy uzyskany wgląd był wart tego bólu. Jednak wystarczyło to, bym się przekonał o tym, że bezkrytyczne użycie tej alchemii może być nadzwyczaj niebezpieczne oraz abym zaczął zadawać sobie pytanie, kto w naszym społeczeństwie jest na tyle kompetentny, by kontrolować jej użycie? Rzecz jasna, odnosi się to jeszcze bardziej do innych potęg nauki, takich jak energia atomowa, bowiem gdy tylko coś się stanie znane, nie ma sposobu na zamknięcie go w szafie.

W czasach obecnych, w roku 1960, LSD jest pod kontrolą farmakologów i kilku grup badawczych złożonych z psychiatrów, i choć istnieją pozbawieni skrupułów, jawnie szaleni psychiatrzy, to wydaje mi się, że jest to bardziej wiarygodna forma kontroli niż ta stosowana przez policję i biuro ds. narkotyków – co wcale nie jest kontrolą, lecz nieskutecznym tłumieniem i oddawaniem faktycznej kontroli siłom zorganizowanej przestępczości.

Ogólnie rzecz biorąc, czujemy się usprawiedliwieni, używając niebezpiecznych mocy, kiedy da się ustalić, że istnieje relatywnie małe ryzyko katastrofy. Życie ułożone w całkowicie bezpieczny sposób nie jest zwyczajnie warte przeżycia, ponieważ wymaga całkowitego zniesienia wolności. A ta doskonale racjonalna zasada ryzyka usprawiedliwia nasze korzystanie z samolotów, samochodów, urządzeń elektrycznych w domach i całej reszty innych niebezpiecznych narzędzi cywilizacji.

Jak dotąd rejestr katastrof wynikających z zażycia LSD jest bardzo mały i nie ma wcale dowodów na to, że jest ono uzależniające lub fizycznie szkodliwe. Oczywiście, możliwe jest psychiczne uzależnienie od bodźców, które nie stwarzają żadnego pragnienia identyfikowalnego w terminach fizjologicznych.

Osobiście nie jestem przykładem fenomenalnej siły woli, lecz uważam, że nie mam skłonności do zażywania LSD w taki sam sposób, w jaki używam tytoniu, wina czy likierów. Przeciwnie, doświadczenie to jest zawsze tak owocne, że odczuwam, iż muszę przetrawić je przez parę miesięcy, zanim zdecyduję się na nie ponownie.

Ponadto, uważam iż instynktownie nie jestem skłonny podejść do niego bez takiej samej chęci i poświęcenia, z którą podchodzi się do sakramentu, oraz że doświadczenie to jest warte zachodu, pod warunkiem że utrzymuję moje krytyczne i intelektualne moce w pogotowiu.

Powszechnie uważa się, że istnieje radykalna niezgodność pomiędzy intuicją i intelektem, poezją i logiką, duchowością i racjonalnością. Na mnie największe wrażenie w doświadczeniach z LSD wywarło to, że te formalnie przeciwstawne królestwa wzajemnie uzupełniały i wzbogacały się, sugerując tym samym modus życia, w którym człowiek nie jest już dłużej paradoksalnym wcieleniem anioła i zwierzęcia, rozumu walczącego z instynktem, lecz cudownym połączeniem Erosa i Logosu w jedno.

Przypisy:

1. Często stwierdzałem, jak w Drodze zen, że „realny” świat jest raczej konkretny niż abstrakcyjny i że dlatego konceptualne formy porządku, kategoryzacji i logiki, które ludzki umysł projektuje na naturę, są w jakiś sposób mniej realne. Lecz przy kilku okazjach LSD zasugerowało mi fundamentalną tożsamość percepcji i koncepcji, konkretu i abstrakcji. W końcu nasze mózgi i same formy w nim są częścią konkretu, fizycznego świata, i dlatego nasze abstrakcje są tak samo formami natury, jak jest nimi budowa kryształu lub organizacja paproci.

2. Później za pomocą morskiej muszelki byłem w stanie zrozumieć pewne przyczyny tego efektu. Wszystkie małe różowe wypukłości na muszelce wydawały się drgać, nie tylko wizualnie, lecz także w dotyku. Obserwując to zjawisko dokładnie, zdałem sobie sprawę z tego, że wraz z ruchem moich oczu badających powierzchnię muszelki wydawały się one zmieniać intensywność kolorów, przyczyniając się do zwiększania lub zmniejszania głębi cieniów. Nie miało to miejsca, gdy utrzymywałem oczy w bezruchu. Ten ruch, pozorny ruch cieniów, często wydaje się ruchem przedmiotu rzucającego je, w tym przypadku wypukłości na muszelce. W obrazie Van Eycka miała miejsce podobna zmiana, rozjaśnianie i ciemnienie faktycznych cieni, które artysta namalował, i stąd też takie samo złudzenie ruchu.

Alan Watts

(tłum. duseone / red. Conradino Beb)

 

Źródło: This is It and Other Essays on Zen and Spiritual Experience, Pantheon Books, New York 1960.

Substancja obecna w ayahuasce stymuluje powstawanie komórek prekursorowych

Jak donoszą naukowcy z Instytutu Badań i Edukacji D’Or (IDOR) oraz Instytutu Nauk Biomedycznych Uniwersytetu Federalnego w Rio de Janeiro (ICB-UFRJ), harmina, substancja zawarta w halucynogennym wywarze ayahuasca, stymuluje powstawanie komórek prekursorowych, które konieczne są do wzrostu nowych neuronów.

Podział komórek prekursorowych – rodzaju tkankowych komórek macierzystych występujących w narządach dorosłych osobników, służących do ich regeneracji – poddanych działaniu harminy, substancji z grupy alkaloidów, znanej również jako telepatyna, będącej inhibitorem monoaminooksydazy, przyśpieszył w badaniu o 70% po czterech dniach.

A że proces tworzenia nowych neuronów polega m.in. na blokowaniu działania genu DYRK1A, znajdującego się w dwudziestym pierwszym chromosomie u człowieka, odpowiedzialnego za chorobę Downa czy Alzheimera, harmina może wkrótce odegrać ważną rolę w badaniu nie tylko neurogenezy – procesu powstawania nowych komórek nerwowych – lecz również w terapii wymienionych schorzeń.

SantoDaime
Ceremonia Santo Daime (kościoła ayahuaskowego)

Ayahuasca, znana również jako yage lub yaye, była używana od wieków przez Indian z Ameryki Południowej w ceremoniach szamańskich, wojennych i inicjacyjnych. Wywar od kilku dekad staje się również popularnym sakramentem synkretycznych kościołów, wyrastających jak grzyby po deszczu w Boliwii, Brazylii i Urugwaju.

Dowiedziono już wcześniej, że lekarstwa antydepresyjne działają na gryzonie poprzez indukcję neurogenezy. Zdecydowaliśmy się więc przetestować harminę, alkaloid który w ayahuasce występuje w najwyższym stężeniu, by sprawdzić, czy doprowadzi on do neurogenezy ludzkich komórek – streścił cele badania dr Vanja Dakic, jeden z członków zespołu naukowego.

Jak sugeruje ponadto inny naukowiec, Stevens Rehen: Rezultaty naszego badania demonstrują, iż harmina jest w stanie tworzyć nowe komórki nerwowe u człowieka, podobnie jak klasyczne leki antydepresyjne, które często posiadają jednak dotkliwe efekty uboczne.

Conradino Beb

 

Źródło: Science Daily

Czy „Doktor Strange” z Benedictem Cumberbatchem uchwycił psychedeliczny klimat komiksu?

Doktor Strange ma wielu fanów, nawet jeśli nie są oni tak liczni, jak fani innych komiksów Marvela takich jak Iron Man, Spider Man czy Kapitan Ameryka. Ale nie da się ukryć, że Disney wyciągnął Doktora z rękawa właśnie teraz, gdyż pierwszorzędni superbohaterowie Marvela zostali niemal w całości wyeksploatowani w ramach MCU.

Doktor Strange jest wyjątkowym superbohaterem z kilku powodów. Po pierwsze, zadebiutował on na łamach Strange Stories w 1963, czyli w momencie, gdy świat wkraczał w jeden z najbardziej burzliwych momentów powojennej historii Zachodu, co komiks bez wątpienia odzwierciedla.

Po drugie, Doktor Strange był pierwszym superbohaterem Marvela, który otwarcie babrał się w okultyzm, magię i projekcję astralną (żeby wymienić tylko te najważniejsze), a do tego miał bardzo antymaterialistyczne podejście do życia (z otwartą pogardą dla pieniędzy włącznie), co z miejsca uczyniło go idolem kontrkultury headów. Jednym z największych fanów komiksu był sam Ken Kesey.

Po trzecie, Doktor Strange jako pierwszy superbohater Marvela otworzył drzwi dla psychedelicznych wątków w komiksie. Doktor Strange podróżował po innych światach pełnych dziwnych efektów wizualnych, które bez wątpienia można nazwać halucynogennymi. Był pierwszym superbohaterem, który udowodnił, że komiks może iść tak daleko, jak sięga wyobraźnia twórców.

dr_strange_psychedelic
„Doctor Strange: Master of the Mystic Arts” / Marvel, 1974

Pierwsze tweety krytyków po premierze potwierdzają, że film w istocie pełen jest tripowych efektów specjalnych:

Bardzo tripowe efekty wizualne – David Ehrlich (IndieWire).

Tripowe efekty wizualne – Courtney Howard (Fresh Fiction TV)

Cudownie tripowy – Andry Signore (Screen Junkies)

Tripowy i psychedeliczny – Brandon Norwood (The Tracking Board)

Trochę jak trip na kwasie – Anna Klassen (Bustle)

Jak podkreśla także reżyser, Scott Derrickson (Zbaw nas ode złego, Egzorcyzmy Emily Rose): Duchowość pojawia się w naszej kulturze od dłuższego czasu i lata ’60 były momentem, w którym ludzie zaczęli poszukiwać czegoś ponad dobra materialne. Ale w jaki sposób można połączyć to z oczekiwaniami współczesnego świata?

Częściową odpowiedź znajdziemy w kinie, które może zabrać ludzi w podróż przekraczającą wszelkie wyobrażenia, dające się jednak przenieść na ekran dzięki efektom specjalnym, cyfrowej manipulacji, krajobrazom i widokom, które sprawią, że naprawdę odlecisz.

Conradino Beb

Na sprzedaż zegarek z Timothym Learym i dragami zamiast godzin!

Jak twierdzi the-image-builder, sprzedawca z eBaya, zegarek na aukcji ma przynajmniej 45 lat, więc najprawdopodobniej został wyprodukowany pod koniec lat ’60. Obecny właściciel dostał go w prezencie w latach ’70, ale wsadził go do pudełka i szybko o nim zapomniał, by wyciągnąć dopiero teraz.

Zegarek jest wg właściciela w pełni funkcjonalny, choć ma lekko porysowane szkiełko i po nakręceniu spóźnia się o minutę czy dwie, ale swoją rolę spełnia idealnie.

Za 15 LSD, 20 po kokainie, 5 po trawie czy wpół do speeda to wersje czasu, które oferuje swojemu potencjalnemu użytkownikowi!

Cena wywoławcza wynosi $305, ale sprzedawca wraca z wakacji dopiero 26 września, więc sprawę można spokojnie przemyśleć. Zegarek można licytować tutaj.

timothy_leary_get_high_60s_watch_2-jpg

Neil Young mówi, jak zbić ciężką fazę po marihuanie!

Neil Young pił, zażywał halucynogeny i palił jointy tak jak inni palą papierosy przez większość swojego życia, ale kilka lat temu ogłosił, że „im bardziej jest trzeźwy, tym bardziej jest uważny”, co pozwala mu bardziej poznać siebie i trochę bardziej się zakotwiczyć.

Jak artysta powiedział w wywiadzie dla New York Times, przeprowadzonym we wrześniu 2012: Zarzucałem dragi przez 40 lat i chcę teraz zobaczyć, jak to jest bez nich. To inna perspektywa.

Ale okazuje się, że bard kontrkultury nie do końca rzucił palenie trawy, bo dwa lata później wyznał w programie radiowym Howarda Sterna, że „pali ją od czasu do czasu w małych ilościach”.

Stern przyznał się wtedy, że sam nie pali, bo wkręca mu się paranoja, na co Neil Young poradził mu: Jeśli łapiesz paranoję, spróbuj ziarenek czarnego pieprzu. Właśnie się dowiedziałem, że pomaga żucie dwóch czy trzech ziarenek. Spróbuj.

Czy to działa? Tak, przysięga Owen Smith na łamach Cannabis Digest!

Źródło: New York Times / The Cannabist

Wpływ LSD na mózg ujawniony po raz pierwszy w historii na kolorowych skanach!

Badacze z Imperial College w Londynie, pracujący we współpracy z Beckley Foundation, ujawnili po raz pierwszy w historii, jak LSD wpływa na nasz mózg, wykonując serię skomplikowanych, nowatorskich skanów. Badaniu poddało się 20 zdrowych ochotników, a jego efekty znacznie powiększają naszą wiedzę o działaniu legendarnego środka psychedelicznego.

Naukowcy czekali 50 lat na moment, w którym ujawnione zostanie, w jaki sposób LSD zmienia biologię naszego mózgu. Po raz pierwszy naprawdę możemy zobaczyć, co dzieje się w mózgu w stanie psychedelicznym, a to pozwala nam lepiej zrozumieć dlaczego LSD miało tak ogromny wpływ na samoświadomość, muzykę i sztukę. To może mieć znaczące implikacje dla psychiatrii i kuracji pacjentów z takimi chorobami jak depresja. – powiedział znany badacz środków psychedelicznych, a także adwokat ich depenalizacji, profesor David Nutt.

lsd_brain_scan1
Mózg na LSD po prawej

Głównym odkryciem jest fakt, że ludzie przeżywający halucynacje na kwasie, działają pod wpływem wielu impulsów płynących z różnych stron mózgu. Przykładowo, wizualne informacje odbierane za pomocą zmysłu wzroku, są w normalnych warunkach przetwarzane dzięki strukturze zwanej pierwszorzędną korą wzrokową, ale nie pod wpływem LSD.

Jak powiedział dr Robin Carhart-Harris, szef zespołu badawczego: Zaobserwowaliśmy zmiany mózgu pod wpływem LSD, które sugerują, że nasi ochotnicy „widzieli z zamkniętymi oczami”, pomimo tego iż oglądali raczej wytwory własnej wyobraźni, a nie świata zewnętrznego. Odkryliśmy przy tym, że w przetwarzaniu informacji wizualnej na LSD brało udział znacznie więcej obszarów mózgu, nawet przy zamkniętych oczach ochotników. Ponadto, skala tego efektu odpowiadała ocenie wystawionej przez badanych swoim skomplikowanym, sennym wizjom.

Dr Carhart-Harris wyjaśnił także pokrótce, skąd na LSD bierze się dobrze znane jego użytkownikom poczucie jedności z kosmosem: Normalnie nasz mózg składa się z niezależnych sieci, które odpowiadają za wyspecjalizowane funkcje tj. widzenie, ruch, słuch, a także uwaga – ta jest bardziej skomplikowana. Jednak pod wpływem LSD izolacja tych sieci się załamuje i widzimy bardziej zintegrowany czy zjednoczony mózg.

Rezultaty naszego badania sugerują, że efekt ten jest podstawą głębokiego poziomu odmiennego stanu świadomości, o którym często mówią ludzie będący pod wpływem LSD. Jest on również związany z często wspominanym „rozpuszczeniem ego”, co oznacza iż normalne poczucie jaźni zostaje zniszczone i zastąpione przez poczucie połączenia z samym sobą, innymi czy światem natury. Doświadczenie to czasem nabiera wymiarów religijnych czy duchowych i wydaje się być utożsamiane z polepszeniem dobrobytu po tym, jak środek przestał działać.

lsd_brain_scan2
Mózg pod wpływem LSD na dole

Część z badania skupiła się również na efektach muzyki na ludzi pod wpływem LSD, ujawniając że prowokuje ona interesujące impulsy mózgowe, które zamieniają się w halucynacje. To współbrzmi z raportem opublikowanym niedawno w European Neuropsychopharmacology, który ujawnia że człowiek słuchający muzyki pod wpływem LSD otrzymuje dużo sygnałów ze strony parahipokampu – sfery mózgu zaangażowanej w przetwarzanie mentalnych obrazów i osobistych wspomnień – aktywujących pierwotną korę wzrokową, co prowadzi do kolorowych wizji.

Nasze mózgi stają się coraz bardziej ograniczone i posegregowane kiedy dorastamy, co może się przekładać na większe skupienie i sztywność w myśleniu. W wielu aspektach mózg pod wpływem LSD przypomina mózg dziecka: wolny i nieskrępowany. To ma także sens, jeśli pomyślimy o pełnej wyobraźni i hiper emocjonalnej naturze dziecięcego mózgu. – dodaje dr Carhart-Harris.

Conradino Beb

Źródło: Imperial College London News

Psychedeliczna historia „Eight Miles High”

Eight Miles High to jeden z największych klasyków rocka psychedelicznego. I choć nie był to numer, który odpalił gatunek – ten zaszczyt należy bez żadnej wątpliwości do You’re Gonna Miss Me The 13th Floor Elevators – był pierwszym granym przez popularne stacje radiowe, by równie szybko zostać zdjęty ze względu na kontrowersyjne słowo „high”!

Nagrany przez The Byrds pod koniec stycznia 1966 i wypuszczony na rynek 14 marca jako singiel 7″, kawałek korzystał z bogatego brzmienia dwunastostrunowej gitary elektrycznej Rickenbackera i minorowej skali melodycznej, w zawoalowany sposób odnosząc się do doświadczenia psychedelicznego. Muzycy świadomie próbowali emulować brzmienie Ravi’ego Shankara i Johna Coltrane’a, będąc od przynajmniej roku dobrze zaznajomieni z efektami LSD.

Jak potwierdza Guardianowi Roger McGuinn: Eight Miles High bywa nazywany pierwszym psychedelicznym kawałkiem. To prawda, że eksperymentowaliśmy z LSD i że tytuł zawiera słowo „high”, więc jeśli ludzie chcą się tego trzymać, to wspaniale. Ale Eight Miles High był tak naprawdę hołdem dla Johna Coltrane’a. To była nasza próba grania jazzu.

Byliśmy w trasie po USA i ktoś puścił nam dwa albumy Coltrane’a: Africa/Brass (ósmy album w karierze solowej Coltrane’a, wypuszczony w 1961 przez Impulse! Records – przyp. red.) oraz Impressions. Właśnie kupiłem odtwarzacz kaset, a że była to absolutna nowość, nigdzie nie można było kupić do niego żadnych taśm. Ale że miałem kilka czystych kaset, nagrałem na nie obydwa albumy razem z kilkoma płytami Ravi’ego Shankara i wziąłem je w trasę. To była jedyna muzyka, którą mieliśmy w autobusie, więc pod koniec trasy Coltrane i Shankar wryli nam się kompletnie w mózg.

Był jeden kawałek Coltrane’a zatytułowany India, w którym próbował on emulować sitar na saksofonie. Zawierał ciągle powtarzaną frazę „dee da da da”, którą przełożyłem na swojego Rickenbackera i do której dołożyłem trochę jazzowych nut. Byłem zakochany w jego grze na saksofonie: tych wszystkich śmiesznych nutkach i szybkich strzałach na samym dole skali.

John Coltrane – India (Impressions, 1963)

Podstawę rytmiczno-melodyczną utworu skomponował ostatecznie Gene Clark, a tekst w dużej mierze ułożył David Crosby, który nagrał też ścieżkę wokalną. Tytuł był z drugiej strony wynikiem zbiorowej burzy mózgów, w której rozmowa o trasie po Anglii w 1965 i o tym, jak wysoko leciał samolot, połączyła się swobodnie z Eight Days a Week Beatlesów, ostatecznie dając Eight Miles High.

Rewolucyjny jak na swoje czasy kawałek bardzo szybko stał się symbolem dla raczkującej kontrkultury młodzieżowej, największą popularność zdobywając oczywiście w Kalifornii, kolebce zespołu. Niestety, został on bardzo szybko zbanowany na skutek Raportu Gavina (konserwatywnej publikacji radiowej), w którym oskarżono go o reklamowanie narkotyków… czego nawet nie próbuje dementować David Crosby.

the_byrds_eight_miles_high_flyer
Plakat Columbii reklamujący „Eight Miles High”

Jak twierdzi artysta: Oczywiście, że Eight Miles High była piosenką o dragach. Jej głównym tematem jest wysokość lotu, ale celowo zawarliśmy w niej ukrytą aluzję (…) Wiedzieliśmy, że Eight Miles High była niezwykłą piosenką i chcieliśmy ją dobrze nagrać. Podpisaliśmy kontrakt z Columbią, której studia nagraniowe były pod kontrolą związków z regularnymi przerwami etc. Byli dla nas chujami.

W tym samym czasie Jefferson Airplane nagrywali na tej samej ulicy dla RCA z Alem Schmittem, jednym z największych inżynierów dźwięku w historii. Więc powiedziałem zespołowi: „Dlaczego się nie wymknąć i nie nagrać tego z prawdziwymi zawodnikami w prawdziwym studiu?” Wymknęliśmy się więc i nagraliśmy swoją wersję.

Kiedy dowiedziała się o tym Columbia, grozili nam zerwaniem kontraktu i sprawą sądową, w zasadzie wszystkim. Rozpętała się bitwa aż nasz menedżer w końcu się poddał i nagraliśmy nową wersję dla Columbii, która stała się klasykiem. Wciąż jednak uważam, że nasza była lepsza.

Eight Miles High (pierwsza wersja)

Conradino Beb

Marcelo Burlon wprowadza psychodeliki, neoszamanizm i UFO do świata mody

Urodzony w 1977 w surowej argentyńskiej Patagonii, Marcelo Burlon przeniósł się wraz z rodziną do Porto Potenza Picena na południu Włoch w wieku 14 lat. W 1998 przeprowadził się do Mediolanu, gdzie rozpoczął karierę klubową. Startując od selekcjonera w klubie Magazzini Generali, w końcu stał się rzecznikiem PR, didżejem, promotorem i stylistą, powiększając swoją bazę klientów o Nike, Adidasa, Versace, Calvina Kleina, Pradę i Jil Sander.

W 2013 Burlon wystartował z własną marką odzieżową County of Milan, zbudowaną na wcześniejszych doświadczeniach z produkcją T-shirtów, którą tak opisuje jej właściciel, konsekwentnie odmawiający nazywania się dizajnerem: Mówimy o prawdziwym szamańskim rytuale, momencie kolektywnej ekstazy i duchowej transformacji, który odnajdujemy w zachodniej kulturze, nawet jeśli w zupełnie odmiennym kontekście, w nocnych klubach, tańcząc w rytm pulsującej muzyki elektronicznej i stroboskopów. Obmywani przez substancje psychoaktywne, zawieszeni w pustce, bez świadomości istnienia.

W świeżym wywiadzie dla włoskiego Vice’a Burlon szczegółowo wyjaśnia nawet, skąd w jego kolekcji pojawiły się neoszamanistyczno-psychedeliczne wzory: Urodziłem się i wychowałem w hipisowskiej wiosce w Patagonii, gdzie jedna z moich przyjaciółek była szamanką. To ona wprowadziła mnie w szamanizm i nauczyła mnie pewnego rytuału, który miałem powtarzać. Razem z moim przyjacielem-czarownikiem omawialiśmy później pomysł na rytuał szamański, który chcieliśmy przeprowadzić na wybiegu mody. Tłumaczył mi on wtedy, iż bardzo ważne jest, żebym był centrum tego rytuału.

Dalej Burlon wyjaśnia również swoją wiarę w UFO mówiąc: Patagonia to bardzo ciekawa i uduchowiona kraina, znajdziemy tam również przybyszy z kosmosu. Pewnego razu wspólnie z moim przyjacielem widzieliśmy o zmierzchu smugę światła mknącą przez niebo z szybkością ponaddźwiękową. Wydawało nam się, że leci prosto na nas, ale przelatywała nad górami. Istnieją istoty o wyższym poziomie rozwoju należące do różnych społeczeństw, tak jak na Ziemi.

Burlon właśnie zaprezentował swoją męską kolekcję na jesień 2016. Ta została bardzo wysoko oceniona przez Luke’a Leitcha na łamach Vogue, który podkreśla jak zręcznie połączył on organiczne, halucynogenne motywy z etnicznymi wzorami z Patagonii, oferując w pełni neoplemienne doświadczenie pełne ciepła i dające uczucie przygody.

Prezentację swojej kolekcji Argentyńczyk otworzył słowami: W ten wieczór obchodzę trzecią rocznicę swojego brandu. Ale nie chodzi tylko o brand, bo to styl życia. Jestem didżejem i pracowałem dla dizajnerów bardzo długo jako dizajner i promotor. Ale w pewnym momencie zdecydowałem promować sam siebie i wystartować z tym brandem, który okazał się wielkim sukcesem. Dziękuję mediom społecznościowym i wszystkim rewolucjom, które zastałem. Dzisiaj celebrujemy szamańską ceremonię, którą przeprowadzam na wybiegu. Dziękuję wszystkim bogom.

Kolekcja męska jesień 2016:

men2016_burlon_1

men2016_burlon_2
men2016_burlon_3
men2016_burlon_4
men2016_burlon_5
men2016_burlon_6
men2016_burlon_7
men2016_burlon_8

Interview with Gnod, trickster sound research unit from Salford. Part II

gnodpo_skalowaniu

Jakub: Our conversation is circulating around Islington Mill. Did you find that place before or after you set up Gnod?

Paddy: Just before. The first time i came here was after sound of the city festival. It was first SFTOC I think. Somebody said there was an after party in Islington Mill and we were like, “where? Where the fuck is that?” So we go there and it was this fucking crazy party with like 300 nutters all dancing, all partying like crazy. I was quite young and was just like “what is this fucking mad place”. And then it became the place to go to for little parties, then they starting doing gigs there and we stared doing gigs there, one when me & Chris were in Stranger Son of WB supporting The Fire Engines in 2006. Then Gnod started up and started playing here as Gnod. We became friends with an owners Bill, Morry & Mark and they said why don’t you move onto a studio so we started to rehearse there.

Chris: When we first moved in we didn’t realise at that time how much we would become involved in the place. When we go on tour it’s like 50% of the staff that actually run the place have suddenly gone on tour. And they do struggle because we do a lot jobs here.

It’s kind of like an eggs in one basket kind of thing. We have invested so much of what we do in this place. If we had to move out now and find something else we’d find it really hard because there’s no other place like it in the UK. We’d have to start something ourselves I think. It’s become a place to live, a place to work, a place to hang out. We have people dropping in from all over Europe to stay at the mill. Just to have that community around you, being able to bounce ideas off people. And we’ve got everything in one place.

But in the future it would be good to have own base somewhere. I mean, living here for just over five years and in that time I’ve got to see how it’s run. You get the idea that it’s possible to get somewhere, a building, and do something with it creatively. It would be a lot of work to do it but possible. Like a cafe or something??

J: Do you think about to set up something only by Gnodians?

P: Yes it would be great to do that. It will take obviously take a little bit of money, but it’s all possible. I’d love to have a place not so big as this, but like a place where Gnod could live, do stuff, and use it as a HQ but also be free to move around. I’m always looking for somewhere like that.

Ch: That idea has been with us from the start. I read somewhere that Sunburned Hand of the Man used to do that. They were based in a big barn in Boston where some of them live. They have a big room to jam and people come over, they record it and that’s how they made most of their records. We liked the idea of that. Not being a commune band but having somewhere as your base where you can live and rehearse in one place, that’s essential for us I think.

J: When i read an interviews and papers about you is an opinion about you that you are commune band, everybody is coming in coming out.

Ch: We had never been a nine to five band, or one of these bands that do a rehearsal for two hours on a Wednesday and Thursday.

P: We operate definitely different to other bands. We do all kind of live in each others pockets. So it is kind of commune in a very modern sense or post-modern sense? Not in a hippy sense of the word commune but it’s communal living. It’s become a community. We are living in each other pockets more than many other bands will do.

J: Have any of artists which you met in Islington Mill, which you hosted made an influence on you or changed you view on music, or how to reflect music?

Ch: Charles Hayward definitely, is good example.

P: lots of them. Charles Hayward, Chago, a guy from Cuba who has been here recently. Im not particularly knowledge about Cuba music. Watching him, the guy is 50 years of age whatever. Every morning for 2 hours he gets up and he’s playing his conga drums without fail, before does his classes all day. Seeing that and thinking that is how he is so good in what he does. Its also a part of his blood, It like more than him practicing its like a cup of coffee for him. Seeing that was an influence. It’s like his goal, showing this is the way to live in music.

I think loads of people have had an influence. Sam Weaver, Sam is obviously a part. But when he came in that was big. For Chris maybe especially then everyone else. Chris got more knowledge of modular synths and Logic from him. He is very knowledgable guy and he is unselfish with his knowledge. It happens with everybody that you have have conversation with. Again it’s on a subconscious level, something you don’t spend too much time thinking about. Its spontaneous, you just soak it up like a sponge and later it comes out. Maybe the most relevant now because it has happened most recently and also it’s big deal for us is working with Charles (Hayward). We are big fans. I love all his stuff. And getting to work with him and learn from him. And seeing his approach to making music. I’m sure he approaches every musician differently. How he is approaching us, to work with us to get out the best in us.

J: Are you gonna release an album after a gig and rehearsals with him?

P : We’ve already released an album with him (Anonymous Bash). But hopefully there will be another one, that would be great. Cos that project (Anonymous Bash) has taken on a live of it’s own.

Ch: We already have three or four new tracks of new stuff written.

P: I hope we get into a studio situation again with him and record whole new album in a similar way as we did the last one.

J: Can you describe what music is consist on that album?

P: Its fucked up funk music, and there’s a really fucked up pop song on there. A lot of it is kind of funky.

J: Is it post-punk funk?

Ch: Yeah a little bit.

J: IM was a big shift in your music. Do you think still about your music as music with strong psychedelic vibe?

P: I don’t know. We just the make music that we make. And if the listener feels it’s psychedelic or whatever than that’s what it is to them.

Ch: We don’t try to hang on to any labels, space rock, psych-rock, krautrock. We not are aiming to stay in any of those genres. IM was the first realise we did on Rocket that didn’t sound anything like psych space rock. Because of the distribution Rocket have got, our albums on that label tend to be the ones we are most known for so it might come to a surprise to some people to hear IM and think “Oh right they did something that they’ve never done before”. But if go back to some CDR releases it will make more sense.

J: Are you feel connected to psychedelic world, do you follow the path of psychedelic knowledge by Timothy Leary or other psychedelic psychologists?

P: Im a Discordian Pope.

Ch: I think the thing about psychedelics is that it’s a subject that we don’t take seriously enough. I think Timothy Leary and the stuff he was saying was possibly the worst thing that happened to the psychedelic movement. He put it all out there in the mainstream before he really knew what he was doing. I think that he only wanted to promote it for his ends. And in a way it has ruined the possibility of medical research into psychedelics for years after. I think at the moment in psychedelic research they are only just coming out of the other side of that because there was so much a stigma placed on psychedelics they became very difficult to get licenses to use them for experimenting. Leary scared the governments and the governments in turn scared a lot of people. I don’t think it was the best way to bring it into the public consciousness. I think it was irresponsible in a way, what he did. Because it isn’t something that can be taken lightly.

P: There are people who think that all the answers to their problems will be sorted out if they go to the Amazon and take some ayahuasca and that will somehow bring them to enlightenment. And people who meditate for 2 days and they think “when am I gonna be enlightened?”. And that’s not what is about. There are so many roads to take but there is no quick way, it takes time & effort. I think it’s more important to get yourself on the path to enlightenment than to try & be enlightened. Because you will probably only be enlightened when you die in the 23rd lifespan!

J: Like in Tibetan Book of the Dead.

P: Yeah, achieving enlightenment when you leave your body. There are so many different paths to find a way to make yourself happy and stay happy during life.

J: Great that we started that psychedelic subject because in last year you made very interesting project Gnodorowsky. He is well known magician, director and psychedelic figure. Do you feel connected to his work?

P: I find him really interesting and intriguing. I got his book Psychomagic and have been reading about his practices and I was thinking “wow a I’d love to go and have psychomagic session with this joker”.

J:Trickster figure.

P: He is total trickster , a piss taker. He manages to make people realise what is important about their life.

J: I think you and him have a similar philosophy. Once he said that true art doesn’t come form the heart or mind but from the balls, do you agree with that?

P: (Laugh) I’m down with that. It can comes from anywhere. Everything is open ended book when it comes to creating stuff. There is no right way, wrong way, set way. When i started to think about it is like all my opinions and thoughts disappear because I realised that i don’t have any clue what I’m fucking talking about. so asking me a question like that makes my mind go completely blank.

Ch: I mean, Jodorowsky in way he does his stuff, he’s running on that psychoenergy so he probably doesn’t really have a clue what his next thing is or the next thing after that. Circumstances happen which lead him on the path of what to do next. In that way I think him and Gnod are similar. The way he is working as he explains it in his writing is the same weird chaotic energy that we feed off.

P: I think he is far more dedicated to chaos magic than us.

Ch: But is 90 years old or whatever, we are in our 30’s. What was he doing in his 30’s?

P: From what I read in the book he was absolute egomaniac in his 40’s. And after that he had a moment of realisation that he was a total cunt.

J: How much the Dune is important to you? Do you remember your first impression after your read Dune for the first time?

P: I’ve never read it.

Ch: I read it when i was 18 or 19 for the first time. A guy who I was working with said “aye, have you read this book mate? It’s about desert people in space and they all take heroin and there’s this guy who’s the new Jesus.” And I thought that sounds right up my street so read it and I was totally amazed at the detail. And then I heard about the David Lynch movie. I watched it and it was a pile of shit. Form watching it few times I made my self kind of like it, because it was only real visual representation. And then when I heard about that Jodorowsky trying to make it with Dali, Pink Floyd, Mick Jagger and I thought “wow, that would have been amazing.” We had a Gnod track in 2008 on our MySpace page called Jodorowsky’s Dune and it kinda freaked us out when the documentary came out with the same title. Because the film was never made all you’ve got is you’re imagination of what it could been like and that’s almost better than the film could have ever been. I think he read just a little bit of the story before writing the script. I don’t think it would have made a really good movie going off how they explain it in the documentary. I think it was a bit to far away from the book and I think the book is such a special story in itself. I read somewhere that the Frank Herbert story was conceived while he was taking psilocybin mushrooms. It’s one of my favourite ever books.

J: We have started a little bit earlier a trickster figure subject. Do you feel attracted to trickster figure, is it important for you?

P: Yeah absolutely. You’ve got to have a sense of humour in there. We want to realese albums that gonna to fuck with people heads or their opinions whatever they think we are. Even in interviews. Sometimes we tell lies because we like to create a story, a myth.

J: So its one of your tactics?

P: Yes

Ch: I think everyone is a trickster because World is built on an illusion. It wouldn’t be if there wasn’t so many tricksters around – everything is a trick. Education, religion. Even your name, that isn’t you, it’s just a name. You have been told that is what you are called. Where do the tricks start and end?

J: Was the Gnodorowsky project a one off or are you going to repeat it?

P: I think in order to do it again we would need a year or two to work on it. If somebody was to ask us to do Gnodorowsky, and maybe commission us to do it and give us money and time to do it so we could make it really special then yeah, I think it would be cool to do it again. What I’d really like to do is to make an album based on the Gnodorowsky project. But I think it would have to be a commissioned thing. I even think when we did it for the Cork Film Festival we only had few weeks to get it all together. We were really busy as well doing other gigs and we didn’t have much time to put into it as we would have liked.

Ch: There was a problem about using some of the footage from the documentary which we had to get permission from the director before we could use it. We were waiting to get clearance and by the time we got an answer, which was no, we had maybe 3 weeks left before the festival. We had certain ideas of the structure and how we wanted to do it, but we couldn’t really start rehearsals before the visuals were finished because we were playing along to cues from the visuals. So in the end Jamie had to make all visuals himself using found footage and video effects. In a way we felt it was a bit rushed. What we came out with was OK, but i think we could have done it much better with a bit more time to work on it.

J: Do you think about other movies to reinterprate in similar way?

Ch: Not really. We’ve done a couple of AV shows mainly for festivals where we’ve just jammed to short films. It isn’t high up on the list of priorities.

P: We could do it but it takes a lot of time and money so it’s not high up on the agenda.

Ch: There were quite a few ideas that we couldn’t use in Gnodorowsky. One of them was having incense in the room. Having people dressed in robes with blue eyes walking around with church incense, to creating an atmosphere before the show. We weren’t allowed to do that because of fire regulations and plus we were told it would set off the smoke alarm. The other idea was giving out a little baggy with a blue sweet inside which was supposed to represent the spice, Everybody would get one as they walk in, but they would be the kind of sweets that turn your mouth blue so everybody would have been walking out with blue lips. But we couldn’t get a bulk amount of those sweets. So the were a few ideas for it that we never used but if we were to do it again it would have to be like that. We were even thinking about using live actors in the visuals or even live actors walking around so it’s not just about the video. We could make the best fucking Dune ever. But we need money, time and purpose to do it.

J: Lets talk about period in your career 2009 – 2010. It was very prolific period in your career. You released the so many albums Crystal Pagoda, Wurste Ceremony, Science and industry. Who was in the band in that period?

P: Marlene was in the band, yes, Alex wasn’t. We had guy called Del on drums in that period, Neil the fish was our vocal guy, who is on a lot of our albums A guy called John on synth, Will on noise and trumpet.

Ch: A lot of those releases came out at the time due to a lot of people get in contact with us asking us if we wanted to do tape or CD for their label. NotNotFun, Reverb Worship, Sonic Meditations were all asking us if they could release our music. At that time we had a huge backlog of recordings of good rehearsals and live shows so we started editing them into albums.

J: They are all drone music. Do you were in that time heavily inspired buy drone music ? Because they all sound very droney.

P: I don’t think we were heavily inspired by drone music at all. It’s just was what happening when we got into the rehearsal rooms. In those days we would spend all day in the rehearsal room getting fucked up, really drunk or stoned or take some drugs and make some noise.

Ch: We were just trying not to write songs. Trying to make music without the boredom of writing songs.

J: Do you like that records from current perspective ?

P: Yes, Science and Industry is one of my favourite Gnod albums.

J: For me as well. It the point when you sound really kraut and space in the good way, not repeating old schemes but getting something new with that tribal drone atmosphere.

P: Even like old recordings from Science and Industry, they were all moments I remember well and remember really enjoying. The memories of those recordings are really good strong memories. And then Crystal Pagoda

CH : That was actually an alternative soundtrack we did for the film The Invasion of the Thunderbolt Pagoda.

P: Do you know it?

J: No, i don’t know it.

P: It’s fucking great! You can watch it on youtube. Angus Macalise did the original soundtrack which is fucking brilliant, and then SHOFM did a version of it.

Ch: And you bought a dvd of it at a SHOTM gig.

P: Actually it was a lot of fun doing that. We performed it live twice and really enjoyed that.

J: On that record we can hear a trumpet and brass section, yes ?

P: That was Will. He played a lot of trumpet, keyboards & made other weird synthy noises Will is a very accomplished musician. He can read and write music, mostly plays classical music and jazz. So working with Will was always interesting cos we were coming from a non musical sort of approach and he would go “what is this?” but he loved it. He has a very musical head so it was always good working with him. We might think “we’re playing this and it sounds good but it needs to go somewhere” and he’d go “try this” and it’d work first time. He was good like that.

J: The sound of his trumpet which is swimming in that drone /psychedelic effect sounds similar to Miles Davis’ Agharta and his twin album Panagea.

P: Oh i don’t know it. There is not a lot of Miles Davis I really know. My favourite MD is probably On the Corner and I’ve got another…

Ch: What was after On the Corner?

P: This one, Big Fun.

J: I don’t know this album.

P: It fucking great, if you like On the corner you will like this one.

Ch: I think there is another one which he did shortly after On the Corner??

P: I don’t know, there is so much Miles Davis.

J: You also had in that period a split with Bong. How did you meet them?

P: That was our first ever vinyl release, the split 7” with Bong on Box Records. What happened was mate of ours, who played in Gnod early on (Matt Baty) was starting a record label. He’s from Newcastle so he has known the Bong guys for years. And he said he wanted his first release to be a 7 inch split with Gnod and Bong. And that’s how we came to meet them. They are a good friends now. They fucking brilliant, in that genre of music they are my favourites, they are like the kings of what they do.

Ch: I think there are more North East bands we have affiliations with than we’ve got with Manchester bands.

P: Bong, Khuunt, Drunk in Hell,

Ch: Blown out

J: Do all of them play sludge core or doom ?

P: Everything is kind of heavy. There is scene in the North East, it’s a small scene because a lot of the same musicians are playing in the same bands. But it is very vibrant scene. I think it is one of the better scenes I think in England for music.

J: I need to explore it.

P: You should.

J: Have you heard their last album from this year? What do you think about it?

P: It’s amazing isn’t it? It just Bong, isn’t it.

J: What attractive you most in their music for you, the heaviness ?

P: Yeah i think heaviness, Dave singing, and his storytelling, Mike’s guitar, Mikes really fuck up drums, the sound they are creating as unit. They tune their guitars to the 432 hertz. frequency. They plan to be the ultimate experience when you are high. And I think they do it very well. Every next album is like a continuation of the album before. Bong is like the perfect band. It’s all one big story. Maybe it is like when people collect s-f books – Bong are like that.

J: For me i love to listen to them when i m reading R. E. Howard, the tales about the things that happened before Atlantis rises from the sea. You can feel those ancient times.

P: Dave from Bong is obsessed with Lovecraft. If you listen to his lyrics, look at the artwork you can see that influences.

J: Do you plan the reissues of the records from that period we ware talking about? Because its very hard to get a physical copy.

P: I think maybe I’d like to do something like say when Gnod is 10 years old. I’m not up for making a big deal of it. But when you are in the band it makes sense to document everything. So maybe when Gnod is 10 we might suggest to the label to release a cd pack, or come up with some idea where all those releases are on one sort of thing. I’m down with it being on cd, or having 5 cds and a memory stick, or something a bit different. It will be nice to do all of them on vinyl but there’s no way they’ll do that.

Ch: I like idea to having all of them on cd but to get them like in vinyl sleeve with maybe a memory stick.

P: So maybe we will do something like that. That would be nice to do. As far as before that no, let them just be out there and become discogs material.

Ch: A lot of that stuff was self released on cd-r for sale on tours so there’s a lot of it about.

P: Before we started selling the cd-rs i must have given away 300-400 cds before we even started playing and gigging properly. We were just rehearsing and we would record the rehearsals, make a cd, make a little cover. We would go to a gig, leave them on a table, say pay a pound or just take one, whatever you feel. There’s fucking loads and loads of stuff. We even did those releases in dvd boxes when you can fit in 2 CDs . So we’d do a couple of hundred when you can get 2 or 3 albums in one, so there’s some double cdr’s in a double DVD case with nice wrapped around artwork with little inserts. I don’t have any of those, have you got any of them Chris?

Ch: I got a couple of versions before we stared to to doing all the inserts stuff. I’ve never seen them come up on discogs. There not listed on discogs.

P: No thats weird isn’t it? If you put them on discogs then we start making money, haha. So maybe we make few and get them on discogs? (Laugh) Check this one out, this one is not on discogs any more but used to go for silly money. This is my cdr from our first European tour, Three Sticks A Penny but with a different cover. Everybody made their own cdr’s to sell on tour and this is the one I made. Actually both of them are worth money. This is really sought after. It’s the first record that we made with White Hills, Aquarian Downer. That’s my pension plan sorted, haha!

J: In issue 8 of Optical Sounds Fanzine your colleagues The Cosmic Dead said that underground in 2015 is alive and alive and extremely healthy. I remember that when i talked to you after your spring tour your Chris when i asked you about underground and bands opinion was a little bit different.

Ch: I was talking about the recent tour and I think you asked me if we’d played with any other bands that I thought were good. I said that I couldn’t remember playing with any bands that stuck out as being particularly good, not that good underground bands don’t exist.

J: Do you feel that condition of underground music is good now?

Ch: There’s a lot of it around. It’s almost like there are two tier thing with music now where you’ve got bands that are on labels with money and they’re all over the music press and then there’s the underground. It was always been like that. I think underground at the moment is more accessible with things like Bandcamp and the internet. They’ve got a presence. To say that makes it more healthy I really don’t know, because I think it’s got a lot harder to get underground music to get noticed or into the mainstream.

J: Is it a goal for a underground music ?

Ch: No, it is not a goal. But in order to exist and carry on you need to have encouragement from somewhere. Not for financial reasons but to give you the drive to carry on, you need to have interest, to know someone is listening. Because if you don’t it tends to stagnate and bands can start to turn against each other. If you not being listened to and if you not getting written about it can be really hard for a band to maintain their fire. There is so much music around it’s hard to get noticed.

J: Sometimes it’s too much, isn’t it?

Ch: Yeah, and is a lot of bad music around, and a lot people making music for wrong reasons. I don’t know how to judge how it is healthier now than in another time. In 70’s and 80’s, you could have quite obscure bands that still get signed to the labels and end up touring and stuff like that. I don’t think they really get the support now. There are no independent labels with the money. They got to be able to recoup what they are spending so they can release the next thing.

J: They don’t want to take a risk.

Ch: They don’t really need to because now the testing ground for your music is the internet. You can get your stuff on Bandcamp or Soundcloud and get yourself heard.

J: Is it enough?

Ch: I don’t think so but i mean it is an option that bands didn’t have before, when you would have to wait for label to come and pick you up before you could make a record. Now you can make a record on your computer, post it online and it is out there.

J: While we are speaking about the underground i would like to get to know how the Salford/Manchester underground scene looks nowadays?

P: Really healthy, really good. There is lot of interesting stuff going on. A lot of interesting folk making music, combining music and art and all those sensibilities and all different ways of using the creative process. There is a lot of poets, artists, performers and dancers making really interesting stuff and far out music. When i think about some of the bands like Locean Water, Devi. It is kind like fucking New York in the 80’s or something.

Ch: Cos you’ve got a lot of people in those bands that aren’t a necessary a musician they are more like artists. They got an idea or concept of something and the way they bring something to a band is not like “I can play a guitar” it’s more like “I’ve got this weird cheap synth which makes this noise”, or an idea which is more performance based. You don’t really get that in more conventional bands. When you read about how bands formed in the past it’s always people who get together to form almost punk band – So, I’m a singer and I need a guitarist, a bass player and a drummer. It isn’t like that anymore from what I can see. It’s more like a lot of individuals contributing together to make something… other.

P: And the other flip side of it you got great conventional bands as well. There are so many different scenes in Manchester and Salford. So much different stuff and it’s all really healthy. Manchester is finally breaking away from Madchester.

J: Is Madchester a heavy burden?

P: I’m not from Manchester but i can see how it helped to shape what Manchester is today. And how it’s become this bloated dead horse.

Ch: The heavy burden is that if a band come out now sounding like Oasis or The Stone Roses it will be suddenly be written about. Where as what we were talking about, the underground scene, the stuff that is happening now and now matter how interesting it is it never gets written about because they’re looking for the same old story. A group of goodtime lads about to take over the world. They just want to write about bands like that. They’d prefer to write another article on The Hacienda, The Smiths, etc. So they are the ones holding on to that thing, not the artists.

J:Thank you for talking.

P: Thank you for asking.