Archiwa tagu: The Grateful Dead

Jerry Garcia: „Wiele razy byliśmy za bardzo skwaszeni, żeby grać”

the_grateful_dead
The Grateful Dead / 1967

Ken Kesey i Jerry Garcia udzielają absolutnie zabawnych – ale także bardzo interesujących – odpowiedzi w tok szole Toma Snydera. A był to już 1981, kiedy The Grateful Dead byli jedynymi aktywnymi reprezentantami sceny acid rockowej i ciągnęli za sobą całe tabuny Deadheadów, żyjących ze sprzedaży zioła i odżywiających się tostami z serem, byle tylko zobaczyć kolejny gig!

Jak mówi w pewnym momencie Jerry Garcia, zapytany jak byli w stanie grać na kwasie, który rozkłada wielu innych muzyków (jak Snyder usłyszał nomen omen od Teda Nugenta): Proby Kwasy miały jedną fajną rzecz, mogliśmy grać albo nie. A wiele razy byliśmy po prostu zbyt skwaszeni, żeby grać. I graliśmy może minutę.

Ken Kesey opowiada z drugiej strony, w jaki sposob odkrył LSD i o tym, jak wykopywał The Grateful Dead (wtedy The Warlocks) ze swoich domówek w Palo Alto. A na inne – wyjątkowo zabawne – pytanie o to, czy mógł sobie coś uszkodzić od swoich eksperymentów – zaczyna się maniakalnie jąkać, co natychmiast podchwytuje prowadzący i publika… ale pisarz kwituje to szybko mówiąc: Nie ma nic za darmo.

Gdy Miles Davis supportował The Grateful Dead!

miles_davis_the_grateful_dead_1970_poster
Oryginalny plakat z mini-festiwalu w Fillmore West

W San Francisco przełomu lat ’60 i ’70 muzyka nie znała granic i często zdarzało się, że jedną scenę dzieliły projekty bluesowe, psychedeliczne, jazzowe i funkowe. Jednym z tych legendarnych gigów, zorganizowanych przez najtwardszego promotora swoich czasów – Billa Grahama, był mini-festiwal w Fillmore West, który odbył się 9-12 kwietnia 1970. Tym razem The Grateful Dead supportował sam Miles Davis wraz z zespołem…

Geniusz jazzu właśnie przechodził skręt w stronę fusion, który jak głosi legenda, został zainspirowany muzyką Jimiego Hendrixa, a pierwszym albumem w nowym stylu stał się kultowy Bitches Brew.

Zdominowany przez agresywne jazzrockowe rytmy, elektryczne brzmienie i atonalne, eksperymentalne harmonie, ten podwójny krążek został nagrany z udziałem przynajmniej 50 muzyków, z których zaledwie kilkunastu zostało skredytowanych. Wśród nich: Wayne Shorter, Lenny White, Benie Maupin, Chick Corea, Jim Riley, Dahe Holland, John McLaughlin, Charles Alias i Larry Young.

W Fillmore West Miles pojawił się ze swoim zespołem za namową prezydenta Columbii, Clive’a Davisa, który doradził muzykowi, żeby ten poszerzył swoją publikę i zapoznał go w tym celu z Billem Grahamem…. który zorganizował mu koncert dla bandy acidheadów przyzwyczajonych do kwasowych szaleństw The Grateful Dead, Big Brother & The Holding Company czy Quicksilver Messenger Service.

miles_davis_the_grateful_dead_1970_news
Artykuł prasowy na temat koncertu

W swojej autobiografii Miles wspomina jednak koncert zaskakująco dobrze, mówiąc że „miejsce było napakowane wykręconymi, porobionymi, białymi ludźmi” i że „kiedy zaczęli grać ludzie chodzili po sali i gadali”. Ale kiedy nadszedł w końcu moment na repertuar z Bitches Brew „muzyka zdmuchnęła im czaszkę, a potem, za każdym razem gdy grali w San Francisco, na koncertach pojawiało się pełno białych ludzi.”

W podsumowaniu muzyk powiedział, że ten występ „otworzył mu oczy” i że „The Grateful Dead byli jedynym zespołem, który naprawdę rozumiał jazz”. Miles uciął sobie nawet po koncercie pogawędkę z Jerrym Garcią i okazało się, że obydwaj artyści lubią dokładnie tych samych jazzmanów, a gitarzysta The Grateful Dead był jego fanem od dłuższego czasu, inspirując się davisowską koncepcją interwałów czy też ciszy w muzyce.

Jak pisze Dennis McNally w swojej epickiej biografii The Grateful Dead, A Long Strange Trip: The Dead stali na skraju sceny ze szczękami przy ziemi, patrząc jak Miles, Dave Holland, Jack DeJohnette, Chick Corea, Stephen Grossman i Airto Moreira dokonują magii (…) Mickey naturalnie przypomina sobie głównie występ perkusisty, Airto, „pełzającego po podłodze, szukającego instrumentów. Byłem naprawdę skwaszony, a on zamienił się w jakieś zwierzę szukające dźwięków perkusyjnych. Nigdy nie widziałem takiego grania na perkusji. Grał na podłodze.”

Ten niezwykły set został szczęśliwie zarejestrowany w formie bootlegu i można go posłuchać poniżej!

Conradino Beb

Do 1967 HST był już grubo wkręcony w scenę acid rockową… i wilkołaki

Poniższy list Hunter napisał do Johna Grabree, wtedy redaktora prasowego Playboya, który po przeczytaniu Hell’s Angels chciał mu zlecić napisanie kilku artykułów. W liście tym Hunter objawia swoją znajomośc sceny acid rockowej San Francisco, której rozwój miał okazję śledzić od samego początku, czyli od 1965, miłość do Jefferson Airplane, a także swoją przejściową pasję: wilkołaki.

4 września, 1967
Woody Creek, Colorado

Drogi Johnie….
Za dwa dni ruszam na wybrzeże, a teraz, w środku tego całego zamieszania, przed startem, nagle przyszedł mi do głowy pomysł. Nie ma on nic wspólnego z twoją akcją „wilkołaki, wampiry i ghule”, której nie mogę nawet ocenić aż nie dostanę od ciebie owoców riserczu. Odkryłem jednak książkę zatytułowaną Man into Wolf, udającą badanie naukowe (lub dwa osobne badania) nad ludźmi, którzy zamienili się w „wilki”. Jedyna istniejąca kopia (chyba, że masz swoją własną) znajduje się w Ketchum, w Idaho… mimo że wkrótce znajdzie się w Woody Creek. W każdym razie, będę nad tym luźno pracował aż dostanę twój risercz; wtedy zobaczę co mamy.

Ten drugi pomysł ma związek z taśmą z około dwugodzinnym wywiadem, nad którym zastanawiałem się przez 3 czy 4 miesiące. Nagrałem go, jak robiłem risercz do artykułu o Haight-Ashbury dla New York Times Magazine, ale po przesłuchaniu tej taśmy stwierdziłem, że lepiej zrobić z tego osobny artykuł. To bardzo długa rozmowa z Edem Densonem, menedżerem Country Joe & The Fish. Zaczęliśmy rozmawiać o hipisach, ale cel szybko się rozmył i zdryfowaliśmy w stronę wszystkich możliwych tematów: Beat Generation, dragów, Goldwatera, różnicy pomiędzy rockiem Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, Flower Power, praw obywatelskich, Ruchu Wolnego Słowa… całej sprawy. Co więc przychodzi mi teraz do głowy, to przerobienie wywiadu z Densonem w wielowątkowy artykuł zatytułowany jakoś w tym stylu: „Profil grupy rockowej, która osiągnęła sukces”. To nie jest tytuł, a tylko wstępny pomysł. Denson jest bardzo elokwentnym gościem; jest w stanie wytłumaczyć w 3 lub 4 wymiarach, dlaczego grupy rockowe i hipisi nagle stali się kulturową siłą w 1966, zamiast powiedzmy w 1961. On rozumie kontekst, jakby chodziło o jego własne poczynania. A dla mnie to zajebiście interesujący temat.

W każdym razie, właśnie dostałem list od Densona (w odpowiedzi na mój w sprawie taśm), w którym pisze, że będzie w San Francisco, kiedy pojawię się tam około 20 września. Wspomniałem o taśmach jako potencjalnym materiale na artykuł – być może dla The Nation, ponieważ od roku wiszę im materiał – ale dziś wieczorem, gdy dopadła mnie chciwość, zdecydowałem się poszukać zlecenia wartego więcej niż $100. I naturalnie, pomyślałem o tobie.

Pomysł w zarysie to szczegółowo napisany artykuł o słynnym zespole rockowym. Był czas, gdy mogłem taki napisać od samego początku o Jefferson Airplane, ale mój przyjaciel, który zaczął jako ich menedżer, został zwolniony, gdy jego żona – wokalistka śpiewająca na pierwszym albumie – została zastąpiona przez Grace Slick, która była częścią beznadziejnej grupy The Great Society w czasie, gdy wszystkie grupy rockowe z Zachodniego Wybrzeża debiutowały w The Matrix, tanim klubie w dzielnicy portowej San Francisco. Pamiętam debiut Airplane’ów w The Matrix i telefon do Ralpha Gleasona po koncercie.

Może moglibyśmy połączyć drogę do sławy Airplane’ów z konkretnym materiałem, który mam na taśmie. Denson i Country Joe (McDonald) to zapaleni intelektualiści w porównaniu z Martym Balinem, który dowodzi Airplane’ami i Jerrym Garcią z The Grateful Dead. Ale kontrast jest ciekawy i widzę dobry artykuł w szczegółowym spojrzeniu na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość bandów acid rockowych. Coś w stylu „Jak to się stało?” czy „I co teraz?” lub „Czemu?”

Ale to wszystko to tylko dzikie pomysły z mojej głowy. Jeśli idea zaiskrzy po twojej stronie, daj mi szybko znać. Będę w Lake Tahoe w Kalifornii od 8-ego do 17-ego września (możesz się ze mną skontaktować przez sędziego Laurence’a Hyde’a z Uniwersytetu w Nevadzie… (702) 784-xxxx). Proś o pana Thompsona z New York Timesa; to mój pracodawca w tym tygodniu. Po 17-tym aż do 22-giego możesz się ze mną kontaktować przez Petera Colliera z Ramparts w San Francisco. Będę prawdopodobnie rozmawiał z Densonem w tym tygodniu, tak więc jeśli podoba ci się pomysł na artykuł, z chęcią o tym porozmawiam w czasie, gdy będę latał na wolności w San Francisco, śledząc uważnie temat, tak samo jak robiłbym to w jakieś szare popołudnie tu w Woody Creek. Zrób więc to co uważasz za słuszne…

Ciao,
Hunter

(tłum. Conradino Beb)

 

Źródło: Hunter S. Thompson, The Proud Highway: Saga of a Desperate Southern Gentleman 1955-1967, Bloomsbury, London 1998.

Martin Scorsese wyprodukuje jubileuszowy dokument o The Grateful Dead!

grateful_dead_live
The Grateful Dead na scenie z ekipą kręcącą dokument z koncertu

Nawet jeśli The Grateful Dead rozpadli się oficjalnie po śmierci Jerry’ego Garcii, muzycy legendarnego bandu z San Francisco wciąż podtrzymują jego tradycję w swoich projektach live, bądź solowo. A tegoroczna, 50-letnia rocznica działalności, zostanie dodatkowo uczczona filmem dokumentalnym wyreżyserowanym przez Amira Bar-Leva, a wyprodukowanym przez samego Martina Scorsese!

Reżyser Amir Bar-Lev dał się wcześniej poznać znakomitymi dokumentami w stylu The Tillman Story, a ostatnio Happy Valley o skandalu footballowym w Penn State. Martin Scorsese jest zaś znany nie tylko z Taksówkarza i Ostatniego kuszenia Chrystusa, ale również z wielu bardzo dobrze przyjętych dokumentów rock’n’rollowych. Tym razem w roli producenta wykonawczego połączy on siły z Emmą Tillinger Koskoff, Andrew Hellerem, Sanfordem Hellerem i Rickiem Yornem. Roli nadzorcy muzycznego podejmie się zaś długoletni archiwista The Grateful Dead, David Lemieux.

Dokument zostanie sfinansowany przez Alexa Blavatnika z AOMA Sunshine Films, a także Erica Eisnera, Nicholasa Koskoffa i Justina Kreutzmanna, reprezentujących Double E Pictures, Axis Films oraz Sikelia Productions. Twórcy deklarują, że w filmie będzie można zobaczyć nigdy wcześniej nie ujawnione materiały z koncertów i życia na backstage’u, a także nowe wywiady z pozostałymi przy życiu muzykami The Grateful Dead: Mickey Hartem, Billem Kreutzmannem, Philem Leshem i Bobem Weirem.

Narracja skupi się zarówno na początkach działalności grupy w połowie lat ’60 i jej roli dla wyłonienia się psychedelicznej kontrkultury w San Francisco, jak też na obfitujących w trasy koncertowe po świecie kolejnych dekadach. Nie zostanie przy tym pominięty fenomen Deadheadów i związanej z nim tzw. kultury parkingowej. Nie zabraknie również dramatycznej przemiany, jaką przeszedł kolektyw po śmierci Jerry’ego Garcii i dalszych losów muzyków po 1995.

Projekt nie jest pierwszą próbą stworzenia dokumentu na temat The Grateful Dead, ale jest pierwszą o tak wielkim rozmachu! Zespół był wcześniej uwieczniany wielokrotnie w filmach dokumentalnych na temat rocka psychedelicznego i kontrkultury lat ’60, a także w wyprodukowanych przez sam zespół dokumentach z tras koncertowych. Jerry Garcia doczekał się nawet dokumentu na temat swojej własnej kariery.

W oficjalnym komunikacie Hart, Kreutzmann, Lesh i Weir powiedzieli: Przez lata opowiedzianych zostały miliony historii na temat The Grateful Dead. Jednak wraz z 50-letnią rocznicą stwierdziliśmy, że może jest to dobry czas na opowiedzenie jednej samemu, a Amir jest do tego idealnym gościem. Nie ma nawet co dodawać, że jesteśmy zaszczyceni, iż możemy współpracować z Martinem Scorsese. 50 lat to kolejny ogromny przełom, który chcemy uczcić razem z naszymi fanami tym filmem.

Scorsese powiedział ze swojej strony: The Grateful Dead byli czymś więcej niż zespołem. Byli swoją własną planetą zaludnioną przez miliony oddanych fanów. Jestem bardzo szczęśliwy, że realizujemy ten obraz i że jestem w niego zaangażowany.

 

Źródło: Deadline / Consequences of Sound

Hugh Hefner, The Grateful Dead i LSD

W styczniu 1969 Jerry Garcia i spółka znaleźli się po raz pierwszy w zupełnie dla siebie nietypowym otoczeniu, gdy zostali zaproszeni przez samego Hugh Hefnera do jego świeżo odpalonego programu telewizyjnego Playboy After Dark. Wyluzowany w każdej innej sytuacji zespół nie czuł się tym razem zbyt komfortowo – set z masą bezwartościowych książek był sztuczny do potęgi, a sam Hefner przypominał robota.

Jednak The Grateful Dead szybko przejęli inicjatywę – znani byli w końcu jako ekipa, wokół której impreza sama się rozkręcała – i po zauważeniu dzbanka z kawą nie omieszkali do niego dodać kropelek LSD.

Jonathan Riester (menedżer koncertowy zespołu) oraz John Hagen (technik) nie pominęli także puszki Pepsi, z której pociągał Hefner, tak więc gdy po sporym opóźnieniu – akustykiem był wtedy sam Stanley „Bear” Owsley – nagłośnienie było w końcu gotowe, gospodarze programu zaczęli odczuwać dziwną lekkość ciała.

Kwas zmienił napiętą atmosferę nie do poznania. Technicy nie mogli przestać wpatrywać się w reflektory, męska część publiczności poluzowała krawaty, a kobiety zaczęły rozpinać bluzki.

Po krótkim wywiadzie z Garcią, w którym ten wytłumaczył, że dystrykt Haight Ashbury zmienił się nie do poznania, a cała kontrkultura jest o wiele szerszym zjawiskiem niż przedstawiają to media, The Grateful Dead rozpoczęli występ fantastyczną wersją Mountains of the Moon, po której zagrali St. Stephen.

Program całe szczęście zachował się do dzisiaj i jeśli wpatrzymy się w lśniące gwiezdnym blaskiem oczy Garcii oraz reszty zespołu, zauważymy ten specyficzny klimat, który daje dobra dawka kwasu.

Jak pisze w swojej książce Dennis McNally, gdy wybrzmiały już ostatnie dźwięki, Hugh Hefner podszedł do Lesha i Kreutzmanna (muzyków The Dead) i z nieziemskim uśmiechem na ustach powiedział: Chciałbym wam podziękować za wasz specjalny dar. To nie pozostawiło żadnych wątpliwości co do skuteczności partyzanckiej operacji!

11 siarczystych kawałków o Szatanie z czasów, gdy śpiewanie o nim nie było jeszcze modne!

Zanim na scenę wkroczyli metalowcy w stylu Venom, Judas Priest i Celtic Frost, tematyka satanistyczna w muzyce rockowej była już bardzo dobrze znana. Wraz z eksplozją psychedelii i kontrkultury odkryte zostały kosmiczne wymiary świadomości, a wkrótce także mroki duszy i tanie dreszcze, inspirowane w dużej mierze niskobudżetowymi horrorami i średniowiecznymi legendami. Poznajcie 11 mniej lub bardziej znanych kawałków o Szatanie nagranych w złotym okresie muzyki gitarowej!

1. Things To Come – Speak of The Devil

Ta wybitnie nieznana kapela garażowa pochodziła z Long Beach w Kalifornii i swoją karierę zakończyła na jednej siódemce wydanej w 1966 przez niewielką Starfire Records, ale za to jakiej! Speak of The Devil to strona B singla, na której dziki, sfuzzowany garaż tańczy kwasowe pogo w takt trzeszczących organów wyraźnie inspirowanych blues rockowym stylem Them czy Rolling Stones. Ta acid punkowa perła to jednocześnie pierwszy znany hymn dla Szatana w muzyce rockowej, który czeka na skwaszonego młodzieńca przy złotym stole. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć!

2. Crazy World of Arthur Brown – Devil’s Grip

W połowie 1967 Arthur Brown wraz z zespołem podpisał dzięki wstawiennictwu Petera Townshenda kontrakt z wytwórnią Track Records, która była prowadzona przez managerów The Who, Kita Lamberta i Chrisa Stampa. Pierwszym singlem 7″ debiutującego zespołu stał się Devil’s Grip/Give Him a Flower, którego strona A wprowadziła satanistyczną symbolikę do brytyjskiej muzyki rockowej. Kwaśne organowe riffy mieszają się tu z dramatycznym crescendo wokalnym Browna, który jako pierwszy na Starym Kontynencie eksploruje duchowy wymiar mroku w bardzo wymownym tekście o tym, jak Szatan chwycił go za rękę!

3. The Rolling Stones – Sympathy For The Devil

Prawdopodobnie najsłynniejszy kawałek o Szatanie znany przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nie był jednak pierwszym w muzyce brytyjskiej (patrz wyżej). Numer pojawił się po raz pierwszy na płycie Beggar’s Banquet (1968) i został napisany przez Jaggera po przeczytaniu Mistrza i Małgorzaty, która została mu podarowana przez Marianne Faithfull. Cały zespół był w tym czasie pod wielkim wpływem okultysty i filmowca Kennetha Angera, a sam kawałek nosi ślady fascynacji afrykańskimi rytmami. Jagger nigdy nie przyznał się jednak do fascynacji satanizmem, a Sympathy For The Devil nie był wcale grany podczas zabójstwa Mereditha Huntera przez Hell’s Angels w Altamont, co stało się jednym z najbardziej popularnych mitów muzyki rockowej.

4. The Gun – Race with The Devil

The Gun byli brytyjskim power trio, które zostało utworzone na gruncie wcześniejszego projektu The Knack pod koniec 1966. Zespół nagrał dwa albumy, by rozpaść się w 1970, ale do historii przeszedł proto-metalowym hitem Race with The Devil, który przebił się do pierwszej dziesiątki największych hitów w Wielkiej Brytani pod koniec 1968. Numer zawiera szaloną solówkę gitarową z hendrixowskim vibrato i chwytliwy tekst, śpiewany z żarliwą, rock’n’rollową pasją. Warto też zwrócić uwagę na rewelacyjną sekcję dętą w stylu The Electric Flag. Być może jeden z najciekawszych kawałków hard rockowych dekady!

5. Black Widow – Come to the Sabbat

Okultystyczny lans końca lat ’60 skusił również czarodziejów-rockmanów z Black Widow, których największym hitem stał się numer Come to the Sabbat. Jego hipnotyczna siła tkwi w połączeniu rytualnych zaśpiewów, prostego rytmu i folkowego fletu. Z czasem atmosfera się zagęszcza, aż do finału w którym zespół ogarnia dionizyjska mania! Mimo dobrej sprzedaży singla stacje radiowe odmówiły puszczania Come to the Sabbat ze względu na kontrowersyjny tekst. Koncerty grupy ściągnęły też uwagę policji. Kres marzeniom o wielkiej karierze położyło odwołanie trasy po USA ze względu na dewocyjną nagonkę, jaka narosła po zbrodni dokonanej przez Rodzinę Mansona.

6. Coven – Pact With Lucifer

W Pact With Lucifer kwas napędzający psychedeliczne kapelki z Zachodniego Wybrzeża nabrał wyraźnego, siarkowego posmaku. Ale Coven pewnie nie zaistnieliby nigdy w pamięci szerszego grona odbiorców, gdyby nie Jinx Dawson, która brzmi jak Janis Joplin krocząca Ścieżką Lewej Ręki. To właśnie jej ostry, opętany wokal w połączeniu z satanistyczną tematyką tekstów, nadał mrocznego tonu Pact With Lucifer, który w innym wypadku mógłby równie dobrze trafić na Cheap Thrills. Dzisiaj słucha się tego numeru raczej z uśmiechem na ustach.

7. The Grateful Dead – Friend of The Devil

Friend of The Devil był jednym z numerów, który zrodził się w głowie Roberta Huntera (legendarnego tekściarza The Grateful Dead), gdy grał on na basie w New Riders of The Purple Sage – pobocznym projekcie Jerry’ego Garcii. Zespół zagrał nowy kawałek po raz pierwszy w lutym 1970, niedługo przed wydaniem Workingman’s Dead, który znaczył odwrót pionierów rocka psychedelicznego od kwasowych improwizacji w stronę melancholijnej Americany, bluegrass i country rocka. Numer ten jest rewitalizacją starej bluesowej legendy o przymierzu diabła-trickstera z bezdomnym muzykiem.

8. Black Sabbath – Black Sabbath

Co prawda to nie Black Sabbath jako pierwsi poruszyli satanistyczną tematykę w swoich utworach,  lecz to właśnie Ozzy’emu i spółce najwcześniej udało się przekuć diabelską grozę w zawodzące, walcowate riffy. Mimo całej innowacyjności brzmieniowej, legendarny numer Black Sabbath był oparty na prostej, bluesowej pentatonice, która w rękach Iommiego sięgnęła piekielnych alikwotów. Za sprawą tego kawałka historia zatoczyła krąg, wracając na rozdroże, na którym Robert Johnson zawarł pakt z diabłem. Tym razem jednak umowa pozwoliła jej sygnatariuszom podbić cały świat.

9. Bulbous Creation – Satan

Prawie nic nie wiadomo o tym ciężkim, hard rockowym strzale, poza tym że zespół pochodził z amerykańskiego stanu Missouri i nagrał swój jedyny album You Won’t Rememeber Dying na początku 1970 w obskurnym studiu Cavern Sound. Satan jest jednym z wolniejszych, proto-doomowych kawałków na płycie, której słucha się generalnie jak spotkania Cream z Blue Cheer, czy też lżejszej wersji Black Sabbath. Przesterowana gitara nawiązuje wyraźny dialog z bluesową przeszłością rocka, a dość oryginalny, lekko zachrypnięty wokal zabiera nas w podróż z Szatanem, który pojawia się tu bardziej w formie upadłego anioła.

10. Lucifer’s Friend – Lucifer’s Friend

Lucifer’s Friend to kultowa grupa w kręgu fanów hard rocka i wczesnego doom metalu, utworzona w 1970 w Niemczech z Anglikiem Johnem Lawtonem na wokalu, który w 1976 dołączył do znacznie lepiej znanych Uriah Heep. Tytułowy kawałek Lucifer’s Friend pochodzi z debiutanckiego krążka grupy wydanego przez Vertigo Records (stajnię, w której wydawali także Black Sabbath) i jest prawdziwą eksplozją muzycznej energii z przejmującym do szpiku kości tenorem Lawtona, dziką gitarą i gotyckimi organami gdzieś w tle. Kawałek operuje ciekawymi zmianami tempa w ramach progowo-metalowej aranżacji i ciekawą wizją Szatana jako gościa pukającego w szybkę, który ulatnia się w mroku nocy.

11. Astaroth – Satanispiritus

Tak naprawdę nikt nie wie, kiedy legendarna kapela Astaroth z Motor City wydała swój jedyny singiel 7″, jako że do dnia dzisiejszego zachowała się absurdalnie niska liczba kopii i żadna nie zawiera wskazówek. Jedni twierdzą, że był to 1968, a drudzy że początek lat ’70, ale chropowate, proto-punkowe brzmienie zdaje się potwierdzać tę drugą wersję. Satanispiritus to garażowy numer z porządnym pierdolnięciem, który z furią gitarowego przesteru ewokuje glorię Pana Ciemności. On się zbliża! Jest tuż tuż!

Conradino Beb / Jakub Gleń

Wywiad z Patrickiem Lundborgiem, winylowym guru, specjalistą od kultury psychedelicznej, autorem książek „Acid Archives” i „Psychedelia”

Conradino Beb: Czy to prawda, że do napisania twojej ostatniej książki Psychedelia: An Ancient Culture, A Modern Way Of Life przygotowywałeś się przez ostatnie 20 lat? Jak to się zaczęło?

Patrick Lundborg: Tak, absolutnie. 20 lat może być nawet liczbą zbyt niską, gdyż moje najwcześniejsze notatki pochodzą z 1988. Jednak dopiero na początku lat ’90 opublikowałem swoją pierwszą książkę i mogłem sobie wyobrazić, że w przyszłości opublikuję także książkę o kulturze psychedelicznej, więc 20 lat wydaje się dokładną miarą. Zaczęło się to wszystko od tego, że byłem częścią psychedelicznego kolektywu artystycznego w Sztokholmie o nazwie Lumber Island Acid Crew (nazwałem go Lumber Island, ponieważ jest to dosłowne tłumaczenie nazwy Sztokholm), który został utworzony pod koniec lat ’80.

W tym czasie spora liczba młodych mężczyzn i kobiet zaczęła tu zarzucać LSD, i płynąć razem z prądem doświadczenia, a z tego przyszło mnóstwo kreatywności i zabawy. To była głównie scena muzyczna, ale działali na niej także różnego rodzaju artyści i załoganci. Jako członek tej grupy naturalnie skierowałem się w stronę pisania, co zawsze sprawiało mi przyjemność. Zacząłem od pisania psychedelicznej poezji i nawet udało mi się ją opublikować w największym szwedzkim magazynie literackim, ale ostatecznie zdałem sobie sprawę, że poezja nie była dla mnie idealnym kanałem, a zainteresowanie czytelników współczesną poezją kurczyło się do tego w szybkim tempie.

Przedyskutowałem moją sytuację z przyjacielem, który miał już na koncie sukcesy jako pisarz. Zasugerował on, żebym spróbował pisać po angielsku, jako że prawie wszystko co czytaliśmy było po angielsku i nawet nasze rozmowy były naszpikowane anglicyzmami. W tym punkcie miałem już na koncie dwie książki, jedną na temat rocka garażowego i psychedelicznego lat ’60 (The Age Of Madness, 1992), a drugą na temat The 13th Floor Elevators (The Complete Reference File, 1998), ale żadna z nich nie zawierała dużo prawdziwego pisania. To były bardziej podziemne prace naukowe. W ten sposób na początku lat ’00 zacząłem pisać recenzje i artykuły dla różnych magazynów, stopniowo rozwijając angielski jako główny język pisany.

Napisałem Acid Archives w 2006 i książka odniosła wielki sukces, po czym w końcu przyszedł czas na podsumowanie wszystkich psychedelicznych informacji, które zebrałem kolekcjonując wycinki z gazet, notatki, rzadkie książki, raporty z tripów etc. Problemem było to, że nie mogłem znaleźć odpowiedniego ujęcia dla tego materiału, a wiedziałem, że na potrzeby książki będę musiał znaleźć perspektywę zarówno mocną, jak i świeżą. Dalej pisałem więc o muzyce publikując drugą edycję Acid Archives (2010), która ponownie dobrze się sprzedała, czekając aż ostatni element układanki wskoczy wreszcie na swoje miejsce.

Ujęcie dla mojej następnej książki przyszło do mnie w 2010 – chodzi o proces, który opisałem w przedmowie do Psychedelii. Zdałem sobie sprawę, że prawdziwa kultura psychedeliczna nigdy nie została konkretnie zbadana ani zidentyfikowana i to właśnie stało się moją misją – opisanie psychedelii jako swoistej kultury i stylu życia. Ten nowy paradygmat pomógł mi odsłonić wzory, zarówno starożytne jak też współczesne, które wcześniej nie zostały zbadane i zachęcił mnie do reinterpretacji współczesnej historii psychodelików, która zaczęła się od eksperymentów pejotlowych pod koniec XIX wieku i osiągnęła swój szczyt wraz z odkryciem LSD przez Alberta Hofmanna. Napisanie Psychedelii zajęło mi dwa lata intensywnej pracy, na którą przygotowywałem się jednak przez 20 lat albo więcej.

CB: Istnieje pewien generalny problem dotyczący wielkich narracji – tradycyjnie były one zwykle wynikiem abstrakcyjnej refleksji, a nie krytycznej analizy faktów. A żeby stworzyć nową musisz dotrzeć do korzeni, które zazwyczaj są bardziej wyobrażeniowe niż konsensualne. Jak silna jest twoim zdaniem teoria psychedelii jako podziemnego strumienia kultury Zachodu w świetle znanych faktów?

PL: Było to coś, co pojawiło się podczas pisania, co ma swoje korzenie w moich studiach filozofii i historii religii. Oczywiście, Wielkie Misteria Eleuzis był niezwykle ważnym punktem wyjścia dla zachodniej psychedelii i mimo że większość badaczy zgadza się, iż w użyciu podczas tych gigantycznych ceremonii była jakaś substancja psychedeliczna (prawdopodobnie LSA), znaczenie tego faktu nie zostało jeszcze wchłonięte przez lustro naszej kultury. W miarę gdy czytałem o Eleuzis i o tym, jak przedchrześcijańska kultura basenu Morza Śródziemnego opanowała Europę, stałem się świadomy tego, że „światło Eleuzis” – jak nazywał je Ezra Pound – świeciło jeszcze długo po tym, jak Wielka Świątynia została zniszczona przez chrześcijańskich najeźdźców.

swiatynia_demeter_eleuzis
Świątynia Demeter w Eleuzis

W swojej książce demonstruję w jaki sposób eleuzyjska perspektywa przetrwała w ciągu wieków wśród mistyków i badaczy religijnych, nawet jeśli teoretycznie byli oni chrześcijanami. Przez Europę przelewał się strumień holizmu, panteizmu i hedonizmu aż do późnego Średniowiecza, kiedy Kościół Rzymsko-Katolicki rozpoczął oczyszczanie kanonu i wyklinanie heretyków. Platon został wyklęty, a razem z nim całe duchowe podziemie, które przechowywało tradycję Eleuzis. Był to jednak zaledwie mały wybój na drodze, jako że wkrótce we Włoszech narodził się Renesans, który oczywiście zrewitalizował wszystkie wielkie wierzenia i filozofie przedchrześcijańskie z neoplatonizmem na czele, który jest systemem filozoficznym o zdecydowanie psychedelicznej naturze.

Od Renesansu duchowe podziemie na Zachodzie nigdy tak naprawdę nie przestało istnieć, mimo że jednostki były od czasu do czasu zmuszane do ukrywania lub porzucania swoich „pogańskich” zainteresowań. W skrócie, kultura psychedeliczna narodziła się w połączeniu z halucynogennymi ceremoniami w Eleuzis, a wierzenia, które wyrosły z Eleuzis i antycznej kultury basenu Morza Śródziemnego przetrwały generalnie jako alternatywna filozofia duchowa i styl życia aż do XX wieku, kiedy człowiek zyskał wreszcie możliwość, by odkryć doświadczenia halucynogenne na wielką skalę.

Ten punkt widzenia na temat duchowego podziemia nie jest w mojej opinii bardzo radykalny. Także inni badacze, jak Ezra Pound, zbadali nasze europejskie dziedzictwo i znaleźli jasne świadectwa wolnomyślicielskich naukowców i filozofów natury, sięgające aż do Platona. Formalne użycie środków psychedelicznych otwiera i zamyka 2,500-letni cykl, ale w międzyczasie zdołało także przetrwać przesłanie panteizmu, holizmu, hedonizmu i neoplatonizmu.

CB: Wskazałeś w swojej książce – bardzo zresztą słusznie w mojej opinii – że kontrkultura Bitników i freaków/headów poza odkryciem mocy środków psychedelicznych symultanicznie zaraziła kulturę wirusem wschodniego mistycyzmu, a to dokonało wdruku, czy też stworzyło pewien styl lub nawet alejkę myślenia o samym doświadczeniu psychedelicznym. Dzisiaj jednak połączenie to wydaje się bardzo powierzchowne, zawdzięczając wiele „duchowi czasów”. Mógłbyś to nieco rozwinąć?

patrick_lundborg_promo
Patrick Lundborg w latach ’90

PL: Spytano mnie dokładnie o to samo w innym wywiadzie, więc jest to chyba interesująca kwestia. To będzie długa odpowiedź. Tak naprawdę były dwa specyficzne punkty wspólne pomiędzy psychedelią i wschodnim mistycyzmem, które przyszły z różnych stron. Pierwszy z nich był rozszerzeniem badań nad buddyzmem i hinduizmem, które zaczęli Bitnicy na początku lat ’50, przejmując akademicki dorobek Oxfordu i Harvardu i pytając, czy na Zachodzie istnieje wiarygodny styl życia, który odzwierciedlałby te wschodnie modele. Niektórzy z nich podróżowali także na Wschód, mimo że to zrobiło się popularne dopiero w erze hipisów. Włóczędzy Dharmy Kerouaka to wspaniały przykład szczerego eksperymentowania, które miało miejsce w latach ’50.

Paralelny był z tym Alan Watts, który stworzył swoją własną wersję profesora z Dalekiego Wschodu i starał się przybliżyć laikom podstawowe wschodnie idee: hinduizm, buddyzm i taoizm. Oczywiście, także Aldous Huxley i Gerald Heard byli mocno zamoczeni w studiowaniu myśli Wschodu. Już w latach ’50 istniało więc intelektualne zainteresowanie zamianą tych ezoterycznych technik w użyteczny styl życia. Ten impuls dotarł to Timothy Leary’ego i spółki z Millbrook, którzy otrzymali prawdziwą naukę od Huxleya, Wattsa, Ginsberga i innych guru czy lamów, którzy ich odwiedzali. Pojawiło się odczucie, że trip na kwasie był w jakiś sposób buddyjski, tak więc naturalny dla kręgu z Millbrook stał się skok w odmęty wschodniej duchowości, w ramach badań nad doświadczeniem psychedelicznym.

To zaskutkowało książką Doświadczenie psychodeliczne, którą czyta się dzisiaj z prawdziwym zażenowaniem, ale która wpłynęła na wielu acidheadów i kazała im utożsamić swoje tripy z buddyzmem, a potem (gdy Leary napisał swoją książkę Tao Prayers) z taoizmem. Ten cały łańcuch wpływów jest łatwy do prześledzenia od późnych lat ’60 do początku lat ’50 i niemal wszyscy w to zaangażowani byli także zaangażowani w środki psychedeliczne. Jeśli chodzi o wschodnią ścieżkę nie dragową, która została spopularyzowana na Zachodzie, był to głównie japoński wariant buddyzmu ZEN, który stał się bardzo popularny już w latach ’50 ze względu na wpływowych nauczycieli. Poświęciłem kilka stron w Psychedelii wyjaśniając w jaki sposób amerykański ZEN odciął się od psychedelicznych wpływów i pozostaje taki w dużej mierze do dzisiaj.

leary_millbrook
Timothy Leary w Millbrook

Jednym z powodów jest to, że spośród wielu wschodnich szkół ZEN ma prawdopodobnie najmniej wspólnego z doświadczeniem psychedelicznym. Gary Snyder, pisarz związany z Beat Generation, wolał trzymać się tradycyjnej praktyki ZEN niż włączać w eksperymenty swojego przyjaciela Allena Ginsberga. Innym ważnym momentem skrzyżowania środków psychedelicznych z systemami wierzeń Wschodu jest schyłek kontrkultury lat ’60. W tym czasie – mam na myśli pierwszą połowę lat ’70 – strumień został zawrócony w przeciwnym kierunku. Ludzie chcieli religii raczej żeby uciec od psychedelicznego stylu życia, a nie żeby je zrozumieć.

Z tego exodusu wypalonych hipisów narodził się jeden z najbardziej irytujących mitów ruchu psychedelicznego, którego kwestię poruszam również w swojej książce. Zaczęto wierzyć, że doświadczenia duchowe oferowane przez buddyzm czy hinduizm w jakiś sposób zastępują czy też odbierają siłę doświadczeniu psychedelicznemu. Ludzie zaczęli mówić coś w tym stylu: „Możesz dotrzeć do tego samego miejsca bez dragów za pomocą medytacji”. To oczywiście kompletna bzdura. Nie ma sposobu na dojście do absolutnej rzeźni sensorycznej, charakterystycznej dla pełnego tripu na halucynogenach bez użycia dragów. Medytacja nie sprawia, że zaczynasz widzieć muzykę w postaci czerwonych i zielonych promieni z głośników i nie daje ci kontaktu z kosmitą-tricksterem, który tłumaczy ci tajemnice podróży w czasoprzestrzeni, a w tym samym czasie żongluje dziwnymi, kolorowymi przedmiotami tuż przed twoimi oczami.

Medytacja, a konkretnie tantryczne techniki, które kiedyś były trzymane w tajemnicy, mogą być bardzo potężne i z pewnością przybliżają cię do nirvany – jeśli jest to twój cel. Medytacja, w swoich różnych formach, jest jedną z umiejętnych form osiągania duchowego oświecenia. Ale poza mało istotnymi podobieństwami nie ma ona żadnego związku z doświadczeniem środków psychedelicznych w kwestii techniki, zawartości czy pożądanego rozwiązania. Sądzę, że jest to jeden z najważniejszych rozdziałów mojej książki, w którym wyjaśniam, że są to dwa całkowicie odrębne modele duchowe. Pierwszą rzeczą, której powinien podjąć się student, to ustalić cel swojej praktyki. Czy chce osiągnąć nirvanę, mokszę, czy inny typ klasycznej iluminacji? Jeśli tak, czas zacząć pracę z dhyaną, vipassaną i tantrą, by oczyścić swój umysł na iluminację gdzieś w przyszłości.

Ale jeśli celem jest odkrycie miejsc, emocji i idei, na które wpadasz podczas psychedelicznej podróży, wtedy buddyzm i hinduizm nie ma nic do zaoferowania. Żeby przedsięwziąć psychedeliczną eksplorację przestrzeni wewnętrznej używasz środków psychedelicznych. To brzmi jak oczywistość, ale przez dekady ludzie sądzili co innego, sugerując iż możesz ominąć LSD czy tryptaminy i wciąż mieć te niesamowite podróże przez przestrzeń wewnętrzną. Ale nie możesz. Musisz wybrać.

W latach ’70 wielu wybrało wschodnią ścieżkę bez dragów (poza trawą), co było pewnie dla nich dobre, ale zgadzam się tu z Terencem McKenną, który powiedział że cały ten new age’owy burdel, ukłony przed guru i odosobnienia w górach były w tym czasie sposobem na ucieczkę przed doświadczeniem psychedelicznym, ponieważ ludzie nie mogli sobie już z nim poradzić i chcieli czegoś mniej wymagającego. To zaś, ponownie, jest dobrą sprawą, tyle że na skutek racjonalizacji zrodziło te mity. Dzisiaj, w 2013, ludzie są znacznie mądrzejsi i potrafią odróżnić trip na kwasie od stanu medytacji.

CB: W kwestii muzyki psychedelicznej w swojej książce pojechałeś konkretnie. Zdołałeś na przykład odróżnić nie psychedeliczne eksperymenty od eksperymentów psychedelicznych. A to musiało zostać zrobione, by oczyścić wodę, szczególnie dla czytelnika, który ma bardzo mgliste pojęcie co jest czym. Koniec końców stwierdziłeś nawet, że muzyka psychedeliczna może być nawet grana bez zaangażowania w proces psychodelików. O co w tym wszystkim chodzi?

PL: Jeśli wyjdzie kiedyś druga edycja Psychedelii, być może dołączę jakąś tabelę, żeby sklaryfikować sytuację, ponieważ to dość skomplikowana sprawa. Im więcej dowiedziałem się o muzyce psychedelicznej lat ’60, tym mniej jasny zyskałem jej obraz. Istnieje fundamentalna definicja, którą zapożyczyłem z książki o sztuce psychedelicznej, a która mówi, że: „Muzyka psychedeliczna jest w jakiś sposób związana z doświadczeniem psychedelicznym”. Sądzę, że to dobry punkt wyjścia, ale pozostawia on dużo pytań bez odpowiedzi. Aby w pełni zrozumieć jak szeroki jest to temat, trzeba sobie wyobrazić długą i kolorową wstęge muzyki psychedelicznej.

Na jednym końcu mamy „czystą psychedelię”, która jest muzyką tworzoną przez użytkowników środków psychedelicznych będących pod wpływem środków psychedelicznych. Jak na albumie Spacemen 3 – branie dragów, żeby robić muzykę dla ludzi, którzy biorą dragi. To jest czysta psychedelia; wszystko jest tu związane z doświadczeniem psychedelicznym. Dwie najważniejsze, prawdziwie psychedeliczne grupy to The 13th Floor Elevators oraz (wcześni) The Grateful Dead – obydwie tworzyły czystą psychedelię. To maksymalne przypadki muzyki psychedelicznej. Na drugim krańcu wstęgi mamy muzykę, która nie została stworzona z żadną myślą psychedeliczną, ale którą w pewien sposób lubią ludzie biorący dragi.

the_grateful_dead
The Grateful Dead / 1967

Ale żeby zakwalifikować ją jako muzykę psychedeliczną musisz mieć mnóstwo acidheadów twierdzących, że była czymś szczególnym. Najlepszym przykładem, który mogę wyciągnąć z rękawa, jest exotica lat ’50, ale lubi ją oczywiście także wiele ludzi, którzy nigdy nie brali psychodelików. Istnieje kolejny przykład z krańca wstęgi muzyki psychedelicznej, chodzi o „fakedelię”, która wciąż działa dobrze na dragach. Ta była powszechna w latach ’60, kiedy zespoły chciały być hipsterskie, a ich labele chciały zarabiać na psychedelicznym „trendzie”. Zespoły bez żadnej prawdziwej wiedzy na temat muzyki psychedelicznej słuchały The Beatles, The Byrds i grup z San Francisco, a potem próbowały robić coś podobnego z dodatkiem kosmicznych tekstów.

Część tej fałszywej psychedelii jest okropna, ale z powodu ogólnej kreatywności lat ’60 wielu z tych rzeczy bardzo przyjemnie się słucha i acidheadzi będą je doceniać nawet wiedząc, że grupy te nie były prawdzie psychedeliczne. Ten szczególny „gatunek” nie zjedna sobie jednak purystów. Sam byłem dość sceptyczny w stosunku do „fakedelii”, ale z czasem zrozumiałem, że mnóstwo z psychedelicznej muzyki lat ’60, która mi się podobała, była w istocie fałszywą psychedelią i nie mogłem zrobić nic tylko przyznać, że działała.

Ostatecznym wnioskiem jest to, iż prawie niemożliwe jest, nawet na dobrym kwasie, odróżnić psychedelię fałszywą od prawdziwej, słuchając muzyki. Nie możesz być dogmatykiem, ponieważ zwyczajnie nie wiesz. W 1967-68 cała popkultura była tak zanurzona w psychedelicznych wibracjach, że ludzie którzy udawali zdawali się brzmieć jak prawdziwi przedstawiciele sceny. I dlaczego nie? Im więcej dobrej muzyki, tym lepiej. Można powiedzieć o tym znacznie więcej, ale odsyłam do swojej książki.

CB: Jeśli chodzi o psychedeliczne grupy lat ’60, co powiedziałbyś o psychedelicznym okresie The Beatles? Prawdziwa kreatywność czy kopiowanie innych? Revolver i Sgt. Pepper’s wywołały znacznie większy sztorm od Psychedelic Sounds w swoim czasie, ale obydwie płyty posługiwały się głównie językiem pop rockowym praktycznie nie wchodząc w kwasowe improwizacje. To one jednak zdefiniowały trend.

PL: Nie sądzę, żeby Bitlesi byli mniej psychedeliczni niż The 13th Floor Elevators w kwestii twórczości muzycznej. Kawałki tj. Tomorrow Never Knows czy Strawberry Fields są arcydziełami wczesnej psychedelii i pomogły popchnąć granice rocka w stronę nieznanych lądów. Nic takiego, jak te kawałki, nigdy wcześniej nie zostało nagrane. Bitlesi byli tak ważni dla całej popkultury lat ’60, że w żaden sposób nie mogą być nazwani kopistami – pytaniem było bardziej czy Bitlesi będą zainteresowani jakimś nowym stylem czy kierunkiem. Jeśli byli, wtedy ten styl czy kierunek uważano za prawdziwy, po czym przychodzili kopiści. Stonesi mogą być bardziej uważani za kopistów, gdyż nagrali Satanic Majesties; ale to wciąż bardzo dobry album. Bitlesi z drugiej strony zainteresowali się muzyką psychedeliczną tak wcześnie (wiosna 1966), że mogą być uważani za pionierów stylu.

CB: Czy sądzisz, że doświadczenie psychedeliczne może być zastosowane jedynie do sztuki (muzyka, malarstwo, film etc.), ponieważ jest tak niespecyficzne, czy też po prostu nie nastał jeszcze czas, jak mówią starzy utopiści? Co o tym sądzisz?

PL: Doświadczenie psychedeliczne jest bardzo potężnym modyfikatorem świadomości i osobowości. Niemal wszyscy ludzie, którzy przeszli je przynajmniej kilka razy z pozytywnym, przełomowym skutkiem, zmieniają swoje życie, to jak postrzegają świat i to co chcą robić. Niektóre z tych zmian są nagłe i łatwe do zauważenia, inne są bardzo subtelne i mogą nie zostać odkryte aż nie spojrzysz na swoje życie z oddali i nie zobaczysz jak zmieniłeś swoje zachowanie i z jakiego powodu. Te zmiany nie są przypadkowe, nie do końca indywidualne – istnieje wzór tego co staje się z człowiekiem po wzięciu środka psychedelicznego.

Ten temat był studiowany w latach ’60 i był jedną z rzeczy, którą zainteresowała się banda z Harvardu/Millbrook, zanim cały projekt zamienił się w wielką dragową imprezę. Ludzie, którzy wzięli środki psychedeliczne wystarczającą ilość razy mają tendencję do luzowania się, otwierania na nowe doświadczenia, większej akceptacji wad świata lub siebie samych i są bardziej przygotowani na sytuacje z niejasnymi granicami i regułami lub które wzajemnie się wykluczają. Jednym z klasycznych objawów psychedelizacji, które lubię przytaczać, jest to, że człowiek przestaje mieć problemy z ambiwalencjami i przeciwnościami, których pełen jest świat współczesny.

lsd_photo_1
Świat zewnętrzny na kwasie

Dzieje się tak oczywiście dlatego, iż trip psychedeliczny rozdziera fałszywe dychotomie i dualizmy tak jakby były papierem ozdobnym, a zamiast tego pokazuje ci świat przestrzeni wewnętrznej, w którym wszystko jest trzema rzeczami naraz w tym samym czasie i znajduje się w stanie przepływu, jak w „panta rei” u Heraklita lub „nic nie trwa wiecznie” Merry Pranksters. Spędź wystarczającą ilość czasu w przestrzeni wewnętrznej, odczuj radość i magię, która z tym przychodzi, a wszystko to, co kiedyś było sztywne i spięte odejdzie, i zostanie zastąpione przez osobę, która jest zarówno bardziej dojrzała, jak też paradoksalnie bardziej dziecięca. To właśnie przydarza się większości ludzi, którzy biorą środki psychedeliczne, kiedy są młodzi, ale nie zbyt młodzi (powinieneś mieć za sobą szkołę średnią).

Doświadczenie psychedeliczne ma także do zaoferowania wiele ludziom, którzy pracują w zawodach kreatywnych, nie ma znaczenia czy są aktorami, czy rzeźbiarzami, czy architektami. Jeśli chodzi jednak o najbardziej konwencjonalne części społeczeństwa – filary stabilności finansowej, sektor rządowy, przedsiębiorców, inżynierów i wszystko to, co zbudowało współczesny Zachód – mam trudności ze wskazaniem na natychmiastowe korzyści środków psychedelicznych, poza zrelaksowaniem się i osiągnięciem szczęścia przez białe kołnierzyki. Nie istnieje alternatywna giełda, na której acidheadzi handlowaliby według innego systemu, jeśli rozumiesz o co mi chodzi.

Te funkcje społeczne zostały wyrzeźbione w ciągu wieków, aby zadowolić ambicje i żądania członków społeczeństwa. Są one skrajnie skomplikowanymi, zbilansowanymi funkcjami. Wątpię, żeby można je było ulepszyć w jakiś kontrolowany sposób. Alternatywne społeczeństwo psychedeliczne musiałoby zaczynać od zera i budować swój własny system na bazie wiejskiego życia, wypasu zwierząt, rolnictwa etc. To oczywiście zrobiło mnóstwo hipisów, którzy zdecydowali się na zużytkowanie kwasowych pomysłów. Mój tok myślenia jest więc taki, że społeczeństwo „zgredów”, które naprawdę jest zgredowate, urosło w niemal organicznym stylu w ciągu wieków do swojej dzisiejszej postaci.

Możemy go nie lubić, ale istnieje ono dla jakiegoś powodu, którym jest zapewnianie komfortu zgredom. W tym społeczeństwie zgredów wciąż istnieje jednak przestrzeń kreatywna, czy też pewna doza anarchii i zabawy, a w niektórych krajach ludzie, którzy używają psychodelików, mogą to robić z małym ryzykiem i stwierdzają, że ich rodzinne miasta wraz z mieszkańcami są w porządku, zgredowate czy nie. W innych krajach tj. USA zgredy są przerażone ludźmi, którzy chcą być wolni, jednak nie dlatego, że są zagrożeniem, ale ponieważ wierzą, iż całe społeczeństwo i pewien styl życia upadnie jeśli zbyt wiele jednostek uwolni swoje umysły i osobowości z pomocą środków psychedelicznych. A najśmiejszniejsze jest to, że mają rację.

Milion Amerykanów wziął wystarczającą ilość LSD, by zmienić się całkowicie, a to stworzyło duchową kontrkulturę, która wpływała na całe społeczeństwo przez wiele lat. Wyobraź sobie co by się stało, gdyby 100 mln Amerykanów wzięło LSD? Te finansowe filary, wielkie korporacje i agencje rządowe nagle wypełniłyby się ludźmi, którzy zakwestionowaliby wszystko, którzy zdecydowaliby, że nie chcą pławić się w gównie i odeszli z pracy zostawiając cały ten młyn. Ci w USA, którzy widzielli w LSD zagrożenie dla amerykańskiego modelu „szczytu/nagrody”, przedsiębiorczości, ciężkiej pracy i kapitalizmu mieli rację.

W czym mogli się jednak mylić, to że nowe społeczeństwo, które zastąpiłoby stary kołowrotek, wyścig szczurów i piramidową grę, byłoby koniecznie gorsze od starego. W perspektywie tego, co robią ze zdrowymi, dorosłymi ludźmi psychodeliki, sądzę że istnieją spore szanse na to, iż społeczeństwo zbudowane przez psychedelistów byłoby znacznie lepsze od tego, które mamy obecnie na Zachodzie. Sądzę jednak również, iż to może zostać osiągnięte jedynie poprzez totalne zawalenie się starego systemu, który stworzy miejsce na nowy. To nie jest przedsięwzięcie, które może zostać osiągnięte przez prostowanie i wygładzanie.

Widząc jak wygląda dzisiaj świat Zachodu, najbardziej przewidywalnym rezultatem wydaje mi się współistnienie psychedelicznych enklaw ze starym systemem – model, z którym już eksperymentowano i który rośnie w wiarygodność. Wierzę, że taką właśnie przyszłość musimy uwzględnić i z tego powodu napisałem też cały rozdział w Psychedelii, który traktuje o psychedelicznych kongregacjach i komunach, o budowaniu utopii na małą skalę.

CB: Naprawdę podobał mi się ustęp w Psychedelii na temat psychedelicznych wątków w Czasie apokalipsy. Co byś powiedział o narkotycznym kinie Nowego Hollywood w kontekście rzucenia tego na ekrany? Lata ’70 były okresem, w którym dragi naprawdę wkroczyły do mainstreamu. Z drugiej strony uważasz Bliskie spotkania Spielberga za przykład kina psychedelicznego, mimo że ten był zawsze znany jako nerd trzymajacy się z dala od dragów.

PL: W książce wspominam o tym, że Nowe Hollywood pomimo całej swojej kreatywności i pomysłów nieszczęśliwie skierowało się na tory realizmu i naturalizmu. Podczas gdy psychedelia trzymała w garści popkulturę przez wiele lat, przebudzone Hollywood odsunęło się od rzeczy duchowych i halucynogennych kierując w stronę filmów o zwykłych ludziach zmagających się z życiem. W Easy Riderze wciąż mamy element psychedeliczny, ale w Pięciu łatwych utworach nie pojawia się on w ogóle. Jeśli chodzi zaś o Spielberga, to nie skupiam się tyle na nim samym, co na Bliskich spotkaniach, które mają ten specyficzny, dziecięcy zachwyt łatwy w odczycie dla acidheadów.

Easy_Rider_Hopper_fuck
Scena z „Easy Ridera” (1969)

W filmie tym świat został przedstawiony jako lekko nierealna tajemnica, która czaruje ludzi. W przeciwieństwie do innych obrazów Spielberga jest on również pozytywny i ma magiczną atmosferę. Sposób, w jaki sfotografowano ten film, chodzi mi głównie o nocne sceny, przypomina psychedeliczne pejzaże w tripową noc – duże otwarte niebo i poczucie bycia zaangażowanym w coś ważnego. Spielberg nigdy nie stworzył już potem niczego psychedelicznego, a nawet to wyszło mu być może przez przypadek, ale Bliskie spotkania posiadają specyficzny psychedeliczny klimat, o który trudno w filmach. To nie jest ta sama wibracja, którą znajdziemy na przykład w 2001 Kubricka.

CB: Going Up The Country Canned Heat – singiel wydany w 1968 – to numer, który dla wielu symbolizuje konkretny moment, kiedy headzi w końcu wyprowadzili się z miast, by założyć wiejskie społeczeności i poszukać bardziej zielonej trawy. Ale dla mnie jest to także początek drugiej rundy, gdyż w ruch poszło sadzenie marihuany, a Szmaragdowy Trójkąt stał się prawdziwym centrum nowego biznesu. 30-40 lat później wziął on w końcu Amerykę szturmem – ganja jest bardziej popularna niż była kiedykolwiek. Co sądzisz na ten temat?

PL: Marihuana i cała kultura konopna Zachodu jest ogromnym fenomenem kulturowym, który powinien zostać zbadany i skomentowany przez wyspecjalizowanych ekspertów. Istnieje pewien punkt zaczepienia pomiędzy sceną marihuanową i sceną kwasową, konkretnie w erze świetności kontrkultury, ale jeśli mamy oddać szacunek obydwóm gigantycznym fenomenom, nie można ich zgarniać do jednego worka. Zgadzam się jednak, że marihuanowa scena growerska stała się dużym hobby (i biznesem) w latach ’70 i zrodziła takie magazyny jak High Times, który także zajmuje się środkami psychedelicznymi. Najbliższym połączeniem jest tu hodowla magicznych grzybów, którą opisałem szczegółowo w Psychedelii.

CB: Dlaczego nie wspomniałeś w książce, że konopie, jeśli wzięte doustnie, wywołują efekt tak samo silny jak LSD (przy dużych dawkach)? Osobiście, uważam mit lekkiej psychedeliczności konopi za zabawną sprawę. Hinduska soma mogła być równie dobrze potężnym ekstraktem z konopi, ale jakoś nikt nigdy nie poszedł tą drogą.

PL: Zgadzam się, że haszysz przyjęty doustnie może być bardzo mocny – faktycznie, jeden z moich najpotężniejszych tripów przeżyłem jedząc omlet z haszyszem, który przygotowała grupa moich przyjaciół. Być może trochę przesadziliśmy (na patelnię poszło kilka gramów), bo wyssało całą naszą trójkę na kilka godzin. Opanowało mnie euforyczne uczucie i nie mogłem przestać się śmiać, a kiedy w końcu wyluzowałem się na tyle, że byłem w stanie leżeć, każda komórka mojego ciała zdawała mi się elektryczna. Interesująca rzecz i bardzo fajna, muszę przyznać. Ale jak wspomniałem wcześniej, musiałem dokonać świadomego wyboru i zostawić kulturę konopną innym, gdyż jest ona tak bardzo popularna i na pewno bardziej rozpowszechniona od psychodelików.

CB: Czy sądzisz, że kultura zachodnia jest w stanie wyprodukować swoją własną ścieżkę mistyczną bez romansów z buddyzmem, hinduizmem, taoizmem czy chrześcijaństwem, która opierałaby się bardziej na pierwotnym rdzeniu, jak w neopogaństwie czy niektórych gałęziach filozofii transgresji?

PL: Jest to jedno z najważniejszych pytań, które porusza moja książka. W mojej opinii musimy sobie przede wszystkim zdać sprawę, że psychedelia jest osobną ścieżką, a nie częścią już istniejących ścieżek duchowych czy psychologicznych. Znajdziemy wprawdzie punkty styczne, ale różnice są znacznie większe od podobieństw, szczególnie jeśli spojrzysz na treść doświadczenia psychedelicznego, które jest oczywiście rdzeniem całej sprawy. Uważam za przedziwne mówienie o tym, że wschodnia medytacja zastępuje lub zabiera ludzi do „tego samego miejsca”, co środki psychedeliczne, ponieważ to nieprawda.

Ci ludzie albo przeżyli bardzo łagodne tripy na kwasie, albo zwyczajnie przekonali się, że nie potrzebują unikalnych przeżyć oferowanych przez środki psychedeliczne. To ich strata, ale chciałbym, żeby stare mity z lat ’60-’70 o „naturalnych hajach” całkowicie wyparowały. Medytacja i inne praktyczne metody (jak nazywają je buddyści) są oczywiście bardzo efektywnymi ścieżkami, które zostały udoskonalone w ciągu setek lat i każdy, kto wybierze podążanie za jedną z tych szkół ze szczerym oddaniem, na pewno wiele zyska, a być może nawet osiągnie pewien wyższy stan świadomości. Wschodnie ścieżki są piękne i działają – co jednak jest mylną koncepcją, to przekonanie, że są one w jakiś sposób porównywalne z doświadczeniami środków psychedelicznych. To są różne ścieżki posługujące się różnymi narzędziami, różnymi treściami doświadczenia i różnymi stanami końcowymi.

vipassana
Mali mnisi buddyjscy w trakcie praktyki vipassany

Zrozumienie, że psychedelia reprezentuje osobną, specyficzną ścieżkę treningu duchowego, jest więc pierwszym krokiem. Idąc krok dalej sądzę, że istnieją inne szkoły i tradycje, z którymi warto się zaznajomić, gdyż mogą one pomóc w nawigacji poprzez psychedeliczny trip. Wcześniejsze poznanie wschodniej medytacji będzie pomocne, nawet jeśli treści są kompletnie różne, jako że umiejętność kontroli i eksternalizowania strumienia własnego umysłu, której uczysz się w trakcie medytacji, jest bardzo przydatna w psychedelicznej przestrzeni wewnętrznej.

Podobnie, wartościowe przy zażywaniu psychodelików są także doświadczenia z tradycyjną psychoterapią, jako że trenują one w identyfikowaniu własnych mechanizmów obronnych, zawiech i odruchów. Konkretnie, podczas pierwszych tripów, kiedy dochodzi do intensywnego czyszczenia wewnętrznej garderoby, naprawdę przydaje się zrozumienie własnego ego. Nawet gdy jesteś konkretnie naładowany, wcześniejszy trening pomoże ci opatrzyć etykietką momenty, kiedy reagujesz ze względu na strach lub inne negatywne wdruki, a to zarówno obniży ryzyko doświadczenia psychedelicznego, jak też popchnie cię szybciej do przodu na psychedelicznej ścieżce.

W dodatku do wschodniej medytacji i zachodniej psychoterapii, dwóch najważniejszych sprzymierzeńców dla ścieżki psychedelicznej widzę w filozofii neoplatońskiej i rdzennym szamanizmie wykorzystującym rośliny psychoaktywne. Neoplatonizm jest użyteczny, ponieważ jest to gałąź klasycznej filozofii pozostająca najbliżej psychedelicznego doświadczenia wszechświata, prezentująca go w formie warstw różnych poziomów zrozumienia, przez które można się przedrzeć dzięki „kontemplacji”, a w naszym przypadku dzięki dragom halucynogennnym.

shaman_3
Szaman z bebnem

Można się kłócić, że Platon, którego filozofia jest przecież podstawą tego systemu, może zaoferować znacznie bogatszy i lepszy model myślowy umysłu i wszechświata, ale Platon interesował się także wieloma rzeczami, które nie miały żadnego związku z doświadczeniem psychedelicznym i dopiero w niektórych pracach (szczególnie w Fedonie) wyczuwamy jasną obecność inicjacji w Eleuzis i pogląd na egzystencję, który ma silny duchowy ton. Na poziomie technicznym wielopoziomowa struktura metafizyczna neoplatonizmu wydaje się lepiej rozwiniętym modelem od dualistycznego poczucia form i idei Platona.

Jeśli chodzi o tradycje szamańskie, pokrywają one witalną przestrzeń, której nie pokrywa żadna z innych szkół czy tradycji, a chodzi o konkretną nawigację w przestrzeni wewnętrznej, kiedy odbywasz swój psychedeliczny trip. Szamani są mistrzami tej domeny, a przestrzeń wewnętrzna (zaświaty) jest dla nich tak samo lub nawet bardziej rzeczywista od otaczającego nas, fizycznego świata. Otrzymują oni swój szamański trening poprzez przyjęcie gigantycznej dawki środków enteogennych aż nie przemierzą wszystkich zakątków tamtego świata, który opisuje tradycja szamańska.

Mistrz szamański zna pejzaż przestrzeni wewnętrznej, jej mieszkańców, zarówno tych dobrych, jak i złych, gry w które grają, swoje powinności i wie jak poradzić sobie z różnymi specyficznymi sytuacjami. Doświadczony acidhead otrzymuje mniej więcej tę samą wiedzę, zakładając że przyjmie wystarczająco duże dawki, tak więc staje się w efekcie szamanem tradycji wcześniej nieznanej na Zachodzie – on lub ona staje się szamanem/ką przestrzeni wewnętrznej. A na tej ścieżce psychedelicznej Zachodu, czy to z użyciem LSD, grzybów, DMT/ayahuaski, czy czegoś innego, można się wiele nauczyć od rdzennych i mieszanych szamanów, czy ayahuasqueros, którzy przemierzyli przestrzeń wewnętrzną z punktu widzenia swojej własnej tradycji.

Jako że dragi są takie same lub podobne, nie powinno dziwić, że to co opisuje szaman z Amazonii, ofituje w podobieństwa dla zachodniego fana enteogenów. Wizje członka społeczności plemiennej będą zaowoalowane przez ikony i język jego własnej tradycji, więc nie zawsze będzie łatwo odróżnić folklor od bezpośredniego doświadczenia psychedelicznego, ale siłą rzeczy setki szamańskich tradycji Centralnej i Południowej Ameryki mają do zaoferowania dużo wiedzy i praktycznych pomysłów.

ayahuasca-vine
Ayahuasca w naturalnym środowisku

Podsumowując powiedziałbym, że ścieżka psychedeliczna Zachodu powinna być najpierw zrozumiana i zdefiniowana jako osobna tradycja duchowa posiadająca swoje własne narzędzia, treść wizyjną, język, strukturę stopniowego rozwoju i potencjalne stany końcowe. Zdefiniowanie tych rzeczy może zostać dokonane wyłącznie dzięki studiowaniu i dyskutowaniu doświadczeń psychedelicznych, zarówno w formie natychmiastowych impresji oraz dalekoterminowych nauk, co doprowadzi do zbudowania pełnego modelu duchowej tradycji. To trochę jak u zarania chrześcijaństwa, kiedy Ojcowie Kościoła stopniowo definiowali kanon tego, co stało się religią chrześcijańską. To szeroko zakrojony wysiłek angażujący mózgi, serca i duchy tysięcy jednostek pracujących aż tradycja otrzyma w końcu względnie stabilną, konsensualną forme, spajającą i łączącą wszystkie fundamentalne doktryny i rytuały.

Po uzgodnieniu, że psychedelia jest osobną duchową tradycją, drugim krokiem byłoby stworzenie mapy przestrzeni wewnętrznej, co szeroko omawiam w swojej książce. To zadanie, które postępuje od dekad, ale przybiera formy ad hoc, w jakiś sposób rozproszone, jakby treść tripu nie była tak ważna jak coś innego, cokolwiek to miałoby być. Dla doświadczonego psychedelisty, który wystarczająco oczyścił swój niechciany bagaż, wyzwanie powinno być oczywiste: wejście w przestrzeń wewnętrzną i sprawdzenie czego można się dowiedzieć. Trzeba uczynić fundamenty z wartościowych rzeczy i udokumentować je w celu dalszej analizy. To właśnie powinno zostać zrobione i zgrupowane w postaci dużej pomocy naukowej, podobnie jako praca Ojców Kościoła.

Te dwa kroki są wystarczająco wyzywające dla zachodnich psychedelistów i dają im pracę na kilka następnych dekad. A dopóki nie będzie znaku postępu, nie ma nawet sensu patrzeć dalej w przyszłość. I nawet jeśli opisuję to w ogólnych zarysach jako szeroko zakrojony fenomen, nie istnieje oczywiście żadna przeszkoda dla plemion acidheadów czy miłośników grzybów, by wystartować z własnymi projektami mającymi na celu stworzenie kanonu nauk psychedelicznych i map przestrzeni wewnętrznej. Ja sam byłby wielce szczęśliwy dowiadując się, że tego typu przedsięwzięcie jest w toku.

CB: My także, dzięki za rozmowę!

<<< Odwiedźcie stronę Patricka i sprawdźcie gdzie można kupić jego książkę>>>

The Grateful Dead – The Grateful Dead (1967)

Jeden z tych rzadkich debiutów, który nigdy wprawdzie nie osiągnął statusu najlepszej płyty w dorobku zespołu, ale który dał The Grateful Dead nieocenione doświadczenie studyjne i kazał w przyszłości przejąć całkowitą kontrolę na procesem rejestracji nagrań. Z perspektywy czasu nie da się jednak przecenić znaczenia tego krążka, gdyż został on wycięty w ramach kontraktu z Warner Bros na trzy albumy, wśród których znalazły się dwa prawdziwe arcydzieła: Anthem Of The Sun (1968) oraz Live Dead (1969). Co jednak najważniejsze, otworzył on zespołowi drogę do koncertowania w całym kraju…

Słynny kontrakt pomiędzy The Grateful Dead, a Warner Bros został podpisany w imieniu wytwórni przez Joe Smitha – wtedy prezydenta firmy, który spotkał się z zespołem oraz jego menadżerami Rockiem Scullym i Dannym Rifkinem w kultowej sali balowej Avalon, w San Francisco, gdzie zespół odwalił przed spotkaniem odlotowy gig.

Joe Smith był absolwentem Yale, typowym przedstawicielem amerykańskiej klasy średniej i zdążył wcześniej zjeść obiad razem z żoną w wytwornej restauracji, by nagle wskoczyć w fantastyczny świat skwaszonych mieszkańców Haight Ashbury. Ale pomimo że show całkowicie zdmuchnął mu kulturową potylicę, zespół wydał mu się rewelacyjny na żywo.

Jak przyznał wiele lat później Rock Scully, dowcipnisie tylko czychali, żeby wrzucić Smithowi kwas do jakiegokolwiek napoju na partyzanta – z czego The Grateful Dead stali się słynni w późniejszych latach – ale ten był świadomy miłości zespołu do LSD i skrupulatnie unikał picia drinków z jego rąk.

Niemniej umowa podpisana przez grupę ze Smithem była wyjątkowo dobra, gdyż muzycy za namową swojego prawnika zachowali wszystkie prawa autorskie do swoich nagrań – co wcześniej nie udało się ani Bobowi Dylanowi, ani The Rolling Stones, ani Beatlesom. The Grateful Dead byli także pierwszym zespołem psychedelicznym z San Francisco zapisanym przez Warner Bros dodając hipsterskiej aury całemu labelowi.

Niemniej, w tym okresie muzycy wciąż byli w fazie treningu – praktycznie bez żadnego doświadczenia studyjnego – i granie całkowicie podporządkowywali występom na żywo w lokalnych klubach i salach balowych. Również sam repertuar dopiero się kształtował, zmieniając z dnia na dzień, co utrudniło nieco dobór kawałków do rejestracji.

A odzwierciedliła to sama płyta – tam, gdzie zespół był zmuszony trzymać się bardziej tradycyjnej country-bluesowej formy i singlowego czasu, efekt jest połowiczny. Jednak niektóre kawałki z The Grateful Dead mimo wszystko stały się klasykami zapowiadając ultra eksperymentalną, free jazzową formę Anthem Of The Sun (1968) i Aoxomoxoa (1969).

Morning Dew

Jednak mimo braku doświadczenia zespołu w pracy studyjnej, The Grateful Dead z perspektywy czasu zyskuje więcej niż traci ze względu na swoje rustykalne, zakorzenione w kalifornijskiej ziemi brzmienie i minimalny mix, które sprawiają, że pomimo tradycjonalizmu większości numerów słucha się go doskonale.

A jeśli dodamy, że nagrano go w cztery dni na prostym czterośladzie i zmiksowano w jeden, energia i talent zespołu tym bardziej stają się oczywiste. I nawet jeśli prawdziwy charakter The Grateful Dead udało się uchwycić zaledwie trzech numerach: Cream Puff War, Morning Dew i Viola Lee Blues, są one warte wysiłku, stanowiąc kamień milowy dla rozwoju przyszłych koncepcji studyjnych.

Oprócz blues rockowego Beat It Down The Line (kompozycji Jessego Fullera), Good Mornin’ Little School Girl (kompozycji H.G. Desmaraisa) z piękną partią harmonijki Pigpena, która naprawia kawałek poniekąd pognany batem, Garcia dorzucił do listy utworów własną wersję tradycyjnego kawałka Cold Rain And Snow, która pokazuje jego talent gitarowy i aranżacyjny, choć wokal nieco ginie w miksie oraz Sittin’ On The Top Of The World – kawałek Boba Willsa, z którego hit uczynił Carl Perkins.

Do tej listy należy jeszcze dorzucić New, New Minglewood Blues i tworzy to rhythm’n’bluesową, jug bandową osnowę debiutu, którą The Grateful Dead mieli w przyszłości to porzucać, to do niej wracać…

Na tej płycie należy jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na perły, z których na pierwszy plan wysuwa się psychedeliczna satyra na lewicowy ruch antywojenny Cream Puff War (dosł. Wojna o piankę ze śmietanki) w której Jerry Garcia śpiewa: Twoje ciągłe walki zaczynają robić się nudne. Więc idź gdzie indziej toczyć swoją wojnę o pianę ze śmietanki.

Kawałek po prostu piszczy od pięknych partii organowych Pigpena, pięknej pracy gitary rytmicznej Weira oraz fantastycznego podkładu perkusyjnego Kreutzmanna. Cream Puff War stał się z czasem zasłużenie prawdziwym psychedelicznym klasykiem i został użyty w niezliczonej ilości dokumentów na temat kontrkultury lat ’60.

Drugim kawałkiem, na który warto zwrócić uwagę jest Viola Lee Blues – jedyny przykład rozciągniętej do dziesięciu minut improwizacji The Grateful Dead, z których zespół był w tym czasie najbardziej znany. Oparta na bluesowej pentatonice aranżacja przechodzi w pewnym momencie prawdziwą metamorfozę z raczej spokojnego kawałka w szybką, kwasową furię, z której sączą się na wszystkie strony free jazzowe wpływy.

Te słychać szczególnie w genialnych liniach basu Phila Lesha (wcześniej kolegi z roku i współpracownika Steve’a Reicha), który z czasem miał się stać jednym z najbardziej awangardowych basistów w muzyce gitarowej.

Reedycja z bonusami (2003)

Listę wybitnych kawałków zamyka przepiękny Morning Dew, który Jerry Garcia przearanżował z tradycyjnej melodii folkowej. Medytacyjny charakter tune’u odzwierciedla godziny zejścia na kwasie, kiedy wszystko wydaje się błogosławieństwem i spokojem i daje ten sam wgląd w atmosferę sceny, co kawałki z Surrealistic Pillow – obydwie płyty nagrywał ten sam człowiek: Dave Hasinger.

Kawałek szybko stał się obowiązkową częścią repertuaru kocertowego. Jako strona B singla The Golden Road (To Unlimited Devotion) promował debiut The Grateful Dead. Sama płyta w swoim czasie zyskała dość pozytywne recenzje, które wskazywały na dobre zgranie muzyków, choć podkreślały, że jest to zaledwie echo dzikiego, narkotycznego spektaklu, jaki zespół zwykle odwalał na żywo.

Conradino Beb

Steven Hager opowiada o znaczeniu Dnia 420 i nie tylko…

Steven Hager, twórca Cannabis Cup, założyciel i były redaktor naczelny poczytnego magazynu High Times, autor książek The Octopus Conspiracy and Other Vignettes of the Counterculture: From Hippies to High Times to Hip-Hop and BeyondAdventures in the Counterculture, a także słynnego artykułu Heritage of Stone (traktującego o zabójstwie JFK), opowiada o znaczeniu Dnia 420 – międzynarodowego święta miłośników marihuany na antenie telewizyjnej… a przy okazji odkrywa przed widzami, jak zaangażował się w kontrkulturę, jak poznał The Grateful Dead, jak został aktywistą konopnym, przeżył rozczarowanie amerykańską demokracją i odkrył hip-hop! Gorąco polecamy!

Materiał z angielskimi napisami

Dietyloamid kwasu D-lizergowego (LSD / kwas)

Dietyloamid kwasu D-lizergowego – znany znacznie lepiej jako LSD lub kwas – to organiczny związek chemiczny o silnych właściwościach psychoaktywnych, zsyntetyzowany po raz pierwszy przez dr Alberta Hofmanna w laboratorium szwajcarskiego koncernu Sandoz, w 1938. Psychedeliczna natura związku nie została odkryta przez jego twórcę aż do 1943 roku, kiedy ten przypadkowo zanieczyścił sobie palce drobinami LSD przeżywając pierwszy w historii trip na kwasie, który zaczął się gdy naukowiec wracał do domu na rowerze!

Substratem, z pomocą którego Hofmann wyprodukował LSD, była ergotamina, występująca naturalnie w sporyszu – grzybie pasożytującym na zbożu. Efekty LSD do pewnego stopnia przypominają więc zatrucie sporyszem – jednak bez jego toksycznych efektów ubocznych – który jak się dzisiaj przypuszcza, był odpowiedzialny za średniowieczne epidemie masowych halucynacji, wybuchające co klkadziesiąt lat w Europie Zachodniej. W przeciwieństwie do ergotaminy LSD jest związkiem bardzo nietrwałym, który szybko rozkłada się w temperaturze pokojowej. Przechowywać go zatem należy w bardzo niskiej temperaturze z dala od światła.

LSD jest w swojej naturalnej postaci bezbarwną i bezwonną cieczą, a po przyjęciu przez człowieka całkowicie znika z organizmu po maksymalnie dwóch godzinach nie zostawiając po sobie żadnych śladów w systemie nerwowym. Duże dawki LSD mogą wprawdzie wywołać sporą dezorientację u niedoświadczonego użytkownika, ale duża toksyczność środka jest mitem, wciąż żywym głównie dzięki długoletniej dezinformacji medialnej, manipulacji rządowej i gigantycznym lukom w wiedzy establishmentu medycznego. Każde negatywne doświadczenie z LSD może być w istocie zakończone w ciągu 20-30 minut dzięki przyjęciu psychotropów tj. torazyna czy dużej dawki witaminy PP – informacja na temat istnienia skutecznego antidotum była już doskonale znana w latach ’50.

delysid_sandoz
Delysid / lata ’60

LSD pozostaje bez żadnych wątpliwości najbardziej efektywnym środkiem enteogennym, znanym człowiekowi, gdyż dawka aktywna substancji wynosi od 0,00002 do 0,0001 grama, co w porównaniu z dawką aktywną meskaliny, która wynosi od 0,2 do 0,5 grama, jest ilością mikroskopijną. Pierwszą postacią, pod którą Sandoz sprzedawał LSD był winian dietyloamidu kwasu D-lizergowego w dwóch formach: pastylki w polewie cukrowej i ampułki z roztworem wodnym pod nazwą Delysid. Obydwie formy były także używane przez legendarnego chemika Stanleya Owsleya i menadżera The Grateful Dead, który dodatkowo zabarwiał swój produkt na różne kolory chrzcząc je nazwami tj. Blue Cheer (którą zaadaptował w 1968 znany zespół hard rockowy).

Mimo wielkiej potencji psychoaktywnej, LSD nie uzależnia psychicznie czy fizycznie. Jak pisze sam Albert Hofmann w LSD… moim trudnym dziecku: Zwolennicy niekontrolowanego, legalnego użycia LSD i innych halucynogenów opierali swoje stanowisko na ustaleniach, że narkotyki tej grupy nie powodują uzależnienia i że nie wykazano dotychczas zagrożenia dla zdrowia, wynikającego z umiarkowanego ich użycia. I jedno, i drugie jest prawdą. Prawdziwe uzależnienie – charakteryzujące się poważnymi skutkami psychicznymi i fizycznymi, wynikającymi z odstawienia narkotyku – nie występuje nawet wtedy, gdy LSD było zażywane często i przez długi czas.

W laboratorium Sandoza Hofmann stworzył całą serię związków na bazie ergotaminy, z których większość uznał jednak za całkowicie nieprzydatne dla medycyny. Dwoma, których syntezę  powtórzył, były: LSD-6 oraz LSD-25. Te wkrótce trafiły w ręce rządu brytyjskiego, który natychmiast skierował je w ręce armii testując LSD na żołnierzach, lecz z bardzo niepewnymi wnioskami co do zastosowania ich na polu walki ze względu na dużą niespecyficzność i nieprzywidywalność efektów. Po zakończeniu wojny środkiem zainteresowała się w końcu amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA), która włączyła badania nad LSD do tajnego programu ARTICHOKE z początkiem 1951, skupiającym się m.in. na wyprodukowaniu tzw. serum prawdy. Wydział Obrony miał przy tym swój własny, odrębny program badawczy.

Eksperymenty na żołnierzach, pracownikach i więźniach przynosiły jednak zbyt niepewne efekty, żeby LSD można było natychmiast włączyć do arsenału środków wspomagających Zimną Wojnę. W konsekwencji nad środkiem pozwolono pracować psychiatrom, z których niejaki dr Nick Bercel odkrył, iż potencjalny strach przed zatruciem wodociągów LSD jest irracjonalny, gdyż związek rozkłada się natychmiast w zetknięciu z chlorem.

W okresie 1951-53 przeprowadzono też pierwsze eksperymenty nad zwierzętami, ale nie dały one żadnych praktycznych zdobyczy bojowych. W kwietniu 1953 dyrektor CIA Allen Dulles autoryzował jednak nowy program badawczy o kryptonimie MK-ULTRA z Richardem Helmsem na czele, który za namową dr Gottlieba testował środek na agentach w zamkniętych pomieszczeniach, a także pozwalał na wzajemne dozowanie się w sytuacjach biurowych.

Hasłem dnia dla CIA było wywoływanie chaosu za pomocą LSD, a zespół badawczy zacierał ręce widząc w nim idealny środek do publicznego ośmieszania komunistów. Pozytywne doświadczenia były w tym czasie zamiatane pod dywan lub opisywane jako stany psychozy. W końcu doszło do tego, że oficer agencji George Hunter White dostał zadanie testowania środka na osobach prywatnych bez ich wiedzy, do czego przygotowano specjalne mieszkanie w centrum Nowego Jorku.

Te przerażające eksperymenty były kontynuowane w utajnieniu aż do 1963. W międzyczasie LSD dostało się w ręce brytyjskiego psychiatry pracującego w Kanadzie – dr Humphry’ego Osmonda, który wcześniej przeprowadzał badania nad meskaliną. LSD pojawiło się na jego biurku za pośrednictwem tajemniczego kapitana Alfreda M. Hubbarda, który pierwszy raz zapoznał się ze środkiem w Wielkiej Brytanii dzięki dr Ronaldowi Sandisonowi.

humphry_osmond
Dr Humphry Osmond (1917-2004)

LSD zostało zaoferowane pisarzowi Aldousowi Huxleyowi pod koniec 1955, który dwa lata wcześniej przeżył dzięki Osmondowi swój pierwszy trip meskalinowy, po którym napisał Drzwi percepcji oraz Niebo i piekło. To właśnie dr Humhpry Osmond przeprowadził pierwsze badania nad LSD w leczeniu alkoholizmu, których wyniki opublikował po 13 latach, by stwierdzić, iż jest to najskuteczniejsza forma terapii tej choroby z zaskakująco wysokim poziomem 50% przypadków całkowitych wyleczeń.

Jako efekt korespondencji Huxleya i Osmonda na temat substancji wywołujących efekty wizyjne tj. meskalina czy LSD, zostało przy okazji stworzone określenie środek psychedeliczny (psychedelic), które pojawiło się oficjalnie po raz pierwszy na spotkaniu New York Academy of Sciences w 1957.

Wkrótce LSD miało jednak powędrować daleko od specjalnych agentów, naukowców i zacząć swoje własne życie, gdy jego efekty poznali pisarze i poeci Beat Generation tj. Allen Ginsberg, który spróbował środka po raz pierwszy w 1959, w szpitalu w Palo Alto, gdzie skierował go słynny antropolog Gregory Bateson. W tym samym szpitalu od początku lat ’50 przeprowadzano eksperymenty z halucynogenami dla marynarki wojennej, a wkrótce pojawił się w nim po raz pierwszy Ken Kesey, by wziąć kwas i stwierdzić później, że było to najbardziej znaczące wydarzenie w jego życiu. Zażycie LSD przez Keseya miało wprawić w ruch cały łańcuch przyczynowo-skutkowy, który doprowadził do narodzin kultury psychedelicznej lat ’60 i dał gigantyczny zastrzyk kontrkulturze łącząc rewolucyjną postawę Bitników z wyzwoloną kulturą headów!

Efektem zainteresowania się przez Keseya właściwościami psychodelików była również kultowa książka Lot nad kukułczym gniazdem, eksplorująca idee właściwe antypsychiatrii, anarchizmowi i nowej duchowości. Praktyczną realizacją przeżycia LSD w stylu Keseya stały się mityczne Próby Kwasu, organizowane przez jego komunę The Merry Pranksters w okresie 1964-67, które dały początek scenie psychedelicznej San Francisco pozwalając także zdobyć nieocenione doświadczenie koncertowe zespołowi The Grateful Dead, a tysiącom ludzi przeżyć swoj pierwszy trip na kwasie.

Tymczasem na arenie pojawił się inny mag kontrkultury – dr Timothy Leary, który zaczynając od spożycia grzybów psylocybinowych w Meksyku, został nakręcony na LSD przez Anglika, Michaela Hollingsheada, szybko dostrzegając w substancji narzędzie natury mistyczno-religijnej.

Rezygnując z nauczania na Uniwersytecie Harvarda w 1963, z którego za przeprowadzanie nieformalnych eksperymentów został właśnie wyrzucony jego współpracownik Richard Alpert, Leary udał się razem z nim oraz Ralphem Metznerem na dobrowolne wygnanie zakładając Federację Wolności Wewnętrznej, walczącą o popularyzację doświadczenia psychedelicznego i legalizację marihuany. Rok później organizacja przeniosła się z Bostonu w okolice Nowego Jorku, gdzie w posiadłości Millbrook założono Fundację Kastalii (biorąc nazwę z Gry szklanych paciorków Hermana Hessego). Przez Millbrook szybko zaczęły się przewijać amerykańskie elity artystyczne, dziennikarskie, naukowe i kontrkulturowe, które próbując kwasu z Learym niosły nowinę dalej!

Jak opisuje doświadczenie kwasowe w jednym z wywiadów sam Leary: Pierwszą rzeczą, jakiej doświadczasz, jest niesamowite rozszerzenie świadomości zmysłów. Na przykład zmysł wzroku. W porównaniu do jakości widzenia pod wpływem LSD, stan normalnego widzenia jest jak obraz w źle nastrojonym telewizorze. Pod wpływem LSD, oczy działają jak mikroskop, w którym widzisz błyszczące, promieniujące szczegóły każdej rzeczy, na którą pada twój wzrok. Po raz pierwszy rzeczywiście dostrzegasz – nie statyczną, symbolicznie reprezentowaną, wyuczoną percepcję rzeczy, ale wzory światła odbijające się od obiektów znajdujących się w twoim otoczeniu, wpadających z prędkością światła w mozaikę pręcików i stożków siatkówki twojego oka. Wszystko wydaje się być żywe. Wszystko jest żywe i promieniuje ostrymi falami światła w kierunku twojej siatkówki.

Timothy Leary stał się wkrótce najbardziej wpływowym teoretykiem LSD oraz adwokatem efektów mistyczno-seksualnych środka łącząc zalety guru kontrkultury z PR-owym zmysłem zawijania skomplikowanego procesu, któremu podlega jednostka angażująca się w eksperymenty z psychodelikami, w zgrabny pakunek ideologiczny. Leary widział w doświadczeniu kwasowym alternatywę dla martwych rytuałów religijnych i drogę do stworzenia nowego społeczeństwa, opartego na eksploracji odmiennych stanów świadomości. Do historii przeszło jego słynne motto: Podłącz się, dostrój, odpadnij, oznaczające otwarcie się na strumień kosmicznej świadomości, dostrojenie do wyższych wibracji oraz odpadnięcie z gry społecznej, toczonej wg niego na niższych poziomach neurosomatycznych.

leary_millbrook
Dr Timothy Leary w Millbrook

To mistyczne, do pewnego stopnia antyspołeczne hasło, jak też znacznie skrajniejsze eksperymenty Kena Keseya i The Merry Pranksters z efektami społecznymi LSD, dały w końcu początek fenomenowi społeczności Haight-Ashbury oraz młodzieżowej scenie kontrkulturowej z kwasową muzyką, psychedelicznym plakatem, modą uliczną i teatrem eksperymentalnym. Ponadto, LSD miało gigantyczny wpływ na uformowanie się stylu Nowego Hollywood, Nowego Dziennikarstwa, a także doprowadziło do wybuchu zainteresowania duchowością Wschodu i w końcu masowego powstawania komun hipisowskich – przodków dzisiejszych squatów – które miały być w zamierzeniu bazą do stworzenia nowego społeczeństwa, a w praktyce stały się wylęgarnią autorytaryzmu. Najlepszym przykładem pozostaje Rodzina Mansona, w której LSD było podawane przez Charlesa Mansona neofitkom, z którymi ten uprawiał potem seks oralny zdobywając ich całkowite oddanie.

Do 1967 CIA i rząd Stanów Zjednoczonych zaczęły dostrzegać, że ich wymarzona broń psychologiczna wymknęła się spod kontroli i została obrócona przeciwko nim. Przy pomocy eksploatacji medialnej z nagłaśnianiem nielicznych wcześniej bad tripów na czele, a także inwigilacji i sabotażu środowisk kontrkulturowych w ramach programu MK-ULTRA, opinia publiczna została przekonana o śmiercionośnym wpływie LSD i innych środków psychedelicznych na społeczeństwo.

Pierwszym krokiem była delegalizacja kwasu w Kalifornii jesienią 1967, po której nastąpiły słynne przesłuchania senackie, na których politycy z Robertem Kennedym na czele zdyskredytowali wszystkie pozytywne oświadczenia naukowców i adwokatów środka przy wsparciu psychiatrów CIA, co doprowadziło do całkowitej delegalizacji LSD przez Kongres w 1970 roku.

W międzyczasie produkcja LSD ruszyła jednak pełną parą w Europie Wschodniej, a konkretnie w Czechosłowacji, która zaczęła importować ergotaminę z Włoch – sporysz zaczęto hodować w laboratoriach Farmitalia, w Milanie. Produkcji LSD podjęła się firma Spofa, z laboratoriów której substancja trafiała do szpitali klinicznych w całej Europie Wschodniej, w tym do programu dr Stanislava Grofa.

W istocie, LSD było pod koniec lat ’60 dostępne nawet w Polsce, choć w małych ilościach i tylko na południowym zachodzie kraju, gdzie kilka tripów przeżyli członkowie artystyczno-okultystycznego Koła Oneiron. W Czechosłowacji większość elit politycznych i artystycznych tego czasu spróbowała LSD pod nazdzorem psychiatrycznym, w tym lider partii Aleksander Dubcek. Ta kwasowa fala popchnęła z kolei rewolucję polityczną, której wyrazem stała się Praska Wiosna w 1968.

Kwas, który w USA był produkowany w podziemiu od 1964 – kiedy procesem jego syntezy zainteresował się po raz pierwszy genialny Stanley Owsley – stał się towarem coraz rzadszym za Oceanem wraz z nadejściem lat ’70. Po tym jak Owsley trafił do więzienia za posiadanie marihuany w 1970 LSD było wprawdzie jeszcze produkowane i dystrybuowane w dużej ilości przez kalifornijskich headów-surferów, znanych jako Bractwo Wieczystej Miłości, na spółkę z laborantem Owsleya, Timem Scullym – słynny Orange Sunshine – ale wraz z nadejściem kokainowego boomu, środek powoli zaczął odchodzić do lamusa stając się metaforą przeszłości.

Także Scully stanął w 1973 przed sądem wraz ze swoim partnerem Nickiem Sandem i został skazany na 20 lat więzienia za posiadanie i produkcję LSD. Chemicy próbowali wprawdzie apelacji uzasadniajac to pomyłką w identyfikacji związku przez policję – faktycznie produkowali jego substytut ALD-52, który jednak policjanci poddali przypadkowemu procesowi hydrolizy zamieniając go w LSD, więc wyrok został podtrzymany.

stanley_owsley
Stanley Owsley (1935-2011)

Z braku zdolnych chemików oraz ze względu na pedantyczne monitorowanie przez rząd amerykański rynku wszystkich substratów oraz narzędzi laboratoryjnych, potrzebnych do produkcji LSD od 1970, lata 1974-1992 stanęły pod znakiem kwasowej suszy. Kwas zanotował jednak swój wielki powrót w Europie i w USA w połowie lat ’90, kiedy substancja zaczęła być produkowana w Kanadzie przez Sanda, a także w laboratoriach w Rosji, Izraelu i Szwajcarii.

To popchnęło z kolei do przodu nowe kulturowe fenomeny tj. cyberkultura, scena rave, neopsychedelia, stoner rock oraz nowe gałęzie sztuki: wizualizacje i grafikę komputerową. Obecnie LSD jest wykorzystywane w terapii oswajania się ze śmiercią, prowadzonej przez dr Petera Gassera w Szwajcarii, ale sam środek wciąż pozostaje nielegalny na całym świecie ze względu na wciąż obowiazującą konwencję ONZ.

Conradino Beb