Archiwa tagu: Timothy Leary

Na sprzedaż zegarek z Timothym Learym i dragami zamiast godzin!

Jak twierdzi the-image-builder, sprzedawca z eBaya, zegarek na aukcji ma przynajmniej 45 lat, więc najprawdopodobniej został wyprodukowany pod koniec lat ’60. Obecny właściciel dostał go w prezencie w latach ’70, ale wsadził go do pudełka i szybko o nim zapomniał, by wyciągnąć dopiero teraz.

Zegarek jest wg właściciela w pełni funkcjonalny, choć ma lekko porysowane szkiełko i po nakręceniu spóźnia się o minutę czy dwie, ale swoją rolę spełnia idealnie.

Za 15 LSD, 20 po kokainie, 5 po trawie czy wpół do speeda to wersje czasu, które oferuje swojemu potencjalnemu użytkownikowi!

Cena wywoławcza wynosi $305, ale sprzedawca wraca z wakacji dopiero 26 września, więc sprawę można spokojnie przemyśleć. Zegarek można licytować tutaj.

timothy_leary_get_high_60s_watch_2-jpg

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym

timothy_leary_golden_gate_park_1967
Timothy Leary w parku Golden Gate / 1967

Człowiek z najwyższym w USA tytułem naukowym twierdził, że LSD jest darem od Boga. Darem pozwalającym odbyć zarówno podróż w głąb siebie, jak i udać się w podróż porównywalną do międzygalaktycznej wycieczki. Podróż umożliwiającą „rozkodowanie” własnego DNA i wyrwanie się otaczającej nas rzeczywistości, a tym samym uwolnienie umysłu z rąk wszelkiej maści kreatorów panującego systemu. Dr Timothy Leary.

Dar niebios wyglądający jak zwykła woda – przeźroczysty, pozbawiony smaku, zapachu, nawet od niej tańszy w produkcji – wykorzystywał do leczenia ciała i duszy. Prowadził badania i terapie z udziałem ochotników wyłanianych wśród studentów, alkoholików, narkomanów czy więźniów zakładów karnych. Jego eksperymenty zaskakiwały wyjątkowo dużą skutecznością w resocjalizacji skazanych, walce z wszelkimi nałogami, czy … leczeniu z homoseksualnych skłonności.

Rock’n’rollowe eksperymenty

Jak wiadomo, Timothy Leary nie skupiał się jedynie na naukowych aspektach swojej pracy. Angażował się w rozwój kultury i społeczeństwa także poprzez rozrywkę, film czy muzykę. Był wielkim źródłem inspiracji. Współpracował i przyjaźnił się nie tylko z wieloma światowej klasy pisarzami – jak np. Allen Ginsberg, Aldous Huxley, William S. Burroughs czy Ken Kesey – ale także takimi artystami, jak H. R. Giger czy John Lenon. Miał też swój udział w nagrywaniu albumu Linger Ficken Good Revolting Cocks, szalonej grupy rockmanów młodszej generacji.

Pod koniec pierwszej połowy lat 90-tych (czyli u schyłku życia) przez pewien czas w jego domu w Laurel Canyon (LA) mieszkały dwie, młodsze o niemal czterdzieści lat – można śmiało rzec – zwariowane postacie: Al Jourgensen, poznany w 1992 roku dzięki Burroughsowi (założyciel zespołu Ministry, członek grupy Revolting Cocks), oraz jego kumpel Gibby Haynes (lider Butthole Surfers). Obaj przy okazji pomagali Leary’emu w jego badaniach.

Doktor dostawał pocztą od różnych firm i uczelni sporo różnych psychodelików, a jako naukowiec chciał sprawdzić jakie efekty wywołują rózne halucynogeny w połączeniu z innymi substancjami: np. kokainą, heroiną, lekiem na przeziębienie czy… mrożonkami. Zachęcał swoich współlokatorów do brania wszelkich dragów, na jakie mieli tylko ochotę.

Co dwa tygodnie „karmił” ich przeróżnymi laboratoryjnymi środkami na bazie MDA, ayahuaski czy virolii, po czym towarzyszył swoim „królikom doświadczalnym”, nieustannie notując jak dane mikstury działają na ich organizmy. Dawki były podobno tak mocne, że efekt pojawiał się w postaci silnych halucynacji już niespełna 20 minut od zażycia.

Chodząca encyklopedia amerykańskiego baseballu

Zamiłowania Tima nie kończyły się na fascynacji możliwościami ludzkiego mózgu i (wiążącymi się z tym) psychodelicznymi eksperymentami z LSD. Tim interesował się również bardziej banalnymi sprawami, np. sportem, a dokładnie amerykańskim baseballem. Jak mało kto, w tym temacie był chodzącą encyklopedią .

tim_leary_ash_ra_tempel_2
Timothy Leary w trakcie nagrywania płyty z Ash Ra Tempel / lata ’70

Potrafił recytować baseballowe statystyki dotyczące każdego pałkarza od 1967 roku. Jego ulubionym zawodnikiem był Carl „Yaz” Yastrzemski – wybitnie utalentowany, wybrany do Galerii Sław, władający rodowitym językiem baseballista polskiego pochodzenia. Tim wiedział o nim wszytko.

Obiady w wyższych sferach

To, że Timothy Leary był człowiekiem oczytanym nie powinno nikogo dziwić – potrafił recytować Szekspira, Biblię, Burroughsa i wielu innych. Swoje poglądy czerpał jednak także z rozmów ze studentami, którzy uświadomili mu, że świat jest czymś więcej niż mały ludzki mózg. Był bardzo towarzyski, interesował go każdy aspekt życia.

Raz na tydzień urządzał kolacje, zapraszając miliarderów, polityków, dziennikarzy, sportowców, astronautów (Frank Borman), aktorów czy przemysłowców, wśród których sadzał przy stole rockandrollowych „świrów” w postaci Ala Jourgensena czy Trenta Reznora (NIN). Niezupełnie więc odciął sie od establishmentu, nie był tylko nixonowskim „wrogiem publicznym numer jeden”, lecz także człowiekiem otaczającym się „zwariowanymi” ludźmi z show businessu, jak i szanowanymi ludźmi z „wyższych sfer”.

Pomimo, że utrzymywał kontakty z tak różnymi ważnymi osobistościami, powtarzał: „To nie tak, że się im sprzedałem, nadal bowiem jestem tym samym Timem, rzecz w tym, że wielu z tych ludzi inwestuje olbrzymie pieniądze w moje pomysły”. Mawiał, że „nie osiągniesz sukcesu, dopóki nie przekonasz ludzi, aby płacili ci za to kim jesteś”.

Nie była to pusta teza. Dom w Los Angeles kupił mu ojciec jego chrześnicy, znanej amerykańskiej aktorki Winony Ryder. Już w 1963 roku, gdy został wydalony z Uniwersytetu Harvarda – będące spadkobiercami ogromnej fortuny rodzeństwo Hitchcocków udostępniło mu ogromną posiadłość w Millbrook, gdzie mógł kontynuować swoje eksperymenty.

Nie zapomniano o nim także w czasach, gdy miał znacznie poważniejsze kłopoty z prawem (trzy wyroki więzienia: 30, 20 i 95 lat). Przez odpowiednie wstawiennictwo wyciągnięto go z więzienia w Teksasie, umożliwiono ucieczkę z USA, przyznano azyl w Szwajcarii, czy w końcu załatwiono akt łaski u gubernatora.

Małżeństwa, romanse, miłość i … rozczarowanie

leary_2
Timothy Leary w latach ’80

Nigdy nie był samotnikiem. Podobno w czasie studiów został usunięty z listy studentów jednej z uczelni za zbyt częste wizyty w żeńskim akademiku. Cztery razy był żonaty. Pierwsze małżeństwo zakończyło samobójstwo żony, pozostałe skończyły się rozwodem.

Timothy Leary nawet jako 70-cio latek nie był pozbawiony wigoru. Miał w zwyczaju zapraszać do siebie – oprócz przeróżnych wybitnych gości, także kochanki. Bywało, że nawet dwie na raz! Jak wspominał jego przyjaciel – były to znacznie młodsze dziewczyny, same ponętne, młodziutkie studentki.

Trwało to do czasu, gdy zakochał się w młodszej o 37 lat Aileen Getty – wnuczce miliardera, potentata naftowego J.Paule Getty’ego. Jak można się domyślić, nie interesowały jej pieniądze i snobistyczny styl życia, bo wybierając filantropię i kontrkulturę, zrezygnowała z rodzinnej, kapitalistycznej drogi.

Aileen przyczyniła się jednak do jednego z największych rozczarowań życiowych Tima. Stało się to, gdy odrzuciła jego oświadczyny podczas wspólnej wyprawy do Las Vegas. Tim był zdruzgotany tym faktem. Przekonywał, że nie zależy mu na jej pieniądzach, ona zaś odparła: „Będę twoim przyjacielem, twoją kochanką, co tylko chcesz. Tego jednak nie zrobię”. Jak powiedziała, tak zrobiła – towarzyszyła mu do śmierci na raka prostaty w 1996 roku.

Kosmiczny trip z twórcą Star Treka

Zanim umarł, zaplanował, że siedem gramów jego prochów spłonie w przestrzeni kosmicznej. 21 kwietnia 1997 zostały one umieszczone na pokładzie rakiety Pegasus, w której znajdowały się również prochy twórcy Star Treka, Gene’a Roddenberry’ego, astronoma Gerarda O’Neila i naukowca Kraffta Ehricke.

Po sześciu dniach na orbicie rakieta spłonęła w atmosferze ziemskiej. Głowa Tima nie uległa jednak kremacji – zgodnie z ostatnią wolą została odseparowana od reszty ciała i zamrożona, gdyż Leary twierdził, że w przyszłości rozwój medycyny umożliwi transplantacje ludzkiego mózgu. Kto wie, być może pewnego dnia Timothy Leary zmartwychwstanie!

drtsando23

 

Źródło: Zaginione Ewangelie Według Ala Jourgensena (oryg. Ministry – The Lost Gospels According to Al Jourgensen)

 

Magivanga przy współpracy z wydawnictwem Officyna ogłasza konkurs! Do wygrania nowa książka: „Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary” Johna Higgsa!

higgs okladka

Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary to błyskotliwa, napisana z werwą i okraszona sporą dozą humoru biografia Timothy Leary’ego, ikony kontrkultury, jednej z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem wpływowych postaci drugiej połowy XX wieku, uznanej przez prezydenta Nixona za wroga publicznego numer jeden.

Znany brytyjski dziennikarz John Higgs skupia się w książce na najważniejszych wydarzeniach z życia „szalonego naukowca”, opisując na przykład jego brawurową ucieczkę z więzienia, czy śmiałe eksperymenty na Harvardzie.

A czyta się ją, jak pełną napięcia i zwrotów akcji powieść, trochę thriller, trochę historię miłosną, trochę gawędę o wzlotach i upadkach bujającego w obłokach psychologa, który chciał się przysłużyć… no właśnie, komu? Ludzkości, własnemu ego?

Ta biografia to jednak coś znacznie więcej, niż świetna proza z arcyciekawym bohaterem w roli głównej. To także barwny obraz epoki bitników i dzieci kwiatów, a ponadto przystępny opis niezwykle inspirujących i ciągle prowokacyjnych idei Leary’ego tj. teoria wdruków czy tuneli rzeczywistości.

Słusznie kojarzony z kontrkulturą i kulturą narkotykową, Timothy Leary był w dużej mierze idealistą i utopistą, człowiekiem nieustannie poszukującym, który usiłował poszerzyć ludzką świadomość, wzmóc nasz twórczy potencjał, wyjrzeć poza „tu i teraz”.

Książkę na język polski przełożył Andrzej Appel, posłowiem opatrzył Kamil Sipowicz, a kupić ją można tu. W ramach konkursu wydawnictwo Officyna ufunduje 3 egzemplarze czytelnikom MGV, którzy napiszą krótki artykuł pt. 5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym i podeślą go na e-mail redaktora bezczelnego do 28 października. Artykuł powinien liczyć 500-1200 słów.

Conradino Beb

Wstęp do pop psychedelii

Mimo że termin pop psychedelia lub pop psychedeliczny przez prawie 5 dekad oznaczał głównie muzykę końca lat ’60, w ostatnich kilku latach coraz bardziej używany bywa na oznaczenie specyficznej działki kultury popularnej, mocno umoczonej w kwasie, grzybach i marihuanie, a konkretnie chodzi o reklamę, modę i sztukę. Sam fenomen daje się łatwo opisać, ale problem polega na tym, że jego ogromna część, czyli sztuka psychedeliczna (filmy, dizajn i odpały) – mimo że doskonale znana – od wielu lat budzi kontrowersje wśród historyków i teoretyków sztuki… bo większość psychedelików jest WCIĄŻ nielegalna, a sam ruch był przez długi czas opisywany bardziej w kategoriach BŁYSKU niż długotrwałego fenomenu.

Pop psychedeliczny rodzi się w okolicach 1966/67, najpierw z nagłaśnianiem przez papierowe media popularności LSD wśród wojowniczo nastawionych Baby Boomers, a już wkrótce pobudzony przez modę szukającą nawiązania do kontrkulturowych trendów oraz wypuszczenie na rynek Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band Beatlesów (jedyną płytą grupy, której naprawdę lubię posłuchać od czasu do czasu).

Ale że w przyrodzie nie ma rzeczy ze sobą niepołączonych, ta sama płyta nigdy nie zostałaby nagrana bez ogromnego wpływu arcydzieła harmonii wokalnej, Pet Sounds The Beach Boys, oraz nauki raga rocka na tripach z The Byrds i Peterem Fondą, które z kolei zostały zainicjowane przez Kena Keseya i The Merry Pranksters lub Timothy Leary’ego i Bitników. W istocie, nagły wzrost zainteresowania psychedelikami w okolicach 1964, można z łatwością wyprowadzić z tych dwóch źródeł.

Samo słowo „psychedeliczny” – które jest bezpośrednim, czyli zachowującym pierwotny morfem tłumaczeniem angielskiego słowa psychedelic –  jest przy tym neologizmem, wynalezionym przez kanadyjskiego psychologa dr. Humphry’ego Osmonda w odpowiedzi na list Aldousa Huxleya, który przeżył swój pierwszy trip na LSD kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia 1955 roku.

Mimo że Huxley miał już wcześniej doświadczenia z innym psychedelikiem – meskaliną, silnie poruszony swoim nowym przeżyciem, pisał do Osmonda następujące słowa: W mojej osobistej opinii należałoby zerwać od czasu do czasu z eksperymentami i pozwolić uczestnikom na samodzielną wycieczkę w stronę Czystego Światła. Z tym, że powrotna zamiana mistycznej wizji na eksperyment byłaby prawdopodobnie psychologicznie niemożliwa; gdyż kto dochodząc do pierwotnego faktu miłosnej unii, chciałby kiedykolwiek wracać do eksperymentów na poziomie psychiki?

humphry_osmond
Humphry Osmond / twórca słowa „psychedeliczny”

W tym samym liście pojawia się także pytanie, które miało wkrótce zmienić historię: „Jak należy nazwać te środki?” A że wyobraźnia Huxleya pracowała głównie na podkładach z klasycznej greki, po skonsultowaniu się ze swoim egzemplarzem Liddel & Scott wyprodukował on następujący wierszyk:

By ten świat trywialny
Obrócić w sublimację
Pół grama
phanerothyme’u
zażyj na kolację*

Jednak Osmond miał już swoją własną nazwę, a także niezbyt lubił dziwaczne określenie Huxleya, odpowiedział więc na jego list swoim własnym wierszykiem, który brzmiał następująco:

Gdy spenetrować chcesz piekło
Lub szybować nieustannie
Szczyptę psychedeliku
Zażyj rano w wannie**

I to właśnie jego termin wygrał, stając się obowiązującym określeniem całej gamy środków farmakologicznych tj. meskalina, LSD-25, LSD-6, psylocybina, DMT, harmalina czy skopolamina, które znane początkowo były tylko przez małą grupę badaczy z Osmondem i Huxleyem na czele, ale w latach ‘60 znalazły w końcu swoją drogę do świadomości publicznej. Beatlesi swoje pierwsze doświadczenie z LSD zawdzięczają przy tym tajemniczemu dentyście, który poczęstował ich “elektryczną oranżadą” w kwietniu 1965 w swoim londyńskim mieszkaniu na Bayswater Place.

Sam kwas był jednak obecny na Wyspach już od dłuższego czasu, gdyż brytyjskie wojsko kupowało go od późnych lat ’40 z tego samego źródła co CIA, czyli ze szwajcarskiego Laboratorium Sandoza, a po serii mało obiecujących testów środek stał się łatwo dostępny dla establishmentu medycznego. To zresztą LSD przywiezionego z Wielkiej Brytanii spróbował za pośrednictwem tajemniczego Michaela Hollingsheada po raz pierwszy Timothy Leary, więc Beatlesi byli tylko kolejną grupą ludzi, która stała się świadoma istnienia nowego halucynogenu.

To, co jednak miał zrobić band po swoich kilku kwasowych tripach było ewenementem, gdyż artyści zdecydowali się obwieścić światu powszechnie i bez jednego jąknięcia, że ludzkość staje się swiadkiem narodzin nowej, barwnej i wielce innowacyjnej kontrkultury psychedelicznej poprzez najefektywniejsze medium, jakie zostało kiedykolwiek stworzone na tej planecie – muzykę. Tak, Beatlesi okazali się nagle bardziej efektywni w rozpowszechnianiu dobrej kwasowej nowiny od Kena Keseya, gdyż w tym czasie nikt nie mógł konkurować z ich masową popularnością.

Victor-Moscoso-The-Youngbloods+The-Other-Half+Mad-River-September-15-17-1967-Avalon-Ballroom-San-Francisco-
Psychedeliczny plakat Victora Moscoso / wrzesień 1967

I mimo, że rock psychedeliczny kwitł już sobie na dobre od kilku lat na Zachodnim Wybrzeżu  USA wraz acid punkiem, czyli pierwszymi, bardzo surowymi, garażowymi jeszcze próbami mierzenia się z doświadczeniem psychedelicznym w muzyce, to Beatlesi mieli go spopularyzować do tego stopnia, że na scenie zakwitł nagle wcześniej nieznany styl – psychedeliczny pop lub pop barokowy, dla którego największymi dziełami pozostają: All Of Us Nirvany, Piper at the Gates of Dawn Pink Floydów oraz Odyssey and Oracle The Zombies.

Określana przez wielu fanów mianem fake psychedelii czy soft psychedelii, to właśnie ta kolorowa, słodka krajanka muzyczna, miała się stać międzynarodowym językiem nastolatków z bogatej klasy średniej i już wkrótce została zamieniona w psychologiczny wabik przez agencje reklamowe z Madison Avenue i wielkich miast Europy Zachodniej, które żeby zobrazować przekaz posłużyły się tymi samymi artystami, do tej pory tworzącymi plakaty, grafiki i fotografie w centrum kontrkulturowej wspólnoty.

Ale było to o tyle łatwiejsze – patrząc z dzisiejszej perspektywy – że kontrkultura headów generalnie i bezkompromisowo odrzucała stary podział na sztukę wysoką i niską. Jej wizualny przekaz był oparty w tym samym stopniu na awangardowych, popularnych, jak i zewnętrznych wobec sztuki Zachodu wpływach, z których op art, pop art, komiks, film eksperymentalny, horror vacui, wzornictwo plemienne, a także Art Noveau, surrealizm i dadaizm, stanowiły tylko małą część.

mati_klarwein_zonked_1971
Mati Klarwein / „Zonked”, 1971

Wśród artystów tworzących w psychedelicznym stylu znajdziemy zaś: Bridget Riley, Matiego Klarweina, Isaaca Abramsa, Johna Van Hamersvelda, Warrena Daytona, Arta Bevacquę oraz kluczowych dla wykorzystania jej przez agencje reklamowe: Petera Maxa, Miltona Glasera, a także Marijke Koger, która zaprojektowała ciuchy noszone przez Beatlesów około 1967, tytułową okładkę Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band oraz jej słynną, czerwoną wkładkę w psychedeliczne fale (obecną tylko w pierwszym tłoczeniu).

A że Beatlesi byli wcześniej ubierani przez Pierre’a Cardina – ten kazał im przywdziać modowe garniturki ze skróconymi nogawkami i rękawami – ich bohemiarski look zwiastował pojawienie się nowej energii, która w międzyczasie była już eksplorowana przez samego dizajnera, dla którego wielkim momentem było wykorzystanie obrazu Mondriana jako wzoru na legendarnych, artystycznych sukienkach, co było przykładem zastosowania tzw. blokowania kolorów oraz ostatecznym ożenieniem pop kultury z awangardą.

YvesSaintLaurent-Mondrian-Dress
Modelka w sukience Yvesa Saint Laurenta / połowa lat ’60

W tym samym czasie (1966-67) eksplodowała zaś psychedeliczna oprawa świetlna i wizualna – która zapoczątkowana na Próbach Kwasu – była mocno związana z szybko ewoluującą sceną kwasową, skupioną przynajmniej częściowo wokół artystów grających rocka psychedelicznego, a szczególnie jej bardziej brawurową, rozimprowizowaną odmianę, acid rocka (The Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service czy Big Brother & The Holding Company). To tam swoje źródło ma słynny performance Andy’ego Warhola, Exploding Plastic Inevitable, ujęty w kultowym filmie eksperymentalnym Ronalda Nametha o tym samym tytule, a który swoją wizualną maestrię zawdzięczał Danny’emu Williamsowi (innym było późniejsze dzieło Yayoi Kusamy, Self-Obliteration, 1968).

Warholowi należy jednak oddać sprawiedliwość, bo był on pierwszym artystą w historii, który skierował się ku wykorzystaniu sztuki w przemyśle modowym, pozwalając w 1966 na wydrukowanie swojego Oka na sukienkach stworzonych przez legendarną i bardzo wpływową amerykańską dizajnerkę, Bonnie Cashin. A gdy sztuka zeszła się z modą i muzyką, automatycznie musiał zainterweniować przemysł reklamowy, odczuwający coraz większą presję ze strony klientów chcących być hip i na czasie. Przykład odsprzedania Light My Fire przez The Doors (za plecami Jima Morrisona) na potrzeby reklamy Buicka w październiku 1968 jest tylko jednym z wielu pokazujących, co działo się na tym froncie w okresie 1967-71.

Z perspektywy 50 lat można powiedzieć, że proces ten był w zasadzie nieunikniony i że rynkowa kapitalizacja wizualnej i muzycznej ekspresji człowieka powinna być zawsze uwzględniona jako poważna siła, choć co bardziej konserwatywni lewicowi myśliciele widzą tu pewnie casus beli do rewolucji, mając wciąż przed oczami stary marksistowski slogan o ograbianiu człowieka z esencji przez kapitał. No niestety, ani muzyki, ani filmów za fistaszki robić się nie da… a na rewolucję wciąż czekam i jak do niej dojdzie to obiecuję, że wstanę z kanapy.

Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać, że ten sam rozbuchany rynek otworzył drogę nie tylko modzie i dizajnowi reklamowemu, ale również niezależnemu przemysłowi filmowemu, który bardzo szybko zaczął tworzyć niezliczoną ilość obrazów w konwencji eksploatacji, opartych na błyskawicznym wykorzystywaniu pewnego zjawiska społecznego czy medialnego, mającego zagonić publikę do drive-inów i grindhouse’ów, z których wiele to teraz klasyki kina; a także przemysłowi muzycznemu, który wyprodukował w drugiej połowie lat ‘60 tyle muzy, że do dzisiaj nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich znalezisk.

Psychedeliczna reklama Pepsi

W praktyce to właśnie mariaż rynku i kultury psychedelicznej – ze szczyptą sztuki – wyprodukował pop psychedelię, która wciąż rozpoznawana bardziej intuicyjnie niż słownikowo, bardziej technicznie niż definicyjnie, pozostaje swoistym kuriozum końca lat ’60 i początku lat ’70, kiedy nagłe otwieranie się na tripowe wpływy przez artystów, filmowców, projektantów mody, fotografów, grafików, pisarzy i muzyków, doprowadziło do swoistego rodzaju masy krytycznej, która mimo że krótka jako trend, pozostawiła za sobą przedziwne artefakty i na stałe zagościła w kulturze jako wpływ.

Jak twierdzi Ken Johnson, krytyk sztuki piszący dla New York Times oraz autor książki Are You Experienced? How Psychedelic Consciousness Transformed Modern Art: Nowa sztuka, która wyszła z lat ’60, nie miała nic wspólnego z progresją stylów identyfikowanych ze sztuką modernistyczną, od Maneta do abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Nowymi granicami dla sztuki były i wciąż są, jak sądzę, umysł i świadomość, które jak ujawniła psychedelia, są znacznie bardziej skomplikowane i zmienne niż dotychczas sądzono. Obalono więc przekonanie, iż świadomość musi dostosowywać się do zastanego porządku rzeczy; umysł stał się ogonem machającym psem rzeczywistości.

wrangler_psychedelic_pop_ad
Psychedeliczna reklama Wranglera / 1971

I mimo że coraz więcej badaczy, szczególnie Bruno Latour, coraz bardziej kwestionuje zasadność podziału na modernizm i postmodernizm, wskazując na jego arbitralność i umowność, nie ma żadnej wątpliwości, że wzrastające użycie środków psychedelicznych przez kontrkulturę całkowicie zmieniło społeczeństwa Zachodu, które stały się nagle podatne na halucynogenne wpływy około 1966-67, czy weźmiemy pod lupę film, modę czy dizajn graficzny.

Na skutek działalności artystów skupionych wokół kwasowej sceny Haight Ashbury tj. Stanley „Mouse” Miller, Alton Kelley i Victor Moscoso, którzy stworzyli większość słynnych, psychedelicznych plakatów koncertowych, główny nurt kultury nagle zmuszony został do oswojenia się z nową, narkotyczną estetyką. Ale że ta mogła być rozumiana tylko i wyłącznie w kontekście doświadczenia psychedelicznego, automatycznie separowało to odbiorców przekazu na wtajemniczonych i niewtajemniczonych lub headów i zgredów, jak dzieliła w tym czasie społeczeństwo kontrkultura.

stanley_mouse_poster
Psychedeliczny plakat Stanleya „Mouse’a” Millera reklamujący koncert Buffalo Springfield i…

Jednak gdy 14 stycznia 1967 w Parku Golden Gate zorganizowano legendarny Human Be-In, a 1 czerwca tego samego roku światło dzienne ujrzał album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, kontrkultura oficjalnie wyszła z podziemia, komunikując światu swoje istnienie, a wraz z nim cały przekaz wizualno-muzyczno-filozoficzny, który niemal natychmiast stał się polem eksploatacji prowadzonej zarówno przez marketerów, jak i artystów, szczególnie tych spod znaku pop artu, którzy byli najmocniej oswojeni z nową estetyką i dysponowali również technicznym depozytorium, umożliwiającym skuteczne kopiowanie kontrkulturowych wzorców.

Należy przy tym wyraźnie odróżnić sztukę psychedeliczną od konceptualizmu, minimalizmu i innych ruchów awangardowych drugiej połowy lat ’60, które były zwykłym wyrazem alienacji artysty od społeczeństwa, wyrazem wiary w elitarność zarówno twórczości artystycznej, co i odbioru samej sztuki, dla których kontrkultura nie miała ani cierpliwości, ani poważania.

jane_fonda_barbarella
Jane Fonda w „Barbarelli” / 1969

To samo tyczy się filmu eksperymentalnego, który mimo że bardzo ważny dla historii kina, został zaadaptowany jako część pop kultury dopiero wraz z działalnością reżyserów związanych z kinem eksploatacji tj. Roger Corman, Jean Rollin czy Jesus Franco. Innymi słowy, pop psychedelia jako fenomen kulturowy była bezpośrednim efektem nieuchronności praw rynkowych i w związku z tym podlegała wspomnianej regule kapitalizacji, która była o tyle nieuchronna, że Baby Boomers stanowili bardzo dużą grupę odbiorczą!

Z tego samego zresztą powodu leitmotif władzy młodego pokolenia stał się jednym z pierwszych tematów tak bezwzględnie wyeksploatowanych przez niskobudżetowy przemysł filmowy, którego niekwestionowanym królem pozostaje Roger Corman. Ten już w latach ’50 wziął pod lupę zarówno subkulturę rockabilly, jak też rosnące szeregi bitników w filmach tj. Sorority Girl, Rock All Night, Carnival Rock, Teenage Doll oraz Wiadro krwi, które bez względu na ich wartość artystyczną pozostają bardzo ważnym dokumentem swoich czasów.

Pierwszym pop psychedelicznym dziełem Cormana jest kultowa Podróż (1967) z Peterem Fondą, Brucem Dernem i Dennisem Hopperem, która została napisana przez Jacka Nicholsona na podstawie własnego tripu na kwasie i do nakręcenia której Corman przygotował się też łykając kwasa. Jak pisze reżyser w autobiografii How I Made Hundred Movies in Hollywood and Never Lost a Dime: Potraktowałem kwas w taki sam sposób, jak Freuda i psychoanalizę. Zrobiłem risercz. Przeczytałem Timothy Leary’ego, który wierzył, że powinieneś tripować z kimś, kogo znasz i robić to w pięknym miejscu. Zebrałem grupę znajomych i zdecydowałem się odbyć trip w okolicach Big Sur (…)

the_trip_1967
Amerykański plakat do „Podróży” Rogera Cormana

Zdecydowałem się położyć. I wtedy tryknął mnie kwas. Spędziłem następne 7 godzin z twarzą przy ziemi, pod drzewem, bez żadnego ruchu, zaangażowany w najpiękniejszy trip, jaki tylko można sobie wyobrazić. Pośród wielu rzeczy byłem pewien, że wynalazłem nową formę sztuki, którą był sam akt myślenia i tworzenia, i że nie potrzebowałeś żadnych książek, filmów czy muzyki, żeby ją komunikować; każdy kto chciał jej doświadczyć musiał po prostu leżeć twarzą przy ziemi gdziekolwiek na świecie w danym momencie, a dzieło sztuki byłoby bezpośrednio transmitowane poprzez ziemię z umysłu tworzącego do umysłu odbiorców.

Z ciekawostek należy wspomnieć, że Corman przez wiele lat nie mógł otrząsnąć się z tej wizji, rozważając m.in. ile mógłby zaoszczędzić na samych kosztach produkcji i dystrybucji. Wspomniana Podróż idealnie odzwierciedla zaś ów stan, oferując odbiorcy dość wierny obraz kwasowego tripu, który ze względu na ograniczenia techniczne i budżetowe został jednak przedstawiony w sposób bardzo symboliczny, ale w tym samym czasie nasycony pop kulturowymi odniesieniami, wśród których znajdziemy próbę sportretowania psychedelicznej sceny, kwitnącej na słynnym Sunset Strip w Los Angeles.

Innym filmem, dystrybuowanym w tym samym czasie przez AIP, jest dużo gorsza, ale miejscami ciekawa dla konesera pop psychedelii, Zadyma na Sunset Strip z Mimsy Farmer, która pokazuje, że także młodzież z klasy średniej coraz częściej podłącza się za pomocą LSD… co prowadzi jednak do przerażających bad tripów. Technicznie mamy tu do czynienia z idealnym przykładem mieszania wątków psychedelicznych z sensacyjną, pulpową wrażliwością, czego innym dobrym przykładem jest wyprodukowana dwa lata później Wielka Kostka, zawierająca bardzo ciekawą scenę kwasowej imprezy w tajmniczym klubie, na której pojawia się kuriozalna postać Królowej Roju, będąca symbolem nowej, kontrkulturowej kobiety, czy też powrotu wątków matriarchalnych.

W nieco bardziej spektakularny sposób funkcjonowali w drugiej połowie lat ’60 Bob Rafelson i Bert Schneider (którzy już wkrótce mieli założyć legendarną stajnię BBS Productions), eksploatując możliwości telewizji w swojej wersji hipsterskiego show, The Monkees, dla którego stworzyli na castingu grupę muzyczną o tej samej nazwie i która została autoironicznie sportretowana w kultowej Głowie (1968) – dziele bardzo ważnym dla wyłonienia się pop psychedelii jako stylu, chociaż nakręconym w bardziej eksperymentalnym tonie od filmów AIP.

head_rafelson_1968
Scena z „Głowy” / 1968

Symultanicznie, psychedeliczna estetyka zaczyna się robić coraz popularniejsza w kinie, modzie i dizajnie europejskim, przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, gdzie głupawe komedie tj. Smashing Time (1967) czy What’s Good for the Goose (1969) popularyzują rosnącą w siłę scenę młodzieżową. I mimo że obydwa są filmami bardzo stereotypowymi, pozostają ważnym świadectwem coraz większego wpływu psychedelii na pop kulturę w drugiej połowie lat ‘60, która miała nagle zmienić bardziej konserwatywnie usposobione kraje tj. Włochy, gotowe na estetyczną rewolucję dzięki welkim talentom szybko wyłapującym nowe trendy tj. Michelangelo Antonioni.

Jak głosi oryginalna ulotka prasowa do Powiększenia: Historia jest osnuta wokół świata mody, podlotek, grup popowych, klubów beatowych, modelek, imprez, ale przede wszystkim fotografów-insajderów, którzy bardziej niż ktokolwiek inny promują nowy wizerunek miasta. To jednak charakterystyczne jest generalnie dla Włoskiej Nowej Fali, która przynajmniej od La Dolce Vita Felliniego coraz bardziej skupia się na imprezowej stronie społeczeństwa, w przeciwieństwie do mocno akcentowanej przez neorealizm powojennej niedoli i biedy, w latach ’60 coraz bardziej odchodzącej w przeszłość ze względu na boom ekonomiczny, od którego Polskę oddzielała w tym czasie Żelazna Kurtyna.

Należy przy tym dodać, że rozwój kina – zarówno wysoko, jak i niskobudżetowego – w latach ’60 był bezpośrednim efektem ekonomicznej prosperity, szybko znoszącej państwowe bariery, dzięki czemu dekada ta znana jest również jako okres rządów międzynarodowych produkcji, którymi było wiele z zyskujących w tym czasie na popularności gialli – filmów głęboko zainspirowanych duchem impresjonizmu (Sześć kobiet dla zabójcy), kręconych za pomocą kolorowych filtrów i często eksperymentalnie montowanych (Śmierć zniosła jajo), a wraz z końcem dekady ujawniających coraz większy kryzys tradycyjnej moralności (Śmiejąca się kobieta), co w naturalny sposób sprzyjało szybkiemu przyjmowaniu halucynogennej estetyki!

Femina_ridens_1969
„Śmiejąca się kobieta” (1969) to idealny przykład pop psychedelicznej estetyki w giallo

Ta była zaś rozwijana od 1966 nie tylko w filmach, ale również w prasie undergroundowej, o której profesor Marwick tak pisze w swojej opasłej monografii The Sixties: W 1966 do głosu doszło nowe pokolenie podziemnych gazet o wymyślnym dizajnie, ktory nie zawsze był czytelny; stosowały one generalnie psychedeliczne efekty i często używały stylu pokrewnego art nouveau. Tytuły były bardzo ekspresyjne i dosadne, w stylu Screw czy Fuck You: A Magazine of the Arts.

Inne amerykańskie tytuły to The Oracle of Southern California, Los Angeles Free Press, Other Scenes, San Francisco Oracle, Open City, Berekely Barb (związany ze studenckimi radykałami na kampusie oraz ze wspólnotą hipisowską, która wyrosła wokół nich), a w Nowym Jorku East Village Other (…) W Wielkiej Brytanii późnych lat ’60 dwoma największymi gazetami podziemnymi były IT, założona w październiku 1966 jako International Times, ale nazwa musiała zostać zmieniona po tym, jak gazeta „elity”, The Times, zagroziła wszczęciem procesu sądowego, a także Oz, założona w lutym 1967 przez Richarda Neville’a, który wcześniej prowadził podobną gazetę w Australii.

Co jednak znaczące, to że od połowy 1966 mainstreamowe gazety amerykańskie tj. Time czy Newsweek już prowadziły nagonkę na LSD (wtedy legalne), a na okładkach pojawiały się pierwsze grafiki i kolaże fotograficzne mające odzwierciedlić stan pod wpływem środka, który wizualnie kojarzony był przede wszystkim z jaskrawymi kolorami bardzo przypominającymi filmy Maria Bavy. Ale te zostały zakodowane w popularnej świadomości nie poprzez film fabularny, ale animację, Żółtą łódź podwodną.

Jak pisze zmarły w tym roku Patrick Lundborg w swojej przełomowej pracy Psychedelia: Żółta łódź podwodna Beatlesów jest prawdopodobnie pierwszym animowanym filmem świadomie stworzonym do oglądania pod wpływem psychedelików, ale związek pomiędzy kreskówkami i halucynacjami jest tak mocno zakorzeniony w pop kulturze, że wydaje się wręcz archetypowy. I nawet pomimo tego, że sami Beatlesi byli tylko marginalnie zaangażowani w jego produkcję, był to obraz dobrze zaadaptowany do oglądania przez ujaranych nastolatków.

Trailer do Żółtej łodzi podwodnej

Film ten, absolutnie narkotyczny w swoich założeniach i raczej mało dbający o fabułę – podobnie do wizjonerskiej Fantazji Disneya, zrealizowanej m.in. przez Oskara Fischingera – stał się ważnym krokiem w przybliżaniu efektów psychedelików masom, które w ten sposób stawały się obowiązkową częścią pop kultury, co zmusiło wiecznie trzymające rękę na pulsie agencje reklamowe do szybkiego nawiązania bezpośredniego kontaktu z kreskówkowo-halucynogenną rzeczywistością, którą żyła głęboko amerykańska i europejska młodzież.

Na skutek sukcesu wspomnianej płyty Beatlesów, która w dużej mierze oswoiła klasę średnią z psychedeliczną estetyką oraz Żółtej łodzi podwodnej, nastąpił prawdziwy wykwit animowanych reklam w okresie 1968-1971, co było jednocześnie szczytem popularności pop psychedelii, która zyskała dzięki temu własny, bardzo łatwo rozpoznawalny charakter. Wizje te były o tyle łatwiejsze do odtworzenia w masowym druku, że ich wykonania podejmowali się sami kontrkulturowi artyści tj. Peter Max, który stworzył m.in. dizajn kampanii reklamowej General Electric sprzedającej nowy wzór zegarków reklamowanych sloganem: Ten zegarek zamienia czas w multi-fantazję kolorów!

general_electric_peter_max
Reklama General Electric / Peter Max

Firmami, które pozwoliły sobie w okresie 1968-69 na największe zlanie się psychedelicznych reklam ze swoim korporacyjnym wizerunkiem były: CBS, Neiman Marcus i NBC. To Campbell wypuścił jednak reklamę swojej słynnej zupy w puszce z tagiem: Zrób ze swojej ściany zupadelik! W efekcie, do wczesnych lat ’70 psychedeliczne reklamy były wszędzie, szczególnie popularne wśród producentów odzieży tj. Wrangler, napojów gazowanych tj. Pepsi Co., czy nomen omen bletek do kręcenia jointów tj. Zig-Zag, które stały się teraz powszechnie dostępne w tzw. head shopach.

W istocie, powszechność psychedelicznych wpływów i motywów zrobiła się do 1971 tak duża, że na coraz większe eksperymenty pozwalali sobie już nie tylko eksploatatorzy tj. AIP, ale także duże wytwórnie filmowe, które do reżyserowania zatrudniały jednak kontrkulturowych lub niszowych twórców. Z boku tymczasem kwitły wciąż nowe, niezależne inicjatywy tj. wspomniana BBS Productions lub Mirisch Company w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy włosko-hiszpańsko-francuskie wytwórnie-krzaki zamiatały sceną europejską.

I to właśnie po naszej stronie oceanu pop psychedelia zaczęła tworzyć swoje największe dzieła, które nieprzypadkowo są często filmami giallo, kryminałami o odjechanej w kosmos fabule lub pokręconymi filmami science-fiction w stylu Barbarelli, wyprodukowanej na dużym budżecie przez Dina De Laurentiisa – to on rok wcześniej wyprodukował Diabolika Maria Bavy – napisanej przez Terry’ego Southerna (nazywanego hipsterem hipsterów), a wyreżyserowanej przez Rogera Vadima (wtedy męża Jane Fondy). Ten zaledwie rok wcześniej wdał się w nakręcenie części omnibusu Spirits of the Dead (opatego na trzech opowiadaniach E.A. Poe) razem z Federico Fellinim i Louisem Mallem.

barbarella-poster-psychedelic-pop
„Barbarella” / plakat w pop psychedelicznym stylu

Tymczasem na znacznie niższych budżetach swoje największe dzieła filmowe realizowali tacy twórcy, jak Lucio Fulci, Jean Rollin czy Jesus Franco (Argento zadebiutował dopiero w 1970), których nie sposób jednak postawić w jednym szeregu, gdyż ich style niezwykle się od siebie różnią. Pop psychedeliczne wpływy zaczynają się u Fulciego w znakomitej Jednej na drugiej, a ich zwieńczeniem staje się Jaszczurka w kobiecej skórze, podczas gdy u Jeana Rollin ich kulminacją jest prawdopodobnie Nagi wampir. Franco w tym okresie realizuje bardzo surrealistyczną Wenus w futrach, Eugenię, Eugenię de Sade czy wreszcie Vampyros Lesbos.

W obrazach tych po raz pierwszy zaczęło kwitnąć nieprzewidywalne połączenie perwersyjnej erotyki, grozy i halucynogennych efektów, zarówno narracyjnych jak i czysto wizualnych, które w pewien sposób symbolizują wyobcowanie człowieka od kłamliwych instytucji i brak zaufania wobec własnych zmysłów. Jest to specyficzny klimat kulturowej paranoi odzwierciedlającej bezlitosną wojnę pomiędzy państwem, a społeczeństwem, w której wszystkie chwyty są dozwolone.

Ale że niskobudżetowi twórcy byli zmuszeni do podporządkowania swoich filmów prawom rynku, ich treść nie mogła być otwarcie polityczna – pod przykrywką prostej rozrywki wiele z nich porusza jednak istotne tematy, wśród których najpopularniejszym pozostaje korupcja klasy wyższej i wyższej klasy średniej. Innym są zaś otwarcie kontrkulturowe wątki-jako-fantazje: życie bohemy, kwasowe orgie, palenie marihuany, destrukcja małżeństwa i rodziny, żądze seksualne, a wreszcie satanizm, pogaństwo i okultyzm.

W filmie tj. Wszystkie kolory ciemności Sergia Martina (okrzykniętym giallo fantastique, który samym tytułem sugeruje już fuzję kompletną) wszystko to jednak bardzo swobodnie miesza się ze sobą, gdyż reżyser nie sprzedaje żadnej specyficznej ideologii, tylko skupia się na wykreowaniu atmosfery koszmaru i przerażających halucynacji, która ma za zadanie wciągnąć widza, zawieszając jednocześnie zdolność intelektualnej analizy. Zasadniczo, im mniej jej przy oglądaniu filmów z tego gatunku, tym lepiej dla oglądającego.

jaszczurka_w_kobiece_skórze_1971_kadr
Oniryczna scena z „Jaszczurki w kobiecej skórze” Lucia Fulciego

Na skutek poruszania coraz mroczniejszej tematyki przez obrazy giallo, jak też surrealistyczne sexploitation Jesusa Franco i Jeana Rollin, czy filmy w stylu Microscopic Liquid Subway to Oblivion Roberta Loyoli, niewinna pop psychedelia przybiera na początku lat ’70 bardziej niepokojącą postać, musząc m.in. rywalizować z renesansem pornografii odpalonym przez hity w stylu Głębokiego gardła, dzięki czemu halucynogenna, pełna kolorów estetyka zaczyna się robić coraz bardziej wymyślna, jak w Odgłosach Daria Argenta.

W tym samym czasie kino autorskie przeżywa zaś renesans surrealizmu za sprawą takich dzieł, jak Kret i Święta góra Alejandro Jodorowsky’ego, Czarny księżyc Louisa Malle’a, Tęczowy most Chucka Weina czy Rękopis znaleziony w Saragossie Hasa. Wszystkie z nich – pomimo swoich oczywistych ambicji – wciąż dzielą jednak dużo technicznych chwytów z ww. fantazjami niskiego budżetu i dużo onirycznej estetyki, choć ze względu na swój bezwzględny eksperymentalizm grają w zupełnie innej lidze, którą można by nazwać psychedeliczno-eksperymentalną.

W przeciwieństwie do nich, psychedeliczny pop w filmie nigdy nie ucieka ze swojej bazy, czyli operowania prostymi środkami w celu zadziwienia widza. Pozostaje jednak znacznie lepszym dokumentem swoich czasów ze względu na scenografię, muzykę i kostiumy odzwierciedlające bardzo czasem przelotne trendy, których nie byli w stanie wyłapać filmowcy skupiający się na większych narracjach.

eugenia_de_sade
Soledad Miranda jako Eugenia de Sade w filmie o tym samym tytule / 1970

Jeśli dodamy do tego muzykę i dizajn, perfekcyjnym filmem w tym stylu obok Barbarelli staje się Poza doliną lalek Russa Meyera, który idealnie obrazuje to bardzo krótkie przecięcie kontrkultury i mainstreamu! Śmierć pop psychedelicznej estetyki w połowie lat ‘70 należy przy tym przypisać zejściu psychedelików do podziemia, kryzysowi ekonomicznemu i wyłonieniu się nowych form w filmie, muzyce i dizajnie, które były aktualne dla nowego pokolenia. W wielu wypadkach pop psychedeliczna estetyka została jednak odziedziczona przez wysokobudżetowe filmy science-fiction tj. Gwiezdne wojny czy Bliskie spotkania trzeciego stopnia – a bliżej przez Avatar – lub co dziwniejsze horrory.

Conradino Beb

 

* To make this mundane world sublime,
Take half a gram of phanerothyme

** To fathom Hell or soar angelic,
Just take a pinch of psychedelic

Jak Tim Leary spotkał Ash Ra Tempel

Nocą z 12 na 13 września dr Timothy Leary postanowił podziękować ostatecznie za gościnę amerykańskiemu systemowi więziennemu i przy pomocy Bractwa Wieczystej Miłości awaryjnie wyemigrować do Algierii razem ze swoją żoną Rosemary. Zamiast ciepłego powitania przez Czarne Pantery „najbardziej niebezpieczny człowiek w Ameryce” zastał jednak na miejscu Eldridge’a Cleavera tracącego wszelki kontakt z rzeczywistością, który postanowił trzymać ich pod kluczem w różnych częściach Algieru, stolicy kraju.

Dzielny profesor ostatecznie dał z żoną nogę do Szwajcarii, gdzie z pomocą znanego dilera broni, Michela Haucharda, dwójka znalazła azyl w Lozannie. Tam Leary został jednak szybko aresztowany przez szwajcarską policję, a w międzyczasie zostawiła go Rosemary, ale dzięki staraniom jego prawnika ekstradycja do USA została zablokowana przez rząd szwajcarski i profesor mógł ponownie wyjść na wolność. Już wkrótce został jednak wydalony przez kanton Vallais, a jego przyjaciele doradzili mu przemieszczanie się z miejsca na miejsce w granicach Szwajcarii. I właśnie w tym momencie droga psychedelicznego profety skrzyżowała się z drogą legendy krautrocka!

Ash Ra Tempel zostali utworzeni w 1970 w Berlinie z inicjatywy Manuela Göttschinga (gitara) i Hartmuta Enkego (bas), którzy grali ze sobą wspólnie odkąd skończyli 14 lat i początkowo nazywali się Steeplechase Blues Band, majstrując z coverami The Beatles, Small Faces i The Who. Kiedy przyszła pora na kupienie sprzętu większego kalibru Enke ruszył na polowanie do Londynu, gdzie szybko znalazł cztery konkretne głośniki koncertowe, których właśnie pozbyli się Pink Floydzi.

Gdy nowy sprzęt duetu zobaczył perkusista Klaus Schulze, który właśnie opuścił Tangerine Dream, zaproponował dołączenie do zespołu i zmianę jego nazwy, a wkrótce załatwił też wszystkim kontrakt nagraniowy z Ohr Recordings przez legendarnego Rolfa-Ulricha Kaisera. Schulze opuścił jednak swój nowy zespół zanim debiut trafił jeszcze do sklepów muzycznych – muzyk podjął karierę solową, zamieniając perkusję na syntezatory. W związku z brakiem perkusisty do zespołu dołączył wkrótce Wolfgang Müller, który zagrał na drugim krążku grupy, Schwingungen (czyli wibracje).

timothy_leary_ash_ra_tempel_3
Timothy Leary & Ash Ra Tempel, „Seven Up”, Die Kosmischen Kuriere, Niemcy, 1973 (oryginalna okładka)

W międzyczasie trio postanowiło zrezygnować z quasi bluesowych struktur i pójść w bardziej eksperymentalną stronę, która została określona przez Kaisera jako Kosmische Musik, co zostało automatycznie zamienione na nazwę nowego labela. Gdy przyszło do nagrywania trzeciej płyty, muzycy chcieli współpracować z Allenem Ginsbergiem, ale tego nie dało się ściągnąć do Niemiec. Jednak Timothy Leary znajdował się przypadkowo tak blisko, że ciężko było oprzeć się pokusie namówienia go do współpracy.

Profesor był w tym czasie świeżo po swoich pierwszych eksperymentach z heroiną, których podjął się za namową swojego brytyjskiego przyjaciela, Briana Barritta. Jednak w swojej biogafii Flashbacks Leary stwierdza ostatecznie, że: Opiaty i inne uzależniające dragi ucieczki, które obniżają inteligencję, mają efekt odmienny od psychedelików, które zwiększają wrażliwość i zrozumienie szerokiego spektrum ludzkiej rzeczywistości.

tim_leary_ash_ra_tempel

Niedługo potem Tim został zlokalizowany przez Kaisera, a jego wielki fan, Enke, pojechał złożyć mu wizytę, podczas której zostawił psychologowi do posłuchania Schwingungen. Jak wspomina Barritt: Nie słyszeliśmy wcześniej o Ash Ra Tempel, ale znaliśmy trochę niemieckiej muzyki i naprawdę nam się podobała. Ci goście nie próbowali być gwiazdami pop czy coś w tym stylu. Nie mieli tak naprawdę żadnej tradycji gwiazd pop. Byli bardziej, jak zwykli ludzie, którzy zebrali się wspólnie, żeby studiować i grać dobrą muzykę. Brzmiało to dla nas wspaniale, ponieważ znudzili nas już wtedy Pink Floydzi, a muza, którą grało się w Anglii i USA była dla nas zbyt mało intensywna w zestawieniu z naszym stylem życia.

W efekcie Leary i Barritt wyszli z pomysłem na nagranie albumu zorganizowanego wokół wypracowanego przez Tima modelu siedmiu poziomów świadomości (później przemianowego na 8 obwodów neurologicznych), który odzwierciedlał rozpiętość stanów psychedelicznych, czy też różnego rodzaju wglądów w naturę wszechświata. Tytuł Seven-Up pochodzi jednak od puszki napoju gazowanego, który został podrasowany LSD przez Dennisa Martino, bratanka Leary’ego, w trakcie nagrywania.

Strona A płyty została nazwana przez Leary’ego Space, zawierając cztery numery przyporządkowane czterem niższym poziomom świadomości, a strona B Time, zawierając trzy numery mierzące się z totalnym wystrzeleniem w kosmos. To tłumaczyło zaś równanie Barritta, które brzmiało Time + Space = timeESPACE, gdyż jeśli połączymy je obydwa, utworzą one centrum ujawniające się jako ESP (postrzeganie pozazmysłowe).

Muzyków Ash Ra Tempel nie trzeba było mocno przekonywać i podpisali oni z Learym kontrakt nagraniowy w berneńskiej Juker Café, w której ten zasiadł w krześle używanym wcześniej przez Alberta Einsteina. Ciężar zorganizowania sesji wziął na siebie głównie Enke, który w krótkim czasie znalazł dodatkowych muzyków sesyjnych i wypracował rdzeń siedmiu kawałków. Strona A została oparta na strukturach blues rockowych – dziedzictwie Steeplechase Blues Band – zaś reszta na kosmicznych jamach będących rearanżacjami numerów Schwingungen oraz Suche i Liebe.

Płyta została zarejestrowana w trzy sierpniowe dni w Sinus Studios w Bernie, małym undergroundowym przybytku (dosłownie, gdyż studio znajdowało się w piwnicy). Cała brygada mieszkała zaś w tym czasie górskim domku należącym do przyjaciela Leary’ego, Alberta Mindy’ego, dzięki czemu na płycie słychać charakterystyczny klimat górskiego mistycyzmu przetworzonego przez doświadczenie psychedeliczne.

tim_leary_ash_ra_tempel_2

Jak wspomina Göttsching: Nigdy nie słyszałem wcześniej o Timothym Learym. Nie wiedziałem nawet kim jest. I naprawdę się bałem po usłyszeniu tych wszystkich historii od Hartmuta. Okazał się jednak bardzo miłym gościem, typowym Amerykaninem, ale o bardzo szerokich horyzontach. Spodziewałem się kogoś w rodzaju hinduskiego guru z szopą włosów, śpiewającego mantry. Udało mu się wejść w komitywę z tymi wszystkimi osobowościami z zespołu. Siadał sobie z ludźmi, pijąc piwo czy paląc jointy. Mógł rozmawiać z każdym na różne sposoby, więc był bardzo wszechstronny.

Jak głosi legenda, w górskim domku doszło nawet do małej orgietki (podobno bez muzyków Ash Ra Tempel), którą Barritt wspomina jako „mnóstwo nóg wszędzie”, a teksty do płyty zostały napisane przez Leary’ego w jeden dzień w klimacie strumienia świadomości. Tim zaskoczył też wszystkich atakując mikrofon podczas nagrywania, gdyż początkowo nie miał w ogóle śpiewać. Ale zespół przyjął to z wielkim zadowoleniem. Miks został wykonany przez Dietera Dierksa w Kolonii, gdzie Leary nie mógł się pojawić z powodu swojego statusu banity, więc wysłał tam Barritta.

Atmosfera podczas miksowania była wyjątkowo wyluzowana. Barritt najpierw próbował manipulować wokalistką zatrudnioną do zaśpiewania overdubów, potem puszczał Timowi płytę przez telefon, a następnie nagrywał jego głos przez słuchawkę. Dierks zamienił nawet studio w piracką stację radiową i puszczał ją na lokalnych falach, tak więc każdy kto się podłączył, mógł jej słuchać na żywo. Ostatecznie, strona A została zamieniona w jeden długi kawałek z masą syntezatorów do ukrycia przejść, a strona B została nieco przycięta na polecenie Kaisera, co Leary przyjął początkowo z niezadowoleniem, ale ostatecznie polubił płytę na tyle, że wysłał jej świeżą kopię zaprzyjaźnionym The Moody Blues.

Seven-Up pozostaje niezmiennie jedną z najdziwniejszych i najbardziej odjechanych płyt, które wyszły ze sceny krautrockowej, gdyż rządzi tu bezgraniczny, psychedeliczny eklektyzm. Łagodne, ambientowe dźwięki zamieniają się w blusowe riffy, schizofreniczny noise lub psych-jazzowe improwizacje, które wydają się miejscami nie pochodzić z tego wymiaru, ale płyta zachowuje przy tym fantastyczny groove. Znacznie lepiej znana fanom krautrocka, niż fanom twórczości Leary’ego, który nie wspomina nawet o niej w swojej biografii: Flashbacks, ale chwali się nią ponownie przed śmiercią.

Conradino Beb

Źródło (1999)

the_source_1999

Prawdziwie smaczny dokument na temat perypetii i wpływu Beat Generation na kulturę współczesną, oszałamiający mnogością kultowych osobistości, które zostały w nim utrwalone, nie tylko jako historyczne podmioty, ale także jako obiekty aktorskiej interpretacji. Film nie przytłacza jednak wywiadami, które stanowią tylko jeden z elementów barwnej narracji, starającej się odpowiedzieć na pytanie, gdzie i kiedy narodziła się energia Beat Generation oraz w jaki sposób została spożytkowana przez następne pokolenia w czterech kolejnych dekadach.

Źródło oferuje coś zarówno laikom, jak i ekspertom. Film ujawnia masę szczegółów w formie rzadko prezentowanych materiałów dokumentalnych, klipów filmowych, zdjęć, wypowiedzi i reportaży ze spotkań, koncertów czy wieczorków literackich. Reżyser Chuck Workman postawił sobie ambitne zadanie pokazania, jak termin Beat Generation ewoluował od małej grupki artystów, która spotkała się pod koniec lat ’40 w Nowym Jorku, przez ruch kontrkulturowy o trudnych do wyznaczenia granicach, aż po masową subkulturę bitników (nie mylić z Bitnikami), która stała się elementem satyrycznej eksploatacji medialnej.

Workman nie unika trudnych i rzadko zadawanych pytań, przekraczając interpretacyjną linię najmniejszego oporu – napisali kilka książek i stali się  mainstreamem – dzięki pokazaniu gigantycznego wpływu idei Ginsberga, Kerouaca i Burroughsa na kulturową rewolucję lat ’60 i ’70, której retro-futurystyczny renesans mieliśmy okazję obserwować w latach ’90 na skutek zwiększającego się wpływu sieci komputerowych i ponownego odkrycia potencjału środków psychedelicznych. Pomogło mu zaś odejście Ginsberga i Burroughsa, które wywołało nagły nawrót zainteresowania ich twórczością.

Jak można się spodziewać, reżyser nie próbuje nawet ukrywać, że Beat Generation nigdy nie weszłaby na kontrkulturowo-buddyjsko-surrealistyczne tory, gdyby nie dragi, choć gdy temat buddyzmu zostaje poruszony, William Burroughs – król narkotykowej prozy i mrocznych nurtów transgresji – mówi wprost: Nigdy nie miałem pojęcia o co chodzi w buddyzmie, Ginsberg był w to mocno wkręcony. Tu oczywiście pojawia się także Gary Snyder, przemawiający z wysuszoną prerią i górami w tle, który wskazuje na efekt, jaki dziki krajobraz miał na Bitników, gdy ci postanowili przenieść się z Nowego Jorku na Zachód.

Każdy z gigantów dostaje tu swoje 15 minut – zaś ci mniej znani, jak Herbert Huncke, Philip Whalen, Gregory Corso czy Michael McClure, dostają 5 – a W drodze, Skowyt i Nagi lunch zostają nawet wyrecytowane przez aktorów będących wielkimi fanami tych dzieł. Udział Dennisa Hoppera idzie jednak znacznie dalej, gdyż artysta oprócz niezwykle teatralnej, dramatycznej interpretacji Nagiego lunchu wciela się w postać Burroughsa (używając jako materiału jakiegoś mało znanego wywiadu), a częściowo służy również jako narrator cytujący ostatnie słowa Allena Ginsberga i Timothy Leary’ego (ten drugi również pojawia się w filmie).

Nie zaskakuje także obecność Johnny’ego Deppa, który oprócz urywków W drodze przypomina słynną listę dziesięciu rzeczy do zrobienia w życiu napisaną przez Kerouaca. W rolę Ginsberga wciela się zaś John Turturro (Barton Fink, Big Lebowski), który recytuje Skowyt – poemat, który przysporzył darmowej reklamy ruchowi i wyniósł go na piedestał. W istocie, jak mówi Ginsberg, kiedy magazyn Time chciał na tej fali zrobić wywiad z Bitnikami, oczywistym wydało się, że we współczesnej Ameryce nkt poza nimi nie ma w zasadzie nic do powiedzenia.

To jednak zmieniło się, gdy Kerouac pojawił się po raz pierwszy w telewizji w 1959, a dzielnica North Beach w San Francisco zaczęła się zaludniać hipsterami z brodą, w sweterkach i beretach, którzy dali okazję do eksploatacji rosnącego w popularność ruchu filmowcom tj. Roger Corman (Wiadro krwi) czy Charles Haas (The Beat Generation) i wykwitu krótkotrwałego fenomenu beatniksploitation, którego komercyjny sukces doprowadził nawet do adaptacji prozy Kerouaca (Podziemni, 1960, reż. Ranald MacDougall). To popchnęło z kolei do emigracji Ginsberga i Burroughsa ze Stanów Zjednoczonych, którzy wrócili dopiero po kilku latach.

Jednak wirus Bitników był nie do zatrzymania i już wkrótce zamącił w głowie kolejnemu pokoleniu twórców, z których najwybitniejszym stał się Ken Kesey. Przepytywany w filmie o wpływ, który wywarło na niego dzieło Kerouaca, znany pisarz odpowiada że „stała się nim droga jako krajobraz poszukiwania wolności absolutnej”. Jego mityczny autobus Further z komuną The Merry Pranksters na pokładzie wyruszył w 1964 w swoją własną drogę z Nealem Cassadym za kółkiem, który połączył mistykę Beat Generation z anarchistycznym duchem Baby Boomers. Co ciekawe, Ginsberg podkreśla, że Bitników oryginalnie polityka nie interesowała w ogóle.

W efekcie, rosnąca w siłę kontrkultura młodzieżowa szybko zaakceptowała Bitników jako „starszyznę plemienną”, która w osobie Snydera i Ginsberga pojawiła się nawet podczas słynnego Be-In zorganizowanego w 1967 w parku Golden Gate. Wiele na ten temat ma do powiedzenia Jerry Garcia, który był w centrum tej fuzji i miał okazję dobrzez poznać Cassady’ego – odrysowanego w filmie nie bez powodu jako muza Beat Generation. Za nim pojawia się także Bob Dylan, wierny uczeń Ginsberga, a w podsumowaniu dostajemy piękną prawdę: „Praktycznie żadna działalność kontrkulturowa nie byłaby możliwa, gdyby nie Beat Generation. Współcześni buntownicy stoją na ramionach swoich ojców.” Dokument obowiązkowy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Source
Produkcja: USA, 1999
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Bill Maher rozmawia z Robertem Antonem Wilsonem i innymi gośćmi na temat Timothy Leary’ego

W Politically Incorrect, programie telewizyjnym Billa Mahera – wyemitowanym 23 maja 1996 – pojawiają się Robert Anton Wilson, Michelle Phillips (Mamas & The Papas), David Cross oraz Bob Guccione Jr. Gospodarz zadaje im masę zabawnych i ciekawych pytań na temat Timothy Leary’ego, który był dla nich wszystkich dobrym przyjacielem, a który odszedł 8 dni później.

Jeden z najciekawszych wątków to zniknięcie z rynku kwasu Stanleya Owsleya pod koniec lat ’60 i pojawienie się tzw. brązowego kwasu. Ale dyskusja krąży generalnie wokół osiągnięć szalonego doktora, a goście bezstresowo wypowiadają się na temat wartości środków psychedelicznych, z Wilsonem przypominającym „zasadę nastawienia i otoczenia” i to dlaczego kwas został zdelegalizowany.

Prorocy i tricksterzy, czyli kręte ścieżki kultury psychedelicznej

adic_test_graduation
Kwasowa matura, 1966

I get high in the morning
I get high in the afternoon
And in the evening time
Ooo I am high

In The Morning, The Fraternity Of Man

 

Badacze burzliwych lat ’60 powszechnie przyjmują dwie definicje tego okresu. Pierwsza z nich to definicja kalendarzowa, która otwiera okres w 1961, a zamyka w grudniu 1970. Druga mówi o długich latach ’60, czyli o całym okresie przemian społeczno-kulturowych z pierwszymi wstrząsami w 1958 i zakończeniem rewolucji około 1974. Historia ruchu psychedelicznego posiada jednak swoje własne ramy i zaczęła się w 1959, kiedy aspirujący pisarz Ken Kesy zgłosił się ochotniczo – za namową swojego przyjaciela Vica Lovella – na serię testów z użyciem środków psychedelicznych, prowadzonych w Veterans Administration Hospital, w kalifornijskim Menlo Park.

Kesey nie miał o tym wówczas najmniejszego pojęcia, ale doświadczenia były sponsorowane przez CIA w ramach projektu MK-Ultra, który miał dać agencji do ręki nową broń w wojnie wywiadowczej ze Związkiem Radzieckim. LSD-25, LSD-6, psylocybina, meskalina, STP, IT-290 (AMT) oraz wiele innych środków przetestowanych zostało pod kątem praniu mózgu jeńcom wojennym lub obezwładniania oddziałów wojskowych.

Był to pierwszy z niefortunnych wypadków przy pracy CIA, która przypadkowo sama dała sobie wyjąć broń z dłoni. Uczestnictwo w testach stało się punktem zwrotnym w życiu Keseya, pozwalając mu podjąć proces uwalniania się ze społecznych kompleksów winy i wstydu, które nabył w procesie socjalizacji oraz doprowadziło do przełomu twórczego, którego wyrazem stał się genialny Lot nad kukułczym gniazdem (1962)

Studiujący w tym czasie na Uniwerystecie Stanforda i mieszkajacy w pobliskim Palo Alto, Kesey szybko zdobył prywatny dostęp do środka, którego efekt najbardziej mu się spodobał: LSD-25. Serwując swojemu najbliższemu otoczeniu koktajle przyprawione kwasem czuł, że trafił na trop czegoś zupełnie wyjątkowego, ale nie potrafił temu wówczas nadać formy… to jeszcze nie ten czas, nie to miejsce.

Mniej więcej w tym samym momencie, w którym w głowie Keseya powstawała nowa powieść, młody psycholog z Harvardu, Timothy Leary, udał się na wakacje do Meksyku i łyknął pięć podejrzanie wyglądających grzybów Psilocybe mexicana na brzegu basenu w Cuernavaca, które wprowadziły go w nieznany wcześniej, nieziemski stan. Trwający cztery godziny trip zakończyć miał grę w doktora, naukowca i marionetkę systemu, otwierając irlandzkiego trickstera na znacznie większą perspektywę.

Sześć lat później, znający już doskonale potęgę kwasu, Leary oświadczył w wywiadzie dla Playboya, że: Istnieje pewien problem odpadnięcia związany z LSD, ale to nic czym należałoby się martwić. To raczej powód do radości. Lekcję, którą wyniosłem z ponad 300 sesji LSD i którą przekazuję innym można streścić w 6 sylabach: TURN ON (podłącz się), TUNE IN (dostrój się), DROP OUT (odpadnij). „Podłączyć się” to być w kontakcie ze starożytną energią i wiedzą, które są wbudowane w twój układ nerwowy. Dostarczają one niewysłowionej radości i odkryć. „Dostroić się” to zaprząc i porozumieć się z tymi nowymi perspektywami w harmonijnym tańcu ze światem zewnętrznym. „Odpaść” oznacza odłączyć się od plemiennych rozgrywek.

leary_millbrook
Timothy Leary w Millbrook

Pomimo swoich deklaracji prasowych, w których nazywał kwas najważniejszym narzędziem badań ludzkiego umysłu, z jakim kiedykolwiek przyszło mieć do czynienia psychologii, dr Leary miał już wkrótce przejść ważny test swoich relacji z systemem administracyjno-prawnym, który pod naciskiem CIA, polityków i nagonki prasowej, zdecydował się na wypowiedzenie LSD oficjalnej wojny. Jesienią 1965 Leary został złapany w Laredo przez teksaską policję podczas podróży rodzinnej i skazany za „przemyt marihuany z Meksyku” (dwóch jointów wartych $10).

Doktor nie zdecydował się jednak na pełną odsiadkę i w spektakularny sposób uciekł z więzienia w styczniu 1970 dzięki pomocy Bractwa Wieczystej Miłości, po czym wymknął się z USA do Algierii. Niemal bliźniaczy los podzielił Ken Kesey, który oskarżony o posiadanie marihuany, wyszedł za poręczeniem i uciekł w 1966 do Meksyku, zanim proces zdążył się na dobre zacząć, przekraczając granicę w bagażniku swojego przyjaciela. Te dwie osobowości nie tylko były jednak prześladowane w podobny spósb, ale nadały również ton i styl ruchowi psychedelicznemu lat ’60 oraz zdominowały kwasową ideologię na następną dekadę. Obydwie z nich połączył kwas, ale ich pomysły na wprowadzenie środka do obiegu społecznego były całkowicie rozbieżne, co w efekcie rozdzieliło psychedeliczną rzekę na dwie odnogi.

Gdy Timothy Leary, Richard Alpert i Ralph Metzner opuszczali Harvard w 1963 dźwigając brzemię kontrowersyjnych badań na studentach, pomimo rewolucyjności swoich idei głosili w zasadzie zliberalizowaną wersję psychologii humanistycznej Maslowa. Ich największym krokiem do przodu było w tym punkcie przekonanie, że psycholog który wykorzystuje LSD do terapii, powinien je brać razem ze swoimi pacjentami.

Tego środowisko psychologiczne nie mogło oczywiście zaakceptować wychowane na psychiatrycznym dyskursie, który oddzielał doktora od pacjenta jak dwie połówki różnych owoców. W tym czasie obiektywizm w psychologii klinicznej był najwyższą świętością, a metodologia była nie tyle nakierowana na dobro pacjenta, co na podtrzymywanie status quo doktora i reprezentowanej przez niego dyscypliny.

Wkrótce zagadnienie leczenia zeszło jednak na bok, gdy Leary doszedł do wniosku, że LSD oferuje coś niezwykłego ludziom pozornie zdrowym, a na miejscu idei psychiatrycznej zakiełkowała idea przeżycia duchowego, co postawiło całą trójkę w pozycji apostołów środka chemicznego i reprezentowanego przez niego przeżycia miastycznego.

Konsekwentnym wynikiem doświadczenia przez trójkę psychologów potęgi LSD było odwrócenie się od instytucji naukowych, a zwrócenie w stronę biochemii, neuropsychologii i religii – pola badań, które znane jest dzisiaj jako neuroteologia i przeżywa swój rozkwit… co nie znaczy że nie pozostaje kontrowersyjne dla religijnych fundamentalistów. Co może bowiem wydawać się większą herezją dla społeczeństwa wychowanego na dogmatach religijnych niż twierdzenie, że każdy może spotkać się z Bogiem, gdzie chce i kiedy tylko chce pod warunkiem, że zażyje syntetyczny związek chemiczny? Lata budowania kontroli nad duchowością swoich wiernych przez instytucje religijne idą w zasadzie na śmietnik!

Mistyka instant, jak nazywał ją Aldous Huxley, której zwolennikami stała się po opuszczeniu Harvardu trójka buntowniczych psychologów, dotykała mimowolnie bardzo delikatnej sprawy… zweryfikowanie i potwierdzenie tego, co głosił Leary, oznaczałoby logicznie brak potrzeby istnienia hierarchii religijnej! Nic więc dziwnego, że sprzeciw wobec rodzacej się kultury psychedelicznej przyszedł głównie ze strony prawicowych polityków.

Empiryczne udowodnienie istnienia wiecznej rzeczywistości przy społecznej akceptacji samej metody wykluczyłoby ich natychmiast z gry parlamentarnej – politycy byli więc zmuszeni grać agresywnie pod swój chrześcijański segment wyborczy i tak zrobili doprowadzając do przesłuchań senackich i delegalizując LSD w 1970 (jednym z największych rzeczników delegalizacji środka był sam Robert Kennedy).

To nie zmienia jednak faktu, że poszukiwaniom duchowym niemal od zawsze towarzyszyły środki enteogenne, co staje się aż nadto oczywiste gdy przyjrzymy się zdaniu wielkiego mistyka i okultysty Georgija Gurdżijewa, cytowanego przez P.D. Uspienskiego: Są szkoły, który robią użytek z narkotyków we właściwy sposób. W szkołach tych ludzie przyjmują je by badać siebie, by spojrzeć przed siebie, by lepiej ocenić możliwości, by zobaczyć coś zanim to nastąpi, a co może być później osiągnięte dzięki wytężonej pracy. Kiedy człowiek to dostrzega i przekonuje się, że to czego nauczył się w teorii naprawdę istnieje, pracuje wtedy świadomie, bo wie gdzie zmierza. Czasem jest to najłatwiejsza ścieżka wiodąca ku przekonaniu się, że możliwości, które człowiek podejrzewa w sobie, naprawdę istnieją.

georgij_gurdzijew
Georgij Gurdżijew

Mimo słów Gurdżijewa– mistrz traktował środki psychedeliczne jako ważny składnik swojej Czwartej Drogi – Chrześcijaństwo od swojego zarania tolerowało zaledwie jeden narkotyk… alkohol, który obok heroiny jest dzisiaj uznawany przez medycynę za najbardziej uzależniającą używkę w kulturze Zachodu. Ten wpływ można bez zbytniej przesady złożyć na barki symbolicznego znaczenia wina jako krwi Jezusa w Kościele Katolickim, które nie tylko było od samego początku podstawą rytuału mszy u pierwotnych chrześcijan, ale uzależniło od swojego znaczenia całą kulturę europejską, gdy rytuał stał się fundamentalnym obrzędem i hodowla winogron na terenach dzisiejszych Francji, Włoch i Hiszpanii automatycznie zyskała usprawiedliwienie moralne.

Gdy Zachodnie Cesarstwo legło w gruzach, a antyczne teksty były bądź niszczone przez zakonników i kler, bądź reintrepretowane na chwałę nowej religii, której dogmaty ustalono raz na zawsze podczas brutalnej rzezi w Konstantynopolu – jedyną opoką kultury pozostała Biblia, którą czytać potrafiło niewielu. I mimo, że na pierwszej stronie Tory wyraźnie czytamy, iż WSZYSTKO co ujrzał po stworzeniu Bóg było DOBRE – rośliny, zwierzęta, góry i lasy – wkrótce pewne elementy natury zostały przez kler wyklęte jako sprzymierzeńcy Szatana.

W mojej opinii wiele roślin (korzeni, grzybów, krzaków) celowo obarczono w Średniowieczu pejoratywnym ładunkiem emocjonalnym, gdyż długi czas były one wykorzystywane przez rodzimowierców w celach magicznych i religijnych. Religia i polityka podały sobie rękę w akcie zwalczania starych wierzeń, przyzwyczajeń i praktyk ludowych, a kler rozprzestrzenił strach przed tym, co rosło w lesie (było to od teraz bardzo ryzykowne). Za przyjazne człowiekowi zostały uznane jedynie rośliny, które rosły na polu i w przydomowym ogródku.

Nadając tej długiej, absurdalnej wojnie myśl przewodnią można użyć prostego sylogizmu: palenie trawy jest pogańskie, a picie alkoholu chrześcijańskie! Czyż nie to na końcu języka mają nasi politycy protestując przed legalizacją konopi?

Jednak nawet to podświadome założenie po stronie fundamentalistów jest z gruntu fałszywe, jako że uprawę winorośli odziedziczyliśmy od starożytnych Rzymian, w kulturze których miała ona wyjątkowo pogański charakter, lecz przystosowana została bez żadnych problemów do wymagań nowych czasów. Paradoksalnie także pogańskie konopie przetrwały wieki Chrześcijaństwa jako roślina tkacka! Walka z szatańskimi roślinami wzmocniła jednak instytucję Kościoła, jak też instytucję władzy monarchicznej, silnie sprzęgając religię z władzą.

Dzisiaj możemy się w końcu zastanowić co straciliśmy i co zyskaliśmy w efekcie tej wielowiekowej krucjaty? Dlaczego od V w. n.e. tak silnie polegamy na hierarchicznych monolitach religijno-politycznych? Jakiego rodzaju wpływ na nas wywierają i co pozostaje głównym celem ich istnienia? Ich agresywność w dużej mierze wskazuje przecież, że legitymizują one od zawsze same siebie!

Pomocą niech posłuży nam tu Wilhelm Reich, który w swojej książce The Mass Psychology Of Fascism interpretował znaczenie organizmów religijnych, jak też państwowych, w kontekście tłumienia naturalnej seksualności (za Freudem) i wspierania mechanizmów represyjnych, z których jednym miał być „mistycyzm”. W rozumieniu Reicha mistycyzm nie miał jednak żadnego związku z doświadczeniem duchowym, a był bardziej aberracją mentalną i społeczną, stanem psycho-biologicznej apatii, której podtrzymywaniem zajmowała się religia chrześcijańska – najważniejsza wg niego kulturowa figura ojca.

Reich, będąc lewakiem, widział oczywiście w religii narzędzie kontroli klasowej – społeczna władza Kościoła Katolickiego była wg niego zakorzeniona w ignorancji i braku edukacji mas pracujących, które odrzucały sprawowanie władzy nad własną seksualnością oddając ją w zamian na usługi tej instytucji. Idee te były chwytliwe i wróciły później w filozofii Szkoły Frankfurckiej na początku lat ’60 wraz z książkami Adorno i Marcusego, którzy udowadniali, że religia i państwo całkowicie wykluczają się z wolnością i swobodną seksualnością jednostki.

Tu zaś wracamy ponownie do kwasowej teologii Leary’ego, który doświadczenie boskości niemal zawsze łączył z przeżyciem seksualnej ekstazy… i wyzwoleniem się z sideł społecznych represji – co stało się ostatecznie zgrabnym elementem eksploatacji medialnej i krytyki ze strony konserwatystów. Sesja z LSD nie tylko pozwalała wg doktora stanąć twarzą w twarz z najgłębszą z tajemnic śmiejąc się do rozpku, ale doprowadzała też do duchowego skoku – inicjacji, która miała bardzo wymierne skutki społeczne.

Nieprzypadkowe były wśród headów antykonsumeryzm, niechęć do kariery, antyestablishmentowe nastawienie, porzucanie dogmatów religijnych, zmiana sposobu ubierania się i tworzenie małych społeczności, złożonych z innych headów. Nie bez powodu Leary nazwał także LSD „bombą atomową przestrzeni wewnętrznej” i wskazał na jungowską synchroniczność w pierwszym użyciu obydwóch technologii (pierwszy trip Alberta Hofmanna miał miejsce w 1943, a zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę w 1945). Taniec pikseli, molekuł i kolorów na kwasie był dla niego w istocie symbolem nuklearnej przemiany duchowej.

Jeśli Leary ze swoimi poglądami stał się w oczach Lyndona B. Johnsona „najgroźniejszym człowiekiem w Ameryce”, to Kena Keseya należy nazwać jego bardziej wykręconym bratem. Odyseja kultowego pisarza w świat psychedelii była znacznie dziksza, a zaczęła się na na dobre, gdy ten kupił swoją legendarną Hog Farm w La Honda (okolice San Francisco) za pieniądze, które otrzymał za Lot nad kukułczym gniazdem.

Jego najbliżsi przyjaciele z Palo Alto przeprowadzili się tam razem z nim, a do nich dołączyli wkrótce inni, zarówno okolic, jak i z dalszych stron Ameryki. Rok później brygada ta przemianowała się spontanicznie na The Merry Pranksters – komunę , która jak trzeba podkreślić, wyrosła symultanicznie z grupą Leary’ego, Metznera i Alperta. Hunter S. Thompson miał farmę Keseya nazwać później „stolicą światowego szaleństwa”. Kwas, trawa, amfetamina, a także DMT i STP były normalną dietą, traktowaną jako styl życia. Na Hog Farm spało się mało, a tripowało dużo. Kesey czuł, że statek kosmiczny Ziemia szybuje pod nim z dużą prędkością – lata ’60 znalazły się w kluczowym punkcie około 1964!

W przeciwieństwie do Leary’ego, The Merry Pranksters i ich nie-nawigator nie mieli naukowego backgroundu. Ken Kesey wychował się na farmie mlecznej w Oregonie z pulp fiction i komiksami za pan brat. Był również Kesey byłym zapaśnikiem i futbolistą o potężnej konstytucji fizycznej, tak więc w sferze mentalnej stanowił absolutne przeciwieństwo Leary’ego, który pochodził z dobrze usytuowanej, burżuazyjnej rodziny o irlandzkich korzeniach, nienagannych manierach i licznych powiązaniach społecznych.

Ken_kesey_Neal_Cassady
Ken Kesey i Neal Cassady podczas Próby Kwasu

Droga kwasu dla Keseya była drogą chaosu – ścieżką eksperymentu totalnego. Nie staraj się, nie przygotowuj, nie oczekuj i nie rozpaczaj – chłoń wszystko teraz. Kwas jako elektryczne doświadczenie totalności, rozkładu, współczucia i przeznaczenia, w którym ruch naprzód liczy się najbardziej, gdziekolwiek! Jak pisarz przyznał wiele lat później w wywiadzie dla Paris Review: W swojej pracy odkrywam dzicz. Lubię powiedzenie Thoreau, że „dzicz zachowuje świat.” Osadnicy na tym kontynencie od samego początku szukali dziczy i dzikości. Eksploratorzy i osadnicy doszli do samej krawędzi szukając tej dzikości, gdyż w Europie została ona stracona przez przeludnienie. Rzeczy były we władaniu ciągle tych samych ludzi, a wszystkie drogi prowadziły zawsze w tym samym kierunku.

W tym stwierdzeniu można bez problemu znaleźć interpretację doświadczenia kwasowego przez Keseya. Warto również zwrócić uwagę na to, co pisze Tom Wolfe w klasycznej Próbie kwasu w elektrycznej oranżadzie: Leary i Alpert głosili zasadę „wystroju i nastroju”. Wszystko, co dotyczy brania LSD, owocnego, wolnego od paranoi doświadczenia, zależy od nastroju i wystroju. Powinno się brać kwas we wnętrzu o pogodnym i atrakcyjnym wystroju, w domu lub mieszkaniu urządzonym przedmiotami o rzetelnej jakości, z turkomańskimi gobelinami, greckimi dywanami z koźlich skór, błękitną ceramiką ze sklepu Cost Plus, łagodnym światłem – ale nie w japońskich papierowych kulach, lecz w chińskich abażurach z bawełnianej surówki – krótko mówiąc, w wiejskim odludziu Cyganerii Z Dzielnicy Willowej, najlepiej takim za $60 tys. rocznie, z Requiem Mozarta sączącym się ze stereo z liturgiczną powagą.

„Nastrój” to stan umysłu. Należy przygotować się do tego doświadczenia medytując nad własną kondycją i zastanawiając się, co ma się nadzieję odkryć lub osiągnąć podczas podróży do własnej jaźni. Należy mieć także przewodnika, który brał wcześniej LSD i orientuje się w różnych stadiach tego doświadczenia, kogoś, kogo zna się i darzy zaufaniem… lecz pieprzyć to wszystko! Zatwardza to tylko zatwardzenie z przeszłości, odwieczne opóźnienie czegoś, co powinno zdarzyć się Teraz. Niech wystrój będzie tak niespokojny i niesamowity, jak jest to możliwe za sprawą sztuk pranksterskich, niech twój nastrój będzie tylko taki, jak to, co masz w swoim… mózgu, stary i niech twoim przewodnikiem będzie, niech cię w zaufaniu trzyma za rączkę i niech ci zmienia pieluszki na główce banda szaleńców w Day-Glo, mających za motto: „Nigdy nie ufaj Prankstersowi”.

Ta bezkompromisowość Keseya i The Merry Pranksters nie została chyba wyrażona lepiej niż przez sympatię grupy do Hells Angels MC – właśnie tu leży prawdopodobnie tajemnica mistyki pisarza. Bardzo niebezpieczna zgraja już w latach ’60, która kochała bawić się swoją reputacją społeczną i często wystawiała swieżo spotkanych ludzi na wredne próby, nie tylko nie miała nic przeciwko Keseyowi, ale szybko stała się jednym z jego najbliższych sojuszników.

Klub został w 1965 powitany z otwartymi ramionami na Hog Farm, na skutek czego szybko stał się częścią szeroko pojętej kontrkultury, choć nigdy nie wchodził w dyskusje polityczne i nie zluzował wobec ruchu pokojowego zatrzymując z łańcuchami w rękach wszystkie manifestacje, które przechodziły przez Oakland w okresie 1964-68.

Agresywni i wybuchowi, często jadący na koktajlu seconalu, piwa i trawy, Hellsi zupełnie nie byli zabawni dla większości amerykańskiego społeczeństwa, które widziało w klubie współczesną wersję hord Dżyngis Chana. Przyciąganie najdziwniejszych osobowości było jednak darem Keseya, którego z Hellsami poznał sam Hunter S. Thompson. Słynne hardkorowe podejście doktora gonzo do tematu dragów było zresztą w prostej linii kontynuacją ścieżki Keseya i The Merry Pranksters, który na dodatek przez wiele lat nie cierpiał Leary’ego nazywając go wprost „wychowawcą duchowych kalek”.

Tu ponownie wracamy do rozbieżności w podejściu do tripu kwasowego obydwóch osobowości. Jeśli doświadczenie LSD wg Leary’ego było muzyką klasyczną, trip wg Keseya był free jazzem. Podczas gdy Leary preferował łagodne i oszczędne wnętrza, prowadzące do osiągnięcia konkretnej jakości, Kesey był zwolennikiem jaskrawych farb Day-Glo, elektronicznej technologii i psychedelicznej muzyki – wszystko mogło być katalizatorem doświadczenia, które nie miało żadnego konkretnego celu.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Leary wykreował na podstawie swoich licznych doświadczeń dokładny system teoretyczny, zaś Kesey poświęcił się całkowicie praktycznemu rozwiązaniu zagadnień tripowania na kwasie i wykształcił całą paletę partyzanckich chwytów, pomagających osiągnąć najlepsze doświadczenie kwasowe bez ograniczania się zasadą nastawienia i otoczenia.

Jak piszą Martin A. Lee oraz Bruce Shlain w swoim genialnym studium historii kwasu, Acid Dreams: Kesey, będący psychedelicznym populistą, próbował poszerzyć samą naturę tripowania poprzez włączenie tak wielu różnych scen i punktów widzenia, jak to tylko było możliwe. Fraza „tak wielu, jak to tylko możliwe” jest tu kluczowa dla zrozumienia podejścia Keseya, szczególnie w opozycji do elitarnego podejścia Leary’ego (które byłoby z kolei populistycznym dla Aldousa Huxleya, co pokazuje jak bardzo skomplikowana była wówczas sama tematyka LSD).

Leary bazował na małym obozie, poprzez który rozprzestrzeniał doświadczenie, zaś Kesey nawiązywał sojusze i zapraszał wszystkich bez wyjątku. Oczywiście obydwoje lecieli na tej samej fali i po słynnym spotkaniu w Millbrook, w 1964, szybko doszli do porozumienia w zasadniczych kwestiach, co nie zmienia jednak faktu, że ich metodologie i sposoby działania pozostawały całowicie różne.

Jeśli chodzi o ścisłość, kwas z Keseyem był z pewnością o wiele bardziej „niebezpiecznym” doświadczeniem niż kwas z Learym, który unikał wkraczania na mroczną ścieżkę (co byłoby dodatkowo bardzo niepoprawne politycznie przy jego pozycji publicznego adwokata środka w latach ’60). Kesey nie miał za to nic przeciwko, a jego Próby Kwasu organizowane w okresie 1964-67, w Kalifornii, stawały całkowicie poza całą dyskusją na temat wad i zalet obywając się faktycznie bez teorii.

Zadaniem Keseya było niczym u Gurdżijewa przekazanie doświadczenia, a nie jego objaśnienie. Warto przy tym wspomnieć, że Timothy Leary po kilku latach zażywania LSD zdeklarował się jako hinduista, podczas gdy Kesey pozostał kimś w rodzaju mnicha, praktykującego psychedeliczne ZEN. Jak pisarz miał powiedzieć przed śmiercią: Uważam się za normalnego członka społeczeństwa, tyle tylko że lubię od czasu do czasu zarzucić kwasa.

psy_trance_paaty
Kwasowe dekoracje do imprezy psy trance’owej

Jak pokazała przyszłość, scena acid house’owa z Manchesteru i londyńska scena rave, której wielką siłą stał się w połowie lat ’80 Genesis P-Orridge, skierowała się szybko w te same rejony, w które Kesey wprowadzał kulturę psychedeliczną lat ’60, kierowana zresztą bezpośrednią inspiracją. Dragiem wyboru było wprawdzie MDMA, ale LSD powróciło ze zdwojoną siłą w postaci sceny psy trance’owej, która wyodrębniła się z komercjalizującego się powoli ruchu rave na początku lat ’90 jako forma powrotu do korzeni.

Ciężko w zasadzie wskazać na lepszy przykład połączenia technologii, muzyki i tańca jako formy integrującej doświadczenie psychedeliczne niż imprezy psy trance’owe. Stroboskopy, ultrafiolety i psychedeliczne dekoracje dominujące te imprezy nie są jedak niczym nowym – Próby Kwasu dominowało podobne otoczenie – zmieniła się tylko muzyka. Teraz skwaszonemu tłumowi nie przygrywają już The Grateful Dead, ale didżeje transowi. Ta sama pozostaje jednak natura doświadczenia: odnaleźć czy też zgubić się w chaosie, by w końcu dojść do źródła wszelkiego życia.

Idee Leary’ego są tu praktycznie nieobecne, za to głośne NAPRZÓÓÓD Keseya przenika wszystkie kości w postaci ciężkiego, szybkiego bitu! W tym kontekście szalony doktor ze swoimi teoriami pozostaje dzisiaj bardziej symbolem buntu świata akademickiego wobec własnych ograniczeń paradygmatycznych niż przewodnikiem kultury psychedelicznej – jego idee paradoksalnie wróciły do punktu wyjścia w momencie kiedy rząd szwajcarski zezwolił na ponowne badania nad LSD w 2008 ograniczając je do prób klinicznych z ludźmi, cierpiącymi na schorzenia psychiczne. To nie zaprowadzi jednak postkeseyowskich technoszamanów z powrotem do szpitala, którzy pożądają wolności doświadczenia, stworzenia sobie własnych warunków do tripu wg doświadczeń, które sami nabyli ze środkiem.

Nawet jeśli ruch trance’owy wydaje się obecnie duchowo martwy ze względu na niszczący wpływ ketaminy, która w Wielkiej Brytanii jest obecnie bardziej popularna niż kokaina i przesadne zaabsorbowanie rynkowych reguł gry, tylko kwestią czasu jest znalezienie przez kontrkulturową energię kolejnego tunelu kreacji i skierowanie doświadczenia LSD na tory pierwotnej, plemiennej dzikości. Środek wraca w wielkim stylu co 20 lat, tak więc pewnie szybko zobaczymy jego nowe wcielenie. Czy będzie to forma sztuki, muzyki, imprezy, happeningu, terapii, nie ma w zasadzie żadnego znaczenia, gdyż jeśli kwas będzie się dział naprawdę, stanie się to właśnie TERAZ!

Conradino Beb

 

Źródło: Trans/Wizje, nr 3, wiosna 2013 (jako Konrad Szlendak)

Wywiad z Patrickiem Lundborgiem, winylowym guru, specjalistą od kultury psychedelicznej, autorem książek „Acid Archives” i „Psychedelia”

Conradino Beb: Czy to prawda, że do napisania twojej ostatniej książki Psychedelia: An Ancient Culture, A Modern Way Of Life przygotowywałeś się przez ostatnie 20 lat? Jak to się zaczęło?

Patrick Lundborg: Tak, absolutnie. 20 lat może być nawet liczbą zbyt niską, gdyż moje najwcześniejsze notatki pochodzą z 1988. Jednak dopiero na początku lat ’90 opublikowałem swoją pierwszą książkę i mogłem sobie wyobrazić, że w przyszłości opublikuję także książkę o kulturze psychedelicznej, więc 20 lat wydaje się dokładną miarą. Zaczęło się to wszystko od tego, że byłem częścią psychedelicznego kolektywu artystycznego w Sztokholmie o nazwie Lumber Island Acid Crew (nazwałem go Lumber Island, ponieważ jest to dosłowne tłumaczenie nazwy Sztokholm), który został utworzony pod koniec lat ’80.

W tym czasie spora liczba młodych mężczyzn i kobiet zaczęła tu zarzucać LSD, i płynąć razem z prądem doświadczenia, a z tego przyszło mnóstwo kreatywności i zabawy. To była głównie scena muzyczna, ale działali na niej także różnego rodzaju artyści i załoganci. Jako członek tej grupy naturalnie skierowałem się w stronę pisania, co zawsze sprawiało mi przyjemność. Zacząłem od pisania psychedelicznej poezji i nawet udało mi się ją opublikować w największym szwedzkim magazynie literackim, ale ostatecznie zdałem sobie sprawę, że poezja nie była dla mnie idealnym kanałem, a zainteresowanie czytelników współczesną poezją kurczyło się do tego w szybkim tempie.

Przedyskutowałem moją sytuację z przyjacielem, który miał już na koncie sukcesy jako pisarz. Zasugerował on, żebym spróbował pisać po angielsku, jako że prawie wszystko co czytaliśmy było po angielsku i nawet nasze rozmowy były naszpikowane anglicyzmami. W tym punkcie miałem już na koncie dwie książki, jedną na temat rocka garażowego i psychedelicznego lat ’60 (The Age Of Madness, 1992), a drugą na temat The 13th Floor Elevators (The Complete Reference File, 1998), ale żadna z nich nie zawierała dużo prawdziwego pisania. To były bardziej podziemne prace naukowe. W ten sposób na początku lat ’00 zacząłem pisać recenzje i artykuły dla różnych magazynów, stopniowo rozwijając angielski jako główny język pisany.

Napisałem Acid Archives w 2006 i książka odniosła wielki sukces, po czym w końcu przyszedł czas na podsumowanie wszystkich psychedelicznych informacji, które zebrałem kolekcjonując wycinki z gazet, notatki, rzadkie książki, raporty z tripów etc. Problemem było to, że nie mogłem znaleźć odpowiedniego ujęcia dla tego materiału, a wiedziałem, że na potrzeby książki będę musiał znaleźć perspektywę zarówno mocną, jak i świeżą. Dalej pisałem więc o muzyce publikując drugą edycję Acid Archives (2010), która ponownie dobrze się sprzedała, czekając aż ostatni element układanki wskoczy wreszcie na swoje miejsce.

Ujęcie dla mojej następnej książki przyszło do mnie w 2010 – chodzi o proces, który opisałem w przedmowie do Psychedelii. Zdałem sobie sprawę, że prawdziwa kultura psychedeliczna nigdy nie została konkretnie zbadana ani zidentyfikowana i to właśnie stało się moją misją – opisanie psychedelii jako swoistej kultury i stylu życia. Ten nowy paradygmat pomógł mi odsłonić wzory, zarówno starożytne jak też współczesne, które wcześniej nie zostały zbadane i zachęcił mnie do reinterpretacji współczesnej historii psychodelików, która zaczęła się od eksperymentów pejotlowych pod koniec XIX wieku i osiągnęła swój szczyt wraz z odkryciem LSD przez Alberta Hofmanna. Napisanie Psychedelii zajęło mi dwa lata intensywnej pracy, na którą przygotowywałem się jednak przez 20 lat albo więcej.

CB: Istnieje pewien generalny problem dotyczący wielkich narracji – tradycyjnie były one zwykle wynikiem abstrakcyjnej refleksji, a nie krytycznej analizy faktów. A żeby stworzyć nową musisz dotrzeć do korzeni, które zazwyczaj są bardziej wyobrażeniowe niż konsensualne. Jak silna jest twoim zdaniem teoria psychedelii jako podziemnego strumienia kultury Zachodu w świetle znanych faktów?

PL: Było to coś, co pojawiło się podczas pisania, co ma swoje korzenie w moich studiach filozofii i historii religii. Oczywiście, Wielkie Misteria Eleuzis był niezwykle ważnym punktem wyjścia dla zachodniej psychedelii i mimo że większość badaczy zgadza się, iż w użyciu podczas tych gigantycznych ceremonii była jakaś substancja psychedeliczna (prawdopodobnie LSA), znaczenie tego faktu nie zostało jeszcze wchłonięte przez lustro naszej kultury. W miarę gdy czytałem o Eleuzis i o tym, jak przedchrześcijańska kultura basenu Morza Śródziemnego opanowała Europę, stałem się świadomy tego, że „światło Eleuzis” – jak nazywał je Ezra Pound – świeciło jeszcze długo po tym, jak Wielka Świątynia została zniszczona przez chrześcijańskich najeźdźców.

swiatynia_demeter_eleuzis
Świątynia Demeter w Eleuzis

W swojej książce demonstruję w jaki sposób eleuzyjska perspektywa przetrwała w ciągu wieków wśród mistyków i badaczy religijnych, nawet jeśli teoretycznie byli oni chrześcijanami. Przez Europę przelewał się strumień holizmu, panteizmu i hedonizmu aż do późnego Średniowiecza, kiedy Kościół Rzymsko-Katolicki rozpoczął oczyszczanie kanonu i wyklinanie heretyków. Platon został wyklęty, a razem z nim całe duchowe podziemie, które przechowywało tradycję Eleuzis. Był to jednak zaledwie mały wybój na drodze, jako że wkrótce we Włoszech narodził się Renesans, który oczywiście zrewitalizował wszystkie wielkie wierzenia i filozofie przedchrześcijańskie z neoplatonizmem na czele, który jest systemem filozoficznym o zdecydowanie psychedelicznej naturze.

Od Renesansu duchowe podziemie na Zachodzie nigdy tak naprawdę nie przestało istnieć, mimo że jednostki były od czasu do czasu zmuszane do ukrywania lub porzucania swoich „pogańskich” zainteresowań. W skrócie, kultura psychedeliczna narodziła się w połączeniu z halucynogennymi ceremoniami w Eleuzis, a wierzenia, które wyrosły z Eleuzis i antycznej kultury basenu Morza Śródziemnego przetrwały generalnie jako alternatywna filozofia duchowa i styl życia aż do XX wieku, kiedy człowiek zyskał wreszcie możliwość, by odkryć doświadczenia halucynogenne na wielką skalę.

Ten punkt widzenia na temat duchowego podziemia nie jest w mojej opinii bardzo radykalny. Także inni badacze, jak Ezra Pound, zbadali nasze europejskie dziedzictwo i znaleźli jasne świadectwa wolnomyślicielskich naukowców i filozofów natury, sięgające aż do Platona. Formalne użycie środków psychedelicznych otwiera i zamyka 2,500-letni cykl, ale w międzyczasie zdołało także przetrwać przesłanie panteizmu, holizmu, hedonizmu i neoplatonizmu.

CB: Wskazałeś w swojej książce – bardzo zresztą słusznie w mojej opinii – że kontrkultura Bitników i freaków/headów poza odkryciem mocy środków psychedelicznych symultanicznie zaraziła kulturę wirusem wschodniego mistycyzmu, a to dokonało wdruku, czy też stworzyło pewien styl lub nawet alejkę myślenia o samym doświadczeniu psychedelicznym. Dzisiaj jednak połączenie to wydaje się bardzo powierzchowne, zawdzięczając wiele „duchowi czasów”. Mógłbyś to nieco rozwinąć?

patrick_lundborg_promo
Patrick Lundborg w latach ’90

PL: Spytano mnie dokładnie o to samo w innym wywiadzie, więc jest to chyba interesująca kwestia. To będzie długa odpowiedź. Tak naprawdę były dwa specyficzne punkty wspólne pomiędzy psychedelią i wschodnim mistycyzmem, które przyszły z różnych stron. Pierwszy z nich był rozszerzeniem badań nad buddyzmem i hinduizmem, które zaczęli Bitnicy na początku lat ’50, przejmując akademicki dorobek Oxfordu i Harvardu i pytając, czy na Zachodzie istnieje wiarygodny styl życia, który odzwierciedlałby te wschodnie modele. Niektórzy z nich podróżowali także na Wschód, mimo że to zrobiło się popularne dopiero w erze hipisów. Włóczędzy Dharmy Kerouaka to wspaniały przykład szczerego eksperymentowania, które miało miejsce w latach ’50.

Paralelny był z tym Alan Watts, który stworzył swoją własną wersję profesora z Dalekiego Wschodu i starał się przybliżyć laikom podstawowe wschodnie idee: hinduizm, buddyzm i taoizm. Oczywiście, także Aldous Huxley i Gerald Heard byli mocno zamoczeni w studiowaniu myśli Wschodu. Już w latach ’50 istniało więc intelektualne zainteresowanie zamianą tych ezoterycznych technik w użyteczny styl życia. Ten impuls dotarł to Timothy Leary’ego i spółki z Millbrook, którzy otrzymali prawdziwą naukę od Huxleya, Wattsa, Ginsberga i innych guru czy lamów, którzy ich odwiedzali. Pojawiło się odczucie, że trip na kwasie był w jakiś sposób buddyjski, tak więc naturalny dla kręgu z Millbrook stał się skok w odmęty wschodniej duchowości, w ramach badań nad doświadczeniem psychedelicznym.

To zaskutkowało książką Doświadczenie psychodeliczne, którą czyta się dzisiaj z prawdziwym zażenowaniem, ale która wpłynęła na wielu acidheadów i kazała im utożsamić swoje tripy z buddyzmem, a potem (gdy Leary napisał swoją książkę Tao Prayers) z taoizmem. Ten cały łańcuch wpływów jest łatwy do prześledzenia od późnych lat ’60 do początku lat ’50 i niemal wszyscy w to zaangażowani byli także zaangażowani w środki psychedeliczne. Jeśli chodzi o wschodnią ścieżkę nie dragową, która została spopularyzowana na Zachodzie, był to głównie japoński wariant buddyzmu ZEN, który stał się bardzo popularny już w latach ’50 ze względu na wpływowych nauczycieli. Poświęciłem kilka stron w Psychedelii wyjaśniając w jaki sposób amerykański ZEN odciął się od psychedelicznych wpływów i pozostaje taki w dużej mierze do dzisiaj.

leary_millbrook
Timothy Leary w Millbrook

Jednym z powodów jest to, że spośród wielu wschodnich szkół ZEN ma prawdopodobnie najmniej wspólnego z doświadczeniem psychedelicznym. Gary Snyder, pisarz związany z Beat Generation, wolał trzymać się tradycyjnej praktyki ZEN niż włączać w eksperymenty swojego przyjaciela Allena Ginsberga. Innym ważnym momentem skrzyżowania środków psychedelicznych z systemami wierzeń Wschodu jest schyłek kontrkultury lat ’60. W tym czasie – mam na myśli pierwszą połowę lat ’70 – strumień został zawrócony w przeciwnym kierunku. Ludzie chcieli religii raczej żeby uciec od psychedelicznego stylu życia, a nie żeby je zrozumieć.

Z tego exodusu wypalonych hipisów narodził się jeden z najbardziej irytujących mitów ruchu psychedelicznego, którego kwestię poruszam również w swojej książce. Zaczęto wierzyć, że doświadczenia duchowe oferowane przez buddyzm czy hinduizm w jakiś sposób zastępują czy też odbierają siłę doświadczeniu psychedelicznemu. Ludzie zaczęli mówić coś w tym stylu: „Możesz dotrzeć do tego samego miejsca bez dragów za pomocą medytacji”. To oczywiście kompletna bzdura. Nie ma sposobu na dojście do absolutnej rzeźni sensorycznej, charakterystycznej dla pełnego tripu na halucynogenach bez użycia dragów. Medytacja nie sprawia, że zaczynasz widzieć muzykę w postaci czerwonych i zielonych promieni z głośników i nie daje ci kontaktu z kosmitą-tricksterem, który tłumaczy ci tajemnice podróży w czasoprzestrzeni, a w tym samym czasie żongluje dziwnymi, kolorowymi przedmiotami tuż przed twoimi oczami.

Medytacja, a konkretnie tantryczne techniki, które kiedyś były trzymane w tajemnicy, mogą być bardzo potężne i z pewnością przybliżają cię do nirvany – jeśli jest to twój cel. Medytacja, w swoich różnych formach, jest jedną z umiejętnych form osiągania duchowego oświecenia. Ale poza mało istotnymi podobieństwami nie ma ona żadnego związku z doświadczeniem środków psychedelicznych w kwestii techniki, zawartości czy pożądanego rozwiązania. Sądzę, że jest to jeden z najważniejszych rozdziałów mojej książki, w którym wyjaśniam, że są to dwa całkowicie odrębne modele duchowe. Pierwszą rzeczą, której powinien podjąć się student, to ustalić cel swojej praktyki. Czy chce osiągnąć nirvanę, mokszę, czy inny typ klasycznej iluminacji? Jeśli tak, czas zacząć pracę z dhyaną, vipassaną i tantrą, by oczyścić swój umysł na iluminację gdzieś w przyszłości.

Ale jeśli celem jest odkrycie miejsc, emocji i idei, na które wpadasz podczas psychedelicznej podróży, wtedy buddyzm i hinduizm nie ma nic do zaoferowania. Żeby przedsięwziąć psychedeliczną eksplorację przestrzeni wewnętrznej używasz środków psychedelicznych. To brzmi jak oczywistość, ale przez dekady ludzie sądzili co innego, sugerując iż możesz ominąć LSD czy tryptaminy i wciąż mieć te niesamowite podróże przez przestrzeń wewnętrzną. Ale nie możesz. Musisz wybrać.

W latach ’70 wielu wybrało wschodnią ścieżkę bez dragów (poza trawą), co było pewnie dla nich dobre, ale zgadzam się tu z Terencem McKenną, który powiedział że cały ten new age’owy burdel, ukłony przed guru i odosobnienia w górach były w tym czasie sposobem na ucieczkę przed doświadczeniem psychedelicznym, ponieważ ludzie nie mogli sobie już z nim poradzić i chcieli czegoś mniej wymagającego. To zaś, ponownie, jest dobrą sprawą, tyle że na skutek racjonalizacji zrodziło te mity. Dzisiaj, w 2013, ludzie są znacznie mądrzejsi i potrafią odróżnić trip na kwasie od stanu medytacji.

CB: W kwestii muzyki psychedelicznej w swojej książce pojechałeś konkretnie. Zdołałeś na przykład odróżnić nie psychedeliczne eksperymenty od eksperymentów psychedelicznych. A to musiało zostać zrobione, by oczyścić wodę, szczególnie dla czytelnika, który ma bardzo mgliste pojęcie co jest czym. Koniec końców stwierdziłeś nawet, że muzyka psychedeliczna może być nawet grana bez zaangażowania w proces psychodelików. O co w tym wszystkim chodzi?

PL: Jeśli wyjdzie kiedyś druga edycja Psychedelii, być może dołączę jakąś tabelę, żeby sklaryfikować sytuację, ponieważ to dość skomplikowana sprawa. Im więcej dowiedziałem się o muzyce psychedelicznej lat ’60, tym mniej jasny zyskałem jej obraz. Istnieje fundamentalna definicja, którą zapożyczyłem z książki o sztuce psychedelicznej, a która mówi, że: „Muzyka psychedeliczna jest w jakiś sposób związana z doświadczeniem psychedelicznym”. Sądzę, że to dobry punkt wyjścia, ale pozostawia on dużo pytań bez odpowiedzi. Aby w pełni zrozumieć jak szeroki jest to temat, trzeba sobie wyobrazić długą i kolorową wstęge muzyki psychedelicznej.

Na jednym końcu mamy „czystą psychedelię”, która jest muzyką tworzoną przez użytkowników środków psychedelicznych będących pod wpływem środków psychedelicznych. Jak na albumie Spacemen 3 – branie dragów, żeby robić muzykę dla ludzi, którzy biorą dragi. To jest czysta psychedelia; wszystko jest tu związane z doświadczeniem psychedelicznym. Dwie najważniejsze, prawdziwie psychedeliczne grupy to The 13th Floor Elevators oraz (wcześni) The Grateful Dead – obydwie tworzyły czystą psychedelię. To maksymalne przypadki muzyki psychedelicznej. Na drugim krańcu wstęgi mamy muzykę, która nie została stworzona z żadną myślą psychedeliczną, ale którą w pewien sposób lubią ludzie biorący dragi.

the_grateful_dead
The Grateful Dead / 1967

Ale żeby zakwalifikować ją jako muzykę psychedeliczną musisz mieć mnóstwo acidheadów twierdzących, że była czymś szczególnym. Najlepszym przykładem, który mogę wyciągnąć z rękawa, jest exotica lat ’50, ale lubi ją oczywiście także wiele ludzi, którzy nigdy nie brali psychodelików. Istnieje kolejny przykład z krańca wstęgi muzyki psychedelicznej, chodzi o „fakedelię”, która wciąż działa dobrze na dragach. Ta była powszechna w latach ’60, kiedy zespoły chciały być hipsterskie, a ich labele chciały zarabiać na psychedelicznym „trendzie”. Zespoły bez żadnej prawdziwej wiedzy na temat muzyki psychedelicznej słuchały The Beatles, The Byrds i grup z San Francisco, a potem próbowały robić coś podobnego z dodatkiem kosmicznych tekstów.

Część tej fałszywej psychedelii jest okropna, ale z powodu ogólnej kreatywności lat ’60 wielu z tych rzeczy bardzo przyjemnie się słucha i acidheadzi będą je doceniać nawet wiedząc, że grupy te nie były prawdzie psychedeliczne. Ten szczególny „gatunek” nie zjedna sobie jednak purystów. Sam byłem dość sceptyczny w stosunku do „fakedelii”, ale z czasem zrozumiałem, że mnóstwo z psychedelicznej muzyki lat ’60, która mi się podobała, była w istocie fałszywą psychedelią i nie mogłem zrobić nic tylko przyznać, że działała.

Ostatecznym wnioskiem jest to, iż prawie niemożliwe jest, nawet na dobrym kwasie, odróżnić psychedelię fałszywą od prawdziwej, słuchając muzyki. Nie możesz być dogmatykiem, ponieważ zwyczajnie nie wiesz. W 1967-68 cała popkultura była tak zanurzona w psychedelicznych wibracjach, że ludzie którzy udawali zdawali się brzmieć jak prawdziwi przedstawiciele sceny. I dlaczego nie? Im więcej dobrej muzyki, tym lepiej. Można powiedzieć o tym znacznie więcej, ale odsyłam do swojej książki.

CB: Jeśli chodzi o psychedeliczne grupy lat ’60, co powiedziałbyś o psychedelicznym okresie The Beatles? Prawdziwa kreatywność czy kopiowanie innych? Revolver i Sgt. Pepper’s wywołały znacznie większy sztorm od Psychedelic Sounds w swoim czasie, ale obydwie płyty posługiwały się głównie językiem pop rockowym praktycznie nie wchodząc w kwasowe improwizacje. To one jednak zdefiniowały trend.

PL: Nie sądzę, żeby Bitlesi byli mniej psychedeliczni niż The 13th Floor Elevators w kwestii twórczości muzycznej. Kawałki tj. Tomorrow Never Knows czy Strawberry Fields są arcydziełami wczesnej psychedelii i pomogły popchnąć granice rocka w stronę nieznanych lądów. Nic takiego, jak te kawałki, nigdy wcześniej nie zostało nagrane. Bitlesi byli tak ważni dla całej popkultury lat ’60, że w żaden sposób nie mogą być nazwani kopistami – pytaniem było bardziej czy Bitlesi będą zainteresowani jakimś nowym stylem czy kierunkiem. Jeśli byli, wtedy ten styl czy kierunek uważano za prawdziwy, po czym przychodzili kopiści. Stonesi mogą być bardziej uważani za kopistów, gdyż nagrali Satanic Majesties; ale to wciąż bardzo dobry album. Bitlesi z drugiej strony zainteresowali się muzyką psychedeliczną tak wcześnie (wiosna 1966), że mogą być uważani za pionierów stylu.

CB: Czy sądzisz, że doświadczenie psychedeliczne może być zastosowane jedynie do sztuki (muzyka, malarstwo, film etc.), ponieważ jest tak niespecyficzne, czy też po prostu nie nastał jeszcze czas, jak mówią starzy utopiści? Co o tym sądzisz?

PL: Doświadczenie psychedeliczne jest bardzo potężnym modyfikatorem świadomości i osobowości. Niemal wszyscy ludzie, którzy przeszli je przynajmniej kilka razy z pozytywnym, przełomowym skutkiem, zmieniają swoje życie, to jak postrzegają świat i to co chcą robić. Niektóre z tych zmian są nagłe i łatwe do zauważenia, inne są bardzo subtelne i mogą nie zostać odkryte aż nie spojrzysz na swoje życie z oddali i nie zobaczysz jak zmieniłeś swoje zachowanie i z jakiego powodu. Te zmiany nie są przypadkowe, nie do końca indywidualne – istnieje wzór tego co staje się z człowiekiem po wzięciu środka psychedelicznego.

Ten temat był studiowany w latach ’60 i był jedną z rzeczy, którą zainteresowała się banda z Harvardu/Millbrook, zanim cały projekt zamienił się w wielką dragową imprezę. Ludzie, którzy wzięli środki psychedeliczne wystarczającą ilość razy mają tendencję do luzowania się, otwierania na nowe doświadczenia, większej akceptacji wad świata lub siebie samych i są bardziej przygotowani na sytuacje z niejasnymi granicami i regułami lub które wzajemnie się wykluczają. Jednym z klasycznych objawów psychedelizacji, które lubię przytaczać, jest to, że człowiek przestaje mieć problemy z ambiwalencjami i przeciwnościami, których pełen jest świat współczesny.

lsd_photo_1
Świat zewnętrzny na kwasie

Dzieje się tak oczywiście dlatego, iż trip psychedeliczny rozdziera fałszywe dychotomie i dualizmy tak jakby były papierem ozdobnym, a zamiast tego pokazuje ci świat przestrzeni wewnętrznej, w którym wszystko jest trzema rzeczami naraz w tym samym czasie i znajduje się w stanie przepływu, jak w „panta rei” u Heraklita lub „nic nie trwa wiecznie” Merry Pranksters. Spędź wystarczającą ilość czasu w przestrzeni wewnętrznej, odczuj radość i magię, która z tym przychodzi, a wszystko to, co kiedyś było sztywne i spięte odejdzie, i zostanie zastąpione przez osobę, która jest zarówno bardziej dojrzała, jak też paradoksalnie bardziej dziecięca. To właśnie przydarza się większości ludzi, którzy biorą środki psychedeliczne, kiedy są młodzi, ale nie zbyt młodzi (powinieneś mieć za sobą szkołę średnią).

Doświadczenie psychedeliczne ma także do zaoferowania wiele ludziom, którzy pracują w zawodach kreatywnych, nie ma znaczenia czy są aktorami, czy rzeźbiarzami, czy architektami. Jeśli chodzi jednak o najbardziej konwencjonalne części społeczeństwa – filary stabilności finansowej, sektor rządowy, przedsiębiorców, inżynierów i wszystko to, co zbudowało współczesny Zachód – mam trudności ze wskazaniem na natychmiastowe korzyści środków psychedelicznych, poza zrelaksowaniem się i osiągnięciem szczęścia przez białe kołnierzyki. Nie istnieje alternatywna giełda, na której acidheadzi handlowaliby według innego systemu, jeśli rozumiesz o co mi chodzi.

Te funkcje społeczne zostały wyrzeźbione w ciągu wieków, aby zadowolić ambicje i żądania członków społeczeństwa. Są one skrajnie skomplikowanymi, zbilansowanymi funkcjami. Wątpię, żeby można je było ulepszyć w jakiś kontrolowany sposób. Alternatywne społeczeństwo psychedeliczne musiałoby zaczynać od zera i budować swój własny system na bazie wiejskiego życia, wypasu zwierząt, rolnictwa etc. To oczywiście zrobiło mnóstwo hipisów, którzy zdecydowali się na zużytkowanie kwasowych pomysłów. Mój tok myślenia jest więc taki, że społeczeństwo „zgredów”, które naprawdę jest zgredowate, urosło w niemal organicznym stylu w ciągu wieków do swojej dzisiejszej postaci.

Możemy go nie lubić, ale istnieje ono dla jakiegoś powodu, którym jest zapewnianie komfortu zgredom. W tym społeczeństwie zgredów wciąż istnieje jednak przestrzeń kreatywna, czy też pewna doza anarchii i zabawy, a w niektórych krajach ludzie, którzy używają psychodelików, mogą to robić z małym ryzykiem i stwierdzają, że ich rodzinne miasta wraz z mieszkańcami są w porządku, zgredowate czy nie. W innych krajach tj. USA zgredy są przerażone ludźmi, którzy chcą być wolni, jednak nie dlatego, że są zagrożeniem, ale ponieważ wierzą, iż całe społeczeństwo i pewien styl życia upadnie jeśli zbyt wiele jednostek uwolni swoje umysły i osobowości z pomocą środków psychedelicznych. A najśmiejszniejsze jest to, że mają rację.

Milion Amerykanów wziął wystarczającą ilość LSD, by zmienić się całkowicie, a to stworzyło duchową kontrkulturę, która wpływała na całe społeczeństwo przez wiele lat. Wyobraź sobie co by się stało, gdyby 100 mln Amerykanów wzięło LSD? Te finansowe filary, wielkie korporacje i agencje rządowe nagle wypełniłyby się ludźmi, którzy zakwestionowaliby wszystko, którzy zdecydowaliby, że nie chcą pławić się w gównie i odeszli z pracy zostawiając cały ten młyn. Ci w USA, którzy widzielli w LSD zagrożenie dla amerykańskiego modelu „szczytu/nagrody”, przedsiębiorczości, ciężkiej pracy i kapitalizmu mieli rację.

W czym mogli się jednak mylić, to że nowe społeczeństwo, które zastąpiłoby stary kołowrotek, wyścig szczurów i piramidową grę, byłoby koniecznie gorsze od starego. W perspektywie tego, co robią ze zdrowymi, dorosłymi ludźmi psychodeliki, sądzę że istnieją spore szanse na to, iż społeczeństwo zbudowane przez psychedelistów byłoby znacznie lepsze od tego, które mamy obecnie na Zachodzie. Sądzę jednak również, iż to może zostać osiągnięte jedynie poprzez totalne zawalenie się starego systemu, który stworzy miejsce na nowy. To nie jest przedsięwzięcie, które może zostać osiągnięte przez prostowanie i wygładzanie.

Widząc jak wygląda dzisiaj świat Zachodu, najbardziej przewidywalnym rezultatem wydaje mi się współistnienie psychedelicznych enklaw ze starym systemem – model, z którym już eksperymentowano i który rośnie w wiarygodność. Wierzę, że taką właśnie przyszłość musimy uwzględnić i z tego powodu napisałem też cały rozdział w Psychedelii, który traktuje o psychedelicznych kongregacjach i komunach, o budowaniu utopii na małą skalę.

CB: Naprawdę podobał mi się ustęp w Psychedelii na temat psychedelicznych wątków w Czasie apokalipsy. Co byś powiedział o narkotycznym kinie Nowego Hollywood w kontekście rzucenia tego na ekrany? Lata ’70 były okresem, w którym dragi naprawdę wkroczyły do mainstreamu. Z drugiej strony uważasz Bliskie spotkania Spielberga za przykład kina psychedelicznego, mimo że ten był zawsze znany jako nerd trzymajacy się z dala od dragów.

PL: W książce wspominam o tym, że Nowe Hollywood pomimo całej swojej kreatywności i pomysłów nieszczęśliwie skierowało się na tory realizmu i naturalizmu. Podczas gdy psychedelia trzymała w garści popkulturę przez wiele lat, przebudzone Hollywood odsunęło się od rzeczy duchowych i halucynogennych kierując w stronę filmów o zwykłych ludziach zmagających się z życiem. W Easy Riderze wciąż mamy element psychedeliczny, ale w Pięciu łatwych utworach nie pojawia się on w ogóle. Jeśli chodzi zaś o Spielberga, to nie skupiam się tyle na nim samym, co na Bliskich spotkaniach, które mają ten specyficzny, dziecięcy zachwyt łatwy w odczycie dla acidheadów.

Easy_Rider_Hopper_fuck
Scena z „Easy Ridera” (1969)

W filmie tym świat został przedstawiony jako lekko nierealna tajemnica, która czaruje ludzi. W przeciwieństwie do innych obrazów Spielberga jest on również pozytywny i ma magiczną atmosferę. Sposób, w jaki sfotografowano ten film, chodzi mi głównie o nocne sceny, przypomina psychedeliczne pejzaże w tripową noc – duże otwarte niebo i poczucie bycia zaangażowanym w coś ważnego. Spielberg nigdy nie stworzył już potem niczego psychedelicznego, a nawet to wyszło mu być może przez przypadek, ale Bliskie spotkania posiadają specyficzny psychedeliczny klimat, o który trudno w filmach. To nie jest ta sama wibracja, którą znajdziemy na przykład w 2001 Kubricka.

CB: Going Up The Country Canned Heat – singiel wydany w 1968 – to numer, który dla wielu symbolizuje konkretny moment, kiedy headzi w końcu wyprowadzili się z miast, by założyć wiejskie społeczeności i poszukać bardziej zielonej trawy. Ale dla mnie jest to także początek drugiej rundy, gdyż w ruch poszło sadzenie marihuany, a Szmaragdowy Trójkąt stał się prawdziwym centrum nowego biznesu. 30-40 lat później wziął on w końcu Amerykę szturmem – ganja jest bardziej popularna niż była kiedykolwiek. Co sądzisz na ten temat?

PL: Marihuana i cała kultura konopna Zachodu jest ogromnym fenomenem kulturowym, który powinien zostać zbadany i skomentowany przez wyspecjalizowanych ekspertów. Istnieje pewien punkt zaczepienia pomiędzy sceną marihuanową i sceną kwasową, konkretnie w erze świetności kontrkultury, ale jeśli mamy oddać szacunek obydwóm gigantycznym fenomenom, nie można ich zgarniać do jednego worka. Zgadzam się jednak, że marihuanowa scena growerska stała się dużym hobby (i biznesem) w latach ’70 i zrodziła takie magazyny jak High Times, który także zajmuje się środkami psychedelicznymi. Najbliższym połączeniem jest tu hodowla magicznych grzybów, którą opisałem szczegółowo w Psychedelii.

CB: Dlaczego nie wspomniałeś w książce, że konopie, jeśli wzięte doustnie, wywołują efekt tak samo silny jak LSD (przy dużych dawkach)? Osobiście, uważam mit lekkiej psychedeliczności konopi za zabawną sprawę. Hinduska soma mogła być równie dobrze potężnym ekstraktem z konopi, ale jakoś nikt nigdy nie poszedł tą drogą.

PL: Zgadzam się, że haszysz przyjęty doustnie może być bardzo mocny – faktycznie, jeden z moich najpotężniejszych tripów przeżyłem jedząc omlet z haszyszem, który przygotowała grupa moich przyjaciół. Być może trochę przesadziliśmy (na patelnię poszło kilka gramów), bo wyssało całą naszą trójkę na kilka godzin. Opanowało mnie euforyczne uczucie i nie mogłem przestać się śmiać, a kiedy w końcu wyluzowałem się na tyle, że byłem w stanie leżeć, każda komórka mojego ciała zdawała mi się elektryczna. Interesująca rzecz i bardzo fajna, muszę przyznać. Ale jak wspomniałem wcześniej, musiałem dokonać świadomego wyboru i zostawić kulturę konopną innym, gdyż jest ona tak bardzo popularna i na pewno bardziej rozpowszechniona od psychodelików.

CB: Czy sądzisz, że kultura zachodnia jest w stanie wyprodukować swoją własną ścieżkę mistyczną bez romansów z buddyzmem, hinduizmem, taoizmem czy chrześcijaństwem, która opierałaby się bardziej na pierwotnym rdzeniu, jak w neopogaństwie czy niektórych gałęziach filozofii transgresji?

PL: Jest to jedno z najważniejszych pytań, które porusza moja książka. W mojej opinii musimy sobie przede wszystkim zdać sprawę, że psychedelia jest osobną ścieżką, a nie częścią już istniejących ścieżek duchowych czy psychologicznych. Znajdziemy wprawdzie punkty styczne, ale różnice są znacznie większe od podobieństw, szczególnie jeśli spojrzysz na treść doświadczenia psychedelicznego, które jest oczywiście rdzeniem całej sprawy. Uważam za przedziwne mówienie o tym, że wschodnia medytacja zastępuje lub zabiera ludzi do „tego samego miejsca”, co środki psychedeliczne, ponieważ to nieprawda.

Ci ludzie albo przeżyli bardzo łagodne tripy na kwasie, albo zwyczajnie przekonali się, że nie potrzebują unikalnych przeżyć oferowanych przez środki psychedeliczne. To ich strata, ale chciałbym, żeby stare mity z lat ’60-’70 o „naturalnych hajach” całkowicie wyparowały. Medytacja i inne praktyczne metody (jak nazywają je buddyści) są oczywiście bardzo efektywnymi ścieżkami, które zostały udoskonalone w ciągu setek lat i każdy, kto wybierze podążanie za jedną z tych szkół ze szczerym oddaniem, na pewno wiele zyska, a być może nawet osiągnie pewien wyższy stan świadomości. Wschodnie ścieżki są piękne i działają – co jednak jest mylną koncepcją, to przekonanie, że są one w jakiś sposób porównywalne z doświadczeniami środków psychedelicznych. To są różne ścieżki posługujące się różnymi narzędziami, różnymi treściami doświadczenia i różnymi stanami końcowymi.

vipassana
Mali mnisi buddyjscy w trakcie praktyki vipassany

Zrozumienie, że psychedelia reprezentuje osobną, specyficzną ścieżkę treningu duchowego, jest więc pierwszym krokiem. Idąc krok dalej sądzę, że istnieją inne szkoły i tradycje, z którymi warto się zaznajomić, gdyż mogą one pomóc w nawigacji poprzez psychedeliczny trip. Wcześniejsze poznanie wschodniej medytacji będzie pomocne, nawet jeśli treści są kompletnie różne, jako że umiejętność kontroli i eksternalizowania strumienia własnego umysłu, której uczysz się w trakcie medytacji, jest bardzo przydatna w psychedelicznej przestrzeni wewnętrznej.

Podobnie, wartościowe przy zażywaniu psychodelików są także doświadczenia z tradycyjną psychoterapią, jako że trenują one w identyfikowaniu własnych mechanizmów obronnych, zawiech i odruchów. Konkretnie, podczas pierwszych tripów, kiedy dochodzi do intensywnego czyszczenia wewnętrznej garderoby, naprawdę przydaje się zrozumienie własnego ego. Nawet gdy jesteś konkretnie naładowany, wcześniejszy trening pomoże ci opatrzyć etykietką momenty, kiedy reagujesz ze względu na strach lub inne negatywne wdruki, a to zarówno obniży ryzyko doświadczenia psychedelicznego, jak też popchnie cię szybciej do przodu na psychedelicznej ścieżce.

W dodatku do wschodniej medytacji i zachodniej psychoterapii, dwóch najważniejszych sprzymierzeńców dla ścieżki psychedelicznej widzę w filozofii neoplatońskiej i rdzennym szamanizmie wykorzystującym rośliny psychoaktywne. Neoplatonizm jest użyteczny, ponieważ jest to gałąź klasycznej filozofii pozostająca najbliżej psychedelicznego doświadczenia wszechświata, prezentująca go w formie warstw różnych poziomów zrozumienia, przez które można się przedrzeć dzięki „kontemplacji”, a w naszym przypadku dzięki dragom halucynogennnym.

shaman_3
Szaman z bebnem

Można się kłócić, że Platon, którego filozofia jest przecież podstawą tego systemu, może zaoferować znacznie bogatszy i lepszy model myślowy umysłu i wszechświata, ale Platon interesował się także wieloma rzeczami, które nie miały żadnego związku z doświadczeniem psychedelicznym i dopiero w niektórych pracach (szczególnie w Fedonie) wyczuwamy jasną obecność inicjacji w Eleuzis i pogląd na egzystencję, który ma silny duchowy ton. Na poziomie technicznym wielopoziomowa struktura metafizyczna neoplatonizmu wydaje się lepiej rozwiniętym modelem od dualistycznego poczucia form i idei Platona.

Jeśli chodzi o tradycje szamańskie, pokrywają one witalną przestrzeń, której nie pokrywa żadna z innych szkół czy tradycji, a chodzi o konkretną nawigację w przestrzeni wewnętrznej, kiedy odbywasz swój psychedeliczny trip. Szamani są mistrzami tej domeny, a przestrzeń wewnętrzna (zaświaty) jest dla nich tak samo lub nawet bardziej rzeczywista od otaczającego nas, fizycznego świata. Otrzymują oni swój szamański trening poprzez przyjęcie gigantycznej dawki środków enteogennych aż nie przemierzą wszystkich zakątków tamtego świata, który opisuje tradycja szamańska.

Mistrz szamański zna pejzaż przestrzeni wewnętrznej, jej mieszkańców, zarówno tych dobrych, jak i złych, gry w które grają, swoje powinności i wie jak poradzić sobie z różnymi specyficznymi sytuacjami. Doświadczony acidhead otrzymuje mniej więcej tę samą wiedzę, zakładając że przyjmie wystarczająco duże dawki, tak więc staje się w efekcie szamanem tradycji wcześniej nieznanej na Zachodzie – on lub ona staje się szamanem/ką przestrzeni wewnętrznej. A na tej ścieżce psychedelicznej Zachodu, czy to z użyciem LSD, grzybów, DMT/ayahuaski, czy czegoś innego, można się wiele nauczyć od rdzennych i mieszanych szamanów, czy ayahuasqueros, którzy przemierzyli przestrzeń wewnętrzną z punktu widzenia swojej własnej tradycji.

Jako że dragi są takie same lub podobne, nie powinno dziwić, że to co opisuje szaman z Amazonii, ofituje w podobieństwa dla zachodniego fana enteogenów. Wizje członka społeczności plemiennej będą zaowoalowane przez ikony i język jego własnej tradycji, więc nie zawsze będzie łatwo odróżnić folklor od bezpośredniego doświadczenia psychedelicznego, ale siłą rzeczy setki szamańskich tradycji Centralnej i Południowej Ameryki mają do zaoferowania dużo wiedzy i praktycznych pomysłów.

ayahuasca-vine
Ayahuasca w naturalnym środowisku

Podsumowując powiedziałbym, że ścieżka psychedeliczna Zachodu powinna być najpierw zrozumiana i zdefiniowana jako osobna tradycja duchowa posiadająca swoje własne narzędzia, treść wizyjną, język, strukturę stopniowego rozwoju i potencjalne stany końcowe. Zdefiniowanie tych rzeczy może zostać dokonane wyłącznie dzięki studiowaniu i dyskutowaniu doświadczeń psychedelicznych, zarówno w formie natychmiastowych impresji oraz dalekoterminowych nauk, co doprowadzi do zbudowania pełnego modelu duchowej tradycji. To trochę jak u zarania chrześcijaństwa, kiedy Ojcowie Kościoła stopniowo definiowali kanon tego, co stało się religią chrześcijańską. To szeroko zakrojony wysiłek angażujący mózgi, serca i duchy tysięcy jednostek pracujących aż tradycja otrzyma w końcu względnie stabilną, konsensualną forme, spajającą i łączącą wszystkie fundamentalne doktryny i rytuały.

Po uzgodnieniu, że psychedelia jest osobną duchową tradycją, drugim krokiem byłoby stworzenie mapy przestrzeni wewnętrznej, co szeroko omawiam w swojej książce. To zadanie, które postępuje od dekad, ale przybiera formy ad hoc, w jakiś sposób rozproszone, jakby treść tripu nie była tak ważna jak coś innego, cokolwiek to miałoby być. Dla doświadczonego psychedelisty, który wystarczająco oczyścił swój niechciany bagaż, wyzwanie powinno być oczywiste: wejście w przestrzeń wewnętrzną i sprawdzenie czego można się dowiedzieć. Trzeba uczynić fundamenty z wartościowych rzeczy i udokumentować je w celu dalszej analizy. To właśnie powinno zostać zrobione i zgrupowane w postaci dużej pomocy naukowej, podobnie jako praca Ojców Kościoła.

Te dwa kroki są wystarczająco wyzywające dla zachodnich psychedelistów i dają im pracę na kilka następnych dekad. A dopóki nie będzie znaku postępu, nie ma nawet sensu patrzeć dalej w przyszłość. I nawet jeśli opisuję to w ogólnych zarysach jako szeroko zakrojony fenomen, nie istnieje oczywiście żadna przeszkoda dla plemion acidheadów czy miłośników grzybów, by wystartować z własnymi projektami mającymi na celu stworzenie kanonu nauk psychedelicznych i map przestrzeni wewnętrznej. Ja sam byłby wielce szczęśliwy dowiadując się, że tego typu przedsięwzięcie jest w toku.

CB: My także, dzięki za rozmowę!

<<< Odwiedźcie stronę Patricka i sprawdźcie gdzie można kupić jego książkę>>>

11 być może najlepszych filmów o narkotykach!

Kino narkotykowe to temat bardzo szeroki. Dragi pojawiają się jako temat główny lub jeden z najważniejszych wątków od połowy lat ’30, zarówno w filmach głównego nurtu, co w kinie klasy B oraz w wyrafinowanych obrazach autorskich. Wszystkich z nich nie sposób streścić w jednym zestawieniu, a poniższe stara się jedynie odpowiedzieć na pytanie, które z nich są naprawdę warte obejrzenia.

1.                Fear and Loathing in Las Vegas / Las Vegas Parano (1998)

Film, który stał się natychmiastowym klasykiem tuż po swojej premierze. Mimo grymaszenia nowojorskich krytyków, że nie oddaje sprawiedliwości gęstej, psychedelicznej prozie Huntera S. Thompsona, stał się obowiązkowym mózgojebem dla pokolenia Y (które dorastało w drugiej połowie lat ’90 i na początku naszego wieku). Johnny Depp dał tu z siebie wszystko – filmowych manieryzmów ucząc się przez wiele miesięcy od samego Huntera, który pobłogosławił projekt, gdy na pokład wskoczył Terry Gilliam. Niegorszy w filmie jest Benicio Del Toro jako psychotyczny prawnik, który zżera cały arkusz Słonecznego Kwasu i każe wrzucić sobie do wanny magnetofon, gdy White Rabbit Jefferson Airplane osiągnie kulminację. Seans obowiązkowy!

 2.                Drugstore Cowboy / Narkotykowy kowboj (1989)

Przepiękny film w reżyserii Gusa Van Santa, będący doskonałym przykładem jego wczesnego, ulicznego stylu, zanim twórca przedarł się do mainstreamu za sprawą Buntownika z wyboru w 1997. Dramatyczna historia Boba, jego żony Diane i ich małej bandy nosi wszystkie ślady reinterpretacji mitu Bonnie i Clyde, tyle że tym razem antybohaterowie polują na dragi – wszystko co da się skroić w aptece: dilaudid, nembutal, morfinę. Ale kiedy ich małomiasteczkowa melina staje się obiektem policyjnego rajdu, banda postanawia ruszyć w drogę, co prowadzi do całej serii tragikomicznych wypadków. W końcówce Bob rzuca jednak nałóg i podejmuje terapię metadonową, w której pomaga mu charakter pastora grany przez samego Williama S. Burroughsa. Rewelacyjna końcówka. Nie wolno pominąć!

 3.                The Trip / Podróż (1967)

Kultowy film Rogera Cormana na podstawie scenariusza Jacka Nicholsona, który został bezlitośnie pocięty i ocenzurowany przez AIP, a następnie zbanowany w USA, Kanadzie i niemal wszystkich krajach europejskich na prawie cztery dekady. Peter, reżyser reklamówek, grany przez Petera Fondę, przechodzi kryzys osobisty związany z rozwodem i postanawia spróbować kwasu, który załatwia mu jego ziomek (w tej roli Bruce Dern). Trip, który przechodzi, prowadzi go przez hipisowskie skłoty, kluby na Sunset Strip i inne dziwne miejsca, a kończy się oryginalnie przywitaniem nowego dnia na plaży.  Wszystko to genialnie ilustruje muzyka The Electric Flag. Część filmu została wyreżyserowana przez Dennisa Hoppera, który pojawia się w nim jako Max, kręcąc jointy i improwizując pokręcone monologi. Godard klasy B, który mimo że troszkę się zestarzał, wciąż bawi wyśmienicie!

 4.                Blow (2001)

Doskonały film Teda Demme’a, który rok po premierze zmarł na skutek przedawkowania koksu. Ale jego miłość do elektrycznego proszku zaowocowała jednym z najbardziej kultowych filmów o narkotykach wszech czasów. Oparty na prawdziwej historii George’a Junga – jednego z największych przemytników kokainy lat ’70 – czaruje swoim wglądem w złotą epokę amerykańskiego handlu dragami. Nasz bohater zaczyna w buntowniczych latach ’60 od dilowania marihuaną na kalifornijskiej plaży, ale po krótkim pobycie w pierdlu przerzuca się na kolumbijski eliksir szczęścia. Osobista historia George’a została podana w szerszym kontekście amerykańskiej historii drugiej połowy XX w. z wiarygodnością, której wiele innych filmów mogłoby pozazdrościć. Film zabija świetną obsadą: Johhny Depp, Penelope Cruz, Ray Liotta, Rachel Griffiths i Paul Reubens.

 5.                Altered States / Odmienne stany świadomości (1980)

Mimo że daleki od arcydzieł Kena Russella tj. Diabły czy Kochankowie muzyki, także ten obraz posiada swój własny smak, który docenią przede wszystkim miłośnicy kina klasy B. Po premierze zniszczony przez krytyków, z czasem wdrapał się na panteon obrazów kultowych ze względu na upiorną, psychedeliczną atmosferę i niszczące mózg wizualizacje grzybowych wizji. A żeby było jeszcze lepiej scenariusz napisał genialny Paddy Chayefsky (Sieć) na podstawie własnej książki. W skrócie, jest to historia akademickiego antropologa, który swoje zainteresowanie magicznymi grzybami zamienia w niebezpieczną grę, stając się ofiarą własnych badań naukowych. Surrealistyczna intryga w drugiej połowie przekracza wszelkie granice absurdu, ale pierwszy akt jest mistrzowski. Tylko dla zaprawionych w bojach widzów.

 6.                Nice Dreams (1981)

Ze wszystkich filmów z Cheechem i Chongiem temu należy poświęcić wyjątkową uwagę, gdyż znaczy on zarówno szczyt formy komediowego duetu, jak też koniec liberalnej epoki w amerykańskim kinie. Para niesfornych potheadów wplątuje się tym razem w grubą aferę, której sceną jest gigantyczna plantacja szalonego Jimmy’ego. Śledzeni przez FBI zaszywają się w chińskiej restauracji, tylko po to by przeżyć groźne spotkanie z brutalnym  motocyklistą Zwierzakiem, który zakłóca ich namiętny wieczór w hotelu z Donną, a ostatecznie skończyć w szpitalu dla psychicznie chorych, z którego wyciąga ich sam Timothy Leary oferując trip na kwasie. Idealna komedia marihuanowa, której próżno szukać wśród dzisiejszych produkcji filmowych! Zdmuchnie czaszkę wytrawnym palaczom!

 7.                Requiem for a Dream / Requiem dla snu (2000)

Jeden z najbardziej niepokojących filmów narkotykowych, jakie kiedykolwiek rzucono na ekrany. Wyreżyserowany przez Darrena Aronofsky’ego na fali sukcesu debiutanckiego Pi, pod przykrywką historii o narkotykach podejmuje ważne pytania na temat ludzkiej kondycji. Gdzie prowadzą nas marzenia? Czy narkotyk to coś więcej niż tylko substancja chemiczna? Kiedy życie wyrywa się spod kontroli? W jaki sposób koimy cierpienie? Historia zostaje osadzona w Nowym Jorku, gdzie heroinowy ćpun Harry Goldfarb, jego uzależniona od tej samej substancji dziewczyna Marion i czarny przyjaciel Tyron marzą o lepszym życiu, w efekcie próbują stać się kowalami własnego losu. W tle rozgrywa się także dramatyczna historia matki Harry’ego, Sary (Ellen Burstyn), która bezwiednie poddaje się telewizyjnej iluzji, obiecującej powrót do ekscytujących lat młodości. Seans obowiązkowy!

 8.                Trainspotting (1996)

Film, który idealnie podsumował początek lat ’90: renesans zainteresowania dragami, eksplozję kultury rave i ostateczne pożeganie materializmu yuppie. Wybierz życie, wybierz pracę, wybierz pierwszy dom? Nasi szkoccy antybohaterowie mówią zdecydowanie nie, preferując strzelanie w kanał od kariery zawodowej. Danny Boyle odwalił tu piekielną robotę pokazując realia szkockiej klasy robotniczej z klozetowym realizmem, ale mistrzowskim humorem. Renton, Sick Boy, Spud i Tommy (Kevin McKidd – dzisiaj Grey’s Anatomy) nie spoczną w poszukiwaniu alternatywnych przyjemności, prowadząc przy tym genialne gadki, z którymi każdy może się zidentyfikować. Przyjaźń, dragi i satyra na życie nowego pokolenia hedonistów. Rewelacyjne aktorstwo i fantastyczna ścieżka dźwiękowa dopełniają efektu.

 9.                 Enter The Void / Wkraczając w pustkę (2009)

Film, który z historii o narkotykach uczynił traktat mistyczny poruszający wszystkie najważniejsze pytania, które od wieków zadawał sobie człowiek. Trip na DMT umierającego bohatera jest z jednej strony najgłębszym doświadczeniem psychedelicznym, z jakim ten miał kiedykolwiek do czynienia, ale z drugiej jest podróżą duszy w czasoprzestrzeni, która odkrywa przed nim tajniki własnego przeznaczenia. Film Gaspara Noé jest zapierającym dech w piersiach, bezwzględnym obrazem współczesnego Tokio, ale również głęboko emocjonalnym studium elementów, które zlepione razem tworzą jednostkę ludzką. Jeśli kiedykolwiek nakręcono o narkotykach dzieło totalne, praktycznie wyczerpujące temat, jest nim właśnie ten film. Obraz niełatwy i na pewno nie dla ludzi o słabych nerwach, ale przynoszący jedyną w swoim rodzaju satysfakcję.

 10.            Uczniowska balanga / Dazed and Confused (1993)

Richard Linklater cofa nas do połowy liberalnych lat ’70 w Teksasie, gdzie dorasta banda kochających imprezki nastolatków z miejscowej szkoły średniej. Film podejmuje temat dorastania i rozstawania się z domem w tym samym stopniu, w jakim dwie dekady wcześniej uczyniło to American Graffiti George’a Lucasa. Obraz jednego dnia z życia: beztroski i nadchodzącego lata. Dla nastolatków liczy się głównie włóczenie po barach, jaranie bongów, podrywanie dziewczyn i okazjonalne odwalanie głupich numerów. Wszystko zaś w chmurach marihuany i oparach piwa. Miły w odbiorze, a pewnych kręgach kultowy film, w którym można zobaczyć wiele dzisiaj słynnych aktorów tj. Matthew McConaughey, Milla Jovovich, Ben Affleck czy Jason London.

 11.            Easy Rider (1969)

Niejedna scena w Easy Riderze została zrealizowana po kilku jointach – dzięki czemu film pozostaje do dzisiaj potężnym manifestem kultury marihuanowej. Obraz, dystrybuowany przez Columbię, stał się natychmiastowym sukcesem w USA i w Europie, zgarniając nagrodę dla najlepszego nowego reżysera w Cannes w 1969 – kategoria została utworzona specjalnie po to, by przyznac nagrodę filmowi. Motyw obracania koksem przez Wyatta i Billy’ego w filmie nie był jednak wyrachowaną kalkulacją rynkową artystów, lecz wynikiem racjonalnego rozumowania. Komercyjnej ilości marihuany nie dałoby się w żaden sposób upchnąć w baku motocykla, a heroina nie wchodziła w grę, gdyż Hopper widział zbyt wiele ćpunów pożartych przez narkotyk.

Conradino Beb

 

Kolejny krok to 11 innych ciekawych filmów o narkotykach, których możesz nie znać!