Archiwa tagu: western

W dolinie przemocy (2016)

in-a-valley-of-violence-poster

Najnowszy film Ti Westa ogląda się najlepiej w momentach kulminacji oraz rozluźnienia napięcia. Druga, nie będąca horrorem produkcja, wyreżyserowana przez Amerykanina, bardzo naturalnie i gładko operuje skrajnie różnymi odcieniami swojej narracji, od przemyślanych gagów sytuacyjnych po cytowanie Biblii przez kaznodzieję-alkoholika.

Dzięki tej płynności widz nie zwraca uwagi na prostotę scenariusza, czy budowanie postaci w oparciu o banalne stereotypy gatunkowe. Scenariusz napisany został zreszta przez samego Westa, który jak wiemy, uwielbia docierać znane i sprawdzone klisze.

Tajemniczy wędrowiec Paul (grany przez Ethana Hawke’a) przemierza spalone słońcem południe Stanów Zjednoczonych jedynie w towarzystwie swojego psa. Zmuszony zostaje on do odwiedzenia zabitego dechami, pogrążonego w bezrobociu, miasteczka Denton. A tam szybko popada w konflikt z lokalną bandą dowodzoną przez syna szeryfa, Gilly’ego (James Ransone).

Z opresji ratuje go właśnie szeryf, do roli którego Ti West wywołał z aktorskiego grobu samego Johna Travoltę, sugerując bohaterowi jak najszybsze opuszczenie mieściny. Jednak decyzja o powrocie do miasta, grubo podszyta chęcią krwawej zemsty, zapadnie gdy życia pozbawiony zostanie jedyny przyjaciel Paula, pies Abby.

Nakręcony na taśmie 35mm In a Valley of Violence to nic innego, jak hołd dla spaghetti westernu, zwłaszcza tego spod znaku Sergia Leone i Sergia Corbucciego. Widać to choćby po reprezentującym drugą stronę konfliktu duecie Travolta-Hawke. Swoją grą panowie podkręcają w zasadzie B-klasowość produkcji.

Czuć między nimi pewien subtelny luz, mimo że ich filmowy spór ma podłoże w obowiązkach i funkcjach, jakie pełnią. Całość, zapewne ze względów budżetowych, zamknięta została w dość kameralnym opakowaniu, na które składa się miasteczko i niewielka liczba bohaterów je zamieszkujących.

Nieliczna obsada oznacza także mniejszą ilość trupów, ale jak na rasowe kino zemsty przystało West nie patyczkuje się przynajmniej w wymierzaniu sprawiedliwości. Mimo że naprawdę brutalna egzekucja na ekranie pojawia się tylko raz, to i tak robi wrażenie.

Jak sama nazwa wskazuje, film pełen jest przemocy, która niczym sęp krąży nad głowami ekranowych postaci. Wszystko to ma oczywiście ujście w finale, ten jednak obiera bardziej bezpieczną drogę gatunkowej sztampy, niż odwrócenie etosu końskiej opery, tak bardzo kultywowane przez Włochów.

Film największą aprobatę znajdzie oczywiście u fanów krwawych spaghetti westernów, dla których film Westa będzie nieskrępowaną, postmodernistyczną przyjemnością. Docenią oni świetną muzykę autorstwa Jeffa Grace’a, który odpowiedzialny był za świetny soundtrack do Domu Diabła (2009), niesamowicie klimatyczne zdjęcia, czy silną obsadę aktorską.

Całą resztę odrzucić może dwuwymiarowość tej kreacji, przypominająca nomen omen typową scenografię westernową. Mamy tu do czynienia ze stylowym, nakręconyn z miłością obrazem, za którego fasadą nie kryją się jednak żadne głębsze wartości.

Jeśli szukacie kina egzystencjonalnego, stawiającego na szali moralności czyny pokroju morderstwa czy ucieczki od obowiązków, to źle traficie. In a Valley of Violence dowodzi wprawdzie, że dobrze podana zemsta smakuje zawsze tak samo dobrze, ale nie znajdziemy tu nic więcej. I całe szczęście, że to tylko tyle.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: In a Valley of Violence
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Świat Dzikiego Zachodu (1973)

westworld_1973_original_poster

Wyreżyserowany przez Michaela Crichtona w zaledwie 30 dni dla MGM, która zgodziła się dać mu pierwsze ostrogi pod warunkiem, że budżet nie przekroczy $1,3 mln, Świat Dzikiego Zachodu był pierwszym filmem w historii, w którym wykorzystano CGI. Debiut Crichtona otworzył również podwoje całej serii futurystycznych dystopii, w których główną rolę grała sztuczna inteligencja, buntująca się przeciwko swojemu twórcy – Terminator był filmem bezpośrednio zainspirowanym debiutem Crichtona.

Autor twierdzi, że jego pomysł stał się scenariuszem filmowym, bo nie działał jako powieść – miał zbyt wiele wizualnych pomysłów, które trudno było przetłumaczyć na medium książki. Sama idea zrodziła się zaś po odwiedzeniu Kennedy Space Center, w którym astronauci byli trenowani przez maszyny, starając się odwzorować (w jego oczach) cyfrową przewidywalność.

Sądzę, że to odczucie zrodziło ideę filmu. Pomysł na zabawę w sytuację, która rozmywa granice pomiędzy osobą i maszyną, pomiędzy samochodem i kierowcą, która pozwala inaczej spojrzeć na istotę tego co ludzkie i tego co mechaniczne – mówił Crichton w 1973.

Tytułowy Świat Dzikiego Zachodu to jedna z trzech sekcji futurystycznego parku rozrywki dla bogatej klasy średniej, który kusi również Światem Starożytnego Rzymu i Światem Średniowiecza za $1 tys. dziennie (czyli około $10 tys. na dzisiejsze pieniądze).

Są one realizacją współczesnych marzeń o cofnięciu się w przeszłość z jej prostotą, ale także przygodami i emocjami, jednak bez niebezpieczeństwa i negatywnych konsekwencji, bo wszystko tutaj ma być teoretycznie niewinną zabawą.

Forma jest przy tym dość mocno zakotwiczona w hollywoodzkiej klasyce, bo Crichton świadomie operuje westernowymi, przygodowymi czy peplumowymi kliszami, które tworzą narracje przeznaczone do wciągania użytkowników w wybrany przez siebie świat.

Na Dzikim Zachodzie mamy więc obowiązkowe bójki w saloonie i pościgi konne, w Średniowieczu uczty zamkowe i pojedynki na miecze, a w Starożytnym Rzymie orgie alkoholowo-seksualne… z tym, że aktorzy w tym spektaklu to androidy, nad którymi użytkownicy mają władzę absolutną.

Reżyser nie sili się jednak na jakieś wybitnie autorskie zabiegi i traktuje swój debiut, jak klasyczne kino gatunkowe. Mamy więc parę przyjaciół o przeciwstawnych charakterach, nieśmiałego Petera (Richard Benjamin) i aroganckiego Johna (James Brolin), którzy przybywają do parku na kilka dni, żeby zrzucić swoje nudne role społeczne i przeobrazić się w dwójkę rewolwerowców.

John od początku popycha Petera, by ten obudził swojego wewnętrznego tygrysa, co ten faktycznie czyni, już pierwszego dnia załatwiając swojego pierwszego androida po sprzeczce przy barze. Android pojawia się jednak niespodziewanie w pokoju Johna dzień później, terroryzując go swoim coltem, bo technicy naprawiają maszyny w nocy i uaktywniają je ponownie rano, co Crichton pokazuje widzowi wymownie w scenach takich jak ulica zasłana ciałami po całym dniu zabawy, które się ciekawie trawi.

Peter ponownie zabija androida, granego przez samego Yula Brynnera (członka obsady m.in. Siedmiu Wspaniałych), ale to ostatnia niewinna przygoda obydwóch kumpli, bo od tego momentu coś w Świecie Dzikiego Zachodu zaczyna się psuć i nieszkodliwe dotąd maszyny zaczynają żyć własnym życiem, co wprowadza klimat thrillera survivalowego, w którym zastraszone ludzkie ofiary muszą walczyć o przetrwanie w wyjętym spod wszelkiej kontroli środowisku, opanowanym przez wrogów dysponujących przytłaczającą przewagą.

Dzięki temu zabiegowi Świat Dzikiego Zachodu nabiera w drugiej połowie hitchcockowskiego suspensu, choć z mocnym akcentem na akcję. Pojawiają się też wspomniane, archaiczne efekty CGI, które dają wyobrażenie widzowi, jak świat postrzegają androidy.

Terror, jaki powoduje bunt maszyn, zostaje przeciwstawiony prostej rozrywce, do której miały w zamyśle służyć, co prowokuje oczywiście pewne pytania natury etycznej, które niekoniecznie są zamysłem reżysera i w latach ’70 pozostawały – o czym należy pamiętać – czystą fantazją.

Jednak w drugiej dekadzie XXI wieku, w rzeczywistości zdominowanej przez cyfrowe technologie i Internet, z podbijającą rynek wirtualną rzeczywistością i sztuczną inteligencją, której rozwój do poziomu wcześniej niewyobrażalnego pozostaje jedynie kwestią kilku lat, pytania poruszane przez Świat Dzikiego Zachodu nabierają zdumiewającego realizmu.

Na czasie jest również retromania, która z roku na rok staje się coraz silniejsza i pytanie, jak poradzimy sobie z technologiami, które z pełną premedytacją obdarzamy świadomością.

Conradino Beb

Oryginalny tytuł: Westworld
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Ennio Morricone: „W oku ofiary widać całą wrażliwość Tarantino”

Świeżo uhonorowany Oscarem za ścieżkę dźwiękową, Ennio Morricone zdradził włoskim mediom co myśli o Quentinie Tarantino i o jego filmach. Legendarny kompozytor nie omieszkał podkreślić, że muzykę do Nienawistnej ósemki skomponował podług własnych reguł, celowo odbiegając od westernowego standardu, wyznaczonego w czasach współpracy z Sergiem Leone.

To przede wszystkim osoba bardzo ludzka. Jego sceny mogą się wydawać szokujące, ale zróbcie tak: kiedy je oglądacie, nie próbujcie skupiać się na zabójcy, ale na jego ofierze. W oku ofiary widać całą wrażliwość Tarantino. Ja go nie znałem, ale wiedziałem, że w jego filmach pojawiło się wiele z moich tematów, skomponowanych dla Sergia Leone.

Potem do mnie zadzwonił, żeby zamówić ścieżkę dźwiękową do westernu. Ja jednak zrobiłem coś samodzielnego, tworząc muzykę bardzo odmienną od tej, którą skomponowałem dla Leone. I na szczęście zadziałała. – powiedział artysta włoskiemu dziennikowi Corriere della Sera w krótkim wywiadzie udzielonym po otrzymaniu Oscara.

Ennio Morricone skomponował w swojej karierze ponad 500 ścieżek dźwiękowych do filmów kinowych i telewizyjnych. Jego kompozycje zostały użyte w 60 obrazach nagrodzonych najważniejszymi nagrodami filmowymi.

Artysta ma na koncie trzy Złote Globy, sześć nagród Bafta, dziesięć nagród David di Donatello (przyznawanych przez włoski przemysł filmowy) i jedenaście Srebrnych Wstęg (przyznawanych przez włoskich dziennikarzy filmowych).

Oscar za muzykę do Nienawistnej ósemki nie jest również pierwszym w karierze artysty, gdyż w 2007 został on uhonorowany złotą statuetką za całokształt twórczości.

Morricone był wcześniej nominowany do Oscara za muzykę do: Niebiańskich dni w reż. Terrence’a Malicka, Misji w reż. Rolanda Joffé, Nietykalnych w reż. Briana De Palmy, Bugsy’ego w reż. Barry’ego Levinsona, a także Malèny w reż. Giuseppe Tornatore.

Źródło: Corriere della Sera

Nienawistna ósemka (2015)

the_hateful_eight_2015_poster

Należę do oddanych fanów Tarantino, co oznacza iż nie pozostaję ślepy na mniej spektakularne momenty w jego karierze, które zdarzają się wtedy, gdy artysta zbytnio popuszcza wodze fantazji i traci samodyscyplinę na rzecz kompulsywnego mrugania okiem, hołdowania osobistym legendom, budowania swoistego gabinetu luster.

Tak było w przypadku Death Proof, Jackie Brown oraz mało przekonującego Django Unchained, ale Nienawistna ósemka znacznie więcej ma wspólnego z jego największymi dokonaniami: Wściekłymi psami, Pulp Fiction i Bękartami wojny. To film w pełni tarantinowski w tym sensie, że tworzy spójną całość, której nie da się rozbić na części składowe.

Już pierwsza scena, w której szerokie ujęcie odsłania śnieżny pejzaż Wyoming zwieńczony figurą ukrzyżowanego Jezusa (ciosanego pewnie siekierą), a w tle zaczyna przygrywać przepiękna muzyka Ennia Morricone porażająca zmysły głębokim basem, sugeruje że będziemy mieli do czynienia ze swoistym dramatem pierwotnych instynktów. Zimowy western po obu stronach oceanu zawsze podkreślał przecież ostateczną tragedię jednostki ludzkiej, brak nadziei, nieuchronność śmierci.

Ale Tarantino nie byłby sobą, gdyby klasycznej formy nie potraktował jedynie jako punktu wyjścia, jako fasady pozwalającej widzowi oswoić się z tym co ogląda i faktycznie „westernu” w Nienawistnej ósemce jest tyle, co w McCabie i pani Miller, czyli nie ma go w ogóle. Dzikość i bezprawie pogranicza nie są tu pretekstem do kolejnej restauracji gatunku, ale zostają wykorzystane do stworzenia autorskiego thrillera, który więcej ma wspólnego z giallo, niż z filmami Johna Forda.

I tak oto spotkanie na mroźnym szlaku dwóch łowców nagród, majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) oraz Johna Rutha (Kurt Russell), który transportuje do pobliskiego Red Rock groźną bandytkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), skutkuje tymczasowym aliansem pomiędzy obydwoma mężczyznami, mającym zaspokoić sprawiedliwość przy zachowaniu maksymalnego bezpieczeństwa – kobieta musi zawisnąć, bo kula w łeb nie jest dla niej wystarczającą karą!

Problem w tym, że śnieżyca nie pozwala na szybką podróż i dyliżans musi zatrzymać się w pobliskiej faktorii należącej do Minnie Mink i Słodkiego Dave’a. Po dotarciu na miejsce okazuje się jednak, że dwójka właścicieli opuściła na pewien czas swój interes, by jak twierdzi grubo otulony w futro Bob, odwiedzić matkę Minnie na północy stanu. W środku tymczasem czeka trójka gości, wśród których znajdują się były generał wojsk Konfederacji, Sandy Smithers (Bruce Dern), oraz dwóch innych jegomości: kat Oswaldo Mobray (Tim Roth) i kowboj Joe Gage (Michael Madsen).

Tak oto rozpoczyna się dramat, zamknięty niczym grecka tragedia w czterech ścianach, którego przebieg łatwo przewidzieć i jedyne pytanie, które dręczy widza, to kto pozostanie przy życiu? Teatralna forma przyjęta przez Tarantino sprawia, że akcja zostaje sprowadzona do stopniowania napięcia, które rośnie wraz z odsłanianiem kolejnych tajemnic, bo prawie nikt pod tym dachem nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje i niemożliwe ostatecznie okazuje się nie tylko możliwe, ale wręcz nieuniknione.

Reżyser dzieli film na pięć aktów, z których każdy kolejny w coraz większym stopniu pozwala zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje. Cukierek, walający się w jednej z pierwszych scen po podłodze, na pewno ma jakieś znaczenie, ale jeśli chcemy poznać prawdę, musimy się uzbroić w cierpliwość i przetrwać fantastyczną orgię krwi, która miejscami wygląda jak wyjęta z Cannibal Holocaust albo Domu przy cmentarzu. Efekty gore są jednak idealnie wyważone, dając filmowi konkretnego pazura, kiedy długie dialogi idą wreszcie w odstawkę!

Czy Tarantino nie przeciąga jednak wcześniej struny? Można psioczyć na dłużyzny, gierki i wątki detektywistyczne, ale ostatecznie tworzą one podłoże, na którym rozgrywa się ten zimowy dramat. Bez nich nie mielibyśmy też popisów aktorskich idealnie dobranej obsady, która swoje postaci odsłania głównie w dialogach tj. brawurowa manipulacja prowadzona przez majora Warrena wobec generała Smithersa z fleszami. Te zdecydowanie można umieścić w rejonie kina eksploatacji.

Innym pięknym zagraniem jest domniemany list od Abrahama Lincolna do majora, o który dopytuje szeryf Chris Mannings (Walton Goggins), by później przypuścić atak na jego autentyczność. List ten staje się również w końcówce symbolem pogranicza, gdzie nic nie jest tym, za co uchodzi, a kłamstwo nie ma większej wartości od prawdy w obliczu czynów, które definiują człowieka walczącego przede wszystkim o przetrwanie, a dopiero potem o sprawiedliwość.

Mimo tego pozostaje oczywiście miejsce na krytykę, której można by próbować na kilku frontach. Czy Tarantino przypadkiem nie zaczął kopiować rozwiązań znanych ze swoich największych dzieł? Znowu pojawia się nakładanie na siebie tych samych scen z różnych punktów widzenia, ponownie widzimy też mechanizmy alienujące. Czy reżyser nie zawiesił się przypadkiem na opowiadaniu historii, która sens ma tylko w swoim własnym świecie? Treść filmu jest przecież całkowicie podporządkowana stylowi.

Czy nie zaczyna mu przypadkiem umykać humor i bezpretensjonalność? Jego filmy robią się mniej zabawne, a coraz bardziej polityczne, choć nie w sensie sprzedawania jakiejś określonej ideologii, tylko w tworzeniu osobistej mitologii. W końcu zaś, czy nie za bardzo polega Tarantino na talencie Samuela L. Jacksona, który bezsprzecznie utalentowany, dostał w Nienawistnej ósemce wszystkie najlepsze kąski w scenariuszu, ograniczając potencjalnie interesujące historie innych? Jakkolwiek byśmy nie chcieli jednak spojrzeć na nowe dzieło Tarantino, jest to film absolutnie fascynujący!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Hateful Eight
Produkcja: USA, 2015
Dystrybucja w Polsce: Forum Film Poland
Ocena MGV: 4/5

Czterech jeźdźców Apokalipsy (1975)

four-of-the-apocalypse-1975-kadr

Gdy w drugiej połowie lat 70-tych spaghetti western umierał śmiercią naturalną, Lucio Fulci cementował styl, który miał mu służyć przez całe lata 80-te. Zaczynając od komedii sytuacyjnych w latach ’60, artysta stopniowo wchodził w świat grozy i krwi, wpierw kręcąc genialne gialllo Jaszczurka w kobiecej skórze, a potem wymierzony w tradycjonalizm południa Włoch dramat/thriller, Nie torturuj kaczuszki.

Choć nakręceni w 1975 roku Czterej jeźdźcy Apokalipsy nie są pierwszym romansem Włocha z Dzikim Zachodem, bo w poprzedniej dekadzie nakręcił on bardzo ciekawy Czas masakry, a dwie części przygód Białego Kła noszą wszelkie znamiona kina kowbojskiego, jest to mimo wszystko kino bardzo osobliwe.

Bohaterowie tej opowieści to ludzie żyjący na marginesie, wykluczeni poza ramy społeczeństwa. Karciany kanciarz Stubby (Fabio Testi), ciężarna prostytutka Bunny (Lynne Frederick), drobny pijaczyna Clem (Michael J. Pollard) oraz niezrównoważony psychicznie, czarnoskóry grabarz Bud (Harry Braid), odsiadują w jednej celi wyrok z rozkazu szeryfa miasteczka Salt Flats. Jak się jednak okazuje, szeryf ocalił im życie przed zgotowaną za jego zgodą, krwawą czystką miasteczka z panoszącego się po ulicach grzechu.

Odstający od amerykańskiego archetypu „jeźdźca znikąd” protagonista, który w obronie interesu większości naraża się na zagrożenie, to nic nowego we włoskim westernie. Ale grupą naszych bohaterów kierują raczej przyziemne chęci dotarcia do miejsca, w którym będą mogli spokojnie oddawać się swoim zajęciom. Po drodze do bandy dołącza także samotny podróżnik Chaco (Tomas Milian), który szybko zaczyna mieszać szyki w grupie, ale metody rozprawiania się ze śledzącymi go wrogami wzbudzają w reszcie podejrzenia.

Fulci sprawnie balansuje na pograniczu różnych gatunków filmowych, pokazując nam, że te w kinematografii są raczej umowne. Najwięcej przeplata się tu wątków charakterystycznych dla późniejszych tworów Lucjana. Mamy więc całkiem okazałe gore i klimat sennego koszmaru.

Kreacja Chaco wygląda jak żywcem wyciągnięta z jakiejś hipisowskiej komuny, Milian inspirował się Charlesem Mansonem i z tego powodu to postać równie przerażająca, co fascynująca. Jego popis podczas narkotycznej sekwencji – próby naćpania współtowarzyszy w celu grabieży – to prawdziwy majstersztyk. Szkoda jednak, że postać ta nie dostała więcej czasu ekranowego – Chaco niby jest głównym czarnym charakterem, ale końcówka z jego udziałem kreuje wiele zastrzeżeń.

Nie chodzi jednak o jej intensywność czy generalny wydźwięk, bo tutaj jest tak jak powinno – niemający nic do stracenia bohater samotnie wkracza do opanowanej przez bandziorów Chaco szopy, by w brutalny sposób rozprawić się ze swoim antagonistą. Bardziej kuleje filmowe tępo, które nie zostało odpowiednio wygładzone.

Intensywny początek, który przechodzi w osobliwe kino drogi, nijak ma się do drugiej połowy seansu. Zapowiedzią jest epizod w osnutym strugami deszczu i połaciami pajęczyn, górniczym mieście widmo. I choć zakończenie tego wątku jest mocne, a nawet bardzo, Fulci, dysponując taką scenografią, mógł wyciągnąć z filmu jeszcze więcej.

Wielu widzów narzekać może też na muzykę country. Cook & Benjamin Franklin Group (studyjna grupa Fabia Frizziego) przyjemnie umilają podróż swoimi spokojnymi balladami, jednak na jakiś bardziej zapadający w pamięć utwór muzyczny nie ma co tutaj raczej liczyć. Taki zabieg, zastosowany choćby przez D’Amato w Scansati… a Trinità arriva Eldorado, wyróżnia film na tle podobnych. Dla mnie miły dodatek, ale w pełni rozumiem także drugą stronę.

Czterech jeźdźców Apokalipsy to kawał naprawdę interesującego, krwawego kina, który powinni docenić nie tylko fani spaghetti westernu, ale także szeroko pojętego włoskiego horroru. Co prawda film brutalnością nie może mierzyć się z takimi dziełami jak Zombi 2, czy Nowojorski rozpruwacz, ale mniej odporni widzowie odwrócą kilka razy głowę, zwłaszcza gdy w ich ręce trafi wersja uncut. I chyba to jest najlepsza rekomendacja, jaką można dać filmowi. Krew, koszmar i doza psychodelii, tak wygląda Dziki Zachód w obiektywie Lucia Fulciego!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Znany pod tytułami: Four of the Apocalypse / I Quattro dell’apocalisse
Produkcja: Włochy, 1975
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Pierwsze reakcje na „The Hateful Eight”

Recenzje nowego filmu Quentina Tarantino są oficjalnie wstrzymywane do 21 grudnia, kiedy film wejdzie na ekrany, ale mimo tego wielu z krytyków, którzy widzieli film na przedpremierowych pokazach, już zdążyło się wypowiedzieć w mediach społecznościowych. Od hajpu buczy Twitter, Facebook i portale filmowe.

Jordan Hoffman, krytyk piszący m.in. dla Guardiana, Mashable i Vanity Fair zareagował bardzo emocjonalnie na Twitterze, pisząc: Moje zdanie o Hateful: po prostu kocham ten film. Death Proof w stylu Agathy Christie na Starym Zachodzie. Chciałbym, żeby trwał godzinę dłużej.

David Ehrlich z Rolling Stone pisze z kolei (też na Twitterze): The Hateful Eight to Coś, które przybrało formę wczesnego filmu Johna Forda i muszę powiedzieć, że jest cholernie dobre. Sam L. Jackson to narodowy skarb.

Mike Ryan z Uproxx twierdzi ponadto, iż: The Hateful Eight to jeden z tych filmów, które wspaniale ogląda się za pierwszym razem, ale będzie tysiąc razy lepszy przy drugim oglądaniu.

Nie szczędzi też pochwał Kristopher Tapley z Variety, który pisze, że: The Hateful Eight jest wspaniały. Najlepszy film gatunkowy Tarantino. Mistrzowski suspens w pierwszej połowie, który eksploduje w krew i przemoc. Zdjęcia są niesamowite. Oko eksploruje każdy cal kadru. Mistrzowska inscenizacja scen oraz gra światłocieniem.

(Scena z filmu)

Źródło: Twitter

Jeździec czaszek (1965)

El Charro_de_las_Calaveras_poster

Tajemniczy, zamaskowany człowiek w sombrero i naszytymi na swoim czarnym traje de luces (tradycyjny ubiór matadora) symbolami czaszek, przemierza meksykańską prowincję. Nikt nie wie kim jest, skąd przybył, ale w razie potrzeby to on staje na straży nękanego ludu. Tak rysuje się fabuła wyprodukowanego w 1965 roku filmu El Charro de las Calaveras w reż. Alfredo Salazara.

Nakręcone w czerni i bieli przygody tytułowego Jeźdźca Czaszek (Dagoberto Rodríguez) to unikalna mieszanka hiszpańskojęzycznego westernu, klasycznego horroru i sytuacyjnej komedii. Nie da się ukryć, że jest to także cegiełka dla powstającego w latach 60-tych nurtu Mexploitation, niskobudżetowych filmów, łączących elementy meksykańskiej kultury i kina eksploatacji.

Już pierwsze sceny z dzieła Salazara sugerują nam, że to twór wybitnie niszowy. Na meksykańskiej prowincji, wśród hacjend i opuszczonych cmentarzy, grasują wampiry, wilkołaki i zombie, ba trafi się nawet jeździec bez głowy! Aby nie pogubić się w tej barwnej palecie koszmarnych kreatur, film ma budowę epizodyczną, tak więc każda konfrontacja ma podobny przebieg. Najpierw widzimy scenkę ataku, zapoznającą nas z przeciwnikiem, później główny bohater prowadzi śledztwo szukając i tropiąc monstrum, a na końcu dochodzi do ostatecznej walki.

Z początku poznamy historię zamożnej rodziny, żyjącej w strachu przed wilkołakiem. Z tej misji nasz tajemniczy jeździec zyskuje dwóch kompanów dalszych przygód. Młodego chłopca, łaknącego przygód Perico (Gabriel Agrasanchez) i bojącego się wszystkiego, otyłego Cleofasa (Pascual García Peña). Ci dwaj odpowiedzialni są za komediowy charakter produkcji.

O tym, że to raczej luźna produkcja, świadczą również efekty specjalne i charakteryzacja bestii, które choć są bardzo obskurne i tandetne, to twórcy nie starali się tego zbytnio maskować. Wampir zmieniający się w tekturowego nietoperza na sznurkach, czy zombie z wymazaną pianką do golenia twarzą to szczyt efekciarstwa w El Charro de las Calavera. Enigmatyczny obrońca, zamiast rewolweru bardziej uznaje prawo pięści, więc niestraszna mu solówka z wilkołakiem, a jeden celny rzut naostrzonego kija posyła do piachu niejednego krwiopijcę.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie przy głównym bohaterze. Ma on styl Bruce’a Wayne’a, który naoglądał się Scooby Doo i z soundtrackiem z Desperado na słuchawkach ruszył do Meksyku. Z jego opowieści dowiadujemy się, że kiedy był mały jego rodzice padli ofiarami bandytów, a on sam poprzysiągł być bezimienną i pozbawioną twarzy personifikacją sprawiedliwości. Kiedy jednak dane nam jest na krótką chwilę ujrzeć go w pełnej krasie, lekko się zawiedziemy, bo to zwyczajny, wąsaty facet, jakich pełno w okolicy.

Oryginalny scenariusz, unikalny klimat i kultowość to z pewnością atuty, przez które Jeździec Czaszek znajdzie swoją niszę. Przygodę z filmem Salazara na pewno zaliczyć mogę do udanych, choć otrzymałem troszkę inną dawkę emocji niż się spodziewałem przed seansem. Trudno polecić ten odjazd innej publice, niż tej lubującej się w wykopywania perełek, bo to właśnie ona potrafi czerpać przyjemność z oglądania kolejnych skamielin. Film sprawdzi się też pewnie idealnie jako pożywka dla mózgu pogrążonego w oparach THC, ale tę teorię sprawdzę przy ponownym seansie.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: El Charro de las Calaveras
Produkcja: Meksyk, 1965
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Dolina Gwangi (1969)

the_valley_of_gwangi_1969_poster

Wkład, jaki miał w kinematografię oryginalny King Kong, jest ogromny, bo gdyby nie historia o wielkiej małpie, filmy przygodowe z potworami nigdy nie rozwinęłyby w pełni skrzydeł. A klasyczne kino przygodowe – które skończyło się w połowie lat 70-tych – pełne było wielkich potworów i prehistorycznych stworzeń, przywróconych do życia za pomocą przełomowej animacji poklatkowej.

Bazując na scenariuszu Ruth Rose, William Bast przeniósł wielkie gady z tropikalnej Wyspy Czaszki w pustynne tereny na południe od Rio Grande. Tytułowa Dolina Jaszczurki – Gwangi w języku Indian oznacza jaszczurkę – to zaginiony świat pełen wymarłej fauny i flory. Kiedy rezydujący w okolicy paleontolog Horace Bromley (Laurence Naismith) dowiaduje się o schwytanym miniaturowym koniku, wraz z kilkoma kowbojami postanawia dokładniej przyjrzeć się okrytej złą sławą dolinie.

Wyprodukowana w 1969 roku Dolina Gwangi to klasyczne kino przygodowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Film, choć prosty w swojej konstrukcji, zapewnia dużo zabawy prawie pięćdziesiąt lat po swojej premierze. Oczywiście, tylko pod warunkiem, że nie przeszkadzają wam archaiczne efekty specjalne, czy fabuła, będąca zrzynką z King Konga. Sam film jest zresztą remakiem zrealizowanego dziesięć lat wcześniej The Beast of Hollow Mountain.

Mimo tego, podczas seansu bawiłem się przednio, zwłaszcza gdy na ekran wjeżdżały piękne, oldschoolowe dinozaury. A do fanów wielkich gadów film jest głównie kierowany, gdyż zajmują one sporą część czasu antenowego. Są odpowiednio, płynnie animowane i wklejone w tło wielkich kanionów za sprawą Raya Harryhausena.

A Jeśli tego byłoby mało, mamy również tak pamiętne sceny, jak kowboje próbujący złapać wielkiego gada na lasso, ukręcanie łba pterodaktylowi, czy tyranozaur walczący ze słoniem podczas rodeo. Jest też krwiożerczy dinozaur, niczym King Kong na Broadwayu goniący wąsatych amigos po uliczkach Meksykańskiego miasteczka. Jedyne na co można ponarzekać w kreacji potworków, to na dźwięk jaki wydają. Zamiast ryków przypomina on syczenie rannego kota.

Aktorzy to głównie kowboje w kapeluszach i skórzanych kamizelkach, szczerzący białe zęby do kamery. Główną rolę męską, prócz wspomnianego doktorka, gra blondyn James Franciscus i ciężko mu cokolwiek zarzucić. Jest przystojny, ociekający testosteronem i co jakiś czas zarzuca cynicznym żartem do panoszącej się po planie piękności Gil Gloan. Mamy także duet tubylców, ślepą wróżkę i meksykańskiego karła, którzy przewidują przyszłość i przyczyniają się do tragicznego w skutkach finału.

Co jednak najbardziej zaskakuje to fakt, że film za bardzo się nie postarzał. Nagrany w ładnym Technicolorze, nie odrzuca swoją archaicznością, która staje się atutem i podkręca klimat popularnych w tamtych czasach westernów. To przede wszystkim film o Dzikim Zachodzie, w którym złodziei bydła zastępują dinozaury, a zamiast pojedynku w samo południe, mamy rodeo z dinozaurem w roli głównej.

Film Jima O’Connolly’ego niesłusznie pokrył kurz zapomnienia, bo dostarcza on solidnej porcji rozrywki. Fani klasycznego kina przygodowego powinni czym prędzej sięgnąć po Dolinę Gwangi, a cała reszta może rzucić okiem na to, jak kino zmieniło się na przestrzeni czasu, nie tylko w kwestii efektów specjalnych. Sam na seansie bawiłem się wyśmienicie, bo braki techniczne zastępuje tu pomysł, a oglądanie ganiających za kowbojami dinozaurów to czysta frajda.  Obraz nie przypadnie pewnie do gustu ludziom wychowanym na współczesnych blockbusterach pełnych CGI, ale czy dane im było usłyszeć kiedyś o starym, poczciwym Gwangi?

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Valley of Gwangi
Produkcja: USA, 1969
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Tarantino zapowiada, że odchodzi na emeryturę… ponownie

Pan QT już od dłuższego czasu żongluje ze swoimi fanami pomysłem odejścia na emeryturę, który z oczywistych powodów wzbudza wiele plotek i domysłów. Przed podjęciem ostatecznej decyzji reżysera czeka jednak kręcenie nowego filmu The Hateful Eight, którego produkcja ma się zacząć za miesiąc i ma być wielkim pokazem możliwości 70 mm taśmy filmowej, najdroższego z nośników kinowych, który ze względu na swój koszt coraz bardziej wypierany jest przez twarde dyski (tzw. magazynki) kamer cyfrowych.

Jak Tarantino powiedział serwisowi Deadline: Nie wierzę, że powinieneś tkwić na scenie tak długo, aż ludzie zaczną cię błagać, żebyś zszedł. Podoba mi się pomysł zostawienia publiki z poczuciem niedosytu. Naprawdę uważam, że reżyserowanie to dobre zajęcie dla młodych i podoba mi się również pomysł pępowiny łączącej mój pierwszy i ostatni film.

Nie próbuję wyśmiewać się z nikogo, kto ma inne zdanie, ale chcę zejść ze sceny w pełni formy… Podoba mi się to, że zostawiam po sobie filmografię złożoną z dziesięciu filmów, więc mam wciąż miejsce na zrobienie dwóch kolejnych. Nie wyryłem tego w kamieniu, ale taki mam plan.

Jeśli dojdę do dziesiątego filmu, nie spieprzę sprawy i odwalę dobrą robotę, brzmi to dla mnie jak dobre zakończenie starej kariery. Jeśli później trafi mi się jednak jakiś dobry film, nie zrezygnuję z niego tylko dlatego, że powiedziałem tak wcześniej. Ale dziesięć filmów i pozamiatane, czekanie aż zachcą więcej, to dla mnie dobry pomysł.

Po raz pierwszy media wyłapały podobną wypowiedź przy okazji Django Unchained, kiedy Tarantino stwierdził, że „dyszka to dobra liczba”, ale „wciąż ma trochę filmów do zrobienia”. Co jednak reżyser miałby robić na emeryturze? Kilka lat temu ogłosił, że chciałby pisać książki i być krytykiem filmowym. W jego planach pozostają opracowania na temat: Sergia Corbucciego (Django, Specjalista, Companeros), George’a Roya „Hilla” (Butch Cassidy i Sundance Kid, Żądło) oraz Dona Siegela (Brudny Harry).

quentin-tarantino-promo

Wcześniej reżyser chce wstrząsnąć jednak światem filmowym, ponownie kręcąc na bardzo drogiej taśmie 70 mm, przypominając że JEST RÓŻNICA pomiędzy tym klasycznym medium, a obrazem cyfrowym. Jeśli uda nam się zrobić z tego filmu celebrację 70 mm, przypomnimy ludziom, że nie mogą obejrzeć tego w TV i że jest to rzecz, której nie da się doświadczyć po odpalaniu filmu w mieszkaniu, melinie czy na iPadzie lub iPhonie. – powiedział Tarantino, dodając że „ma w ten sposób nadzieję zatrzymać falę digitalizacji”.

Promocja The Hateful Eight ma być w zamyśle artysty rodzajem prawdziwego święta przypominającego eventy premierowe z lat ’60. Tarantino chce zacząć pokazywanie filmu tylko w wybranych kinach na taśmie 70 mm, po czym zacząć dystrybucję niższej jakości kopii 35 mm, a dopiero na koniec udostępnić kinom wersję cyfrową. Jak dodaje reżyser: Kręcimy na taśmie 65 mm, która po wywołaniu zostaje zamieniona w 70 mm odbitkę. Panavision nie tylko wspiera projekt, ale widzi w nim swoje dziedzictwo.

Nie możemy nie kibicować!

 

Źródło: IndieWire / Deadline

Śmierć jeździ konno (1967)

Death-Rides-a-Horse-poster

Przez 10 lat Lee Van Cleef odgrywał epizody w niemal 50 amerykańskich filmach dopóki nie poznał włoskiego reżysera Sergia Leone. Nieoczekiwanie stał się jednym z najważniejszych aktorów włoskiego nurtu gatunkowego, popularnego w drugiej połowie lat 60. Jedna z jego najciekawszych ról pochodzi z filmu Śmierć jeździ konno, w którym partnerował mu John Phillip Law, znany z takich ekstrawaganckich ról jak: Manfred von Richthofen z Czerwonego barona (1971) Rogera Cormana, niewidomy anioł z Barbarelli (1968) Rogera Vadima lub też tytułowy Diabolik (1968) z filmu Maria Bavy.

Western Petroniego dotyka tematu zemsty, przedstawiając go w sposób efektowny, ale i wzbudzający niepokój. Człowiek może zapominać o wielu rzeczach, ale na pewno nie zapomni bolesnych, niezabliźnionych ran z przeszłości. Nie uleczy ich nawet czas, może dopiero wówczas gdy osoby za nie odpowiedzialne poniosą zasłużoną karę.

W pewnej rodzinnej posiadłości, daleko od miasta, dochodzi do masakry – czterech zakapiorów morduje z zimną krwią trzyosobową rodzinę, nie przypuszczając, że świadkiem zdarzenia jest kilkuletni Bill. W umyśle malca narasta nienawiść, którą zamierza nakarmić za pomocą rewolweru. W jego głowie układa się plan zemsty, gdyż zamiast rozpaczać z powodu tragedii, przygląda się zabójcom, aby móc w przyszłości ich odnaleźć. Wkrótce staje się mężczyzną o wyjątkowo zręcznych dłoniach, które szybko wyciągają broń z kabury i równie szybko oddają celny strzał.

Zżera go niecierpliwość, gdyż od 15 lat nie trafił na ślad morderców. Dopiero dzięki tajemniczemu Ryanowi wpada na trop, który powinien go zbliżyć do poszukiwanych bandytów. Ryan przez 15 lat przesiedział w więzieniu, gdyż został przez wspólników zdradzony, opuszczony i okradziony. Teraz chce wyrównać rachunki. Tak się składa, że zarówno Ryan jak i żądny zemsty młody Billy szukają tych samych ludzi, a więc ich drogi się skrzyżują.

Giulio Petroni posiłkując się ciekawym przepisem (jego autorem jest Luciano Vincenzoni) przyrządził pyszne spaghetti w sosie pomidorowym, które prezentuje się wybornie zarówno wizualnie, jak i pod względem smakowitych dodatków. Mimo oklepanych motywów i skostniałych reguł gatunku udało się wykreować świeże i absorbujące kino zemsty. A także trzymające w niepewności, gdyż do ostatnich minut nie wiadomo czy były bandyta nie okaże się zdradzieckim wspólnikiem dla młodego kompana.

Lee Van Cleef jak zwykle dzięki mrocznej urodzie budzi niepokój – gdy jest zbyt miły można podejrzewać że coś kombinuje. Filmy Leone ukazywały Van Cleefa jako milczącego rewolwerowca, więc gdy u Petroniego (lub Valeriego w Dniach gniewu) rzuca mądrości i prawi kazania to widz jest zdezorientowany. To sprawia, że jego postać staje się niejednoznaczna.

W jednej scenie pada słynna sentencja: „Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Na gorąco może spowodować niestrawność”. Ma ona na celu ukazanie w prosty sposób podstawowej różnicy między dwoma protagonistami. Jeden jest chłodnym, opanowanym i metodycznym zabójcą, który zanim kogoś zabije chce się wzbogacić. Dopiero co wyszedł z więzienia, nie ma więc żadnych środków do życia, poza nabitym rewolwerem rzecz jasna.

Drugi z nich jest natomiast impulsywny i pełen nienawiści, gotuje się od wewnątrz, pragnie jak najszybciej pomścić śmierć rodziców. Van Cleef idealnie sprawdził się w roli zimnego rewolwerowca, co nie powinno dziwić, bo aktor ten specjalizował się w tego typu rolach. Jego młodszy towarzysz, John Phillip Law, wcielający się w postać Billa, zupełnie nie przekonuje – nie widać, aby gotowała się w nim nienawiść, nie widać po nim zniecierpliwienia, jedynie gorycz i niepewność.

Czarnym charakterem został Luigi Pistilli, którego twarz idealnie wyrażała to co charakteryzuje lidera gangu: podłość, dwulicowość i chciwość. Tak jak w większości spaghetti westernów emocji nie wywołuje gra aktorska, ale mroczny wygląd postaci. Tak jakby bohaterowie walczyli z wysłannikami Szatana lub ze Śmiercią we własnej osobie. Lecz żądne zemsty pozytywne postacie też zwiastują śmierć swoim wrogom. Znamienna jest scena, w której bandyci grają marsz żałobny przed atakiem, aby zdenerwować przeciwników. Wtedy pojawia się pytanie: kto tak naprawdę jest zwiastunem śmierci? Dla kogo długa konna przejażdżka zakończy się marszem żałobnym?

Gdy mówi się o włoskich westernach trudno nie wspomnieć o muzyce i plenerach. Za muzykę odpowiedzialny był numero uno w tym gatunku czyli Ennio Morricone (w samym roku 1967 zilustrował muzycznie 18 filmów, w tym 5 westernów). Odpowiednich plenerów też daleko nie szukano. Już wcześniejsze pozycje gatunku udowadniały, że hiszpańska Andaluzja jest niezastąpiona, jeśli chodzi o udawanie bezkresnych, opustoszałych obszarów dzikiego zachodu.

Film warto zapamiętać ze względu na wyborną rozgrywkę finałową, nad wyraz widowiskową i kunsztownie wykonaną. Ciekawe są również relacje pomiędzy bohaterami, którzy mimo iż działają oddzielnie, pomagają sobie nawzajem. Dzięki temu trudniej schwytać obu naraz. Ale ostateczne zwycięstwo może nastąpić wówczas, gdy wszyscy zjednoczą się w walce przeciwko wspólnemu wrogowi. Może i jest to film zbyt standardowy, zbyt amerykański, ale dzięki żywej akcji i ciekawym bohaterom oklepane motywy prezentują się niebanalnie, a fabuła zachwyca i intryguje.

Mariusz Czernic

 

Znany pod tytułami: Death Rides a Horse / Da uomo a uomo
Produkcja: Włochy, 1967
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

=== Obejrzyj cały film ===