Archiwa tagu: wicca

The Love Witch (2016)

the-love-witch-poster

Anna Biller zadebiutowała w 2007 z fascynującym neoeksploitem Viva – feministyczną satyrą na rewolucję seksualną w formie hołdu dla filmów Russa Meyera z przełomu lat ’60/’70. Film nie przedarł się do masowej publiczności, ale stał się małym hitem w środowisku fanów kina eksploatacji, których apetyt na wszelkie próby rewitalizacji niskobudżetowej konwencji rósł w miarę oglądania kolejnych odpałów Tarantino i Rodrigueza (projekt spółki pt. Grindhouse miał premierę w tym samym roku).

The Love Witch nadszedł po długiej przerwie, w trakcie której artystka miała dużo czasu na doskonalenie stylu, który na ekranie rozkwitł do prawdziwie gargantuicznych rozmiarów. Biller podjęła się ponownie niemal wszystkiego, rezygnując tylko z grania głównej roli, własnoręcznie projektując kostiumy, pisząc scenariusz, a także reżyserując, montując i produkując swoje dzieło, które całkowicie zaskoczyło krytyków swoim autorskim pazurem.

Film Biller nie jest łatwy w odbiorze, pomimo tego że zostaje „sprzedany” pod misterną retro fasadą – dwuwymiarowego w teorii – kina klasy B, czerpiąc z giallo (fascynacje żółtym thrillerem stają się absolutnie jasne, gdy sprawdzimy ścieżkę dźwiękową), cultsploitation, sexploitation i drugsploitation, co może łatwo zmylić mniej czujnych widzów.

Bebechy to jednak coś zupełnie innego – przewrotna, feministyczna satyra na współczesne pogaństwo z wiccą na czele (w swojej kalifornijskiej wersji), potęgę seksu, kobiecą drapieżność, męską bezradność, a przede wszystkim na psychologiczne rozbicie osobowości, doprowadzające do zawieszenia w świecie kompulsywnych marzeń-życzeń, kreujących potężną, magiczną siłę (dosłownie i w przenośni), która nie jest jednak w stanie zapełnić wewnętrznej pustki i ostatecznie prowadzi do tragedii.

Tytułowa Wiedźma Miłości, Elaine (grana przez piękną Samanthę Robinson), to młoda wiccanka, którą poznajemy w drodze z San Francisco na południe stanu, gdzie ma ona nadzieję rozpocząć nowe życie po świeżo zerwanym związku z pewnym mężczyzną (w jej myślach widzimy, jak pada on na podłogę pod wpływem trucizny).

Szczęśliwie się składa, że Elaine ma tam przyjaciółkę, która zaoferowała jej miejsce w swoim domu pod jej nieobecność… a także usługi dekoratorki wnętrz potrafiącej przeobrazić stary, wiktoriański budynek w prawdziwy okultystyczno-wiccańsko-tarotowy raj z tapetami wyjętymi żywcem z Vampyros Lesbos, dębowymi szafkami na magiczne eliksiry i obrazami, których nie powstydziłby się alchemik ze Świętej góry.

Elaine szybko odnajduje się w lokalnej społeczności, wystawiając swoje magiczne eliksiry na sprzedaż w sklepie dla wiedźm, odświeżając znajomość z operującym w okolicy wiccańskim covenem, a także rzucając miłosne uroki na spotkanych przez siebie mężczyzn, którzy jeden po drugim okazują się jednak zbyt wrażliwi na jej silną pozę i niepohamowaną żądzę spełniania męskich pragnień (Elaine czuje, że jej obowiązkiem jako kobiety jest dawanie mężczyznom pełni szczęścia).

Mentalna słabość rodzaju męskiego nie czyni oczywiście Elaine zbyt szczęśliwą, która roztacza przed swoimi ofiarami wizję zaspokojenia wszystkich pragnień, używając legendarnego wywaru z bielunia dziędzierzawy, aby wprowadzić ich w świat magii seksualnej i przywiązać do siebie na zawsze, co zawsze kończy się jednak u nich rozczarowującym załamaniem nerwowym.

Ideał silnego samca okazuje się nadzwyczaj trudny do znalezienia, aż nasza wiedźma nie spotka na swojej drodze lokalnego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnie pogrzebanego na terenie swojej posiadłości profesora lokalnego uniwerystetu i wpada wprost w jej sidła, próbując dowiedzieć się, czy miała ona z tym cokolwiek wspólnego.

Jednocześnie, w trakcie kolejnych podbojów erotycznych Elaine, wypełnionych komediowym ładunkiem, scen wiccańskich rytuałów – dość realistycznie swoją drogą zainscenizowanych – barowych pogawędek i konnych przejażdżek, Biller w gęstych oparach absurdu mierzy się z istotnymi problemami męsko-damskiego świata i post-patriarchalnej kultury, których próżno szukać w innych filmach niezależnych.

Dlaczego seks jest elementem kontroli? Czemu tak łatwo ogłupić mężczyzn? Czemu kobiety padają ofiarą patologicznych marzeń o miłości? Dlaczego magia i neopogaństwo są bliżej mainstreamu niż nam się to wydaje? W jaki sposób maskujemy własne słabości? Czy da się obłaskawić ludzki strach? A także dlaczego kochamy kultywować kłamstwo? Ten erotyczno-psychologiczny tour de force może was całkowicie powalić z nóg, jeśli lubicie mierzyć się z nieoczywistym pod powierzchnią oczywistego.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Love Witch
Produkcja: USA, 2016
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

Witchcraft ’70 (1970)

witchcraft_70_poster

Jeden z najsłynniejszych szokumentów lat ’60, zawierający sceny pozorowanych rytuałów tubylczych, publiczne wersje rytuałów satanistycznych i wiccańskich… a nawet kilka prawdziwych ceremonii. Włoski reżyser Sergio Ricci dostarczył w swoim filmie tonę bzdurnych scen z Europy, Azji i Południowej/Północnej Ameryki, którym towarzyszy sensacyjna narracja mająca spotęgować emocje. Ten „szokujący film” został wyprodukowany przez Włochów i był początkowo dystrybuowany pod tytułem Angeli Bianchi, Angeli Neri.

Międzynarodową dystrybucję przechwyciła jednak wkrótce wytwórnia Trans American Films (Pokolenie halucynacji), która zmieniła tytuł na Witchcraft ’70 w USA i The Satanists w UK. W obydwóch krajach film był reklamowany, jak typowa eksploatacja („Nigdy wcześniej…”) targetowana na rynek młodzieżowy.

A tematyka mrocznych rytuałów była w tym czasie bardzo gorąca z powodu ogona medialnego ciągnącego się za zabójstwami Manson’s Family, rosnącej popularności sexploitation i wielkiego sukcesu Dziecka Rosemary. Był to zdecydowanie dobry czas na robienie kasy na satanistycznych sensacjach!

Mimo że materiał nigdy nie miał szans na stanie się wielkim klasykiem filmu mondo – a już zupełnie wykluczona jest w tej konwencji powaga badania tematu – z czasem udało mu się przedostać do wielu prywatnych kolekcji rzadkich filmów okultystycznych jako rodzajowi ciekawostki. Jeśl interesuje cię jednak współczesny powab, wiedz że Witchcraft ’70 daje rzadką okazję do zobaczenia na ekranie takich legendarnych postaci, jak Anton Szandor LaVey czy Alex Sanders.

Na poziomie koncepcyjnym film wciąż pozostaje jednak tanim szmatławicem, który raczej nie skłania do śmiechu. Kilka absurdalnych sentencji może wprawdzie wywołać grymas na twarzy, ale generalnie nie ma tu dużo absurdalnego humoru.

Tak naprawdę jest to niemal wyłącznie głupawa eksploatacja i maraton narracyjnego bełkotu, który posiada garstkę cennych scen rytualnych, ukrytych pod masą ceremonii turystycznych – odgrywanych na żądanie reżysera przez aktorów i członków różnych wspólnot za pieniądze …. które kupiły również nagość kultystów, więc są i dupy, i cycki.

Sceny dokumentalne – jak np. opętanie kobiety z południa Włoch przez ducha Alberta, która jest teraz w stanie przekazywać wiadomości zza grobu – są jednak mało interesujące. Do tego wyłaniają się one pod stertą „potajemnie złapanych na kamerze 8 mm” ceremonii Candomble czy rytuałów z Indonezji. Ale w połowie filmu reżysera rzuca nam perłę – eksploatację Alexa Sandersa i jego covenu wiccańskiego.

Jako że do dnia dzisiejszego zachowało się naprawdę niewiele materiałów wideo pokazujących mityczną osobistość zwaną w Anglii Królem Czarownic – który założył swoją własną gałąź wicca po schizmie w łonie porządku gardneriańskiego – jest to swoista nagroda. Sanders pozwala ekipie filmowej na nakręcenie wiccańskiej ceremonii weselnej, odprawionej w covenie najbliższych wyznawców, którzy są oczywiście „odziani w niebo”. Kamera pokazuje, jak Sanders zamyka mieczem krąg i całuje ciało Bogini, ale reszta to już obowiązkowy pokaz nagich cycków kultystek.

Nie łudźmy się jednak, iż film mondo miał w swoim złotym okresie jakieś większe ambicje – nie  odbiega więc od schematu także Witchcraft ’70. Chodzi tu przede wszystkim o sensacyjne przedstawienie wątków satanizmu i czarownictwa – mrocznych kultów, które nagle zakwitły na całym świecie, by odprawiać swoje rytuały nago w blasku świec. Nie wiem, jak wielki sukces film osiągnął w drive-inach (czy w telewizji), ale jego „mroczna atmosfera”, paternalistyczny ton i tanie przesłanie zapewniają średnio dobrą rozrywkę.

To prawda, że można tu zobaczyć kilka ślicznych męskich i kobiecych ciałek, ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy mają gdzieś czy należą one do satanistów, wiccan, hooduistów, neopogan czy mormonów. Prawdziwą zwałą w filmie pozostaje narracja – kwintesencja wyssanych z palca pierdół – choć zawsze można przecież wyłączyć głos. Można także próbować czytać książkę i odwracać wzrok, kiedy narrator podnosi głos zwiastując kolejną sekwencję absurdalnych objawień.

Jeśli zdecydujesz się obejrzeć ten film dla LaVeya, wiedz że pojawia się on dopiero pod koniec filmu. Będziesz mógł jednak zobaczyć kultowy Czarny Dom w San Francisco oraz jeden ze słynnych pop satanistycznych rytuałów, odprawiany w legendarnym kostiumie z plastikowymi rogami. Naprawdę fascynujące… choć z pewnego dystansu marketingowa sensacyjność Witchcraft ’70 otwiera się na pewną pozaekranową analizę rytualnych tendencji kontrkultury późnych lat ’60.

Film w pewnym sensie zapowiada droga do sławy laveyowskiego Kościoła Szatana, odrodzenie się pogaństwa w postaci covenów wiccańskich w UK i w USA, przewiduje nagły urok kultów opętania, które są dzisiaj wiodącym nurtem duchowym na całym świecie (czyt. religie bezpośredniego doświadczenia) oraz fascynację filmowców mrocznymi kultami, których prorokiem medialnym stał się oczywiście Charles Manson. Witchcraft ’70 nadaje się więc do sprawdzenia, ale żeby film docenić, trzeba go oglądać nieco ponad klatkami.

Conradino Beb

 

Znany pod tytułami: Witchcraft ’70 / The Occult Experience / Angeli Bianchi, Angeli Neri / The Satanists
Produkcja: Włochy, 1970
Dystrybucja w Polsce: Magivanga Vaults
Ocena MGV: 2,5/5