Archiwa tagu: William S. Burroughs

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o Timothym Learym

timothy_leary_golden_gate_park_1967
Timothy Leary w parku Golden Gate / 1967

Człowiek z najwyższym w USA tytułem naukowym twierdził, że LSD jest darem od Boga. Darem pozwalającym odbyć zarówno podróż w głąb siebie, jak i udać się w podróż porównywalną do międzygalaktycznej wycieczki. Podróż umożliwiającą „rozkodowanie” własnego DNA i wyrwanie się otaczającej nas rzeczywistości, a tym samym uwolnienie umysłu z rąk wszelkiej maści kreatorów panującego systemu. Dr Timothy Leary.

Dar niebios wyglądający jak zwykła woda – przeźroczysty, pozbawiony smaku, zapachu, nawet od niej tańszy w produkcji – wykorzystywał do leczenia ciała i duszy. Prowadził badania i terapie z udziałem ochotników wyłanianych wśród studentów, alkoholików, narkomanów czy więźniów zakładów karnych. Jego eksperymenty zaskakiwały wyjątkowo dużą skutecznością w resocjalizacji skazanych, walce z wszelkimi nałogami, czy … leczeniu z homoseksualnych skłonności.

Rock’n’rollowe eksperymenty

Jak wiadomo, Timothy Leary nie skupiał się jedynie na naukowych aspektach swojej pracy. Angażował się w rozwój kultury i społeczeństwa także poprzez rozrywkę, film czy muzykę. Był wielkim źródłem inspiracji. Współpracował i przyjaźnił się nie tylko z wieloma światowej klasy pisarzami – jak np. Allen Ginsberg, Aldous Huxley, William S. Burroughs czy Ken Kesey – ale także takimi artystami, jak H. R. Giger czy John Lenon. Miał też swój udział w nagrywaniu albumu Linger Ficken Good Revolting Cocks, szalonej grupy rockmanów młodszej generacji.

Pod koniec pierwszej połowy lat 90-tych (czyli u schyłku życia) przez pewien czas w jego domu w Laurel Canyon (LA) mieszkały dwie, młodsze o niemal czterdzieści lat – można śmiało rzec – zwariowane postacie: Al Jourgensen, poznany w 1992 roku dzięki Burroughsowi (założyciel zespołu Ministry, członek grupy Revolting Cocks), oraz jego kumpel Gibby Haynes (lider Butthole Surfers). Obaj przy okazji pomagali Leary’emu w jego badaniach.

Doktor dostawał pocztą od różnych firm i uczelni sporo różnych psychodelików, a jako naukowiec chciał sprawdzić jakie efekty wywołują rózne halucynogeny w połączeniu z innymi substancjami: np. kokainą, heroiną, lekiem na przeziębienie czy… mrożonkami. Zachęcał swoich współlokatorów do brania wszelkich dragów, na jakie mieli tylko ochotę.

Co dwa tygodnie „karmił” ich przeróżnymi laboratoryjnymi środkami na bazie MDA, ayahuaski czy virolii, po czym towarzyszył swoim „królikom doświadczalnym”, nieustannie notując jak dane mikstury działają na ich organizmy. Dawki były podobno tak mocne, że efekt pojawiał się w postaci silnych halucynacji już niespełna 20 minut od zażycia.

Chodząca encyklopedia amerykańskiego baseballu

Zamiłowania Tima nie kończyły się na fascynacji możliwościami ludzkiego mózgu i (wiążącymi się z tym) psychodelicznymi eksperymentami z LSD. Tim interesował się również bardziej banalnymi sprawami, np. sportem, a dokładnie amerykańskim baseballem. Jak mało kto, w tym temacie był chodzącą encyklopedią .

tim_leary_ash_ra_tempel_2
Timothy Leary w trakcie nagrywania płyty z Ash Ra Tempel / lata ’70

Potrafił recytować baseballowe statystyki dotyczące każdego pałkarza od 1967 roku. Jego ulubionym zawodnikiem był Carl „Yaz” Yastrzemski – wybitnie utalentowany, wybrany do Galerii Sław, władający rodowitym językiem baseballista polskiego pochodzenia. Tim wiedział o nim wszytko.

Obiady w wyższych sferach

To, że Timothy Leary był człowiekiem oczytanym nie powinno nikogo dziwić – potrafił recytować Szekspira, Biblię, Burroughsa i wielu innych. Swoje poglądy czerpał jednak także z rozmów ze studentami, którzy uświadomili mu, że świat jest czymś więcej niż mały ludzki mózg. Był bardzo towarzyski, interesował go każdy aspekt życia.

Raz na tydzień urządzał kolacje, zapraszając miliarderów, polityków, dziennikarzy, sportowców, astronautów (Frank Borman), aktorów czy przemysłowców, wśród których sadzał przy stole rockandrollowych „świrów” w postaci Ala Jourgensena czy Trenta Reznora (NIN). Niezupełnie więc odciął sie od establishmentu, nie był tylko nixonowskim „wrogiem publicznym numer jeden”, lecz także człowiekiem otaczającym się „zwariowanymi” ludźmi z show businessu, jak i szanowanymi ludźmi z „wyższych sfer”.

Pomimo, że utrzymywał kontakty z tak różnymi ważnymi osobistościami, powtarzał: „To nie tak, że się im sprzedałem, nadal bowiem jestem tym samym Timem, rzecz w tym, że wielu z tych ludzi inwestuje olbrzymie pieniądze w moje pomysły”. Mawiał, że „nie osiągniesz sukcesu, dopóki nie przekonasz ludzi, aby płacili ci za to kim jesteś”.

Nie była to pusta teza. Dom w Los Angeles kupił mu ojciec jego chrześnicy, znanej amerykańskiej aktorki Winony Ryder. Już w 1963 roku, gdy został wydalony z Uniwersytetu Harvarda – będące spadkobiercami ogromnej fortuny rodzeństwo Hitchcocków udostępniło mu ogromną posiadłość w Millbrook, gdzie mógł kontynuować swoje eksperymenty.

Nie zapomniano o nim także w czasach, gdy miał znacznie poważniejsze kłopoty z prawem (trzy wyroki więzienia: 30, 20 i 95 lat). Przez odpowiednie wstawiennictwo wyciągnięto go z więzienia w Teksasie, umożliwiono ucieczkę z USA, przyznano azyl w Szwajcarii, czy w końcu załatwiono akt łaski u gubernatora.

Małżeństwa, romanse, miłość i … rozczarowanie

leary_2
Timothy Leary w latach ’80

Nigdy nie był samotnikiem. Podobno w czasie studiów został usunięty z listy studentów jednej z uczelni za zbyt częste wizyty w żeńskim akademiku. Cztery razy był żonaty. Pierwsze małżeństwo zakończyło samobójstwo żony, pozostałe skończyły się rozwodem.

Timothy Leary nawet jako 70-cio latek nie był pozbawiony wigoru. Miał w zwyczaju zapraszać do siebie – oprócz przeróżnych wybitnych gości, także kochanki. Bywało, że nawet dwie na raz! Jak wspominał jego przyjaciel – były to znacznie młodsze dziewczyny, same ponętne, młodziutkie studentki.

Trwało to do czasu, gdy zakochał się w młodszej o 37 lat Aileen Getty – wnuczce miliardera, potentata naftowego J.Paule Getty’ego. Jak można się domyślić, nie interesowały jej pieniądze i snobistyczny styl życia, bo wybierając filantropię i kontrkulturę, zrezygnowała z rodzinnej, kapitalistycznej drogi.

Aileen przyczyniła się jednak do jednego z największych rozczarowań życiowych Tima. Stało się to, gdy odrzuciła jego oświadczyny podczas wspólnej wyprawy do Las Vegas. Tim był zdruzgotany tym faktem. Przekonywał, że nie zależy mu na jej pieniądzach, ona zaś odparła: „Będę twoim przyjacielem, twoją kochanką, co tylko chcesz. Tego jednak nie zrobię”. Jak powiedziała, tak zrobiła – towarzyszyła mu do śmierci na raka prostaty w 1996 roku.

Kosmiczny trip z twórcą Star Treka

Zanim umarł, zaplanował, że siedem gramów jego prochów spłonie w przestrzeni kosmicznej. 21 kwietnia 1997 zostały one umieszczone na pokładzie rakiety Pegasus, w której znajdowały się również prochy twórcy Star Treka, Gene’a Roddenberry’ego, astronoma Gerarda O’Neila i naukowca Kraffta Ehricke.

Po sześciu dniach na orbicie rakieta spłonęła w atmosferze ziemskiej. Głowa Tima nie uległa jednak kremacji – zgodnie z ostatnią wolą została odseparowana od reszty ciała i zamrożona, gdyż Leary twierdził, że w przyszłości rozwój medycyny umożliwi transplantacje ludzkiego mózgu. Kto wie, być może pewnego dnia Timothy Leary zmartwychwstanie!

drtsando23

 

Źródło: Zaginione Ewangelie Według Ala Jourgensena (oryg. Ministry – The Lost Gospels According to Al Jourgensen)

 

Anarchia, kontrola, dragi i seks analny – koślawa hierarchia wartości Williama S. Burroughsa

Spójrzcie tylko na niego… suchy, siwy, pomarszczony i jeszcze ta wiecznie zafrasowana gęba. Ginsberg mawiał o nim: „indywiduum o przejawach duchowej inteligencji”. U Kerouaca opisywany był jako „nauczyciel”. Francuski filozof Deleuze widział w nim „niesamowitego myśliciela”. William S. Burroughs. Mędrzec? Profeta? Mistyk? Co najmniej trzy pokolenia uważały go za swojego mentora, a on sensu stricto nigdy nie należał do żadnej z duchowych generacji; do żadnego głównego prądu myślowego. Był indywidualistą, człowiekiem, który potrafi zamknąć się w celi swoich poglądów i wyjść dopiero, gdy samemu uda mu się z niej wyprowadzić.

Pomarszczeni filozofowie, siwi uczeni, wybitni ludzie wielkiego umysłu zazwyczaj posiadali jakieś systemy etyczne; normy, którymi się kierowali. Natomiast Burroughs – który wybitnym człowiekiem wielkiego umysłu niewątpliwie był – sprawę hierarchii wartości zdaje się pozostawiać otwartą.

Choćbyśmy znaleźli poszlakę w którejś z jego książek czy biografii, którymś z artykułów czy wywiadów, która nagle poukładałaby nam całą „burroughsowską etykę”, to brnąc dalej w jego twórczość, z pewnością szybko natknęlibyśmy się na coś, co niniejszy uporządkowany system bezpowrotnie burzy. Dlatego też ta hierarchia wartości Mistrza będzie koślawa, a tak naprawdę będzie to tylko plansza wybranych kwestii, których wydźwięk w całej filozofii Burroughsa wydaje się najmocniej dawać po mordzie wnikliwemu odbiorcy. Także zapraszam do chaosu. Ale zacznijmy od początku.

Etyka – próba nieudana

Z całej twórczości Burroughsa możemy wyszczególnić jeden tylko pomysł na stworzenie całościowej filozofii, która obejmowałaby w sposób kompletny wszystkie dziedziny życia. Jest poukładana, spójna, lecz jednocześnie banalnie prosta, a nazwać ją można faktualizmem. Koncepcja to dość specyficzna, bo wszelakie rozważania, analizy, filozoficzne wywody, mądre dysputy i inne tego typu teorie, określające właściwe postawy moralne, wciskała w szczęki niszczarki zapomnienia.

Nie liczy się żaden akt na papierze, liczy się tylko to, co jest w rzeczywistości – liczą się fakty. W tym zamyśle jedyną słuszną etyką miała być całkowita wolność wyboru. Sam Burroughs nigdy nie wystosował żadnego dokumentu określającego dokładnie zasady tej filozofii, gdyż – rzecz jasna – byłoby to niezgodne z duchem faktualizmu. O istnieniu tej koncepcji wiemy wyłącznie z listów.

Rozmyślając nad tą filozofią – podobnie jak nad wieloma pomysłami Burroughsa – przychodzi mi na myśl cytat z Gombrowicza: Ostateczną instancją dla człowieka jest człowiek, nie zaś żadna wartość absolutna. Jednak pomysł amerykańskiego pisarza zdaje się być zdecydowanie „szerszy” i przez to dość utopijny, aczkolwiek to podobny „trop myślowy”.

Po kilku latach od powstania koncepcja ta musiała zmierzyć się z rzeczywistością, niestety sam Mistrz na własnej skórze doświadczył jej bezsensowności. Faktualizm będę więc musiał pominąć w tworzeniu niniejszej „hierarchii”. Lecz nic straconego, bowiem podobnych pomysłów Burroughs miał na pęczki.

Wolność

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w kraju – gdzie słowo freedom urosło do miana wyświechtanego sloganu, wyskrobywanego na badziewnych billboardach – mógł pominąć tę najwyższą wartość w swej życiowej filozofii, nawet gdyby takowej nie posiadał… jednak przy definiowaniu burroughsowskiej wolności należy odgrodzić ją od naszych podstawowych wyobrażeń. Bowiem wartość ta nie miała nic wspólnego z jej narodowym, czy też narodowowyzwoleńczym pojmowaniem.

Wiązało się to po części z amerykańskimi realiami społecznymi i historycznymi, a po części ze specyficzną, kosmopolityczną postawą samego Williama. Nie należy również łączyć jego postawy z typowym dla współobywateli przekonaniem, że wolność jest odgórnie dana każdemu człowiekowi i gwarantują ją wzniosłe formułki, wyryte na pamięć słowa Konstytucji.

Podobnie trzeba odciąć się od wolności firmowanej przez młodzieżowe ruchy kontrkulturowe, które wykrzykiwały piękne hasła związane z pacyfizmem, egalitaryzmem czy socjalizmem. Burroughs głównie hołdował wolności, która (przede wszystkim!) odnosiła się do jednostki i to w bardzo wąskim znaczeniu. W jego pojmowaniu ludzkiej swobody można zauważyć dość dużą dozę relatywizmu, co bezpośrednio neguje zasadę równości społecznej.

Poglądy te najlepiej ilustruje sposób, w jaki Burroughs odnosił się do kolejnych narracji społeczno-politycznych, które przyświecały Amerykanom na przestrzeni XX wieku. William urodził się 5 lutego 1914 roku w Saint Louis i jego młodość przypadła na lata dwudzieste i trzydzieste, a więc Wielki Kryzys (z lat 1929-1933), prohibicję, Nowy Ład Gospodarczy, wojny mafijne i upadek wolnorynkowego kapitalizmu, związany z ekspansją państwowego interwencjonizmu.

Były to czasy, gdy jeden ruch w gospodarce mógł cię wynieść na szczyt społecznej drabiny, a drugi zrobić z ciebie kloszarda bez centa przy dupie. Te realia, do których przyspawany został slogan „od zera do bohatera”, zakorzeniły w umysłach wszystkich obywateli USA piękny „amerykański mit”. Wedle narodowej mitologii opowiadał on przede wszystkim o wolności. Natomiast Burroughs – którego rodzina zasmakowała bycia na szczycie, jak i wielkiego upadku – widział w tym coś innego.

W jego rozumowaniu „amerykański mit” nie mówi o wolności, tylko o pieniądzach, które z kolei zniewalają człowieka. W przeciwieństwie do republikanów czy też amerykańskich konserwatystów nie uważał dobrobytu za główny czynnik bycia wolnym, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem pieniądze to gówno, które zabija w człowieku spontaniczność, kreatywność i beztroskę. Wolność istnieje dopiero po odrzuceniu konwencji społecznych, które przez wieki narzucano ludowi.

Z tych przyzwyczajeń rodziło się wg niego zniewolenie przez pieniądz, ślepa uległość wobec władz i przyjmowanie z góry narzuconych ról w demokratycznym układzie. Dojście do prawdziwej swobody miało nastąpić poprzez ukonstytuowanie się człowieka wokół własnego „ja” – dotarcie do kompletnego indywidualizmu życiowego.

A jak to uczynić? Po pierwsze odciąć się od norm społeczeństwa, zerwać z wszelakimi nawykami nabytymi w ciągu całego cyklu uspołeczniania jednostki i pozbyć się konwencji wyprodukowanych przez cywilizację. Dzięki temu człowiek miał stać się naprawdę wolny i mógł krytycznie spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość.

Sprawa z kontrkulturową ideą wolności lat ‘60 i ‘70 wyglądała nieco inaczej. Burroughs cieszył się, że młodzież nareszcie doszła do głosu, ale dostrzegał słabość kontrkultury, gdy ta była jeszcze w powijakach. Wolność wyrażana w słowach „pokój i miłość” mogła posłużyć Mistrzowi tylko jako model, na którym można pokazać naiwność człowieka. William uważał bowiem, że jeśli chce się przeprowadzić rewolucję, należy raczej mówić o wojnie, a nie o pokoju. Wojna angażuje człowieka, rozwija go, pobudza do działania i to szybkiego działania, natomiast podczas pokoju człowiek gnuśnieje.

Warto zaznaczyć, że mimo tej radykalnej politycznie perspektywy Burroughs zdecydowanie potępiał działania skrajnych bojówek lewackich, które porównywał do działań nacjonalistów, nazistów oraz faszystów. A jeśli chodzi o miłość, to miał on z nią ogromny problem (o czym szerzej jeszcze tu napiszę), bo przez większość czasu uważał, że to bezsensowny wytwór żeńskiej części cywilizacji, który dobrze się sprzedaje w społeczeństwie. A poza tym miłość widział jako nonsens, więc powoływanie się na nią w hasłach rewolucyjnych było dla niego żałosne.

Ponadto, krytykował źródła ideowe ruchu hipisowskiego. Choć sam sięgał po księgi z Dalekiego Wschodu, to nie uważał ich za dobry fundament do budowania na nich filozofii. Jego zdaniem, by przekonać się o „nieżyciowości” filozofii hinduskiej, należy spojrzeć na dzisiejsze Indie, które: nie poradziły sobie z przeludnieniem, gdzie dominuje ubóstwo, gdzie ludzie są mocno uwikłani w społeczne siatki norm i konwencji.

Ogólnie, jak to mają w swoim zwyczaju indywidualiści, Burroughs nie przepadał za ludźmi, nie lubił tłoku, ścisku, zgiełku wielkich miast, co nawet zgadzało się z jego postulatami, które miały uratować ziemię, bowiem w jego mniemaniu należało tylko pozbyć się połowy ludności i świat byłby lepszy. Prócz tego w hipisach niebotycznie wkurwiały go idee braterstwa, przyjaźni, miłości, które realizowane miały być poprzez wspólne życie w komunach.

William podawał prosty argument: komuny są bezsensowne z powodów czysto ekonomicznych, gdyby hipisów odłączyć od społeczeństwa, to zdechliby z głodu – szach, kurwa, mat! (że pozwolę sobie zażartować). Ostatnim ważnym elementem kontrkultury krytykowanym przez Burroughsa był zaś hipisowski sposób bycia w społeczeństwie. Co go tu uwierało? Przede wszystko uważał, że jako mniejszość, która chce wywołać rewolucję, zbytnio rzucali się w oczy.

Rebelia musiała wg niego przebiegać po cichu i uderzać w najbardziej wrażliwe miejsca państwowego organizmu. Natomiast hipisi – pstrokaci, wiecznie odurzeni, wykrzykujący swoje naiwne hasła – nie nadawali się na rebeliantów. Taka rewolta szybko gaśnie, a sam sposób bycia staje się nie życiowym przesłaniem, a zwykłą modą. No i chyba miał tu sporo racji; w szczególności, gdy popatrzymy na nowoczesne wytwory popkultury tj. hipster, czyli jednostka żyjąca przejściową modą.

Po całej tej krytyce chyba nie trzeba się rozpisywać zbytnio o stosunku Burroughsa do wolności, jaka była głównym celem statecznych Amerykanów w statecznych czasach. Dokładnie chodzi mi tu o „klasę średnią”, która stała się grupą najbardziej reprezentatywną. Jej dążenia do dobrobytu, który pod II wojnie światowej wyrażał się w domku z ogródkiem, żonie (lub mężu), dzieciach, kolorowym telewizorze, spokojnej pracy w firmie oraz amerykańskiej furze w garażu, były dla Williama żałosne. Co więcej uważał, że należy dla dobra ogółu zmieść całą „klasę średnią” z powierzchni ziemi – w ich życiu nie ma miejsca nawet na gram wolności!

Warto tez wspomnieć, że Burroughs nieczęsto mówi o wolności sensu stricto. Najczęściej jest to wolność od czegoś: od rządu, od terroru, od konsumpcji, od norm społecznych, od narkotyków itd. Jeśli szukalibyśmy najbardziej powszechnego obrazu wolności w twórczości Williama, to zapewne taką ideą byłaby „prawda życiowa” z Nova Mit. Wartość ta usytuowana jest w otoczeniu specyficznych ram anarchii i ozdobiona legendami z odległego świata, w którym kultura Zachodu nie mogła nigdy zakiełkować.

„Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” – głosi sentencja Hasana ibn Sabbaha, którą podobno przyswoił sobie Burroughs (a tak naprawdę sam stworzył). Receptę na wyzwolenie człowieka zawartą w tym przesłaniu należy odczytywać w ten sposób: negacja rzeczywistości + rzeczywista wolność = istota człowieczeństwa.

Oczywiście, odrzucenie wszystkiego co nas otacza jest niezwykle ryzykowne, ale zgodne z nauczaniem Mistrza. Lekko abstrahując, brzmi to niczym słowa Jezusa podczas głoszenia idei apostolstwa, no ale kto w naszym współczesnym katolicyzmie o tym pamięta? Niemniej, Burroughs był bardzo odważny w swoich poglądach i twierdził stanowczo: niebezpieczeństwo jest czymś nieodzownym dla każdego człowieka; nie ma bezstresowego wychowania; nie ma bezstresowego życia; człowiek definiuje sam siebie w ciągłej styczności z niebezpieczeństwem, taka jest konieczność, którą każdemu organizmowi żywemu daje natura.

 Kontrola/władza

burroughs_3
WSB był wielkim miłośnikiem broni palnej

Jeśli połączyć wszystkie poglądy społeczno-polityczne Burroughsa można by otrzymać konstrukcję przybliżoną do anarchistycznego konserwatyzmu. Choć może brzmi to dość dziwnie, to trudno mi znaleźć trafniejsze określenie na jego złożoną planszę światopoglądową. Burroughs miał jednak pasję do badania mechanizmów władzy, która po jakimś czasie urosła u niego do rangi obsesji.

Podstawy jego rozmyślań na ten temat wyrosły ze studiów nad semiotyką ogólną. Zasady funkcjonowania społeczeństwa według tej dziedziny normują symbole, a kto rządzi symbolami, ten rządzi również społeczeństwem. Symbol ma dość szeroki kontekst i wyraża się na wielu płaszczyznach społecznych. Żeby uwolnić się od kontroli należy zniszczyć te symbole. W jaki sposób? Z pomocą przychodzi tu burroughsowska technika „cut-up” (stworzona na bazie pomysłu Briona Gysina), czyli cięcie słów, a w konsekwencji zdań, obrazów, wyobrażeń itd. W ten sposób człowiek również odcina się od zastanej rzeczywistości, czyli dąży do faktycznej wolności.

Kolejnymi narzędziami, za pomocą których Burroughs badał mechanizmy władzy, były dwie dziedziny: „psychologia kontroli” i „socjologia kontroli” (w każdym razie tak je można nazwać, choć sam William wprost nie używa takich haseł). O co w nich chodziło? Po zakończeniu ery wielkich monarchii, tyranii i despotyzmu mamy do czynienia z nowym modelem zachodniego społeczeństwa postmodernistycznego – społeczeństwem kontroli.

I nie chodzi to bynajmniej o demokrację fasadową, czy jakiekolwiek pozorne modele państwowości. Chodzi tu o normalny ład polityczny, w którym dąży się do dobrobytu, bezpieczeństwa i powszechnie wielbionego socjalu. Kontrola w tych społeczeństwach jest zewnętrzna i wewnętrzna. Władza ingeruje zarówno w materialne oblicze obywatela, jak i w jego psychikę.

Państwo działa na zasadzie mętnego organicyzmu. Wewnątrz demokracji funkcjonują przedsiębiorstwa, które wprowadzają czynniki rywalizacji motywujące konflikty miedzy jednostkami i wewnątrz samych jednostek. Są to jednak konflikty jałowe, które przynoszą tylko pozorne rozwiązania. Ale są tak absorbujące dla obywateli, że ci nawet nie myślą o zmianach na wyższych poziomach politycznych (czy ogólnie – na wyższych poziomach otaczającego ich świata).

Dzięki temu postmodernistyczna i postindustrialna kontrola doskonale radzi sobie z ludem. A jej główne idee, to: równość, stabilność, unikanie ostatecznych rozgrywek, ład, bezpieczeństwo, życie rodzinne, życie bezstresowe, dobrobyt. Zatem, czy anarchia była najlepszym sposobem do wydobycia się spod macek władzy?

Z pewnością była to jedna z możliwości, po którą – po części – można sięgnąć w procesie konstytuowania swojego ja, a przez to zmieniania również całego świata. Z tym że burroughsowskiemu anarchizmowi daleko było do koncepcji spod znaku Bakunina, a jeszcze dalej do mutualizmu, czy innych opcji lewicowo-anarchistycznych, splecionych mocno z socjalizmem/komunizmem.

Człowiek, który chce żyć w społeczeństwie, musi mimo wszystko podlegać jakiejś kontroli. Burroughs podkreślał, że jednostka na nowo ukonstytuowana zawsze sceptycznie będzie podchodziła do władzy. Jednak główna kontrola, która będzie na niej spoczywała, zawsze będzie kontrolą, jaką sama nad sobą wytworzyła. Wszystko zależy tutaj od świadomości.

Kontrola i władza na zawsze pozostały wielkimi zagadkami dla Williama. Oczywiście nie był on tylko zwykłym badaczem. Sam, tworząc niezliczone teorie i projekty, próbował nie tylko zdefiniować mechanizmy kontroli, ale również samemu je posiąść. Niestety, ale przez prawie połowę swojego życia sam znajdował się pod – jak sam twierdził – „idealnym narzędziem kontroli”.

Uzależnienie od opiatów – bo o nich mowa – było dla niego czymś bardzo pouczającym, ale jednocześnie wyniszczającym. Nałóg z pewnością dał mu wiele doświadczeń, które niejednokrotnie opisywał w książkach i artykułach, lecz prócz tego pokazał mu jak nisko można upaść. Uzależnienie doprowadziło do destrukcji jego życie towarzyskie, „moralne” i po części intelektualne.

Oczywiście, nie byłby wielkim indywiduum, gdyby nie udało mu się z tego wyjść i ze zdwojoną siła przystąpić na nowo do pracy. Ponadto był tak aktywnym człowiekiem, że niemalże do końca swych dni (przeżył ponad 8 dych!) zachował trzeźwość umysłu. Zatem, czy udało mu się osobiście posiąść mechanizmy kontroli? Jeśli tak, to maksymalnie kilka sekund przed swoja śmiercią…

 Sztuka

By stać się artystą trzeba być twórczym. Niniejszej definicji raczej nikt nie uzna za wielkie odkrycie. Jednak konsekwencje powyżej określonego artyzmu dla Burroughsa nie były już takie oczywiste. Czemuż to? Przede wszystkim ze względu na to, jak rozumiał on bycie twórczym. Bycie twórczym polega u niego na ciągłym dozowaniu sobie mocnych wstrząsów, które doprowadzają do przyjęcia zewnętrznej perspektywy w odbiorze własnego ja.

Artysta nie może być sobą(!) – artysta musi być sobą, lecz tylko w sensie metafizycznym. Z kolei lista opcji, które kryły się pod terminem „mocne wstrząsy” była dość długa. Zaczynając od lekkich dragów, przez ciężkie, cięższe, najcięższe, nie omijając przeróżnych form zboczeń, dewiacji, medytacji, aż po sceniczne improwizacje w zamkniętym gronie znajomych, podczas których delikwent wcielał się w zupełnie nowe osobowości.

Sztuka była też ważnym elementem w ponownym ukonstytuowaniu się swojego „ja”. Zrywając z konwencjami starego świata, człowiek musi na bieżąco tworzyć nową rzeczywistość. Z tym, że w owym momencie do aspektu sztuki dołącza aspekt religii. Jednak nie jest to połączenie na zasadzie „zostajemy ateistami i jest porządek ze wszystkim, bo religii już nie ma i problem z głowy”.

Zdaniem Burroughsa, jednym z największych błędów współczesnej cywilizacji jest całkowite wyzbywanie się sfery duchowej. Magia, która wchodzi w skład pola religijnej tożsamości, jest koniecznym elementem w tworzeniu nowych mitów, które na nowo tworzą wolnego człowieka. Wiara jest potrzebna, lecz nie taka, jaką proponuje np. religia katolicka, ale taka, która przywraca nadzieje, że jest coś poza tym, co tu i teraz.

Następstwem takiego rozumowania jest specyficzna rola artysty, który staje się prorokiem dla samego siebie. Pisarz powinien być „szalonym wieszczem”, który pisze to, co jego zdaniem ma się wydarzyć. I nie ma tu miejsca na modernistyczne masturbowanie się do swoich artystowskich wierszyków. Jest tu tylko miejsce na kierowanie swojej pięści w stronę własnej mordy, a jeśli „przez przypadek” komuś obok się dostanie, to dla niego lepiej. Ból działa oczyszczająco, a blizny to trofea. Jedyne o czym trzeba pamiętać to warunek, że wszystko ma odbywać się w głowie, a nie na niej.

Zamiast narcyzmu i politykowania William proponował ciągłe tworzenie. Wyśmiewał literatów, którzy częściej niż po pióro sięgali po zaangażowane slogany oraz kolorowe transparenty i z całym polityczno-ideowym bagażem wyruszali na manifesty, czy też inne tego typu imprezy. Jeśli czegoś się nie stworzy (napisze), to można krzyczeć do końca życia, a i tak nic z tego się nie zachowa. Umysł jest silniejszy od ciała, a jeśli się tak nie uważa, to może lepiej nie bawić się w sztukę.

Jeśli chodzi o formę i technikę tworzenia, to Burroughs nie był już tak radykalny. Sam praktykował niemalże wszystko, co mu się nawinęło. Próbował własnych sił w filmie undergroundowym. Strzelał do puszek z farbą, które po eksplozji rozbryzgiwały się na płótno, tworząc „niewysublimowane” grafiki w jego autorskiej konwencji „shooting art”. Pisał na haju. Pisał na trzeźwo. Miał od groma pomysłów na zagospodarowanie własnej kreatywności.

Jeśli doszukać się najważniejszej zasady w podejmowaniu kolejnych inicjatyw twórczych Mistrza, to należałoby ponownie wspomnieć o technice „cut-up”. Oczywiście, w inny sposób odnosiła się ona do filozofii, a w inny do literatury czy sztuki. Jednym z ciekawszych sposobów tworzenia literatury było spisywanie nagranych przez Burroughsa „audycji”, które uprzednio „kroił”, by stworzyć treść możliwie „odsączoną” od norm kulturowych, językowych i społecznych.

„Cut-up” świetnie współgrał z całym zamysłem filozofii Williama. Odcinanie się, cięcie, przecinanie, krojenie, to nie tylko rewelacyjne metafory w postmodernistycznej rzeczywistości, opartej na klejeniu i odtwarzaniu cytatów, ale również ostre odpowiedzi na zarzuty braku spójności jego teorii. Bowiem w jaki lepszy sposób możemy uchwycić skomplikowaną rzeczywistość, jak nie poprzez rozczłonkowanie jej na drobne skrawki?

Prócz tego z takich kawałków można stworzyć coś zupełnie nowego, w przeciwieństwie do nakładania na siebie kolejnych warstw, jak to zwykli czynić wielcy filozofowie. Zresztą… dla lepszego zilustrowania tego procesu wewnątrz sztuki Szybki strzał Burroughsa:

Nie twierdzę, że moje metody są w stu procentach ludzkie, jednak mówię,

że jeśli nie możemy myśleć o niczym cichszym i czystszym niż to…

Jesteśmy wszyscy niewiele lepsi niż nowe cierpienia ziemi.

 Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Nie ma dokąd pójść

Teatr jest zamknięty

Potnij linie słów

Potnij linie muzyki

Zniszcz obrazy kontrolne

Zniszcz machinę kontrolną

 Używki/narkotyki

william_s_burroughs_smoking
WSB próbował w życiu wielu używek…

O nich można by napisać wiele. Burroughs już za młodu wmieszał się w niziny społeczne i dzięki temu zyskał dostęp do wszelakich środków odurzających, jakie tylko były „dostępne na rynku”. Na początku brał z głupoty, później stawał się coraz bardziej świadomym użytkownikiem, by skończyć jako doświadczony psychonauta. Ale co ważne, William jako dojrzały człowiek wskazywał na jedną podstawową zasadę – człowiek nie potrzebuje żadnych substancji odurzających, by wprowadzić się w wyższe stany świadomości.

W szczególności osoby młode są zdolne wywołać u siebie doświadczenia psychodeliczne bez użycia jakichkolwiek narkotyków. Burroughs zdecydowanie bardziej zalecał medytację i nienarkotyczne metody pokrewne. Jeśli chodzi o „rekreacyjne” ćpanie, to również nie był wielkim zwolennikiem. Jaranie, łykanie czy walenie w żyłę tylko dla zabawy, łatwo może doprowadzić człowieka do stanu upodlenia.

William był zwolennikiem ciągłego poszerzania swoich granic umysłowych i rozwoju wewnętrznego, dlatego też wizja człowieka, który przychodzi z pracy do domu, włącza telewizor, łyka browca, odpala skręta, idzie spać, wstaje do pracy… i tak w kółko, budziła w nim odrazę (taki osobnik staje się idealnym obiektem do kontroli). Zapewne niemniejsze zniesmaczenie wzbudzałaby w nim wizja współczesnego nastolatka, który poza graniem w gry, zrastaniem się z ekranem komputera, jaraniem zielska i waleniem konia, nie robi dokładnie nic.

Nietrudno więc chyba zrozumieć jego postulat, iż narkotyki nie są tak naprawdę potrzebne, a z pewnością nie są potrzebne wszystkim. Pamiętajmy, że Mistrz postulował ciągłe zmaganie się z przeciwnościami – bezpieczeństwo obniża potencjał jednostki. I choć takie rady mogą wyglądać dość dziwnie – szczególnie że William przez kilkanaście lat nie wychodził z opiatowego cugu, a ćpał przeróżny towar przez zdecydowaną większość swojego życia – gdy  głębiej się to przemyśli, można stwierdzić, że jest to sensowne (a może tylko dla mnie?). Bo jeśli sami nie potrafimy zmobilizować organizmu do wytężonej pracy intelektualnej, to zawsze możemy odpocząć, pomedytować itd.

Ale jeśli chcemy wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, za co gotowi jesteśmy poświecić sporo kasy oraz część swojego zdrowia i jesteśmy tego w stu procentach świadomi, to droga wolna i jebać medytację. Jak na moje oko, w takim wypadku wjebanie dwóch ścieżek fety zamiast porannej kawy jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. Natomiast jeśli mamy wjebać tę samą dawkę z nudów, bez świadomości możliwych konsekwencji, to lepiej się napierdolić czymś z akcyzą i rano włączyć telewizor lub pograć w grę. Tak by to chyba widział Mistrz.

Warto również zaznaczyć, że Burroughs w swym rozumowaniu nie traktował wszystkich używek tak samo. Rozróżniał przede wszystkim dwie grupy. Pierwszą można nazwać – „prawdziwe narkotyki”, drugą – „normalne używki”. Jego zdaniem „normalne używki” nie były groźne, nie wprowadzały człowieka w nałóg i jeśli brać je świadomie (jak to wyjaśniliśmy sobie powyżej), to można uzyskać wyłącznie pozytywne efekty.

Do tych niegroźnych specyfików zaliczał m.in.: marihuanę, hasz, meskalinę, LSD, grzybki i inne halucynogeny. Natomiast „prawdziwe narkotyki” to opiaty – wszelakie możliwe formy. Jego zdaniem jedynie one mogą zupełnie upodlić „świadomego ćpuna”. Pochodne maku działają jak państwowa władza, są idealnym narzędziem kontroli.

Opisując proces opiatowego cugu, William widzi w nim istotę zła, którą definiuje jako „algebrę głodu”. „Dealer maku nie sprzedaje produktu konsumentowi, tylko konsumenta produktowi” – pisze Burroughs. Człowiek uzależniony od opium odczuwa głód totalny; nie zna żadnych barier i nie zna żadnej kontroli, prócz tej, którą wywiera na nim narkotyk.

Sam Mistrz przerwał swój nałóg dopiero po kuracji apomorfiną, ale wkrótce do niego wrócił, by ostatecznie zdecydować się na kurację metadonową, którą kontynuował do końca życia, w trakcie którego podtrzymywał, że mak to „wirus” silniejszy od jakiejkolwiek choroby cywilizacyjnej.

Zupełnie inaczej Burroughs odnosił się do narkotyków z grupy „zwykłych używek”. Bo niby tak je tu przedstawiam, ale ich normalność odnosi się tylko do stosowania, a już same efekty i ich otoczka jest – można by rzec – niezwykła. William od zawsze interesował się tubylczymi plemionami Ameryki, ich kulturą, religią itd. Oczywiście, w sferze religijnej tych społeczności często pojawiały się dragi.

W jego artykułach możemy przeczytać o kultach peyotlu, banisteriopsis, haszyszu, świętych grzybków wśród ludów, które takowymi specyfikami się posługiwały lub posługują. Toteż wszelakie halucynogeny są przez Burroughsa opisywane pozytywnie, gdyż on – jako mędrzec-psychonauta – wiedział, w jakim celu takie „używki” należy sobie przyswajać. William tak był zainteresowany poszerzaniem swojej świadomości, że pewnego dnia wybrał się specjalnie do lasów Amazonii, by tam skosztować mistycznego wywaru yage.

Oczywiście, tenże skosztował, doświadczenia spisał, a później jego psychodeliczna korespondencja z Allenem Ginsbergiem została opublikowana. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki, gdzie niniejsza korespondencja się znajduje, czyli do The Yage Letters – dzieła sylwicznego, powieści epistolarnej, specyficznej próby „cut-up”, a może po prostu zbieraniny wysłanych i niewysłanych listów? (serio, konkretnie popierdolona książka, nawet jak na Beat Generation).

Dla zachęty wspomnę jeszcze, że fragment jednej z narkotycznych wizji po yage został wykorzystany w Nagim lunchu. Sam charakter The Yage Letters świetnie oddaje stosunek Mistrza do narkotyków, które są tutaj niczym mistyczne porty świadomości, wiążące się jednak z pewną formą twórczej odpowiedzialności.

Kończąc rozważania o narkotykach wspomnę jeszcze, że Burroughs musiał mieć bardzo dobry organizm – po prostu wygrał los na loterii – a ponadto zawsze był aktywny, zawsze się czegoś uczył, coś czytał, rozmyślał, analizował, tworzył. Ćpał niemal przez całe swoje życie. Zaczął we wczesnych latach ‘30, a skończył w późnych ’90, tuż przed wyciągnięciem kopyt.

 Miłość-seks-konsumpcja

Lepiej pójść do gejowskiego burdelu niż do supermarketu – zdaje się krzyczeć życiowa filozofia Williama. Miłość u Burroughsa jest tą wartością, z której definicją najtrudniej mi się zgodzić. I już nie chodzi o samo negowanie istnienia takowego „uczucia”, ale o sposób odnoszenia się do niego w perspektywie związku kobiety i mężczyzny.

Burroughs był biseksualny, ale z większą skłonnością do posuwania chłopców. Ponadto był mizoginem. Kobieta już jako sam archetyp odbierana jest w kulturze zachodniej jako strażniczka bezpieczeństwa domowego ogniska. Kobiety chcą stabilizacji. Przez naturę obdarzone są instynktem macierzyńskim, a przez waginę oraz cycki rządzą męskim gatunkiem, sprowadzając mężczyzn do roli statecznych grubasów z pilotami od TV w łapach.

William nienawidził bezpieczeństwa i nienawidził stabilizacji. Jego naturą była wojna, która sprawiała, że non stop się rozwijał. Kobiety nazywał „pomyłkami natury”, więc związek osobników płci żeńskiej i męskiej uważał za jeden z największych błędów naszej cywilizacji. Samą miłość nazywał natomiast „wirusem”, który wymyśliły kobiety, by lepiej kontrolować mężczyzn.

Ponadto, „romantyczna miłość” mieściła się w kręgu cywilizacyjnych konwencji, które trzeba wyrzucić ze swojego umysłu zaraz na początku konstytuowania się swojego nowego „ja”. Cóż można stwierdzić? Nic dziwnego, że 6 września 1951 William podczas pijackiej zabawy w Wilhelma Tella rozpierdolił łeb swojej konkubinie. Przypadek? Hmm… no chyba tak, bo później przeżył deprechę życia i bardzo płakał.

Kolejny aspekt nienawiści: zdaniem Burroughsa wszystko, co normowało ludzkie życie towarzyskie i seksualne pochodzi z nauczania św. Pawła, o czym szeroko pisze w Sexual Conditioning. Chrześcijańska idea trwałego związku kobiety i mężczyzny, idea miłosierdzia, idea czystości przedmałżeńskiej były dla Williama czymś kuriozalnym, co należy usunąć ze wszystkich umysłów.

Zresztą, za największe osiągnięcie kontrkultury lat ‘60 uważał „rewolucję seksualną”. Seks był dla niego idealnym środkiem odreagowania, czy też pozbycia się zbędnego napięcia w świecie kapitalizmu. Uczucia wyższe związane z tym aktem nie grały w jego pojmowaniu żadnej roli, tak więc podczas stosunku partnerzy mogą traktować się niemal jak przedmioty. Reasumując, jeśli jesteśmy w stanie permanentnego napięcia, to z opcji: naćpać się; pójść na zakupy lub poruchać – wybierzmy ostatnią możliwość.

Jak Burroughsa lubię, tak tu mnie niebotycznie wkurwia, toteż pozwolę sobie potraktować go Freudem. William nie miał łatwego dzieciństwa. W wieku 4 lat został zgwałcony przez fagasa swojej niańki. Później odkrywał swoją seksualność w konserwatywnej rzeczywistości, gdzie bycie nieheteroseksualnym równało się ze społecznym ostracyzmem.

Jeszcze później zastrzelił przez przypadek swoją konkubinę, z którą mimo wszystko łączyła go intelektualno-emocjonalna więź. Następnie, podczas przeprowadzanych na nim sesji psychoanalitycznych, okazało się, że gnieździ w sobie spory pierwiastek kobiecy. Prócz tego wolał „w anal” i zdecydowanie bardziej w swój.

Podczas analizowania… problemu romantyczności i miłości mógł mu się włączyć standardowy mechanizm wyparcia, typowy dla homofobów, którzy brzydzą się gejów czy lesbijek ze względu na własne, skrywane zainteresowanie seksualne osobami tej samej płci. William nie miał też szczęścia do związków, bo raz go ktoś nie chciał, raz kogoś musiał zostawić, a raz kogoś przez przypadek zastrzelił.

Do tego dochodzi element traumy z wczesnego dzieciństwa oraz dorastania w czasach piętnowania gejów. Dodatkowy aspekt w deprecjonowaniu miłości pochodzi z jego „filozofii wojny”, w której nie ma miejsca na tego typu ograniczające emocje. Dla uporządkowania wspomnę jeszcze, że na dzień przed swoją śmiercią pisał właśnie o miłości i chyba się do niej przekonał, częściowo… Bowiem zdefiniował ją następującymi słowami: „Najbardziej naturalny środek uśmierzający ból”. A całą notkę zamknął napisem: „L O V E”.

Rekapitulacja

Burroughs na początku swojego rozwoju miał być zupełnie kimś innym (trochę jak ten artykuł). No ale życie jakoś tak go urządziło, że skończył jako ćpun, pedał, mizogin, socjopata i niedoceniony geniusz. Choć dla wielu pokoleń młodzieży stał się idolem, to w „poważnym naukowym świecie” nigdy nie zajął godnego swoich czynów miejsca.

Jego przemyślenia w swoich projektach wykorzystywali m.in.: Gilles Deleuze, Michel Foucault, Marshall MacLuhan czy też Felix Guattari. Queer, gender, skrajny postindustrializm, posthumanizm – to Burroughs dał początek tym wszystkim „wynalazkom” na długo przed ich nazwaniem!

Dlaczego więc studenci filozofii, filologii czy socjologii nie muszą mieć najmniejszego pojęcia o Mistrzu? Niestety, odpowiedź jest prosta i udzieliłem jej powyżej… winą jest jego „koślawa hierarchia wartości”, a przede wszystkim to, że przed nikim jej nie krył.

W świecie akademickim dominuje obłuda, układy, fałszywa nieskazitelność. Więc – jako fascynaci kontrkultury czy też kulturowego buntu – chcąc oddać cześć Williamowi, dążmy zawsze do rzeczywistej wolności, nie kryjąc się z własnymi „koślawymi hierarchiami”. A na zakończenie (i zmotywowanie) wieloletni przyjaciel Burroughsa (jaki i kochanek) – Allen Ginsberg ze swoim wierszem On Burroughs’ Work.

(…) Nagi lunch to dla nas norma,
wszak zjadamy kanapki z rzeczywistością.
Jednak alegorie rozsadza od sałaty.
Nie kryj w sobie tego szaleństwa.

 

Dezydery Barłowski

 

Fragmenty, cytaty:

  1. S. Burroughs, Naked Lunch
  2. S. Burroughs, Quick Fix
  3. S. Burroughs, Queer
  4. S. Burroughs, A. Ginsberg, The Yage Letters
  5. Ginsberg, On Burroughs’ Work

i kilka innych…

Tłumaczenie z języka angielskiego: Dezydery Barłowski

11 innych ciekawych filmów o narkotykach, których możesz nie znać!

Druga lista filmów o narkotykach opisuje zarówno te mniej, jak i bardziej znane produkcje. Mogą być one – choć nie muszą – odkryciem dla widzów, którzy zdążyli obejrzeć już wszystko to, co zostało streszczone na poprzedniej liście: 11 być może najlepszych filmów o narkotykach! Znajdziecie tu zarówno wyrafinowane kino autorskie, jak też niskobudżetowe filmy eksploatacji oraz skrajne eksperymenty artystyczne. Wszystkie bez wyjątku operują jednak w psychedeliczno-narkotykowym continuum. Kolejność jest jak zwykle przypadkowa.

  1. A Scanner Darkly / Przez ciemne zwierciadło (2006)

Adaptacja kultowej powieści Philipa K. Dicka w reż. Richarda Linklatera (Boyhood) ma zarówno swoich fanów, co i krytyków. Ci pierwsi wskazują na piękną realizację (ręcznie malowaną taśmę filmową), doskonałe kreacje aktorskie Woody’ego Harrelsona czy Winony Ryder, a ci drudzy na pozbawioną wyrazu grę Keanu Reevesa i zbyt linearną interpretację książki, która operuje w dużej mierze metaforami i środkami eksperymentalnymi, co kończy się na ekranie połowicznym sukcesem.

Protagonista, Bob Arctor, to tajny agent policji, który infiltruje środowisko lokalnych ćpunów w poszukiwaniu źródła tajemniczej substancji D – potężnego, euforycznego halucynogenu szybko zdobywającego popularność w undergroundzie narkotykowym. Problem leży w tym, że Bob sam jest ćpunem i szpieguje tak naprawdę samego siebie, bo substancja D po pewnym czasie zaczyna powodować rozdwojenie jaźni, a niemożliwe do opanowania halucynacje, zacierające granicę pomiędzy tym co realne i fałszywe! Dla fanów Budząc życie i kompletystów!

 

  1. Traffic (2000)

Czy prokurator generalny, walczący na wokandzie z plagą narkotyków, zdaje sobie sprawę, że do więzienia będzie musiał wsadzić także własne dziecko? Czy meksykański policjant, który w celu zwalczania przemytu z Kolumbii podejmują współpracę z FBI, wie że jedyne co robi, to staje się marionetką innego reżimu? Ten genialny thriller polityczno-narkotykowy obnaża hipokryzję władzy i brak prostych recept na kokainowy handel, który zdążył tak głęboko wniknąć w tkankę amerykańskiego społeczeństwa, że jakakolwiek próba jego agresywnego zwalczania przynosi więcej szkód niż korzyści.

Traffic został uhonorowany 4 Oscarami za scenariusz, montaż, reżyserię i drugoplanową rolę Benicio Del Toro. Obraz znaczy powrót do formy Stevena Soderbergha po latach alienacji i reżyserowania eksperymentalnych prac dla samego siebie. Jego comeback to niebagatelne, pełne napięcia i zapadających w pamięć scen, socjo-polityczne studium kokainowego problemu, który po obejrzeniu nie wydaje się ani jasny, ani prosty do rozwiązania. Jeden z tych filmów o dragach, których po prostu nie można pominąć!

 

  1. The Salton Sea / Jezioro Salton (2002)

Mimo że Val Kilmer przyjął rolę w tym niezależniaku D. J. Caruso nieco później w swojej karierze, aktorowi nie można odmówić braku klasy w odegraniu podwójnej roli Danny’ego Parkera (szalonego spidziarza) i Toma Van Allena (byłego muzyka jazzowego). Duża w tym na pewno zasługa tego, że Kilmer poświęcił się całkowicie swojej roli, spędzając czas z prawdziwymi ćpunami z obszaru Los Angeles, bo jego charakter żyje dla metamfetaminy, której krótka historia zostaje nawet przedstawiona w samym filmie.

Wielką zaletą Jeziora Salton są odrealnione, narkotyczne sceny z pocącymi się od dragów twarzami i szalone charaktery dilerów metamfetaminy. Ciekawy jest także scenariusz, który lawiruje gdzieś pomiędzy revenge thrillerem, melodramatem i dramatem psychologicznym, a także muzyka, ulatniający się z głośników jazzik! Kilmer nie sięga tutaj wprawdzie poziomu roli Jima Morrisona, ale prezentuje się bardzo paranoicznie z proszkiem w nosie, tak więc zachęcam wszystkich do obejrzenia.

 

  1. The panic in needle park / Narkomani / Panika w parku sztywnych (1971)

Panika w parku sztywnych wyreżyserowana z taką śmiałością przez Jerry’ego Schatzberga (pomniejszego z mistrzów Nowego Hollywood) pozostaje do dzisiaj jednym z najważniejszych filmów o heroinie i o narkotykach w ogóle. To prawda, że ma on słabsze momenty, dźwięk do dupy i montaż, który czasami kompletnie nie działa, ale zdjęcia Adama Holendra (Nocny kowboj) wraz z fantastycznymi kreacjami Ala Pacino i Kitty Winn, doskonałym scenariuszem Jamesa Milllsa i Joan Didion (która obecnie jest już pisarską legendą), stanowią o impecie tego dzieła.

Los łączy w filmie dwójkę wyrzutków, Bobby i Helen, w poszukiwaniu kolejnego strzału na nowojorskich ulicach. I nawet mimo tego, że ich związek przechodzi przez wszystkie stadia degeneracji, kłamstwa i upadku, ostatecznie to miłość wygrywa, bo to ona jest narkotykiem ostatecznym. Warto dodać, że obraz Schatzberga był pierwszym w historii, który realistycznie przedstawił nałóg heroinowy z jego całym ulicznym brudem. Posiłkując się włoskim neorealizmem i post-kontrkulturowym klimatem tragedii, artysta pozostawił w kinie coś, nad czym nie da się po prostu przejść obojętnie.

 

  1. Confessions of an Opium Eater / Wyznania zjadacza opium (1962)

Vincent Price gra pierwsze skrzypce w tym niskobudżetowym studium opiumowych snów, opartym luźno na słynnych Wyznananich angielskiego zjadacza opium De Quinceya. Wyprodukowany i wyreżyserowany przez mało znanego eksploatatora Alberta Zugsmitha, który w latach ’50 wstrzelił się dobrze w drive-inowe gusty dzięki dodawaniu większej dozy przemocy do cormanowskich ekspresówek rock’n’rollowych, pozostaje do dzisiaj pewnego rodzaju kuriozum – filmem, który w zręczny sposób wyłamuje się z szufladek gatunkowych.

Groteska przeplata się tu z komedią, a kino przygodowe z „thrillerem cyrkowym”, co trochę może zbić z tropu niektórych widzów. Można także dostrzec próby rozliczenia się z rolą władzy w związkach damsko-męskich, gdyż w jednej ze scen De Quincey zostaje zmuszony do wysłuchania monologu Chinki o wszystkich cechach dominy, przed którą jednak ostatecznie ucieka, by dalej zanurzyć się w opiumowe sny. A te okazują się koszmarami, bo śmierć i ciemność czekają na nas wszystkich! Dla wytrawnych koneserów.

 

  1. Naked lunch / Nagi lunch (1991)

Cronenberg był zawsze wielkim fanem Burroughsa i nawet jeśli opus magnum geniusza Beat Generation pozostaje książką nie do sfilmowania, jej luźna adaptacja w formie niezakłóconego pasma delirycznych halucynacji, swobodnie mieszających się z wątkami transformacji seksualnej pisarza, zabójstwem żony, pobytem w Tangierze czy próbami odwyku od heroiny – zamienionego w filmie na proszek na robale – naprawdę daję radę, jeśli tylko pozbyć się automatycznych porównań do literackiego oryginału, które nie mają większego sensu.

Może dało się znaleźć lepszego aktora niż Peter Weller do roli Burroughsa, ale jego wersja kultowego suchotnika jest naprawdę przyzwoita, szczególnie kiedy bohater musi się zobaczyć z Ginsbergiem i Kerouakiem, którzy sprawdzają czy zaćpany po uszy wciąż trzyma rękę na pulsie. Organiczny horror Cronenberga zostaje tu połączony z halucynogennym filmem szpiegowsko-przygodowym, tyle że protagonista szpieguje sam siebie, elminując przy tym wszelką racjonalną myśl. To zdecydowanie seans obowiązkowy!

 

  1. Half baked / Żółtodzioby (1998)

Ta urocza komedia marihuanowa pełna mechanizmów alienujących to jeden z artefaktów lat ’90, kiedy odpalona została scena medyczna w Kalifornii. Ale akcja filmu toczy się w Nowym Jorku, gdzie czwórka konkretnych jaraczy angażuje się w masową dilerkę po tym, jak jeden z nich trafia do pierdla, gdzie broni własnej dupy, w czym pomaga mu treser wiewiórek z czarnym pasem (Tommy Chong). A że kaucja opiewa na $1 mln trzeba walczyć o rynek, który składa się z różnych dziwnych indywiduów, granych przez znanych aktorów i muzyków związanych z kulturą 420 tj. Jon Stewart, Stephen Baldwin czy Bob Saget.

To nie jest wprawdzie arcydzieło, ale ma zajebiście zabawne momenty, mnóstwo mniej lub bardziej udanych gagów, dużo pozytywnego ładunku, no i ducha Jerry’ego Garcii, który służy jako deus ex machina pod koniec filmu. Dobre są też sceny tj. włamanie po zioło, którym okazują się być najlepsze szczyty na świecie (Golden Thai etc.), gadki z klientami tj. 70-letni oldtimer – grany przez samego Willie Nelsona – który strzela dobrym żartem o kondomach, czy wbicie ulicznego sępa na jointa – cameo nikogo innego, tylko Snoop Dogga. Na trzeźwo nawet nie podchodź!

 

  1. Chappaqua (1966)

Traktowane przez miłośników kina eksperymentalnego jako pomniejszy klasyk, dzieło Conrada Rooksa to na wpoły poetycka improwizacja w stylu Pull My Daisy (bo kręcił je przecież sam Robert Frank, autor niesławnego dokumentu o Rolling Stonesach), a na wpoły pionierska próba przedstawienia szaleńczych wizji człowieka przechodzącego terapię odwykową. Sam film jest mało psychedeliczny, bo kręcony na bardzo niskim budżecie, ale miejscami całkiem dobrze sobie radzi dzięki prostym efektom optycznym i nakładaniu na siebie dwóch obrazów.

Swoją sławę Chappaqua zawdzięcza głównie pojawieniu się na ekranie kilku legendarnych osobistości tj. William Burroughs, Moondog, Ravi Shankar, Allen Ginsberg, Peter Orlovsky czy grupa The Fugs (wykonująca I Couldn’t Get High), bo sama koncepcja jest mocno rozchwiana i z trudem zachowuje rytm. Najlepsze momenty to te kolorowe, ozdobione muzyką Shankara, czy hinduistyczno-pogańskie sceny przywiezione przez Rooksa z Indii czy ze Stonehenge. Zdecydowanie nie jest to film dla szerszej publiczności, a raczej ciekawostka dla małej grupki fanatyków.

 

  1. Blood Freak (1972)

Kino niskobudżetowe wypluwa z siebie od czasu do czasu filmy, które można scharakteryzować jedynie jako totalne odloty. Do nich zdecydowanie należy kultowy Blood Freak duetu Brad F. Grinter i Steve Hawkes, w którym powracający z Wietnamu Herschell (nazwany tak na cześć króla splatterów) natyka się na słodką Angel – jezusowego frika – podczas jazdy na chopperze, która za swoją misję obiera chronienie go przed niebezpieczeństwem narkotyków. Ale niedługo potem dostaje się on w szpony jej rozwiązłej siostry Ann, która uzależnia go od jointów maczanych w opium (lub innym tajemniczym dragu).

Wkrótce Herschell w celach zarobkowych zatrudnia się na farmie genetycznie modyfikowanych indyków, gdzie testuje na swoim żołądku, czy ich mięso ma jakiś wpływ na człowieka. Ale skutek wymieszania toksycznej marihuany z indyczym mięsem okazuje się tragiczny i bohater zamienia się szybko w potwora z głową indyka (wykonaną obowiązkowo z papier mache), po czym terroryzuje okolicę wypijając krew niczego nie spodziewających się heroinistów. Ten kosmos jest do tego nieustannie przerywany kazaniami reżysera, czytanymi z kartki papieru, który pod koniec wypluwa płuca od nadmiaru palonych fajek. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć!

 

  1. Pusher (1996)

Bohaterem tego osadzonego w duńskim podziemiu narkotykowym, operującego skromnym budżetem thrillera, jest uliczny diler heroiny, Frank. Jego niski dotychczas profil to po części wynik małego mózgu, a po części braku szczęścia. Akcja rozkręca się jednak, kiedy Franka odwiedza jego ziom Hasse, który właśnie wyszedł z pierdla i ma plan, żeby zalać białym proszkiem Szwecję. A że Frank nie ma kasy, żeby pokryć koszt towaru, bierze go od swojego serbskiego hurtownika, Mila, w kredo, obiecując że wróci z kasą, gdy tylko go upłynni. Ale plan bierze w łeb i Frank musi teraz grubo kombinować, żeby nie stracić wszystkich kończyn.

Debiut Nicolasa Windinga Refna został nakręcony w okresie schyłku kultury rave, tak więc dobrze odzwierciedla klimat i estetykę tego okresu. Frank, jego dziewczyna-prostytutka, kumple i klienci to jednostki niespecjalnie przejmujące się karierą i przyszłością, włóczące się po barach, dbające głównie o to, żeby strzelić w kanał, wykombinować gotówkę na kolejny zakup i na krótki moment znaleźć gdzieś bezpieczną przystań. Jednak wyluzowane życie ma swoją ceną, bo gangsterzy mają brutalne reguły i zmuszają ostatecznie Franka do konfrontacji ze swoim długiem. Ciekawy, realistyczny film, którzy docenią fani Trainspotting i nie tylko!

 

  1. Performance / Przedstawienie (1970)

Performance Donalda Cammella i Nicolasa Roega nie jest wprawdzie najbardziej psychedelicznym filmem, jaki został nakręcony przez brytyjskich filmowców na przełomie lat ’60 i ’70, ale obrazy korzystające z wątków narkotycznych były w tym czasie na Wyspach raczej ewenementem niż regułą. Performance składa się zasadniczo z dwóch aktów. W pierwszym dominuje londyńskie kino gangsterskie, a w drugim wątki kontrkulturowo-rock’n’rollowe, które robią się bardziej intensywne po tym, jak uciekający przed policją Chas (James Fox) zostaje nakarmiony muchomorami przez Pherber (Anita Pallenberg) w domu na Notting Hill.

Jednak zanim to się stanie, musimy przebrnąć przez dosyć nudną część pierwszą, która w swoim czasie może i była ciekawa, bo ozdobiona eksperymentalnym montażem i zawierająca ciekawe scenki obyczajowe, ale w zdążyła się w międzyczasie trochę postarzeć. To zostaje na szczęście nieco nadrobione w drugiej części dzięki ujęciom pięknego ciała Anity Pallenberg i bardzo nowatorskiej jak na swoje czasy sekwencji wyreżyserowanej jak teledysk do muzyki Micka Jaggera, który jest tu gwiazdą. Aktorsko wokalista Stonesów wychodzi przy Foxie mizernie, ale wnosi oczekiwany przez twórców klimat buntu. Film, który spodoba się jedynie maniakom!

Conradino Beb  

Gnostyk epoki „narkomanii”: William S. Burroughs

William Seward Burroughs, zapytany pewnego nieistotnego dnia o orientację religijną, bez wahania odparł: gnostyk, manichejczyk. Taka deklaracja na swój sposób ośmiesza całe zmonopolizowane pojęcie „orientacji religijnej”. Antyteza dogmatyzmu i odmowa asymilacji nowomowy, która w takiej czy innej postaci zawsze jest wtłaczana ludzkiej trzodzie, jakkolwiek wzdłuż procesu historii intensywność przeinaczenia wzrasta…

Żeby się jednak nie zapędzać, punkty wyjściowe to świat stworzony i homo sap, dysponujący jakoby – za sprawą ewolucji czy bożej łaski – zdolnością do odróżniania prawdy od źródłowego braku takowej. W  gnostyckim ujęciu to ostatnie – wybrakowanie – jest bodaj podstawową charakterystyką Stworzenia; miejsca zakotwiczenia dla duchów nawykłych do nieskrępowanej żeglugi, jak również tych odnajdujących harmonię w bezrefleksyjnym trwaniu… Co jednak jeśli cała ta przereklamowana Prawda nie istnieje i jest wiele światów i wymiarów?

Prędzej niż na takich wytworach kulturowych, jak orientacja religijna, czy światopogląd, gnoza bazuje na zasadniczym instynkcie umysłowym. Gnostyk w każdym gnostyku tkwi od – a raczej sprzed – narodzin; gnostycy różnią się ciałami, naczyniami, fakturą powierzchni, innymi słowy – uciążliwością wpisanych w ich dany konstrukt przeszkód, które stoją na drodze wykiełkowaniu wewnętrznej zasadzie; pozaświatowej iskrze1.

WSB jako 4-letni dzieciak, w zrobionym przez siebie domku-zabawce po wczesnej pobudce ujrzał małego szarego człowieka: Nie poczułem strachu, jedynie spokój i zdumienie. Burroughs nie uważał tego rodzaju doświadczeń za halucynacje, lecz przesunięcie wizji, tj. znalezienie się percepcji w miejscu pozwalającym na ich dostrzeżenie. Konstrukt ludzki w dużej mierze polega na zamknięciu się – czy wręcz obwarowaniu wobec tego typu postrzegania. Odbywa się to biernie, bo wystarczy zaakceptować tzw. rzeczywistość, pierwotne poręczenie o Porządku rzeczy.

william-burroughs

W kontraście do tego, gnoza tj. poznanie nadchodzące „spoza” – z zewnątrz psychiki, świata, czy materii, to głos mogący przybierać dowolną postać, przy czym dla jego recepcji specyficzne jest poczucie obcości, czy zakłócenia w bezrefleksyjności bytu. I tak np. WSB pisał o przekonaniu, że ludzkość jest regularnie infekowana przez wrogie inteligencje:

„Kiedy zagłębiam się w swojej psychice, w pewnym momencie napotykam bardzo wrogą i mocną siłę. (…) Gdy tylko zbliżasz się do czegoś ważnego, właśnie wtedy odczuwasz inwazję i w ten sposób wiesz, że coś jest na rzeczy.

Poczułem się jak owieczka idąca na rzeź. To nie ja byłem u steru (…) Są nieskończone stopnie opętania. To dzieje się bez przerwy. Musisz stawić temu czoła. A to możesz uczynić tylko, gdy wymieciesz słowa. Nie kłócisz się (…) Musisz pozwolić temu przepłynąć. To trudne, szalenie trudne; ale powiem wam jedno: Zamiast prób oporu odrywasz się i pozwalasz temu przepłynąć.” (z: A Report From the Bunker).

Prawdziwie, stanowiąco ludzkie jest więc stawienie czoła temu, co stanowi wewnętrzne zanieczyszczenie i zmierzanie do oczyszczenia postrzegania (w hermetyzmie przy pomocy nous – „umysłu” – cząstki boskiego intelektu).

Studio Rzeczywistość, ten zakamuflowany, opaczny labirynt kłamstwa, przez współczesnych Burroughsowi myślicieli i pisarzy – częściej przywoływanych, bo mniej niebezpiecznych – jak np. George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, nie został zdekamuflowany tak źródłowo i dogłębnie. Wizje Orwella i Huxleya były zakrojonymi na szeroką skalę utopiami, roszczącymi sobie jednak pretensje do rzetelności naukowej. Tymczasem WSB nie potrzebował uciekać się do tworzenia zwartych struktur i usystematyzowanych opracowań. Zamiast tego, z pomocą irracjonalnego chaosu swej eksperymentalnej prozy, podmywał fundamenty wiary w odgórnie narzucaną wersję światowego „porządku”.

ins

Władza, Kontrola; Burroughs zawsze miał ją na oku, nie nabierając się na jej kamuflaż, preparowany coraz bardziej pokrętnymi środkami, stosownie do intensywności zamroczenia postrzegania jej „podopiecznych”. Z metodyką i precyzją wykwalifikowanego medyka, przeprowadzał metafizyczną sekcję politycznego Frankensteina nowoczesności. Poprzez organy ku tkankom, nie pomijając prawideł metabolizmu tego tworu; któżby jednak chciał znać wyniki intelektualnej autopsji, skoro uczciwe zastosowanie się do takowych implikowałoby odstępstwo od wszelkich rzucanych przez Kontrolę ochłapów?

Prace WSB o specyfice utopijnej (The Wild Boys, 1971 i Cities of the Red Night, 1981) wykluczają szanse powodzenia realizacji utopijnego ładu w formie innej niż odizolowana oaza, co Hakim Bay nazwałby “tymczasową strefą autonomiczną”. Kolonia Libertacja – odseparowana zona, której mieszkańcy są wolni od ingerencyjnego nadzoru struktur społecznych, obrazuje libertariańską „moralność” WSB, opartą na przysposobionym przez niego za młodu charakterologicznym pojęciu Johnsona (zawartym w autobiografii Jacka Blacka pt. You Can’t Win, 1926). Tak oto skrótowo opisywał ten typ człowieka:

Dobry wałkoń i złodziejaszek (jako sposób bycia); wypełnia swoje zobowiązania, jego świat jest dobry, a on jest solidnym partnerem w interesach. Pilnuje własnego interesu. Nie należy od ludzi węszących, samowładnych i problematycznych. Udzieli pomocy, kiedy takowa jest potrzebna.

Czy na indywiduach tego rodzaju Burroughs oparłby swą tymczasową strefę autonomiczną? Gnostyczne praźródło autonomii, suwerenności samej w sobie to „pneuma” tj. tkwiąca w człowieku iskra nieskończoności. W zależności od jej stężenia, gnostyk koncentruje się na duchowym postępie, nie odrzucając możliwości zewnętrznej pomocy, ale nie zdając się wyłącznie na łaskę odgórnego zbawcy.

tumblr_mk74a3srjL1rysxl4o1_500

Zjawisko gnostycyzmu, oparte na esencjonalnym stosunku do egzystencji, przybierało przeróżne formy, wśród których doniosłością historyczną i naciskiem na dualizm2 wyróżnił się manicheizm. Nawet jeśli nie mylić dualizmu z moralnością, jak go pogodzić z takimi aspektami życia Burroughsa, jak (przypadkowe) zastrzelenie żony, jego politoksykomania (z naciskiem na opiaty), homoseksualizm, eksperymenty z yage, czy fascynacją nieortodoksyjnymi teoriami Wilhelma Reicha nt. energii orgonu?

Wszystkie te „tegesy” są często redukcjonistycznie stosowane do kwestionowania znaczenia twórczości WSB. Działa tu ta sama, intelektualnie niemęska zasada, poprzez którą np. niektórzy deprecjonują myśl Fryderyka Nietzschego, przywołując co pikantniejsze szczegóły z przebiegu jego choroby psychicznej.

Dopatrywanie się jakiejkolwiek niekonsekwencji w diagnozie gnostycyzmu myśli Burroughsa to zajęcie godne płytkich moralizatorskich umysłów. Fakt, że gnostycyzm w pewnym sensie został poddany metafizycznemu obrzezaniu – transmutując w chrześcijaństwo – w żaden sposób nie przemawia bowiem za judeochrześcijańską naturą jego wskazań moralnych (a o ile o takowych w przypadku gnostycyzmu może być mowa, to tylko w warstwie egzoterycznej, która najsilniej uobecniła się wraz z ekspansją manicheizmu).

Dobro i Zło / Światło i Ciemność w gnostycyzmie nie znajdują prostych definicji, ani przekładni na hierarchię sposobów „prowadzenia się”. Wszystkie aspekty życia Burroughsa, podpadające pod kategorie odstępstwa i „grzechu”, gryzą się ze światopoglądem ludzi nie mających pojęciach o ezoterycznej gnozie, rzeczona bowiem popiera wszelkie rodzaje aktywności duszy, ciała i umysłu, które prowadzą do poznawania własnej natury.

Tożsamość gnostyka przekracza pojęcie i granice jednostkowej osobowości, zupełnie jak przekracza całą późniejszą myśl chrześcijańską, jak i wszelkie pokraczne budowle wyrosłe na jej gruncie, który wszak stał się fundamentem Kontroli. I tak centralną osnową wszystkich noweli Burroughsa nigdy nie jest określona osobowość, lecz właśnie nieustanna wojna pomiędzy Wolnością, a Kontrolą – i dopiero tu można dopatrywać się analogów „dobra i zła”.

Manichejczyk wierzy w faktyczną walkę dobra ze złem, która to utarczka nie jest wieczna, jako że jedna ze stron prędzej czy później na tym szczególnym obszarze zwycięży. Wraz z chrześcijanami oczywiście nastąpiła potworna inwersja wartości, gdzie najobrzydliwsi z ludzi są wypychani jako wzór cnoty do naśladowania przez każdego… (wypowiedź WSB z wywiadu przeprowadzonego przez Gregory’ego Corso)

Manichejska koncepcja świata jako ofiary poniesionej podczas prekosmicznego kataklizmu, posiadającej funkcję alchemicznego tygla, w którym następuje proces oddzielania dwóch przeciwstawnych esencji (notabene na przekór terminologii opracowań naukowych, Materia i Chaos wydają się tu znacznie ściślejszymi terminami niż Zło <> Dobro, jednak to już podejście okultystyczne, a nie akademickie), akcentując aspekt kotła i przemieszania, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w sposobie ukazywania świata w twórczości WSB. Zło udaje dobro i vice versa.

Czytelnik prozy Burroughsa uwalnia się od piętnującego postrzeganie czynnika moralności, albo nie odnajduje się w lekturze… podobną trudność może nastręczyć niezdolność do funkcjonowania myśli poza jasno wytyczonymi ramami przyczynowo-skutkowymi. Czas, fizyka, logika zostają odwieszone na postronek. Często stosowane przez pisarza obsceniczne opisy ekscesów są jeszcze jednym z jego środków na zbliżenie umysłu czytelnika do okoliczności, w których będzie w stanie wychwycić coś z ponad słów – promienujące Poznanie.

W gestalcie burroughsowskiej prozy armię Archontów – zarządców kosmicznego więzenia – tworzą monoteiści i ich politykierzy. Tymczasem gnostycy to błąkające się bandy przestępców i złodziejów. Wizjonerzy, ci, którzy osiągnęli pierwotną gnozę, potrafią przejrzeć iluzje utkane przez Kontrolę, rozpoznać twarz wroga i dążyć do prawdziwej wolności. Notorycznie stosują nieortodoksyjne i pozornie obłąkane metody zrzucania hipnotycznych kajdan kontroli.

Wśród metod, czy narzędzi przydatnych w osiągnięciu tego celu, można wymienić: zmianę stanu świadomości poprzez środki psychoaktywne, energię orgonu, analityczną i rekonfiguratywną metodę cut-up, i wreszcie magię. Magia to najstarsza technika transcendowania przyczynowo-skutkowej szarej maszynowni; to nader problematyczny termin, zwłaszcza w czasach… w czasach.

Tytułem dookreślenia, pasuje w tym miejscu zwrot magia hermetyczna, tyleż samo jednak, co jej nowożytna transmutacja, czyli magia chaosu.  Oto niektóre z narzędzi gnostyka dwudziestego wieku. Za ich pośrednictwem można dążyć do ustanowienia autonomicznej strefy, czerpiąc frajdę z „bystrzenia znaków”, parafrazując kluczową sentencję trzeciego rozdziału Nova Express: I możesz dojrzeć bystrzejące znaki (the marks wising up), gromadzące się w ponurych grupkach, których szemranie narasta.

Archonci uobecniają się na Ziemi pod postacią zainfekowanych przez pasożyty świrów kontroli, których Burroughs trafnie nazywa „shitsami”: Twierdzę, że zło całkiem dosłownie jest wirusowym pasożytem zajmującym pewien obszar mózgu, który możemy nazwać PRAWYM centrum. Oznaką typowego shitsa jest to, że musi mieć rację (prawo).”

Shitsowie mają obsesję na punkcie wtryniania się w cudze sprawy. To typ społeczniaka – księdza, prawnika; niezdolni do obrania honorowej ścieżki jadem das seine. Wszelkimi środkami dążą do zapobiegnięcia próbom „rozbudzenia znaków”.

william_burrougs_cut_up

I tak oto w „Nova Express” Operacja Totalnej Ekspozycji jest próbą odsłonięcia iluzorycznej kurtyny, która zapobiega obnażeniu zainfekowanego pasożytami Studia Rzeczywistości. W pierwszym rozdziale inspektor J. Lee przemawia do ludu: Co was tak wystraszyło, że wpadliście w czas? W ciało? W gówno? Powiem wam: “słowo”. Obce Słowo “ten” (“the”). Słowo Obcego Wroga, “ten” zniewala was (“thee”) w Czasie. W Ciele. W Gównie. Więźniu, wyjdź. Wielkie niebiosa stoją otworem.

Wprawne oko Burroughsa dualistycznie cyzeluje jeszcze jedno diametralne rozróżnienie w naturze ludzkiej – coś tak banalnego jak podział na płci (wg gnostyków będący następstwem upadku pierwotnego nadludzkiego androgyna) również sprzyja knowaniom Archontów:

Burroughs przypisuje polaryzacji energii reprodukcyjnej strukturę binarnej opozycji, która prowadzi dwie niekompatybilne płci do ciągłego konfliktu, który z kolei przekłada się na wsiąkanie energii twórczej w ślepy zaułek pasożytniczej ekonomii opartej na władzy i własności. (Lydenberg – Literary Form and Theory in the Radical Writings of William S. Burroughs)

Człowiek jest zaiste produktem finalnym. Nie dlatego, że homo sap stanowi apogeum perfekcji, przed którym sam Bóg sapie z trwogą – „Nie mogę zrobić nic więcej!” – lecz dlatego, że Człowiek jest nieudanym eksperymentem, który uktwił w ślepym biologicznym zaułku i nieubłaganie zmierza do wymarcia” (Zachodnia kraina – przekł. wł.)

WSB podzielał również gnostycką wiarę w reinkarnację oraz przeświadczenie, że narodziny to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić; coś, czemu należałoby zapobiec.

Drzwi zamykają się za tobą i zaczynasz sobie uświadamiać, gdzie jesteś. Ta planeta jest Obozem Śmierci… Drugiej i Ostatecznej Śmierci. (Zachodnia kraina) Czy są drogi wyjścia z tej fatalnej sytuacji, gdzie nawet Apokalipsa wydaje się niekulturalnie spóźniać? Prace WSB są przede wszystkim wołaniem o przebudzenie.

Rozdział drugi Nova Express: Więźniowe, wyjdźcie, jest otwartym listem do „ziemian”, podpisanym przez inspektora Lee. Z waszą pomocą możemy przejąć Studio Rzeczywistość, a więc ich uniwersum Strachu, Śmierci i Monopolu. Jedyną drogą ucieczki dla ludzkości ma być biologiczna mutacja, ewolucyjny skok w nieznane. Problem nie może zostać rozwiązany swoimi własnymi środkami. Ludzki problem nie może zostać rozwiązany ludzkimi środkami. (Zachodnia kraina)

W Third Mind – kolaboracji z Brionem Gysinem, Burroughs opisuje demiurgiczną postać Mr Bradly’ego – Mr Martina, przewodzącą Nova Mob (czyli shitsowej tłuszczy przeciwstawnej johnsonowej Nova Police), przydając jej otwarcie gnostyczną charakterystykę: W mojej mitologii jest to Bóg, który zawiódł, Bóg dwuczęściowego konfliktu, stworzonego, aby utrzymać na scenie stary, zużyty show, Bóg Arbitralnej Władzy i Ograniczenia, Zniewolenia i Presji; potrzebujący poddanych, potrzebujący tych, których określa „swoimi ludzkimi psami”, traktując ich z pogardą oszusta wobec swojej ofiary – Jednak pomnij, że oszust potrzebuje Znaku, zaś Znak nie potrzebuje oszusta – Mr Bradly-Mr Martin potrzebuje swoich „psów”, „chłopców na wysyłki”, swoich „ludzkich zwierząt” – potrzebuje ich, bo jest literalnie ślepy. Oni natomiast go nie potrzebują. W moim systemie mitologicznym Mr Bradly-Mr Martin zostaje obalony poprzez rewolucję swoich „psów”.”

W Zachodniej krainie z łatwością natrafiamy na kolejny dowód gnostycznego rdzenia prac Burroughsa, w tym przypadku (zupełnie jw.) wyraźnej implementacji idei demiurga, będący wyrazem skrajnego odrzucenia starotestamentowego boga (określanego przez gnostyków mianem Ialdaboath): Weźmy pod uwagę Jednego Boga – Wszechświat (One God Universe: OGU). (…) Wszechmocny i wszechwiedzący, może zrobić wszystko, więc nie może zrobić nic, jako że akt działania wymaga opozycji. On wie wszystko, więc nie pozostało Mu nic do poznania. Nigdzie nie może podążyć, jako że jest kurewsko wszędzie, niczym krowie gówno w Kalkucie.

OGU jest nagraniem wszechświata, którego On jest nagrywającym. To płaskie, termodynamiczne uniwersum, jako że z definicji nie ma w nim żadnego tarcia. Wytwarza ona zatem takowe: konflikt, ból, strach, choroby, wojny, starość i Śmierć.”

W kontraście do powyższego, Burroughs zarysowuje wizję Magicznego Uniwersum – Uniwersum wielu bogów, często tkwiących w konflikcie. Paradoks wszechmocnego, wszechwiedzącego Boga, który dopuszcza obecność cierpienia, zła i śmierci, nie ma tu miejsca (My Purpose Is to Write for the Space Age, str. 268)

Zupełnie jak gnostycy, Burroughs postuluje, że poprzez wejście w kontakt z tym magicznym uniwersum, można oswobodzić się od OGU / Kontroli; zaś poprzez praktyki odwirusowania jaźni, można przygotować się do wysiłków mających na celu samoprzebóstwienie (notabene najwyższy cel praktykantów LHP – Ścieżki Lewej Ręki).

Jednakże wstąpienie do gnostyckiego Królestwa (Pleromy), w żadnej mierze nie jest gwarantem – wiedzie ku temu najbardziej niebezpieczna ze wszystkich podróży. Bogowie zatrzymali wszystkie klucze i dopuszczają tylko faworyzowanych śmiertelników (The Place of Dead Roads, str. 171) – zupełnie jak w egipskim systemie Księgi Umarłych. Metaforyczny klucz nie otwiera wrót do jednego li tylko objawienia. Jak tylko znajdziesz klucz, przed tobą będzie nie jeden ogród, lecz wiele ogrodów, ich nieskończoność.

Kto jednak w ogóle natrafi na trop tej ścieżki, dopóki nie wywalczy sobie choć osobistej autonomii od zatęchłego lochu Kontroli? Inspektor Lee przez całe „Nova Express” ostrzega przed najbardziej zdradliwymi narzędziami Motłochu: Ich narkotyki są trucizną zaprojektowaną by transmitować ku Orgazmicznej Śmierci i Piecom Nova – Trzymajcie się z dala Ogrodu Rozkoszy – To ludożerna pułapka, przetwarzająca na zieloną maź – Odrzućcie ich ersatzową Nieśmiertelność – Rozpadnie się zanim wydostaniecie się z Wielkiej Składnicy – Przepłukiwanie się ich narkotykiem spycha do rynsztoka – Zatruwają i monopolizują halucynogeny – nauczcie się je robić bez żadnego chemicznego ziarna – Jedyne, co oferują, to ekran przesłaniający drogę ucieczki z kolonii, którą tak haniebnie zarządzają.

burroughs_3

Rola substancji psychoaktywnych jest tu trudna do przecenienia. Należy mimo to zwrócić uwagę na jej dwojaki charakter; nałóg – zwłaszcza opiatowy (choć doniosłość owego w życiu Burroughsa już jest uzależniona od specyfiki narkomanii panującej za czasów jego największej aktywności, jak również predyspozycji charakterologicznych) – jest potencjalną pułapką, pochłaniającą co prawda w różnym tempie – ale i możliwą do przezwyciężenia przy ogromnym wysiłku siły woli, o ile w ogóle zachowa się czujność. Tutaj przykład z „Delikatnego mechanizmu”, ilustrujący jak podstępnie może oddziaływać Prawy wirus na płaszczyźnie narkotycznej:

…A ładowałeś Białasa? Czysta płynna moralność z południowych gorzelni, pewno, gwarantuje stuprocentową rację przez cały czas, to tamci z Hiroszimy się mylili… porządni obywatele kupują Białasy od Bradleya… bradleyowska zgniła makiwara z rozpadającej się gwiazdy… ciężko rzucić Białasa, zabił już kupę ludzi, zwłoki w pomiętych ubraniach, rozmyte ulice, rozjaśnienie…

Nie przypadkiem takie rewolucyjne – z uwagi na skuteczność – formy terapii uzależnienia od opiatów/opioidów – jak chociażby zachwalana przez Burroughsa terapia apomorfinowa, są przemilczane i tłamszone. Dzieje się to za sprawą tych samych politycznych nacisków, które zapobiegły zrewolucjonizowaniu całej psychiatrii, wykluczając (na przekór ich udokumentowanej naukowo skuteczności terapeutycznej) wykorzystanie takich środków, jak DMT, LSD-25, czy MDMA; podobnie jak z ibogainą, stanowiącą najprawdopodobniej najskuteczniejszy dostępny obecnie środek leczący z uzależnień.

Jedną z najperwotniejszych gnostycznych metafor jest ta mówiąca, że diament nie może ulec zanieczyszczeniu poprzez błoto. Ze wstępu do Nagiego lunchu: Nie kąpałem się od roku, nie zmieniałem odzieży, ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu.

Totalna degrengolada? Dorobek twórczy WSB z wglądem w jego życiorys wskazują, że – choćby i zanieczyszczony – pokarm bogów znalazł jednak godnego adresata, a dawka trucizny nie okazała się zbyt wielka. Inspektor Lee bowiem, podobnie jak chociażby Aleister Crowley, posiadał niesamowitą duchową żywotność; być może to jakiś paradoksalny atawizm androgynicznej nieśmiertelności: trucizny nie infekowały rdzenia, a jaźń nomen omen wzbogacała się podczas chemicznie napędzanych wypraw poza granice ludzkiego postrzegania.

Mimo że „(opiatowy – dop. n.) narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu” (List Mistrza Narkomanii) narkotyki jako takie nie niosą gnozy per se. Jak czytamy w „10 głównych zasadach gnostycznego objawienia” Philipa K. Dicka: Każdy z nas ma nieupadły boski odpowiednik, który może wyciągnąć ku nam dłoń, aby nas obudzić.

a78a459cb198b3c6b88ec4fdb6a30e30

Prawdopodobieństwo nawiązania tego kontaktu wzrasta po pierwsze poprzez „odczucie” tego wołania, a dopiero po któreś-tam, via narkotyki – z naciskiem na halucynogeny. Na horyzoncie zdarzeń jest ujrzenie przebłysku Pleromy, Chaosu, innych światów i wymiarów, dalej – wysnucie wniosków, pozyskanie inspiracji, przekonfigurowanie postrzegania itd. Reprogramowaniu świadomości obok halucynogenów sprzyjają techniki szamanistyczne.

Padło odniesienie do tekstu P. K. Dicka, a że w przypadku obu pisarzy na podstawie ich książek można powziąć przeświadczenie, że byli zapalonymi praktykantami halucynogennych tripów, warto wspomnieć, że Philip raptem parokrotnie zażył LSD, a przedmiotem jego głównego psychoaktywnego romansu była amfetamina; zaś WSB egzystował głównie w opiatowo-haszyszowej krainie, a jego halucynogenne wyprawy pozostawały na dalszym planie, przynajmniej w sensie ilościowym.

Choć dyktator o żelaznej woli to archaizm”, nie jesteśmy po prostu ofiarami demokratycznej tyranii; świat współczesny jest konstruktem nastawionym na wyeksterminowanie wolności myśli. Mylenie starego typu władzy z obecnym obłąkaniem Kontroli to jak poczytywanie eksplodującego nowotworu za zanikającą narośl.

W poniższym fragmencie zarysowuje się paradoksalny konserwatyzm Burroughsa, jego ponadczasowa, esencjonalna, metapolityczna – nazwijmy to… duchowość, transcendująca ideologie ogółem, czy ich poszczególne aspekty, jak np. prymitywny rasizm i inne tego typu operatywy współczesnej pseudoprawicy (co jest notabene kolejnym wskaźnikiem na stopień przemieszania w manichejskim tyglu świata stworzonego, o czym ciekawie pisał inny nowożytny gnostyk, a przy okazji tzw. narodowy bolszewik – Aleksander Dugin3).

Podstawowy mechanizm novy jest bardzo prosty: zawsze wytwarzać tak wiele nierozwiązywalnych konfliktów, jak to tylko możliwe i zawsze wzmagać istniejące już konflikty – Odbywa się to poprzez składowanie na tej samej planecie form życiowych o niekompatybilnych warunkach bytowych – Oczywiście nie ma nic „niewłaściwego” w jakiejkolwiek dowolnej formie życia, jako że „niewłaściwość” znajduje odniesienie tylko do konfliktów z innymi formami życia – Sęk w tym, że te formy nie powinny przebywać na tej samej planecie – Ich warunki życia w obecnej postaci czasowej są zasadniczo niekompatybilne, zaś robota Motłochu Novy polega dokładnie na tym, aby utrzymać ten stan rzeczy, tworzyć i rozjątrzać konflikty, które prowadzą do eksplozji planety (…)

 – W dowolnym danym czasie aparatura nagraniowa przerabia naturę absolutnej potrzeby i dyktuje stosowanie broni totalnych – Takich jak ta: Wziąć dwie przeciwstawne grupy nacisku – Nagrać najbardziej brutalne i odgrażające się stanowiska jednej grupy względem drugiej i odtworzyć to tej ostatniej – Nagrać odpowiedź i dostarczyć ją z powrotem pierwszej grupie – W tył i naprzód pomiędzy przeciwstawnymi grupami nacisku – Ten proces jest znany jako „feedback” – Możesz dostrzec jego działanie w każdej zadymiastej spelunie – a ściślej rzecz biorąc w każdym konflikie – (…) W całym moim doświadczeniu oficera policyjnego na żadnej planecie nie widziałem tak totalnego strachu i degradacji – Zamierzamy aresztować tych kryminalistów i przekazać ich Wydziałowi Biologicznemu do wskazanych przeróbek.

W powyższych treściach można z powodzeniem upatrywać wartości satyrycznych, metaforycznych, czy literackich, w swej istocie kryją one jednak kod, pod którym kryje się nie jakaś tam ostygła prawda, ale samo poznanie (gnosis) jako trajektoria promienia przeszywającego kłamstwa „rzeczywistości”. Czy jest zatem coś mniej fikcyjnego w swych metafizycznych wskazówkach, niż „eksperymentalne science fiction” Burroughsa?

Zatem odczytywanie prac WSB w takim czy innym kontekście: jako nowatorskiej literatury, spaczonego science fiction, czy nawet interpretowanie ich na tym samym, powierzchownym poziomie, ale przy innym kolorycie wartościującym, udowadnia zwyczajnie niedostatki przenikliwości interpretatora. Twórczość Williama Sewarda Burroughsa to bowiem XX-wieczny analog gnostyckich apokryfów.

Nichtig

 

Przypisy:

1/ „(..)to, czym naprawdę jesteśmy, poza naszym dowodem tożsamości, nawet poza naszym własnym obrazem samego siebie – jest małym, ognistym fragmentem naszego prawdziwego Wyższego Ducha.” (Proces inicjacji, Oryginał angielski © 2000 Romero Lorenço da Cunha, źródło: http://franzbardon.pl/procesinicjacji.php)

2/ Zauważmy tu – chociażby za Krzysztofem Matysem – iż w przypadku gnostycyzmu może być mowa – w przeciwieństwie do religii o korzeniach semickich – tylko o dualiźmie antykosmicznym. „Gnostycki Bóg przeciwstawiony został światu. Jego natura jest inna niż natura kosmosu. Bóg nie odpowiada za powstanie świata i nie sprawuje nad nim zwierzchnictwa. Świat materii jest dziełem bytów niższych (Archontów). W kosmosie to one dzierżą władze. Bóg gnostyków jest pozaświatowy, jest oddzielony i ukryty.” – za: Gnostycyzm. Próba definicji – K. Matys, gnoza.pl 2006

3/ Np. esej „Gnostyk” (http://www.legitymizm.org/mlodziez_imperium/MI006/zasoby/32.html), czy „Od świętej geografii do geopolityki” – tłum. z ang. KS – Reakcjonista nr IV (tradycjonalizm.net) – zwł. podrozdziały „Ludzie Północy” i „Ludzie Południa”. Niespecjalnie zapowiada się na to, aby prędko ukazał się polski przekład jakiejkolwiek książkowej publikacji Dugina, choć ostatnio dało się zauważyć taki paradoks, jak obecność fragmentu jego wykładu nt. przyszłości geopolitycznej Ukrainy w „Angorze”.

 

Bibliografia:

 

Eseje:

1/ William S. Burroughs: 20th Century Gnostic Visionary – Robert Guffey –  New Dawn Magazine No.99 (XI/XII 2006) – http://www.newdawnmagazine.com/articles/william-s-burroughs-20th-century-gnostic-visionary

2/ Burroughs-ian Gnosticism: In His Own Words – Sven Davisson – Ashé Journal, Vol 4, Issue 3, s.469-483, 2005 – http://ashejournal.com/index.php?id=32

 

WSB:

Nova Express

The Western Lands (Zachodnia kraina, tłum. P. Lipszyc, Świat Książki 2009)

The Place of Dead Roads

Third Mind (wraz z Brionem Gysinem)

The Wild Boys (1971)

Cities of the Red Night (1981)

The Soft Machine (Delikatny mechanizm, tłum. M. Janiszewski, etiuda 2013)

Dekoder (1984)

Decoder_1984_poster

Zdecydowanie bardziej niż dla Bitników, obraz ten stanowi swoisty trybut dla sceny industrialnej. To undergroundowy, kontrkulturowy eksperyment filmowy, kontestujący chorobę duchowej nędzy Zachodu podług instynktu wspólnego obydwu wspomnianym wykwitom kultury niepokornej.

Wizje Williama Burroughsa oraz Genesisa P. Orridge’a odciskają znacznie większe piętno na ogólnej aurze i wymowie filmu, niż ich przelotna w nim obecność. Zresztą odtwórcą głównej roli – antysystemowego rozrabiaki – jest F.M. Einheit, znany szerzej z Einstürzende Neubauten (nie zabrakło tu również innego muzyka tego zespołu – Alexandra Hackego).

Ruch, wśród którego ikon obok w/w należy postawić SPK, stajnię Broken Flag, ale przede wszystkim Throbbing Gristle/Psychick TV/Thee Temple ov Psychick Youth, był w dużej mierze inspirowany twórczością Beat Generation – głównie Williamem S. Burroughsem, a nie resztą spółki. Już pierwsze sceny Dekodera ujawniają, czyja twórczość najmocniej wpłynęła na scenariusz i jego wizualizację.

WSB obsesyjnie nagrywał, odsłuchiwał, miksował, mieszał nagrania dźwiękowe i filmowe. Wokół podobnych operacji kluczy znaczna część tego obrazu, a najbardziej oczywistym przeniesieniem motywu z książek WSB są w scenariuszu Dekodera zamieszki wywołane odtwarzaniem przez młodych wykolejeńców subwersywnego noise’u w fast-foodach, tych świątynkach konsumpcjonizmu. Z drugiej strony lustra pojawia się „Dream Machine” Briona Gysina, ale trzeba ograniczyć spoilery.

Chłód perspektywy, sposób pracy kamery nie pozostawiają cienia wątpliwości, że Dekoder wpasowuje się w specyfikę alternatywnego niemieckiego kina z lat 80-tych. Filmowi blisko również do takich tytułów, jak Hardware, czy cronenbergerowskiego Wideodromu, ale Dekoder tylko ociera się o granice cyberpunku. Można się spierać w tej kwestii, ale nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dominującą kolorystykę i lekko futurystyczny klimat, zbieżność z cyberpunkiem zachodzi tu nieomal wyłącznie na płaszczyźnie wizualnej.

Zresztą barwy, którymi twórcy Dekodera traktują widzów po oczach – z przewagą błękitu, fioletu i czerwieni – intensyfikują stosowane środki wyrazu i przekazywane treści, stanowiąc jeden z głównych atutów filmu.

Inną techniką poświadczająca o jego artyzmie, czy eksperymentalności, jest wizualny sampling obrazów z różnych źródeł – nagrań z kamer monitoringowych, archiwalnych nagrań z zamieszek, urywków animacji, pastiszów reklam, sekwencji z peepshow – a wszystko transmitowane przeważnie na falach industrialnej elektroniki.

Na początku filmu cokolwiek widmowa postać w szarym płaszczu przemierza aseptyczne korytarze, mija pojedynczych pracowników zagadkowego podziemnego kompleksu, w drodze do chronionego pomieszczenia, skąd monitorowane są nagrania z kamer rozmieszczonych w przestrzeni miejskiej.

To swego rodzaju centrum operacyjne nie jest wcieleniem Studio Reality, ale jest mu bliskie, zwłaszcza gdy przyjrzymy się oferowanym przez niego możliwościom identyfikacji i kontrolowania obywateli. Te ostatnie nie wbijają na obszar znany z 9 żywotów Thomasa Katza, ale ten tytuł to nieco inny gatunek kota w butach, nawet jeśli stężenie absurdu i czarnego humoru w Dekoderze aktywuje stosowne receptory.

Mimo braku wysoce utytułowanej i wykwalifikowanej kadry, Dekoder jest udanym eksperymentem. Gra aktorska jest utrzymana na przyzwoitym poziomie, a przynajmniej w przypadku ważniejszych postaci. Rola przewodniej „lali” przypadła na przykład Christiane F., autorce Dzieci z Dworca Zoo. Nie zamierzam tknąć tej książki, ale Krystyna dodaje filmowi powabu. Oniryczna sekwencja z WSB nie jest jedyną sceną, w której się przewija i jego wpływ na całokształt tego dziełka znacznie przekracza rangę drugoplanowej roli.

Osobiście, lekko rozczarowałem się epizodem z Genesisem P-Orridgem, i jeśli jakaś niezdarność ukuła mnie w oczy, to właśnie w tej scenie. Nie zmienia to jednak tego, że Dekoder, na przekór swej niszowości, niskiego budżetu i pomniejszych technicznych niedopracowań, w moich oczach pozostaje jednym z ciekawszych i donośniejszych filmowych wyrazów zdecydowanej, niebanalnej krytki konsumpcyjnej zgnilizny zachodniej demokracji.

A że krytyka ta wykorzystuje przenikliwą burroughsowską metodykę i piętnuje Kontrolę, dezinformację i inne tegesy – trudno się dziwić, że film został zmarginalizowany, zaś jego reżyser – Muscha – nie nakręcił już niczego więcej.

Nichtig

Oryginalny tytuł: Decoder
Produkcja: Niemcy, 1984
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

=== Obejrzyj cały film ===

„Ah Pook jest tu!” – przekład i suplement

Poniżej prezentujemy przekład skryptu filmu krótkometrażowego w reż. Philipa Hunta wyprodukowanego w 1994. Narracja autora tekstu (podobno funkcjonariusza Nova Police) pochodzi z nagrań Dead City Radio, a sama „rutyna”, jakby to chyba należało nazwać za Rafałem Księżykiem, ukazała się początkowo w 1979 jako powieść graficzna z ilustracjami Malcolma McNeilla . Na koniec co nieco na temat ostatniej implementacji genialnej wizji Billa.

W rozsypanych ruinach wypalonego kosmosu, ostatni bóg, „AH POOK” debatuje ze swoim alter-ego nad roztrzęsioną równowagą pomiędzy życiem, a śmiercią. Animowany strumień świadomości w idiosynkretycznie mesmerycznych przerwach w narracji Burroughsa przynosi nam requiem dla padliny Armageddonu, nihilistycznego ramolenia ostatniego boga szukającego sensu własnego świata, a ostatecznie gorzki manifest oświecenia i wyzwolenia.

Kiedy staję się Śmiercią, Śmierć jest ziarnem, z jakiego wyrastam…

Itzama, duch porannej mgły i ulew.

Ixtaub, bogini sznurów i wnyków.

Ixchel, pajęcza sieć, łowca porannej rosy.

Zooheekock, dziewicza ognista patronka infantów.

Adziz, pan zimna.

Kockupocket, który pracuje w ogniu.

Ixtahdoom, ta która wypluwa drogocenne kamienie.

Ixchunchan, groźny.

Ah Pook, niszczyciel.

Hiroshima, 1945, 6 sierpnia, szesnaście minut po 8 rano.

Kto naprawdę wydał ten rozkaz?

Odpowiedź: Kontrola.

Odpowiedź: Ohydny Amerykaniec.

Odpowiedź: Narzędzie Kontroli.

Pytanie: Jeśli kontrola Kontroli jest absolutna, dlaczego Kontrola potrzebuje kontrolować?

Odpowiedź: Kontrola… potrzebuje czasu.

Pytanie: Czy Kontrola jest kontrolowana przez swoją potrzebę kontroli?

Odpowiedź: Tak.

Dlaczego Kontrola potrzebuje, jak ich nazywasz, ludzi?

Odpowiedź: Czekaj… czekaj! Czas, pole lotniskowe. Śmierć potrzebuje czasu jak ćpun potrzebuje ćpania.

Pytanie: A po co Śmierć potrzebuje czasu?

Odpowiedź: Odpowiedź jest taaaaak prosta. Śmierć potrzebuje czasu, aby to, co zabija urosło, na litość Ah Pooka.

Śmierć potrzebuje czasu, aby to, co zabija urosło, na słodką litość Ah Pooka, ty głupi, wulgarny, zachłanny, ohydny amerykański śmiercio­ssijco.

Śmierć potrzebuje czasu, aby to, co zabija urosło, na słodką litość Ah Pooka, ty głupi, wulgarny, zachłanny, ohydny amerykański śmiercio­ssijco… ot tak.

Mamy teraz nowy rodzaj władzy. Nie władzę jednego człowieka, ani władzę arystokracji czy plutokracji, lecz władzę małych grup wywyższonych na pozycje absolutnej mocy poprzez przypadkowe naciski i podległość względem politycznych i ekonomicznych czynników, które pozostawiają mało miejsca na decyzje. Są przedstawicielami abstrakcyjnych sił…

[Ah Pook chwyta dwulufowy shotgun i otwiera komorę z dwoma nabojami. Zamyka ją.]

…które osiągnęły władzę poprzez poddanie jaźni.

Dyktator o żelaznej woli to anachronizm. Nie będzie więcej Stalinów ani Hitlerów. Władcy tego najbardziej niebezpiecznego ze wszystkich światów są władcami z przypadku…

[Ah Pook podnosi shotgun.]

…niekompetentnymi, przestraszonymi pilotami przy kontrolkach…

[Ah Pook wkłada lufę w usta, a głos kontynuuje]:

…rozległej maszyny, której nie mogą zrozumieć, wołając specjalistów, aby powiedzieli im, które przyciski nacisnąć.

[Ah Pook pociąga za spust.]

William Seward Burroughs

 wsbahpookishere

Suplement: Malcolm McNeill, obserwacje upadku i zaginione dzieło Ah Pooka

Współpraca WSB z Malcolmem McNeillem (wówczas 23-latkiem) zaczęła się w 1970 r. w Londynie. Jej pierwszym rezultatem był cykl historyjek komiksowych pt. The Unspeakable Mr. Hart (o czym już pisaliśmy na MGV tutaj), publikowanych w brytyjskim piśmie Cyclops (The First English Adult Comic Paper). Obydwaj artyści kontynuowali współpracę, jednak dopiero w 1976 roku ukazało się raptem 18 z ok. 120 stron komiksu, pierwotnie tytułowanego Ah Puch is Here. Bardzo detalistyczne, złożone ilustracje McNeilla – być może nie bez pewnej przesady – można by przyrównać do XX-wiecznej wersji tego, co na przełomie XV i XVI wieku tworzył Hieronymus Bosch, dając wyraz wzbierającemu w zbiorowej podświadomości, czy też zwyczajnie ówczesnej kulturze, lękowi przed Chaosem, przebijającemu poprzez dziury w murze/systemie Kontroli.

Miejscem pierwszej publikacji fragmentów Ah Puch… był Rush Magazine pod koniec 1976 r. W związku z licznymi komplikacjami, zawiłością życiorysów obydwu zaangażowanych, w tym rozkręcającą się sukcesywnie karierą Malcolma i wynikającym z teg wolnym postępem nad ukończeniem prac nad zamierzoną postacią dzieła, John Calder i Viking Penguin wydali w 1979 nowelkę w postaci tekstowej, pt. Ah Pook is Here (and other texts).

Dopiero w latach 2008-9 oryginalne prace rysunkowe McNeilla doczekały się wystaw w galeriach sztuki. Ostatecznie planowane pełnoprawne dzieło, mające stanowić fuzję komiksu z tekstem i obrazami pozbawionymi „dymków”, nie doczekało się wydania we właściwej postaci, jednakże McNeill doprowadził do wydania 2 książek w oparciu o twórczość z okresu współpracy z Billem – tj. The Lost Art of Ah Pook oraz Observed while falling, w której dodatkowo opisuje swoją znajomość z WSB.

Wydawcą tych skarbów jest Fantasgraphic Books. Co do pierwszej z tych publikacji, nie udało się do niej niestety włączyć tekstów samego Burroughsa. Nad przyczynami tego stanu rzeczy McNeill wolał się nie rozwodzić… Abstrahując od zawiłośći formalno-prawnych, podejrzewam, że stoją za tym te same naciski, które z powodzeniem usiłowały zapobiec wydaniu tej powieści komiksowej w zamierzonej przez obydwu jej autorów postaci.

Rekompensatę za to wszystko stanowi druga z książek, jakkolwiek wątpię, aby polscy czytelnicy doczekali się prędko komfortowego do niej dostępu.

Malcolm McNeilll

Nikt przenigdy nie stworzył lepszych ilustracji dla – i z Burroughsem niż Malcolm McNeill. Observed While Falling jest szczerym, dziwacznym i poruszającym pamiętnikiem, zaś The Lost Art. of Ah Pook is Here to bez wątpienia pierwszo klasowa kontrybucja wizualna do twórczości i mitologii Burroughsa. – jak mówi James Reich (Boldtype).

„Observed While Falling”, pamiętnik i trzecia książka w tej trylogii jest niemniej esencjonalna dla każdego poszukiwacza głębszego zrozumienia, co też nakręcało Burroughsa. Powinna być postrzegana – wraz z artworkiem, niestety oddzielonym od tekstu WSB, jako jedno z najbardziej ekscytujących, obserwacyjnych – i – co daje frajdę- wysoce osobistych/subiektywnych – spojrzeń na Burroughsa, jakie wyszły spod ręki jego przyjaciół czy współpracowników… Mc Neill jest dobrym pisarzem – facet musi być świetnym gawędziarzem – a przy tym nigdy nie zapomina o kim tak naprawdę jest ta książka. – Richard Metzger (Dangerous Minds).

Odnośniki:

Wyd. Fantagraphics – w tym podgląd kilkunastu ilustracji McNeilla w pliku PDF

The Lost Art of Ah Pook

Źródło (1999)

the_source_1999

Prawdziwie smaczny dokument na temat perypetii i wpływu Beat Generation na kulturę współczesną, oszałamiający mnogością kultowych osobistości, które zostały w nim utrwalone, nie tylko jako historyczne podmioty, ale także jako obiekty aktorskiej interpretacji. Film nie przytłacza jednak wywiadami, które stanowią tylko jeden z elementów barwnej narracji, starającej się odpowiedzieć na pytanie, gdzie i kiedy narodziła się energia Beat Generation oraz w jaki sposób została spożytkowana przez następne pokolenia w czterech kolejnych dekadach.

Źródło oferuje coś zarówno laikom, jak i ekspertom. Film ujawnia masę szczegółów w formie rzadko prezentowanych materiałów dokumentalnych, klipów filmowych, zdjęć, wypowiedzi i reportaży ze spotkań, koncertów czy wieczorków literackich. Reżyser Chuck Workman postawił sobie ambitne zadanie pokazania, jak termin Beat Generation ewoluował od małej grupki artystów, która spotkała się pod koniec lat ’40 w Nowym Jorku, przez ruch kontrkulturowy o trudnych do wyznaczenia granicach, aż po masową subkulturę bitników (nie mylić z Bitnikami), która stała się elementem satyrycznej eksploatacji medialnej.

Workman nie unika trudnych i rzadko zadawanych pytań, przekraczając interpretacyjną linię najmniejszego oporu – napisali kilka książek i stali się  mainstreamem – dzięki pokazaniu gigantycznego wpływu idei Ginsberga, Kerouaca i Burroughsa na kulturową rewolucję lat ’60 i ’70, której retro-futurystyczny renesans mieliśmy okazję obserwować w latach ’90 na skutek zwiększającego się wpływu sieci komputerowych i ponownego odkrycia potencjału środków psychedelicznych. Pomogło mu zaś odejście Ginsberga i Burroughsa, które wywołało nagły nawrót zainteresowania ich twórczością.

Jak można się spodziewać, reżyser nie próbuje nawet ukrywać, że Beat Generation nigdy nie weszłaby na kontrkulturowo-buddyjsko-surrealistyczne tory, gdyby nie dragi, choć gdy temat buddyzmu zostaje poruszony, William Burroughs – król narkotykowej prozy i mrocznych nurtów transgresji – mówi wprost: Nigdy nie miałem pojęcia o co chodzi w buddyzmie, Ginsberg był w to mocno wkręcony. Tu oczywiście pojawia się także Gary Snyder, przemawiający z wysuszoną prerią i górami w tle, który wskazuje na efekt, jaki dziki krajobraz miał na Bitników, gdy ci postanowili przenieść się z Nowego Jorku na Zachód.

Każdy z gigantów dostaje tu swoje 15 minut – zaś ci mniej znani, jak Herbert Huncke, Philip Whalen, Gregory Corso czy Michael McClure, dostają 5 – a W drodze, Skowyt i Nagi lunch zostają nawet wyrecytowane przez aktorów będących wielkimi fanami tych dzieł. Udział Dennisa Hoppera idzie jednak znacznie dalej, gdyż artysta oprócz niezwykle teatralnej, dramatycznej interpretacji Nagiego lunchu wciela się w postać Burroughsa (używając jako materiału jakiegoś mało znanego wywiadu), a częściowo służy również jako narrator cytujący ostatnie słowa Allena Ginsberga i Timothy Leary’ego (ten drugi również pojawia się w filmie).

Nie zaskakuje także obecność Johnny’ego Deppa, który oprócz urywków W drodze przypomina słynną listę dziesięciu rzeczy do zrobienia w życiu napisaną przez Kerouaca. W rolę Ginsberga wciela się zaś John Turturro (Barton Fink, Big Lebowski), który recytuje Skowyt – poemat, który przysporzył darmowej reklamy ruchowi i wyniósł go na piedestał. W istocie, jak mówi Ginsberg, kiedy magazyn Time chciał na tej fali zrobić wywiad z Bitnikami, oczywistym wydało się, że we współczesnej Ameryce nkt poza nimi nie ma w zasadzie nic do powiedzenia.

To jednak zmieniło się, gdy Kerouac pojawił się po raz pierwszy w telewizji w 1959, a dzielnica North Beach w San Francisco zaczęła się zaludniać hipsterami z brodą, w sweterkach i beretach, którzy dali okazję do eksploatacji rosnącego w popularność ruchu filmowcom tj. Roger Corman (Wiadro krwi) czy Charles Haas (The Beat Generation) i wykwitu krótkotrwałego fenomenu beatniksploitation, którego komercyjny sukces doprowadził nawet do adaptacji prozy Kerouaca (Podziemni, 1960, reż. Ranald MacDougall). To popchnęło z kolei do emigracji Ginsberga i Burroughsa ze Stanów Zjednoczonych, którzy wrócili dopiero po kilku latach.

Jednak wirus Bitników był nie do zatrzymania i już wkrótce zamącił w głowie kolejnemu pokoleniu twórców, z których najwybitniejszym stał się Ken Kesey. Przepytywany w filmie o wpływ, który wywarło na niego dzieło Kerouaca, znany pisarz odpowiada że „stała się nim droga jako krajobraz poszukiwania wolności absolutnej”. Jego mityczny autobus Further z komuną The Merry Pranksters na pokładzie wyruszył w 1964 w swoją własną drogę z Nealem Cassadym za kółkiem, który połączył mistykę Beat Generation z anarchistycznym duchem Baby Boomers. Co ciekawe, Ginsberg podkreśla, że Bitników oryginalnie polityka nie interesowała w ogóle.

W efekcie, rosnąca w siłę kontrkultura młodzieżowa szybko zaakceptowała Bitników jako „starszyznę plemienną”, która w osobie Snydera i Ginsberga pojawiła się nawet podczas słynnego Be-In zorganizowanego w 1967 w parku Golden Gate. Wiele na ten temat ma do powiedzenia Jerry Garcia, który był w centrum tej fuzji i miał okazję dobrzez poznać Cassady’ego – odrysowanego w filmie nie bez powodu jako muza Beat Generation. Za nim pojawia się także Bob Dylan, wierny uczeń Ginsberga, a w podsumowaniu dostajemy piękną prawdę: „Praktycznie żadna działalność kontrkulturowa nie byłaby możliwa, gdyby nie Beat Generation. Współcześni buntownicy stoją na ramionach swoich ojców.” Dokument obowiązkowy!

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Source
Produkcja: USA, 1999
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4,5/5

11 być może najlepszych filmów o narkotykach!

Kino narkotykowe to temat bardzo szeroki. Dragi pojawiają się jako temat główny lub jeden z najważniejszych wątków od połowy lat ’30, zarówno w filmach głównego nurtu, co w kinie klasy B oraz w wyrafinowanych obrazach autorskich. Wszystkich z nich nie sposób streścić w jednym zestawieniu, a poniższe stara się jedynie odpowiedzieć na pytanie, które z nich są naprawdę warte obejrzenia.

1.                Fear and Loathing in Las Vegas / Las Vegas Parano (1998)

Film, który stał się natychmiastowym klasykiem tuż po swojej premierze. Mimo grymaszenia nowojorskich krytyków, że nie oddaje sprawiedliwości gęstej, psychedelicznej prozie Huntera S. Thompsona, stał się obowiązkowym mózgojebem dla pokolenia Y (które dorastało w drugiej połowie lat ’90 i na początku naszego wieku). Johnny Depp dał tu z siebie wszystko – filmowych manieryzmów ucząc się przez wiele miesięcy od samego Huntera, który pobłogosławił projekt, gdy na pokład wskoczył Terry Gilliam. Niegorszy w filmie jest Benicio Del Toro jako psychotyczny prawnik, który zżera cały arkusz Słonecznego Kwasu i każe wrzucić sobie do wanny magnetofon, gdy White Rabbit Jefferson Airplane osiągnie kulminację. Seans obowiązkowy!

 2.                Drugstore Cowboy / Narkotykowy kowboj (1989)

Przepiękny film w reżyserii Gusa Van Santa, będący doskonałym przykładem jego wczesnego, ulicznego stylu, zanim twórca przedarł się do mainstreamu za sprawą Buntownika z wyboru w 1997. Dramatyczna historia Boba, jego żony Diane i ich małej bandy nosi wszystkie ślady reinterpretacji mitu Bonnie i Clyde, tyle że tym razem antybohaterowie polują na dragi – wszystko co da się skroić w aptece: dilaudid, nembutal, morfinę. Ale kiedy ich małomiasteczkowa melina staje się obiektem policyjnego rajdu, banda postanawia ruszyć w drogę, co prowadzi do całej serii tragikomicznych wypadków. W końcówce Bob rzuca jednak nałóg i podejmuje terapię metadonową, w której pomaga mu charakter pastora grany przez samego Williama S. Burroughsa. Rewelacyjna końcówka. Nie wolno pominąć!

 3.                The Trip / Podróż (1967)

Kultowy film Rogera Cormana na podstawie scenariusza Jacka Nicholsona, który został bezlitośnie pocięty i ocenzurowany przez AIP, a następnie zbanowany w USA, Kanadzie i niemal wszystkich krajach europejskich na prawie cztery dekady. Peter, reżyser reklamówek, grany przez Petera Fondę, przechodzi kryzys osobisty związany z rozwodem i postanawia spróbować kwasu, który załatwia mu jego ziomek (w tej roli Bruce Dern). Trip, który przechodzi, prowadzi go przez hipisowskie skłoty, kluby na Sunset Strip i inne dziwne miejsca, a kończy się oryginalnie przywitaniem nowego dnia na plaży.  Wszystko to genialnie ilustruje muzyka The Electric Flag. Część filmu została wyreżyserowana przez Dennisa Hoppera, który pojawia się w nim jako Max, kręcąc jointy i improwizując pokręcone monologi. Godard klasy B, który mimo że troszkę się zestarzał, wciąż bawi wyśmienicie!

 4.                Blow (2001)

Doskonały film Teda Demme’a, który rok po premierze zmarł na skutek przedawkowania koksu. Ale jego miłość do elektrycznego proszku zaowocowała jednym z najbardziej kultowych filmów o narkotykach wszech czasów. Oparty na prawdziwej historii George’a Junga – jednego z największych przemytników kokainy lat ’70 – czaruje swoim wglądem w złotą epokę amerykańskiego handlu dragami. Nasz bohater zaczyna w buntowniczych latach ’60 od dilowania marihuaną na kalifornijskiej plaży, ale po krótkim pobycie w pierdlu przerzuca się na kolumbijski eliksir szczęścia. Osobista historia George’a została podana w szerszym kontekście amerykańskiej historii drugiej połowy XX w. z wiarygodnością, której wiele innych filmów mogłoby pozazdrościć. Film zabija świetną obsadą: Johhny Depp, Penelope Cruz, Ray Liotta, Rachel Griffiths i Paul Reubens.

 5.                Altered States / Odmienne stany świadomości (1980)

Mimo że daleki od arcydzieł Kena Russella tj. Diabły czy Kochankowie muzyki, także ten obraz posiada swój własny smak, który docenią przede wszystkim miłośnicy kina klasy B. Po premierze zniszczony przez krytyków, z czasem wdrapał się na panteon obrazów kultowych ze względu na upiorną, psychedeliczną atmosferę i niszczące mózg wizualizacje grzybowych wizji. A żeby było jeszcze lepiej scenariusz napisał genialny Paddy Chayefsky (Sieć) na podstawie własnej książki. W skrócie, jest to historia akademickiego antropologa, który swoje zainteresowanie magicznymi grzybami zamienia w niebezpieczną grę, stając się ofiarą własnych badań naukowych. Surrealistyczna intryga w drugiej połowie przekracza wszelkie granice absurdu, ale pierwszy akt jest mistrzowski. Tylko dla zaprawionych w bojach widzów.

 6.                Nice Dreams (1981)

Ze wszystkich filmów z Cheechem i Chongiem temu należy poświęcić wyjątkową uwagę, gdyż znaczy on zarówno szczyt formy komediowego duetu, jak też koniec liberalnej epoki w amerykańskim kinie. Para niesfornych potheadów wplątuje się tym razem w grubą aferę, której sceną jest gigantyczna plantacja szalonego Jimmy’ego. Śledzeni przez FBI zaszywają się w chińskiej restauracji, tylko po to by przeżyć groźne spotkanie z brutalnym  motocyklistą Zwierzakiem, który zakłóca ich namiętny wieczór w hotelu z Donną, a ostatecznie skończyć w szpitalu dla psychicznie chorych, z którego wyciąga ich sam Timothy Leary oferując trip na kwasie. Idealna komedia marihuanowa, której próżno szukać wśród dzisiejszych produkcji filmowych! Zdmuchnie czaszkę wytrawnym palaczom!

 7.                Requiem for a Dream / Requiem dla snu (2000)

Jeden z najbardziej niepokojących filmów narkotykowych, jakie kiedykolwiek rzucono na ekrany. Wyreżyserowany przez Darrena Aronofsky’ego na fali sukcesu debiutanckiego Pi, pod przykrywką historii o narkotykach podejmuje ważne pytania na temat ludzkiej kondycji. Gdzie prowadzą nas marzenia? Czy narkotyk to coś więcej niż tylko substancja chemiczna? Kiedy życie wyrywa się spod kontroli? W jaki sposób koimy cierpienie? Historia zostaje osadzona w Nowym Jorku, gdzie heroinowy ćpun Harry Goldfarb, jego uzależniona od tej samej substancji dziewczyna Marion i czarny przyjaciel Tyron marzą o lepszym życiu, w efekcie próbują stać się kowalami własnego losu. W tle rozgrywa się także dramatyczna historia matki Harry’ego, Sary (Ellen Burstyn), która bezwiednie poddaje się telewizyjnej iluzji, obiecującej powrót do ekscytujących lat młodości. Seans obowiązkowy!

 8.                Trainspotting (1996)

Film, który idealnie podsumował początek lat ’90: renesans zainteresowania dragami, eksplozję kultury rave i ostateczne pożeganie materializmu yuppie. Wybierz życie, wybierz pracę, wybierz pierwszy dom? Nasi szkoccy antybohaterowie mówią zdecydowanie nie, preferując strzelanie w kanał od kariery zawodowej. Danny Boyle odwalił tu piekielną robotę pokazując realia szkockiej klasy robotniczej z klozetowym realizmem, ale mistrzowskim humorem. Renton, Sick Boy, Spud i Tommy (Kevin McKidd – dzisiaj Grey’s Anatomy) nie spoczną w poszukiwaniu alternatywnych przyjemności, prowadząc przy tym genialne gadki, z którymi każdy może się zidentyfikować. Przyjaźń, dragi i satyra na życie nowego pokolenia hedonistów. Rewelacyjne aktorstwo i fantastyczna ścieżka dźwiękowa dopełniają efektu.

 9.                 Enter The Void / Wkraczając w pustkę (2009)

Film, który z historii o narkotykach uczynił traktat mistyczny poruszający wszystkie najważniejsze pytania, które od wieków zadawał sobie człowiek. Trip na DMT umierającego bohatera jest z jednej strony najgłębszym doświadczeniem psychedelicznym, z jakim ten miał kiedykolwiek do czynienia, ale z drugiej jest podróżą duszy w czasoprzestrzeni, która odkrywa przed nim tajniki własnego przeznaczenia. Film Gaspara Noé jest zapierającym dech w piersiach, bezwzględnym obrazem współczesnego Tokio, ale również głęboko emocjonalnym studium elementów, które zlepione razem tworzą jednostkę ludzką. Jeśli kiedykolwiek nakręcono o narkotykach dzieło totalne, praktycznie wyczerpujące temat, jest nim właśnie ten film. Obraz niełatwy i na pewno nie dla ludzi o słabych nerwach, ale przynoszący jedyną w swoim rodzaju satysfakcję.

 10.            Uczniowska balanga / Dazed and Confused (1993)

Richard Linklater cofa nas do połowy liberalnych lat ’70 w Teksasie, gdzie dorasta banda kochających imprezki nastolatków z miejscowej szkoły średniej. Film podejmuje temat dorastania i rozstawania się z domem w tym samym stopniu, w jakim dwie dekady wcześniej uczyniło to American Graffiti George’a Lucasa. Obraz jednego dnia z życia: beztroski i nadchodzącego lata. Dla nastolatków liczy się głównie włóczenie po barach, jaranie bongów, podrywanie dziewczyn i okazjonalne odwalanie głupich numerów. Wszystko zaś w chmurach marihuany i oparach piwa. Miły w odbiorze, a pewnych kręgach kultowy film, w którym można zobaczyć wiele dzisiaj słynnych aktorów tj. Matthew McConaughey, Milla Jovovich, Ben Affleck czy Jason London.

 11.            Easy Rider (1969)

Niejedna scena w Easy Riderze została zrealizowana po kilku jointach – dzięki czemu film pozostaje do dzisiaj potężnym manifestem kultury marihuanowej. Obraz, dystrybuowany przez Columbię, stał się natychmiastowym sukcesem w USA i w Europie, zgarniając nagrodę dla najlepszego nowego reżysera w Cannes w 1969 – kategoria została utworzona specjalnie po to, by przyznac nagrodę filmowi. Motyw obracania koksem przez Wyatta i Billy’ego w filmie nie był jednak wyrachowaną kalkulacją rynkową artystów, lecz wynikiem racjonalnego rozumowania. Komercyjnej ilości marihuany nie dałoby się w żaden sposób upchnąć w baku motocykla, a heroina nie wchodziła w grę, gdyż Hopper widział zbyt wiele ćpunów pożartych przez narkotyk.

Conradino Beb

 

Kolejny krok to 11 innych ciekawych filmów o narkotykach, których możesz nie znać!

Chelsea Light Moving – Chelsea Light Moving (2013)

Chelsea_Light_Moving_cover

I wziął się w końcu Thurstone Moore za siebie, i nagrał długo oczekiwany album ze swoim nowym składem, do którego weszli: Keith Wood, Samara Lubelski i John Moloney – muzycy związani na co dzień z Sunburned Hand of the Man i Hush Arbors. Chelsea Light Moving zasygnalizowali swoje istnienie już w zeszłym roku, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze mp3, które wywołały prawdziwą gorączkę oczekiwania. A nie ma się czemu dziwić, gdyż w obliczu ostatecznego końca Sonic Youth, którze praktycznie przestali nagrywać po rozpadzie 27-letniego związku Moore’a z Kim Gordon, Chelsea Light Moving mogą stać się dobrym zapychaczem.

Muzyka kwartetu Moore’a nie odwołuje się jednak bezpośrednio do stylistyki królów nowojorskiego indie zwracając się bardziej w stronę punkowo-noise’owych korzeni, od których Sonic Youth zaczęli coraz bardziej odchodzić po nagraniu legendarnego Daydream Nation. Tak jest, Chelsea Light Moving w dużej mierze zawracają falę czasu! Na debiutanckiej płycie grupy mało jest miejsca na podskórne, eksperymentalne pejzaże, którymi wypełnione są kultowe już dzisiaj Goo (1990) czy Dirty (1992), co wprowadziło w końcu Sonic Youth na drogę post-noise’owego folku. To zaś w pewnym momencie zaczęło być męczące i z czasem okazało się ślepą uliczką, gdyż kolejne płyty nie wyrastały ponad poziom klonów.

A Chelsea Light Moving rzucają na tacę głównie energiczne kompozycje z punkowym pazurem i masą hałasu w tle – doskonałe audiofoniczne mięso. Nie brakuje tu jednak sludge core’owych odlotów w stylu The Melvins, jak znakomity kawałek Alighted, zagrany na mocno przesterowanych gitarach i dudniącym od echa basie, który po mocnym intrze nagle zamienia się w typowe dla kompozycji Moore’a, minimalistyczne piłowanie na trzy akordy. Możemy również odfrunąć przy nastrojowym spoken word. Heavenmetal to piękna melodeklamacja z zapętlonym riffem gitarowym na temat duchowej podróży ku gwiazdom – kolejny ukłon w stronę ulubionej formy audio Beat Generation, przywołujący nastrój Zachodnich widnokręgów. Czystym punk rockiem jest za to bardzo dobry cover Communist Eyes – klasyka The Germs!

Całości dopełniają krótkie nastrojowe kompozycje, jak otwierająca album Lip, w której Moore daje nam do zrozumienia, że jeszcze nie chce strzelić sobie w łeb i namawia do pokochania życia. Innym powrotem do dobrze znanej, postnoise’owej stylistyki jest Frank O’Hara Hit. Ale hitem na płycie jest przede wszystkim Burroughs – Moore wypowiadał się przed premierą, że zespół ma być spełnieniem idei Burroughs rocka i proszę bardzo, kolejny hołd. Dużo hałasu + dużo przesteru + chwytliwy refren tworzą jeden z bardziej sonicyouthowych numerów na płycie. Wypisz, wymaluj, jak klasyczne hymny z Washing Machine. Drugim ukłonem w stronę list przebojów jest Groovy + Linda, klasyczny noisik z prowokacyjnym tekstem: Don’t shoot, we are your children. Bardzo wyważona, nawet jeśli minimalnie eksperymentalna płyta, która zapowiada muzyczne odrodzenie Thurstona Moore’a.

Conradino Beb