W poszukiwaniu inspiracji i pięknych słowiańskich chłopców, czyli trzy pielgrzymki Allena Ginsberga do Ziemi Polskiej

ginsberg praga
Allen Ginsberg w Pradze, tydzień po pierwszej wizycie w Polsce / 1965

Gdy Edward White przygotowywał się do odbycia pierwszego spaceru w przestrzeni kosmicznej, a amerykańskie śmigłowce latały masowo nad Wietnamem, biedny i szary kraj nad Wisłą oczekiwał na przybycie arcyważnego gościa z zagranicy. Zamiatano chodniki, malowano przystanki, łatano dziury w drogach i uzupełniano zapasy niezbędnego alkoholu. Na lastrykowych parapetach miały zagościć nowiuteńkie kompozycje paprotek, a obsługa hotelowa była kierowana na kursy języka obcego.

Dzieci czekały z kwiatami, a piękne niewiasty nie mogły powstrzymać się od wybuchów szaleńczej radości, gdyż już lada moment granicę Polskiej Republiki Ludowej miał przekroczyć zacny piewca pokoju, niezrównany geniusz słowa, człek wielkiego serca, orędownik biednych i pokrzywdzonych, przyszły przywódca duchowy oświeconej części świata, najrówniejszy wśród równych – Leonid Breżniew!

Dziwnym trafem, „odwiedziny” te zbiegły się z innymi, o wiele mniej spektakularnymi, kiedy mało znany (w ówczesnej Polsce) poeta z Ameryki przybył do Peerelu na zaproszenie Związku Literatów Polskich. Jedyną rzeczą, która łączyła te dwie wizyty – oprócz daty – była ukryta nadzieja obydwóch gości, że uda się im wyruchać kogoś w dupę. Różnica była taka, że jeden miał na myśli miłego, przystojnego Polaka, a drugi kraj, w którym chłopcy ci piękni mieszkali.

1965

Była wiosna roku Pańskiego 1965 i rzeczony Allen Ginsberg miał przy sobie podręczny bagaż, pojemny notes na wiersze, własnoręcznie sporządzone rozmówki angielsko-polskie i długą, starannie przyciętą brodę, dzięki której wyglądał jak żywcem zdarty z portretów Karola Marksa, zdobiących wówczas ściany niejednej warszawskiej kawiarni.

W takiej kawiarni po raz pierwszy spotkał go właśnie polski poeta Nowej Fali – Jarosław Markiewicz. Literat przez chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym onieśmielony wydukał po francusku: „To pan jest tym amerykańskim poetą? Przecież to niemożliwe!”. Allen potwierdził, że to jednak możliwe i zapytał, skąd go zna? Tamten odparł, że czytał jego wiersze w polonijnym kwartalniku literackim i ogólnie, że „łał”. Ginsberg słysząc to ucieszył się niezmiernie i powiedział, że mogą razem zorganizować kilka wypadów na miasto.

Literackich iwentów było wtedy niemało i na jednym z nich ex-Bitnik spotkał się m.in. z Herbertem, Grochowiakiem i Arturem Sandauerem – tego ostatniego odwiedził nawet osobiście w mieszkaniu, co zresztą nie było dziwne, ponieważ uchodził on wówczas za największą szychę polskiej krytyki literackiej i trzeba mu było pokazać „egzotycznego” poetę z Ameryki.

Jednak gospodarz chyba nie zapamiętał dobrze tej wizyty, bo gdy Sandauer wraz z Markiewiczem tylko na moment zostawili Ginsberga samego, po chwili musieli oglądać, jak Amerykanin odpierdala jakieś „buddyjskie hołupce” i za bardzo nie wiedzieli, czy mają wzywać pomoc, czy tylko się przyglądać. Jednak incydent zupełnie nie przeszkodził Markiewiczowi w przedstawieniu artysty jednemu z najbardziej odjechanych twórców powojennej Warszawy, czyli Mironowi Białoszewskiemu.

Drzwi otworzył chłopak Mirona, Leszek. Z początku atmosfera była dość drętwa, jeśli nie „krępująca”, bo po francusku dogadać się było trudno (po angielsku jeszcze gorzej), a wspólnych tematów literackich też poeci nie mieli za wiele. Rozkoszny Ginsberg uśmiechał się i przeglądał notatki Mirona, z których zapewne niewiele rozumiał, ale niezwykle się cieszył.

allen kielce 1986
Allen Ginsberg i Szczęsny Wroński (pierwszy z prawej) – Pałacyk Zielińskiego, Kielce / wrzesień 1986 (fot. Zbigniew A. Stefański)

Później wskoczył na biurko, przeglądał biblioteczkę, siadał, wstawał, zachowując się niczym wiejski przygłup z ADHD. Jednak Białoszewskiego po pewnym czasie ta niecodzienna sytuacja zaczęła irytować. Dopytywał, czy aby na pewno Ginsberg jest Żydem, a nawet nazwał Amerykanina kabotynem. Na usta cisnęły mu się już słowa typu: „A w coś ty mnie tu wpuścił, Leszku?”.

Chłopaki odnaleźli wspólny język dopiero, gdy Ginsberg zagaił coś o narkotykach i szybko wyszło na jaw, że Miron leci na kodeinie, a Allen na LSD. Temat okazał się istnym workiem bez dna, ponieważ obaj twórcy lubili dobrze przyjebać. Gospodarze przywołali na dodatek temat Witkacego oraz jego przygód z dragami, co rzecz jasna bardzo zainteresowało Ginsberga. Snuli już prawie plany wspólnych tripów, lecz czas naglił i trzeba było się pożegnać.

Ostatecznie poeci rozstali się w dobrych nastrojach, choć w relacji Białoszewskiego czuje się, że pozostał lekko uprzedzony w stosunku do Ginsberga. Może nie potrafił zrozumieć jego talentu, a może bariera kulturowa była w tym przypadku nie do przebrnięcia. Widać to wyraźnie, gdyż Białoszewski opowiada o świeżo napisanym przez Ginsberga wierszu, który Amerykanin przyniósł do mieszkania, a premierowo odczytał (oraz „wytłumaczył” swojemu chłopakowi) Leszek. Wszyscy byli zachwyceni, choć w opinii Mirona poemat „dupy nie urywał”. A był to wiersz o Polsce, o Warszawie, o warszawskiej kawiarni…

Warszawska kawiarnia

Te widma spoczywające na plastikowych stołkach
Widma w skórzanych rękawiczkach przez godzinę mknące wzdłuż całej kawiarni
Widma dziewczyn z okaleczonymi obliczami, czarnymi pończochami brwiami cienkimi
Widma chłopców z małymi bródkami, o blond włosach przylizanych do czaszki
Nowe widma wciągnięte w rozmowy, tłoczące się wokół czarnych stołów późnym
popołudniem
smutny sopran historii płynący z głośnika hi-fi
– perspektywa murów i okien z XVIII wieku od Nowego Świata aż po kolumnę Zygmunta III –
z podniesionym mieczem strzegącego od trzech stuleci polskiej młodzieży
O polskie widma ileście wycierpiały odkąd Chopin ronił łzy do swego
romantycznego fortepianu
zruiniałe stare budowle, wesołość całonocnych zabaw pod bombami lotniczymi,
pierwsze krzyki znikającego getta – Robotnicy kroczą przez różowo-błękitne ściany
przedwojennej sypialni, niszcząc spowite słońcem gruzy –
Teraz widma gromadzą się do całowania rąk, dziewczyny całują się wzajemnie, paryskie
włosy rudych czarownic
i szczerozłote zegarki – by usiąść pod żółtą ścianą z dużą brązową teczką –
by wypalić trzy papierosy w cienkich czarnych krawatach i kiwnąć głową na temat nowego filmu
Widma Chrystusa i wasze ciała niech będą z wami w godzinie waszej młodości
w powojennym niebie splamionym przez pot Komunizmu, wasze miłości i wasze białe
gładkie policzki delikatne we wzajemnym spojrzeniu.
O widma, jak piękne są wasze spokojne ogolone twarze, wasze szale koloru bladej szminki,
wasze liche obcasy,
jak piękne wasze nieobecne spojrzenie, z samotnie skrzyżowanymi nogami na stole, z długimi rzęsami,
jak piękna wasza cierpliwa miłość siedzących razem czytających czasopisma o sztuce –
jak pięknie wchodzicie przez drzwi zasłonięte aksamitną kotarą, ze śmiechem do
zatłoczonego pokoju
jak czekacie w kapeluszach, oceniając inne twarze, i odwracacie się i wychodzicie na godzinę
lub dumacie przy barze, czekając aż ospała kelnerka zaparzy czerwoną gorącą herbatę,
minuta po minucie
wciąż stojąc, podczas gdy godziny uderzają w kościelne dzwony, podczas gdy lata mijają, a
wy pozostaniecie na ulicy Nowy Świat
jak pięknie ściągacie wargi, wzdychając wypuszczacie dym z waszych ust, pocieracie wasze dłonie
lub ze śmiechem nachylacie się ku sobie na widok tego dzikiego kudłatego szaleńca, który
siedzi i płacze pośród was obcy.

                        10.04.1965

W stolicy Ginsberg zdążył jeszcze zwiedzić ruiny getta, po czym wyruszył koleją do Krakowa. Na samym dworcu przywitał go kontrowersyjny sytuacjonista i ówczesny „gwiazdor” krakowskiej awangardy – Krzysztof Niemczyk. Pomimo trudności komunikacyjnych, Niemczyk – wraz ze swoimi towarzyszami po artystycznym fachu – szybko dogadał się z Amerykaninem. Niemniej nawijał tylko Ginsberg, tłumaczył kumpel Niemczyka, a reszta milczała, przez co zaczęło robić się nudnawo. Ale po obaleniu kilku browarów, świeżo upieczeni koledzy udali się na domówkę u krakowskiego sytuacjonisty.

Impreza zapowiadała się wybuchowo i wszystko było ok, aż do momentu kiedy Ginsberg nagle odpłynął i przystąpił do ustawiania na środku pokoju ołtarzyka z kostek margaryny. Później przy użyciu zapałek oraz – wyciągniętych nie wiadomo skąd – dzwoneczków przekształcił margarynową konstrukcję w święty instrument.

Gdy dzieło było gotowe, zaczął odpierdalać podobne przedstawienie, co w domu Sandauera. Jednakże tutaj wszyscy byli nawaleni, więc wyczyn Ginsberga spotkał się z nieco większą aprobatą. Na sam koniec Amerykanin zaproponował jednemu z obecnych w mieszkaniu (Zbigniewowi Werpechowskiemu – poecie i performerowi) odbycie upojnego stosunku analnego, lecz ten odmówił, co wzbudziło w Ginsbergu smutek, przykrość i rozczarowanie.

Cóż, polscy chłopcy z branży chyba nie mieli wtedy tyle ognia, co ich koledzy zza żelaznej kurtyny. Hmm… nie mnie oceniać, ale Ginsberg z pewnością odczuł to dotkliwie, bo jedyną rzeczą, którą mu dano w Krakowie, była nagroda za wygraną w konkursie na najdłuższą brodę, organizowanym przez klub „Pod Jaszczurami”. Jednakże poeta pozostawił w Mieście Królów dość ważną pamiątkę – autograf na ścianie mieszkania Krzysztofa Niemczyka, gdzie po wybuchu rewolucji kontrkulturowej pielgrzymowali hipisi z całej Polski.

Po pobycie w Krakowie Ginsberg wyruszył jeszcze do Oświęcimia, a później do Wrocławia, gdzie skończyła się jego pierwsza polska pielgrzymka. Anegdot dotyczących tej wizyty jest na pęczki, choć większość z nich – niewiadomo dlaczego – wzajemnie się wyklucza. Możliwe, że dopiero po latach – gdy Ginsberg stał się jednym z najważniejszych amerykańskich poetów oraz kapłanem kontrkultury – osoby, które spotkały go wiosną 1965 roku, zrozumiały z kim miały do czynienia i puściły wodze fantazji, by owiać tamtą wizytę jeszcze donioślejszą legendą – co zrozumiałe – najpiękniej wybrzmiewającą w słowach ginsbergowskich wierszy, jak ten napisany tydzień po wizycie u Białoszewskiego:

Chwile powrotu

tysiąc zachodów słońca za sieciami trakcyjnymi w otwartej przestrzeni Warszawy
Pałac Kultury chińskie szczyty czernieją na tle zachmurzonego w pomarańcz horyzontu –
żelazny tramwaj nabierający tempa owadzie czułki skrzą błękitami znad głowy, człowiek w kapeluszu kuśtykający przez zardzewiałe ściany mieszkania –
Chrystus w kaplicach pod białą świętą poświatą – drżące palce na długim różańcu
oczekiwanie zmartwychwstania
Stary rudy spasiony Jack śmiertelny na Florydzie – łzy na czarnych rzęsach, pożegnanie
Bacha z Krzyżem –
To było 24 lata temu na trzeszczącym gramofonie Sebastian Sampas* mówiąc adieu stałemu lądowi
Zatrzymałem się na chodniku, by przypomnieć sobie Koncert warszawski**, puste smutne
fortepiany łomoczą niczym bomby, niebiańska melodia
wewnątrz kuchni w Ozon Park*** – To wszystko spełnia się podczas wschodu słońca na
opustoszałej ulicy –
I nie mam nic do roboty tego wieczoru prócz spaceru w futrzanym płaszczu w zimnej szarości
alei, lata później, melancholijny człowiek w samotności – 
muzyka przenikająca do innego kosmosu – chwile powrotu – echo taksówki podjeżdżającej
pod ławkę w parku –
Moja broda to nieszczęście, brak języka dla tych młodych oczu – w których rozpoznaję siebie
samego nagiego w moim najwcześniejszym śnie –
teraz siedzę przy skrzyżowaniu żałosny przez łysinie na przedzie mojej czaszki i szare znaki
czasu na mojej brodzie –
ból głowy lub taneczne wyczerpanie lub czerwonka w Moskwie lub wymioty w Nowym Jorku –
Och – wybudowali Metropol Hotel – tłum oczekujący na drogowej wysepce pod uliczną
latarnią – jęk tramwajów na Jerozolimskich –
Szczyty błyszczących konstrukcji olśniewających Czerwone Stany****, olbrzymia kamienna
aleja obwieszona żółtymi żarówkami – przerwane miganie świateł, długie tramwaje
szlifują aż do zatrzymania, motocykle przemijają w eksplozjach
Wiersz powrotu do tej chwili, moje przyrzeczenie do zapisu – moje zimne palce – więc trzeba
przysiąść i czekać na moją własną samotną Obecność – ten pierwszy psalm –
Również powracam do siebie, ta chwila i ja jesteśmy jedną osobą na ławce w parku na
zatłoczonym rogu ulicy w Warszawie
Oddycham i wzdycham – Nie porzucaj dążeń do rodzicielstwa kościstolicy białobrody Guru
rzekł w Benares*****  – czym ja gotów do śmierci?
czy może głos w mym kierunku na ławce, uprzejmie zapytuje – noś młodzieńczą twarz pod
perłowym szarym kapeluszem
Niestety, wszystko co mogę powiedzieć to „Nie Panamay” – Ja nie mogę mówić

                                   Niedziela Wielkanocna, 18.04.1965

[przypisy tłumacza]

* Sebastian „Sammy” Sampas – poeta, znany przede wszystkim jako przyjaciel i szwagier (został nim pośmiertnie) Jacka Kerouaca, z którym znał się od gimnazjum; pochodzący z greckiej rodziny, opisywany przez Keruaca jako towarzysz, powiernik pierwszych świtań poezji i prawdy oraz jako brat, zestawiany przez pisarza z postaciami Jezusa i Buddy; bohater kilku książek Kerouaca, w których występował jako Stavroula Savakis; Ginsberg najprawdopodobniej wspomina nagranie na płycie winylowej, które, przeżywający fascynację komunizmem, Sampas miał wysłać Kerouacowi; na nagraniu Sampas deklarował chęć wyruszenia za ocean wraz z Jackiem, przede wszystkim do Rosji; sposobem na przebycie tego dystansu okazało się zaciągnięcie do amerykańskiej marynarki po wybuchu II WŚ; jednak irytacja poglądami i zachowaniem Sammy’ego (który pałał do Jacka nie tylko przyjacielskimi uczuciami), zaważyła na decyzji, że Kerouac wyruszy w morze bez przyjaciela; niedługo po tym zdarzeniu rozczarowany Sampas zdecydował się jednak zapisać do wojska i zginął w 1944 roku pod Anizo we Włoszech podczas operacji desantowej o kryptonimie „Żwir”.

** Koncert warszawski – (org. Warsaw Concerto) popularny w USA utwór Richarda Addinsella, zawierający liczne motywy oparte na muzyce Chopina; skomponowany w 1941 do brytyjskiego filmu Niebezpieczne światło księżyca, często wyświetlanego w Anglii i USA podczas II WŚ; film opowiada historię polskiego pianisty i pilota, Stefana Radeckiego, który komponuje swój koncert, broniąc Warszawy przed bombardowaniami w 1939 r., później udaje mu się uciec do USA, gdzie odbywa swoje tournee, po którym wraca do Wielkiej Brytanii, by walczyć w bitwie o Anglię.

***Ozone Park – robotnicze osiedle w Queens (Nowy Jork) zamieszkiwane głównie przez wielokulturową mieszankę potomków imigrantów z Europy, których największa fala osiedliła się tam w pierwszej połowie XX w.

**** Red states – w amerykańskiej publicystyce terminem tym określane są stany, w których podczas wyborów zwyciężyła partia republikańska.

*****Benares (współ. Waranasi) – indyjskie miasto stanowiące ważny ośrodek kultu buddyzmu i hinduizmu. Znane m.in. z rytualnych kąpieli w świętej rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych na schodach zbudowanych na brzegu, prowadzących z miasta aż do samej rzeki. Na obrzeżach miasta mieści się Park Jeleni, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Cel wielu wypraw Ginsberga.

1986

Mijały lata i Ginsberg stał się nieformalnym duchowym przywódcą ruchu kontrkulturowego spod znaku Lata Miłości 1967. Jego wiersze tłumaczono na dziesiątki języków i było o nim głośno nawet na wschód od Łaby – oczywiście wśród osób żywo zainteresowanych literaturą, ale tych wówczas nie brakowało. Mimo tego w Polsce przekłady jego wierszy z rzadka ukazywały się na szorstkich kartach czasopism literackich, choć w zamkniętym obiegu już od dawna krążyły jego oryginalne teksty anglojęzyczne, jak i polskie tłumaczenia.

Były lata ‘80, a w Peerelu nie tak dawno zakończył się stan wojenny. Literatura polska – a przede wszystkim „młoda literatura polska” – przeżywała coś, co można nazwać „okresem przejściowym”. Nowa Fala już nie była taka nowa, a „bruLion” był dopiero gdzieś w planach. I nie wiem, czy to te pół wieku rozkurwiania ducha Polaków przez komunę zrobiło swoje, czy po prostu wzmożona cenzura skutecznie zniechęcała młodych do tworzenia dobrej literatury, ale poeci debiutujący na przełomie lat ‘70 i ‘80 (a w szczególności ci debiutujący w pierwszej połowie lat ‘80) zazwyczaj „niczego nie urywali”… co ciekawe, wśród wielu początkujących poetów pojawiło się też wtedy to specyficzne poczucie elitarności.

ginsberg teatr stu 1986
Allen Ginsberg podpisujący książki w Teatrze Stu, Kraków / 04-05.09.1986

Polityka trochę przygniotła polską literaturę, lecz pojawiło się też sporo tendencji „przemyconych” z Zachodu. Często zżynano z amerykańskich twórców, lecz o tych wpływach nie wypadało krajowemu literatowi mówić. W dobrym tonie było inspirować się Frankiem O’Harą, Johnem Ashberym, czy ogólnie „szkołą nowojorską”, ale otwarcie głosić, że przejęło się cokolwiek od Ginsberga… nie bardzo.

Oczywiście, należało znać, należało pamiętać, mówić „yhy, yhy, tak, owszem, ależ naturalnie”, lecz mimo wszystko Ginsberg był przecież popieprzonym typem, Bitnikiem, hipisem, często kosmicznie awangardowym i równie często zupełnie niezrozumiałym, a w Polsce byliśmy przecież wtedy poważnymi twórcami, palącymi męskie papierosy, pijącymi czystą, ze swoim etosem etc. Ogólna sytuacja w kraju nie dawała ponadto jakichś specjalnych powodów, by nagle młodzi literaci tłumnie urzeczywistniali swój „ginsbergowski coming out”. I w takiej atmosferze Ginsberg do Polski przybył powtórnie w 1986 roku!

Jako że wśród interesujących się kulturą literacką Polaków Ginsberg był wówczas dobrze znany, a prócz tego mienił się przybyszem z „legendarnego Zachodu”, nikt się nie martwił o audytorium podczas zaplanowanych spotkań z poetą. Ponadto wizyta Amerykanina była związana z premierą pierwszego polskiego przekładu Skowytu i organizatorzy liczyli na wielkie show.

Ginsberg rozpoczął swoje tournée po Polsce w Krakowie. Tam też wystąpił wraz z gitarzystą Stevenem Taylorem (z którym już od dłuższego czasu tworzył sceniczny duet),  Jerzym Trelą i innymi polskimi artystami w teatrze STU. Później odbywały się zaś bardziej kameralne spotkania autorskie. Niemniej małe, jak i duże pomieszczenia, pękają w szwach.

Ginsberg śpiewał, recytował, opowiadał, rozmawiał i przebywał ze swoją publiką, aż do kompletnego wyczerpania. Jedno ze spotkań zostało sfilmowanie, a z zarejestrowanego materiału powstał film dokumentalny (do którego trudno dziś dotrzeć). Każdemu występowi Amerykanina towarzyszyły też „supporty” młodych polskich poetów, które – wedle relacji ich wykonawców, oczywiście – były zajebiste.

Jednak tych relacji nie odważę się przytoczyć, ponieważ w zdecydowanej większości są napisane w tak snobistycznym tonie, że… nie. Dodatkowo, mało kto kojarzy dziś tych młodych, polskich poetów, zatem nikt na tym nie straci.

Kolejnym punktem na trasie były Kielce, gdzie Ginsberg dał wzruszający koncert, który wprost zachwycił publiczność i został obszernie skomentowany w lokalnych mediach. Później przyszedł czas na „podbój” Warszawy. Stolica przyjęła poetę zdecydowanie bardziej gościnnie niż dwie dekady temu.

Ex-Bitnik dał trzy występy, podczas których trudno było znaleźć wolne miejsce. Wejściówki na spotkania dostawali zresztą tylko wybrańcy, gdyż całe to liryczne show wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie (jak na poetycki wieczorek). Ginsberg działał niczym magnes na polskich fanów literatury, osoby związane z kontrkulturą oraz… rozwijające się wówczas polskie środowisko gejowskie.

Choć Ginsberg nie został tak bardzo dowartościowany przez teoretyków queer, gender i LGBT, jak Burroughs czy White, to jego postać już wtedy wzbudzała wielkie zainteresowanie wśród młodej homoseksualnej śmietanki Warszawy. Krótko mówiąc, geje walili na jego literackie występy niczym na nocne pikiety.

Po jednym z występów poeta poprosił swoją opiekunkę o zaprowadzenie go do jakiegoś gejowskiego disco. Na lokal znaleziono szybko namiary, choć okazało się że był on tajny. Po krążeniu przez kilka godzin warszawskimi ulicami Ginsberg musiał jednak obejść się smakiem, bo klubu ostatecznie odnaleźć się nie udało.

W końcu, po kolejnym występie, artysta został zaproszony na gejowską prywatkę. Także tu zebrała się dziesiątka chłopaków i wbiła na kwadrat! Flirty, romanse, petting, gorące pocałunki, głębokie stosunki oralne, upojne stosunki analne, najdziwniejsze pozycje gejowskiej Kamasutry, branie na dwa baty, na trzy baty, libertyńskie orgie, lateksowe przebieranki, gra w kulki i kąpiele w wazelinie… niestety, żadna z tych rzeczy nie miała miejsca.

Na imprezie toczyła się za to smutna rozmowa o życiu gejów w komunistycznym państwie, przerywana od czasu do czasu ubolewaniem Ginsberga, że już mu nie staje; zresztą podobną refleksją poeta uraczył publiczność podczas występu kolejnego dnia, choć przed widownią uczynił to zdecydowanie bardziej „z klasą”, bo zaśpiewał o tym piosenkę. Nie wszyscy byli zachwyceni…

Podczas tej wizyty Allen miał do załatwienia dwie ważne sprawy, z których jedną „załatwił” przypadkiem. Amerykanin stawił czoło polskiemu aparatowi władzy i terroru! Tłumacz Ginsberga, Tomasz Mirkowicz, miał na sumieniu ukrywanie poszukiwanego opozycjonisty (Zbigniewa Bujaka) w swym mieszkaniu. Służba Bezpieczeństwa – jako znawca wszystkich sumień – dowiedziała się o haniebnym czynie tłumacza i tłumacz poszedł siedzieć.

Ale po przyjeździe Ginsberga koledzy Mirkowicza wymyślili genialny plan, by poeta osobiście wybrał się do MSW i poprosił o wypuszczenie aresztowanego literata. Rzecz jasna ten zgodził się bez wahania i stanął twarzą w twarz z samym gen. Czesławem Kiszczakiem! Generał nie miał jednak pojęcia, kim jest Ginsberg, ale gdy poeta podał się za ważną personę w amerykańskich strukturach kulturalnych, generał jakimś cudem zmiękł i kazał uwolnić Mirkowicza!

Ważniejszą sprawę do załatwienia Ginsberg zostawił jednak na później. Podczas wieczornego spaceru warszawskimi uliczkami poeta wraz z nowymi znajomymi „buszował” po prawie pustych sklepach w poszukiwaniu specjału, którego w Polsce William S. Burroughs (jego wielki przyjaciel) kazał mu koniecznie skosztować.

Ostatecznie, ku wielkiej uciesze oraz zdziwieniu Allena, specyfik ten zapełniał regały w niemal każdym sklepie. Amerykanin wielokrotnie dopytywał Polaków, czy to na sto procent to, a oni mówili, że tak. Więc kupił tyle, ile mógł, po czym… poczuł się zawiedziony, bo szukał kompotu, kompot odnalazł , kompot wypił i nic. Dopiero później się okazało, że Burroughsowi chodziło o kompot z maku, a tego niestety w żadnych delikatesach nie sprzedawali…

Reasumując, wizyta w 1986 okazała się sukcesem. Poeta nie tylko zaspokoił własną ciekawość i wrodzoną potrzebę poznawania fascynujących, dalekich krajów, ale zyskał też wielu nowych fanów, którzy bardzo szybko wykupili cały nakład jego świeżo przełożonego tomiku. Warto również wspomnieć, że jego sławny wiersz Europe, who knows? został przez niego napisany tuż przed wylotem na warszawskim Okęciu pod wpływem polskiej aury:

(…)

Obudziłem się w Polsce, liście klonu przybierały kolor jesieni
Nie  jak chmury na niebie, niepojętnie zimne na ziemi
Dzieci bez żadnego odzienia radośnie biegały po dworze
W Europie całej ludzie mawiają, „Któż wiedzieć może?”

(…)

 1993

Po ’86 w Polsce zdarzyło się bardzo wiele. Fala strajków, Okrągły Stół, upadek PRL i powstanie III RP. Kapitalizm wkroczył jakby znienacka i nastały niespokojne, aczkolwiek szczęśliwe czasy. Polacy zachłysnęli się powszechnie Zachodem i „amerykańskim stylem życia”.

Na sklepowych półkach łatwiej było znaleźć coca-colę niż oranżadę, w kinach każdy wpierdalał popcorn, a 17 czerwca 1992 roku w Warszawie otwarto pierwszego McDonalda. Przez najbliższe kilkanaście lat mieliśmy bezkrytycznie przesiąknąć amerykańskim gównem i to z dumnym uśmiechem na ryju. W takiej właśnie atmosferze Allen Ginsberg ostatni raz przybył do Polski.

Wizyta w 1993 była zupełnie inna niż poprzednie. I nie chodzi tu nawet zmianę polityczną, ale o samą postać Ginsberga oraz jego odbiór wśród Polaków. Poeta nie był już tylko kontrkulturowym buntownikiem, literackim prorokiem czy szalonym artystą. Allen był teraz przede wszystkim przedstawicielem legendarnych Stanów, które od niedawna były bliżej niż kiedykolwiek.

Przeciętny obywatel, idąc na spotkanie z Ginsbergiem, szedł jak do zoo, którego klatki osobiście też chciałby zasilić. Przed wejściem szedł na burgera, którego popijał colą, palił lakistrajka i żując gumę bełkotał po angielsku, wplatając gdzie się tylko da mityczne, hiperbolizowane, retrofleksyjne r (bardzo popularne w Polsce na początku lat ‘90).

allen bydgoszcz 1993
Allen Ginsberg podczas spotkania w Kawiarni Artystycznej Węgliszek w Bydgoszczy / październik 1993 (z prywatnego archiwum Ryszarda Częstochowskiego)

Oczywiście, Ginsberg natychmiast to zauważył i podczas każdego z kilkunastu spotkań powtarzał, by Polacy nie dali się z jednej niewoli wpędzić w drugą, by rozwijali swoją duchowość, by nie ulegali molochowi cywilizacji, komercji i konsumpcji. Ile z tego faktycznie trafiło do publiki? Bardzo możliwe, że nic, ale wybuchł za to skandal, który napędził wartość rynkową Allena, co rzecz jasna niezwykle go ucieszyło.

Specjalnie z okazji jego wizyty Biblioteka NaGłosu wypuściła przez wydawnictwo Maszachaba nowy tomik wierszy Ginsberga pt. Znajomi z tego świata. Duża część nakładu rozeszła się po księgarniach, jednak po przyjeździe poety pojawiło się o nim kilka artykułów w prasie, gdzie został opisany jako skandalista, geniusz, ćpun, tudzież pedał.

Wszystko zdawało się być do przyjęcia, ale nie dla wydawnictwa Maszachaba (które obecnie nazwę Wydawnictwo M) i od zawsze było wydawnictwem katolickim. Jeśli chodzi o profil światopoglądowy redakcji, to cóż… Tygodnik Powszechny to nie był, więc pedał w gronie ich własnych autorów zdecydowanie im nie pasował. Nawet nie wspomnę o profesjonalizmie osób, którzy wypuścili książkę, nie mając pojęcia o jej autorze… lecz znacznie ważniejsze było to, że podjęto decyzję, by wycofać książkę z obiegu!

Właściciele byli jednak na tyle głupi, że zdecydowali o tym jeszcze, gdy Ginsberg był w Polsce, a twórcom Biblioteki NaGłosu (którzy wówczas organizowali spotkania z poetą) kazali milczeć. Rzecz jasna, żaden z nich nie miał zamiaru milczeć, sprawa szybko trafiła do mediów i zrobiła się wielka afera. Głos w tej sprawie zabierali artyści, redaktorzy, telewizyjne osobistości, a nawet sam Czesław Miłosz, który o poecie nierzadko wypowiadał się z ironią, lecz tutaj był po jego stronie.

Cała afera poskutkowała zwiększoną promocją – książka rozeszła się niczym świeże bułeczki, a sam Ginsberg chwalił się w zachodnich mediach, jaki to z niego „kozak”, bo w Polsce jego nazwisko widnieje w „indeksie ksiąg zakazanych”. Jednak entuzjazm związany z byciem „na czarnej liście” nie był dominującym uczuciem podczas ostatniej pielgrzymki do nadwiślańskiego kraju…

Andrzej Pietrasz (najrzetelniejszy spośród badających wpływ poezji Ginsberga na polską scenę literacką – gorąco polecam jego teksty) opisuje Ginsberga w latach ‘90 jako starzejącego się geniusza, który na scenie emanuje energią, lecz po zgaśnięciu świateł zmienia się w schorowanego starca.

Przed jednym z występów Allen wyrwał sobie jakiegoś młodzieniaszka i miał z nim gdzieś pójść tuż po zakończeniu show. Gdy opadła kurtyna Ginsberg zaczął krzątać się po sali, szukając swojego chłopca. Okazało się, że ten mu zwiał. Tego wieczoru amerykański buntownik pogrążył się w smutku i prawie nic nie mówił, bo wiedział, że jest już stary.

allen_ginsberg_poetry_reading
Allen Ginsberg czyta poezję na amerykańskim campusie / 1964

Takiego właśnie zapamiętali go polscy poeci, towarzyszący mu podczas wizyty, choć nie wszyscy, bo dla niektórych pozostał kimś w rodzaju niezwykłego twórcy, który nigdy nie wyrósł ze stanu młodzieńczej niedojrzałości – taki właśnie był dla Czesława Miłosza. Spotkanie z Ginsbergiem w 1993 roku nie było ich pierwszą „schadzką”. Wcześniej poeci widzieli się wielokrotnie w USA. Także po listach autora Ocalenia widać, że „coś było na rzeczy”. Nie chodzi tu jednak o związek erotyczny, ale o pewną skrywaną słabość Miłosza do Ginsberga.

Miłosz otwarcie nigdy nie zachwalał Ginsberga, jednak często bronił jego poezji, która przypominała mu twórczość Whitmana, czyli jednego z jego literackich autorytetów. Widać to choćby w jego korespondencji ze Zbigniewem Herbertem, gdzie autor Ocalenia wielokrotnie odpiera ataki na Ginsberga – Herbert był stuprocentowym klasykiem, trochę zadufanym w sobie i kultywującym etos intelektualisty.

Co prawda, Miłosz również przejawiał podobne cechy, ale posiadał pewien pierwiastek buntu – zamiłowania do wolności – który musiał często ukrywać. Kontakt z Ginsbergiem, a przede wszystkim z jego poezją, sprawiał, że polski literat na chwile wydobywał z siebie te „pokłady kontestacji”. I chyba o takim odbiorze własnej poezji marzył Allen… o literaturze, która daje wolność każdemu czytelnikowi – która pozwala „stanąć twarzą w twarz przed swym własnym wnętrzem” – niezależnie od tego, czy jest się Amerykaninem, Polakiem, ćpunem, gejem, artystą, robotnikiem, czy laureatem nagrody Nobla, jak np. w tym wypadku…

Czesław Miłosz

Do Allena Ginsberga

Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia
ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju
drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś
się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,
która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią
krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem
„Nie wolno”

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie
rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu
i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach
przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze
błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc
krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich
świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej
nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego
ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami
szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy
z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami
i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów
gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są
wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się
w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane
na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby
ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest
spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój
buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,
co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,
ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby
jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół
Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie
bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej
służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność
pisania wierszy.

Dezydery Barłowski

 

Tłumaczenie z języka angielskiego, Dezydery Barłowski (teksty źródłowe: Europe, Who Knows?, The Moments Return, Café in Warsaw ze zbioru: Allen Ginsberg, Collected Poems, 1947-1997, New York 2007)

 

Główne źródła:

– A. Dorobek, Beat czterdzieści lat później: Kerouac, Burroughs, Ginsberg i Kesey w Polsce, „Literatura na świecie” 1994, nr 12.

– S. Finbow, Allen Ginsberg, London 2012.

– A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011.

– A. Jarniewicz, Wielki poeta morderczego stulecia – Allen Ginsberg, „Ex Libris” 1994, nr 42.

– A. Jarniewicz, Niepotrzebna opona na skraju drogi, czyli Miłosz rozlicza się z Ginsbergiem, „Przekładaniec” 2011, vol. 25.

– J. Johnson, Własnym głosem. Samotne zwycięstwo Jacka Kerouaca, tłum. F. Łobodziński, Warszawa 2015.

– J. Kerouac, A. Ginsberg, Listy, oprac. B. Morgan, D. Stanford, tłum. K. Majer, Wołowiec 2012.

– B. Miles, Allen Ginsberg. A Biography, London 2010.

– A. Pietrasz, Allen Ginsberg w Polsce, Warszawa 2014.

– T. Sobolewski, Człowiek Miron, Kraków 2012.

2 myśli nt. „W poszukiwaniu inspiracji i pięknych słowiańskich chłopców, czyli trzy pielgrzymki Allena Ginsberga do Ziemi Polskiej”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s